Mój stosunek do zwierząt, wszelkich
zwierząt, poczynając od hipopotamów, przez psy, a kończąc na muchach, sprowadza
się do przekonania, że one wszystkie zostały stworzone przez Boga, żeby nas
świat uczynić bardziej różnorodnym, a przy tym jednoczesnie w miarę możliwości
człowiekowi – a więc odstawy Stworzenia – służyć. W związku z tym nie widzę nic
złego w zabijaniu zwierząt, o ile jego celem jest dobro człowieka i o ile
oczywiście owo zabijanie nie jest w uzbrojone w czerpanie z płynącej z owego
zabijania przyjemności. A zatem nie widzę absolutnie nic złego w mordowaniu
kurcząt, cieląt, ryb, czy wieprzków, czy krewetek, jeśli jego celem jest
nakarmienie człowieka. Nie widzę też nic złego w tym, by zwierzęta były
trzymane w ogrodach zoologicznych i temu samemu człowiekowi dostarczały zarówno
wiedzy, jak i codziennej radości. Nie mam również nic przeciwko temu, by w
cyrkach występowały słonie, konie, psy, tygrysy, lwy i małpy. Nie wierzę
bowiem, by zwierzęta odczuwały jakikolwiek ból poza bólem bycia dręczonym, czy
ewentualnie niekochanym, a z tego co wiem, nikt tak nie kocha zwierząt, jak
właściciele cyrków. Sprzeciwiam się natomiast temu choćby, by ktoś chcąc zabić
muchę, pająka, czy wstrętną pluskwę, postanowił uprzyjemnić sobie tę czynność, ubogacając
ową śmierć na przykład przez przypalanie papierosem, co, jak wiemy, zdarza się często
wśród tak zwanej „gimbazy”.
Ale są zwierzęta, których śmierć jest
nam do życia w żaden sposób nie potrzebna, o ile nie natrafimy na przykład na
tygrysa, który chce nas zjeść, albo wilka, który niszczy to co dla nas cenne.
Nie ma więc najmniejszego sensu zabijać – o dręczeniu już wspominałem – psów,
kotów, żab, czy jeży. Powiem więcej, z zabicia psa, czy kota, czy żaby
wspomniany człowiek nie ma najmniejszej korzyści, nawet gdyby jego celem była
zwykła ludzka rozrywka. Ale nie ma też mom zdaniem najmniejszego sensu w zabijaniu
nutrii, norek, czy szynszyli, szczególnie że z tego co mi wiadomo ich mięso
wcale nie jest jakoś szczególnie smaczniejsze i pożywniejsze od mięsa kurcząt,
cieląt, czy jagniąt. No i oczywiście w tym momencie ktoś przyjdzie i mi powie,
że on wie znakomicie do czego piję i zacznie mi tłumaczyć albo że przemysł
futrzarski wspiera gospodarkę i pozwala na utrzymanie wielu rodzin, albo że ładne
i ciepłe futro to podstawa w czasie mroźnych zim, albo ewentualnie że, jak to w
swoim przekonaniu, inteligentnie bardzo zaznaczył Krzysztof Bosak, że gdyby
Panu Bogu nie podobały się futra, to nie stworzyłby zwierząt futerkowych. To
zresztą, co warto tu zaznaczyć, jest nie mniej głupie, jak dawna wypowiedź
Kidawy, że gdyby natura chciała, to by juz dawno Mierzeję sama przekopała.
Otóż nie. Ciepłe i ładne futro to nie
dość że nie żadna podstawa, nie dość że w dzisiejszych czasach coś całkowicie
niepotrzebnego, to jeszcze – jak to nadzwyczaj celnie zauważył ktoś na
Twitterze – od wielu lat coraz większa „wiocha”. I wcale nie chodzi mi o to, że
ja z moją żoną i moimi dziećmi musielibyśmy chyba upaść prosto na głowę, by
wyjść na ulicę w futrze, czy to noszonym na grzbiecie, na szyi, czy wreszcie na
wspomnianym łbie. Nie chodzi tu w żaden sposób o nas i o nasze gusta. Kiedy
bowiem obserwuję świat i nagle widzę kogoś w futrze, to jest to niezmiennie
albo jakiś ciężki przypadek celebryctwa, albo moda tak egzotyczna, że w sposób
oczywisty sponsorowana przez rynek futrzarski. Mało tego. Kiedy obserwuję
świat, to pamiętam, że pomijając czasy pierwszych traperów, futra były
najbardziej modne w latach sześćdziesiątych wśród tak zwanych dzieci kwiatów,
oraz zawsze i niezmiennie na ulicach Moskwy i to tam one oznaczały elegancję,
wysoki staturs społeczny, no i oczywiście pieniądze. Tak na marginesie powiem,
kiedy raz w życiu zdarzyło mi się zobaczyć brytyjską królową w futrzanej czapce
zamiast tradycyjnego kapelusza, czy zwykłej chustki na głowie, to od razu
pomyślałem sobie, że jest coś w informacji że Imperium Brytyjskie jest mocno
skoligacone z Imperium Moskiewskim. Od wielu już lat bowiem, tak jak cywilizowany
świat, pomijając już tylko pewnie niektóre kobiety i Murzynów, przestają palić
papierosy, tak samo przestaje nosić futra i zakłada na siebie, choćby i zimą,
coś znacznie bardziej gustownego.
A zatem, gdyby ktoś mnie pytał o mój
stosunek do tak zwanej „Piątki Kaczyńskiego”, to choć rozumiem owo serce, jakie
on ma dla zwierząt, podchodzę do niego z lekkim wzruszeniem ramion, natomiast
zdecydowanie uważam, że on ma świętą rację, zmuszając branżę futrzarską do tego
by się przebranżowiła. Znając chyba dobrze ten rynek, jestem pewien, że tam są
naprawdę poważni biznesmeni i cwani gracze, którzy poradzą sobie w każdej
sytuacji, i do tego by osiągnąć poważny sukces finansowy, nie mówiąc o
utrzymaniu rodziny, nie potrzebują obdzierać ze skór szynszyli. Przy okazji,
jestem pewien, że dzięki temu świat stanie się znacznie piękniejszy. Amen.
