Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2024

O tym jak ateizm stał się passe

 

      Powiem absolutnie szczerze, że nie mam bladego pojęcia, od jak dawna słucham muzyki – wszelkiej możliwej muzyki – świadomie i z niezmienną pasją. Podejrzewam, że zacząłem się nią aktywnie interesować, kiedy miałem 12, a może 13 lat. Może 14. Wiem na pewno, że kiedy w roku 1970 na festiwalu Jazz Jamboree wystąpił John Surman ze swoim Trio, kupiłem wydaną przez Polskie Nagrania z tego wydarzenia płytę, a miałem wówczas lat 15, a więc skoro zanurkował tak głęboko w wieku 15 lat, to jednak debiutować musiałem parę lat wcześniej.

      Słucham więc muzyki od bardzo dawna, przez te wszystkie lata trafiłem na najróżniejsze muzyczne projekty i najróżniejszych artystów, o wielu z nich napisałem w swojej książce o „podwójnym nokaucie”, wśród nich jednak przez moją świadomość przemknęło coś co do dziś nosi nazwę The Residents. Mimo że z różnych żródeł odbierałem informacje, że The Residents, jako być może najważniejszy muzyczny projekt współczesnej amerykańskiej awangardy jazzowo-rockowej, otoczony jest autentycznym kultem, jedyne do czego się zmusiłem, to wysłuchanie kilku fragmentów ich produkcji, równie nieinteresującej, jak ich główny pomysł na sukces, czyli skierowanie całego intelektualnego wysiłku na to, by nikt się nigdy nie dowiedział, ani tego, kim są członkowie zespołu, ani też, jak każdy z nich wygląda, a to przez to, że będą zwyczajowo występować ukryci za sceną. I to tyle. Rzecz bowiem w tym, że kiedy ja słyszę o artyście, który uznaje, że jego muzyka to za mało, by zrobić na słuchaczach wrażenie i do tego należy dodać coś ekstra, i to ekstra w formie aż tak egzotycznej, to ja wolę podziękować. I daję słowo, że nigdy – mimo że oni są obecni na scenie od lat 60. i przez ten czas wydali ponad 60 albumów – nie słyszałem w całości choćby jednej z ich piosenek, a w efekcie po pewnym czasie o ich istnieniu zapomniałem.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj właśnie trafiłem na Facebooku na jakąś informację o zespole The Residents i nagle uznałem, że może wreszcie warto by było zobaczyć co dziś u nich słychać. Najpierw zajrzałem do Wikipedii, skąd dowiedziałem się, że oni wciąż się skutecznie udzielają, a potem otworzyłem YouTube, a tam trafiłem na ich koncert jeszcze z roku 1999, który się zaczyna następującą informacją:

„Wszystkie dostępne wersje Biblii to wyłącznie tłumaczenia odzwierciedlające polityczne i religijne uprzedzenia organizacji za owe tłumaczenia płacące.

Nawet w swojej złagodzonej wersji, Biblia pozostaje jedną z najstraszniejszych i przerażających książek kiedykolwiek stworzonych.

Powszechne traktowanie Biblii jako przesłania wzmacniającego człowieka duchowo i moralnie, nie zmienia zawartego w niej całego mnóstwa najbardziej wyszukanych potworności i okrucieństw”.

        To był komunikat poprzedzających występ, po nim nastąpił sam występ, gdzie muzycy tym razem stali na scenie, tyle że w maskach, co tym samym upodobniło ich do wielu współczesnych metalowych zespołów grających dla nastoletniej publiczności. No ale nie o muzykę dziś mi chodzi, ale właśnie o wspomniany komunikat, wyrażający, w moim przekonaniu, pewne powszechne dziś bardzo zjawisko. Proszę mianowicie popatrzeć, co się dzieje. Mamy grupę starych dziadów, którzy, na fali lewackiej amerykańskiej awangardy, debiutowali jeszcze sześćdziesiąt lat temu, a dziś grają dokładnie tę samą muzykę co wtedy, tyle tylko, że aby się dobrze wpasować w nowe czasy, znów tak jak kiedyś, wznoszą przesłanie o Bogu – okrutnym sadyście, niosącym strach, cierpienie, zniszczenie i śmierć.

      I proszę zwrócić uwagę na coś jeszcze. Dziś, poza grupą zlewacczałej ateistycznej młodzieży i kilku uniwersyteckich freaków, mało kto głosi przekonanie, że Bóg to wymysł jaskiniowców drżących ze strachu na widok błyskawic i dźwięk piorunów. Dziś raczej kolportuje się informację, że albo Bóg w istocie kiedyś żył, ale został zabity przez Szatana i to on rządzi nami i naszym światem, albo że On w istocie wciąż panuje, ale Sam jest Szatanem, który sprowadza na nas wyłącznie ból, choroby i śmierć. Wygląda więc na to, że nasi współcześni wrogowie Pana Boga to ludzie tacy trochę, jak żona Hioba. Zwróćmy proszę uwagę, że kiedy ona zachęcała swojego męża biedaka, by machnął na tego swojego Boga ręką, to nie robiła tego z pozycji ateistycznych. Ona nie kwestionowała faktu, że Bóg istnieje, ale twierdziła wyłącznie, że jest On potworem bez serca, żądnym krwi sadystą, którego jedyną radością jest ludzkie cierpienie. Jej nawet do głowy nie przyszło uważać, że Boga nie ma, lub że On umarł. 

         Zabawne jest więc to, że wielu dzisiejszych „ateistów”, to są ludzie w gruncie rzeczy wierzący, tyle że w swojej ignorancji i w owym dziwacznym zapętleniu, żyjący w przekonaniu, że faktycznym panem tego świata jest Szatan, taki czy inny. A to co ci dziadkowie prowadzący wciąż artystyczną działalność pod nazwą The Residents, są owej postawy doskonałą demonstracją. I nie oszukujmy się: oni tego nie wymyślilili ani dziś, ani wtedy, w latach, gdy rodził się tzw. New Age ze swoją Erą Wodnika. Tam „inni szatani” odstawiali swoje harce. Przyszedł czas, kiedy się zaczęli trochę wycofywać, i od jakiegoś czasu znów się pojawili na scenie. I to oni bardzo usilnie pracują nad tym, byśmy się wzajemnie nakręcali. A to co w tym jest naprawdę niedobrego, to to, że zespół The Residents, podobnie jak cały przemysł kultury pop, wraz z jej wyznawcami są zaledwie jego ofiarą i przykrym znakiem czasów.



       

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Na co ateistom absolut?

 

Właśnie wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton i nie mogę uwierzyć, że to już osiem lat, jak Piotr Bachurski ciepliwie mnie znosi i pozwala mi się tam kompletnie bezkarnie udzielać, dając mi nadzieję, że uda mi się trafić przynajmniej do części Czytelników z czymś, o czym oni na ogół nie mają nawet szansy usłyszeć. Przed nami kolejny z tych felietonów. O piłce nożnej oczywiście.

 

Nie wiem, kto tu interesuje się futbolem, ale nawet jeśli jestem tu jedyny, mam przekonanie, że wielu słyszało, jak to podczas meczu między Danią a Finalndią, odbywającego się w ramach trwających akurat mistrzostw Europy, w pewnym momencie dostał zawału serca duński piłkarz Eriksen i przez około piętnaście minut walki o jego życie, cały piłkarski świat zastygł w trwodze. I oto w studio Telewizji Polskiej, gdy praktycznie wszyscy byliśmy już przekonani, że piłkarza nie da się uratować, jeden z komentatorów rzucił jedyne w tym momencie adekwatne słowa: „W imię Ojca i Syna”... i w paru znanych nam dobrze, a jednocześnie bardzo szczególnych rejonach rozpętało się piekło pod hasłem: „Co to za bezczelność, by się publicznie obnosić ze swoimi prywatnymi obsesjami?”

       W tym momencie temat piłki nożnej, który tak naprawdę ani przez chwilę nie był tu istotny, przestaje w ogóle istnieć, bo mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym i znacznie bardziej uniwersalnym. Oto, ile razy dowiadujemy się, że zmarł jeden z jednoznacznie zdeklarowanych, a często też walczących, ateistów, widzimy jak niemal wszyscy ich znajomi oraz przyjaciele, wygłaszając na pogrzebie swoje pożegnalne mowy, nie mogą się powstrzymać, by nie pleść coś o tym, że ona lub on patrzą teraz na nas z góry, a my już tylko czekamy aż się kiedyś będziemy mogli z nimi spotkać. Tak jest najczęściej, ale bywa też o tyle ciekawiej, że kiedy ten ktoś znajdzie się w cieżkim stanie w szpitalu, to ci co już za chwilę będą się gapić w chmury, niemal z automatu wzywają innych do tego by się za ich kumpla modlić. Zarówno jedni jak i drudzy nie dość że na co dzień o żadnych modlitwach nie chcą słyszeć, to jeszcze tych co się modlą wyszydzają i każą im się zamknąć, to gdy przyjdzie co do czego, nie znają żadnego innego sposobu reagowania, jak tylko przy pomocy westchnień do Absolutu. I to jest coś co mnie osobiście najpierw zadziwia, a potem doprowadza do ciężkiej cholery, szczególenie w takich przypadkach jak opisany.

        Pamiętam transmitowany przez wszystkie telewizje pogrzeb Wisławy Szymborskiej – zgodnie z życzeniem najbardziej zainteresowanej, uroczystość całkowicie świecką, bez księdza i bez choćby pozorów modlitwy – kiedy to któryś z jej bliskich przyjaciół nagle wyskoczył z przemówieniem, w którym padły mniej więcej takie słowa:

        „Jestem pewien że dziś, gdy Wisława jest już na tamtym, drugim, lepszym świecie, spędza tam czas z Ellą Fitzgerald, której śpiewu tak bardzo lubiła słuchać tutaj, a dziś słucha jej piosenek tam”.

        Czy któremuś z zebranych to przeszkadzało? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, na ich twarzach widać było jedynie czyste wzruszenie. Dziś słucham tych głosów oburzenia na owo „W imię Ojca i Syna...”, staram się wyobrazić sobie te twarze i szczerze powiedziawszy przychodzi mi to nadzwyczaj łatwo.



środa, 24 lutego 2021

Czy żona Hioba była ateistką?

 

       Niedawno na Twitterze pewien ksiądz zwrócił się do pojawiających się tam od czasu do czasu osób, przedstawiających się tam jako ateiści, z pytaniem czemu oni, deklarując swoją niewiarę w Ewangelię, tak strasznie wciąż chcą na jej temat dyskutować. Nie ogłosić swój brak wiary, nie zadać pytanie, nie prosić o wyjaśnienie jakiejś zagadki, ale dyskutować. I też nie dyskutować na temat prawdopodobieństwa tego co jest w Ewangeliach przedstawione, braku naukowych podstaw dla owych przedstawień, ale przedstawiać egzegezę zawartych tam treści, czy wręcz kwestionować sam zawarty w nich przekaz. Nie muszę chyba mówić, że na apel Księdza zareagowały dziesiątki chętnych do dalszej dyskusji osób, tyle że niemal każda z nich albo uznała za stosowne poinformować kogo się tylko da, że Kościół Katolicki w Polsce to gniazdo żmij gwałcących małe dzieci i terroryzujących społeczeństwa swoimi fobiami, albo jak najbardziej zarzucić księżom zdradę wypełniającego Ewangelię przesłania miłości. I znów, nie mogłem nie zauważyć, by ktokolwiek stanął z podniesioną głową i powiedział na przykład, że potrzebuje dyskutować na temat tego, co jest napisane w Piśmie Świętym, bo nie może znieść tego jak świat oszalał i bezsensownie przyjął kłamstwo, na którym owo Słowo jest oparte.

        Czytałem przez dwa ostatnie dni znaczną część wspomnianych wystąpień, niekiedy próbując nawet temu czy owemu z ich autorów zwrócić uwagę na szaleństwo w jakim oni są pogrążeni i w pewnym momencie któryś z nich poinformował mnie, że on, wbrew temu, co mi się zdaje, znakomicie się orientuje zarówno w tym co jest napisane w Piśmie Świętym, jaki i w Katechizmie Kościoła Katolickiego i że jeśli chcę, mogę go przeegzaminować. A ja najpierw zwróciłem uwagę, że żaden porządny egzamin nie wchodzi w grę, w sytuacji gdy egzaminowany ma nieograniczoną ilość czasu na odpowiedź, a w dodatku jest uzbrojony w internetowe wyszukiwarki, po chwili jednak pomyślałem sobie, że go jakoś tam sprawdzę i poproszę o odpowiedź na jedno pytanie: Czy żona Hioba była ateistką? I proszę sobie wyobrazić, że on mi wprawdzie na to pytanie nie  odpowiedział, natomiast, owszem, pokazał, że chyba pewną wiedzę posiada, bo zareagował jednym zdaniem: „Fajne”.

       A ja bym chciał dziś krótko opowiedzieć, co w moim pytaniu owemu „ateiście” się spodobało. Otóż jest tak, że ja miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z ludźmi deklarującymi brak wiary w Boga i w pewnym momencie uderzyło mnie u nich to, że im niemal nigdy nie zdarzyło się oświadczyć że Bóg to fikcja, zamiast tego natomiast albo mówią, że On już dawno umarł, lub nas zdradził, ewentualnie został pokonany przez Szatana, czy że może ma stworzony przez Siebie świat w Swojej wyniosłej pogardzie. Rozmawiałem kiedyś ze znajomym, który miał to okropne doświadczenie, kiedy to przez dłuższy czas spędzał czas w szpitalu na oddziale onkologicznym i w pewnym momencie postąpił on dokładnie tak jak oni wszyscy: nie powiedział, że tam w tych korytarzach nie było żadnego Jezusa, tylko ludzkie cierpienie, ale z ironicznym uśmiechem stwierdził, że Jezus może i tam kiedyś wpadł, ale rozejrzał się i jak to wszystko co się tam dzieje zobaczył, to – tu będzie cytat – „spierdolił za róg”.

      I oto mamy w tym momencie naszego Hioba, który zostaje doświadczony wszelkimi możliwymi nieszczęściami. Najpierw zostaje pozbawiony majątku, następnie domu, wreszcie zostaje dotknięty trądem, co siłą rzeczy skazuje go na samotne cierpienie i kiedy już nie ma nic poza owym cierpieniem, przychodzi do niego żona i wzywa go, by przestał wreszcie wielbić tego swojego Boga i Mu złorzeczył. I to w tym właśnie momencie pojawia się kwestia owego ewentualnego ateizmu, o którym oczywiście mowy być nie może. Żona Hioba bowiem ani przez chwilę nie próbuje gnijącego we własnych odchodach męża przekonywać, że żadnego Boga nie ma, a zamiast Niego jest już tylko wieczne cierpienie i śmierć; wręcz odwrotnie, Bóg ani nie umarł, ani też od zawsze nie stanowił jedynie bajki dla naiwnych – On jest jak najbardziej, tyle że Hioba zdradził i kiedy ten cierpi, to się z niego już tylko złośliwie śmieje.

        I tu, moim zdaniem, tkwi całe sedno owego rzekomego ateizmu. Pomijając naprawdę nielicznych dziwaków, oni wszyscy doskonale wiedzą, że Bóg stworzył nas i cały nasz świat, że  wszystko kontroluje i trzyma na wszystkim Swoje oko, tyle że jest to oko kogoś nieskończenie złego i okrutnego, kto nie zasługuje na nic więcej jak na nasz gniew. Owi „ateiści” to ludzie, którzy w pewnym momencie stracili wiarę nie w Boga, ale w Jego nieskończone dobro i miłosierdzie, i z czystego już tylko strachu, od czasu do czasu, gdy nikt nie słucha, powtarzają sobie w sercu, że Go nie ma i nigdy nie było. I też z tego strachu o wiele chętniej próbują wciąż z nami rozmawiać o księżach pedofilach, księżach złodziejach i księżach pijakach, i również od czasu do czasu zniszczyć nawet jakiś święty wizerunek, czy choćby drzwi od kościoła.

       A ja sobie przypominam swój stary tekst o tym, co nam Kościół daje nawet gdy Go szczerze nienawidzimy i chętnie to co tam napisałem powtórzę. On nam mianowicie daje to, że nawet gdy umieramy z twarzą wykrzywioną złością i strachem, jeśli tylko chcemy, Kościół do nas przyjdzie i pomodli się o Boże miłosierdzie i zbawienie naszej duszy, bo nikt z nas równie dobrze jak ci co odeszli nie poznał tego światła, które w pewnym momencie każdy musi ujrzeć, i nikt z nas nigdy nie poczuł tego żalu, który czują ci, co na niego postanowili czekać całe życie. I Kościół jest w dużej mierze też dla nich.  



niedziela, 29 listopada 2020

W poszukiwaniu zaginionej klepki

 

Zanim przejdę do rzeczy, parę kwestii bardzo ważnych. Otóż po raz kolejny przekonałem się, że nie czuję jakiejkolwiek potrzeby do komentowania bieżących wydarzeń, a co gorsza, nawet gdybym taką potrzebę poczuł, to ona nie jest na tyle intensywna, by z tego powstało coś, co mógłbym z czystym sumieniem tu opublikować. Próbowałem zresztą dwukrotnie i za każdym razem tekst, który w końcu powstał, wyrzuciłem w kosmos w przekonaniu, że czytelnicy tego bloga zasługują na coś więcej. Mógłbym oczywiście pisać o wyborach w Stanach Zjednoczonych, ale tu przede wszystkim sprawa znajduje się przez najbliższe tygodnie w zawieszeniu, no a poza tym kwestia jest tak prosta i jednoznaczna, że nie za bardzo jest o czym mówić. Jest jednak coś, co mi, owszem, chodzi niekiedy po głowie, a mianowicie raptowny wzrost nastrojów nadzwyczaj mocno antyreligijnych. Ja oczywiście mam świadomość, że owe postawy nie są niczym nowym, natomiast aktualny poziom owej agresji oraz intensywność jej występowania, każe mi podejrzewać, że mamy do czynienia z atakiem sił w sposób oczywisty piekielnych. Nie może bowiem być tak, że z jakąkolwiek kwestią społeczną byśmy nie mieli do czynienia, zawsze na końcu musi się pokazać ksiądz-pedofil oraz kościół, który należy najpierw pomazać farbą, a następnie pod nim nasrać, a nam się wydaje, że to tylko taka zabawa paru wariatek.

       Mało tego. Otóż, jak się okazuje, wśród części z nas pojawiła się taka oto inicjatywa, by posmarować sobie dłonie jakimś szczególnie mocnym klejem i w imię tych czy innych wartości przykleić się do tego czy innego obiektu w taki sposób, by się nie dało nas odkleić. I o tym chciałem coś dziś opowiedzieć, gdy nagle przypomniałem sobie swój bardzo dawny już tekst, sprzed niemal już 10 lat jeszcze, który, jak sądzę, za mnie załatwi wszystkie interesujące nas dylematy. Zapraszam więc. Mamy  więc 30 marca 2011 roku. Bardzo proszę.

 

 

       O ile się nie mylę, problem ateizmu na tym blogu pojawił się zaledwie trzy razy. Piszę „zaledwie”, bo kiedy się nad tym zastanowić, to rzeczywiście dziwne, że kwestia tak istotna została tu zaledwie wspomniana niejako przy okazji. Wielu z nas, wliczając w to autora tego bloga, to osoby religijne, czasem religijne głęboko. Ta nasza religijność jest tu demonstrowana, w ten czy inny sposób, właściwie codziennie. A nawet kiedy demonstrowana nie jest, pozostaje ta szczególna aura, która każe się domyślać, że to jest blog prowadzony i w dużej mierze nawiedzany przez ludzi pobożnych. A więc ludzi, którzy są przekonani, że są dziećmi Boga, że ten Bóg jest jak najbardziej realny, i że ów fakt ma swoje bardzo daleko idące konsekwencje. A zatem, skoro tak bardzo tu jest widoczna nasza wiara, to jak to się dzieje, że problem niewiary praktycznie tu się nie pojawia? Dziwne to bardzo, zwłaszcza gdy zauważymy, że w środowiskach ateistycznych, o Bogu tych którzy w Niego wierzą, gada się niemal na okrągło.

      Wydaje mi się, że pierwszy raz  jak podjąłem tu polemikę z ateizmem, miało to miejsce po rozmowie z pewnym moim kolegą – ateistą właśnie – podczas której nagle sobie bardzo mocno uświadomiłem, że za stwierdzeniem że Boga nie ma, stoi czysty i najbardziej jednoznaczny irracjonalizm. Że jeśli człowiek, będąc przy zdrowych zmysłach i ciesząc się opinią myślącego, nagle stwierdza, że Bóg nie istnieje, to mamy do czynienia z deklaracją równie absurdalną jak na przykład to, że śmierć nie istnieje, albo że samoloty nie latają. Że kiedy nasi bliscy czy znajomi rzekomo umierają, to jest to wyłącznie nasze złudzenie. No bo jeśli zastanowić się nad czymś takim jak śmierć, w takim kształcie w jakim ją znamy, ona jest zwyczajnie niemożliwa. A samolot? Przecież każdy przecież widzi, jaki on ciężki i duży. Rozmawiałem o tym moim kolegą, myślałem sobie przy tym o swojej wierze, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że u mnie irracjonalny jest wyłącznie strach przed myślą, że Boga nie ma. Cały religijny system, jaki wyznaję, jest idealnie logicznym i sensownym ciągiem argumentów, i jeśli coś go zakłóca, to wyłącznie te momenty, kiedy – całkowicie irracjonalnie właśnie – przychodzi mi do głowy myśl – A co jeśli nie?

      O ile dobrze go zrozumiałem, mój wspominany wyżej kolega uważa się za ateistę w sposób jednoznaczny. Mówiąc to, mam na myśli fakt, że on nie sugeruje, że wprawdzie Boga nie ma, ale jest jakaś wyższa siła, czy jakiś uniwersalny rozum, czy to może w postaci naszej przyrody, czy kosmosu, które to byty nadają sens naszemu życiu. Z tego co zrozumiałem, on jest w swojej niewierze do bólu dzielny i bezlitosny. Tak jak mój zmarły niedawno wujek, który mi kiedyś powiedział mniej więcej tak: „Nie oszukuj się. Nie ma nic. Człowiek umiera i to co po nim zostaje, to najpierw jakieś związki organiczne, a później już tylko nieorganiczne i wreszcie nie ma już nic”. Jednak w pewnym momencie temat ateizmu wrócił za sprawą pewnego maturzysty, który – już nie pamiętam przy jakiej okazji – wspomniał coś o Krzysztofie Kieślowskim, twierdząc, że Kieślowski nie był ateistą, ale zaledwie kimś kto nie zgadza się z nauką Kościołów i sam, na własną rękę, szuka Boga. Przypomnieliśmy sobie wspólnie stare wypowiedzi Kieślowskiego, i – mam nadzieję, że dobrze tu relacjonuję sprawę – dowiedzieliśmy się, że Kieślowski nie mówił, że Boga nie ma, lecz zaledwie, że on nie wie, czy Bóg jest. A więc, on – na wszelki wypadek – z Bogiem prowadzi dialog, zwraca się do Niego z prośbami, stara się żyć tak, by Go nie obrażać. A to, zdaniem Maturzysty, świadczyć może tylko o tym, że Kieślowski ateistą nie był.

      I pomyślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sytuacja. Bo otóż jeszcze w XVI może wieku, zarzut, że ktoś jest ateistą był traktowany jako obelga. Jak się zdaje, jeśli znalazł się gdzieś człowiek, który mówił, ze Bóg nie istnieje, lub że, owszem, istnieje, tyle że jako drzewo, gwiazda, rzeka, lub tęcza, był przez wszystkich dookoła traktowany, jak ktoś niespełna rozumu. Dla każdego normalnego człowieka żyjącego w tamtych czasach i w naszej kulturze to, że Bóg jest, a my jesteśmy jego dziećmi, stanowiło aksjomat. Zresztą w innych, choćby najbardziej prymitywnych, czy bardziej zamierzchłych cywilizacjach, też nikomu nie przychodziło do głowy uznawać, że jesteśmy tylko my i na tym koniec.

      Wydaje mi się, że prawdziwe zamieszanie na tym polu zostało poczynione dopiero wraz z powstaniem tak zwanego wolnomyślicielstwa, a więc, ogólnie rzecz ujmując, w okresie Oświecenia. Rozwój nauk, a tym samym, gwałtowny wzrost przekonania u ludzi, że są strasznie mądrzy, doprowadziły do tego, że wielu z nich zaczęło najpierw delikatnie, a potem już na całego kwestionować prawdy kościelne. Najbardziej dramatycznie ten ruch objawił się właśnie w wolnomyślicielstwie. Oczywiście masoni nie od razu i nawet nie w swojej większości kwestionowali istnienie Boga. O nie! Tacy nieroztropni, to oni nie byli. Powtarzali więc w koło jakiejś bajki o Budowniczym Świata, o Wielkim Architekcie, o Uniwersalnym Umyśle, czy diabli wiedzą o czym jeszcze, a jednocześni głosili pełną wspólnotę ludzi o wszystkich możliwych przekonaniach, a więc tych co wierzą w Chrystusa, tych co wierzą w drzewa, w tych co wierzą w Zeusa, w diabła, ale również tych, którzy nie wierzą w nic. Lata mijały, ludzie stawali się już tylko mądrzejsi, aż wreszcie niepostrzeżenie – gdy idzie o religię – już tylko stary Marks miał odwagę powiedzieć, że religia to opium, Bogiem jest człowiek, duchy nie istnieją, szatana nie ma, a drzewa służą wyłącznie do tego, żeby na nich wieszać tych, którzy sądzą inaczej. I tyle.

      Co pozostało na zewnątrz? To co zawsze, a więc całe grupy osób wiernych i pobożnych, a poza tym chaotyczna mieszanina z jednej strony tych, którzy z jakiegoś powodu z Marksem zgodzić się do końca nie chcieli, a z drugiej tych, którzy owszem tu pozostali w postawie na baczność, tyle że z jakiegoś powodu bali się przyznać przed sobą, że rzeczywiście nie ma nic. I ten chaos stworzył całą nową religię – religię ludzi, którzy przede wszystkim uważają, że z tym Bogiem i w ogóle bogami to gruba przesada, ale nie da się ukryć, że czasem się dzieją rzeczy dziwne i niewyjaśnione. Bo to się człowiekowi coś przyśni, a później się okaże, że się sprawdziło. Albo trzasnęły drzwi, gdy w domu nie było nikogo. Albo że ktoś podobno gdzieś widział, że coś spadło z hukiem na ziemię i w lesie pojawiły się jakieś dziwne światełka. Stopniowo, tych, którzy trzymali twardo z Marksem – głównie ze względów historycznych – było stopniowo coraz mniej i w efekcie dziś mamy z jednej strony ludzi wierzących, i mniej lub bardziej tradycyjnie pobożnych, a z drugiej całą kupę wyznawców tak zwanego rozumu otwartego, gdzie pod pojęciem „otwarty” rozumiemy akceptację wszelkiego typu zabobonów, poczynając od wiary w UFO, a kończąc na przekonaniu, że jak jest matura, to trzeba założyć czerwone majtki. Oni oczywiście ani nie chodzą w niedzielę do kościoła, ani nie twierdzą, że krzyż jest naszą wspólną cywilizacyjną wartością. Uważają natomiast, że księża kradną i gwałcą małych chłopców, że Bóg może i jest, tylko w ogóle nie wiadomo co to takiego, no i że faktycznie, jak człowiek spojrzy na nocne niebo, to jakoś się robi dziwnie. Podobnie zresztą, jak się zacznie gapić w ognisko. Czy oni są jednak ateistami? W życiu! Nigdy! Ależ skąd? Co za oszczerstwo!

      Kiedy się zastanowić nad tym wszystkim, można rzeczywiście poczuć szacunek do tych, którzy mają odwagę powiedzieć:  Tak. Jestem ateistą. Bez żadnych zakłamanych zastrzeżeń na temat humanizmu, racjonalizmu, naturalizmu. Bez tłumaczenia sobie i światu, ze ja wprawdzie nie umiem uwierzyć w Boga, ale mam szacunek dla ludzi wierzących, szczególnie żydów i muzułmanów, a już zwłaszcza buddystów, i że właściwie to jestem agnostykiem. Tak. Zwłaszcza agnostykiem. Agnostycyzm robi tu wrażenie złotego kluczyka otwierającego praktycznie wszystkie drzwi.

       Czemu dziś, po raz trzeci już wziąłem się za ten temat? Jak pewnie niektórzy się domyślają, ze względu na osobę i myśl Grzegorza Miecugowa. Otóż przy okazji niedawnego wpisu, gdzie wyszydziłem tego szczególnego redaktora za jego wyjątkowy pokaz ludzkiej tępoty, ktoś napisał pod tym tekstem komentarz, w którym zacytował Miecugowa z wywiadu, jakiego ten udzielił swego czasu magazynowi ‘Gala’. Co tam takiego czytamy? Otóż Grzegorz Miecugow, po wstępnym przyznaniu, że on w Boga nie wierzy, natychmiast przechodzi do konkretów, które, jak się domyślam, w jego mniemaniu, mają go postawić w jakimś lepszym świetle. Jako kogoś wprawdzie, kto nie wierzy, ale jednak tak nie do końca. I mówi tak: „Ja wiem, że mam jedno życie. Nie wierzę, że moja dusza pójdzie do jakiegoś raju. Po śmierci rozpadnę się na atomy. A one może w przyszłości będą krzesłem? Atomy krążą. Może jest we mnie kilka atomów, dajmy na to, Kościuszki? Jestem częścią większej całości. Szukam sensu tego wszystkiego. I oczywiście nie znajdę go”.

      I to, uważam, jest deklaracja dla nas bardzo interesująca. Grzegorz Miecugow, mówiąc to co mówi, a należy sądzić, że się nie wygłupiał, lecz starał się być poważny jak należy, idealnie nam pokazał stan współczesnego ateizmu w wersji – owszem – nieco karykaturalnej, ale przez to może nawet bardziej przemawiającej do wyobraźni. Z jednej strony więc widzimy kogoś, kto się nam pokazuje jako osoba rozsądna, nie ulegająca tym głupim, prostackim i niemodnym już przecież przesądom z czasów średniowiecza, które robiły wrażenie wyłącznie na jakichś spragnionych najtańszej strawy duszom, ale kto z drugiej strony wie, że tak do końca, nie wszystko się da racjonalnie unicestwić. Ale i tu, on jest wciąż lepszy od innych. Bo wie, że ani gwiazdy, ani drzewa, ani jakaś reinkarnacja, ani uniwersalny humanizm. Że to też wszystko mit. Ale wie coś jeszcze. Że czysta nauka w stylu oświeceniowym też nie odpowiada na wszystkie pytania. A więc, nauka tak – tyle że nauka otwarta. I tu właśnie pojawia się to krzesło. I Kościuszko. Oto trochę krzesła, trochę Kościuszki, trochę Miecugowa tak krążą w powietrzu i jest tylko pytanie, czy z tego powstanie coś konkretnego, i czy to coś powstanie za chwilę, czy może dopiero wówczas, gdy do tego dołączy jeszcze parę atomów, powiedzmy z jakiegoś wypasionego samochodu, czy buta.

      Zajrzałem do tego wywiadu w 'Gali' i tam są rzeczy jeszcze ciekawsze. W pewnym momencie Miecugow mówi tak: "Istnieje jednak coś nadprzyrodzonego. Dowodem na to jest to, że ja wyśniłem katastrofę concorda i okrętu podwodnego Kursk. Nie wszystko da się wyjaśnić racjonalnie. Ostatnio śniło mi się, że mnie jakiś facet wali butelką po głowie,[ale też]że jestem klepką w podłodze. Bardzo świadomą klepką. Miałem poczucie, że otaczają mnie klepki, z którymi nie mam kontaktu. I ja jeden, a właściwie: ja jedna widzę kawałek drzwi lekko uchylonych i wiem, że nigdy się nie dowiem, co za nimi jest. Bardzo cierpiałem".

      Oczywiście, osobiście sądzę, że to co zaprezentował Miecugow nie świadczy o jakiejkolwiek tendencji, lecz stanowi zwykły wybryk jakiegoś pospolitego półgłówka, któremu pozycja i pieniądze wyrządziły parę nienaprawialnych szkód. Ale jeśli założymy, że obecne czasy zmierzają nieuchronnie w kierunku całkowitej eliminacji ateizmu jako zarówno teorii, jak i praktyki, ale też bardzo próbują przy okazji zlikwidować wszelkie przejawy religijności prostej, ludowej i tradycyjnej, to nie należy wykluczać, że powstanie nowy rodzaj pobożności. Ludzie zaczną wierzyć w krzesła. A w ramach owej religijnej praktyki, będą te krzesła ustawiali w pustych pokojach, wchodzić na nie, czepiać sobie na szyi grube sznury i popełniać rytualne samobójstwa. Z jednej strony z uwielbienia dla atomu, a z drugiej ze strachu, że ten atom jest taki niezbadany. I kto wie, czy dla tych wszystkich nowych wyznawców Grzegorz Miecugow nie stanie się prorokiem?

      Chciałem w tym miejscu skończyć to dzisiejsze pisanie, ale jakoś nie potrafię. Mam bowiem wrażenie, że jeśli jeszcze czegoś nie powiem, to właściwie równie dobrze możemy uznać, że nie wiadomo, po co w ogóle było to wszystko pisać. Bo przecież nie po to, by jeszcze raz dokuczyć Miecugowowi, czy w ogóle ludziom niewierzącym. A zatem wypadałoby jakoś pobieżnie chociaż określić cel tego gestu. Otóż muszę uczciwie przyznać, że zupełnie wyjątkowo ten dzisiejszy ma charakter czysto agitujący. Ja dziś chciałem przede wszystkim, w ramach dawania świadectwa Prawdzie, zaapelować do wszystkich tych, którzy nie wierzą w Jezusa Zmartwychwstałego i w Jego Kościół, a z drugiej dręczy ich poczucie, że czegoś im nieustannie w tej łamigłówce brakuje: Proszę, nie szukajcie czegoś, co jeśli nawet ktokolwiek zgubił, to akurat nikt z nas. Bo na końcu znajdziecie najwyżej to krzesło. A daję słowo, że nie warto.


 

 

wtorek, 1 września 2020

Także i złe duchy wierzą i drżą...


         Nie jest mi zbyt zręcznie po raz kolejny komentować, a tym bardziej próbować uzupełniać, rekolekcyjne nauki księdza Krakowiaka, ale ponieważ od pierwszej chwili jak miałem szczęście ich wysłuchać, chodza mi po głowie pewne bardzo ważne moim zdaniem myśli, pozwolę sobie jeszcze raz się wciąć. Z nadzieją, że nasz dobry ksiądz mi to daruje.
        Zacznę jednak od tego, że jak najbardziej śladem oryginalnego zamiaru Księdza zachęcę Czytelników do obejrzenia starego filmu z Busterem Keatonem. Bardzo proszę o ten wysiłek. To zaledwie niespełna pół godziny, bardzo dobre pół godziny.


      
      A teraz, również za przykładem Księdza, krótki fragment z Księgi Hioba:
„Odszedł szatan sprzed oblicza Pańskiego i obsypał Hioba trądem złośliwym, od palca stopy aż do wierzchu głowy. Wziął więc Hiob skorupę, by się nią drapać siedząc na gnoju. Rzekła mu żona: «Jeszcze trwasz mocno w swej prawości? Złorzecz Bogu i umieraj!» Hiob jej odpowiedział: «Mówisz jak kobieta szalona. Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?» W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył swymi ustami”.
       Proszę zwrócić uwagę na słowa żony Hioba. Ona nie twierdzi że Bóg umarł. On doskonale wie, że On żyje, tyle że nie uważa go za Boga dobrego. Ale też nie namawia Hioba by dał sobie spokój z tym całym swoim Bogiem i umarł, ale żeby zanim umrze, Bogu złorzeczył. Ona nie jest ateistką, lecz w tym akurat momencie samym Diabłem. Moim zdaniem, trudno znaleźć bardziej wymowny przykład tego, czym jest satanizm. 
      Tym razem akurat ksiądz Rafał nie wspomniał o tym, ale ja pamiętam jak parę lat temu uświadomił mnie, że tak naprawdę szczery ateista, w tym sensie, że nie wierzy w istnienie Pana Boga, po tym świecie nie chodzi. Ludzie, którzy przedstawiają się jako ateiści, tak naprawdę doskonale wiedzą, że Bóg istnieje, tyle że jest On Bogiem złym i złośliwym, którego nasz los w żadnej mierze nie interesuje. I stąd między innymi część z nich oddaje się w niewolę szatanowi, który skoro nie jest w stanie dać nam zbawienia, to przynajmniej jest dobrym towarzyszem zabawy.
        Pamiętam owe słowa Księdza, bardzo je sobie cenię i mam je jak najbardziej w głowie, kiedy patrzę na ów tak stary już dziś film z Busterem Keatonem. Mam te słowa w głowie i myślę sobie, że to jest naprawdę bardzo mocne wyznanie wiary. Scena gdy po tym jak oboje na samym starcie swojego nowego życia utracili niemal wszystko, Keaton ze swoją ukochaną, idą dalej, pełni niezłomnej miłości, zostawiając za sobą te straszne rumowisko, to jest moim zdaniem niezwykły wręcz remake owej tak strasznej historii o Hiobie i jego nieszczęściu, z tym samym pięknym przesłaniem, tyle że tym razem ze szczęśliwym zakończeniem.
       A refleksji księdza Krakowiaka wysłuchać i tak należy. Tu:

    

niedziela, 30 sierpnia 2020

Przyszedł jakiś pan z żabą i pali liście


Rekolekcje z Pomocnikami Matki Kościoła już za nami, wypadałoby więc przejść już do naszego zwykłego codziennego rytmu. Ponieważ jednak wróciłem późnym wieczorem, a dziś ani nie chce mi się pisać nowego tekstu, ani też nie bardzo już mam na to czas, obiecuję, że na jutro będę gotowy, a dziś jeszcze moja posmoleńska refleksja na temat tak zwanych ateistów.

      Powiem szczerze, że nie do końca się orientuję, czy moje przeczucia mnie nie zawodzą, niemniej jednak mam wrażenie, że Szatan – o którym tu już parokrotnie wspominałem – zaatakował również na poziomie prostego przekazu medialnego. Kiedy oglądam telewizję – a oglądam ją dziś stale i niezmiennie – widzę, że z jakiegoś dla mnie niezrozumiałego do końca powodu, w jej ofercie pojawiło się całe stado tak zwanych ateistów, a więc ludzi których przekaz i jednocześnie zasługa jest jedna – Boga nie ma. To co jest, to wyłącznie złudzenie i ludzkie kompleksy. No i oni. Ci którzy nam to porządnie wyjaśnią.
      W minioną sobotę obejrzałem występ dwóch kobiet, a mianowicie Magdaleny Środy i – ostatnio nieoczekiwanej zupełnie gwiazdy telewizji TVN24 – Olgi Lipińskiej, które, wraz z jakąś doczepioną do nich „socjolożką”, ubolewały bardzo nad tym, że całe to poruszenie spowodowane śmiercią Prezydenta, jego żony i pozostałych osób, zostało zawłaszczone przez religię, Kościół i – konsekwentnie – zabobon. Że bardzo źle się dzieje, że z takim ważnym wydarzeniem nowoczesny człowiek nie umie sobie poradzić inaczej niż przy pomocy religii. Wczoraj z kolei, znów z nieznanego mi powodu, Grzegorz Miecugow zaprosił do telewizyjnego studia zaprosił pewnego Zbigniewa Mikołejko.
      W tym momencie należy się parę słów wyjaśnienia. Ja znam tego Mikołejkę. Zwróciłem na niego uwagę jeszcze w zamierzchłych czasach ledwie co kwitnącej III RP, kiedy to jeszcze czytałem "Gazetę Wyborczą". Kim jest ten człowiek? Otóż on jest wykształconym ateistą. Co ciekawe, o ile mi wiadomo, cała jego wielkość, czy może tylko szczególność, sprowadza się do tego, że jest on przekonany, że Bóg nie istnieje, i że każdy kto sądzi inaczej, to biedny, zahukany, pełen kompleksów nieborak. W sytuacji gdy nawet Jan Hartman – inny bohater bezbożnych mediów – przynajmniej od czasu do czasu zabierze głos w sprawach ogólnych, ów Mikołajko przez te wszystkie lata nie dokonał nic poza tym, że tylko twierdził że Boga nie ma, zbierając całe swoje dotychczasowe wykształcenie w formę kilkunastu zdań, by ten sąd zgrabnie uzasadnić. I właśnie dzięki temu osiągnięciu, był w swoim czasie bohaterem "Gazety Wyborczej", a dziś zupełnie niespodziewanie stał się gwiazdą Grupy ITI. To też znak czasów. A wydawałoby się, że aby dać się pokazać w telewizji trzeba przynajmniej mieć gitarę i umieć coś zaśpiewać, zatańczyć, albo opowiedzieć żart.
      Co mi strzeliło do głowy, żeby się zajmować ateistami? Czy którykolwiek z nich powiedział coś istotnego? Czy może któryś z nich wygłosił jakąś myśl, która by kogokolwiek poruszyła? Poza wypowiedzią Magdaleny Środy, ubolewającej nad tym że nikt jakoś wciąż nie stworzył rytuału pozareligijnego, nie zdarzyło się nic takiego. Dlaczego więc nagle ta nisza stała się tematem w tym miejscu? Otóż wcale nie chodzi o nich. Problemem jest to, że reżimowe media, w tym konkretnym czasie, znalazły potrzebę sięgnięcia po ten szczególny arsenał. Po ateizm. W jednej sekundzie, przez niezbadany gest losu, lub może opętanego umysłu – wszystko jedno – zginęło 96 osób stanowiących elitę naszego pięknego kraju. Ten akt nieopisanego barbarzyństwa stworzył w jednej chwili napięcie tak mistyczne, że jedynym dla niego ujściem stała się religia. Dlaczego? Nie wiem. Ale to nie jest opinia, lecz fakt. Tak się stało. Ta tragedia, ta katastrofa i ta śmierć spowodowały w jednej chwili reakcję, którą można zrozumieć jedynie na poziomie boskim. Ale jestem dziś pewien, że jeśli za tym nieszczęściem stoi wcielone zło – a myślę, że stoi – jego jedyną sensowną reakcją jest zakwestionowanie tego mistycznego wymiaru. I stąd ten zły szum.
      Wraz z tym wiatrem wiary, nadziei i miłości pojawił się więc ten niedobry zgrzyt. Zgrzyt mówiący nam, że jesteśmy naiwni, głupi i bezużyteczni. Że to wszystko, czym się przejmujemy i co nam daje poczucie siły i wielkości, jest wyłącznie złudzeniem i bzdurą. A ja czuję, że to wszystko na nic. Że za tymi dziwnymi ruchami stoi już tylko zwykła desperacja, spowodowana poczuciem utraty władzy. To już jest wyłącznie pisk.
      Moja wiara jest bardzo szczególna. Szczególna w tym sensie, że całkowicie racjonalna. Kiedy myślę o Bogu, o Jego realności i obecności w naszym życiu, jestem w pełni skoncentrowany nie tyle na wierze, lecz na jak najbardziej racjonalnym oglądzie tego co rozpościera się przede mną. Kiedy słyszę o najróżniejszych cudach, mam dla nich wytłumaczenie jak najbardziej racjonalne, a mimo to wciąż uważam je za oczywiste znaki, które wysyła nam Pan Bóg. Kiedy spotykam kogoś, kto mówi mi, ze Bóg umarł, lub wręcz że nigdy nie żył, jestem w stanie się z nim spierać wyłącznie na poziomie rozumowym. Krótko mówiąc, jeśli mam kłopoty z moją wiarą, one nie mają w żaden sposób natury racjonalnej. Dla mnie Bóg, zbawienie i życie wieczne są objaśniane w sposób wyłącznie logiczny. Inaczej natomiast jest, gdy nagle – a zdarza się to wcale nie rzadko – ogarniają mnie wątpliwości. Że może to wszystko to złudzenie, że za tym życiem nie ma nic, że to wszystko bujda, a my wszyscy zwyczajnie sobie coś roimy. Tyle że każdy taki moment tonie w kompletnej irracjonalności. Z moją niewiarą jest trochę tak jak z dzieckiem, które wie że tam w ciemnym kącie nic nie ma, ale wciąż się boi, że a nuż coś jednak wyskoczy. To jest zupełnie jak z tym człowiekiem, który wie, że życie naturalnie jest formą istnienia białka, ale nie da się ukryć, że czasem dzieją się rzeczy dziwne. No a poza tym, kto w ogóle może wiedzieć, jak to jest naprawdę. A więc w tym sensie, jestem dość podobny do takiego Mikołajki, jego przerażonych kolegów z ich wyobrażeniami na swój temat. Jestem mianowicie jak najbardziej racjonalistą, Tyle że może czasem czuję się jakoś nie tak jak bym chciał. I nie wiem, dlaczego.
        A zatem, dokładnie tak samo jak dziecko, które zamyka oczy i wchodzi do ciemnego pokoju, bo wie, że nic tam złego na niego nie czeka i że wszystko to co mówią ludzie to żart, patrzę na to, co się w tych szczególnych dniach dzieje wokół nas. Uważam, że to co się stało 10 kwietnia pod Smoleńskiem to nie bajka i bzdura. To w sposób jak najbardziej oczywisty i realny – a co najważniejsze racjonalny – dotknięcie palca mojego Boga. To znak, który ma wytłumaczenie jak najbardziej rozumowe i pełne logiki. To żywa prawda. Oczywiście, boję się też trochę, że może mi się to wszystko tak tylko zdaje. Że w końcu bywa różnie, a człowiek popełnia niezwykłe czasem błędy. Jednak to się dzieje wyłącznie na poziomie zaklęć i koszmarów. I to wiem. I to mnie utrzymuje w zupełnie dobrym nastroju.
       Ale wiem też jednocześnie, że to zło, co się naprzeciwko nas zebrało, ci wszyscy nieszczęśnicy, co głoszą, że to co się dzieje, potrwa jeszcze zaledwie parę dni, a najwyżej tygodni, i zniknie jak wszystko co się wydawało czymś niezwykłym dotychczas i też się skończyło, żyją złudzeniami. I ten wczorajszy Mikołajko, i ta Magdalena Środa, a za nimi wszyscy inni głosiciele przyszłości bez Boga, bez nadziei i bez sprawiedliwości, żyją złudzeniami. Oni są jak ci biedni czytelnicy ezoterycznych pism, którzy wierzą, że skoro jak się nasika na zleżałe trociny, to się lęgną robaki, to niewątpliwie życie powstało nie przez słowo Boga, lecz tak jakoś. To nie są racjonaliści, to nie są ludzie rozumni. To nawet nie są czarodzieje. Ich jedyna kompetencja to umiejętność składnego objaśniania swoich problemów związanych ze strachem przed wieczną mocą i nieskończoną miłością.
       I pomyśleć, że to oni akurat zostali skierowani na pierwszy polityczny front walki o przyszłość naszej Polski! Równie dobrze mogliby wysłać człowieka z różdżką, lub z talią kart jakiegoś Tarota.




sobota, 14 grudnia 2019

Dlaczego ćmy płoną?


Wydarzyło się w tych dniach parę rzeczy, które zrobiły na mnie pewne wrażenie, wywołując dość dawne wspomnienia, a tym samym pokusę, by może jeszcze raz zwrócić uwagę na coś, co uważam za bardzo ważne dla nas wszystkich. Otóż najpierw posłanka Lewicy Senyszyn stwierdziła, że Krzyż w publicznej przestrzeni to „oznaczanie terenu przy pomocy dwóch zbitych desek”, a tuż po niej jej kolega poseł z Konfederacji, Jacek Wilk, wracając ni z gruszki ni z pietruszki  do zamierzchłej już bardzo kwestii Traktatu Lizbońskiego, zasugerował, że z wdzięczności za to, że śp. Lech Kaczyński „oddał obcym suwerenność Polski”, jego brat „wsadził go na Wawel”.
Jak mówię, zarówno owo „oznaczanie terenu” przy pomocy Krzyża, jak i „wsadzanie na Wawel” człowieka zamordowanego tuż po tym, jak ten podpisał wspomniany Traktat Lizboński, poruszyło mnie bardzo, no i mniej więcej w tym samym czasie, pewien zaprzyjaźniony na Twitterze ksiądz Radomski zasugerował nam, że Szatan nie wierzy w Boga. Ponieważ jeszcze całkiem niedawno miałem szczęście rozmawiać z naszym księdzem Rafałem, który choćby na przykładzie żony Hioba wykazał mi, że jest wręcz odwrotnie, a więc Szatan jak najbardziej wierzy w Boga, tyle że próbuje nam przy tym dowieść, że Bóg jest zdrajcą, zasługującym wyłącznie nasza pogardę, odpowiedziałem księdzu Radomskiemu, że Szatan, tak jak ateiści, wierzy, tylko za to, że Ten nim wzgardził, Go nie nawidzi. Ksiądz Radomski niespodziewanie się ze mną bez awantur zgodził, a ja sobie przypomniałem swój bardzo dawny tekst o ćmach. No i w związku z tym wszystkim pragnę go tu dziś przypomnieć.

      Proszę sobie wyobrazić, że obejrzałem dziś w TVN-ie krótki, może pięciominutowy fragment programu zatytułowanego Drugie Śniadanie Mistrzów. Program, o którym mówię, jest jedną ze sztandarowych pozycji sobotniej oferty stacji, ale – z jakiegoś powodu – dopiero dziś miałem okazję bliżej zobaczyć, o co w tym czymś chodzi. Piszę „bliżej”, bo, ogólnie rzecz biorąc, miałem na ten temat pewne pojęcie już wcześniej. Wiedziałem na przykład, że gospodarzem programu jest Marcin Meller, redaktor naczelny magazynu dla onanistów o nazwie Playboy. I również wiedziałem, że koncepcja programu polega na tym, że Meller zaprasza kilku aktorów, piosenkarzy, czy innych tzw. artystów, żeby oni gadali, a my żebyśmy wszyscy mieli okazję dowiedzieć się, co każdy z nich ma do powiedzenia na tematy, o których pojęcia mieć nie może z przyczyn, o których dalej. Może zresztą to właśnie był powód, dlaczego przez tyle tygodni nie miałem serca, żeby choćby rzucić okiem na tę audycję. W końcu, kogo może interesować opinia Wojciecha Pszoniaka, czy Maryli Rodowicz na jakikolwiek temat?
      Szczerze powiem, że nie bardzo wiem, jak to się stało, że od pewnego czasu, do udziału w najróżniejszego rodzaju debatach, zaczęto zapraszać przedstawicieli środowisk, których jedyna kompetencja zawsze ograniczała albo do odgrywania scen w teatrze, albo do tańczenia, albo do śpiewania, ewentualnie może do pokazywania magicznych sztuczek, czy choćby tylko do wyglądania. Mogę tylko spekulować, że ta moda pojawiła się wraz z opanowaniem przez kulturę popularną całej sfery publicznej. Myślę, że w momencie gdy okazało się, że w dobrym tonie jest, żeby profesor uniwersytetu chodził z kolczykiem w nosie i wytatuowanym smokiem na tyłku, ksiądz przebierał się w skórę i jeździł po parafii na motocyklu, a prezydent kraju biegał w majtkach po trawie i kopał piłkę, nie było też już żadnych przeszkód, żeby uznać, że każdy może wszystko, byle było fajnie i po linii. Premier zostanie piłkarzem, piłkarz premierem, a tancerz socjologiem.
      Kiedy dziś zatrzymałem się przez chwilę przy telewizorze, przed kamerami stacji TVN24, oprócz Mellera, występował pan którego nie znam, piosenkarka Peszek, gitarzysta Hołdys i konferansjer Urbański. Tematem debaty był zbliżający się występ piosenkarki Madonny w Polsce i zaplanowany inteligentnie na 15 sierpnia, czyli w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Chodziło o to, że ponieważ część środowisk blisko związanych z Kościołem Katolickim uważa, że jest bardzo nieładnie, żeby akurat w dniu tak wielkiego religijnego święta, Polska wypełniona została widokiem piosenkarki o imieniu Madonna kopulującej z krzyżem na konfesjonale, TVN24 postanowił spytać Peszek, Hołdysa i Urbańskiego i tego pana, którego nie znam, co oni sądzą na temat katolickich obsesji.
      Jeśli wziąć pod uwagę, że Hubert Urbański głównie zasłaniał się talerzem i zapluwał z rozbawienia, Zbigniew Hołdys siedział z kamienną twarzą i uważał, żeby mu się nie przekrzywił kapelusz, Meller nastawiał ucha, co mu mówią do słuchawki, a nieznajomy mi pan coś mruczał pod nosem, to właściwie całą treść programu wypełniła piosenkarka Maria Peszek. Przyszła do studia zaopatrzona w wydrukowaną z Internetu listą najśmieszniejszych jej zdaniem imion ludzi świętych z całej historii chrześcijaństwa i odczytywała je z błyskiem w oku, wzbudzając – jak się domyślam – tumany śmiechu przed ekranami. I w ten sposób w naszej przestrzeni publicznej dokonał się swego rodzaju przełom. Oto w jednym z największych kanałów telewizyjnych, w samym środku sobotniego dnia, został w aurze pełnej bezkarności przedstawiony skecz, polegający na wyśmiewaniu największych męczenników chrześcijaństwa, bo pewnej piosenkarce wydało się bardzo śmieszne, że oni mieli takie komiczne imiona.
      Cóż więc można powiedzieć? Chyba tylko tyle, że w większości współczesnych religii, Maria Peszek za to co zrobiła, została by po prostu zamordowana, a siedziba TVN, wraz z jej swoimi pracownikami i właścicielami, zwyczajnie spalona. Ale o tym akurat, jak się dowiedziałem z opisanego programu, wie może nawet i sam Marcin Meller. Natomiast ja myślę sobie o czymś innym. W tej samej telewizji TVN24, niedawno pokazała się informacja, że do czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Barak Obama, coś takiego jak ekstremizm konserwatywny w ogóle nie istniało. Jeśli istniała prawdziwa wściekłość, to wyłącznie lewicowa. Ostatnio – prawdopodobnie częściowo w reakcji na pewne polityczne przesunięcia – coś bardzo niedobrego zaczyna się dziać. Na przykład niedawno, został zastrzelony lekarz dokonujący tzw. późnych aborcji. Coś się zdecydowanie dzieje.
     Czy ktoś może wie, jaki jest powód, że ćmy tak bardzo lubią płonąć?



    

środa, 9 stycznia 2019

O komórce z Bogiem i bez Niego



      Przyznać muszę, że pisanie książki idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa, a jeśli wczoraj udało mi się coś napisać, to tylko dlatego, że to był tekst za który w lutym dostanę od Piotra Bachurskiego 300 zł, a to jest dla mnie ważne. Skąd to lenistwo? Nie wiem. Podejrzewam, że to jest w ogóle takie moje związane z wiekiem zmęczenie, które prowadzi mnie do tego, że zamiast zrobić coś pożytecznego, wolę siedzieć w fotelu i gapić się w ścianę. Poza tym moje dziecko przebywa aktualnie w szpitalu i jeśli nie uda się uspokoić sytuacji, lada chwilę urodzi mi drugą wnuczkę więc wszyscy jesteśmy myślami z nimi. A zatem, jest jak jest. W tej więc sytuacji, proponuje swój kolejny stary bardzo tekst, o tyle jednak aktualny, że zahaczający o temat, który się nam tu ostatnio troszkę pojawił, a mianowicie ateizm. Bardzo polecam.

        Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
      A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
      Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
      Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film „Six Shooter”, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
      No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich myśli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
      Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, że to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem życia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
      A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głównie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
      Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
      Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
      I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
      A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
      Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

Powyższy tekst został umieszczony w mojej książce „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, dziś już niestety sprzedanej. Są jednak wciąż inne, równie dobre, a zatem serdecznie polecam. Kontakt: k.osiejuk@gmail.com.


sobota, 26 listopada 2016

Kto się boi Bożego Miłosierdzia?

      Przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” i do zobaczenia po powrocie z Warszawy.

      Zakończył się oficjalnie Rok Miłosierdzia i papież Franciszek, jak najbardziej konsekwentnie i w sposób dla siebie charakterystyczny, ogłosił, że „potrzebni są kapłani, którzy poświęcają swoje życie posłudze jednania, tak aby wszyscy mieli możliwość doświadczenia wyzwalającej mocy przebaczenia, jako że nikomu szczerze skruszonemu nie zabrania się dostępu do miłości Ojca, który czeka jego powrotu”. A gdyby jakiemuś idiocie przyszło do głowy uznać, że tym samym, aborcja przestała być grzechem, doprecyzował swą myśl, pisząc dalej: „Z powodu tego wymagania, aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie, a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji”. Choć dla każdego z nas sprawa wydawałaby się cudownie prosta, okazało się, że nie ma takiej oczywistości, która dla niektórych nie okazałaby się zagadką nie do przejścia, i dziś już oczywiście ze strony pro-choice słyszymy okrzyki radości, że wreszcie Kościół zezwolił na aborcję, a ze strony pro-life jęk rozpaczy w dokładnie tej samej sprawie.
      I to jest coś, z czym się osobiście męczę od lat. Nie jestem bowiem w stanie zrozumieć, jak z jednej strony ludzie, którzy nie wierzą ani w niebo, ani w piekło, ani w Boga, ani w diabła, ani w grzech, ani w życie wieczne, mogą się aż tak przejmować tym, jak ich postępowanie oceni Kościół, w który również wierzyć im ani w głowie, a z drugiej strony, ci, którym wydawałoby się, że owa niezgłębiona tajemnica Boga jednocześnie nieskończenie miłosiernego, oraz, równie nieskończenie sprawiedliwego, powinna nie pozwalać spokojnie spać, tak bardzo proszą, by On może jednak był trochę bardziej sprawiedliwy, niż miłosierny.
    I powiem szczerze, że tu już bardziej rozumiem tych wszystkich bezbożników, dla których, mimo że dla nich oczywiście Boga jak nie było tak nie ma, a Kościół to nic więcej, jak pedofilska grupa przestępcza, wiadomość, że oto papież zlikwidował instytucję grzechu, to wiadomość w sumie dobra. Po pierwsze, diabli wiedzą, jak to ostatecznie jest z tą religią i nie zaszkodzi mieć jakąś ścieżkę ucieczki, no a po drugie, skoro grzech nie istnieje, świat się stanie bardziej wesoły i będzie się żyło przyjemniej. A zatem, czy papież ma rację, czy jej nie ma, dla nich owe złudzenia to czysty zysk. Inaczej jest z „naszymi”. Oto powstaje pytanie, dlaczego tylu z nas, teraz, gdy Franciszek mocą swojej władzy proklamuje Bożą Miłość, która ogarnia wszystkich, co jej szczerze pragną, robi wrażenie tak pewnych siebie, że na samą myśl o tym, że jakiś grzesznik dostanie to, na co ich zdaniem nie zasłużył, zaczynają zgrzytać zębami?
    Bardzo to ciekawe, bo jeśli faktycznie papież się myli, to marny nasz los, a jeśli mówi prawdę, to popełniamy grzech przeciwko Duchowi Świętemu i lepiej też dla nas byśmy się nie narodzili.

Za chwilę wsiadam w największy sukces ośmiu lat władzy Platformy Obywatelskiej, czyli express Pendolino, i pędzę do Warszawy, by w Arkadach Kubickiego przez dwa dni spotykać się z Czytelnikami. Wszystkich serdecznie zapraszam. Dziś i jutro od 10 do 18, stoisko nr 11.



środa, 10 lutego 2016

Czy masoni mają poczucie humoru?

No i znów mnie czas wyprzedził i ani się obejrzeliśmy, jak minął tydzień, a ja zapomniałem o kolejnym felietonie z „Warszawskiej Gazety”. To jest wprawdzie dalszy ciąg refleksji związanych z postacią Bogusława Wolniewicza, ponieważ jednak z lekko przesuniętą perspektywą, więc może i tym razem warto. Zapraszam.

W telewizji Republika wystąpił prof. Bogusław Wolniewicz, jedna z najjaśniejszych gwiazd prawicowej sceny intelektualnej, i najpierw, w związku z sugestią Ewy Stankiewicz, że w Smoleńsku doszło do zbrodni zabójstwa, dostał świętej cholery, a następnie obrażony opuścił studio, krzycząc, że nie pozwoli na szkalowanie Rosji. Powiem szczerze, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem ktoś aż tak psychicznie niezrównoważony, jak prof. Wolniewicz, mógł zostać gwiazdą jakiegokolwiek typu, no ale uznałem, że skoro środowiskom prawicowym najwyraźniej brakuje argumentów, które można by przeciwstawić takim tuzom intelektu, jak choćby kolejni sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, że już nie wspomnę o zmarłych profesorach Geremku i Bartoszewskim, niech już będzie ten Wolniewicz. Siedzi bowiem sobie taki ledwo żywy staruszek, plecie farmazony, które mógłby dokładnie tak samo, tyle że znacznie sympatyczniej, przedstawić każdy minimalnie wyszczekany działacz Unii Polityki Realnej, a spragniona autorytetów publiczność chłonie jego słowa z pełnym nabożeństwem. A więc niech mają.
No ale telewizja Republika zaprosiła Wolniewicza, żeby coś nam opowiedział o tym, jak to nowa zachodnia cywilizacja pożera porządek chrześcijański, i kiedy wszystko szło jak z płatka, to Ewa Stankiewicz, sądząc zapewne, że skoro człowiek jest swój, to można się czuć swobodnie, nieopatrznie wspomniała coś o „zamordowaniu prezydenta” i nasz autorytet najpierw dostał szału, że co to za gadka o zamachu, skoro nie istnieją jakiekolwiek dowody, no a poza tym, komu zależy, żeby niszczyć tradycyjnie dobre polsko-rosyjskie stosunki, no i w końcu wyszedł obrażony ze studia.
Przyznam się, że ja o Bogusławie Wolniewiczu dotychczas wiedziałem tylko tyle, że on jest „nasz” i że potrafi bardzo szczerze wygłaszać opinie, których nawet taka gwiazda, jak Stanisław Michalkiewicz, nie ma odwagi wypowiedzieć. Wiedziałem też, że jego bezpośredniość i elokwencja sprawiły, że do komentowania zdarzeń zaprosił go sam ojciec Rydzyk. Dziś, kiedy dotarła do nas wszystkich wiadomość, że ów przedstawiciel naszej polskiej wrażliwości zrobił w studio TV Republika awanturę, bo Ewa Stankiewicz zasugerowała, że w Smoleński doszło do zamachu, pomyślałem sobie, że warto byłoby się Wolniewiczowi przyjrzeć uważniej.
Zrobiłem to i z tego, co jest na jego temat dostępne choćby w Wikipedii, wysnuwam jeden jedyny wniosek: Wolniewicz to bezdyskusyjny i wyjątkowo agresywny mason. Nauki, które wedle informacji tam pomieszczonych, głosi Wolniewicz, to jest moralny chaos na takim poziomie szaleństwa, że kiedy on już wreszcie umrze, któraś z Wielkich Lóż powinna jego ciało zmumifikować i wystawić w jednym z muzeów, najlepiej w Paryżu.
Ktoś powie, że los Wolniewicza to nie nasz problem. Na to ja niestety muszę odpowiedzieć, że, owszem, to jest problem jak najbardziej nasz. I wcale, wbrew pozorom, nie chodzi o ten nieszczęsny Smoleńsk. Dopóki bowiem człowiek, który z dumą przedstawia się, jako „rzymski katolik – niewierzący” jest nam z kolei przedstawiany jako głos naszego sumienia, to ja przepraszam, ale wolę Szymona Hołownię.

Przypominam wszystkim, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

Wobec Zamętu

  Nasz e ciało składa się z około 30 bilionów komóre k, k tóre współżyją z 38 bilion ami bakterii . Każda komórka ma własne życie i swoje ...