niedziela, 31 maja 2009

Jest polska odpowiedź na Strażaka Sama

Minionej nocy spałem jakoś marnie. W sumie nic takiego. Czym człowiek robi się starszy, tym częściej zdarzają się najróżniejszego typu zakłócenia. Faktem jest, ze zbudziłem się wcześniej niż to sobie zaplanowałem i, chcąc nie chcąc, zrobiłem sobie kawę i, żeby jakoś zacząć ten dzień, zasiadłem przed telewizorem by sobie popatrzeć na mój ulubiony TVN24. Tefauenowski poranek, jak można było oczekiwać, utrzymywał się w nastroju spokojnie wesołym, a więc najpierw pojawiła się Maria Czubaszek, która, mogę się założyć, już za dwa lata będzie kandydować w wyborach do Sejmu, po pani Czuwaszek – ni z gruszki niż pietruszki – nasz ukochany wicepremier Andrzej Lepper, a w międzyczasie – słuchajcie, słuchajcie – moim oczom ukazała się przepiękna świątynia w Licheniu, a u jej stóp, na zielonym trawniku, sam pan premier Donald Tusk.
Stał więc sobie pan premier, kołysał się z piłkarską gracją na boki, za nim tryumfowało licheńskie sanktuarium, a przed nim, usadowieni na krzesełkach spijało z jego ust dobrą nowinę parędziesięciu sołtysów, którzy na te okoliczność zjechali do Lichenia z całej Polski. Muszę tu od razu oświadczyć, że od czasu gdy Donald Tusk kilka lat temu wziął ślub i zaczął gorliwie manifestować swoje świeże pragnienie bycia, tak jak większość Polaków, człowiekiem wierzącym, jego występy na tle jakiejkolwiek symboliki religijnej robią na mnie porażające wrażenie. A więc, stał sobie Donald Tusk pod licheńską świątynią i przemawiał do zgromadzonych sołtysów swoim bardzo ostatnio charakterystycznym stanowczym i dobitnym tonem.
Proszę pozwolić mi na małą dygresję. Jestem pewien, że każdy, choćby typowo niedzielny obserwator naszej sceny politycznej, zauważył, ze w ostatnim czasie, ten niesławny think tank premiera Tuska musiał podpowiedzieć Premierowi, że kiedy przemawia do Narodu, powinien przestać się jąkać, stękać i nieśmiało wyłamywać sobie palce, a zamiast tego ma zacząć gadać mocno, głośno, zdecydowanie, a przede wszystkim – powoli. Bardzo powoli. Ma gadać na tyle powoli, że kiedy wypowie słowo, powinien baczyć, by to co powiedział przed momentem, miało czas odpowiednio wybrzmieć. Powiem szczerze, ze mój skromny umysł nie jest w stanie przejrzeć stojącej za tą zmianą strategii. Mogę się jedynie domyślać, że specjaliści od relacji polityk – wyborca uznali, że nowe czasy wymagają nowych środków i że w czasach miłości ludzie potrzebują, żeby do nich mówić tak jak się pisze w bulwarowej prasie. Przede wszystkim pomału i wyraźnie. Więc może to jest własnie tak. Może tu leży rozwiązanie nie tylko tej zagadki.
Więc stał premier Tusk na zielonym trawniku, za nim kościół, a przed nim sołtysi i przed oczami zdumionej publiczności rozgrywał się teatr prawdziwie nowoczesny. Ktoś pomyśli, że będę chciał może tu wspomnieć tego anonimowego obywatela, który zaraz na początku spotkania sołtysów z premierem odezwał się w te oto (cytuję z pamięci) słowa:
„Panie Premierze, ja chciałem przede wszystkim powitać Pana Premiera i podziękować za to, ze Platforma Obywatelska spełniła swoje wyborcze obietnice. Chciałem też wyrazić uznanie, że oto doczekaliśmy się wreszcie rządu, który dba o interesy prostych ludzi”.
Może ktoś się spodziewa, że ja dziś piszę te słowa po to, żeby opowiedzieć o tym jak Donald Tusk na spotkaniu z sołtysami pod licheńską świątynią zapewnił siedzących na przyniesionych krzesłach, jak również zgromadzonych przed telewizorami, że (znów z pamięci) „już wkrótce polska wieś nie będzie się niczym różniła od wsi holenderskiej”. A może powinienem zwrócić uwagę na ten fragment wypowiedzi Premiera, kiedy on zauważył, że w czasach kryzysu on, jako premier, i jego ministrowie oczywiście będą robić wszystko co należy, żeby ulżyć niedoli prostego człowieka. Że on, jeśli tylko dostrzeże potrzebę, natychmiast zajdzie do jednego ze swoich ministrów i mu powie otwarcie, szczerze i mocno: „No, bratku, wysypuj pieniążki, bo we wsi tej a tej ludzie są w potrzebie”. I nie będzie dyskusji. Ale praca powinna trwać przede wszystkim tam, w gminach, na dole. Tam gdzie się budują Orliki. Że w czasach miłości i post-polityki, to co się liczy, to zwykła dobrosąsiedzka pomoc. Nie tam w Warszawie, ale obok nas. W chałupie. Na tej drodze, którą pielgrzymi udają się do Naszej Matki w Licheniu.
Zgadzam się. To wszystko są słowa doniosłe. I to bez względu na to, czy wypowiedział je premier rządu, czy prosty sołtys. Uważam, że słowa te powinny zostać zapisane i wspominane. Dziś jednak, chciałbym bardzo podzielić się refleksją na inne słowa i inny gest. Otóż chodzi mi o to, że w pewnym momencie, podczas spotkania sołtysów z Premierem pod sanktuarium maryjnym w Licheniu, podniósł się z krzesła pewien obywatel-strażak i doszło do wymiany, którą należycie opisał portal gazetaprawna.pl:
„Stanisław Jagielski z woj. kujawsko-pomorskiego zapytał premiera, dlaczego za uczestnictwo strażaków-ochotników w gaszeniu pożarów są różne stawki za godzinę. “Ja się cieszę, że udało się utrzymać system dofinansowania, bo było parę takich pomysłów żeby tego nie było” odpowiedział premier. Obiecał strażakowi, że poinformuje o tych problemach ministra spraw wewnętrznych i administracji. Premier stwierdził też, że nie sądzi "aby w najbliższym czasie realny był projekt jakichś specjalnych czy wyższych emerytur dla Ochotniczej Straży Pożarnej". Zaznaczył przy tym, że mówi "to też jako strażak z Kistowa koło Sulęczyna na Pomorzu". "Też jestem w Ochotniczej Straży Pożarnej i to nie tak dla picu tylko na serio i w jakimś sensie też mógłbym ten postulat wygłosić.” http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/321714,premier_spotkal_sie_w_licheniu_z_soltysami_i_mieszkancami_wsi.html
A więc mamy sensację. Otóż okazuje się, że premier Donald Tusk nie dość, że jest piłkarzem i intelektualistą, że jest magistrem i tancerzem, że potrafi i krzyknąć i pogłaskać, to na dodatek dowiadujemy się, ze on jest autentycznym Supermanem. I to nie „dla picu”, ale autentycznie. W ten niedzielny poranek Naród odkrył, że kiedy śpimy, kiedy się bawimy, kiedy, robimy zakupy, kiedy zajmujemy się tysiącem najbardziej błahych spraw i kiedy jesteśmy głęboko przekonani, że w tym samym czasie Donald Tusk albo ciężko pracuje, albo kopie piłkę, lub siedzi z panią Małgosią w kinie, to są też miejsca w które nasza wyobraźnia nie sięga. Że my, ludzie o jakże ograniczonych horyzontach, kiedy spokojnie płyniemy na tym statku o imieniu Polska po wzburzonych falach światowego kryzysu, nawet nie przypuszczamy, że może akurat w tym momencie, premier Donald Tusk rzuca wszystko i zamiast odpocząć po ciężkiej pracy dla Kraju, zakłada strażacki hełm i pędzi do Kistowa koło Sulęczyna na Pomorzu gasić pożary.
I zwróćmy uwagę na cos jeszcze. Kiedy premier Tusk przedstawia nam to swoje wyznanie, on nie narzeka, on się nie skarży. On tylko skromnie i cichutko wspomina o tym, że przecież on też „w jakimś sensie” mógłby się zwrócić do Grześka Schetyny, żeby mu co nieco podwyższył. Ale wie, że czasy są trudne, więc taka małostkowość byłaby po prostu nie na miejscu.
Należałoby jakoś to wszystko skomentować. A ja nie wiem jak. Stoję, nie po raz pierwszy zresztą, przed Donaldem Tuskiem bezradny. Ale spróbuję. To co powiem, może się wydać bardzo luźno, jeśli w ogóle, związane z tematem, ale wierzę, ze jest coś, co krąży między jednym a drugim. Otóż wczoraj miałem okazję gościć z wizytą u mojego kolegi Gemby (pozdrowienia i podziękowania dla pani Gembowej). W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat tak prymitywny, jak brak pieniędzy. I Gemba powiedział coś, co mnie zaintrygowało. Otóż zauważył on, że te wszystkie samochody, które jeżdżą dookoła nas, w gruncie rzeczy i w większości przypadków są własnością nie tych kierowców, lecz banków. A ja sobie już później, wracając do domu, pomyślałem, że również te wszystkie piękne domy, które powyrastały wokół nas jak te grzyby po deszczu, też nie są w większości wypadków własnością ludzi, którzy tam mieszkają, lecz banków. A skoro tak, to prawdopodobnie ten nasz cały piękny świat, którym tak się zachwycamy od już dwudziestu lat, a który z takim bólem sobie wywalczyliśmy, i z którego tak jesteśmy dumni, to też w dużym stopniu nie nasza własność, lecz banków. A zatem, kiedy tak bardzo jest nam dobrze i tak bardzo rozpiera nas to nasze poczucie przynależności i kiedy te perspektywy niekiedy wydają się być tak szerokie, to poruszamy się wyłącznie w świecie fikcji. Bo co powiemy, kiedy się któregoś dnia okaże, że i my sami nie należymy już do siebie, tylko do któregoś z tych banków, których reklamy możemy sobie codziennie pooglądać na ekranach naszych telewizorów?
A w tej sytuacji, wiadomość, że Donald Tusk jest strażakiem, może być dokładnie tak samo poważna i realna, jak każda inna.

piątek, 29 maja 2009

O szarych pępkach raz jeszcze

W moim wczorajszym tekście zgłosiłem pretensje do księdza Nęcka o to, że ten święty człowiek próbuje wodzić na pokuszenie już nawet nie mnie, ale z pewnością znaczną grupę dobrych i ufnych ludzi. Ponieważ sposób argumentacji Księdza, pod wieloma względami przypomniał mi działanie bardzo ostatnio aktywnego projektu o nazwie Pępek Europy, pozwoliłem sobie nawet na zestawienie nazwiska Księdza i nazwy projektu w tytule mojego wpisu. Dwa komentarze, które znalazłem pod moim tekstem zapamiętałem jako mniej lub bardziej krytyczne. Pierwszy z nich pochodził od mojego przyjaciela Sowińcai jedynie zwracał mi uwagę na to, że jestem chyba w stosunku do księdza Nęcka niesprawiedliwy. Drugi z kolei, nadesłany przez osobę mi nieznajomą, potraktował mnie już bardzo merytorycznie i zarzucił mi manipulację Katechizmem, a więc bardzo ważnym dokumentem Kościoła. Okazuje się otóż, że – wedle relacji niejakiego Daltonisty – są dwie wersje najnowszego Katechizmu Kościoła Katolickiego. Ja w swoim wpisie powoływałem się na wersję sprzed 15 lat, podczas gdy istnieje wersja nowsza, która, jak idzie o stanowisko Kościoła, jest bardziej kompetentna.
Nie chciałbym się tu zajmować detalicznym porównywaniem obu wersji. Raz że bardzo mi zależy, żeby dzisiejszy mój wpis był jednak krótszy niż wcześniejsze, a dwa, że w istocie rzeczy ja wcale nie chcę dyskutować z dokumentami Kościoła na poziomie aż tak szczegółowym. Kto chce zobaczyć o co chodzi, niech sięgnie do mojego poprzedniego wpisu i sobie poczyta.. Dziś jedynie pragnę wyrazić mój ból z powodu takiego oto, że, jak się okazuje, oto polityka w swoim najbardziej ordynarnym kształcie, wkroczyła również na poziom nauczania Kościoła. Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę, jak to co powinno być prostym i jasnym drogowskazem, nagle przybiera postać najbardziej pokręconej publicystyki. Jest mi bardzo smutno, kiedy sięgam po najbardziej podstawowy dokument Kościoła i widzę, jak ktoś – nie mam pojęcia kto – zdecydował ten dokument w pewnym momencie potraktować językiem i stylem najbardziej podstawowej polityki. Gdyby ktoś, korzystając z mojej niewiedzy, podsunął mi przed nos następujący fragment: „Istotnie dzisiaj, biorąc pod uwagę możliwości, jakimi dysponuje państwo, aby skutecznie ukarać zbrodnię i unieszkodliwić tego, kto ją popełnił, nie odbierając mu ostatecznie możliwości skruchy, przypadki absolutnej konieczności usunięcia winowajcy 'są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale'" i zadał mi zagadkę dotyczącą pochodzenia tego fragmentu, pomyślałbym, ze to część jakiegoś kazania rekolekcyjnego, że to może fragment refleksji Marcina Króla w Tygodniku Powszechnym, że to wreszcie może być wypowiedź któregoś z biskupów, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że oto czytam słowo w słowo Katechizm Kościoła Katolickiego. I wcale nawet nie ze względu na ten kuriozalny, anonimowy cytat pod koniec.
Jak mówię, nie będę to dyskutował z tym co mi zaproponował mój Kościół z wymienionych już wyżej powodów, ale również dlatego, że ja – owszem – biorę pod uwagę, że są w dzisiejszym świecie sytuacje „bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzające się wcale” i że może do nich należeć nawet konieczność państwowej interwencji w kwestii eliminacji zła. Chcę jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Otóż przede wszystkim, w pewnej niezwykle ważnej kwestii, ktoś ewidentnie postanowił zamieszać ludziom w głowach i nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, kto to taki. Ksiądz Nocek? Daltonista? A może sam Ojciec Święty? A może jakiś biskup rzymski? A może tylko któryś z ambitnych tzw. katolickich publicystów, wiedziony głębokim przekonaniem, że tylko odwaga się liczy? Nie wiemy nic. Wiadomo tylko że ktoś wziął do ręki pióro i coś tam poskreślał, coś tam dopisał i każe dobrym ludziom wierzyć, że jest wszystko w porządku.
A zatem chodzi o manipulację i anonimowość. Wspominam tu co jakiś czas ten nieszczęsny Pępek Europy. Kiedy pisałem o nim po raz pierwszy, jeszcze przy okazji tego szalbierstwa z tzw. wyborczym latarnikiem, myślę, że wielu czytających mój tekst nie miało pojęcia, co się dzieje. Czas jednak nie czeka i dziś już coraz więcej osób może się zorientować w tzw. ruchach. Nie ma choćby chwili, żeby telewizja – ta czy tamta – nie pokazywała strasznie wesołej, barwnej i fantastycznie ‘jajcarskiej’ reklamy, wyprodukowanej na zlecenie tego Pępka, a namawiającej młodzież do udziału w wyborach. Bezlitośnie, bezwzględnie i bezwstydnie wracają te same brudy, które mieliśmy nieszczęście obserwować dwa lata temu, dokładnie w tym samym kształcie, z tą samą metodą, tą samą intencją i z tym samym czarnym usprawiedliwieniem. Z tą jedynie różnicą, że pod tamtymi był napis Zmień kraj – idź na wybory, a pod tym jest już tylko ten pępek.
Nie wiem, jak wyglądałaby opisana sytuacja z perspektywy prawnej w kraju, gdzie prawo obowiązuje i gdzie prawo się szanuje? Nie mam – szczerze powiedziawszy – pojęcia, czy to co robią ludzie stojący za tym projektem, można ścigać czy nie? Jednak wiem, że strasznie dużo się mówi ostatnio o odpowiedzialności, odwadze i anonimowości właśnie. I bardzo jestem ciekawy, jak się ma to całe gadanie do tej szczególnej inicjatywy. Zaglądam do Internetu i widzę tekst niejakiego Konrada Niklewicza – blogera (!), który nie może wyjść z zachwytu nad „tą kampanią frekwencyjną, działającą pod hasłem ”Pępek Europy” http://blogue.blox.pl/2009/05/Pepek-Europy-to-lubie.html. Że i fajniejsza, i weselsza, i skuteczniejsza, i ma fajniejszą stronę internetową i że „to dzieło Koalicji 7czerwca - bezpośredniej spadkobierczyni ”Koalicji 21października”, która w dużej mierze przyczyniła się w do sukcesu frekwencyjnego (jak na polskie realia) w wyborach w październiku 2007 r. Za obiema koalicjami stoi ta sama grupa organizacji pozarządowych, m.in. Fundacja im. Stefana Batorego, Instytut Spraw Publicznych, Fundacja Projekt: Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Fundacja FOR, PKPP Lewiatan, Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR, Stowarzyszenie Szkoła Liderów, Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji, Fundacja im. Roberta Schumana. Swoje trzy grosze - i stąd zapewne pomysłowa realizacja - dorzuciły, pro publico bono, Związek Firm Public Relations, Mediacom, agencja Saatchi & Saatchi i agencja PZL”.
A więc jest wszystko. Oto cała ta sama bezczelność. Z wyjątkiem jednego. Że Konrad Niklewicz, dziennikarz Gazety Wyborczej, oprócz tego, że udaje jedynie adresatem tego kuriozalnego projektu, jest również jednym z jego aktywnych bardzo współtwórców. I że, jeśli tylko poszperać w googlu i na stronach związanych bezpośrednio z tym Pępkiem, to się okaże, że niemal wszyscy autorzy tej akcji to koledzy blogera Niklewicza i ludzie Agory. Ale o tym oczywiście już nigdzie nie znajdziemy ani słowa. Tylko ta przezabawna reklamówka i ten przezabawny tytuł.
I o tym, oczywiście, również ani słowa pod clipem, który zapewne jest dopiero pierwszym z wielu i który dopiero zapowiada tę agresję, która nastąpi w ciągu najbliższego tygodnia. Ogłupiona publiczność ogląda ten animowany filmik, widzi ten głupkowaty napis Pępek Europyi nawet nie ma prawa spytać, kto to taki do nas przemawia, po co, za czyje pieniądze i co tak naprawdę od nas chce. A jeśli nawet jakimś cudem komuś przyjdzie do głowy się rozejrzeć, to i tak się najwyżej dowie, że to jest zaledwie część jakiegoś projektu, który jest częścią projektu, który jest częścią projektu, który jest częścią projektu i który jest częścią projektu.
I znów. Ja mam tylko jedno pytanie. Czy tak można? Czy to jest prawnie i moralnie dopuszczane, żeby w sposób tak śliski i tak ukryty i tak przyczajony wpływać na polityczne wybory całych grup społecznych? Czy to może w ogóle ujść tym ludziom na sucho? I od razu odpowiadam. Najprawdopodobniej tak. To jest najprawdopodobniej sprawa czysta jak śniegi Syberii. Choćby z tego względu, że skoro można zupełnie zza rogu, bez jednego podpisu, manipulować Katechizmem Kościoła, to czemu nagle mają się pojawiać pytania, jeśli idzie o zwykłego konsumenta?

czwartek, 28 maja 2009

Ksiądz Nęcek pępkiem Europy

W Rzeczpospolitej ksiądz Robert Nęcek, znany nam skądinąd spin doctor krakowskiej archidiecezji, objaśnia nam, jak trzeba głosować w najbliższych wyborach, żeby nie mieć grzechu http://www.rp.pl/artykul/311777.html. Gdyby ksiądz Nęcek był normalnym, porządnym księdzem, typem księdza, do jakiego przyzwyczaiła nad tradycja, napisałby czarno na białym, że dobry człowiek głosuje na PiS i kropka. Czy taki głos byłby politycznie skuteczny, czy przeciw-skuteczny – nie mam pojęcia i w gruncie rzeczy mało mnie to interesuje. Jestem jednak pewien, że ów głos byłby znakiem prawdy i stanowiłby ważne świadectwo. Ksiądz Nęcek niestety nie mówi ani prawdy, ani nie daje świadectwa. Co najwyżej kręci, a kręcąc, naturalnie nie wskazuje drogi, lecz tę drogę wyłącznie komplikuje.
Jaki jest główny sens wypowiedzi Księdza? Oczywiście, przede wszystkim – a nie zdziwiłbym się gdyby był to cel jedyny – ksiądz Nęcek mówi, że jak ktoś nie chce mieć grzechu, to powinien iść do wyborów i głosować. W tym momencie, ustawia się na pozycji najbardziej odpowiedzialnych i patriotycznych sił w społeczeństwie; możliwe, że niemal tak patriotycznych i odpowiedzialnych, jak ostatnio niezwykle aktywna inicjatywa o wesołej nazwie Pępek Europy. Czytając artykuł księdza Nęcka, byłem tak poruszony, że do pełni szczęścia brakowało mi gdzieś tam tylko zdania: „Zmień kraj – idź na wybory”. Jednak, jak mówię, i bez tego przekaz jest jasny – dobry katolik ma iść głosować.
Na kogo zatem ma iść głosować porządny katolik? Tu też, ksiądz Nęcek trzyma styl zaprezentowany przez Pępek Europy. On absolutnie nie sugeruje konkretnych ugrupowań. On tylko wyjaśnia, że głosować można tylko na ugrupowania na poziomie. W przypadku księdza Nęcka i Archidiecezji będą to wszystkie partie, z wyjątkiem tych, które „w swoich programach postulują legalizację aborcji, kary śmierci, eutanazję, godzą się na deptanie praw ludzkiego embrionu, czy promocję związków homoseksualnych.” Załóżmy teraz, ze ja jestem idiotą na poziomie klienteli Pępka Europy, który nie wie co, jak, gdzie, skąd, po co i dlaczego. Załóżmy że ja czekałem z utęsknieniem na głos księdza Roberta (Doctor Robert Beatlesów to w tym momencie – zapewniam – czysty przypadek), żeby w tę czerwcową niedzielę wykazać się obywatelską postawą, a jednocześnie nie nagrzeszyć. Co ja wiem z tej wypowiedzi? Przede wszystkim to, ze mam pod żadnym pozorem nie głosować na jakąkolwiek lewicę typu komuniści, socjaliści, lesbijki, anarchiści, feministki. Na nich mam nie głosować oczywiście z powodu pedałów, aborcji, eutanazji i embrionów. Oni wprawdzie wszyscy, z równie wielkim poświęceniem i zaangażowaniem, walczą o ochronę zycia okrutnego, bezwzględnego i cynicznego mordercy, ale w sytuacji nakreślonej przez krakowską archidiecezję, to dużo za mało. A więc tu, sprawa jest jasna.
No i teraz mamy mnie, moją rodzinę i wielu moich znajomych, którzy może by chcieli zagłosować na prawicę. Wprawdzie prawica – w swoich programach – ma wpisaną dopuszczalność kary śmierci, ale za to, pomijając życie tych biednych nieszczęśników, dla prawicy życie jest – owszem – wartością bezwzględną. A już z całą pewnością życie niewinne. Czy mogę? No, niestety nie bardzo. Ksiądz Nęcek bowiem nie wspomina o wyjątkach. On wymienia aborcję, eutanazję i karę śmierci na jednym oddechu i nic nie wskazuje na to, żeby się tu jakoś zapędził. Ta kara śmierci u niego tkwi mocno i niewzruszenie. A więc PiS oczywiście też odpada. Za karę śmierci też będzie piekło.
Co mi więc pozostaje? Wygląda na to, że z całą pewnością pozostaje PSL. Dlaczego oni? Z tej prostej przyczyny, że oni programu nie mają żadnego. Oni są za tym, żeby było dobrze, mądrze i bogato. Żeby każdy miał dobrze – ksiądz, doktor, pani aptekarka, pan inżynier, pan nauczyciel i chłop. Jak idzie o aborcję, eutanazję, karę śmierci, PSL wszelkich swoich prerogatyw wyzbył się na rzecz właśnie księdza Nęcka. Jak sobie ksiądz Nęcek zażyczy – tak będzie. Czasem, o ile dobrze zaobserwowałem, PSL zgadza się też na tak zwaną ‘geopolitykę’, w tym sensie, że – jak wiemy – różnie bywa. Jednak, wciąż, jak idzie o program, sprawa jest jasna. Program PSL-u jest czysty. Jeśli zagłosuję na PSL – mam ze strony mojego Kościoła święty spokój.
Ja oczywiście mogę się przełamać i dla spokoju własnej duszy zagłosować na Władysława Serafina, jednak co ma zrobić ktoś, kto jest inteligentny, wykształcony, ma pewne ambicje i jakoś mu z PSL-em jest nieswojo? W tej sytuacji pozostaje już tylko Platforma Obywatelska i pan premier Donald Tusk. Czy jest taka możliwość, że z punktu widzenia filozofii społecznej lansowanej przez księdza Nęcka, oddanie głosu na PO nie będzie grzechem? Ktoś naiwny mógłby pomyśleć, że będzie. W końcu dopiero co, minister zdrowia w rządzie Platformy, Ewa Kopacz, wydała na śmierć jedno nienarodzone dziecko. Dopiero co, posłowie Platformyforsowali ustawę o sztucznym zapłodnieniu, skazującą nie jedno, ale wiele ludzkich istnień na los niepotrzebnego nikomu śmiecia. Przecież ledwo wczoraj, jeden z najbardziej eksponowanych polityków Platformy, Janusz Palikot, zapewnił w telewizji, że on z pełnym zaangażowaniem pracuje nad ustawą legalizującą eutanazję. Tu jednak w sukurs tym wszystkim rozterkom przychodzi z jednej strony sama Platforma, która przecież w ani jednym punkcie swojego programu nie napisała, że oni chcą cokolwiek legalizować, lub delegalizować, z wyjątkiem legalizacji może trawy i delegalizacji Macierewicza, a z drugiej sam ksiądz Robert Nęcek, który stwierdził jak najwyraźniej, że mówimy wyłącznie o programach. Poza tym, nie wygłupiajmy się, premier Tusk? Czy to możliwe, ze taki człowiek mógłby chcieć coś złego? A pani Małgosia? A Kasia, a Pawełek? W życiu!
No i najważniejsze. W całej Platformie, może i się znajdą jednostki słabe, nie do końca jeszcze społecznie i politycznie odkupione, ale jedno jest pewne – nie ma tam ani jednej osoby, która byłaby za powrotem kary śmierci. Wszystko. Ale nie to.
O co chodzi więc z tą karą śmierci? Czytam najnowszy opublikowany Katechizm Kościoła Katolickiego i tam, w punkcie 2266 stoi jak byk: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi.” Oczywiście, nie jestem aż tak nieroztropny, żeby sądzić, że na ten argument ksiądz Robert Nęcek spuści skromnie głowę i się zarumieni z zakłopotania. Powiem więcej. Ja nawet wiem, co on odpowie. Że Ojciec Święty Jan Paweł II wyraźnie powiedział, że kara śmierci we współczesnym świecie jest już zupełnie zbędna, że nowoczesne społeczeństwa bez kary śmierci sobie świetnie radzą, ze przecież nie jesteśmy barbarzyńcami etc. Co jednak z tymi, którzy nie mieli okazji ani czytać wyjaśnień Księdza, a może i nawet – nie daj Boże – zastanawiać się nad słowami Papieża? Ksiądz Nęcek tego nie wyjaśni, ale ja się akurat mogę domyślać, że tak czy siak sprawa jest przecież prosta. A jak nie, to Ksiądz Robert nam uprzejmie zacytuje z jednej strony kawałek z Benedykta XVI z , a z drugiej kawałek z profesora Andrzeja Zolla. A nam już tylko pozostanie zagłosować z sercem.
Poza tym, po co w ogóle się męczyć i kombinować? Przekaz księdza Roberta Nęcka jest prosty i nie ma co wydziwiać. Przede wszystkim idziemy 7 czerwca do wyborów i oddajemy głos. A na kogo? No, bez przesady. Tego nam ksiądz Nęcek nie powie. W końcu Kościół zawsze był neutralny. I taki pozostaje. Musimy sami zdecydować. A jak nagrzeszymy, to wina będzie nasza. W każdym razie lepiej uważać. A szczególnie niech uważają wszyscy ci, którzy już jeden grzech mają. Przez choćby używanie pod adresem Lecha Wałęsy przezwiska Bolek. I to wbrew ostrzeżeniom osoby tak świętej jak arcybiskup Gocłowski.

wtorek, 26 maja 2009

Niemiectwo

W jednym z niedawnych wpisów, wspomniałem mojego wujka, który stanowił dla mnie zawsze źródło przeróżnej wiedzy i inspiracji. Wprawdzie mam bardzo poważne wątpliwości, czy gdyby on trafił na te moje teksty, byłby ze mnie zadowolony, nie zmienia to jednak faktu, że to wybitny człowiek i – jak mówię – kopalnia wspomnień. Musi mi więc brat mojej Mamy wybaczyć, że go tu wykorzystam.
Kiedy wybuchła wojna, wujek miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego dziecka, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało. Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.
Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ten niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.
Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał, i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.
Od zakończenia wojny upłynęło już niemal 65 lat i – jak widzimy – Niemcy poradzili sobie ze sobą i ze swoją historią zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa ‘wojna’, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wdusić w ziemię. Jak się dowiadujemy, niemiecki tygodnik Der Spiegel przedstawił ostatnio listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20090519&id=sw01.txt. A na tej liście znalazł się również mój dziadek, moja babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój wujek. Może nawet i on.
Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie chce mi się pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć szwabowi gardło.
No a przede wszystkim – choć boję się że to już zdecydowanie za późno – może warto by było wrócić do pomysłu z kartoflami.

Uniwersytety czy śmietnik?

Przyznam szczerze, że myślałem ostatnio dość mocno, jak by tu można było elegancko i możliwie spektakularnie skończyć moją przygodę z Dziennikiem i z tym wszystkim, co się nam w ciągu minionego tygodnia przytrafiło. Każdy dzień przynosi nowe zdarzenia, każde z nich dostarcza niezwykłych wprost inspiracji, więc kiedy się jest blogerem o pewnym poziomie zaangażowania, naprawdę ciężko jest marnować okazję. Piszemy więc, co nam leży na sercu, wylewamy z siebie nasze smutki i rozczarowania, i nawet jeśli w pewnym momencie widzimy, że poziom tych smutków i rozczarowań znacznie przerósł sam temat, to i tak nie bardzo wiadomo, jak przestać.
Szczęśliwie, w dzisiejszym Salonie znalazłem wpis pana profesora Wojciecha Sadurskiego, przeczytałem go z uwagą i pomyślałem sobie, ze oto jest piękna okazja, żeby ostatecznie zamknąć ten nieszczęsny rozdział i to zakończyć go odpowiednio mocno. Jeśli ktoś ma ochotę, oto odpowiedni link http://wojciechsadurski.salon24.pl/107209,o-polityce-m-wi-takze-idiota-ale-jakze-inaczej.
Tematem jednak tego wpisu nie będzie pan Wojciech Sadurski, a przynajmniej nie w stopniu decydującym. Osoba Sadurskiego pojawiła się tu właściwie tylko z jednej przyczyny… no powiedzmy z przyczyn dwóch. Pierwsza jest taka, że dzięki niemu dowiedziałem się o tym, co ma do powiedzenia w kwestii wolności, demokracji i ogólnie pojętego człowieczeństwa inny profesor – Marcin Król. Drugi powód – wbrew pozorom nie taki znowu trywialny – dla którego muszę wspomnieć o Wojciechu Sadurskim, jest czysto techniczny. Jego osoba i jego refleksja, bardzo mi pomogły w ułożeniu czegoś, co nie wiem jak się nazywa po polsku, ale po angielsku na to się mówi topic paragraph.
Proszę posłuchać. Ja nie mam absolutnie pewności, czy Wojciech Sadurski jest idiotą, czy nie. Podobnie zresztą, jak nie wiem, czy idiotą jest Marcin Król. Dobry obyczaj i cywilizacyjne przesądy kazałyby twierdzić, że i jeden i drugi idiotami być nie mogą i to wcale nie tylko dlatego, że są profesorami. Przede wszystkim, ani jeden ani drugi nie mogą być idiotami z powodu tego mianowicie, że definicja idiotyzmu jest bardzo ściśle sformalizowana i naprawdę trudno by było sobie wyobrazić, żeby którykolwiek z nich pod nią podpadał. No ale, jak wiemy, bywa różnie, więc wykluczyć niczego nie można. Po przeczytaniu tekstu profesora Sadurskiego mam jednak przekonanie, graniczące z pewnością, że Wojciech Sadurski idiotą nie jest. Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Otóż Sadurski, w sposób dla mnie wystarczająco jednoznaczny, nie wykluczył takiej możliwości, że on akurat idiotą może być. Przynajmniej z pewnego punktu widzenia, który on uważa za demokratycznie uzasadniony. A tego typu refleksja świadczy znakomicie o tym, że Sadurski idiotą nie jest. I to nawet w potocznym.znaczeniu tego słowa.
Inaczej sprawa już wygląda, jeśli idzie o Marcina Króla. Wojciech Sadurski w swoim salonowym wpisie zamieszcza link do komentarza Króla, który on zechciał sformułować na temat tzw. blogowania. Kto chce, niech wejdzie na Sadurskiego i stamtąd dalej. Otóż, krótko mówiąc, Marcin Król, w swoim komentarzu zatytułowanym łaskawie Internet to nie śmietnik, przede wszystkim podkreślił, że on sam jest „wybitnym myślicielem, publicystą i prawdziwym dziennikarzem”. Dodatkowo, zapewnił wszystkich, że nie jest idiotą. No i – co być może tu akurat nie jest najmniej istotne – pochwalił się, że on ma wszelkie talenty, które mu pozwalają idiotów wyłapywać. Ktoś może spytać, czemu u Marcin Król, człowiek, jak sam o sobie pisze, „wybitny”, postanowił zadręczać swój potężny mózg Internetem i idiotami. Można by było sądzić, że poszło o to, że Dziennikzwrócił się do Króla o to by jakoś się zechciał zaangażować w tę mokrą robotę, którą redaktorzy Krasowski i Michalski ostatnio tak bardzo się emocjonują, a jemu w sumie wszystko jedno. Jeśli tylko będzie mógł zobaczyć znów gdzieś swoje zdjęcie, to czemu nie?
Kiedy się czyta tekst Króla, można jednak odnieść wrażenie, że on sprawę traktuje bardzo osobiście. Poziom emocji prezentowany przez profesora Króla jest na tyle zbliżony do poziomu emocji, który zaprezentował w innej wypowiedzi, ale na ten sam temat, kolejny intelektualista i nie-idiota, Paweł Kukiz – piosenkarz. Z tego co pisze Król, wynika, że on autentycznie przeżywa pewne kwestie i jego wypowiedź to nie jest taka zwykła paplanina przy wódce na odczepnego. Dlaczego uważam, że Król gada na serio? Dlatego mianowicie, że moje doświadczenie każe mi wiedzieć, zawsze i wszędzie, że każdego tak zwanego intelektualistę można zacząć traktować poważnie dopiero wtedy, gdy ujrzymy go w sytuacji intymnej. Co jest dla intelektualisty sytuacją intymną? To akurat jest kwestia przypadku. Może to być moment, kiedy intelektualista jest pijany, albo kiedy się zakocha w jakimś dziecku, albo kiedy ktoś go obrazi i on się wścieknie. W sytuacji oficjalnej, intelektualista gada wyuczonymi frazami i niekiedy naprawdę bardzo trudno jest go złapać na tym, że jest idiotą. Trzeba więc czekać na ten jeden moment słabości. Wtedy dopiero z intelektualisty wychodzi jego prawdziwy potencjał.
Co się okazało dla Marcina Króla sytuacją intymną? Co zmusiło go do odsłonięcia się i do pokazania swoich faktycznych umiejętności i swojej autentycznej klasy? Okazuje się, że nie trzeba było go ani upić, ani na niego nasłać jakiejś małoletniej dziwki, ani nawet potraktować tak, jak na to od wielu lat sobie zasługuje, czyli pytaniem: „Jak zdrówko, szefie?” Wystarczyło mu nagle, któregoś dnia pokazać z przerażającą jednoznacznością, że cały ten świat, który on sobie najpierw uroił, a którym później już tylko sie karmił i który jednocześnie sam żywił, się rozpada. I zostaje, nawet jeśli nie zastąpiony, to bardzo agresywnie uzupełniany, światem wartości rzeczywistych. Król zobaczył, co się dzieje, i dostał szału. Jak ten szał wygląda?
Wystarczy spojrzeć na sam początek jego tekstu: „Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno.” Bywa tak, ze ktoś wygłosi jakąś opinie, z pozoru tak intrygującą i mądrą, że trzeba czasu, żeby zobaczyć, że za tą opinią nie stoi tak naprawdę nic. W przypadku Marcina Króla i tych trzech zdań, które zacytowałem wyżej, nie ma mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. Tu nawet nie trzeba czytać dwa razy. To co Król mówi, jest proste jak artystyczne dzieło wspomnianego już wcześniej Pawła Kukiza. To jest tak zwany strzał do pustej bramki. Król, w swojej całkowicie oficjalnej wypowiedzi, ogłasza, że ”blog to idiotyzm”, bo „każdy może wygłaszać opinie na tematy dowolne”. On nie mówi, że blog jest szkodliwy. Nie ostrzega, że blog jest groźny. On nawet nie mówi, że blog jest tandetny. On mówi, że blog jest głupi. I dalej – nie twierdzi, że blog jest głupi, bo jest prostacki, bo jest zbyt ‘popowy’, bo wprowadza w błąd, albo dlatego że wykrzywia rzeczywistość. On na podparcie swojej – i tak już absolutnie kuriozalnej – tezy, że blog jest głupi, nie podaje jednego merytorycznego – godnego tytułu nawet nie profesorskiego, ale jakiegokolwiek tytułu – argumentu. On pisze, że blog jest głupi, bo pozwala wygłaszać opinie na wszelkie tematy. I że to jest źle. Mamy trzy zdania, tworzące całość pod względem intelektualnym tak nieprawdopodobnie prymitywną, że jeśli ktoś ma potrzebę, czytać dalej wypowiedź Króla, to już wyłącznie w celach badawczych.
A badać – owszem – jest co. Nieczęsto się bowiem zdarza, że w życiu realnym trafi się nam przypadek autentycznie szwejkowski. Ksiądz dziwkarz, sędzia złodziej, lekarz pijak, policjant wariat. Profesor idiota. Tak się niefortunnie składa, ze jestem osobą wykształconą. Wprawdzie nie bardzo, ale zawsze trochę tego się do mnie przylepiło. Co gorsza, w swoim życiu, miałem okazję najczęściej spotykać się częściej z ludźmi wykształconymi, niż pozbawionymi tego czegoś. Tak się moje życie ułożyło, że raczej miałem kontakt z profesjonalistami niż z amatorami. Jest w tym wszystkim jednak jedna, bardzo dobra rzecz. Jestem mianowicie absolutnie przekonany, ze gdyby mój los nie skazał mnie na to towarzystwo, do końca swoich dni musiałbym żałować, że nie udało mi się liznąć troszkę tak zwanego prawdziwego świata. Jakiż to byłby wstyd! Gdybym w swoim życiu nie miał prawdziwej okazji spotkać tego nieprawdopodobnie fascynującego gatunku, jakim jest wykształcony dureń, umierałbym w bardzo grzesznej nieświadomości. A więc, w sumie nie powinienem narzekać. I oto ta końcowa refleksja, która pozwala mi skutecznie zamknąć tzw. ‘sprawę Kataryny’.
Zacząłem od Sadurskiego i na Sadurskim przychodzi mi skończyć. Ma Pan racje, Panie Profesorze. Do końca naszych dni nie będziemy wiedzieli, jakimiż to nam przyszło być idiotami. Ale przynajmniej o tym wiemy. A to już jest bardzo dużo. Żeby jednak atmosfera nie była zbyt sielska, to muszę Panu jedno wyrzucić. To że Pan napisał o Królu, że on jest „jednym z najmądrzejszym ludzi w Polsce” to potężny obciach. Zupełnie jak nie Pan.

poniedziałek, 25 maja 2009

Pani Agnieszko, po co Pani moje nazwisko?

Wujek mój, brat mojej Mamy, opowiadał mi kiedyś taką historię, jeszcze z lat 50-tych. On był wtedy studentem medycyny i mieszkał w Warszawie. Mama żyła wciąż na wsi i któregoś dnia napisała do wujka list. Wujek szedł sobie ulicą, czytał ten list od mamy i w pewnym momencie zobaczył tam jakiś dowcip o Bierucie, czy może już o Gomułce, który Mama postanowiła mu opowiedzieć. I oto mój wujek, czytając ten żart, tak się przestraszył, że ten list zjadł. Dlaczego on ten list zjadł? Dlaczego on się zachował tak niestandardowo? Otóż mój wujek się bał. Dlaczego się bał? Bo bać mu się kazało jego osobiste doświadczenie. Cóż to było za doświadczenie? Tego już nie wiem. Takie miał.
Opisana historia miała miejsce bardzo dawno temu. Tyle się zmieniło w naszej Polsce, że nie mielibyśmy się prawa szczególnie zdziwić, gdyby widok studenta zjadającego ze strachu prywatny list, budził już wyłącznie śmiech. A przecież, w gruncie rzeczy, to wcale nie było śmieszne. Podobnie zresztą jak same czasy. Też wcale nieśmieszne. Minęło już jednak co najmniej dwadzieścia lat, jak nie dość, że można bezkarnie opowiadać dowcipy, to wręcz wolno pyskować. Wolno pyskować w domu, wolno pyskować na ulicy, wolno nawet pyskować w gazecie i w telewizji. Jedyne ograniczenie w pyskowaniu jest takie, że ja mogę powiedzieć mojemu dziecku, żeby nie pyskowało i ewentualnie mój szef może mi powiedzieć, żebym nie pyskował. Poza tym istnieje już całkowita wolność, ograniczona tylko prawem. Jeśli pyskowanie wiąże się z łamaniem prawa, to pyskować nie wolno. I kropka.
Czy pyskujący obywatel ma jakieś obowiązki wobec społeczeństwa? Owszem, ma. Na przykład dobrze by było, żeby nie darł mordy po nocy, kiedy ludzie śpią. Powinien też uważać, żeby, skoro chce pyskować, robił to na swoim – że tak powiem – terenie. Czyli, na przykład, jeśli idzie o mnie i moje emocje, domyślam się, że jeśli ja mam ochotę powiedzieć, że uważam redaktora Cezarego Michalskiego, czy Andrzeja Czumę, czy mojego kolegę Wojtka Czerwińskiego za ruskiego buca, to mam to robić tak, żeby oni nie czuli, że muszą wysłuchiwać tych nieuprzejmości wbrew swojej woli. A zatem, jak się domyślam, nie wypada mi słać do nich listów zawierających kupę, albo choćby słowa, które mogą ich zranić. Nie powinienem też wpisywać obelżywych uwag na ich profilach w Naszej Klasie, na przykład.
Co się stanie, jeśli ja jednak postanowię działać wbrew obyczajom i prawnym standardom? Prawdopodobnie narażę się na to, że któryś z nich postanowi mnie ścigać za tak zwane zakłócanie ich prywatności. Czy będę mógł mieć do nich pretensje o to, że się na mnie obrazili? Nie sądzę. Nie będę mógł mieć do mojego kolegi Wojtka Czerwińskiego pretensji o to, że Wojtek stanął najpierw na głowie, żeby mnie wytropić, a następnie nasłał na mnie prokuratora. Podobnie zresztą, jak on nie mógłby się na mnie gniewać, gdyby sytuacja była odwrotna. Po prostu nie można przyjść do kogoś, dać mu po pysku i oczekiwać, że ten gest zostanie zakwalifikowany, jako niezbywalne każdemu człowiekowi prawo do swobodnej ekspresji.
Co zatem wolno? Uważam, że wolno wszystko poza tym. Ja mogę w przestrzeni, która należy wyłącznie do mnie, czyli u siebie w domu, w liście do mojego brata, w tym metrowym kole, które otacza mnie i mojego syna, kiedy idziemy sobie ulicą kupić papcie, a także – co bardzo ważne – nawet na moim blogu, który znajduje się wyłącznie pod internetowym adresem www.toyah.salon24.pl – powiedzieć i napisać wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Nawet to, że – jeśli wolno się powtórzyć – Cezary Michalski to ruski buc. Podobnie jak Cezary Michalski na swoim blogu – jeśli tylko taki prowadzi – może przedstawić dowolną opinię, jaka mu przyjdzie do głowy na mój temat.
Czy istnieje w tej kwestii jakaś kontrowersja? Wydaje mi się że nie. Jeśli tak, to całe to moje pisanie nie ma sensu. Ale szczerze i uczciwie zakładam, że nikt – nawet pani Agnieszka Romaszewska – nie ma wątpliwości, co do tego, że o ile tylko pyskowanie nie przybiera formy oficjalnej i publicznej, znajduje się ono pod bezwzględną cywilizacyjną i prawną ochroną. Sytuacja ta – o czym jestem bezwzględnie przekonany – należy do najbardziej pięknych osiągnięć demokratycznego społeczeństwa. Wolno już pyskować. Jest jednak pewien problem. Otóż w dniu dzisiejszym, wspomniana już pani Romaszewska, a przed nią kilku innych komentatorów, wyraziło opinię, że wolność – owszem – jest, tyle że jeśli ktoś chce z tej wolności korzystać, powinien się najpierw przedstawić. I to jest dla mnie informacja bardzo niezrozumiała.
Ja już kilka dni temu, w tym samym miejscu, na moim osobistym blogu, który prowadzę dzięki uprzejmości Salonu24, wyraziłem zaniepokojenie tym, że pojawił się jakby plan, na którego końcu znalazło się doprowadzenie do sytuacji, gdzie korzystanie z wolności będzie niosło ze sobą pewne ryzyko. I to nie ryzyko wyznaczone przez wspomniane już wyżej cywilizacyjne i prawne obyczaje, ale przez to czy osoba chcąca korzystać z tej wolności, ma z jednej strony specjalną do tego autoryzację, a z drugiej, czy jest na tyle towarzysko, politycznie, zawodowo i finansowo umocowana, żeby się w tej konfrontacyjnej przestrzeni spokojnie poruszać.
Ja wiem. Pani Agnieszka Romaszewska całe swoje życie poświęciła walce o wolność i demokrację. Autentyczną wolność i autentyczną demokrację. Jej nawet do głowy nie przyjdzie, żeby komukolwiek ograniczać swobodę manifestacji, a tym bardziej swobodę zwykłej wypowiedzi. Jestem bezwzględnie przekonany, że kiedy naprzeciwko siebie z jednej strony stoją oddziały policji, a z drugiej protestujący stoczniowcy i kiedy stoczniowcy skandują w stronę policjantów jedno słowo – „Gestapo!”, to pani Romaszewska wie, że takie oto są reguły demokracji. Jednak nie rozumiem, co nią kieruje, kiedy nagle ona postuluje, żeby jednak ci wszyscy demonstranci się przedstawili.
Więc ja dziś właściwie mam do pani Romaszewskiej tylko jedno pytanie. Po co jej wiedzieć, jak kto ma na nazwisko? Dlaczego ona uważa, że Krasowski z Michalskim mają prawo wiedzieć, kim jest Kataryna? Po co jej wiedzieć, jak mam na nazwisko ja? Co ona chce z tą wiedzą zrobić? Bardzo mnie ta myśl prześladuje. Nie liczę, że mi odpowie. Ale musiałem to pytanie zadać, choćby z tego względu, że to nie tylko Romaszewska robi wrażenie, jak by ta sprawa dla niektórych zaczęła nagle stanowić jakiś bardzo poważny problem. Od czasu jak najpierw minister Czuma, a później część zawodowych dziennikarzy, postanowili się wziąć za blogerów, publiczną domenę opanował jeden problem – co zrobić, żeby Internet przestał być taki anonimowy? I nie chodzi broń Boże o to, żeby portale w rodzaju onet.pl, czy gazeta.pl oczyścić z najróżniejszego plugastwa. Nie chodzi o to, żeby wyplenić z Internetu najbardziej brutalną pornografię i przemoc. To może chodzi o to, żeby powstrzymać bandę gangsterów-amatorów przed bezprecedensową akcją niszczenia w Internecie pewnej kobiety tylko za to, że nieroztropnie wplątała się w wielką politykę, a jak by tego było mało, zdradziła święty projekt o nazwie Platforma Obywatelska? O nie! W końcu być może faktyczny inicjator tej akcji, marszałek Sejmu Stefan Niesiołowski, odważnie przedstawia się z imienia i nazwiska. Chodzi tylko o to, żeby najbardziej wpływowi, a zatem najbardziej zdolni blogerzy, albo zaczęli pisać tak samo bez sensu, jak zawodowi dziennikarze, albo się zamknęli.
Albo pisali swoje teksty wyłącznie na papierze. A po napisaniu tych swoich bezczelnych przemyśleń ten papier zjedli.

niedziela, 24 maja 2009

Dwa listy

Blog, który tylu z Was uprzejmie chce niekiedy odwiedzać, ilustrowany jest przede wszystkim zdjęciem Grzegorza Przemyka, a pod nim – pani Anny Walentynowicz. Niżej znajdują się linki do dwóch zaprzyjaźnionych stroniczek, a jeszcze niżej… no właśnie. Jeszcze niżej przez długie miesiące wisiało wyszydzone logo Gazety Wyborczej. Od wczoraj, w związku z faktem, że przede wszystkim dokuczanie Gazecie powoli zaczęło na mnie robić wrażenie jednak zajęcia bardzo prostackiego, a pod drugie, negatywnym bohaterem polskiej (podkreślam – polskiej) opinii publicznej stał się Dziennik, dokonałem tam odpowiedniej zmiany. Nowy obrazek głosi uroczyście, że Dziennika już nie czytam, ponieważ uważam, że on cuchnie.Deklaracja poważna wymaga poważnej konsekwencji. Stało się jednak coś, co zmusiło mnie do przesunięcia pierwszego dnia bojkotu na jutro. Otóż pan Wojciech Wybranowski na swoim blogu poinformował mnie, że redaktor naczelny Dziennika, Robert Krasowski wystosował do mnie list otwarty. Przełamałem się i list przeczytałem. http://www.dziennik.pl/opinie/article385781/List_otwarty_do_obroncow_Kataryny.html
Umówmy się więc tak. Dziś odpowiem na ten list swoim listem otwartym, i to będzie moje ostateczne pożegnanie się z tym chorym towarzystwem.
Krasowski tytułuje swój tekst następująco: List otwarty do obrońców Kataryny i zaczyna go od zdjęcia majtek i prośby skierowanej do nas, żebyśmy go pocałowali w dziurę, którą on robi kupę. No i dobra. On ma taki styl, taki umysł, a więc, konsekwentnie, i taką prośbę. My tej prośby spełnić nie chcemy, ale za to chcemy powiedzieć parę słów. Wybranowski zrobił już swoje. Ja tylko dorzucę troszeczkę od siebie. Otóż pisze Krasowski tak:
Lubię internet, lubię internautów i lubię ostry język. Nie lubię tylko Was, zawistników, którzy się stali plagą polskiego internetu. Wejdźcie na strony gazet zachodnich, nawet w bulwarówkach nie ma tak debilnych wpisów, jak Wasze. Witajcie komuszki... Niemieckie sługusy... Żydowskie pachołki... Lokaje Tuska... Tak zaczynają się Wasze wpisy i na tym się kończą.Zero myśli, zero finezji, zero dowcipu.
Z tytułu wynika, że to do mnie. Z tekstu z kolei wynika, że nie. Koniec tego kuriozalnego tekstu świadczy jednoznacznie o tym, że jednak nie:
PS. Przepraszam większość internautów za powyższy list. Oczywiście nie jest on skierowany do nich, a tylko do tej wąskiej i hałaśliwej grupy, która samozwańczo nadała ton polskiej sieci. Co do tytułu listu wyjaśniam, że nie kieruję go do wszystkich obrońców Kataryny. Wielu z nich to poważni blogerzy i forumowicze, którzy posługują się rzeczowymi argumentami. Spór dotyczy jedynie tej hałaśliwej grupki, która za chwilę zacznie mnie wyzywać od zdrajców, żydów, pedałów, komuchów i szwabów. Jak sądzę, wszyscy mamy ich dość.
Wyjaśnienie zatem, że kiedy Krasowski pisze list otwarty do obrońców Kataryny, on nie pisze listu otwartego do obrońców Kataryny, przyjmuję z potężnym intelektualnym wysiłkiem, ale chętnie. Zwłaszcza, że ja faktycznie mam wiele zarzutów do Krasowskiego i jego kumpla Michalskiego, może nawet bardziej ciężkich, niż oni by byli gotowi przyjąć, ale akurat nie to, że są żydami, pedałami, a nawet szwabami.
Jednak problem pozostaje. Otóż chodzi o to, że Krasowski wykonał bardzo interesujący – oczywiście na swoją skromną miarę – zabieg. On zwraca się niby do obrońców Kataryny, ale wiedząc, że obrońcom Kataryny może, zarówno intelektualnie, ale również w wymiarze czysto ludzkim – jak to mówią młodzi blogerzy – ‘nagwizdać’, tak naprawdę polemizuje z kilkoma nieprzytomnymi ze wściekłości internautami, komentującymi dzień w dzień wszystko co się da komentować na internetowej stronie Dziennika,i w ten sposób pokazuje głównie sobie, jaki to z niego wypasiony ‘dżernalist’. On nie ma ani jednego argumentu, którego mógłby sensownie użyć na obronę tego swojego i tak już nędznego wizerunku, który w ostatnich dniach postanowił jeszcze osobiście obrzygać. Rzuca więc kamieniami w jakieś blogujące dzieci, nie znające różnicy choćby między dniem, a nocą. A robi to dodatkowo na takim poziomie literackiego kunsztu, że jedyne co go może tu jeszcze ratować, to podejrzenie, że być może pisząc ten tekst, był kompletnie pijany. Nieważne. Ja i tak mu pokażę, jak się to robi. Proszę bardzo!

LIST OTWARTY DO LUDZI KTÓRZY CHCIELI ZNISZCZYĆ KATARYNĘ
To coście zrobili, eliminuje Was z demokratycznego społeczeństwa. Nie zasługujecie na to, żeby uczestniczyć w projekcie, któremu na imię Polska, nawet w formie przestrogi dla młodego pokolenia. Nie ma takiej sprawiedliwości, która zastosowana wobec Was dałaby satysfakcję ofiarom Waszej nikczemności. Wasze nazwiska zostaną zapisane na kartach historii w osobnych, specjalnie dla Was przygotowanych rozdziałach. Nie ma nawet sposobu, żeby zwrócić się do Was słowami „Wstydźcie się”, bo Wasz wstyd jedynie przyniósłby niezasłużony ból głowy tym, którym kiedykolwiek autentycznie było wstyd. Jeśli ludzka porażka może mieć twarz, to jest to twarz każdego z Was.
I jeszcze zastrzeżenie. Te moje słowa nie są kierowane do panów Roberta Krasowskiego i Cezarego Michalskiego. One są wyłącznie przeznaczone dla ludzi złych i podłych.

sobota, 23 maja 2009

Strach

Wczorajszy komentarz Cezarego Michalskiego w Dzienniku uczynił go postacią historyczną http://www.dziennik.pl/opinie/article384432/Utracona_czesc_Kataryny.html.
Przynajmniej tak to wygląda z dzisiejszej perspektywy i wszystko na to wskazuje, że prognozy są słuszne. Jestem więc pewien, że za dziesięć, albo za dwadzieścia lat, albo za jeszcze więcej lat, o Michalskim będzie się czytało w podręcznikach dziennikarstwa, a może i nie tylko dziennikarstwa. Myślę że tak samo, jak dziś się czyta o Jerzym Urbanie, o Wiesławie Górnickim, albo – może jeszcze lepiej – o takich ludziach jak ten słynny dzinnkarski duet sprzed lat Uberman i Szykuła. I każdy, kto się choć trochę interesuje tym, co się dziej w sieci i dookoła niej wie, o czym mówię.
Dziś jednak chciałem zaproponować do rozważenia pewien troszkę inny aspekt tej smutnej sprawy. Chodzi mi o to, że w tym całym zgiełku na temat tego, jak mainstreamowe media we współczesnej Polsce zniszczyły jedną, kompletnie niezależną i w gruncie rzeczy zupełnie niszową komentatorkę, zgubiła się jedna bardzo ważna rzecz. Jest oczywiście kłamstwo, jest zamach na demokrację, jest agresja w prywatność, jest też może i zemsta, a może nawet i zwykła nienawiść. Owszem. To wszystko, kiedy analizujemy wczorajszy tekst Michalskiego, się tam pojawia. Natomiast mam wrażenie, że bardzo niewiele osób zwróciło uwagę na problem strachu. Do czego zmierzam? Otóż Cezary Michalski, wielokrotnie w ciągu tego krótkiego, ostrego jak szpikulec do lodu (prawda, że idealne porównanie?) komentarza, w ten czy inny sposób, odwołuje się właśnie do strachu. Począwszy od początkowej przechwałki w postaci słów: „Zmusiliśmy ją do milczenia”, przez – jak już wiadomo, kłamliwe – zapewnienia w stylu: „Niech się Kataryna nie boi”, po już bardzo zawoalowane uwagi o „bezpiecznej pozycji anonimowości”. Cały komentarz Michalskiego jest wypełniony z jednej strony napominaniem, że należy się bać i że każdy kto jemu, albo komuś z jego kolegów, podskoczy, nie zna dnia ani godziny, kiedy oberwie, a z drugiej rozkoszną satysfakcją na widok kogoś, kto ten prosty fakt nagle zrozumiał.
I ja to rozumiem. Ja myślę, że potrafię sobie świetnie wyobrazić tę szampańską atmosferę w redakcji Dziennika, kiedy ta pani redaktor zadzwoniła do Katarynyi poinformowała ją, że ją właśnie dopadli. Że już wiedzą, jak się Kataryna naprawdę nazywa. Kim jest, gdzie pracuje, skąd pochodzi… Wszystko. Musiało być fajnie, kiedy ona to wszystko mówiła do słuchawki, a zgromadzony wokół niej zespół redakcyjny słuchał najpierw tej ciszy, a później tego trzasku przerwanego połączenia. Próbuję sobie tę scenę wyobrazić. Dziennikto Axel Springer, więc nie wykluczam, że nawet w pewnym momencie ktoś mógł tryumfalnie zawołać: „Gut!!! Obsrała się!” I wszyscy podbiegli do Michalskiego i przybili sobie z nim piątkę.
Michalski, siłą rzeczy, wiele nie pisze. On tylko przedstawia jak się sprawy mają. Więcej na ten temat można znaleźć w artykule towarzyszącym jego komentarzowi, autorstwa owej Sylwii Czubkowskiej, zatytułowanym Czego boi się Kataryna. Szukałem tego tekstu na stronie Dziennika, ale wygląda na to, że został stamtąd wycofany. Na szczęście jest sieć, więc można zajrzeć tu http://wiadomosci.24polska.pl/koktajl/czego_boi_sie_kataryna_36813.html. A naprawdę warto. Tam jest już wszystko co trzeba. „Sławna Blogerka straciła odwagę”, „Czego boi się Kataryna”, „Czemu boi się jawności Katarzyna”, „Kataryna zaczęła panicznie unikać telefonów”, „Kiedy zadzwoniliśmy do Kataryny, mówiąc, że wiemy, kim jest, wystraszona przerwała połączenie”, „Zostaliśmy połączeni i znów panika”, i tak dalej. To faktycznie musiało być piękne. Widzieć jak 38 latka z Rzeszowa zmienia się w galaretę. Można się poczuć jak na jakimś fajnym brytyjskim filmie.
A więc strach. Czego się boi Kataryna? Czego się boi każdy inny człowiek, który próbuje żyć w świecie, gdzie czasem nie jest łatwo żyć, a jednocześnie – w sam raz na miarę swoich ambicji i możliwości – chce uczestniczyć w tak zwanej publicznej debacie? Czego się boję ja? Dziś na przykład boję się, że zadzwoni do mnie windykator z banku i przypomni, że wciąż nie zapłaciłem ostatniej raty kredytu. Boję się, że zadzwoni, bo ja wiem wprawdzie, że on musi ze mną rozmawiać w pewien określony sposób, bo taka jest jego praca, ale, z drugiej strony, jest mi wstyd i głupio i nie chcę po raz kolejny mu powtarzać, że jeszcze tylko parę dni. Jest rzeczą upokarzającą w naszym dzisiejszym świecie tłumaczyć się z tego, ze się nie ma pieniędzy. Czego jeszcze się boję? Tego, że ten kryzys jeszcze będzie mocniejszy i my po prostu już nie damy rady. Tego że jestem tak zapracowany i że zapominam o różnych rzeczach i może się okazać, że zapomniałem też o rachunku za gaz i nagle przyjdzie facet z gazowni i zdejmie mi licznik. Boję się też, że ktoś z nas, nie daj Boże, zachoruje i wszystko trzeba będzie kompletnie poprzestawiać. Boję się, że zbliżają się wakacje i ja nie wiem, czy będę mógł moim dzieciom jakoś je zorganizować, tak by nie musiały siedzieć całe lato w domu. Więc tego się boję.
Cezary Michalski na to wszystko mówi mi, że ja się jeszcze jednego powinienem bać. Mianowicie tego, że za swoje głupie zaanagażowanie, za swoje nieopanowane emocje, za wtrącanie nosa nie w swoje sprawy, za bezczelność i brak szacunku on i jego ludzie któregoś dnia do mnie zadzwonią. I wtedy dopiero zobaczę, na czym polega prawdziwy strach. I niech nikt nie mysli, że Michalski jest przeciwko demokracji, wolności wypowiedzi, wolnej opinii. Ależ skąd. On jest jak najbardziej nowoczesnym Europejczykiem. Tyle że, jego zdaniem, uczestnikiem debaty, która się w Polsce toczy, może być wyłącznie ktoś, kto uzyskał już odpowiedni patent, a poza tym ma na tyle pewną sytuację ekonomiczną i zawodową, że gotów jest ponosić pewne ryzyko. Zdaniem Michalskiego, każdy kto nie ma odpowiedniego wsparcia, choćby finansowego, ma się zamknąć i chodzić do pracy. I dbać o rodzinę i jej bezpieczeństwo. Bo każdy nowy dzień może niespodziewanie przynieść dzwonek telefonu. I to będzie telefon z redakcji Dziennika.
Jak długo interesuję się polityką, chyba nie zdarzyło mi się, żeby jakaś gazeta – nawet ukazująca się jeszcze czarnych latach komunistycznych – zaatakowała zwykłego człowieka w sposób tak bezpośredni, jak to zrobił Dzienniki w dodatku jeszcze, żeby w tak bezpośredni sposób posunęła się do czystych gróźb. To co zrobił Michalski z kolegami budzi w mojej głowie zaledwie dwa skojarzenia. Jedno, to jeszcze sprzed wielu, wielu lat – kompletna fikcja. Do Don Corleone przychodzi Amerigo Bonasera z prośbą o przysługę. Ojciec Chrzestny, troszkę rozczarowany, że Bonasera przez tyle lat unikał swojego przyjaciela, mówi: „Dlaczego nie przyszedłeś do mnie wcześniej? Gdybyś przyszedł i ofiarował mi swoją przyjaźń, twoi wrogowie, byliby moimi wrogami. A wtedy wierz mi – baliby się ciebie”. Druga scena jest już prawdziwa. Studiuję na filologii angielskiej i któregoś dnia dostaję wezwanie na milicję. Oficer który ze mną rozmawia, pyta się mnie w pewnym momencie, dlaczego oblałem ostatni egzamin. Ja mu mówię, że dlatego, że się słabo do niego uczyłem. A on wtedy: „Ale przecież, to drobiazg. Przecież nie pan jeden się nie uczy. Jak kiedyś będzie pan miał kłopot, niech pan do nas przyjdzie, opowie i zobaczymy, czy będziemy mogli jakoś pomoc.”
Kataryna opowiada, że redakcja Dziennika proponowała jej, żeby się ujawniła na ich łamach, a oni ją zatrudnią jako publicystkę. Ja jej wierzę. Dlaczego? Nie wiem. Jej wierzę, Michalskiemu nie. A więc okazuje się, że Kataryna odrzuciła tę przyjaźń. I teraz ma za swoje. Tak to właśnie się dzieje. Michalski – ale nie tylko on, oprócz niego wielu komentatorów – twierdzi, że jest nieuczciwe, że blogerzy ukrywają się za nickami i tak bardzo chronią swoją anonimowość. Dotychczas nie zgadzałem się z tą opinią. Powody wyłuszczyłem w poprzednich tekstach. Muszę jednak się przyznać do pewnej ewolucji moich poglądów. Wprawdzie dalej nie widzę nic mądrego w pragnieniu, by znać prawdziwe nazwiska publicystów piszących amatorsko, a również i zawodowo. Jakie to ma dla mnie znaczenie, czy Cezary Michalski nazywa się tak naprawdę, czy tylko ma taki artystyczny pseudonim. Michalski i już. Prosta sprawa. Ja chcę wiedzieć, jak się nazywa mój poseł, mój premier, mój prezydent. Ale dziennikarz, aktor, piosenkarz? Jakie to ma znaczenie, gdy tak naprawdę chodzi jedynie albo o piosenkę, albo o czyjś pogląd. Jednak pełna anonimowość też mi nie odpowiada. Ja na przykład zawsze bardzo chciałem wiedzieć, jak wyglądają członkowie zespołu The Residents. Nie, jak się nazywają, ale właśnie jak wyglądają. Od czasu do czasu, zawsze przychodzi do człowieka taki moment, że chce zobaczyć tę twarz. Właśnie tę twarz. Co to za twarz. Nie nazwisko. Twarz. A więc oto twarz:

I na koniec jeszcze jedno. Myślałem w pewnym momencie tej najnowszej awantury że może zacznę podpisywać swoje teksty. Że może nawet wkleję na swój blog moje zdjęcie. Jednak wychodzi mi na to, że tego nie zrobię. Dlaczego? Czy dlatego, że się boję? Owszem, ja rzeczywiście się trochę boję. Boję się Michalskiego i jego kolegów. Ale to akurat nie jest powód. Uważam, że kiedy Michalski pisze, że on nie ma jak się dobrać do anonimowych blogerów, to tylko kokietuje. On nie ma z tym, tak naprawdę najmniejszych problemów. Wystarczy, że się zwróci gdzie trzeba, to mu tam wszystko powiedzą. Więc nie. To akurat nie jest problem. Ja nie chcę się podpisywać i publikować swojego zdjęcia z trzech powodów. Po pierwsze moje nazwisko brzmi byle jak. Dwa – ja wyglądam byle jak. Trzy – mnie się bardzo podoba mój nick. Toyah. Piękny, przewrotny nick. Więc tak pozostanie. A jeśli idzie o Michalskiego, to – Panie Redaktorze, niech Pan robi swoje.

piątek, 22 maja 2009

I znów lezą

Kilka minut temu przyszła do mnie starsza Toyahówna i kazała mi wejść na stronę www.latarnikwyborczy.pl i odpowiedzieć na znajdujące się tam pytania, dzięki czemu będę wiedział, na kogo mam głosować w nadchodzących wyborach. Ona już to zrobiła i wyszło jej, ze najbliższy jej przekonaniom program będzie realizowało coś, co się nazywa Polska Partia Pracy. Chodziło teraz o to, żebym i ja dowiedział się, jakie mam poglądy. Wszedłem, zaznaczyłem odpowiednie kratki, sprawdziłem wynik i ów latarnik wyborczy poinformował mnie, że ja jestem UPR. Następnie do testu zasiadł Toyah junior i on z kolei wpadł pod skrzydła Libertasu. Najciekawsze jednak przed nami. Właśnie wróciła do domu Toyahowa. Zmusiliśmy ja wspólnie, żeby odpowiedziała na zadane pytania i co się okazało? Otóż, ile razy on nacisnęła guzik ‘dalej’, była przekierowywana z powrotem do quizu. Po czterech bezskutecznych próbach, machnęliśmy na nią ręką i uznaliśmy, że ona to pewnie zwykła pisówa i kazaliśmy jej iść spać.
Oczywiście, sytuacja jest w tym momencie szczególna. Przede wszystkim nas nie trzeba zachęcać do udziału w głosowaniu, bo wszyscy, i bez pomocy dobrych ludzi, popędzimy 7 czerwca do wyborów jak na skrzydłach. Poza tym, co może jeszcze ważniejsze, popędzimy tam, żeby głosować na Prawo i Sprawiedliwość, a konkretnie na Marka Migalskiego, którego wszyscy lubimy. A więc, wbrew zachętom płynącym ze strony organizatorów akcji, nie będziemy w tym roku wspierać ani Libertasu, ani UPR-u, ani jakichś drobnych komuchów nawet, tylko właśnie PiS.
Mimo jednak tego, że – jak się zdaje – umysły stojące za projektem o nazwie Latarnik Wyborczy, przygotowując się do czerwcowych wyborów, nie nas miały na myśli, ani też z pewnością nikogo z tych, którzy już decyzję podjęli, wydaje się, że dobrze by było się zorientować, co to się dookoła nas wyprawia i kto to taki próbuje sobie poustawiać sprawy, może nie do końca czysto, ale za to bardzo – z pewnego punktu widzenia – skutecznie. Dlaczego nieczysto? Dlatego mianowicie, że wbrew swoim zapewnieniom, autorzy projektu oczywiście bardzo zdecydowanie zachęcają do nie-głosowania na jedną konkretną partię. Dlaczego skutecznie? Dlatego, że zwracając się do osób o różnych politycznych poglądach, których łączy jedna wspólna kwestia – mianowicie nikt z nich nie ma ochoty brać udziału w wyborach, namawiają ich do jednego - żeby głosowali na wszystko, tylko nie na PiS.
Zaglądam jeszcze raz na stronę z quizem. Latarnik Wyborczy – cóż to takiego? Nie bardzo wiadomo. Strona jest niezwykle skromna. Ładna, schludna, ale skromna. Tam jest wyłącznie ten test i krótka informacja, że „’Latarnik wyborczy’ to interaktywne narzędzie internetowe, dzięki któremu można lepiej poznać swoje poglądy polityczne oraz porównać je z programami poszczególnych komitetów wyborczych. Uruchomiliśmy już trzecią edycję "Latarnika wyborczego". Do tej pory stronę odwiedziły setki tysięcy wyborców. Projekt nie promuje żadnej partii, komitetu, koalicji wyborczej, ani żadnych, konkretnych poglądów politycznych. No i kilka kolorowych linków do tzw. partnerów: Centrum Edukacji Obywatelskiej, coś o uroczej nazwie 7czerwca.org.pl Pępek Europy, Młodzi głosują, Gazeta Wyborcza, znów coś o dziwnej nazwie – Vote Match Europe 2009, cafebabel.com-the european magazine. No i jest jeszcze uwaga o pieniądzach: „Projekt został zrealizowany przy wsparciu udzielonym przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych”.I wreszcie najważniejsze – nazwiska tych, którzy zaproponowali mi i mojej rodzinie, żebyśmy nie głosowali na PiS. Proszę bardzo:Hanna Gospodarczyk, Natalia Jędrzejczyk, Adam Markuszewski, Konrad Niklewicz, Jacek Pawlicki, Mateusz Przywara, Dominika Pszczółkowska, Anna Samel, Jędrzej Witkowski, Barbara Wus, Dominik Uhlig. Konsultacje: Piotr Pacewicz, Stefan Marschall.
Kim są ci znakomici ludzie? Nie jest łatwo zgadnąć, bo – jak to często w podobnych sytuacjach bywa – do pewnych zadań najlepiej jest kierować tzw. adeptów. Ambitnych, chętnych, pełnych poświęcenia, ale jednak adeptów. Natomiast zamiast zgadywać, kim oni są, można ich wyguglować. I już wiemy. Niemal wszyscy z nich są w jakiś sposób związani albo z Agorą, albo z czymś, o czym już tu kiedyś miałem nieprzyjemność pisać, a co się nazywa Golden Line http://toyah.salon24.pl/88292,japiszony-napadaja. Czy ja coś sugeruję? Ależ skąd. Ja tylko staram się dowiedzieć, who is who. Czysta ciekawość.
Nic nie sugeruję, a mimo to, okropnie mnie poruszają te nazwiska. Cała kupa kompletnie nieznanych nazwisk. Nawet w momencie, gdy już wiemy, czym mniej więcej oni wszyscy się zajmują, znamy nawet zdjęcia niektórych z nich, znamy ich numery telefonów, ich adresy emaliowe, wciąż ta ich w gruncie rzeczy kompletna anonimowość robi wrażenie. A to przecież nie wszystko. Latarnik Wyborczy nie jest projektem samodzielnym. On, jak się okazuje, stanowi część czegoś, co się nazywa Młodzi Głosują i kiedy próbujemy skorzystać z odpowiedniego linka, wchodzimy na stronę kolejnego projektu, o nazwie Centrum Edukacji Obywatelskiej i wszystko co nam się otwiera jest słodkie, kolorowe, wesołe… i wszędzie te nazwiska, te numery telefonów, te adresy mailowe, te zdjęcia. Pełna otwartość. Tyle że nikomu niepotrzebna.
Przyjrzyjmy się temu Centrum Edukacji Obywatelskiej, które, jak się zdaje, to wszystko otwiera. Kim są ci państwo, którzy realizując dziesiątki najdziwniejszych programów na rzecz tego, żeby było mądrze, ciekawie i przede wszystkim kolorowo, ostatnio wszystko podporządkowują jednemu: żeby „pokazać Europie”? Więc tu też spotykamy dziesiątki nazwisk. Dokładnie 42 nazwiska. Nazwiska kompletnie obce, kompletnie nikomu niepotrzebne. Ciekawe że 34 z nich, to kobiety. Dlaczego ciekawe? Nie wiem. Po prostu ciekawe. A wśród nich jedno nazwisko znane Alicja Pacewicz i, oczywiście, odpowiednia informacja: „Podtrzymuje na duchu i podlewa kwiatki w biurze[…] Po pracy najchętniej koleguje się z mężem, synami, spotyka się z bliskimi, jeździ na rowerze, podróżuje, czyta gazety i ogląda telewizję BBC, kupuje nikomu niepotrzebne drobiazgi na targach”. Ona jest akurat znana, przynajmniej przez swojego męża. Ale cała reszta, robi wrażenie podobne. Bo tu nikt niczego nie ukrywa. Tu o nic się nie dba tak, jak o pełną transparentność. Oto wiceprezes zarządu CEO, Liliana Rzeżuska – „Motto życiowe: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Po pracy najchętniej słucha muzyki i zajmuje się ogrodem.” Oto Marianna Hajdukiewicz – „Po godzinach najchętniej: spala energię swoich dzieci, czyli jeździ z nimi na rowerze, na nartach, na łyżwach, na rolkach”.Jest też Zuza Naruszewicz. Ona z kolei „wierzy, że w muzyce tkwi dużo dobra”. Lubi też „energię, która wyzwala się w momentach, gdy kilka osób współgra. Każdy na swój sposób, wszyscy razem.” No i należy też wiedzieć, że pani Zuza „poszukuje takich stanów na każdym kroku, w każdej pracy, w każdej chwili czasu wolnego”. I tak niemal za każdym razem.
Ktoś mnie się spyta, czego się czepiam. Co mam przeciwko ludziom, którzy w wolnym czasie, kiedy nie jeżdżą na rolkach, nie bawią się z dziećmi, nie chodzą po lesie z psem, chcą zachęcić Polaków do obywatelskiej aktywności? Jakiś czas temu pozwoliłem sobie tu w Saloniezamieścić tekst zatytułowany Coming-out, czyli o tych, co wychodzą http://toyah.salon24.pl/88321,coming-out-czyli-o-tych-co-wychodza. Tekst ten powstał ze zwykłego ludzkiego oburzenia tym, że wystarczy grupa bardzo ustosunkowanych ludzi z pieniędzmi i z kontaktami, żeby dokonać najbardziej bezczelnego wyborczego przekrętu na poziomie jednego dużego narodu. Kto jest ciekaw, o co poszło, niech sobie sięgnie do źródeł. Tu mi dziś szkoda czasu, bo jeszcze wiele jest rzeczy, o których trzeba wspomnieć, a za które niektórzy prędzej czy później będą musieli odpowiedzieć. Może tylko przypomnę, że skutkiem pewnej niezwykłej inicjatywy Leszka Balcerowicza – a kto wie, kogo jeszcze – udało się do wyborów w roku 2007 zapędzić trzy miliony dodatkowych, kompletnie nieprzytomnych obywateli – głownie starszych dzieci – i kazać im, jak się okazało, bardzo skutecznie, pomoc w obaleniu legalnego rządu. A wszystko to pod hasłami „obywatelskiej aktywności”, „obywatelskiej odpowiedzialności”, „obywatelskiego rozwoju”, „obywatelskiej inicjatywy” i „obywatelskiego poczucia obowiązku”.
Problem polega na tym, że nasz świat, pozornie demokratyczny, w rzeczywistości jest poddany całkowicie anty-demokratycznej manipulacji. W którymś momencie, w Polsce już po upadku komunizmu, zaktywizowała się pewna grupa, która w sposób bardzo agresywny, a jednocześnie maksymalnie, dyskretny usiłuje wpływać na polityczną i społeczną sytuację w naszym kraju. Nie są to ludzie, którzy tworzą partie polityczne, nie są to publicyści, nie są to polityczni dziennikarze, nie są to ani księża, ani członkowie politycznych stowarzyszeń. Są to pewne projekty, zajmujące się wyłącznie tak zwanych postaw obywatelskich. Oni nie angażują się w politykę, oni nie popierają żadnych konkretnych ideologii, oni nikomu nie chcą gwałcić sumień. Oni wyłącznie działają na poziomie tak zwanych inicjatyw obywatelskich. A jak idzie o politykę, to oni w gruncie rzeczy polityki nienawidzą. Chcą tylko edukować i pokazywać kierunki. A ich szczególnym klientem są szkoły. Przede wszystkim szkoły i młodzież. I oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że wszyscy Ci dzielni działacze na rzecz pobudzania postaw obywatelskich, mają na sercu wyłącznie pomoc zbłąkanej młodzieży, która zamiast świadomie uczestniczyć w życiu Polski i Europy, albo chuligani, albo jak już się szczęśliwie zaangażuje, to nie w pełni świadomie. I nie do końca po obywatelsku. Więc prowadzą tę swoją szczytną działalność i prowadzą ją otwarcie, przejrzyście, transparentnie, wręcz z dumą.
Nie to co my. Ostatnio, z paru stron, doszły mnie opinie tego typu oto, że jest coś bardzo nieuczciwego w tym, że my blogerzy tak często ukrywamy swoje dane. Przyznam szczerze, że jestem zaskoczony. Otóż zawsze sądziłem, że na tym właśnie polega uroda sieci, że ludzie tu nie występują jako realne byty, lecz niejako głos sieci. Nigdy nie przyszło mi dociekać, kim jest ktoś kto się podpisuje jako NEOspasmin, czy nawetostatnio podobno fruwający samolotami niejaki Infidel. Gdybym miał ochotę kogoś z nich opieprzyć, ich nazwiska nie były mi do niczego potrzebne. I, jak w to mocno wierzyłem, im moje również. W końcu, jakie to ma dla kogokolwiek znaczenie, czy ja się tu będę prezentował jako Krzysztof Osiejuk, czy jako Stefan Owsiarczyk, czy Toyah?
Przy okazji ataku establishmentu na Katarynę, zachodziłem w głowę, dlaczego tak wiele osób tak bardzo się zastanawia, jak ona się nazywa. Dlaczego tak wielu ludzi nie robiło wrażenia zainteresowanych tym, co się w związku z tą sprawą tak naprawdę w Polsce wydarzyło? Dlaczego tak wiele osób – jak się wydaje – kompletnie nie przejęło się tym, że oto, po raz pierwszy od dziesiątek lat, organy władzy państwowej, zaatakowały zwykły, skromny, pojedynczy, ZUPEŁNIE PRYWATNY głos opinii publicznej? I znów – dlaczego niektórzy ludzie, których pozycja publiczna naprawdę nie zmusza ich do tego, żeby się przejmować, w gruncie rzeczy nic nie znaczącym, blogerem, tak się zaangażowali w to pozornie absurdalne śledztwo? Dziś – tak się fatalnie stało – już wiem. Już mnie to pytanie nie męczy. Już wszystko świetnie zrozumiałem. Otóż, wszystko wskazuje na to, że oni znali nazwisko Katarynyod dawna. Oni z całą pewnością, doskonale wiedzieli, kim ona jest, czym się zajmuje i tylko nie wiedzieli, jak się za nią zabrać. A darować jej nie mogli.
Wydaje mi się, że każdy kto jest odpowiednio wrażliwy i skupiony, wie, do czego zmierzam, czy – jak kto woli – co insynuuję. Myślę, że gdybym postanowił w tym miejscu skończyć ten tekst, ci do których ten tekst piszę, już i tak by wszystko wiedzieli. Ale, na wszelki wypadek, jakoś to wszystko muszę zamknąć. Bo chcę mieć pewność, że skutecznie udało mi się zwrócić uwagę na jedną tylko rzecz. Na coś, o czym już tu wielokrotnie pisałem. Mianowicie chciałem pokazać jak wygląda w dzisiejszej Polsce układ sił, a co za tym idzie gdzie się zaczyna odwaga, a gdzie się kończy zwykła pewność siebie. Gdzie jest bezpiecznie, a gdzie należy zacząć uważać? Komu co wolno, a komu czego nie wolno?
Strona internetowa Centrum Edukacji Obywatelskiej, podobnie jak strony organizacji i inicjatyw z tym czymś związanych, wypełnione są nazwiskami. Nazwiskami ludzi oczywiście czystych, uczciwych, serdecznie zaangażowanych w czynienie dobra. I oczywiście – zgodnie z wielokrotnie powtarzanym zapewnieniem – całkowicie apolitycznych. Ja jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, ze ANI JEDNA z podpisanych tam osób nie planuje w najbliższych wyborach głosować na PiS. Wiem jeszcze coś – każda z tych osób jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowana w to, żeby PiSzostał starty z polskiej sceny politycznej. Skąd wiem? Proszę nie żartować.
I wiem jeszcze coś. Gdyby się miało okazać, że się jednak mylę i jedno z nazwisk, które znalazłem wśród członków tych projektów było nazwiskiem należącym do kogoś z wielu piszących w Salonie przyjaciół IV RP, a pozostali by się o tym dowiedzieli, to oni by stanęli na głowie, żeby ich najzwyczajniej w świecie rozstrzelać. W każdym możliwym wymiarze. Bo oni zniosą wszystko, ale nie tzw. kreta. Oni nie po to wymyślili ten zabieg z całą tą ‘obywatelskością’ i z całym tym ‘obywatelskim społeczeństwem’ i z tą nieszczęsną ‘obywatelską inicjatywą’, żeby im jakieś niesprawdzone elementy zakłócały słodką harmonię. I, konsekwentnie, gdyby się okazało, że któryś z nich pisze swoje polityczne komentarze pod nickiem – na przykład – matka kurka, to po pierwsze ta wiedza pozostałaby wyłącznie najgłębszą wiedzą środowiskową, a po drugie oni wszyscy byliby ze swojego kumpla, czy kumpelki, wyłącznie bardzo dumni. I zresztą słusznie, bo czemu nie. W końcu oni nie są politykami. To prości, porządni obywatele. W odróżnieniu od takiej Kataryny, która oczywiście nie jest żadnym obywatelem, lecz zwykłym pisowskim agitatorem. I która za karę zostanie wywleczona na widok publiczny, odarta z całej swojej prywatności przez kolegów dziennikarzy, a następnie zniszczona wszędzie tam, gdzie to się da.
Cóż można jeszcze powiedzieć? To wszystko. Zbliżają się wybory. Jak można przeczytać na stronie tzw. Koalicji na rzecz gromadnego udziału w wyborach (nie żartuję – to jest ich nazwa) i na stronach partnerskich http://www.7czerwca.org.pl/pl, oni się boją, że frekwencja 7 czerwca sięgnie ledwie powyżej 10 procent. A wiedzą, co to dla nich oznacza. Więc powtarzają eksperyment sprzed dwóch lat. Zupełnie taki sam jak wtedy. Tak samo bezczelny i tak samo przerażający. Nas już zachęcili, żebyśmy głosowali na Libertas, na PPP, lub na UPR. Toyahową już skreślili. Biorą się za innych.
Zmieńmy Polskę.
Idźmy na wybory!

czwartek, 21 maja 2009

Panowie po nas?

Gawędziłem sobie ostatnio z ojcem Rachmajdą i w pewnym momencie rozmowa zeszła na różnice między komfortem pracy zawodowego publicysty, a normalnego blogera. Pomyślałem sobie – i w ten sposób argumentowałem – że ja, w odróżnieniu Zaremby. Mazurka, czy kogo tam jeszcze, piszę, co chcę i przede wszystkim kiedy chcę. Że jeśli przez tydzień nie przychodzi mi do głowy nic mądrego, ani choćby ciekawego, to po prostu nie piszę i zajmuje się najróżniejszymi innymi sprawami. Nikt nade mną nie stoi i nie każe mi się pośpieszyć, bo jak nie, to redakcja będzie miała kłopot. Nikt też mi nie mówi, że mój tekst jest za długi, albo za krótki i muszę tu coś obciąć, albo tu coś dodać, bo inaczej ucierpi układ strony. Co jednak najważniejsze, nikt też – z wyjątkiem naturalnie zwykłych komentatorów – mnie nie opieprza za to, że jestem nieobiektywny, albo zbyt niegrzeczny, ewentualnie zbyt arogancki w stosunku do kogoś, kto na moją arogancję nie zasłużył. Jedyne co mi grozi, to to, że administrator nie wklei mojego tekstu na główną stronę, albo – w najbardziej drastycznych przypadkach – zwróci mi uwagę na niestosowność pewnych gestów. A i tak bez większych konsekwencji. Pensji wszak mi nie odbierze, a ja sam też nie jestem na tyle wariatem, żeby to forum wykorzystywać do łechtania swoich kompleksów. A więc – jest sympatycznie.
Bo na czym, w końcu polega działalność blogerska? Dokładnie na tym samym, na czym polega zwykłe, aktywne intelektualnie życie w świecie wypełnionym ludźmi, z których każdy jest jakiś, zawsze inny, i z których niektórzy bardziej niż inni – tak się złożyło – zechcieli stać się częścią tego naszego życia. A więc na obserwowaniu, analizowaniu, wyciąganiu wniosków, dzieleniu się tymi przemyśleniami z innymi i ewentualnie na wyrażaniu – wedle uznania – najróżniejszych emocji. Zatem, można powiedzieć, my blogerzy jesteśmy jak najzwyklejsi ludzie z ulicy, czy choćby z kanap ustawionych przed ekranami telewizorów, którzy od czasu do czasu na to co widzą, lub słyszą, zareagują albo śmiechem, albo złością, albo smutkiem, albo niekiedy bardzo grubym słowem. A więc, tak naprawdę, my – to oni. Tyle że my mamy pewną zręczność w wyrażaniu swoich emocji w formie literek (lub tak nam się wydaje), a oni pewnie już niekoniecznie (albo tak im się wydaje).
Pisałem o odpowiedzialności i ograniczeniach. Jeśli idzie o ograniczenia, to sprawa jest prosta. My blogerzy możemy znacznie więcej od publicystów funkcjonujących publicznie i zawodowo. Jak mówię – nie zdarzyło mi się dotychczas, żeby ktoś z Administracji Salonukazał mi coś napisać, albo kazał mi czegoś nie pisać. I to jest zrozumiałe. Miejsce, w którym się spotykamy stanowi swego rodzaju wolne forum wymiany myśli i emocji. Trochę jak ulica, czy ta kanapa przez telewizorem. Możliwe, że są jakieś granice, których przekraczać mi nie wolno, ale dotychczas nie zdarzyło mi się na nią wpaść, więc nie bardzo wiem, co by to mogło być. Również, kiedy czytam czasem inne blogi, odnoszę wrażenie, że na nią pewnie nigdy nie wpadnę. Inaczej wygląda sprawa, jeśli idzie o odpowiedzialność. Otóż ja nie wiem, czy między moim tu pisaniem, a gadaniem ludzi na ulicy jest jakakolwiek różnica z prawnego, czy obyczajowego punktu widzenia. Chodzi o to, że ja nie wiem, czy kiedy ja tu napiszę, że Donald Tusk to, w moim głębokim przekonaniu, człowiek o intelekcie i wrażliwości prowincjonalnego piłkarza, moja sytuacja prawna będzie taka sama, jak sytuacja na przykład pielęgniarek, które – korzystając z konstytucyjnej wolności wypowiedzi – przyjdą pod gabinet Donalda Tuska i zaczną w kierunku jego okna rzucać obraźliwe słowa. Czy może jest tak, że ja – przez to, że moje emocje nie są wykrzyczane, ale zapisane i rozpowszechnione w Internecie – podlegam dokładnie takim samym procedurom, jak, powiedzmy, Zbigniew Chlebowski, który niedawno zasugerował, że przewodniczący Guzikiewicz jest chory psychicznie. A może, z jakiegoś egzotycznego powodu, ja jestem jeszcze bardziej podejrzany?
Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to powiem, że ja bym obstawał za tym, żeby jednak mojego pisania nie traktować, jak głosu oficjalnego. Ja bym był za tym, żeby to co wypisują na swoich blogach blogerzy, traktować jak prywatne zapiski prywatnych osób, które w tym samym stopniu kierowane są do potencjalnego czytelnika, jako apel, czy głos w dyskusji, co mogą też stanowić swego rodzaju sztukę dla sztuki, osobiste zapiski, jak wiersz, czy dziennik z osobistymi refleksjami na dowolny temat. Oczywiście, pewnie ta moja opinia trochę wynika z naturalnej potrzeby rozpychania się i zagwarantowania sobie większej wolności. Ale mam też parę argumentów bardziej obiektywnych. Otóż my, blogerzy jesteśmy najczęściej kompletnymi amatorami. Każdy z nas, z reguły, ma swoje życie, swoje zajęcie i swoje środowisko. Jesteśmy inżynierami, aptekarzami, lekarzami, nauczycielami, czasem może i księżmi. Nie jesteśmy w żaden sposób częścią struktur, czy środowisk, które w określonych sytuacjach zechcą nas reprezentować. Jeśli, powiedzmy, Piotr Semka opublikuje w Rzeczpospolitejtekst, w którym obrazi Sebastiana Karpiniuka, albo Andrzeja Czumę i Czuma, czy Karpiniuk wyślą Semce pozew sądowy, prawdopodobnie Semka całość swoich spraw przekaże swojej redakcji i ona już się wszystkim zajmie. Podobnie, jeśli Andrzej Czuma, czy Sebastian Karpiniuk, w telewizyjnym wystąpieniu określą Semkę jako durnia i oszusta, a Semka się obrazi, sprawa zostanie z pewnością przejęta przez struktury, w których Czuma i Karpiniuk operują.
Z pewnością jednak będzie inaczej, jeśli na przykład ja dotknę swoją wypowiedzią jakiegoś artystę, polityka, dziennikarza, czy kogokolwiek, komu się zdarzyło stanowić część publicznej domeny. Przede wszystkim, jeśli ja któregoś dnia się dowiem, że któryś z moich tekstów doprowadził kogoś kogo ja nie lubię do cholery i w związku z tym mam się szykować do procesu, to ja w tym momencie mam prawdziwy kłopot. Przede wszystkim dlatego, że w jestem w tej sytuacji zupełnie sam. Salon24 – zgodnie ze swoją polityką – za moje słowa nie bierze odpowiedzialności. Firma które mnie zatrudnia – jeśli w jakikolwiek sposób w ogóle zareaguje na moje problemy – to najprawdopodobniej, żeby mieć spokój, wywali mnie na pysk. Moi koledzy mają oczywiście swoje sprawy, więc na nich też nie mam co liczyć. A media – jak wiemy wszyscy najlepiej – mają mnie akurat kompletnie w dupie.
Kiedy niedawno w Salonie przeczytałem tekst, w którym Kataryna opowiedziała o tym, jak to syn ministra Czumy postanowił ją zaatakować z pozycji urzędu zajmowanego przez jego ojca, moje pierwsze wrażenie było takie, że Kataryna ma kłopot. I to kłopot poważny. I zrobiło mi się jej żal. Pomyślałem sobie, że ona pewnie gdzieś pracuje, ma swoją rodzinę, swoje sprawy, być może swoje codzienne zmartwienia, swoją zwykła niepewność. I teraz właśnie się dowiedziała, że będzie się musiała kopać z Ministrem Sprawiedliwości i jego całą urzędniczą machiną. Więc ma bardzo poważne zmartwienie i pewnie czuje się dziś nienajlepiej. W komentarzu, który zostawiłem Katarynie na blogu, napisałem – trochę przewrotnie – że powinna natychmiast Czumę przeprosić i obiecać, że będzie już grzeczna. W końcu, jej sytuacja społeczna jest taka, ze do czasu jak już ją totalitarne państwo weźmie za kark i odpowiednio uspokoi, ona nawet ani tego Krzysztofa Czumy, ani jego potężnego ojca nawet na oczy nie zobaczy. Ją akurat odpowiednio ustawią ręce ludzi kompletnie obcych. A więc po prostu nie warto.
Pisałem ten komentarz, a jednocześnie – w głębi serca – liczyłem na to, że jakoś i Salon i inni blogerzy, a przede wszystkim media, a może też i jacyś politycy podniosą odpowiedni zgiełk i nasza Kataryna poczuje siłę. Niestety, pierwsze czego się dowiedziałem, to to, że już na poziomie samych blogów opinie są niejednoznaczne. Obok oczywistych głosów poparcia, pojawiły się uwagi na temat odpowiedzialności za słowo, prawa, a gdzieniegdzie wręcz sugestie, że dobrze tak tej głupiej, bezczelnej, pisówie. Niech ma za swoje. Sam nic już więcej nie pisałem. Czekałem z niepokojem na rozwój wydarzeń i – przyznaję – naiwnie wciąż liczyłem, że może media dojrzą w sprawie przynajmniej temat i złapią obu Czumów za gardło i potrząsną nimi na tyle, że zrozumieją, czym jest cywilizowany świat, i gdzie leży granica między Polską a Białorusią. Oczywiście wiedziałem, że wielkiej afery nie będzie, choćby dlatego że czas prawdziwych afer minął wraz z ostatnim utopionym laptopem Ziobry i ostatnim zjedzonym wieśmakiem. Ale, mimo wszystko, na coś liczyłem. Dziś już widzę, że jeszcze nie teraz i jeszcze nie tu. Owszem, przez kilka dni sprawa tego ruskiego buractwa, jakim się popisał Krzysztof Czuma, zajmowała uwagę szerokiej publiczności. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakim przede wszystkim kontekście. Jak idzie o samego Czumę, to okazało się, że on Kataryny w ogóle nie zna i jej poglądy, zmartwienia i losy interesują tyle co zeszłoroczny śnieg. Że jeśli już ma coś powiedzieć na jej temat, to uważa, że ona – podobnie jak wielu innych blogerów – to szara i chamska swołocz. I żeby mu dać spokój. Natomiast, jak idzie o Katarynę, większość komentatorów miała tylko jeden problem. Jak ona się nazywa naprawdę, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak wygląda? Czy ona to może Kolenda-Zalewska, czy może Robert Mazurek i czy przyjdzie kiedyś taki czas, że się dowiemy kto zacz?
Przede mną leży Dziennik sprzed kilku dni i pełna strona na temat tego już nawet nie politycznego gangsterstwa. I ani słowa o sprawie. Zwykła bulwarowa paplanina o tym, czym są blogi, co to za jedni ci blogerzy i oczywiście to idiotyczne roztrząsanie, co to za jedna ta Kataryna.Jest też i wywiad z Kataryną. I naturalnie, problem jednego z najbardziej brutalnych zamachów na prawa obywatelskie w Polsce w ostatnich latach, został tam niemal nieporuszony. Wyłącznie radosne podskoki na wieść, że – jak się w końcu okazuje – Kataryna to jednak Katarzyna, a nie Robert. Oto współczesna Polska i współczesna, polska opinia publiczna. Rozpacz.
Ja wiem, jak bardzo kuszącą rzeczą jest pokpić sobie z tego co nas spotyka. Że to by dopiero była awantura, gdyby to tak asystent Ziobry dwa lata temu wysłał do Salonu24 mail z żądaniem ujawnienia danych któregoś z wybitnych rycerzy na antypisowskim froncie. Jak by to intelektualiści, artyści, publicyści, politycy słali listy otwarte w obronie wolności słowa. Jak by to na potrzeby tej kampanii wykorzystana została cała popularna i niepopularna kultura w Polsce i może nawet na Jamajce. Jak by to ulice wypełniły się ludźmi, którzy dotychczas nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego jak blogi, ale dziś już nie dość, że wiedzą, to jeszcze nawet uważają blogosferę za część swojego codziennego życia. Ale szkoda słów. Przecież to akurat wiemy wszyscy. I nie ma takiej siły, która by tu akurat oddala prawdzie sprawiedliwość.
Pozostaje tylko zauważyć, że tak zwana ‘sprawa Katatryny’ ostatecznie dołączyła do całego szeregu wielu innych spraw, które mogły przecież stanowić znak czasów, ale sprytnie, przez sprytnych ludzi, zostały sprowadzone wyłącznie do jeszcze jednego drobnego zamieszania na drodze do nowej, podobno lepszej Polski. I można też przy tym skonstatować, że tu naprawdę można już liczyć tylko na siebie. I iść do wyborów. By zmienić Polskę. A przy okazji uważać na każde słowo, na każdy dzień, na każdą twarz w telewizorze. Bo tam się czai zło. Dziś o nazwisku Czuma. Ale jutro? Bóg jeden wie.

środa, 20 maja 2009

Platforma w marynacie, czyli ostatnie pożegnanie

Tekst dzisiejszy został właściwie już napisany wczoraj i wczoraj miał sobie zawisnąć na moim blogu, ale Ernest Skalski wszystko popsuł. Tak więc się zdarzyło, że dopiero dziś dzielę się z Wami dobrą nowiną na temat gnijącej Platformy.
Wszyscy z pewnością znamy takie określenie, że coś nadchodzi niepostrzeżenie. Najczęściej jest tak, że niepostrzeżenie zbliża się coś, czego wolelibyśmy w ogóle nie doświadczyć, a już zwłaszcza wtedy kiedy do tego czegoś jesteśmy kompletnie nieprzygotowani. Mija dzień za dniem, świat wydaje się być niemal uśpiony, i w pewnym momencie, okazuje się, że wszystko co – tak bardzo byliśmy tego pewni – miało już pozostać niezmienione przez całe lata – zdrowie, powodzenie, sukcesy, pieniądze, wygoda – rozpadło się. A myśmy nawet nie potrafili porządnie uchwycić tego momentu. Oto fragment z amerykańskiego pisarza, Johna Bartha:
Przystanęła pośrodku kuchni, by napić się wody. I w tym momencie, po pięćdziesięciu solidnych latach, urwał się sufit w pokoju obok. Albo on, samotny, w pustym gabinecie, nasłuchując, w blasku marcowego dnia, jak mu w myślach szumi świat, gdy – ni stąd ni z owąd – półtorametrowa półka odrywa się od ściany. Przez całe długie wieki, niewidoczne pęknięcie rozsadza skałę. By w jednej sekundzie, cały taras i barierki i turyści i turbiny – wszystko z hukiem runęło do Niagary. Który płatek śniegu uruchamia lawinę? Dom eksploduje. Gwiazda. W głowie twojej żony, tak pozornie bezsilnej, rodzi się zbrodnia, jak płód. Jedna maleńka decyzja władz. Całe kolonie powstają”.
Niedobrze więc jest, gdy coś nadchodzi niepostrzeżenie. Lepiej wiedzieć, co się kroi. Lepiej słuchać, patrzeć i starać się to wszystko czuć. A ja się niemal dałem zaskoczyć. Miniony weekend spędziłem bardzo pracowicie, sprawdzając matury. Sprawdzanie matur – jeśli ktoś nie wie – polega na tym, ze się siedzi w wybranej szkole, przed sobą się ma stos wypracowań i od rana do wieczora liczy się słowa, błędy, procenty, akapity, informacje i stara się od tego wszystkiego nie zwariować. Niektórzy znoszą to lepiej, inni gorzej. Wszystko zależy od podejścia. Ale więc też i od podejścia zależy, czy ten dzień mija szybko, czy wolno i czy pod koniec się zmęczonym i wściekłym, czy zmęczonym i smutnym. A może zmęczonym i jakoś dziwnie mocnym. Nieważne. Chodzi o to, że spędziłem sobotę i niedzielę w całości na sprawdzaniu matur i przez te dwa dni zupełnie zapomniałem o tak zwanym bożym świecie. Przy okazji też jednak – o świecie nie-bożym.
Kiedy w niedzielę wieczorem, gdy z Toyahową wróciliśmy do domu, Toyah junior poinformował mnie, że mieszkańcy Sopotu głosowali w lokalnym referendum nad ewentualnym odwołaniem swojego prezydenta, najpierw byłem zdziwiony, bo zwyczajnie o tym czymś nie pamiętałem. Jednak moja kolejna reakcja była następująca – „Mam nadzieję, że go zostawią”, powiedziałem. Dlaczego tak? Otóż dlatego, że w pewnych sprawach jestem bardzo nieobiektywny. W tym wypadku obiektywizm dotyczy miasta Sopotu, prezydenta Sopotu i pewnej znacznej części mieszkańców Sopotu. Mój nieobiektywizm dotyczy jednak przede wszystkim również projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Jeśli idzie o miasto Sopot, byłem tam w ostatnich latach dwa razy i wszystko co widziałem, zaczynając od tego ohydnego, obszczanego dworca, przez ten śmierdzący deptak, od którego brzydsze jest już tylko Władysławowo w sezonie i wieś Rajcza po sezonie, a kończąc na zasyfionej plaży, było akurat uszyte na miarę prezydenta tego miasta Jacka Karnowskiego. I jak się też okazuje, na miarę jego fanów. Jeśli idzie natomiast o Platformę Obywatelską, to nie muszę się tu szczególnie wgłębiać. Oni mi dają wszelkie powody do kultywowania moich uprzedzeń przez siedem dni w tygodniu.
Kiedy Toyah junior przypomniał mi, że Sopot odwołuje Karnowskiego, pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdyby jednak go nie odwołał, bo w moim skrajnym nieobiektywizmie uznałem, że dla Polski, którą – w odróżnieniu od Sopotu – kocham, będzie bardzo dobrze jeśli proces zanikania wszystkiego co jest związane z Platformą Obywatelską i z tym, co ją najbardziej wspiera, będzie jeszcze przez jakiś czas kontynuowany. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja bym oczywiście chciał, żeby miasto Sopot i ludzie którzy tam mieszkają byli piękni, zdrowi i mądrzy. Bardzo bym chciał, żeby miasto Sopot było tak szlachetne i urokliwe, jak – nie przymierzając – Przemyśl. Bo to wszystko jest moja Polska. Jednocześnie jednak wolę mieć sprawy zdefiniowane jasno, czysto i ostatecznie. A zatem sytuacja, w której się okazuje, że najbardziej wierny i aktywny elektorat Platformy Obywatelskiej jest już do tego stopnia opętany czystym, zwykłym zniewoleniem, że zaczyna tracić najbardziej podstawowy instynkt samozachowawczy, jest z mojego punktu widzenia sytuacją dla Polski bardzo korzystną. Mieszkańcy Sopotu od początku lat 90-tych wybierają sobie władze, które ich miasto niszczą. Czy to jest Karnowski, czy ktoś inny, kto był tam przed nim, według wszelkich dostępnych mi informacji, utrzymuje to społeczeństwo w stanie permanentnej fikcji. Nie wiem zupełnie, jak się tam w tym Sopocie mieszka, ale z tego co zdążyłem zaobserwować, mam wrażenie, że to jest taka klasyczna sytuacja typu ‘jest-jak-jest’. Myślę sobie, że pod tym względem z Sopotem jest trochę tak jak z Gliwicami. Świat może się walić, posłaniec za posłańcem mogą znosić najbardziej alarmujące wieści, wszystko dookoła może nam mówić, że wypadałoby się wziąć w garść, a my się z głupią miną rozglądamy, kiwamy głową z zadowoleniem i po raz nie wiadomo który powtarzamy: „A o co chodzi?” To jest właśnie ta filozofia, ta postawa, ten rodzaj refleksji, na kórych od zawsze najlepiej się żerowało takim politycznym projektom, jaki kiedyś stanowiła Unia Wolności, a której to dzieło kontynuuje dziś Platforma Obywatelska.
Kiedy więc usłyszałem, że Sopot będzie decydował w sprawie Karnowskiego, pomyślałem, że ci co go kiedyś wybrali, powinni go teraz znów poprzeć. Kiedy nadeszła informacja, że Karnowski wygrał z palcem w nosie we wszystkich okręgach, włącznie z tym gdzie mieszkają ludzie mniej zamożni, wpadłem w euforię. Pomyślałem sobie, że – z punktu widzenia interesów, które są mi bliskie – gdyby zwolennicy Platformy Obywatelskiejzachowali się standardowo, czyli przede wszystkim wywalili skorumpowanego urzędnika na pysk, a następnie wystawili na jego miejsce kogoś mądrego, uczciwego i kompetentnego, kto dałby im prawo wierzyć, że wyciągnie to miasto na prostą, a następnie by go większością głosów wybrali, to by świadczyło to o tym, że są oni w znacznie lepszej kondycji, niż można by się było spodziewać. Prezydentem Sopotu zostałby jakiś poważny facet z pomysłem, wiedzą i moralna siłą, a cała Polska pomyślałaby sobie, że z tą Platformą nie ma jednak żartów. Tymczasem, okazuje się, że oni są jak obywatele jakiegoś ruskiego miasteczka, gdzie nagle, ku zaskoczeniu świata, burmistrzem zostaje znany gangster i morderca. Bo choć lokalna społeczność zdaje sobie sprawę, że ten ktoś ma różne sprawki za uszami, to wie też, że przynajmniej gość jest swój, ma ładną zonę i od czasu do czasu załatwi każdemu po flaszce. Albo – żeby nie ruszać się zbyt daleko od Polski – jak mieszkańcy Śmiłowa, gdzie Henryk Stokłosa przez całe lata wszystkich regularnie podtruwał, a żeby mu nie podskakiwali, trzymał ich jedną ręką za kark, a drugą łaskotał po uszku. I oni się bardzo cieszyli i byli swojemu panu bardzo wdzięczni. A więc jest dobrze. Niech się kiszą.
Niech się też kisi ten rząd. Niech się kisi jego premier, jego rzecznik i jego ministrowie. Niech zarastają pleśnią wszyscy jego twórcy i cały ten projekt, któremu ktoś kiedyś postanowił nadać tytuł ‘Nowej Polski’. A pisząc te słowa, jestem głęboko tez przekonany, że każdy, kto żyje podobnymi do moich emocjami, nie mógł znaleźć lepszego dowodu na to, że sprawy się mają bardzo dobrze, niż poniedziałkowe zamieszanie z debatą premier – związkowcy. Wyraziłem tu zupełnie niedawno moje szczere przekonanie, że wizerunkowi doradcy Platformy Obywatelskiej, uznawszy prawdopodobnie, że żadna z obiecanych i zapowiadanych przez tyle miesięcy niespodzianek, nie ujrzy jednak światła dziennego i że zamiast obiecanego rozwoju, Polacy dostaną wyłącznie nędzną karykaturę komunistycznej nędzy, najwidoczniej – swego rodzaju rzutem na taśmę – postanowili zgromadzić wokół siebie poparcie najbardziej ogłupiałej i zniewolonej części elektoratu, która jakoś przetrwała ten czas przejścia z szarych lat osiemdziesiątych do europejskiej współczesności i dziś zrobi wszystko co im się każe za kawałek kiełbasy i to piękne poczucie, że nad nią zawsze czuwa ten pan – surowy, acz sprawiedliwy. Wiedziałem, co się święci, najpierw czytając tu w Salonie komentarze tych wszystkich niedzielnych prawicowców, wzywających do tego, by brudna hołota odczepiła się od naszych ciężko zapracowanych domów, ogródków i telewizorów, następnie słuchając tych ordynarnych komentarzy ze strony przedstawicieli rządu, a skierowanych w stronę protestujących związkowców, jeszcze później patrząc jak policjanci „robią swoje”, a wreszcie znów czytając komentarze rozanielonej publiczności, wdzięcznej władzy, że jest taka silna i stanowcza. Kiedy w miniony poniedziałek jednak, dowiedziałem się najpierw, że premier Tusk postanowił na spotkanie z Solidarnością przyprowadzić przedstawicieli dwóch wspierających rząd związków, a następnie zobaczyłem, jak na tym dziedzińcu Politechniki Gdańskiej siedzi na krzesełku i w towarzystwie jakiś dwóch przerażonych ‘umyślnych’, odstawia najbardziej żałosny cyrk, tylko po to, żeby zaraz potem Eryk Mistewicz mógł w TVN-ie poinformować zdumioną publiczność, że oto narodził nam się nowy Jacek Kuroń, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ujrzałem i poczułem z taką siłą to coś, co kiedyś tak bardzo nas dręczyło i niszczyło. PRL.
A więc wraca PRL. Ale wraca w bardzo szczególnej formie. Jako swoja karykatura. Nędzna, ponura, smutna farsa. Wraca w Sopocie, w postaci prezydenta Karnowskiego, tryumfującego poparciem kochających go mieszkańców, i wraca w całej Polsce – w Warszawie, Gdańsku, Krakowie – w postaci aroganckiej władzy, uzbrojonej w swoje wieczne przekonanie o braku alternatywy, potężną propagandę i pojemnik z pieprzowym gazem na wszelki wypadek. Wraca niepostrzeżenie. Tak nagle, niby z dnia na dzień, a jednak już od pewnego czasu. Wraca niepostrzeżenie. I nagle już jest. Tuż obok nas. I byłaby to sytuacja bardzo niekomfortowa, gdyby nie jeden ważny szczegół, o którym już wspomniałem. To w żadnym wypadku nie jest ‘wejście smoka’. To jest parodia, to zwykły żart. Tak jak Donald Tusk nie jest tamtym Jackiem Kuroniem, tak samo Grzegorz Schetyna nie jest Andrzejem Milczanowskim, Paweł Graś nie jest tamtym Jerzym Urbanem, a nawet ta arogancja nie jest tamtą arogancją sprzed lat. W tym już nie ma żadnej siły. To jeszcze potrwa chwilkę, a później się rozpryśnie. Równie niepostrzeżenie, jak się pojawiło. I będziemy wreszcie mieli święty spokój.