Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2025

Ad Hitlerum, ad Putinum i ad Banderum, czyli jak stać w pozycji wyprostowanej

 

Powszechne zidiocenie, jakie najpierw po wyborczej wygranej, a potem zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego, ogarnęło wiadomą część naszej sceny politycznej, skumulowało się w ostatnich dniach w histerycznej wręcz próbie reanimacji proukraińskich emocji, które, owszem, przez rok czy dwa przepełniały serca znacznej część naszego społeczeństwa, ale po których już od roku czy dwóch nie ma ani śladu. Czemu twierdzę, że odgrzebywanie tego trupa to objaw zidiocenia? Odpowiedź jest prosta: trzeba bowiem być kompletnym idiotą, by uznać, że najlepszym sposobem zrujnowania społecznej pozycji Prezydenta jest uderzenie w niego argumentem, że skoro on uznał za stosowne ograniczyć nieco prawa, jakie Ukraińcy uzyskali u nas w wyniku rosyjskiej agresji na ich kraj, to znaczy, że z niego żaden Polak, tylko drugi Putin. 

Nie ma tu miejsca, bym miał wyliczać powody, dlaczego przez te kilka lat autentyczna wręcz początkowa sympatia Polaków do Ukraińców sięgnęła dna, natomiast nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, że gdyby przeprowadzić uczciwy sondaż w tej sprawie, to by się okazało, że prezydent Nawrocki, odbierając niepracującym w Polsce i niepłacącym tu podatku Ukraińcom prawa do wsparcia znanego jako 800 Plus, ma poparcie na poziomie 90 procent. Takie są fakty i moim zdaniem tu nie ma ani nad czym dyskutować, ani tym bardziej podejmować jakiekolwiek działania edukacyjne.

Gdy chodzi natomiast o mnie, to ja, owszem, mam pewien pomysł i chciałbym dziś wrócić do swojego bardzo już starego, bo sprzed 18 już lat – a więc jeszcze sprzed pierwszej fali bolszewickiej agresji – tekstu, w którym przedstawiłem swoje stanowisko na temat naszych relacji z Ukrainą i jej historią i spróbowałem zasugerować pewne rozwiązanie. Myślę, że ponieważ przez te wszystkie lata, chyba ani razu w publicznej debacie nie pojawiła się choćby jedna myśl z tamtego tekstu, nie zaszkodzi – akurat dziś – do niego wrócić. Bardzo proszę.

 

 

 

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy chyba raz, tak zwani polscy patrioci poczuli, że ze mną i z tym blogiem jest coś nie tak. Miało to miejsce jeszcze na samym początku tego blogowania, a związane było z notką poświęconą stosunkom polsko-ukraińskim, no i w ogóle polsko-ukraińskiej historii. O co poszło? Jak może niektórzy jeszcze sobie przypominają, nasz prezydent, dziś już nieżyjący Lech Kaczyński, przy okazji uroczystości upamiętniających ukraińską zbrodnię na Wołyniu, przesłał do uczestników tej strasznej rocznicy list, który przez swój zbyt, zdaniem wielu, umiarkowany ton, stał się – dla tych samych wielu – dowodem zdrady i zaprzaństwa Lecha Kaczyńskiego. I tym samym stał się bezpośrednią przyczyną wycofania przez nich poparcia dla jego prezydentury. Dziś, kiedy, tak się złożyło, prezydent Kaczyński już nie żyje, zamordowany przez tych, którym ani Wołyń w głowie, ani jego ofiary, ani nawet czciciele jego pamięci, tamte emocje są bez znaczenia, a wypływające z nich deklaracje – tym bardziej. A Ukraina wciąż trwa, i problemy związane z tym trwaniem, szczególnie tak blisko naszych granic i naszej historii, są wciąż, jak najbardziej, żywe.

Trudno mi z całą pewnością powiedzieć, o co najbardziej poszło, kiedy tamten tekst został tak brutalnie potraktowany przez ludzi, dla których pamięć o Wołyniu stanowi wciąż część ich pamięci codziennej. Myślę, że powód tego zamieszania był taki jak zawsze, a więc zwykłe niezrozumienie i nieporozumienie. Myślę, że kiedy ja pisałem o Polsce, to wielu z tych, którzy czytali moje słowa, myślało, że ja piszę o Ukrainie, a kiedy pisałem o godności, to wielu było przekonanych, że ja piszę o wybaczeniu. No i, co już najgorsze, kiedy ja wręcz zapłakiwałem się nad losem tych dzieci pomordowanych przez oprawców z UPA, wielu myślało, że ja się zapłakuję nad losem Ukraińców.

Znam ten proces bardzo dobrze. Towarzyszy mi on niemal od samego początku, jak tu piszę, i wiem – a wiedza to bolesna – że świadomość tego, jak to działa, nie opuści mnie już nigdy. Pamiętam choćby, jak któregoś dnia zobaczyłem zdjęcie Wojciecha Jaruzelskiego z tym plastrem na policzku i pomyślałem sobie, że nie chwyciła go za gardło sprawiedliwość ludzka, no więc wzięła się za niego sprawiedliwość Boska. Ale już w chwilę potem zrozumiałem, że ten Jaruzelski jest tak mały i tak nieistotny, w obliczu tego, co nam gotują nowe czasy i ci, którzy wraz z tymi nowymi czasy weszli w nasze życie, że najwyższy czas, by jego los zostawić już temu rakowi, który wyżera mu twarz, a my powinniśmy raczej patrzeć w zupełnie inną stronę. Tam, gdzie na nas już się czają zawodnicy znacznie bardziej sprawni i zdeterminowani, niż taki Jaruzelski. I do dziś, w związku z tamtą refleksją, wielu traktuje mnie jak kogoś, kto zaapelował o łaskę dla Jaruzelskiego. Bo z niego już tylko biedny staruszek z plastrem na policzku. I tak to działa.

Ale miałem pisać o Ukrainie. Proszę bardzo. Będzie o Ukrainie. Otóż, jak wiemy, w wyniku agresji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Niemcy rozpoczęli realizację tzw. Intelligenzaktion, wymierzonej w polską elitę intelektualną. Akcja ta przebiegała z różną intensywnością w poszczególnych rejonach okupowanej Polski. Najwięcej morderstw popełniono na Pomorzu (30 tys. ofiar), Wielkopolsce (2 tys. ofiar), Mazowszu (ok. 6,7 tys. ofiar), Śląsku (ok. 2 tys. ofiar), Łodzi (ok. 1,5 tys. ofiar), a także w tzw. akcjach specjalnych, z których największe to Ausserordentliche Befriedungsaktion (ok. 3,5 tys. ofiar) i Sonderaktion Krakau i Zweite Sonderaktion Krakau (ok. 187 ofiar – uczonych i pracowników naukowych z Uniwersytetu Jagiellońskiego). Po niemieckiej agresji na Związek Sowiecki, 22 czerwca 1941, założenia Intelligenzaktion zostały przez władze policyjne III Rzeszy rozszerzone na tereny II Rzeczypospolitej, anektowane wcześniej przez ZSRR.

30 czerwca 1941 o godz. 4.30 rano, siedem godzin przed zajęciem Lwowa przez Wehrmacht, wkroczył do miasta ukraiński batalion Nachtigall. 2 lipca 1941 przed południem w swoim gabinecie na terenie Politechniki Lwowskiej został aresztowany przez Gestapo prof. Kazimierz Bartel. W nocy z 3 na 4 lipca 1941, Gestapo dokonało brutalnego aresztowania dwudziestu dwóch profesorów uczelni lwowskich (głównie Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej), członków ich rodzin i osób przebywających w ich mieszkaniach. Kilku profesorów aresztowano z rodzinami i gośćmi. Z jednego domu wywleczono 82-letniego staruszka, profesora położnictwa w stanie spoczynku, Adama Sołowija wraz z 19-letnim wnukiem, Adamem Mięsowiczem. Z mieszkania prof. Ostrowskiego zabrano będących u niego gości – między innymi ordynatora szpitala żydowskiego, dra Stanisława Ruffa z całą rodziną i księdza Komornickiego. Tak samo uczyniono w domu profesora Jana Greka, zabierając gospodarza wraz z żoną i szwagrem, Tadeuszem Boy-Żeleńskim, którego akurat nie było na liście. Lista profesorów Uniwersytetu, sporządzona prawdopodobnie przez ukraińskich studentów z Krakowa, związanych z OUN, była zdezaktualizowana, co stwarzało niekiedy dodatkowe komplikacje. Aresztowanych profesorów przewożono do Zakładu Wychowawczego im. Abrahamowiczów – w kompleksie akademików Politechniki Lwowskiej, gdzie po przesłuchaniach przez Gestapo, rankiem 4 lipca 1941 zabrano ich na rozstrzelanie. Aresztowanych uczonych, oraz ich rodziny wymordowano o świcie 4 lipca 1941 na zboczu Kadeckiej Góry. 11 lipca Gestapo aresztowało dwóch profesorów Akademii Handlu Zagranicznego, Henryka Korowicza i Stanisława Ruziewicza. Obaj zostali rozstrzelani następnego dnia w nieznanym miejscu. Kazimierz Bartel po pobycie w więzieniu Gestapo przy ul. Pełczyńskiej, 21 lipca został przeniesiony do więzienia na Łąckiego a następnie 26 lipca rozstrzelany.

Zwłoki rozstrzelanych we Lwowie polskich oficerów zostały w nocy z 7 na 8 października 1943 wydobyte przez specjalny oddział o nazwie Sonderkommando 1005, utworzone z młodych Żydów, pozostających w gettach, którego zadaniem było odkopywanie grobów ludzi rozstrzelanych w masowych egzekucjach, a następnie palenie ich zwłok, i spalone w Lasach Krzywczyckich.

Ktoś powie, że było o Niemcach, było też oczywiście o Polakach, natomiast o Ukraińcach ani słowa… no może z wyjątkiem owej drobnej wzmianki o batalionie Nachtigall, i tych ukraińskich studentach. Akurat tak się składa, że ze względów, o których jeszcze wspomnę, te proporcje są akurat w sam raz, natomiast to prawda – na Ukraińców jeszcze przyjdzie czas. Tu chodziło głównie o to, żeby przypomnieć te nazwy i te nazwiska – niemieckie nazwy i polskie nazwiska. A tu natomiast chodzi o to, że 3 lipca tego roku, w Parku Studenckim we Lwowie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika ku czci pomordowanych przez Niemców polskich profesorów. Pomnik jest duży, piękny i bardzo wiele znaczący. Przedstawia wysoką, zbudowaną z 10 przykazań bramę, oraz metalowy odlew kopii niemieckiego rozkazu rozstrzelania profesorów. Uroczystości odsłonięcia towarzyszyła Msza Święta, celebrowana przez trzech biskupów, do Lwowa przyjechali krewni pomordowanych, rektorzy i profesorowie z Lwowa i z Polski, był ambasador Polski na Ukrainie, i ukraiński ambasador w Polsce, był mer Lwowa i prezydent Wrocławia Dutkiewicz, przyjechał nawet z Niemiec niejaki Dieter Schenk, historyk i syn oficera gestapo, który planował wygłosić we Lwowie bardzo ekspiacyjne przemówienie.

I oto okazało się, że wszystko na co Ukraińców było stać – poza oczywiście łaskawą zgodą na postawienie pomnika – było dopuszczenie do głosu mera Lwowa, prezydenta Dutkiewicza i jednego ze swoich radnych, jako tak zwanego „głosu ludu” (oczywiście, jak się domyślamy ludu ukraińskiego), z takim oto zastrzeżeniem, że od początku do końca uroczystości nikomu, włącznie z arcybiskupem Mokrzyckim, nie wolno w jakiejkolwiek formie wspomnieć o tym, że pomordowani profesorowie byli Polakami. A jak się domyślam, opierając się na swoich dotychczasowych doświadczeniach, gdy chodzi o ukraińskie ambicje, by świat ich traktował jak naród, Ukraińcy tę swoją prośbę z całą pewnością sformułowali w taki sposób, by każdy wiedział, że jakikolwiek przypadek niesubordynacji zostanie potraktowany jak zdrada i cios wymierzony w ukraińską dumę. I, naturalnie, wszyscy postąpili zgodnie z wolą strony ukraińskiej i o polskich profesorach, oględnie bardzo, wspominali jako o profesorach lwowskich.

I teraz, domyślam się, że ci którzy albo nie mieli okazji zapoznać się z moimi refleksjami na temat Wołynia sprzed lat, albo jakoś tamte emocje zdążyli przetrawić, znów wybuchnie świętym oburzeniem, że trzeba było Ukraińcom powiedzieć, żeby się walili, wsiąść w autobus i ruszyć w stronę granicy z Polską, gdzie można będzie się przez kilka godzin spokojnie przespać, w oczekiwaniu na kogoś, kto zechce ten autobus wypuścić z tej pieprzonej Ukrainy, albo, trzeba było wyrwać mikrofon temu jakiemuś Olehowi i krzyknąć mu prosto w to czarne podniebienie, że nich żyje polski Lwów. A ja tymczasem, wciąż uparcie się trzymam swojej starej tezy z czasów, gdy polską politykę zagraniczną próbował budować śp. Lech Kaczyński, że Ukraina, taka z jaką dziś mamy do czynienia, nie daje nam absolutnie żadnego pola manewru. Bo oto, albo mówimy sobie, że niech ich wszystkich szlag trafi, najlepiej razem z Rosją, do której wielu z nich tak tęskni, albo uznajemy, że tam, obok tych, co tak bardzo tęsknią za Rosją, są też ci, którzy Rosji całym sercem nienawidzą, tyle że przy okazji ubzdurali sobie, że, skoro Ukraina ma być wolna i niepodległa, to wyłącznie jako historycznie wielki, silny i dumny europejski naród, którym – ani jednym, ani drugim, ani trzecim, ani tym bardziej czwartym – tak się składa, nawet nie jest. Bo tak już niefortunnie dla niej się porobiło, że Ukraina to w najlepszym wypadku jakiś lud, bez historii i bez tradycji. Ale tym samym, uznajemy, że przy tym poziomie szaleństwa, jakie reprezentują owi ukraińscy patrioci, nie ma żadnej możliwości, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek wybił im te marzenia z głowy, zwłaszcza tłumacząc im, że praktycznie jedyny ich narodowy bohater, jedyny ich powód do dumy i jedyny dostępny dla nich powód, by wierzyć w swoją historię – to najbardziej okrutny morderca.

Popatrzmy jeszcze raz na to, co się stało 3 lipca w Parku Studenckim we Lwowie, odsłonięty zostaje pomnik polskich – polskich w sposób tak oczywisty, że już bardziej się nie da – profesorów. I na to przychodzą ukraińscy patrioci i proszą uprzejmie, by ani na tym pomniku nie było tablicy z nazwiskami tych profesorów, ani też nigdzie poza tym nie padła jakakolwiek sugestia, że ci profesorowie byli Polakami. Czy może oni chcą, by tam napisać, że oni byli Ukraińcami. Przepraszam bardzo, ale tak durni to oni jednak nie są. Oni świetnie wiedzą, że czegoś takiego, jak ukraiński profesor w tamtych czasach zwyczajnie nie było. Bo być nie mogło. No, może na zasadzie jakiegoś kompletnego przypadku, ale generalnie, jeśli tam się miało pojawić jakieś nie polskie nazwisko, to już prędzej jakiś Perier, swoją drogą pradziadek mojej żony, czy Longchamps de Berier, o którym za chwilę. Ktoś mi powie, że jestem rasistą. Że ten rodzaj wywyższania się jest nieładny i w ogóle niesłuszny. Na to więc mam jeszcze jedną historię.

Otóż 20 sierpnia  wybieram się z żoną na Ukrainę. Plan jest tym razem taki, by nie jechać do Lwowa, lecz zwiedzić parę innych tradycyjnie polskich miast, między innymi Drohobycz i Truskawiec. Oczywiście, ja wiem, że przy znanej nam już z doświadczenia metodzie traktowania przez Ukraińców gości z Polski, ten jeden dzień na Ukrainie podzieli się równo po połowie – pół czasu spędzimy w kompletnej bezczynności na granicy, a pół na zwiedzaniu. Ale kochamy Polskę, zwłaszcza jej historię, i bardzo chcemy zobaczyć przynajmniej ten Truskawiec. Żona moja, przygotowując się do tego wyjazdu, kupiła sobie przewodnik po Zachodniej Ukrainie i nagle zauważyła, że jak idzie o nazwy ulic, które w jakikolwiek sposób miałyby upamiętniać ukraińską historię i jej bohaterów, powtarzają się trzy: Tarasa Szewczenki, Stiepana Bandery i Bohaterów UPA. Reszta, to albo Ruscy (jak Czechow) albo Żydzi (jak Schultz), albo Polacy (jak Mickiewicz). A tak to nic. Tylko ten Szewczenko i mordercy z UPA.

I to jest sytuacja, w jakiej się znajdujemy, gdy chodzi o nasze relacje z Ukrainą, i jeśli idzie o nasze szanse, by ich jakoś ucywilizować. Otóż to jest droga bez wyjścia. Bo albo będziemy im wciąż i tak długo powtarzać, że mają przeprosić za swoje zbrodnie, a tym samym uznać tę swoją podłą historię, aż wreszcie zorientują się, ze nie mają dokąd iść, i znów – w tej swojej desperacji – dojdą do wniosku, że pozostaje im tylko „rezać”, albo damy im spokój i będziemy beznamiętnie patrzeć, jak wracają pod skrzydła swoich ruskich panów, gdzie będą pokornie budować to co im się budować każe. Ale można jeszcze coś. Można im z godnością charakterystyczną dla kogoś, kto ma bez porównania więcej, pozwolić na tę odrobinę kompletnie niepoważnej dumy, a w międzyczasie, już we własnym gronie powtarzać słowa prawdy, takie choćby, jakie wypowiedział przy okazji wspomnianych uroczystości odsłonięcia pomnika, ksiądz Franciszek Longchamps de Berier, stryjeczny wnuk Romana, ostatniego rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, który zresztą koncelebrował Mszę Świętą 3 lipca. Posłuchajmy:

Urodziłem się we Wrocławiu, ale gdyby nie było wojny, a wszystko przebiegałoby tak samo, to urodziłbym się we Lwowie i był księdzem w tym kościele. Bo kościół św. Marii Magdaleny był kościołem parafialnym dla rodziny mojego dzidka i rodziny jego brata, profesora Romana Longchamps de Berier. Uczestnictwo w tej mszy i w odsłonięciu upamiętnienia jest przeżyciem ważnym nie tylko dla rodzin rozstrzelanych profesorów, ale i dla wszystkich nauczycieli akademickich, związanych z uniwersytetem, bo była to ofiara symboliczna. Ci profesorowie zostali zamordowani dlatego, że byli polskimi profesorami. Zginęli z nimi ich synowie tylko dlatego, że byli synami polskich profesorów. I ta symboliczna ofiara jakby reprezentuje tych wszystkich, którzy zostali zamordowani za to, że stanowili polską inteligencję. Bo to był mord i w Stanisławowie i w Krakowie. Dlatego pamiętamy i modlimy się dzisiaj za wszystkich pomordowanych naukowców. Wielu z nich zostało zabitych przez Sowietów i wygląda na to, że Uniwersytet Jana Kazimierza poniósł nawet większe straty w pracownikach naukowych z rąk Sowietów. Ostatnio dowiadujemy się, że niektórzy z nich zginęli w Bykowni koło Kijowa. Niezwykle ważne jest uświadomienie, że do tej tragedii doprowadziły konkretne grzechy: szowinizm, nieumiarkowany nacjonalizm, nienawiść, zazdrość. I na to trzeba zwrócić szczególną uwagę, że te grzechy i te wszystkie ekstremizmy są niebezpieczne, bo prowadzą ostatecznie – jak się okazuje – do morderstwa”.

I to już koniec. Mam tylko małą uwagę do wszystkich tych, którzy uważają, że wszystko jest tak proste, jak to, cośmy sobie wymyślili już jakiś czas temu, i tak bardzo się nam to spodobało. Może na samym końcu, sprawy rzeczywiście okazują się proste, ale żeby dojść do tej wiedzy, należy bardzo mocno szukać. Co szczerze polecam.




piątek, 25 lutego 2022

Jak nie zrozumieć rosyjskiej duszy

 

      Jak pewnie stali czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, od samego jego początku starannie unikałem pisania w jakikolwiek sposób o Rosji, a jeśli już to bardzo, bardzo niechętnie. Czemu tak? Powód jest bardzo prosty: otóż ja Rosji ani nie pojmuję, ani pojmować nie mam ochoty, ani też, w konsekwencji, nie wiem o niej nic. Nie rozumiem, czym to coś jest, czym było przez całe wieki, a tym bardziej nie wiem, czym to coś jest dziś. Interesuję się natomiast bardzo tym co się dzieje na świecie, tym swoim zainteresowaniom daje tu upust, i to pewnie dlatego dziś, gdy cały świat zachodzi w głowę, co Putin i jego szajka kombinują z tą biedną Ukrainą, co chwilę prosi mnie ktoś, bym wyraził swoje zdanie w owej kwestii. Chcąc więc nie chcąc, zdecydowałem się przedstawić w tym temacie parę – dosłownie parę – myśli.

        Otóż muszę dziś, gdy na Ukrainie mamy do czynienia z realną wojną, przyznać, że przez te wszystkie dni ją poprzedzające, byłem szczerze przekonany, że z tego nic nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że, myśląc logicznie, Putin nie ma żadnego interesu, by występować przeciwko całemu światu. Ktoś powie, że interes jest prosty: odbudowanie sowieckiego imperium. No świetnie, tyle że ja wciąż nie rozumiem, po jasną cholerę? Jaki praktyczny interes ma Putin i jego ferajna, by mieć na Ukrainie, Litwie, Estonii, Łotwie, czy nawet w Polsce, sprzyjający sobie rząd, w czasie gdy świat został już odpowiednio i jak najbardziej skutecznie podzielony, i w wyniku tego podziału również Rosja, a już zwłaszcza każdy z jej kolejnych prezydentów, dostał wszystko czego mu potrzeba.

       Muszę się w tym momencie podzielić pewną bardzo osobistą refleksją. Otóż mam uczennicę, której mąż jest jednym z osobistych ochroniarzy najbogatszego – jak wszyscy rozumiemy, poza Putinem – człowieka w Rosji, niejakiego Aliszera Usmanowa. Ów Usmanow, jak już wiemy, jest najbogatszym człowiekiem w Rosji, a przy okazji, według danych Forbesa, z majątkiem 17 miliardów dolarów, jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Dziś sytuacja jest taka, że, jak mi mówi moja uczennica, ów Usmanow w ciągu tygodnia najprawdopodobniej będzie miał zablokowane wszystkie swoje aktywa na Zachodzie, zostanie zmuszony wrócić do Rosji, a moja uczennica wreszcie będzie miała przyjemność mieć swojego ukochanego męża na miejscu. I teraz zastanówmy się, ilu jest więcej takich? I jeszcze coś: ilu jest jeszcze takich, z punktu widzenia których Usmanow jest zaledwie symbolem, a dla których taki Putin ze swoimi szaleństwami jest wyłącznie przysłowiowym wrzodem na dupie?

       Jak już wspomniałem, mimo że w sposób przemyślany nie zajmuję się tematem tak zwanej „ruskiej duszy”, Rosję mam wciąż na oku i wiem, że – mam nadzieję że tu nic nie pomyliłem – od czasu Breżniewa nie było tam choćby jednego przywódcy, który by zmarł niepokonany. Wszyscy inni poza nim, czy to Gorbaczow, czy Jelcyn, czy Andropow, w ten czy inny sposób zostali usunięci. Nie w drodze wyborów, bo tam – jak ostatnio często słyszymy, podobnie jak w Polsce – nie ma demokracji, i nawet nie ma sposobu, by się zorientować, jaka partia tam aktualnie rządzi, a która walczy o władzę, ale w drodze tak zwanego „puczu”, mniej lub bardziej przejrzystego. Był wprawdzie czas gdy Rosjanie zdecydowali, że tam premierem i prezydentem będą na zmianę Putin i Miedwiediew, ale ten pomysł szybko upadł i dziś jest już tylko Putin i, diabli wiedzą kto – kogo zresztą to obchodzi – jako premier.

      Jest więc jak jest, i w tej oto sytuacji wspomniany Putin decyduje się wypowiedzieć wojnę całemu światu, a ja się zastanawiam, po ciężką cholerę? Żeby napić się wódki z Usmanowem? No, nie żartujmy.

      Otóż myślę dziś sobie, że jedynym sensownym wytłumaczeniem tego co się stało i tego co się póki co dzieje, jest to że z jakiegoś powodu Putin popadł w stan ciężkiej desperacji i wojna z Ukrainą, z punktu widzenia jego interesów, była dla niego jedynym ratunkiem. On, widząc co się wokół niego dzieje, uznał że nadszedł czas by pokazać kolegom, kto tu jest szefem, tyle że moim zdaniem, koledzy już dawno uznali że szefem może być każdy z nich byle nie on. A kto wie, czy to wręcz nie któryś z nich mu podpowiedział, że jeśli odbuduje Imperium, to zostanie samym Panem Bogiem.

      Jak mówię, wszystko co mi przychodzi do głowy, gdy chodzi o to co się dziś dzieje na ukraińskim froncie, to kompletna sieczka. Z jednej strony są Ruscy, którzy najczęściej wyglądają jak tych dwóch, co Ukraińcy ich wciąż z satysfakcją pokazują, a z drugiej owi Ukraińcy, którzy, jak słyszę, są właśnie indywidualnie uzbrajani w wojskowy sprzęt, a jak się domyślam, również w ich narodową broń, czyli widły, i wiem, że to nieszczęście się nie skończy ani dziś ani jutro. No może jeszcze pojutrze, gdy się dowiemy, że oto właśnie Putin dostał koronawirusa i mu się zeszło.



piątek, 1 października 2021

Donald Tusk, czyli pijarowa zagrywka prezydenta Putina

 

Bóg mi świadkiem, że staram się jak mogę, by unikać wszystkiego co cuchnie trywialnością, ale co chwilę staję wobec sytuacji gdy owa trywialność się tak rozpycha, że nie widzę sposobu, by udawać, że jej nie widzę, a co gorsza, że nie potrzebuję jej jakoś skomentować. Mamy więc znów Donalda Tuska i mój kolejny tekst ukazujący się dziś w „Warszawskiej Gazecie” , a ja mam tylko nadzieję, że nawet jeśli nie wywoła on jakiś głębszych refleksji, to przynajmniej dostarczy nam tu odrobinę wesela.

 

      Kiedy po raz pierwszy zaczęły pojawiać się informacje o powrocie Donalda Tuska do Polski, muszę przyznać ze wstydem, że taką możliwość bez żadnej dyskusji wykluczyłem. Czemu? A to z tego powodu, że w moim pojęciu, dla niego tego typu decyzja byłaby oczywistym samobójstwem, a w najlepszym wypadku wyjątkowo nietrafioną inwestycją. Po co mianowicie człowiek naprawdę majętny, z zapewne dość solidną pozycją w europejskich elitach i, co najważniejsze, z perspektywą nadzwyczaj wygodnego życia do śmierci, ewentualnie ciężkiej choroby, której przecież nikt z nas nigdy nie może wykluczyć, miałby to wszystko z dnia na dzień rzucać i skakać w coś kompletnie nieznanego, albo, co jeszcze gorsze, znanego aż za bardzo?

        Teoretycznie jednak próbowałem zabawiać się możliwością jego powrotu i uznałem, że z punktu widzenia osobistego komfortu, ja sobie go tu nie życzę, dokładnie tak samo jak nie życzę sobie oglądać tych jego tak straszliwie zakłamanych oczu i wysłuchiwać dzień w dzień jego śliskiej mowy. Ostatecznie jednak, jak wiemy,  fatalnie się pomyliłem, a on tu z nami jest już od paru miesięcy i nie ma praktycznie dnia, byśmy mogli o nim choć na chwilę zapomnieć. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, której nie przewidziałem, ta mianowicie, że kiedy on się nam ukaże, to zobaczymy, że z dawnego Tuska został jedynie cień, a co ciekawsze, że ów cień będzie niczym innym jak żałosną parodią tego wszystkiego, co w nim zawsze było najbardziej odrażające, czyli owa głupota przesłaniana tak bezczelnie demonstrowanym zadowoleniem z siebie.

       Ale i to jeszcze nie wszystko. Otóż ja, pamiętając Tuska jako, co by o nim nie mówić, dość cwanego – w taki szczególny wprawdzie, charakterystyczny dla drobnych kieszonkowców sposób, ale jednak cwanego – polityka, byłem pewien, że on tu jednak wprowadzi nową polityczną jakość, która pozwoli niektórym przynajmniej uwierzyć, że tacy ludzie jak Kierwiński, Szczerba, czy Budka, to jednak wciąż jeszcze nie szczyt możliwości. I oto, proszę sobie wyobrazić, zamiast jakichś świeżych propozycji, dostaliśmy coś co dotychczas znaliśmy z zachowań takich polityków jak Putin, Łukaszenka, czy jacyś afrykańscy kacykowie. Co mam na myśli? Otóż dziś już nie pamiętam, czy to rzeczywiście była Angela Merkel, czy może ktoś inny, jednak ktoś o kim Putin wiedział, że boi się psów, ale na oficjalne spotkaniu z tym kimś pojawił się ze swoim psem wyłącznie po to, by gościa zestresować i upokorzyć. Pamiętam też, jak w tym samym celu, na inne spotkanie prezydent Łukaszenka przyszedł w papciach.

      Tego typu szczeniackich zagrywek znamy z historii współczesnej polityki mnóstwo, a tymczasem dziś przed nami stoi Donald Tusk i wyciąga tę ewidentnie fejkową teściową, rzekomo wstawiającą się za posłami Budką i Siemoniakiem, bo to „pozytywne chłopaki”.

       A więc to jest to co mamy z Donalda Tuska po jego powrocie: pies Putina i papeć Łukaszenki. Amen.



niedziela, 5 stycznia 2020

Dlaczego Putinowi zależy na kompromitacji totalnej opozycji?


Felieton ten miał się tu ukazać właściwie już w piątek, ale tak się złożyło, że mamy go dopiero dziś. Mimo to, mam nadzieję, że ów zwyczaj bym raz na tydzień zamieszczał tu swoje felietony pisane dla „Warszawskiej Gazety” się utrzyma – dla wspólnej korzyści i dobra wspólnego. Polecam szczerze. 
I jeszcze jedna uwaga techniczna, wszystkich Czytelników, którzy mają życzenie komentować na naszym blogu proszę o przesłanie mi swoich adresów mailowych na tradycyjny adres k.osiejuk@gmail.com. Przepraszam za kłopot, ale tak się musiało stać.   


      Gdy ten felieton trafi do kolejnego wydania „Warszawskiej Gazety”, może już otrzymamy nowe informacje i sprawa, nawet jeśli się nie wyjaśni, to przynajmniej rozjaśni. Dziś jednak wiemy tyle, że prezydent Putin postanowił wypowiedzieć się na temat Polski i jej współodpowiedzialności za wybuch II Wojny Światowej i poinformował świat, że to właśnie polskie przedwojenne władze doprowadziły do tragedii, jaka w  latach 40-tych ubiegłego wieku spadła nie tylko na Europę, ale cały świat. W jaki sposób Polska to zrobiła? Zdaniem Putina, wszystko odbyło się bezpośrednio, kiedy to w roku 1934 polski ambasador w Berlinie, Józef Lipski, według słów Putina, „swołocz” i „antysemicka świnia”, podpisał z Niemcami pakt o nieagresji, by parę lat później przypieczętować ów interes daną Hitlerowi obietnicą, że jeśli ten zgładzi Żydów, Lipski wystawi mu w Polsce pomnik. Tak zatem, zdaniem Putina, przedstawiają się przyczyny wybuchu tamtej wojny, i teraz jedyne co Polsce pozostaje, to przeprosić Żydów za Holocaust, a niezapomniany Związek Sowiecki za resztę zbrodni.
        Ponieważ zarówno Putin jak i inni zainteresowani, włącznie z tymi, którzy z głównie finansowych powodów, potrzebują od czasu do czasu rewidować historię, doskonale wiedzą jak było naprawdę, człowiek zachodzi w głowę, czemu on w ogóle postanowił zabrać głos w sprawie i to w tak oryginalny sposób. Odpowiedzi jest kilka. Pierwsza z nich to ta, że Putin próbuje udzielić owej szczególnej lekcji historii tym wszystkim światowym przywódcom, których jak najbardziej słusznie uważa za wystarczająco głupich, by w nią uwierzyli, i w ten sposób poszczuć ich przeciwko Polsce, która dla Rosji jest dziś pierwszym wrogiem. Inni twierdzą, że on się zachowuje jak wściekły pies, który zamknięty w klatce nie potrafi już nic innego jak gryźć kraty. Inni komentatorzy jeszcze tłumaczą, że pierwszym celem tego wystąpienia, jest podburzenie amerykańskich Żydów, by z jeszcze większym zaangażowaniem naciskali na owe słynne już 300 miliardów dolarów.
       I byłbym skłonny przyjąć którąś z tych opcji, gdyby nie reakcja na słowa Putina ze strony czołowych przedstawicieli polskiej opozycji. Oto najpierw głos zabrał Radosław Sikorski, wspominając, jak to było pięknie za jego czasów, kiedy to Polska żyła z Putinem w słodkiej przyjaźni, po nim odezwał się komunistyczny poseł Gdula, twierdząc, że po tym, co polskie władze ostatnio mówiły na temat Związku Sowieckiego, Putin nie miał innego wyjścia, a po Gduli europoseł Lewandowski i kandydatka Kidawa-Błońska wyjaśnili, że jeśli ktoś jest taką ofiarą losu jak pisowskie władze, nie ma się co dziwić, że wszyscy grają z nimi w dupniaka.
        Otóż moim zdaniem chyba jednak jest coś w plotce, że Rosji w gruncie rzeczy zależy, żeby PiS rządził w Polsce jeszcze przez wiele lat. O Putinie można bowiem myśleć różnie, ale chyba o to, że on jest tak głupi, by nie przewidzieć reakcji tych bałwanów, podejrzewać go nie powinniśmy.



wtorek, 17 lipca 2018

Czy w piłce którą Putin dał Trumpowi był słynny pyton

Jak większość z nas wie, telewizja TVN24 ma w swojej drużynie androida o nazwie Anita Werner, ale też, jak się okazuje, a o czym wie już pewnie znacznie mniej osób, pragnąc jak najdokładniej powtórzyć wszystko to, co przez te wszystkie lata grupa ITI zdołała uzyskać, państwowa telewizja postanowiła znaleźć odpowiedź również i na to wyzwanie, i w ten sposób na ekranach naszych telewizorów pokazała się, jako pierwszy korespondent Wiadomości TVP w Stanach Zjednoczonych,  redaktor Zuzanna Falzmann.  Szczerze powidziawszy, kiedy się tu wyzłośliwiam, wcale nie mam pewności, czy mam rację, bo moja młodsza córka na przykład twierdzi, że Falzmann wygląda fantastycznie, i ona w ogóle nie rozumie, o co mi chodzi. Ja jednak będę się trzymał swojej pierwszej myśli, a więc tego, że tak jak „W tyle wizji” stanowi odpowiedź na „Szkło kontaktowe”, tak samo Falzmann została zamierzona jako odpowiedź na Werner. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
     Ktoś być może zapyta, skąd mi nagle do głowy przyszły te cyborgi, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, wczorajszy dzień upłynął nam na komentowaniu spotkania prezydentów Trumpa i Putina w Helsinkach, no a ponieważ chciałem się dowiedzieć, co się tam ciekawego wydarzyło, obejrzałem wieczorne Wiadomości TVP, a tam korespondencję wspomnianej Falzmann, która poinformowała nas, że Trump poniósł w Helsinkach pełną porażkę, a ona to wie stąd, że przestudiowała doniesienia amerykańskich mediów i one jej powiedziały, jak jest. Otóż ja się zwykle na temat polityki zagranicznej, zarówno tej globalnej, jak i naszej miejscowej, nie wypowiadam, a to z tego powodu, że się na niej kompletnie nie znam, a nie znam się na niej, bo nie mam na jej temat jakichkolwiek wiarygodnych informacji. Uważam, że podczas gdy to co się dzieje na lokalnym rynku można jakoś ogarnąć, włącznie z tym wszystkim, co działające na nim strony próbują przed nami ukryć, polityka zagraniczna to jest coś, czym się trzeba naprawdę interesować, a i tak nigdy nie ma gwarancji, że to co nam się wydaje, że jest prawdą, tą prawdą w istocie jest. A zatem, nie znam się i się nie wypowiadam. Zostawiam to Coryllusowi, a jak coś, to zawsze mogę powiedzieć, że ja tylko słuchałem.
      Jednak to jest dokładnie też powód, dla którego uważam, że to co nam zaprezentowały Wiadomości TVP przy pomocy swojej korespondentki, to jest kompletny idiotyzm i dramatyczna wręcz niekompetencja.  Jak bowiem można przedstawiać jakiekolwiek oceny na podstawie informacji zaczerpniętych jedynie z oficjalnych konferencji prasowych i w oparciu o doniesienia liberalnych amerykańskich mediów, które, jak wiemy, są histerycznie więc wrogie prezydenturze Trumpa, a które jeśli chodzi o Putina, to nastrój im się zmienia mniej więcej co cztery lata? Donosi więc nam Falzmann, że Trump zwolnił Putina z wszelkiej odpowiedzialności za wszystkie jego występki, włącznie z aneksją Krymu i brytyjskimi morderstwami, a ja już tylko się dziwię, że „The New YorK Times” nie poinformował jej też, że ten nie zażadał od Putina zwrotu wraku naszego tupolewa.
     Jak mówię, nie znam się na globalnej polityce, i ani nie mam pojęcia, ani tak naprawdę w ogóle nie obchodzi mnie to, co sobie Trump i Putin kombinują, kiedy decydują się spotkać na te dwie godziny i pogadać. (Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że przed spotkaniem media informowały, że spotkanie zostało zaplanowane na dwie godziny, ale jego uczestnicy zadeklarowali, że ostatecznie będzie ono trwało tak długo, jak będzie to konieczne, a kiedy ostatecznie skończyło się ono po dwóch godzinach, te same media ogłosiły, że wszystko trwalo dłużej niż to było planowane). Domyślam się jednak, że oni nie kombinują nic, bo, jak przypuszczam, to co się dzieje między Stanami a Rosją w ogóle nie decyduje się na tego typu spotkaniach, lecz zupełnie gdzie indziej i w zupełnie innym składzie uczestników. Ale nawet jeśli się mylę i faktycznie Trump z Putnem sobie uczciwie przedstawili, co na swój temat sądzą i co zamierzają z tym zrobić, to ostatnimi, którzy się o tym dowiedzą, będziemy my. My się liczymy wyłącznie jako cel propagandy prowadzonej przez jedne i drugie media tu i tam. Fatalnie, że do tego kłamstwa dołączyła też propaganda Dobrej Zmiany.
     Ale pieprzyć Dobrą Zmianę i jej media. Gorzej, że nawet tu na naszych blogach pojawiły się już ekspertyzy oparte na tym co na konferencji prasowej powiedział Putin, a co Trump. Wydawałoby się, że przynajmniej tu można liczyć na prawdziwie niezależną myśl, a tymczasem nic z tego. A wystarczyło z całego tego bablania podczas wspomnianej konferencji prasowej wyłowić jeden jedyny fragment, który zawierał coś więcej, niż zwykłe bablanie właśnie, a którego autorem był akurat Trump (tłumaczenie moje):
      Jako prezydent nie mogę podejmować decyzji w sprawie polityki zagranicznej w daremnym wysiłku, by sprawić przyjemność zorganizowanym grupom interesów, lub mediom, lub Demokratom, którzy nie mają innego planu jak tylko protestować i niszczyć. Konstruktywny dialog między Stanami Zjednoczonymi a Rosją daje szansę otwarcia nowych dróg ku pokojowi i stabilności w tym świecie. Wolę podjąć polityczne ryzyko dążąc do pokoju, niż ryzykować pokój w pogoni za polityką. Jako prezydent zawsze będę miał na sercu to co najlepsze dla Ameryki i to, co najlepsze dla Amerykanów”. 
     Ktoś powie, że ja właśnie zrobiłem dokładnie to samo, co zarzucam innym. Uległem owej oficjalnej narracji i uznałem ją za prawdę. Otóż nic z tego. Ja wciąż twierdzę, że słowa które padły podczas tej konferencji były w przeważającej większości nic niewarte. Natomiast ten jeden moment, kiedy Trump nagle uderzył w wątek niemal osobisty musiał zrobić wrażenie na wszystkich. Niestety, jak się okazuje, nie na każdym. I stąd dziś ten przekaz: Rosja zwycięża. Tylko Unia Europejska nas obroni.
PS. Już po napisaniu tego tekstu znalazłem serię komentarzy na ultra-lewackim, wręcz komunistycznym,  amerykańskim portalu vox.com, gdzie Trump za swoją uległość wobec Putina jest wręcz wdeptywny w ziemię. Zachęcam i mam nadzieje, że ten kubeł zimnej wody ostudzi rozhisteryzowane umysły.

Książki tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.

sobota, 4 stycznia 2014

Leszek Balcerowicz - tajna broń Pussy Riot

Po dłuższej przerwie, chciałbym przedstawić kolejny swój felieton z "Warszawskiej Gazety". Tym razem o Leszku Balcerowiczu - delegacie zespołu Pussy Riot na Polskę. Życzę dobrych wrażeń.

Zawziętość, z jaką System próbuje nam urządzić antyrządową opozycję robi coraz większe wrażenie. I nie chodzi tu nawet o to, że oni czerpią wzory prosto z Rosji, bo to akurat w ich wypadku jest naturalne, ale że na główną twarz ruchu pragną wykreować samego Leszka Balcerowicza.
Pojawił się więc Balcerowicz w rządowej telewizji TVN24 i powiedział, że on i 150 innych profesorów nie mogą patrzeć, jak rząd traktuje ludzi, jak idiotów. Ogłosił ów dziwny człowiek – przypomnijmy, że najpierw wybitny członek PZPR, następnie szef szajki pod nazwą Unia Wolności, w końcu ten, który we współpracy ze swoimi niemieckimi dobrodziejami, załatwił Platformie Obywatelskiej władzę, właśnie traktując całą grupę społeczną, jak idiotów – że rząd Donalda Tuska to szkodnik, a on, choćby miał w tej walce polec, nie wycofa się i nie ulęknie.
A naród tego dziwnego wykładu wysłuchał, wzruszył ramionami i zajął się szykowaniem jeszcze zasobniejszego arsenału noworocznych fajerwerków, niż w zeszłym roku. A ja, jak nigdy wcześniej, czuję, że tym razem jak najsłuszniej.
Bo o co chodzi? Mamy mianowicie tego Balcerowicza, z całą jego dzisiejszą postawą i z całym tym bagażem, który go determinuje na całe życie, a z drugiej strony widzimy Rosję i chyba najlepszą z dotychczasowych demonstrację tego, jak to się robi właśnie tam. Po dziesięciu latach ciężkiej tiurmy, dobre panisko Putin wypuszcza swego czasu najbogatszego człowieka w kraju i jednego z najbogatszych ludzi na świecie, facet wygląda, jakby właśnie wrócił z dwutygodniowego pobytu w Karlowych Warach, dziennikarze pytają go, jak było w obozie, a on z uśmiechem odpowiada: „No a jak miało być? Normalnie – chleb”. No i jeszcze ten kolega więzień, znakomity chirurg plastyczny, który mu naprawił nos po ataku nożownika, innego więźnia, tak, że praktycznie nic nie widać. Mówi to, Rosja modli się, by może to on po Putinie został prezydentem, a media podają, że on nie wie, jak to będzie, bo akurat jest za granicą, zajęty wydawaniem 200 milionów franków szwajcarskich.
Tymczasem w samej Rosji, tworzy się kolejny ruch opozycyjny, na czele którego stoi grupa obłąkanych lesbijek, a wszyscy ci, którzy już wiedzą, że z tego Chodorkowskiego nic nie będzie, patrzą na te bohaterskie dziewczyny i tylko czekają na odgłos trąbki. A w swoim gabinecie na Kremlu prezydent Putin ogląda telewizję i mruczy z zadowolenia.
A my w Polsce wprawdzie nie mamy pod ręką żadnego gangstera z pieniędzmi, a Magdalena Środa też już nie robi wrażenia, więc władza wyciąga Balcerowicza, który nawet nie może nam opowiedzieć o tym, jak to jakiś współwięzień chciał mu wybić oko, ale trafił w nos.
Może za jakiś czas, kiedy polska opozycja, której żadne zło tego świata nie pokonało, a na czele której stoi Jarosław Kaczyński, obejmie władzę. I tego nam wszystkim życzę w Nowym Roku.

Proszę gorąco wszystkich, którym blog ten umila wolny czas, czy to w ciągu dnia, czy czasem - jak słyszę - podczas bezsennych nocy, o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Bardzo dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...