piątek, 31 lipca 2020

Czy Cezary Gmyz to internetowy fejk?


      Po raz pierwszy nabrałem poważnych podejrzeń co do popularnego dziennikarza Cezarego Gmyza, gdy ten postanowił nadać sobie oficjalny przydomek „Trotyl” i w ten sposób zaczął się publicznie przedstawiać. Moje podejrzenia jeszcze bardziej się zagęściły gdy zdarzyło mi się kilka trafić razy na jego komentarze na Twitterze i w większości wypadków one robiły wrażenie jakby były pisane przez albo człowieka głęboko zaburzonego, albo kogoś kto jest kompletnie pijany, względnie przez zwykłego internetowego żula, takiego z absolutnie najwyższej półki. A pamiętajmy, że już wtedy Gmyz był nie byle kim, bo jednym pierwszych prawicowych komentatorów, z telewizyjną fuchą, jako korespondent Wiadomości TVP w Berlinie. Śledziłem czasem jego karierę i ile razy widziałem go jak z tym swoim strasznym szczękościskiem donosi nam z Berlina, nie mogłem się nadziwić, jak to możliwe, że ktoś o tak dramatycznie zszarganej reputacji jest wciąż traktowany przez kierownictwo TVP z estymą, która nie dość że go nie wyciąga z tego Berlina za uszy, to najwyraźniej jeszcze jego notoryczne wybryki traktuje z kompletnym pobłażaniem. No ale czas mijał, odpowiedź nie nadchodziła, więc mój zapał do tego swoistego prywatnego śledztwa stopniowo wygasł.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu na Twitterze trafiłem na komentarz nieznanej mi kobiety, o imieniu Bożena, która poskarżyła się, dostarczając oczywiście odpowiedni zrzut ekranu, że Cezary Gmyz, w reakcji na jakąś jej zaczepkę, odpowiedział jej w następujących słowach:
Odpowiem ci dokładnie w tym samym stylu – jesteś tak brzydka, że całe twoje życie erotyczne stanowi wyciąganie sobie macicy i wyciskanie z niej wągrów wieczorami. Wypad”.
       Gdyby ktoś się zastanawiał, jaki styl Gmyz ma na myśli kiedy zachwala swój tekst, służę uprzejmie. Otóż – w pierwszej kolejności chcąc sprawdzić, czy to nie jest jakiś fejk – zajrzałem na profil owej kobiety, podpisującej się imieniem Bożena i okazuje się, że przez ostatnie dni ona ewidentnie cierpi na silną obsesję wokół rzekomego bluzgu Gmyza, i to silną na tyle, że można by było ją posądzić o to, że może ona faktycznie oszalała. Ponieważ jednak ona parokrotnie bardzo szczerze przyznawała się, że w swoim oryginalnym tweecie rzeczywiście była bardzo chamska, pomyślałem, że może jednak coś jest na rzeczy i postanowiłem skorzystać z najkrótszej możliwej drogi, zajrzeć na pole owej pyskówki, czyli na profil Gmyza i sprawdzić, co tam się faktycznie zdarzyło. No i jest. Otóż zaczęło się od następującego tweeta Gmyza:
Palec pod budkę, bo za minutę zamykam Budkę. Żeby sprawa była jasna, powyższa treść nie stanowi komunikatu CBA”.
      Głupie? Owszem. Nawet bardzo. No ale tu się okazało, że Bożena się oburzyła nawet nie na to, że Gmyz sugeruje Budce jakieś przestępcze działania, ale że żartuje z jego nazwiska, i oburzyła się tak, że Gmyza okrutnie zwymyślała (pisownia autentyczna):
Ty naprawdę jesteś nie normalny, skóro nazwiska się czepiasz, dość że jesteś ochlapmorda to jeszcze debilowaty. Wóda zjadła ci całkowicie mózg. Jesteś takim zwykłym mózgojebem, sory za słownictwo, ale inaczej nie mogę cię nazwać”.
       A ja oczywiście w tym momencie nie oczekiwałem od Gmyza, że on się zachowa jak gentleman i ową Bożenę grzecznie zlekceważy, co jako ktoś kto jest obserwowany przez 164 tys. osób, mógłby spokojnie zrobić, no ale tego co się stało nie mógłbym przewidzieć nawet w swoich najbardziej nieuprzejmych na temat tego dziwnego człowieka myślach. On tymczasem przeczytał ten bluzg, jak rozumiem, od obcej sobie osoby, i dostał takiej cholery, że wyszło mu coś takiego. Jeszcze raz, proszę:
Odpowiem ci dokładnie w tym samym stylu – jesteś tak brzydka, że całe twoje życie erotyczne stanowi wyciąganie sobie macicy i wyciskanie z niej wągrów wieczorami. Wypad”.
      Co tu do ciężkiej cholery się stało? Napisałem, że oni się chyba nie znają, ale kto wie? Może owa Bożena to jakaś jego była kochanka, którą albo on puścił kantem, albo ona jego, a o tym że tak może być, świadczyć mogą choćby owe szczegóły na temat jego alkoholizmu. Może jednak być tak, że choć on faktycznie chleje, to jest przekonany, że tego nie widać, no a skoro jakaś obca internautka z takim przekonaniem nazywa go „ochlapmordą”, to znaczy że sytuacja się zrobiła napięta i on zwyczajnie nie wytrzymał, no i nie wytrzymał na takim a nie innym poziomie. On już tego swojego niezwykłego tweeta oczywiście usunął, no ale to tym bardziej świadczy o tym, że kiedy go produkował, działał w szczerym afekcie.
       A ja teraz już tylko mam do powiedzenia jedno. Co jeszcze zrobi Gmyz już mnie nie interesuje i nie sądzę też, by zainteresować było w stanie. Oświadczam natomiast uroczyście, że jeśli w ciągu najbliższych trzech lat, jakie pozostały do wyborów parlamentarnych Jarosław Kaczyński, czy kto tam akurat będzie go bezpośrednio reprezentował, nie spowoduje tego, że Cezary „Trotyl” Gmyz zostanie na zbity pysk wywalony z mediów w jakikolwiek sposób kojarzonych z Prawem i Sprawiedliwością, to ja w owych wyborach nie wezmę udziału. Kto mnie zna, wie, że o zmianie tej decyzji nie ma już mowy.


     



    
        

czwartek, 30 lipca 2020

Czy Onet kończy z szybkim seksem i narkotykami?


       Na samym początku dzisiejszej notki przyznać muszę bez bicia, że nigdy dotychczas o bokserze nazwiskiem Łukasz Janik nie słyszałem. A nie jest tak, że ja się sportem, choćby i tym bokserskim, nie interesują. Wiem kto to był Cassius Clay, Sonny Liston, a nawet Ingermar Johanson. Mało tego, ja wiem również, kim był Jerzy Kulej i Lucjan Trela. Co tam Trela i Kulej? Ja doskonale rozpoznaję nazwiska takie jak Artur Szpilka, czy Tomasz Adamek. O Łukaszu Janiku w życiu nie słyszałem. I oto dziś dowiaduję się, że ów Janik to nadzwyczajny wręcz talent, niemal kandydat do tytułu mistrza świata, tyle że jego nieszczęście polegało na tym, że on, zamiast trenować i walczyć, kurwił się, ćpał i chlał, no i tak jakoś mu na tym zeszło.
       Skąd zatem ja się o jego istnieniu dowiedziałem? Otóż, jak się okazuje, dziś po 20 latach łajdaczenia się, które w pewnym momencie doprowadziło go niemal do granicy śmierci, Janik poznał Chrystusa i to wydarzenie uczyniło z niego zupełnie nowego człowieka. Jak odczytuję dziś z jego osobistego świadectwa, Janik odnalazł drogę do Boga i w ten sposób wyznaje co następuje: Widzę, że mogę być dla innych przykładem i pokazać, że to Jezus Chrystus przemienił moje życie. Dlatego wolałbym chyba teraz poświęcić resztę swojego życia na walkę, ale nie na ringu, a o to, żeby ludziom żyło się lepiej”.
      Ktoś zapyta, jak to się stało, że zaćpany, nieprzytomny od wódy i przygnieciony owym, jak sam mówi „szybkim seksem”, nagle ujrzał Chwałę Bożą? Otóż któregoś dnia Janik ciężko zapadł na sepsę, ciężko do tego stopnia, że otarł się o śmierć i gdy odzyskał przytomność... oddajmy mu może głos:
      Kiedy wróciłem do swojego ciała, miałem świadomość, że przeżyłem bardzo długą podróż, ale jednak wróciłem na ziemię. Mimo że po sepsie przez dwa tygodnie przebywałem w śpiączce, to nie miałem takich odczuć. Po tym, jak wyszedłem ze śmierci klinicznej, musiałem poznać Boga. Powróciłem do medytacji buddyjskich. Nie było to jednak to, czego szukałem. W pewnym momencie przyznałem się przed swoją kobietą, że wstydzę się tego, że nie czytałem Pisma Świętego.
      Pamiętam jak dziś, gdy wahałem się, aby użyć słowa ‘wstydzę się’, ale przełamałem się. Powiedziałem jej dokładnie tak: Wstydzę się, że mam 33 lata i nigdy nie czytałem Pisma Świętego, a przeczytałem tyle książek. Czy to na studiach, czy podczas obozów sportowych. Próbowałem medytacji buddyjskich, a nigdy nie zapoznałem się z historią Jezusa Chrystusa. Następnego dnia znalazłem na ulicy... Pismo Święte. Przyciągnęło mnie do siebie na drugą stronę ulicy. Przez 100-200 metrów szedłem nie wiadomo gdzie. Pod przystankiem leżała broszura z Ewangelią świętego Mateusza i Pierwszy List do Koryntian”.
      No i pięknie. Nawrócenie, jak by powiedział bohater słynnej kreskówki dla dzieci Flop „to rzecz dla Binga”. Sprawa jednak polega na tym, że abyśmy mogli gładko przejść do całego sensu owego – jak wszyscy już pewnie teraz widzimy – szyderstwa, wrócę do czegoś, bez czego to wszystko pozostaje jakoś niepełne. Otóż kiedy przychodzi do momentu gdy Janik odpowiada na pytanie, jak w ogóle, pomijając przygodę z sepsą, doszedł do Boga i jaką widzi dla siebie przyszłość, pojawiają się następujące słowa:
       Od dziecka wierzyłem w Boga. Przeszedłem jednak kryzys, kiedy dorosłem i zobaczyłem, jak naprawdę wyglądają powszechne Kościoły. Księża potrafili tylko wyciągać pieniądze od ludzi, a do tego dochodziły afery z dziećmi. Ludzie potrafią pójść do kościoła, a zaraz po wyjściu z niego obgadywać drugą osobę. To wszystko zraziło mnie do Kościoła jako instytucji. Dlatego Boga starałem się szukać w innych miejscach. Najpierw w medytacjach buddyjskich, które chwilowo mnie wyciszały. [...]
      [Dziś] nie jestem katolikiem, a ewangelistą-protestantem. Kościół to nie gmach czy budowla, tylko ludzie w Chrystusie, wspólnota. Należę do ruchu zielonoświątkowego, do Kościoła Chrześcijańskiego ‘Słowo Wiary’. Niedawno brałem chrzest. Wierzę bardzo w Pismo Święte, a tam jest napisane, że człowiek powinien wziąć chrzest dopiero jako dorosła świadoma osoba, deklarując tym samym, że odchodzi od życia dla spełniania swoich cielesnych zachcianek. Dla mnie Kościół to są ludzie w Chrystusie. Ci, których mam wokół siebie. Wszyscy żyjemy dokładnie tak, jak to jest napisane w Piśmie Świętym. Jesteśmy życzliwi dla innych, szczerzy i pomocni. Dla nas liczy się dobro i słowo, które ma nas łączyć i budować, a nie dzielić. Odrzuciłem zatem cały świat przyjemności cielesnych, bo to już nie jest dla mnie. Nie ma to dla mnie żadnej wartości w tym momencie”.
       No , jak a w tej sytuacji Janiak widzi swoją przyszłość?
       Jeśli już [miałbym zostać kapłanem], to pastorem. Jak George Foreman. W Piśmie Świętym jest napisane, że pastor ma być nienagannym mężem jednej żony: wstrzemięźliwym, roztropnym, przykładnym, zdolnym do nauczania, miłym dla przybyszów. Nie pijakiem, nie awanturnikiem, nie skąpym na pieniądze, potrafiącym wychować dzieci w posłuszeństwie. Tak aby móc dawać przykład innym.
       No i znów, ktoś mnie spyta, czego ja się czepiam? Czy mało wśród nas byłych Szawłów? Proszę zatem dać mi jeszcze chwilę. Otóż w tekście, którego pochodzenie ujawnię pod sam koniec, znajduje się jeszcze coś. Otóż, jak się dowiadujemy, kiedy Janiak przebywał akurat we Wrocławiu i z tego szaleństwa w jakim był wówczas stale pogrążony dostał niespodziewanego ataku padaczki, która następnie przerodziła się w jak najbardziej solidną sepsę, do mieszkania w którym się akurat znajdował, zamiast lekarzy pogotowia „przyjechała wówczas do mnie policja, która mnie skatowała. To była ta sama ekipa, która zatłukła Igor Stachowiaka. Po tym, co się wydarzyło, przez trzy dni byłem w śpiączce. Leżałem na oddziale intensywnej terapii, a obok mnie ludzie, którzy byli podtrzymywani przy życiu. Zacząłem wyszarpywać cewnik. Lekarze usłyszeli, że coś się dzieje i przybiegli. Spytali mnie: ‘To pan żyje?!’. Byli w ciężkim szoku”.
      Aha! A więc jest i Stachowiak, a ja już myślałem, że się go nie doczekam. Czemu do Janika nie przyjechało pogotowie, tylko policja i czego oni od Janika chcieli w związku z owym atakiem padaczki, o to nikt już Janika nie pyta, a on sam też tego już nam nie wyjaśnia, ja natomiast wyjaśnię, skąd u mnie owo oczekiwanie, że tu musi wyskoczyć Stachowiak. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ów reportaż o wielkim polskim bokserze Janiku ukazał się nie gdzie indziej jak w naszym ukochanym Onecie. To Onet, a nie kto inny, zdecydował się nam przedstawić ową fascynującą historię człowieka, który nie dość że przeżył najpierw piekło, a potem autentyczne nawrócenie, które go przeniosło z ognia piekielnego do Chrystusa, to jeszcze się w owej drodze nie pogubił i nie dał się zwieść tym wszystkim, których rozpoznał jeszcze we wczesnej młodości, jako tych co potrafią tylko wyciągać pieniądze od ludzi, a do tego dochodziły afery z dziećmi. Ludzie potrafią pójść do kościoła, a zaraz po wyjściu z niego obgadywać drugą osobę.
       Przepraszam bardzo, ale kiedy ja wchodzę na Onet i czytam coś takiego, to mam niemal pewność, że już za chwilę ktoś taki jak Stachowiak musi się pojawić. W końcu, co tych satanistów może obchodzić coś takiego jak pojedyncze nawrócenie, zwłaszcza w opowieści kogoś takiego jak jakiś Janik, niedoszły mistrz świata w boksie?
       Jak już pewnie wszyscy wiemy, grupa wychowanków między innymi owego portalu sprofanowała właśnie figurę niosącego Krzyż Jezusa, dekorując Go tęczową flagą ruchu LGBT, anarchistycznymi symbolami, oraz wulgarnymi napisami. Ktoś powie, że ja jestem przewrażliwiony, że przesadzam, że powinienem się uspokoić i spojrzeć na świat bardziej przyjaznym okiem. Owszem, może jutro. Dziś jednak czytam Onet i czuję swąd siarki. Ten sam dokładnie który czułem patrząc na Jezusa na Krakowskim Przedmieściu dzierżącego tęczową flagę.




środa, 29 lipca 2020

Gerard Warcok: Pożytki z okazji i wolnej woli.

  W praktyce psychoterapeutycznej stwarzamy warunki do życia w zgodzie z delfickim przykazaniem: "poznaj samego siebie". Korzystając z okazji jakie dają przejęzyczenia, sny, wolne skojarzenia, wkraczamy na "królewską drogę do nieświadomości". Ich analizowanie prowadzi do odzyskania skazanych na niebyt psychicznych krain i do wzbogacenia osobowości.
    Od poczęcia, ciało jest zaprogramowane na przyjęcie potężnych możliwości umysłu. Czasami jednak psychika odwraca się od poznania i rozjaśnienia swojego cienia. Korzysta z okazji, by odrzucić to, co jest odsłaniane i chce ściemnienia. Wewnętrzna opozycja przez to ma się dobrze. Brak współpracy powoduje, że naturalne konflikty przeradzają się w złośliwą niezgodę i totalną opozycję.
    A życie państwa jest jak życie człowieka. Czasem można doznać wrażenia, że przeszłość depcze po piętach. U schyłku XIX wieku wybitny duński pisarz Jerzy Brandes (1842 - 1927) odnotował: ..."Wszędzie, wszędzie fanfary potężnych gwałtowników, lub chóry bezczelnych hipokrytów. I wszędzie głupota jako gwardya przyboczna kłamstwa, wszędzie cześć i bojaźń przed wszyskiem co podłe, wszędzie to samo gminne urąganie temu, co jedynie święte i szlachetne". "O, Polsko! Ty jesteś wielkim symbolem. Symbolem spętanej i zdeptanej wolności, symbolem bez widoku zwycięstw, a jednak z nadzieją zwycięstwa wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – pomimo wszystko". ..."Polska stopiła się w naszem pojęciu w jedno z nadzieją czy też iluzyą o postępie kulturalnym naszej epoki. Przyszłość Polski łączy się nierozerwalnie z postępem cywilizacyi, a zupełny jej upadek oznaczałby zwycięstwo nowożytnego militarnego barbarzyństwa w Europie". [Brandes J.: Polska. Lwów; Nakładem Księgarni H. Altenberga, 1902 (II wyd.). s.364, s.130].
    Pomimo wszystko, w 1918r. skorzystaliśmy z okazji i przywróciliśmy nasze państwo po 123, a dla pierwszych ofiar po 146 latach rozbiorów.
    Pomimo wszystko, robimy swoje, bo jest to dobre. Pacjenci mogą się o tym przekonać.
Jaki byłby świat, gdyby opiniotwórcze jednostki, rządcy, politycy pochylili się nad swoimi przejęzyczeniami...
    Może powstanie Antologia Przejęzyczeń, pomimo wszystko.

Gerard Warcok, Bogusława Penc

wtorek, 28 lipca 2020

Co nam po latach ma do powiedzenia niegdysiejszy Paweł?


     Powiem szczerze, że nie umiem powiedzieć, co spowodowało, że ów temat w ogóle się pojawił, prawdą jednak jest, że parokrotnie ostatnio zmuszony byłem opowiadać wielu znajomym przygodę sprzed ponad dziesięciu lat – swoją droga tu opisywaną, jednak częściowo w sposób naturalny zapomnianą – kiedy to zdarzyło mi się wystąpić w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”. Zaprosił mnie Pospieszalski by przyjechać – za całe dwieście złotych plus koszta podróży – do Warszawy i opowiedzieć o tym, jak „Gazeta Wyborcza” zmusiła Igora Janke do usunięcia z Salonu24 trzech zdjęć pokazujących Lecha Kaczyńskiego, jak ten na Mistrzostwach Europy w Wiedniu, układa sobie kibicowski szalik z napisem Polska, by wspólnie z prezydentem Austrii zapozować do zdjęcia. Chodziło o to, że reporter „Gazety” z całej serii ujęć wybrał jedno, gdzie Prezydent trzyma szalik z napisem Polska do góry nogami, opublikował je w mediach i w ten sposób uruchomił kolejną odsłonę projektu pod tytułem „Kaczyński to idiota”. Był maj roku 2010, zbliżały się przedterminowe wybory prezydenckie, ja siedziałem w kawiarni na Woronicza, pijać darmową kawę i jedząc równie darmowy sernik, a obok mnie przy stoliku siedzieli dwaj kolejni zaproszeni przez Pospieszalskiego goście, a mianowicie Jan Hartman i – wówczas jeszcze jak najbardziej – tak zwany „Trzeci Bliźniak”, Ludwik Dorn, i sobie swobodnie rozmawiali, nawet zapewne nie zdając sobie sprawy, że są bardzo uważnie słuchani. W pewnym momencie Ludwik Dorn – jak mówię, wówczas jeszcze kaczysta pełną gębą – wypowiedział w stronę Hartmana następujące – do dziś je pamiętam – słowa: „Idealnie byłoby, gdyby Jarek przegrał, ale nie za bardzo. Może tak, powiedzmy, 35 do 65”.
       Jak mówię, nie wiem, co sprawiło, że owa historia ostatnio w moich rozmowach notorycznie wraca, natomiast wiem znakomicie, że to ona doprowadziła mnie ostatecznie do tego, by pytać moich wielu znajomych, czy pamiętają tak zwaną „Rozmowę z Pawłem”, która ukazała się na moim blogu parę miesięcy po wielkim zwycięstwie Bronisława Komorowskiego, a następnie została wykorzystana propagandowo przez Prawo i Sprawiedliwość jako podstawa do wyrzucenia na zbity pysk Joanny Kluzik- Rostkowskiej, Pawła Poncyliusza, Marka Migalskiego i całej tej bandy zdrajców. Pamiętam też przy tym bardzo dobrze tekst, jaki ukazał się wówczas na portalu wpolityce.pl pod tytułem „Dziwny wywiad blogera”, gdzie Karnowscy z kolegami zarzucili mi, że kiedy ja wraz z Pawłem ujawniamy czarne kulisy kampanii Jarosława Kaczyńskiego, to przez moje osobiste pretensje i kompleksy, no i oczywiście rozbuchane ego.
        Powraca więc ów temat rozmowy z Pawłem i okazuje się, że zdecydowana większość czytelników tego bloga, nie ma o niej bladego pojęcia. A zatem, bardzo proszę. W moim szczerym przekonaniu, to jest kawał naszej współczesnej politycznej historii. Mamy wrzesień roku 2010.

***

Wywiad, który przedstawiam poniżej, chodził mi i Pawłowi – naszemu człowiekowi w sztabie – po głowach już od dłuższego czasu. I pewnie nigdy by nie został przeprowadzony, spisany i dziś opublikowany, gdyby nie fakt, że od kilku dobrych tygodni publiczną przestrzeń wypełnia informacja, że Jarosław Kaczyński, dzięki niezwykle udanej i skutecznej pracy swojego sztabu, osiągnął znacznie lepszy wynik wyborczy, niż faktycznie na to zasłużył, a jeśli dziś robi wrażenie osoby z tego niezadowolonej, to może to wyłącznie świadczyć o tym, że z tej żałoby w jakiej się pogrążył, stracił rozum. To nieznośne kłamstwo jest na dodatek starannie podsycane przez niektórych prominentnych członków jego sztabu, oczywiście nie bezpośrednio, ale przez cały szereg niedopowiedzeń i aluzji, których główne przesłanie jest właśnie takie: Nikt nie wie, co się z tym biednym Jarosławem dzieje.
O swoich powodach, w samym już wywiadzie, mówi sam Paweł. Jeśli chodzi o mnie, na mnie największe wrażenie zrobiła rzecz z pozoru błaha, ale wydaje mi się idealnie symbolizująca cały ten okropny plan. W rozmowie w TVN24, Joanna Kluzik Rostowska została spytana przez Monikę Olejnik, czy ona zgadza się z opinią, że posłowie Platformy Obywatelskiej są chamscy wobec kobiet, tak jak to twierdzi Jarosław Kaczyński. Jeśli ktoś myśli, że Kluzik odpowiedziała wymijająco, że ona akurat nie ma złych doświadczeń, ale skoro Prezes tak mówi, to może coś tam widział – jest w głębokim błędzie. Ona jednoznacznie i bez żadnej dyskusji powiedziała, że o jakimkolwiek chamstwie nie ma mowy. W Sejmie wszyscy są razem, grzeczni dla siebie, uprzejmi, i wręcz zaprzyjaźnieni. A więc – Prezes zwyczajnie bredzi.
To co ona powiedziała już potem, w rozmowie z Mazurkiem dla „Rzeczpospolitej”, wyłącznie cały ten plan – lub w najlepszych dla nich razie, bezmyślność – potwierdza. Bo jeśli na pytanie, co się dzieje z Kaczyńskim, Kluzik uważa za konieczne odpowiedzieć, że ona naprawdę nie ma pojęcia, to znaczy, że zarówno ona, jak i całe to towarzystwo, które prowadziło kampanię prezydencką na rzecz Jarosława Kaczyńskiego na nic lepszego od tego wywiadu nie zasługuje. No i jeszcze wczoraj wywiad Prezesa dla „Rzeczpospolitej”, gdzie on mówi co takiego: „Dwa miliony głosów, a oni się zastanawiali przez całe dni, jak ma wyglądać ulotka wyborcza”. I o tym między innymi opowiada nam Paweł.


Opowiedz może proszę najpierw, jak to się stało, że w ogóle zostałeś członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego? Czy to że od początku wspierasz jego projekt i przywództwo wystarczyło?
Dzięki znajomościom. Jak zresztą każdy. Chciałem pomóc, wiedziałem, że się przydam, poszukałem kontaktów – no i mnie polecono.
Więc jak to wyglądało? Przychodzisz, przedstawiają cię i co się dzieje?
Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy…
Chcesz powiedzieć, że weszła i zwyczajnie powiedziała, żebyście sobie poszli?
Właśnie tak. Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas on spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.
No i co? Czekałeś aż oddzwoni, czy jak?
Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.
Praca, czyli co?
W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, trzech studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty.
Ale oni coś tam robili, czy nie?
No, nie bardzo. Albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.
No a Poncyliusz, albo Kluzik przychodzili tam, żeby się dowiedzieć co się dzieje?
Ależ skąd! Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu…
A co ci się nie podoba z tym call center? Przecież wszyscy byli zachwyceni.
Byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osob dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.
No dobra. Pojechaliście do tego call center.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa – do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.
No ale ja pamiętam, że ten pierwszy wiec, ze względu na powódź, miał się wyłącznie sprowadzać do koncertu-zbiórki właśnie na powodzian?
No tak. Tyle że najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci, że tak brzydko powiem, „z górnych szczebli drabiny społecznej”.
Dobra. Więc dzwonisz.
W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił.
Skąd wiesz, że ze sztabu? I że w ogóle zniechęcił.
Jakubiak powiedziała, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.
A więc jest wiec…
To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.
Słyszałem, że tam nic nie było w ogóle słychać.
Zero. Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił Kaczyński słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece.
Z tego co opowiadasz o sytuacji wewnątrz sztabu, wynika, że inaczej być nie mogło.
Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę – w końcu nikt do końca nie wiedział, kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.
Dobra. Lećmy dalej.
Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto – o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej. Dobre!
Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.
No ale, jak patrzymy na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to jednak wszystko jakoś działało, i to nawet nie najgorzej. Sam tam byłem, i pomijając opisywane już przeze mnie zamieszanie z tą naszą debatą, nie wyglądało to najgorzej.
Tak. Jakoś. Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie…
O tak! To też nasz Antek zauważył. Strasznie się wściekał, że to jest kompletna porażka…
Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media.
Media na to chyba nawet nie zwróciły uwagi…
Nie wiem. Może ich to zwyczajnie nie obchodziło. Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.
Przesadzasz.
Nie wiem. Może. Ale tak sobie wtedy pomyślałem. Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się sześcioosobowa grupa, poza przenoszeniem od czasu do czasu krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, która to ręka najwyraźniej czuła się dzięki takim pustym zadaniom spełniona. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida…
Co to jest Batida?
No, tam obok jest taka kawiarnia i był plan, żeby ją wykorzystać na rzecz kampanii. No więc, kiedy mu powiedziałem, że Jakubiak zgodziła się bym się tym zajął, on się normalnie obraził…
O co?
No nie wiem. Że coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami, chyba. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej jednak dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera! Cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego, także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.
Potwierdzam. Byłem, słyszałem.
No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób.
Co się dziwisz? Nasza debata blogerów miała się zacząć o 15.30, zaczęła się o 16, ale i tak cud, że do niej doszło.
Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało.
O ile wiem, ich nawet i tak za bardzo w telewizji nie pokazywali.
No bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem..., to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.
To ta nasza.
Tak. Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem pierwszej tury o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą.
Wiedziałem, że tam się coś niedobrego dzieje. Ale rozmawiałem z Kluzik i ona obiecała, że będzie miała na wszystko oko.
Ona nie mogła mieć na nic „oka”, bo była wciąż umordowana swoją pracą, i tyle tylko, że w tamten czwartek pokazała się w sztabie i oni pewnie uznali, że skoro ona się z nami zna, to lepiej nie robić kłopotów. Zresztą sam widziałeś. Ona była zmęczona i przygnębiona. Rozmawiała z nami, patrząc od niechcenia w komórkę. Nie bardzo obchodziło mnie co mówi, miałem co innego na głowie, ale zapamiętałem coś co zrobiło na mnie duże wrażenie. Ona powiedziała ci na koniec tej rozmowy, że ma już dość, że jest zmęczona, i że już nie może się doczekać, aż znów wróci do domu o normalnej porze i zrobi dzieciom kolację... zresztą wciąż teraz o tym gada w telewizji. Zapamiętałem to, bo gdyby padło to z ust „zwykłej” kobiety, to byłaby to bardzo piękna, i zdrowa reakcja. Ale powiedziała to szefowa sztabu! Demonstrując tak całkowicie psychiczne i motywacyjne rozbicie i to w połowie drogi, bo wciąż jeszcze przed drugą turą, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie może się udać. No i jeszcze ten Poncyliusz. Pamiętasz, jak on do nas podszedł i bez zwykłego „dzień dobry” czy „przepraszam” zapytał ją o coś, i bez słowa poszedł. Ty mu nawet powiedziałeś „dzień dobry” i wysunąłeś dłoń, a on nic. Polityk, cholera. Przecież jego pierwszym, i najprostszym obowiązkiem jest się uśmiechać do nieznanych sobie ludzi i ściskać im te dłonie. Tak po prostu. Zresztą nieważne...
Był zajęty. Miał sprawy.
Jasne, że miał sprawy. Tyle że my to rozumiemy, ale ludzie, których on spotyka na co dzień mogą mieć to w nosie. A skąd wiesz, czy to nie jest jego stały styl? I skąd wiesz, co sobie o tego typu stylu myślą ci, którzy są mniej wyrozumiali?
Niech ci będzie.
Wyście się rozglądali ciekawie po sali, podczas gdy ja siedziałem wkurzony i napięty. Pierwszy rzut oka na salę debat uświadomił mi zaraz po wejściu, że ludzie od Jakubiak zbojkotowali nie tylko umieszczenie debaty na stronie www, ale i samą debatę. Sala nie była w ogóle przygotowana…
To już kiedyś opowiadałem.
No to ja jeszcze dodam parę obrazków. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.
Obrazili się i tyle.
Niech się obrażają, ale tu chodziło nie o nich. Ja myślę, że im tak naprawdę w ogóle nie zależało na wyniku tych wyborów. Że on był gdzieś tam daleko na horyzoncie myśli, a tymczasem ważniejsze na co dzień było to całe łażenie i lansowanie się. Ale Piotr Pałka –  ten który debatę prowadził – chłopak też jakoś w moim wieku był rewelacyjny. Naturalny, niezepsuty, młody dziennikarz.... no i blogerzy, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Na debatę przyszło około 20 osób…
Było więcej.
Niech będzie, że więcej. Ale i tak, zważywszy na brak informacji na stronie www, na wczesną godzinę (w Warszawie pracuje się zwyczajowo do 17tej) było świetnie. Po części w której pytania zadawał Prowadzący...
Dobra. O tym ja już pisałem na blogu. Opowiadaj dalej.
To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.
Powiedz mi tylko, czemu ci tak zależało, żeby w ogóle dziś zacząć o tym mówić? Rozmawialiśmy przecież wiele razy wcześniej, i zawsze zgadzaliśmy się, że nie ma co w tej kampanii więcej grzebać.
Gdy zrezygnowałem z pracy w sztabie, obiecałem sobie że to co tam widziałem nie ujrzy światła dziennego. Wstyd, więc nie ma o czym opowiadać. I tak było do chwili gdy Marek Migalski swym otwartym listem rozpoczął jeden z najcięższych ataków medialnych na osobę Jarosława Kaczyńskiego jakie pamiętam. Na człowieka bez którego PiS nie przetrwa roku. Atak o tyle wyjątkowy, że już właściwie nie na to co on mówi, ale jak mówi i że w ogóle mówi. Atak w którym chodzi o pokazanie, że to jest człowiek szalony, opętany nienawiścią, wynikającą z głębokiej depresji po stracie brata. I gdyby zasadę „o rodzinie tylko w rodzinie” złamał sam Migalski, mimo wszystko, poseł niższej rangi, zdania bym nie zmienił. Ale nie mogłem zachować się inaczej, gdy pożywki dla mediów swymi komentarzami dostarczyła i Elżbieta Jakubiak, która przedłużyła atak na Prezesa tekstami o konieczności debaty wewnętrznej – ciekawe, że prowadzonej na zewnątrz. Na pomoc, niestety nie Prezesowi, a zawieszonej za nielojalność koleżance, przybyła posłanka Kluzik, podważając u Olejnik, stanowisko Prezesa w sprawach tak fundamentalnych jak współpraca rosyjsko-niemiecka. To ich nielojalność każe mi dziś mówić. Po to bym mógł pokazać, kim są ludzie, którzy dali przyzwolenie mediom by uderzyć w ich szefa. Chciałem pokazać, że ci co dziś błyszczą w mediach, mając się za pokrzywdzonych, są autorami porażki Jarosława Kaczyńskiego, który przez takich ludzi mógł wygrać tylko dzięki bożej pomocy i wbrew swemu sztabowi.
No ale przecież Jarosław Kaczyński osiągnął wspaniały wynik. Porównaj to z prognozami z czasów jeszcze sprzed paru miesięcy. Porównaj to z notowaniami samego PiS-u.
Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie. I popatrz dziś, jak oni z tą ohydna satysfakcją pokazują te migawki z czasu kampanii, te z gibającym się Migalskim, z tym idiotycznym kwiatkiem w zębach. Ty myślisz, że komu się to spodobało? Ilu ludzi uznało, że to jest to czego oni chcą. Jakieś, przepraszam dziwadło w kolorowych szmatkach żrące kwiatki?
No ale ty nie narzekałeś na Migalskiego, ale na tych studentów w sztabie w Hotelu.
No ale to wszystko to był sztab. I ci studenci i Jakubiak i Migalski. To właśnie ten sztab organizował kampanię. To sztab wymyślał strategię. Przecież nie możemy wymagać od Kaczyńskiego, żeby on sobie to wszystko sam ułożył. Wybory prezydenckie to wielkie przedsięwzięcie, którego prowadzenie kandydaci na całym świecie zlecają osobom zaufanym, i które to osoby w razie wygranej kontynuują swoją pracę na wysokich stanowiskach u boku zwycięzcy. To wszystko działa jak naczynia połączone. Nawet nie chce mi się tego tłumaczyć.
No ale chyba widział co się dzieje?
Wcale nie musiał widzieć. Każdy ma swoje zadanie. A jeśli idzie o Kaczyńskiego, to nie zapominajmy, że to że on w ogóle wystartował w tych wyborach, to był gest wręcz nieludzki. Wygranie tych wyborów to był ich obowiązek. A jeśli chcesz mówić o jego winie, to ona mogłaby się ewentualnie sprowadzać tylko do tego, że akurat im kazał poprowadzić tę kampanię. Mówię ci to wszystko, żeby każdy kto to przeczyta, wiedział jak słuszną decyzję podjął Kaczyński zawieszając Jakubiak i wyrzucając Migalskiego... ale też właśnie jak bardzo się z tą decyzją spóźnił. Mówię ci to, by pokazać że ponad interes partii, i lojalność wobec lidera, oni wybrali swój interes, swoje ambicje i wzajemną lojalność względem siebie. I że to kryterium koleżeństwa w przypadku posłanki Kluzik, już teraz doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, że zamiast lojalności względem prezesa własnej partii, wybrała lojalność względem wiceprezesa partii opozycyjnej, Grzegorza Schetyny! Mówię ci to żeby pokazać, że w kontaktach z PO podczas prac sztabowych, osoby te najwyraźniej przejęły sposób myślenia i zachowania tych pierwszych. Poprosiłem cię też wreszcie o tę rozmowę, by ten kto to czyta, zrozumiał, że względem PiS-u media stosują zasadę kija i marchewki. Bo gdy podczas kampanii PiS szedł w złą stronę, mówiono o świetnych wynikach Kaczyńskiego... aż w końcu przegrał wybory. Teraz gdy Kaczyński wrócił na dobrą drogę, i stara się wszystko poukładać i odbudować dawną pozycję, gdy PiS zwiera szeregi, próbuje się go z tej drogi odwieść, insynuując załamanie nerwowe depresje, niepoczytalność – tłumacząc tym wszystkim aktualnie słabe wyniki w sondażach. I oni wiedzą co robią. Bo gdy w PiS pierwsze skrzypce grał Kurski, Ziobro, czy Macierewicz, partia ta miała i Rząd i Sejm i Prezydenta. Ale wtedy ktoś wymyślił, że tych ludzi trzeba wysłać do Brukseli, tak by nie było komu pilnować polskiego podwórka. Wyjechali, a ich miejsce zajęli ludzie, którzy dobrze bawili się w czasie kampanii... Jasna cholera, popatrz, oni przebrani za dzieci kwiaty grali na gitarach i śpiewali piosenki podczas gdy pisowscy wyborcy wciąż byli pogrążeni w żałobie i szoku po utracie swego Prezydenta! Potrafisz to pojąć?! A teraz zbratani tą wspólną dobrą zabawą, uderzyli w Kaczyńskiego w sposób absolutnie bezprecedensowy. Dla takich ludzi nie ma miejsca w pierwszych szeregach tej partii, bo ona przez takich ludzi słabnie, i traci zdezorientowanych takim zachowaniem wyborców. Nie ma w nich szczególnie miejsca dla polityków, którzy, choćby jak Joanna Kluzik-Rostkowska, publicznie oznajmiają, że nie widzą wielowiekowej już przecież współpracy rosyjsko - niemieckiej. I że jeśli Jarosław Kaczyński tak twierdzi to dlatego, że wpadł w jakieś niedobre psychiczne kłopoty. Bo to jest groźne już nie tylko dla samego PiS-u, ale jak pokazuje historia jest groźne dla Polski.
Tośmy sobie pogadali.
Owszem. Dziękuję.
To ja ci dziękuję

      Ktoś być może zapyta, czy po tych wszystkich latach, z tego cośmy właśnie przeczytali płynie dla nas jakaś owa nauka. Odpowiedź jest prosta. Nie. Z tego nie płynie żadna nowa nauka. Nauka jest wciąż ta sama. Dokładnie ta sama, co latem roku 2010. Ona nigdy nie była inna, już nigdy inna nie będzie.




 

poniedziałek, 27 lipca 2020

Integrator: Wybory w nadwiślańskiej kolonii

Ostatnie wybory dobitnie pokazały, że nie był to pojedynek pomiędzy dwiema osobowościami o określonym dorobku czy choćby programami na przyszłość. Gdyby tak było, to obiektywnie rzecz biorąc, wygrałby urzędujący prezydent Duda, i to z dużą przewagą. Te wybory to był pojedynek mediów, w tym przypadku wszystkich zagranicznych, polskojęzycznych z TVP. I to tylko dzięki temu człowiek bez programu, identyfikowany w Platformie jako kompletny leń i pozer,  w dodatku wyciągnięty z kapelusza na 3 tygodnie przed rozstrzygnięciem, przegrał zaledwie 2% głosów. I tak też już bez wątpienia będą wyglądały każde kolejne wybory. No chyba, że ktoś w końcu usiądzie i chwilę o tym pomyśli, co tu się stało. Bo, że tak to ujmę, stało się bardzo i wymaga reakcji.
Jak dla mnie bowiem zjawisko którego byliśmy świadkami to wystarczający dowód na to, że potrzebne są decyzje uniezależniające wynik wyborów od wpływu mediów, a de facto od ich mocodawców. Gdyby TVP była dziś w ręku ludzi "bezstronnych", Prezydent przegrałby w stopniu zawstydzającym, jednocześnie podważającym sens jakiegokolwiek trudzenia się, dokonywania zmian, a w konsekwencji narażania się.
To co dziś mamy w Polsce, co wciąż z przyzwyczajenia nazywamy wyborczą agitacją, jest bezpardonową ustawką gigantów, z użyciem noży i toporów, i jak najszybciej musi zostać spacyfikowane, a następnie uregulowane. Inaczej wybory będą niczym innym jak show dla milionów głupków, a sama demokracja będzie warta tyle co naklejka na kiblu. A to dlatego, że w takim układzie o wynikach wszelkich plebiscytów decydować będzie wąska kapituła, złożona z szefów globalnych koncernów mediowych, a jedyną licząca się kartą wyborczą będzie cyrograf jaki podpisze im dany kandydat. I zapewniam, że to nie będzie już nigdy człowiek z prawicy. No a demokracja jaką nam tu wówczas ulepią, niewiele będzie różniła od tego co się zwyczajowo praktykuje w każdej kolonii.
Autor: Integrator

Gerard Warcok: Czy Święty Krzysztof może być Patronem mostów między świadomą i nieświadomą częścią umysłu.


    Czymś zwyczajnym jest przenoszenie się z jawy w sen i z powrotem. Czymś niezwyczajnym jest współdziałanie jasnej - świadomej i ciemnej - nieświadomej strony umysłu. Żeby dostrzec światło i radować się słońcem potrzebny jest cień i ciemność. Jednostki i społeczeństwa posiadają swój "psychiczny cień" – treści trudne do pomieszczenia w świadomości. Może to być zarówno mroczna, negatywna, jak i pozytywna, opiekuńcza część własnego "Ja" i własnego "My". Zacieniona strona umysłu tworzy opozycję i upomina się o uwagę. Ignorowana, dodaje dziegciu do beczki miodu. Zwalczana, krzepnie i powoduje, że ludzie, jak lunatycy błądzą w ciemności, bojąc się przebudzenia. Potrzebne jest wzmacnianie świadomej części umysłu, by mogła ona życiodajnie kooperować z nieświadomością. Wspólne dobro budowane poprzez dbanie o świadomą i nieświadomą część psychiki jest podstawą bezpieczeństwa. Pozyskanie swojej wewnętrznej opozycji do współpracy decyduje o sukcesie.
Gerard Warcok, Bogusława Penc

Blogerzy wszystkich krajów, łączcie się!


       Dziś wyjątkowo nowej notki nie będzie, natomiast czuję się w obowiązku przedstawić zupełnie nową sytuację na moim blogu, o której część z nas prawdopodobnie nie wie. Otóż od pewnego czasu strona toyah.pl stała się swego rodzaju portalem blogowym, co oznacza, że poza moimi tekstami, są tu też teksty innych autorów, a ja mam szczerą nadzieję, że ich będzie z każdym dniem coraz więcej, no i że uda się nam stworzyć miejsce, gdzie podstawowym kryterium będzie nie tyle wolna myśl – choć bardzo na to liczę – co  poziom. A zatem jeśli gdzieś jest jakiś lewak, choćby i związany z ruchem LGBT - a paru, owszem, znam - który chciałby tu pisać, zapraszam, pod warunkiem, że będzie potrafił utrzymać wspomniany poziom. Mało tego. Ja tu, jeśli poznam jakiegoś satanistę, też go tu zaproszę, z tym jednym wciąż zastrzeżeniem, że on również ów poziom będzie potrafił zachować. Ale również zapewniam, że to iż ktoś należy do tak zwanych „prawych” nie daje mu żadnej gwarancji. Wręcz przeciwnie. On akurat będzie podlegał szczególnej kontroli.
      Póki co, chciałbym poinformować, że dziś, poza mną, pod adresem toyah.pl  zamieszczają swoje refleksje znakomici autorzy, Przemsa, Integrator, oraz Gerard Warcok, a w dalszej perspektywie mamy pewnego nadzwyczaj wybitnego księdza z Mysłowic, no i jak najbardziej naszego odwiecznego duszpasterza Don Paddingtona. Jak to się rozwinie, nie mam pojęcia, natomiast pragnę bardzo podkreślić, że od pewnego czasu nie wystarczy zaglądać na samą górę znanej nam od niemal zawsze listy, ale sięgać głębiej. Tam się mogą czaić prawdziwe perły. A ja mogę tylko zapewnić, że tu żadnej fuszerki nie będzie. Zapraszam i do zobaczenia jutro.

niedziela, 26 lipca 2020

Gerard Warcok: Święty Krzysztof – patron wędrowców i przechodzenia.

      Ludzie utrudzeni albo skołowani odwracają się od psychologicznego i duchowego wymiaru życia. Czymś świętym staje się to, co nieświęte. Zwodzą pułapki materialnych, psychicznych i duchowych pozorów. To co lśniące, łatwe, szybkie do osiągnięcia - staje się pociągające. Atrakcyjne jednostki mają magiczną moc przyciągania i stają się autorytetami i fetyszami. Pełnią funkcję, często nieświadomie, współczesnych wyroczni i królów z dawnych mitów i bajek. Ich naśladowanie, dając złudne poczucie atrakcyjności i mocy zastępuje prawdziwy rozwój. Sztuczne słońca oślepiają i rozpalają emocje, które spopielają prawdę i zdolności samoobronne.
    Także na drogach. W wypadkach komunikacyjnych na świecie w ciągu 100 lat zginęło 30 milionów ludzi. W naszym kraju od 1999r. wydarzyło się około 1 miliona wypadków, zginęło ponad 110.000 tysięcy osób, ponad 1 milion zostało rannych. Średnia dzienna z 2019r. to 83 wypadki, 97 rannych, 8 osób zabitych. Podobnie jak na jezdniach, tak i na drogach życia swą ziemską wędrówkę przerywa samobójstwem co roku 800 tysięcy ludzi, w Polsce średnio 14 osób dziennie. Nie do zliczenia są ukryte ofiary wewnętrznych sił destrukcji. Na co dzień doświadcza się wymuszeń. Trudno jest pozwolić się wyprzedzić. Łatwiej jest postawić progi zwalniające na jezdniach aniżeli w głowach. Odurzenie, złośliwość i chęć utarcia nosa poszerzają drogę do zatracenia. Jezdnie upodabniają się do bitewnych pól. Przydrożne krzyże powszechnieją. Ciężkie przeżycia i moralizatorskie apele są niewystarczające do wewnętrznej przemiany. Ludzie oswajają się z krzywdzeniem i bezsilnością. Odreagowywane są niespełnienia i poniżenia. Realizuje się śmiercionośny aspekt popędu agresji. Powtarzają się urazy...
Quo vadis?