Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2020

Czy bohaterką kolejnego odcinka filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele zostanie Justyna Klimasara?


      Zanim przejdę do rzeczy, chciałbym prosić szczególnie wrażliwych czytelników, by wstrzymali się z pretensjami, bo tak jak pozory niekiedy mylą, to w tym akurat wypadku mylą bezwzględnie. I nie zmienia tego fakt, że bohaterem dzisiejszej notki będzie niejaka Justyna Klimasara, a więc tak naprawdę kompletny nikt. Mało tego. Owa Klimasara to jest coś jeszcze więcej niż nikt, z tego względu, że bycie nikim tak naprawdę nie jest niczym szczególnie wstydliwym. W sensie w jakim pojawia ona się tu dziś pojawia, większość z nas jest w rzeczy samej nikim, tyle że my jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że owo bycie nikim jest w gruncie rzeczy naszą tarczą. Z Klimasarą problem jest inaczej. Ona bowiem, będąc nikim, dała się poznać szerszej publiczności dzięki dwóm rzeczom: Twitterowi i swojej pupie. A skoro tak, to wspomniana publiczność mogła się jeszcze dowiedzieć, że właścicielką zaprezentowanej na Twitterze pupy jest członkini młodzieżówki SLD, która kocha poezję i powieści kryminalne.
       Czy poszło tylko o pupę? Właściwie tak, bo uważam, że gdyby nie ta pupa, to prezentujący ją tweet z prośbą o modlitwę w święto Bożego Ciała, przeszedłby z całą pewnością kompletnie niezauważony. No ale była pupa, był też tweet, no i od kilku dni hasło #klimasara zarówno w Internecie jak i w ogólnopolskich mediach święci trumfy, a stacja TVP Info nie jest w stanie przeżyć dnia, by o Klimasarze nie wspomnieć i z niej nie poszydzić.
       Czy Justyna Klimasara, poza pupą i wspomnianą prośbą o modlitwę, znana jest jeszcze z czegoś? Wydaje się, że o ile dotychczas była tylko ta pupa i ów tweet, to dziś jeszcze do tego dochodzą inne jej tweety. Ja sam, pragnąc się dowiedzieć, z kim mam do czynienia, zajrzałem na jej profil, a tam są następujące przemyślenia:
Przeraża mnie, że dziś normalizuje się pogląd, że kobiety zarabiają po prostu mniej od mężczyzn. To kolejna próba zniewolenia kobiet, bo utrwala się przekonanie, że kobiety są słabsze. To wygodne dla zakompleksionych, patriarchalnych mizoginów. Chcą podbudować swoje ego”;
Platforma na kolanach przed księżmi. Wspominają jeszcze papieża, który bronił pedofilów. Chadecja, zatem nie dziwi”;
Jadłam sobie obiad w restauracji. Starszy pan zapytał, dlaczego sama płacę, bo to mężczyzna powinien płacić i zaprosić. Niby drobnostka, ale mówiąc, że ktoś musi płacić zakłada się, że kobieta ma mniej pieniędzy. W ten sposób traktuje się jako normę mniejsze wypłaty dla kobiet”;
Dzisiaj warto także przypomnieć, że nie każdy z nas chce mieć dzieci. Nie ma też czegoś takiego jak instynkt macierzyński. Osobiście o dzieciach pomyślę za 4 lata, będę miała 28, nie za wcześnie i nie za późno. Nie czuję presji posiadania męża i rozmnażania jak królik”;
Dziś mam dzień obalania mitów! Nie ma czegoś takiego jak dzieci nienarodzone, a samo sformułowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nienarodzone, zatem jeszcze nie są to dzieci! Biologia!”;
Bardzo lubię Amerykę Południową. Ciekawi mnie zarówno ich historia, jak i kultura. Kwestie polityczne, tańce no i moja słabość, czyli telenowele brazylijskie i kolumbijskie. Tak nawiasem w tych telenowelach bardzo widać nierówności społeczne”...
i tak dalej, i tak dalej.
       No i teraz już z całą pewnością nie uniknę tego, że ktoś zażąda ode mnie, bym się wytłumaczył, po jaką cholerę, zdecydowałem się dzisiejszy felieton poświęcić komuś tak nieistotnemu jak autorka powyższych słów, skoro nie chodzi mi o pupę. Już pędzę. Otóż proszę sobie wyobrazić, że kiedy szukałem informacji, które mogłyby mnie uświadomić co do ewentualnych tajemnic związanych z Justyną Klimasarą, trafiłem na portal onet.pl, a tam znalazłem coś takiego, jeszcze z wiosny zeszłego roku (dowolne dwie minuty wystarczą):


       
      O co chodzi? O to mianowicie, że z jednej strony mamy być może najbardziej dziś wpływowy portal internetowy nadający w języku polskim, medium informacyjne, mające obok „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN24 największy prawdopodobnie wpływ na kształtowanie społecznej świadomości liberalnej części sceny publicznej, jeden z jej sztandarowych projektów propagandowych, w postaci tak zwanych „samochodowych rozmów” z największymi autorytetami wspomnianej sceny, a tam dziś również jej zdecydowanie najbardziej wpływowego dziennikarza, Tomasza Sekielskiego, autora kultowej wręcz serii produkcji uderzającej bezpośrednio w Kościół Powszechny i Jego duszpasterzy, który do swojego studia na kółkach zaprasza kogoś takiego jak Justyna Klimasara. A ja – proszę zwrócić uwagę – nie mówię o dzisiejszej Klimasarze, właścicielce wypiętej pupy w stringach, autorki głupkowatych komentarzy na Twitterze, oraz gwiazdy telewizji TVP Info. Ja mówię o nikomu jeszcze wówczas nieznanej cizi, wyrwanej z jakiegoś prowincjonalnego klubu dla prowincjonalnych gangsterów poszukujących towaru, którym będą się mogli pochwalić swoim koleżkom.
       Ale i to nie wszystko. Oni nie dość, że uznali za stosowne posadzić ją przed tą kamerą i mikrofonem, to jeszcze zachęcają ja nie do tego, by się podzieliła z widzami swoją opinią nie na temat choćby szans współczesnej młodzieży z dużych miast na rozwój osobisty, ale proszą o opinie na temat strajku nauczycieli, perspektyw przed jakimi stoi polska szkoła, oraz zagrożeń dla Polski i Europy jakie stwarzają rządy Prawa i Sprawiedliwości.
        Przepraszam bardzo, ale co tu się do jasnego koronawirusa wyprawia? Niedawno redaktor Renata Kim z „Newsweeka” – ale też i wspomnianego Onetu –  sfotografowała się na tle wyborczego billboardu Andrzeja Dudy, gdzie ktoś jego nazwisko przerobił na „Dupa”, a jemu samemu dorysował hitlerowski wąs i tupecik, i owo zdjęcie wrzuciła do Internetu. W odpowiedzi na tę demonstrację, któryś z komentatorów napisał, że od tego momentu nikt już nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek pretensji pod adresem publicznej telewizji. Gdy bowiem chodzi o dziennikarstwo, granica została właśnie przekroczona. Otóż nie zgadzam się. I nie chodzi mi o to, że owa granica była wcześniej przekraczana wielokrotnie, natomiast z całą pewnością gdy rozmawiamy o tym, co Anglicy określają mianem „petty journalism”, sprawę ostatecznie załatwił Onet i jego pierwsza gwiazda, czyli Tomasz Sekielski. Gdy chodzi natomiast o mnie, to w momencie gdy on nakręci kolejny odcinek swojej serii o pedofilii w Kościele, ja będę miał do niego tylko jedną uwagę: efekt byłby znacznie mocniejszy, gdyby on tam wstawił Justynę Klimasarę w stringach w jacuzzi na tle Pałacu Kultury i poprosił ją o wypowiedź na temat jej szkolnych przygód, choćby z klerykami.





czwartek, 22 czerwca 2017

Z wizytą w jaskini profesjonalistów

       Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi prowadzenie w tygodniku „Polska Niepodległa” rubryki pod tytułem „Wezwani do tablicy”, postawił sprawę jasno. Chodzi o to, by przedstawić format już wielokrotnie sprawdzony, a więc serię krótkich, często zabawnych komentarzy na tematy bieżące, takie jakie znamy, z jednej strony, z tygodnika „W Sieci”, czy „Do Rzeczy”, a z drugiej, choćby z „Polityki”, tyle żeby to było znacznie, znacznie lepsze. Jak wiemy, podjąłem się tego zadania i jakoś tam udaje mi się je realizować, jednak od samego początku do wczoraj jeszcze miałem obawę, że jakkolwiek bym się starał, nie będzie mi łatwo przebić dotychczasowych mistrzów, czyli choćby „wsieciowych” Mazurka i Zalewskiego.
       I oto proszę sobie wyobrazić, że po dość długiej przerwie kupiłem kolejny numer wspomnianego tygodnika i jak za dobrych dawnych czasów, w pierwszej kolejności zajrzałem do kultowej wręcz na prawicowej scenie rubryki „Z życia koalicji i opozycji”… i okazało się, że jest dobrze. Upadek, jaki zarejestrowali obaj redaktorzy otwiera przed nami pole do działania wręcz nieograniczone. Oto pierwsza część owej rubryki, czyli „Z życia koalicji” i pierwsy news. Okazuje się, że w Kacelarii Prezydenta doszło do wymiany Małgorzaty Sadurskiej na niejaką Halinę Szymańską i nasi redaktorzy zastanawiają się, kto zacz. Odpowiedź jest jedna: nie wiadomo, ale jest „cwana”. Koniec.
     Druga notka dotyczy tej samej Szymańskiej, tyle że tym razem już dowiadujemy się, że ją do Pałacu Prezydenckiego skierował Joachim Brudziński wbrew Prezesowi.
     Kiedy wydaje się, że coś wiemy, pojawia się kolejny „króciak”, a wraz z nim informacja, że podobno to nie Brudziński, lecz Artur Balazs, co może świadczyć, że Szymańska, podobnie jak inni jego znajomi, jest osobą bardzo zamożną, co oczywiście nas pozostawia w sytuacji, w jakiej byliśmy na początku, a jednocześnie dowodzi, że trzech pierwszych kawałków owej parki wybitnych redaktorów mogłoby równie dobrze nie być.
      I tu jest wreszcie pora na żart w postaci informacji, że mimo iż Sadurska już nie pracuje dla prezydenta, jej zdjęcie wciąż widniej w tak zwanym „entranecie”, co oznacza, że – tu cytat – „biedny Duda nie może się jej pozbyć”. Oto żart i jego koniec.
      W kolejnym „króciaku” w dalszym ciągu pozostajemy w temacie Sadurskiej i dowiadujemy się, że wszelkie pretensje o to, że ona otrzymała intratne stanowisko w zarządzie PZU są pełne fałszu, bo oto były wiceminister Platformy Obywatelskiej Michał Chyczewski dostał fuchę w Alior Banku, a media o tym awansie solidarnie milczą. Koniec.
      Następna notka podtrzymuje temat Chyczewskiego, a pointa jest taka, że to wstyd, że PiS nie ma własnych kadr i musi sięgać po zasoby Platformy Obywatelskiej. I to tyle. Naprawdę. Tam nie ma nic więcej.
       Pora na informację kolejną. Oto jesteśmy świadkami „kryzysu przywództwa” Beaty Szydło, niemniej pozycja pani premier jest wciąż dość pewna, a to wszystko zasługa jej krytyków z Parlamentu Europejskiego. Gdyby nie oni, już by było po Szydło. I to jest drugi żart. Rozumiemy, prawda? Szydło swoja pozycję zawdzięcza Tuskowi i temu drugiemu.
       Fakt jednak jest faktem, że pozycja Szydło drży w posadach, bo Prezes stracił do niej zaufanie, ale ponieważ jemu się ciągle zmienia, może się zdarzyć, że i tym razem wszystko będzie inaczej, niż się wydaje i to wcale nie dlatego, że redaktorzy tygodnika „W Sieci” dotrą do kolejnych plotek. I tu też nie ma nic więcej. Oto początek i koniec owej refleksji: Szydło jest na odstawce, ale Kaczyńskiemu jak zawsze może się odmienić.
      Na sam koniec pojawia się Jacek Sariusz-Wolski oraz pretensje, że ten się podlizuje PiS-owi w sposób nadmiernie bezczelny i powinien przestać. Koniec. Tyle.
      Ktoś powie, że to jest żywa demonstracja problemu, przed jakim stoją tacy redaktorzy jak Mazurek z Zalewskim, którzy od początku założyli sobie, że będą siedzieć w rozkroku na owym przysłowiowym płocie i, nasi, czy nie nasi, ciąć po równo, gdy tymczasem pojawia się kwestia, z czego można szydzić, jeśli idzie o tak zwany „rząd dobrej zmiany”, który czego się tknie, zmienia w złoto? Zobaczmy więc, jak się prezentuje profesjonalny humor Mazurka z Zalewskim, gdy chodzi o opozycję. Może tam udało im się wygrzebać coś naprawdę ciekawego? I proszę sobie wyobrazić, że tu jest znacznie, znacznie gorzej, a żeby zaprezentować ów upadek, proponuję rzucić okiem na wybraną całość:
      „Ostatnio przy całkiem akademickiej okoliczności (przechodziliśmy obok z tragarzami i nas wpuszczono) spotkaliśmy Zbyńka Siemiątkowskiego, dawnego rzecznika SLD. Ale czasy się zmieniają, to już nie ten umiarkowanie rozgarnięty Zbyniek, który uważał, że tamerlan był władcą starożytnym, a kóremu Izabella Sierakowska obiecywała, cytujemy ‘obciąć jaja’”. Teraz to poważny profesor UW, dr hab. Zbigniew Siemiątkowski. Zbyniek był jednak przez profesurę traktowany tak obcesowo, że zrobiło nam się przykro. Nikt, poza jubilatem, nie chciał z nim gadać”.
      I jeśli ktoś myśli, że ja złośliwie wybrałem coś najmniej udanego, jest w dużym w błędzie. Jest wręcz odwrotnie. To jest coś z tego całego zestawu zdecydowanie najlepszego. Owszem, kompletnie bełkotliwego, ale przynajmniej robiącego wrażenie czegoś przynajmniej przemyślanego. Reszta, to jakieś kompletne bzdury na temat Kukiza i Liroya. Bez sensu, celu, a przede wszystkim humoru.
      W ten zatem sposób dochodzimy do sedna rzeczy, czyli konkluzji. Oto mamy dwóch wybitnych prawicowych dziennikarzy III RP, którzy odstawiają coś na poziomie, którego normalny czytelnik tolerować nie ma sposobu. To jest najbardziej pusta pustka i praktyczny koniec czegoś, co przywykliśmy nazywać profesjonalnym dziennikarstwem. Pozostaje pytanie, dlaczego do tego doszło. Jak to się stało, że owi dwaj, jak by nie było, profesjonaliści, mogli osiągnąć poziom tak niski? Otóż sądzę, że na to pytanie znam odpowiedź. Rzecz w tym przede wszystkim, że tak naprawdę, poza dostępem do zawodowych plotek, które kiedyś sięgały poziomu Rywina, a dziś nie wychodzą poza rappera Liroya, oraz poczuciem humoru, które się ogranicza do kpienia z imion, oni nigdy nie mieli nic. Do tego jednak doszło jeszcze owo zepsucie, a wraz z nim przekonanie, że oni praktycznie nie muszą się już starać – ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaoferuje, nawet jeśli nie będzie miał pojęcia, co w tym worku jest. Niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, jak opisałem swoje spotkanie z jednym ze wspomnianych profesjonalistów, kiedy to spytałem go, czemu wspomniana rubryka jest tak słaba – a wówczas jeszcze, jak się okazuje, była całkiem na poziomie – i czemu on to robi. Odpowiedź była: „Karnowscy dobrze płacą”. Wygląda na to, że Karnowscy nie dość, że dobrze płacą, to w dodatku gwarantują długowieczność. A skoro tak, to wspomniany „ciemny lud” wystarczy, by się utrzymać na powierzchni do emerytury.
      Ale tak naprawdę chodzi o coś znacznie więcej, niż dwóch zepsutych prawicowych dzienikarzy. W końcu, nie oni jedni. Kiedy Piotr Bachurski prosił mnie, bym zaczął raz na tydzień pisać te kawałki, wiedziałem, że mnie absolutnie nie stać na to, by zejść poniżej pewnego poziomu. Z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie mogę zawieść czytelników, a po drugie, jeśli tylko obniżę poziom, to Bachurski mi powie, że albo się wezmę w garść, albo on mi podziękuje i poszuka kogoś lepszego. Czy on by tak zrobił faktycznie, co do tego pewności nie mam, ale wolę dmuchać na zimne i staram się jak jasna cholera, żeby każdy kolejny tekst był lepszy od poprzedniego. No i mamy, co mamy.
      Tymczaem, z drugiej strony, jest tak zwane zawodowe dziennikarstwo, które na całego korzysta z owej patologii i jeszcze ma czelność coś tam nam opowiadać na temat różnicy między amatorami i zawodowcami. Przepraszam bardzo, ale do nich mam tylko jednen apel: proszę się łaskawie zamknąć. Co do nas natomiast, zachęcam do czytania „Polski Niepodległej”. W każdą środę nowy numer, a w nim wszystko co najważniejsze.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl mamy nasze książki, a jest ich bez liku. Polecam każdą i wszystkie.
.
       

    

czwartek, 1 września 2016

Kto do ciężkiej cholery dał Piotrowi Zarembie na kino?

      Rozmawialiśmy kiedyś z Coryllusem na temat poziomu prezentowanego przez tak zwanych „naszych” dziennikarzy i w pewnym momencie Coryllus stwierdził, że najgorszy ze wszystkich jest Piotr Zaremba. Według niego, ani Skwieciński, ani Gociek, ani Warzecha, ani nawet Feusette, ale to właśnie Zaremba, wyznacza owo symboliczne skaliste dno. Powiem szczerze, że trochę mnie ta opinia zaskoczyła i to nawet nie dlatego, że Zarembę czytać lubię, bo tak nie jest. Szczerze mówiąc, ja tak naprawdę Zaremby nigdy nawet nie czytałem. Czytałem Warzechę, Feusette’a, Adamskiego, a nawet ze dwa teksty Skwiecińskiego, natomiast Zaremby nie. Mimo że go jednak nie czytałem, zawsze miałem owo dziwne przekonanie, że przez to, że on robi wrażenie, jakby stał tak nieco z boku, a przy tym wygląda jakby od nich wszystkich był i starszy i poważniejszy, to pewnie też jest od nich dziennikarsko lepszy.
      I oto proszę sobie wyobrazić, że w tygodniku „W Sieci” trafiłem na felieton wspomnianego Zaremby poświęcony klasycznemu dziś już filmowi Nicholsa „Absolwent”. Myślę, że, pomijając osoby młodsze, wszyscy wiemy, o co chodzi. Film ów wielu z nas oglądało wielokrotnie, za każdym razem pozostając w niemym zachwycie dla każdego jego elementu, od samego początku na ruchomych schodach po ostatnią scenę w autobusie. Dla jego scenariusza, gry aktorskiej, muzyki i owego napięcia, które obezwładnia nawet dziś po latach, nawet ludzi bardzo młodych, niekiedy wręcz dzieci, którzy zwykle nie są w stanie oglądać niczego, co powstało dawniej niż dwa lata temu. A przypominam, że mówimy o filmie nakręconym w roku 1967. Wracajmy jednak do Piotra Zaremby. Otóż obejrzał Zaremba „Absolwenta” po latach i oto, co nam postanowił opowiedzieć o swoich wrażeniach:
      „Hoffman, młody, choć nie aż tak jak jego bohater, coś tam mamroce, ale głównie jest spłoszony, zakłopotany, mający problem z decyzjami. Pamiętam, jak oglądałem go po raz pierwszy z rodzicami w Polsce gierkowskiej. Najbardziej przemówiła do mnie scena, kiedy Hoffman przebiera się w strój nurka, który dostał w prezencie, a rodzice i ich znajomi nadal go atakują natrętnymi perorami. Każdy z nas czuł się tak czasem jako młody człowiek. Stąd tak mocna identyfikacja z tym filmem – w pewnym wieku.
       Potem z kolegami ze studiów stałem w długiej kolejce do kina Śląsk w epoce Jaruzelskiego. Przeżywaliśmy wtedy ‘Absolwenta’ jako film o buncie pokolenia. Prawie polityczny. Kiedy dziś ogląda się go po latach, tego buntu odnajduje się niewiele. Najdrastyczniejsza scena to krwawe monologi faceta pilnującego akademika – przeciw antywojennym agitatorom. Bunt wyraża się w niedostosowaniu. Najpierw w nieco bezwolnym romansie ze starszą kobietą. A potem w woli poślubienia dziewczyny w swoim wieku, co w sumie nie ma w sobie niczego buntowniczego, tyle że rodzice wybranej mają inne zdanie”.
        I tak jeszcze, między tym mułem, a kamieniami, przez parę akapitów, najlepsze jednak Zaremba pozostawia na koniec:
       „Dziś odczuwam to inaczej. Pani Robinson nie przestaje być uroczo zakłamana, a jednak trochę jej współczuję, kiedy broni swego prawa posiadania młodego Dustina Hoffmana. Po prostu lepiej ją rozumiem. Zapewne również z powodu praw biologii. Sam jestem w jej wieku”.
        W pierwszej chwili po przeczytaniu tekstu Zaremby pomyślałem sobie, że napiszę tę notkę i go zdanie po zdaniu zniszczę, zamykając wszystko mocną pointą, nawiązującą do wspomnianych „praw biologii”. Przy okazji też powiem mu, jaki jest zły, gnuśny i głupi i jaki bezczelny w tym swoim przekonaniu, że to co chce mi powiedzieć, ma jakiekolwiek znaczenie… jednak zrezygnowałem. Przepisywałem te jego idiotyzmy słowo po słowie i z każdą chwilą nabierałem przekonania, że nie warto. Zwyczajnie nie warto. A w tej sytuacji pozostaje mi tylko oczywiście przyznać Coryllusowi rację: Tak, stary, miałeś bezwzględnie rację. Zaremba jest z nich najgorszy. Najgorszy, ale też najgłupszy. A do samego Zaremby zwrócić się już tylko z trzema uwagami. Pierwsza to ta, że ten facet, który wyrzucał Hoffmana z jego pokoju nie pilnował akademika, lecz wynajmował mu pokój na mieście i tam nie było żadnej krwi. On mu zaledwie powiedział, że nie życzy sobie lokatorów, którzy się awanturują po nocach, tym bardziej z jakimiś obcymi dziewczynami. Cała scena trwała zaledwie parę sekund, nie było w niej za grosz polityki, i co warto podkreślił, nie miała większego dramaturgicznego znaczenia od tego, co się zdarzyło chwile wcześniej i moment później. Druga rzecz to ta, że pani Robinson oczywiście nie chciała zachować Benjamina dla siebie. Ona go osobiście i od początku miała głęboko w nosie, a jeśli go uwiodła, to wyłącznie po to, by chronić swoją córkę, o która była chorobliwie zazdrosna. Myśmy to wiedzieli już jako nastolatkowie, podobnie jak dziś to wiedzą współcześni nastolatkowie. Jak się okazuje, w odróżnieniu od starych dziadów – filmowych ekspertów.
      No i wreszcie rzecz trzecia. Ja wiem, co wy o nas, owej słynnej już „internetowej hołocie”, myślicie, ale daję Panu najświętsze słowo honoru, że gdybym ja kiedyś się pochorował i w ciężkiej gorączce odstawił podobny do Pańskiego popis dziennikarstwa, to bym do końca życia się ludziom na oczy nie pokazywał. Polecam serdecznie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Coraz ich mniej, bo nakłady się powoli wyczerpują, ale zapewniam, że już w najbliższym czasie będziemy mieli coś nowego. I na pewno specjalnego.


      

niedziela, 5 lipca 2015

Dlaczego mimo że Open'er, czyli o trudnej sztuce dziennikarstwa

Festiwal Open’er w Gdyni ma dla mnie znaczenie o tyle, że moje dzieci uważają za rzecz absolutnie podstawową, by każdego roku brać w nim udział, co dla mnie i mojej żony dotychczas najczęściej oznaczało, że jakąś część z naszych wakacyjnych pieniędzy musieliśmy przeznaczać na tę rozrywkę, no i że faktycznie czasami pojawi się tam artysta rzeczywiści wart uwagi. W tym roku jest o tyle inaczej, że one potrafią sobie to coś opłacić z własnej pracy, a więc nasz udział jest tu ledwo widoczny, no a poza tym, biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas gdyński lineup chyba nigdy nie był aż tak nieinteresujący, w ogóle nie ma za bardzo powodu, by się Gdynią zajmować.
I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj, chcąc zobaczyć, jak System komentuje wielką konferencję Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach, zajrzałem do Onetu i tam znalazłem informację o mniej więcej takim tytule: „Open’er – grały ich wszystkie rozgłośnie radiowe, mimo że ich piosenki stanowiły ostrą antykatolicką satyrę”. Przeczytałem to „mimo że”, zdębiałem i od razu zacząłem się zastanawiać, o którego to niepokornego artystę mogło chodzić. Czy może o Pawła Kukiza, czy też może Marię Peszek, a może o samego Macieja Maleńczuka? Oni z całą pewnością śpiewali piosenki bardzo mocno antykatolickie i z całą pewnością były one „mimo to” grane we wszystkich dosłownie stacjach radiowych. No ale, z tego co wiem, ani Peszkówna, ani pan Maciej, ani niedoszły prezydent Kukiz, w tym roku do Gdyni się nie wybierają, więc być może chodziło o jakichś artystów zagranicznych. No ale kto to taki mógł wyśpiewywać ostrą satyrę na Kościół Katolickich, a wszystkie stacje radiowe w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, czy w Francji MIMO TO owe piosenki przedstawiały. Któż to mógł okazać się aż tak wybitny, że MIMO ŻE jego twórczość była aż tak radykalnie antykatolicka, była ona prezentowana przez wszystkie radiowe stacje, a dziś przyjeżdża do Polski i zachwyca moje dzieci? Przecież John Lennon od dawna już nie żyje, Sonic Youth już razem nie grają, no a poza tym ich akurat wszystkie rozgłośnie nie grały z innych powodów, niż przez ten, że naruszali uczucia osób wierzących. Thurston Moore mógłby tu się znaleźć ze względu na najnowszy album, który jest na tyle popowy, że mogłyby grać wszystkie stacje radiowe, no ale on, o ile się nie mylę, w tym roku do Gdyni nie przyjechał.
Przeglądam tegoroczną ofertę Open’er Festival i choćbym nie wiem jak szukał, nie jestem w stanie znaleźć jednego artysty, który jest tak dobry, że go puszczają wszystkie stacje radiowe MIMO ŻE oferuje przekaz ściśle antykatolicki. No więc zastanawiam się, zastanawiam i dochodzę do wniosku, że tu musi chodzić o coś innego. Otóż zarówno z własnych obserwacji, jak i relacji doświadczonych znajomych, wiem, że absolwenci różnego rodzaju szkół dziennikarskich są z każdym rokiem coraz głupsi i coraz mniej kompetentni. Dochodzi do tego, że wielu z nich, nie dość, że nie potrafi myśleć, obserwować i wyciągać wniosków, to nie wie nawet, jaka jest różnica między formami „ale”, „ponieważ”, „chociaż”, „mimo to”, czy „a więc” i dziesiątkami innych. A zatem jest bardzo możliwe, że dziennikarz Onetu, pisząc o tym jakimś artyście z Open’era, chciał napisać, że jego twórczość tak naprawdę jest gówno warta, ale PONIEWAŻ w swojej twórczości zaangażował się mocno w walkę z Kościołem Katolickim, jego piosenki były puszczane we wszystkich stacjach. Nieszczęście jednak polegało na tym, że jemu pomyliło się znaczenie słów „ponieważ” i „mimo że”, no i wyszło jak wyszło.
A Wy jak myślicie?

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

sobota, 20 grudnia 2014

O siekierce, kijku i źle założonych kapciach

O przypadku Zuzanny M., która namówiła swojego kolegę Kamila N., by wspólnie z nią zamordował swoich rodziców, pisałem tu parokrotnie, i przyznaję, że przede wszystkim w nadziei, że mój przekaz dotrze wreszcie do zgnuśniałych umysłów dziennikarzy tak zwanych „prawicowych”, i że i oni zechcą zwrócić publiczną uwagę na fakt, że zabójstwo w wiosce Rakowiska to nie jest zbrodnia jak inne, ale dzieło Szatana wręcz sygnowane jego imieniem. Udało się. W dniu w którym administracja Salonu24 zdecydowała się moją notkę wypromować na czołówce głównej strony portalu, odpowiedni przekaz wreszcie dotarł do prawicowego mainstreamu i dziennikarz Aleksander Majewski z portalu wpolityce.pl napisał tekst, w którym – przyznać trzeba, że z odpowiednią ostrożnością – zwrócił uwagę na ściśle satanistyczny charakter tej zbrodni, a już w dniu kolejnym ten sam portal wydelegował do sprawy samego Piotra Zarembę, który już z całą mocą swojego autorytetu powtórzył uwagi Majewskiego, tyle że uzupełnione o moją już tezę o tym, że za tą zbrodnią stał „kult śmierci”. A więc – powtórzę to z miłą chęcią – sukces.
Jest jednak pewien problem, o którym muszę tu wspomnieć, bo uważam go za w pewnym sensie nawet wykraczający poza powagę owego nieszczęścia z Rakowisk. Otóż oba te teksty, i co dla mnie osobiście zaskakujące, w takim stopniu, że naprawdę trudno jest zdecydować, który bardziej, gdy chodzi czystą sprawność dziennikarską, stanowią przykład najgorszego zawodowego upadku. Ja rozumiem tego Majewskiego. Wystarczy spojrzeć na ilustrujące jego tekst zdjęcie, by wiedzieć, że mamy do czynienia z jakimś dzieckiem, które ledwo co zostało przyjęte do tej paczki i podskakuje na tyle na ile go stać. Zaremba jednak, co by nie mówić, to jakaś tam marka, więc wydawałoby się, że można się było po nim spodziewać czegoś więcej. Nic z tego. To jest poziom absolutnie równy i w dodatku już na pierwszy rzut oka gwarantujący, że tu się już nic nigdy nie zmieni. Siedzi czy to ten Majewski, czy Zaremba, przy tym swoim smutnym laptopie, drapie się w ten pusty łeb, i pisze (nic nie zmieniałem):
O zbrodni poinformował mnie znajomy b. policjant z Białej Podlaskiej, z którym współpracujemy przy pewnej sprawie. Poruszony glina powiedział mi z trudem przez telefon, że Jerzy Niedźwiedź, jego wieloletni kolega został zamordowany przez swojego syna. Wspólnie zwalczali przestępczość przygraniczną w latach 90., mój znajomy zawsze wspominał Niedźwiedzia jako zaangażowaną w swoją pracę funkcjonariusza Straży Granicznej, który z czasem doczekał się awansu i rozwoju kariery.
Takie są skutki bezstresowego wychowania dzieci — powiedział bez ogródek mój rozmówca.
Niedźwiedź pracował w Warszawie, aby zapewnić swoim najbliższym godne warunki życia. Tylko raz w tygodniu mógł przyjeżdżać do domu – tym razem spotkała go okrutna śmierć. To, co nie udało się tutejszym oprychom i rosyjskim rekieterom, zrobił jego własny syn…
Tylko czy ktoś z gadających głów upomni się o surowy wyrok dla sprawców? Czy którykolwiek z psychologów zwróci uwagę na radykalnie antyreligijny światopogląd dziewczyny? Można w to wątpić. Znów serwuje nam się mowę trawę o braku zrozumienia młodzieży ze strony rodziców.
W końcu w przypadku Katarzyny Waśniewskiej również pojawiały się głosy, że biedna dziewczyna została zaszczuta. I również, gdzieś w tle miały miejsce ważne wydarzenia polityczne, które nie były na rękę władzy. Grunt, to temat”.
Przepraszam bardzo, ale to ma być dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem ma być może tekst Zaremby, w którym on z kolei uznaje za stosowne formułować tego typu zdania:
Owszem, jeśli już z czymś można wiązać takie przypadki, to nie z biurokratycznym niedomaganiem tej czy innej, wątłej i niedopłaconej instytucji, a z klimatem epoki – młodzi fascynowali się śmiercią, także, jak słusznie zauważył Aleksander Majewski, antyreligijnymi majakami. Ale to już by wymagało całkiem innej debaty. O mediach, o naturze popkultury, o ewentualności jakiejś ograniczonej obyczajowej i estetycznej cenzury.
Nie żebym sam był zdecydowanie za cenzurą, nie mam tu gotowej recepty. Ale to się już przynajmniej jakoś wiąże z podobnymi zdarzeniami. Na pewno bardziej niż brak czujności pani wychowawczyni, na co dzień pouczanej przez te same przemądrzałe media żeby pilnowała swego nosa, bo naruszy cudzą wolność.
I proszę mnie źle nie zrozumieć. Tu wcale nie chodzi o to, że Zaremba pisze tekst w całości zainspirowany tym, co ja pisałem jeszcze wtedy, gdy mu nawet w głowie nie zaszumiało, żeby zwlec się z wyra i choćby założyć kapcie. Publikowałem te swoje refleksje wiedząc świetnie, jak oni pracują, i właśnie po to, żeby on i jego kumple choćby w ten sposób zrozumieli, co się dzieje. Ja też nie mam do niego pretensji o tę bezczelność, z jaką on udaje, że to nie u mnie przeczytał o tej śmierci, ale u Majewskiego. Naprawdę nie spodziewałbym się po nich niczego więcej. To co mnie natomiast dręczy, to to, że nawet w sytuacji, kiedy im się wszystko wykłada jak na patelni i jak dzieciom tłumaczy, w czym rzecz, raz że oni z tego wszystkiego rozumieją zaledwie jakiś drobny ułamek, a dwa, że nawet tego ułamka nie potrafią porządnie zrelacjonować. I to są właśnie ludzie, którym przypadło w udziale tworzyć media z myślą o prawicowej opinii publicznej!
Podczas pobytu na targach książki we Wrocławiu kupiłem sobie bardzo sympatyczny album dokumentujący dwa koncerty Rolling Stonesów w Warszawie w roku 1968. Album ten to głównie zdjęcia, ale też wspomnienia osób, które i na tych koncertach były, ale też, jak się możemy domyślać, z polecenia służb wokół wydarzenia się kręciły. A więc jest i Wojciech Mann i Maria Szabłowska i Marek Karewicz i Krzysztof Szewczyk i Bogdan Olewicz i cała kupa mniej lub bardziej rozpoznawalnych dziś nazwisk. Ale poza tymi wspomnieniami, autorzy albumu postanowili przypomnieć, jak owe wydarzenie relacjonowała ówczesna prasa. A zatem mamy teksty Krzysztofa Teodora Toeplitza, Romana Waschki, Andrzeja Wróblewskiego, Lucjana Kydryńskiego, a nawet jakiejś Teresy Grabowskiej z „Trybuny Ludu”. Tak jak zawsze przy tego typu okazjach niezręcznie bardzo jest mi to mówić, ale pod względem dziennikarskim każdy z nich – powtarzam, każdy – w porównaniu choćby z Piotrem Zarembą, to autentyczny kosmos. Czytam tekst Toeplitza, oczywiście pisany na zamówienie Partii, a więc od początku do końca Rolling Stonesów nie dość że wyszydzający, to traktujący jak jakieś przybłędy, które tu, do socjalistycznej Polski, zawitały nie wiadomo skąd, ale jak ten tekst jest napisany! Tam nie ma jednego zdania, nawet jednego słowa, które byłoby zbędne, nieprzemyślane, czy zwyczajnie słabe. Czytam ten tekst, napisany przez komunistycznego aparatczyka zgodnie z prostą instrukcją: „Wy towarzyszu wiecie, o co nam chodzi i wiecie, jak to zrobić, więc róbcie”, a ja to czytam i nie mogę się od tego oderwać. Mój Boże! Jak ten Toeplitz pisał!
Pamiętam dobrze może nie lata 60., ale z pewnością już 70, i późniejsze i pamiętam też Toeplitza. Pamiętam też, jak za każdym razem, kiedy czytałem to co on pisał, skręcałem się z tej pięknej, niepowtarzalnej nienawiści i wiedziałem, że on już zostanie z nami na zawsze. On, Urban, Górnicki, Passent i cała ta banda ruskich alfonsów. No i okazało się, że się myliłem. Oni odeszli, a zamiast nich pojawili się Zaremba i Adamski.
Jakaż to złośliwość historii!

Przypominam tym, co może wciąż nie wiedzą, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Idą Święta, może ktoś jeszcze zdąży.

piątek, 14 listopada 2014

Jeszcze raz o dziennikarzu złym i gnuśnym

Przyznaję, że kiedy wczoraj zwracałem się do Piotra Skwiecińskiego z pytaniem, czy kiedy on po raz pierwszy zrozumiał, że te wszystkie blogi i tak zwane „dziennikarstwo obywatelskie”, to nieporozumienie i kupa śmiechu, to był trzeźwy, czy może wypity, jego tekst opublikowany w tygodniku „W Sieci”, owszem, znałem, nie tak dobrze jednak, jak ów typ publicystyki na to zasługuje. Było jednak tak, że mój kolega Coryllus dzień wcześniej opowiedział mi, że Skwieciński u Karnowskich ogłasza koniec blogosfery, ja znalazłem ów tekst, szybko go przeczytałem, no i napisałem, co mi serce i rozum kazały. Dziś jednak, trochę, powiem szczerze, sprowokowany przez reakcję pani Bogny Janke, która moja notkę uznała za naruszającą dobre obyczaje, przeczytałem refleksje Skwiecińskiego raz jeszcze i jeszcze raz, i przyznaję: to co ten człowiek napisał jest czymś pod każdym względem tak niewyobrażalnie zdumiewającym, że zwykłe podejrzenia o to, że ich autor zwyczajnie chleje, to dużo za mało. I dziś, może już bez niepotrzebnych insynuacji i z nadzieją, że pani Janke zechce docenić moją dobrą wolę i staranność, chciałbym opowiedzieć dokładnie, co takiego napisał dziennikarz Piotr Skwieciński. A zapewniam, że warto. I wcale nie chodzi o wyzłośliwianie się nad takimi perłami zawodowego dziennikarstwa, jak już wczoraj przytoczone przeze mnie zdanie, gdzie, czyniąc użytek ze swojego kunsztu, Skwieciński pisze, że „sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje”, bo w odpowiedzi na ten rodzaj pisarstwa, ja bym musiał już tylko napisać, że „Skwieciński wytrzeźwiał i coraz bardziej trzeźwieje”, a, jak już wcześniej wspomniałem, nie chcę zadzierać z panią Bogną Janke.
Rzecz w tym, że, wbrew pozorom, ja się ze Skwiecińskim trochę zgadzam. To co się dzieje na blogach to faktycznie, że tak to określę, najczęściej syf i ruina. Oczywiście, jeśli twórczość blogerów, choćby i tych najgorszych, zestawimy z tym, czego nam dostarczają na co dzień komentarze choćby na portalu tvn24, czy wyborcza.pl, albo z większą częścią tego, co znajdujemy w gazetach, blogerzy są górą, realnie jednak patrząc, mamy do czynienia z czystą, ponurą amatorką. A zatem, gdyby Skwieciński, przejęty poziomem owej publicystyki napisał, że on, kiedy to wszystko ruszało, miał nadzieję, że te blogi się rozwiną i przez to, że staną się konkurencją dla mediów mainstreamowych, w ten sposób ubarwią ów rynek swoją świeżością, a może nawet zmotywują dziennikarzy zawodowych do większego wysiłku i do starań o wyższą jakość, niestety po latach on widzi, że z tych nadziei nie zostało nic, lub prawie nic, ja bym nawet nie mrugnął. Tymczasem Skwieciński, rozprawiając się z blogosferą, niemal w pierwszym zdaniu przyznaje, że z jego punktu widzenia to, że blogerzy się nie sprawdzili, to wiadomość radosna. Już sam tytuł, „Normalnieje, czyli koniec blogerów”, zwiastuje ten nastrój, a dalej Skwieciński pisze tak:
… z pewną obawą (lecz i satysfakcją) komunikuję, [że] kończy się króciutka era blogerów.[…] Nowe Media miały być triumfem tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Nie zawodowego, nie profesjonalnego. Ochotniczego. Masa, by użyć uroczego terminu z jeszcze dawniejszych czasów, ludowych korespondentów miała zastąpić agencje prasowe”.
A więc, skąd ta satysfakcja? Dlaczego Skwieciński, widząc, że blogi stają się coraz gorsze, tak bardzo się ucieszył? Bo wreszcie będzie normalnie? Bo nie będzie już tej pieprzonej bolszewii (tu tak zręcznie zakamuflowanej pod owych szyderstwem w postaci owej „masy”, „dziennikarstwa obywatelskiego” i „ochotniczego”, owych „ludowych korespondentów”), lecz normalny, porządny kapitalizm? Owszem. Skwieciński nie pozostawia tu żadnych wątpliwości: ma być normalnie, i to normalnie do tego stopnia, że kiedy już to się stanie, to postaramy się wszyscy, żeby było jeszcze bardziej normalnie – tak normalnie, że owa normalność nas zwyczajnie zadusi.
Ale jest jeszcze coś, co ów dziwny człowiek z naiwnością nawet nie dziecka, bo aż tak głupich dzieci nasza Ziemia zwyczajnie nie nosi, przyznaje już chwilę potem. Informuje nas mianowicie Skwieciński, że od czasu gdy pojawił się Internet i ludzie przerzucili się z gazet na blogi, on i jego koledzy w sposób bardzo bezpośredni i jednoznaczny stracili. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat:
Tylko szkoda, że okres blogerskiej paniki zaszkodził tradycyjnym mediom. Dał bowiem ich właścicielom pretekst do kolejnych cięć, redukcji kosztów i zatrudnienia, w efekcie czego jakość pracy informacyjnej bardzo wyraźnie spadła”.
I tu, uważam, Skwieciński odkrywa się w sposób wręcz nieprzyzwoity, pokazując najwyraźniej jak tylko można, jaki jest dziś jego problem. Otóż oni najzwyczajniej w świecie nie mają z czego żyć i, tak jak to zwykle bywa z ludźmi głupimi i gnuśnymi, swoje pretensje, zamiast do siebie, kierują na zewnątrz. Skwieciński, zapytany, czemu jego tekstów nikt nie chce czytać, odpowiada, że to przez blogerów, bo oni głupiemu czytelnikowi zawrócili w głowie, a to z kolei samego Skwiecińskiego tak zestresowało, że on się faktycznie opuścił w robocie i jakość jego publicystyki „wyraźnie spadła”. No ale teraz już, skoro, jak się okazuje, ci blogerzy nie są tacy groźni, to będzie już tylko lepiej, Kto wie, czy Skwiecińskiemu nie dadzą jakiejś fuchy w „Wyborczej”? Albo może ludzie zaczną wysyłać esemesy?
No właśnie. Miałem już nie cytować, ale daję słowo, że tekst Skwiecińskiego jest tak intensywny, gdy chodzi o eksplozję tego obłędu, że i tak muszę się bardzo starać, żeby go tu nie przytoczyć w całości. Pojawiają się tam też już bardzo bezpośrednio pieniądze. Pisze Skwieciński tak:
W świecie zachodnim coraz wyraźniej widać, że wczorajszy dogmat – że niemożliwe jest skuteczne wprowadzenie w Internecie wymogu płacenia za treść – jest po prostu nieprawdziwy. Coraz większa część przychodu amerykańskich gazet pochodzi właśnie z opłat za wydania sieciowe”.
To ja już w takim razie będę się zbliżał do końca. Otóż, jak niektórzy z czytelników wiedzą, w wyniku tego swojego blogowania, zostałem pozbawiony prawa do pracy, w związku z czym, przez parę lat musiałem prosić czytelników, którzy lubili tu przychodzić i czytać moje refleksje, o wsparcie. Nie postawiłem tu żadnego, jak to ładnie ujmuje Skwieciński „wymogu”, lecz tylko prosiłem. I dzięki temu ja i moja rodzina ów najtrudniejszy czas przeżyliśmy w miarę bezpiecznie. Dziś znów – dzięki wsparciu czytelników – piszę za tak zwane „darmo”. Dzień w dzień dzielę się swoimi refleksjami i nawet mi w głowie, by ktokolwiek miał mi za nie płacić. Wydaję książki, pisze teksty dla Bachurskiego i jakoś żyjemy. I w życiu bym nie pomyślał, by narzekać, że cholera ciężka, gdyby nie ten Skwieciński i jego kumple, to ja bym miał lepiej. Uważam, że to jest dowód na to, że Skwieciński jest w ciężkim błędzie i to tak wielkim, że z niego już chyba nigdy nie wyjdzie.
Kończąc swój, moim zdaniem, w pewnym sensie historyczny tekst, Skwieciński pisze, że zawodowi dziennikarze mają nad blogerami tę przewagę, że oni potrafią „za darmo wykonać telefon do urzędnika i coś wyjaśnić”, a bloger już nie. I żeby już się tak nad Skwiecińskim nie pastwić, ja tu mu też przyznam rację. To prawda. Zawodowiec takie rzeczy potrafi zrobić bez większego wysiłlku. Niedawno Paweł Kukiz napisał, jak to Trójka nie chciała puszczać jego piosenki, i w tej sytuacji on wykonał telefon do urzędnika nazwiskiem Paweł Graś i sprawa została załatwiona w jednej chwili. Z tego, co się domyślam, Kukiz za ten telefon zapłacił z własnej kieszeni.

Moja najnowsza książka jest do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

czwartek, 19 września 2013

Jak Hitchcock z VanGoghiem

Jak idzie o telewizor, co tu już zostało parokrotnie wspomniane, gdyby nie angielska liga piłkarska, którą regularnie ogląda moja starsza córka, i tenis, który oglądamy wspólnie, on by nam był potrzebny wyłącznie po to, by oglądać koncerty na DVD. Któryś z minionych wieczorów, zatem, upłynął nam na oglądaniu meczu Swansea vs. Liverpool. Premiership, jak wiadomo, obsługuje Canal Sport, a tam tym wszystkim pokazom towarzyszy regularnie nadawany program, gdzie można się sympatycznie pośmiać, czy to z różnych wpadek, czy tylko z zabawnych sytuacji, jakie zanotowali na swoim koncie komentatorzy sportowi.
I oto, proszę sobie wyobrazić, pokazano nam fragment jakiegoś bardzo zaciętego pojedynku żużlowego, gdzie walka, wedle relacji komentatorów, była prawdziwie dramatyczna, i w pewnym momencie któryś z nich powiedział co następuje:
„Żaden Hitchcock, ani inny Van Gogh by tego nie wymyślił”.
Naprawdę.
I teraz ja mam pewien dylemat. Otóż zakładam, że ów dziennikarz, który o tym „innym Van Goghu” wspomniał, to kolega tych, którzy ten program przygotowują. A zatem, nie wydaje mi się, by oni upublicznili to zdanie z potrzeby dokuczenia swojemu kumplowi, czy, tym bardziej, po to, by go skompromitować. A jeśli nie, to mogę podejrzewać, że oni wcale nie uważają, że numer z tym „innym Van Goghu” to wstyd. Mogę podejrzewać, że oni wprawdzie wiedzą, że kolegę trochę poniosło, ale w końcu nic takiego się nie stało. A skoro tak, to uważam, że to jest naprawdę coś.
Pamiętam, jak kiedyś, kiedy byłem jeszcze dzieckiem i kino jeszcze kosztowało tyle, że każdego było na nie stać, ile razy tylko przyszło mi do głowy, by pójść i się odchamić, największym dla mnie problemem było to, że w czasie seansu, okoliczni chuligani nie mogli się powstrzymać przed głośnym komentowaniem tego, co się dzieje na ekranie. I to niezależnie od tego, czy akurat leciała komedia, horror, czy wyciskający łzy z oczu dramat. Oni zawsze uważali za stosowne coś tam dowcipnego wykrzykiwać. No i pamiętam, że ja, będąc dzieckiem, które nigdy nie chodziło na przypadkowe filmy, bardzo źle to znosiłem.
Moim przez wiele lat ulubionym filmem był western w reżyserii Petera Fondy, i z nim w roli głównej, „Hired Hand”, wyświetlany u nas pod tytułem „Wynajęty człowiek”. Peter Fonda przyjeżdża ze swoimi dwoma kumplami do pewnego kompletnie zakazanego miasteczka, gdzie nie obowiązuje ani boże, ani ludzkie prawo, a ponieważ najmłodszy z nich, jeszcze niemal dziecko, ma bardzo pięknego konia, któryś z lokalnych zbirów, z czystej chęci posiadania tego konia, chłopca zabija. Scena jest taka, że śmiertelnie postrzelony chłopak leży na podłodze w agonii, płacze, no i próbuje coś powiedzieć, ale nie bardzo wiadomo, co, bo mu krew zalewa usta.
A ja to pamiętam do dziś. Otóż w tym właśnie momencie, ktoś z górnych rzędów wrzasnął: „Jak się skończy ta abstrakcja, to mnie obudź”.
Od tego czasu, ile razy myśmy chcieli w jakiś, z jednej strony obrazowy, a z drugiej dowcipny, przywołać przykład zidiocenia doskonałego, powtarzaliśmy owo, po pewnym czasie już kultowe, hasło: „Jak się skończy ta abstrakcja, to mnie obudź”.
Minęły lata, skończyła się cała ta nędza PRL-u, a z nią zniknęli w mrokach historii tak zwani „żule”. Zniknęli, lub, może tylko tak się nam wydawało. Otóż jest całkiem możliwe, że korzystając z dobrodziejstw, jakie nam dał kapitalizm, oni pokończyli szkoły i uniwersytety, część z nich wyjechała do pracy na budowę do Niemiec, by wrócić po latach, objęli różne, mniej lub bardziej eksponowane stanowiska, a niektórzy pewnie trafili nawet do mediów. Przygoda, którą przeżyłem parę dni temu w przerwie meczu Swansea vs. Liverpool, świadczy o tym, że moje spekulacje wcale nie są nieuzasadnione.

Jak już pisałem, przez fakt, że firma producencka Watkins obniżyła mi niespodziewanie moje honorarium czterokrotnie, ten miesiąc jest dla nas kompletnie nie do przeżycia. Rachunki wciąz do końca nie popłacone, a ja na życie pożyczam już od swoich dzieci. W związku z tym, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 24 maja 2013

Tomasz Lis - korepetycje z desperacji

Po raz kolejny w ciągu minionego miesiąca, czy może już dwóch, biorę do ręki tygodnik „Newsweek”, i po raz kolejny przychodzi mi do głowy, że głównym powodem, dla którego dostaję jasnej cholery, ile razy trafiam na publicystyczne popisy Wildsteina, Gadowskiego, czy któregoś z owych strażników tego czegoś, co ostatnio chyba zostało nazwane Strefą Wolnego Słowa, nie jest wbrew pozorom to, że każdy z nich jest tak dramatycznie beznadziejny, i beznadziejnie żałosny, ale to, że nie mam na co dzień kontaktu z takimi asami dziennikarstwa, jak Tomasz Lis, czy Rafał Kalukin. No bo proszę spojrzeć. Biorę do ręki dołączony do filmu Quentina Tarantino „Django” numer „Newsweeka”, a tam artykuł wstępny wspomnianego Lisa, zatytułowany „Korepetycje z histerii”. O czym nam opowiada Lis? O tym mianowicie, że on majowy weekend spędzał za granicą i z tamtej perspektywy obserwując, co się w Polsce dzieje, stwierdził, że „na polskim jarmarku najbardziej chodliwym towarem jest histeria”, i że histeria owa objawia się w atakowaniu organizatorów hecy z czekoladowym orłem, ministra Nowaka z zegarkiem, minister Muchy z Madonną, oraz Ministerstwa Edukacji z sześciolatkami w szkole. Tyle, zdaniem Lisa, jest ważnych ze społecznego punktu widzenia wydarzeń, na które należałoby zwrócić uwagę, a tu Polak tylko widzi „zdradę, zaprzaństwo, Targowicę, kondominium, rozpad, chaos, klęskę, katastrofę”. No i ten pieprzony zegarek wielmożnego pana ministra na dodatek.
Prawicowa histeria infekuje całkiem szerokie rzesze społeczeństwa, ponieważ występuje w rzekomej synergii z rzekomo antypisowskimi mediami”, załamuje ręce nad naszą Polską Lis, a ja sobie myślę, że może dla dobra polskiej prawicy powinienem zacząć ponownie oglądać TVN24 i raz na tydzień czytać wstępniak Tomasza Lisa? No, nie wiem, zastanowię się, jednak jak na dzisiejszy wieczór wydaje mi się, że może ten jeden raz wystarczy mi na pewien czas.
Zaglądam jeszcze raz na okładkę „Newsweeka” i widzę zdjęcie smutnego dziecka i wielki napis „Śmierć Jasia” i ciut mniejszy „Stop bezkarności lekarzy”. I wykrzyknik. Oto propozycja Tomasza Lisa przebudowy naszego polskiego, medialnego przekazu: należy przestać się emocjonować tym, że rząd Donalda Tuska wykonał kolejny przekręt na parę miliardów, że kolejny polityk Platformy Obywatelskiej, czy PSL-u znów zagarnął pod siebie parę milionów, że Minister Edukacji niedługo pewnie dostanie specjalny order od rządu Niemiec za praktyczną realizację starego dobrego pomysłu, by Polak potrafił rachować i czytać komunikaty, bo to jest dowód jakiejś ciężkiej histerii, natomiast trzeba koniecznie coś zrobić z tym, żeby w polskich szpitalach i ośrodkach zdrowia lekarze nie mordowali małych pacjentów, a jeśli już chcą to robić, niech za to do cholery ciężkiej ponoszą odpowiedzialność!
Wszyscy zapewne wciąż pamiętamy słynną okładkę „Newsweeka” z dzieckiem gwałconym przez księdza. To jest temat! To jest dopiero popis zimnej krwi! Tak się „odwzorowuje rzeczywistość”. No, ale dobra. Rozumiem, że niszczenie polskiej religijności, to dla Lisa i jego niemieckiego pracodawcy ani tania sensacja, ani tym bardziej dowód braku opanowania, lecz sprawa o wymiarze państwowym, czy nawet ogólnoeuropejskim, natomiast, bardzo przepraszam, ale co to ma być z tymi lekarzami bezkarnie mordującymi małe dzieci??? Osobiście cały rząd Platformy Obywatelskiej chętnie widziałbym wyprowadzany w kajdankach, a samego Donalda Tuska dodatkowo w łańcuchach na nogach, ale w życiu by mi nie przyszło do głowy, by bić w dzwony, bo polska służba zdrowia bezkarnie morduje pacjentów. Raz na miesiąc zachodzę do swojej rejonowej przychodni odebrać receptę na leki i za każdym razem widzę ludzi, którzy wchodzą i wychodzą od lekarza, i daje słowo ani razu ani nie widziałem, by tam ktoś umarł, ani nawet o podobnym przypadku nie słyszałem. Wręcz przeciwnie, zawsze miałem wrażenie, że tam się uzyskuje przynajmniej podstawową pomoc. A ten kretyn dostaje histerii, bo ktoś gdzieś zamiast żyć, umarł. To ja już podejrzewam, że więcej osób dostało zawału serca ze zdenerwowania, czytając te idiotyzmy produkowane przez zatrudnianych przez Lisa dziennikarzy, niż wykończyli źli lekarze.
No ale i tu jestem gotów uznać, że za tą akcją stoją sprawy wagi państwowej, o których wie Lis i paru jego kumpli. Ja jestem nawet gotowy przyjąć, że wszystko co robi Lis to dokładnie przemyślana akcja, gdzie nie ma miejsca ani na emocje, ani tym bardziej na histerię. W tej sytuacji ja jednak proponuje wrócić do początku tej dzisiejszej refleksji, gdzie wyraziłem przekonanie, że moje pretensje do prawicowych dziennikarzy o zaniżanie poziomu są spowodowane tym, że ja nie wiem, co się wyprawia w świecie mafii prawdziwej, a nie dopiero aspirującej. Zapomnijmy więc na moment o poglądach, i popatrzmy tylko na ten fragment twórczości publicystycznej Tomasza Lisa:
Ojciec Rydzyk i profesor Legutko, bracia mniejsi Karnowscy i publicysta Warzecha – wszyscy oni w czekoladowym orle dostrzegli symbol: oto naród, a przynajmniej jego lemingowsko-komorowska część, skarłał. Zamiast patriotyzmu, łez, czynu i krwi – niepowazna błazenada. To że nasza prawica wciąż chce przelewać krew, jest dobrą informacją dla stacji krwiodawstwa. Ale głupie lemingi i słoiki zamiast przelewać krew, zechcą może zeżreć czekoladowego orła, a przecież wiadomo, że krwiodawca dostaje czekoladę po oddaniu krwi, a nie zamiast”.
O co mi chodzi? Otóż mnie się dotychczas wydawało, że w ten sposób – a więc zarówno jak idzie o dowcip, inteligencję i ów styl polegający na tworzeniu niekończącej się serii zdań podrzędnych – potrafi pisać tylko jeden człowiek, a mianowicie bloger Pantryjota. Wygląda dziś na to, że Lis jest gorszy. W jaki sposób? W taki mianowicie, że Pantryjota ten greps by pociągnął dalej do objętości porządnej blogerskiej notki , a Lis pękł intelektualnie po głupich pięciu zdaniach. Co tam Pantryjota. Nawet ja to potrafię. Proszę posłuchać. Oto dalszy ciąg tego cyrku, gdyby tylko Tomasz Lis miał więcej talentu:
„Zamiast, to on najwyżej może oddać mocz na mur. Musi tylko uważać, żeby to nie był mur jakiegoś kościoła, bo kto wie, co wewnątrz się dzieje. Może jakiś ksiądz tam szkoli kolejne roczniki przedkomunijnych dzieci. A dzieci, jak to dzieci, są zawsze chętne do ustępstw, założywszy, że ksiądz w kieszeni ma jakąś nagrodę. Co to za nagroda? Oczywiście to może być czekoladowy batonik, ale również bilet wstępu do Telewizji Republika, która ostatnio zaczęła dostarczać wsparcia taliibom od smoleńskiej mgły, co jak wiemy, szczególnie gdy sondaże chwilowo zwyżkują, jest sprawą wagi państwowej, oczywiście w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego i jego bratowej, o ile oczywiście nie zdecydowała się ona jeszcze na występy na festiwalu piosenki patriotycznej w Przeworsku, co by stanowiło dla niej pewną szansę, nawet jeśli smoleński lud…” i tak dalej, i tak dalej.
Lis nie potrafi odstawić nawet takiego gówna. O co tu chodzi? Skąd się bierze taka nędza? No i wreszcie, jak to się dzieje, że taka nędza odnosi takie sukcesy. Z tego co słyszę, Lis miesięcznie – i z tego nieszczęsnego „Newsweeka” i z TVP – wyciąga jakieś 300 tysięcy miesięcznie. W omawianym dziś numerze, jest artykuł o mecenasie Rogalskim i 250 tys. złotych, które on podobno dostał od PiS-u przez miniony rok. 250 tysięcy!!! To, panie, straszne!!!! No, naprawdę, chyba trzeba poprosić Tomasza Lisa, żeby kolejny numer swojego tygodnika poświęcił tej skandalicznej sprawie: ile to niektórzy zarabiają, podczas gdy małe dzieci są mordowane w szpitalach.

Jeśli ktoś chce jeszcze czytać te nieśmiałe prośby na końcu każdej z notek, pragnę zapewnić, że to co niektórzy z nas chcą przysyłać, jako wsparcie dla tego bloga, to podstawa naszego przeżycia. Jeszcze przez półtora roku. I ja wcale nie kłamię. Bardzo więc proszę, jeśli tylko komuś zbywa, nie zapominajcie o mnie. Dziękuję.

niedziela, 25 października 2009

Wiadrem w płot

Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tę jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.
Dziś czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny sposób z Tomaszem Wołkiem. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.
Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.
Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa. I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.
Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy.” I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowanym. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.
„Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

piątek, 23 października 2009

Krajobraz po burzy

Kiedy wczorajszej nocy prawdziwy kataklizm zniósł z powierzchni Ziemi znaczną część polskiego dziennikarstwa, oprócz oczywistych wyrazów żalu, pojawiły się wyliczenia, jaka to część została nam odebrana. Czy to połowa, czy może jedna trzecia, czy może – w najbardziej optymistycznych rachunkach – zaledwie jedna czwarta? Oczywiście, czego się niestety można było spodziewać, część komentatorów zasugerowała, że straty wcale nie są wielkie, bo nasze dziennikarstwo przeżywa prawdziwy renesans i nawet bez takiego giganta jak Rybiński sobie świetnie poradzi. Co najwyżej ucierpiał świat żartu i kabaretu. Na przykład dziś w Rzeczpospolitej, znajduję parę wypowiedzi osób zaprzyjaźnionych z Maciejem Rybińskim, a związanych z nim przez właśnie kabaret, którzy właśnie w ten sposób opisują to coś dziś czują. I ja to oczywiście rozumiem. W końcu to Rybiński, a nie kto inny, napisał scenariusz do Alternatyw Barei. A to, co by o samym Barei nie mówić, jest zdecydowanie nie byle co.
Ja jednak, pisząc o kataklizmie, mam na myśli dziennikarstwo prawdziwe. Takie dziennikarstwo, o którym powstawała literatura i o którym kręcono filmy. Dziennikarstwo poważne i czyste, nieskorumpowane i odważne, brutalne i wolne. Dziennikarstwo, którego zły świat nie jest w stanie nawet dotknąć. Więc to w tej sprawie padają owe wyliczenia. Czy kiedy umarł Rybiński, straciliśmy połowę dziennikarstwa, czy mniejszą jego część? Trudno to ustalić. Moim zdaniem połowę, a może i nawet większą jego część, ale przyjmuję do wiadomości, że rzeczy się mogą mieć odwrotnie. Padają więc nazwiska, a z tymi nazwiskami argumenty. Bo oto jest ktoś, kto ma wspaniały warsztat, albo bardzo duże poczucie humoru, albo zwykłą lekkość pióra, ewentualnie po prostu ma słuszne poglądy. Ale ja wciąż mówię o poważnym dziennikarstwie. Tak jak się mówi o wielkich lekarzach, wspaniałych nauczycielach, czy niezłomnych księżach. Którym się oczywiście płaci, bo z czegoś muszą żyć, i co więcej, oni akurat na dobre życie sobie uczciwie zasłużyli, ale którzy jednocześnie nie są do wynajęcia. I tu właśnie widzę okropną wyrwę.
Nie znałem Rybińskiego, więc wszystko co o nim wiem, to na podstawie relacji i samych jego tekstów. Jeśli więc też próbuję Go sobie dziś jakoś wyobrazić, to też mam do dyspozycji wyłącznie moje o nim wyobrażenie. Ale właśnie tak go widzę. Dokładnie takiego, jak go wspominają ci co Go znali, ale jeszcze kogoś takiego jak – ja wiem? – John Wayne w tych klasycznych już filmach. Albo tamci strażacy z 11 września. Robi się trochę patetycznie, ale cóż na to można poradzić? To jest patetyczna chwila.
Co zostało po Rybińskim? Moim zdaniem prawie nic. Mam oczywiście swoich jakoś tam ulubionych dziennikarzy. Ulubionych w tym sensie, że ich czytam, podczas gdy innych nie czytam. I nie są to bynajmniej jacyś wybitni mistrzowie pióra, dla których pisanie zawsze było chlebem powszednim. Nigdy nie umieli ładnie mówić, często nie bardzo potrafili się zachować, ani nie mieli tego pisarskiego gestu, co Urban, Passsent, Toeplitz, a nawet Górnicki (jeśli ktoś planuje się śmiać, nie polecałbym. Górnicki pisał znakomicie). Nie uważam też, że są oni jakoś szczególnie odważni, bezkompromisowi, czy niezależni. Ale przynajmniej od czasu do czasu się starają. Czytam więc ich – jednych więcej, innych mniej – ale też wiem, że oni owej wspomnianej wyrwy nie odbudują. Nie dadzą rady z tej prostej przyczyny, że, cokolwiek by o nich nie mówić, oni są częścią tego już nowego świata, gdzie nawet jeśli się robi rzeczy poważne, to zawsze trochę z przymkniętym jednym okiem i czymś jeszcze na boku. No a przecież to i tak jest nic. Cała scena i tak jest w ogromnej większości wypełniona czymś, co można wyłącznie porównać do tego, nad czym mamy okazję dumać przy okazji rozmów o PZPN-ie.
Czytam wczorajszą Rzeczpospolitą i co widzę? Ogromny tekst Igora Janke o tym że co Platforma w swoim spieprzy, to PiS natychmiast pomoże jej naprawić. Temat równie odkrywczy, jak w przypadku 90% wszystkich tekstów, które tego dnia ukazały się w Salonie. Obok niemal całostronicowa wypowiedź jakiegoś Kucharczyka o tym, że komisja hazardowa powinna badać wszystkie rządy. A więc dokładnie to samo, co powtarzają od kilkunastu dni Sebastian Karpiniuk z Grzegorzem Schetyną. Na następnej stronie tekst Piotra Winczorka o tym, że trzeba ograniczyć władzę prezydenta, opublikowany z tej okazji, że jakoś nikt nie zechciał na poważnie przyjąć inicjatywy trzech, że się tak wyrażę, sędziów. Dzień wcześniej, wielki artykuł Ireneusza Krzemińskiego, w którym ów uczony mąż tłumaczy, że Donald Tusk ma rację, o czym wie i tak już każdy, a jak nie wie, to niech się ma na baczności. Dziś wprawdzie mamy artykuł wspomnieniowy Ziemkiewicza o Rybińskim, ale mogę się założyć, że gdyby nie to smutne wydarzenie, czytalibyśmy jakąś analizę Waldemara Kuczyńskiego. I nie chodzi mi o to, że z nich wszystkich, zawodowym dziennikarzem jest tylko Jankę, a cała reszta to politycy, socjologowie, prawnicy i pisarze. Nie chodzi też o to, że w międzyczasie, a też i wcześniej, i być może jutro, poczytamy sobie Semkę, czy wspomnianego Ziemkiewicza, którzy starannie rozdadzą sobie i każdemu to co im przysługuje. I że od czasu do czasu pojawi się Mazurek, Wildstein, czy Skwieciński. Kłopot jest w tym, że Rzeczpospolita to i tak praktycznie jedyny dziennik, które się da czytać i gdzie można zaobserwować choćby śladowe ilości dziennikarstwa.
Co mamy poza tym? Nic! Otóż poza tą Rzeczpospolitą nie mamy nic. Są tylko propagandowe instytucje, nazywane gazetami czy telewizjami, służące wyłącznie za źródło utrzymania dla całej bandy jakichś gówniarzy, którzy uznali, że w momencie gdy dostali do ręki mikrofon, kamerę, lub długopis, stali się natychmiast dziennikarzami. A którzy swoje powołanie realizują, niemal wyłącznie, snując się po nocach po jakichś pijackich imprezach i rozglądając się, czy gdzieś im się uda znaleźć albo podobnych sobie, albo kogoś kto im pomoże coś załatwić. Którzy między napisaniem jakiegoś ledwo trzymającego się kupy tekstu, a pełnym stęknięć występem w zaprzyjaźnionej telewizji, od rana do wieczora gapią się już tylko w tę swoją komórkę, zastanawiając się, co warto odebrać teraz, co później, a czego lepiej nie odbierać w ogóle. Dziennikarze, cholera!
Dziś, jak mnie informuje, mój kolega LEMMING, Gazeta Wyborcza ujawniła niezwykle sprytną prowokację, którą sama skonstruowała, by nam pokazać, jacy to ludzie są głupi http://wyborcza.pl/1,75248,7175362,Szybkimagister_pl_czyli_Akademia_Wielka_Lipa.html.
Nie będę opisywał tego żalu, jaki zrodził intelekt ludzi na pensji u Agory. Powiem tylko tyle, że to jest własnie ten poziom. Pierwszy raz mieliśmy z nim do czynienia przy okazji akcji, którą przy pomocy podsłuchów i wynajętej posłanki Begerowej skierowała telewizja TVN przeciwko PiS-owi. Akcji, którą, gdyby tylko oni chcieli, mogliby przeprowadzać z o wiele większym efektem kilkanaście razy dziennie, codziennie, przeciwko dowolnie wybranej partii. Ale to jest własnie to co oni potrafią robić najlepiej. Wepchnąć kogoś w kupę, którą sami ze swoimi kumplami zrobili i nakręcić o tym demaskatorski materiał. Bo są wystarczająco bezczelni i mają to szczególne poczucie humoru. Następnym razem powinni puścić plotkę, że któryś z nich się zapił do nieprzytomności i nabrudził w towarzystwie. A później już tylko się śmiać z wszystkich tych, którzy śmieli uznać, że to całkiem prawdopodobne.
Tyle właśnie oni wiedzą. Jest jednak coś, o czym żaden z nich nie ma pojęcia. Albo, nawet jeśli wie, bardzo się stara o tym nie myśleć. Że mianowicie, oni sami dają się codziennie oszukiwać przy każdej możliwej okazji. Że większość z nich można zmanipulować o każdej porze dnia i nocy w najbardziej prymitywny sposób. Na poziomie takim, że gdyby tego typu naiwność, czy – może lepiej – głupotę, wykazała uczennica gimnazjum z małego miasteczka, to wszyscy sąsiedzi by ją do końca życia pokazywali palcem. A jest jeszcze gorzej. Bo jeśli daje się nabrać pełna marzeń i niespełnionych ambicji dziewczyna o takich sobie perspektywach, to można jakoś się to starać zrozumieć. Tu natomiast mamy do czynienia z mądralami jak stąd do tamtąd, którzy tak naprawdę nie mają ani marzeń, ani ambicji, ani nawet perspektyw, ale za to strasznie rozdęte przekonanie o swojej wartości. Dziennikarze, cholera! Przez swoją kompletną przypadkowość, doprowadzili Polskę do stanu w jakim ona się dziś znajduje, a później strasznie się cieszą, że udało im się ten stan w tak dowcipny sposób pokazać.
Oto dziennikarze, którzy zostali po Rybińskim. Niekompetentni, niemyślący, zepsuci. Skorumpowani, czekający na gwizdnięcie jakiegoś typka, który akurat ich do czegoś potrzebuje. Bylejacy, dokładnie tak samo jak ta, tak niestety coraz większa, część Polski, którą mieli czelność dotknąć swoimi łapskami, i z której dziś mają tak niesłychanie rozkoszną zabawę. Zapełniają cały główny nurt tego, tak zwanego, dziennikarstwa i ani im do głowy nie przyjdzie, jacy są żałośni. A dookoła nich, biedni, wystraszeni i zawstydzeni, przebierają nogami te resztki jakichś tam marzeń o etosie i dręczą się tym dylematem, jak tu się nie zeszmacić, a jednocześnie nie wypaść ze środowiska.
Właśnie przed chwilą w TVN-ie wystąpił ich czołowy ekspert od spraw światowych i języków obcych, Pałasiński i, wspominając przy jakiejś okazji rockowy zespół, ACDC, powiedział – cytuję – „acedece”. Właśnie tak. Tak to właśnie wygląda.

sobota, 9 maja 2009

O inteligencji typu pop i o - jakże by inaczej - grillowaniu

O Lechu Wałęsie pisałem tu wielokrotnie. Głównie pogardliwie i – jeśli ktoś tak woli – z zimną nienawiścią. Czemu ja w ogóle widzę sens, żeby się nim zajmować? Sprawa jest dosyć prosta. Poza Lechem Wałęsą, nie ma na polskiej scenie politycznej postaci tak prostackiej, a jednocześnie tworzącej takie zamieszanie na tej właśnie scenie, tak beznadziejnie płaskiej i nieciekawej, a w tym samym czasie tak skutecznie destablizizującej wszystko co się tylko zdestabilizować da. Mam oczywiście swoje własne przemyślenia, na temat tego, jak to się dzieje, że właśnie Lech Wałęsa odnosi tak niebywały sukces i tak nieprawdopodobnie nieadekwatny do swoich intelektualnych i czysto ludzkich możliwości, ale wiem też, że sprawa jest na tyle skomplikowana, że jeśli już piszę o Wałęsie, to bardzo ogólnie i właściwie tylko w związku jakimiś doraźnym zdarzeniami. Wiem, że Wałęsa to temat, który zasługuje na grube opracowanie, zarówno psychologiczne, socjologiczne, czy politologiczne, czy nawet filozoficzne, ale nie mam wątpliwości, że wszystko co by miało wykraczać poza codzienność zdarzeń, wymagałoby pracy tak bardzo starannej i tak wielu badań, że oczywiście, tym kto ostatecznie zbada Wałęsę, nie mógłbym być na pewno ja. Jak się dziś okazuje, oto, ni stąd ni z owąd, cały fenomen Lecha Wałęsy jako osoby wpływowej, postanowił omówić Piotr Semka w artykule w Rzepie http://www.rp.pl/artykul/9133,302088_Semka__Walesa__zbiorowej_troski_.html Ale o tym za chwilę.
W cytowanym tu już kiedyś przeze mnie wywiadzie Boba Greene’a z Richardem Nixonem, Nixon mówi tak o telewizji:
Powiedziałbym, że z wszystkich cywilizacyjnych zagrożeń współczesnej Ameryki, najbardziej mnie przeraża potęga telewizji. Kiedy przeglądam sondaże, które dowodzą, że przeciętny Amerykanin spędza cztery godziny przed telewizorem, jestem autentycznie załamany.
Obawiam się, że młode pokolenie będzie gorzej wykształcone, jeśli będzie tak mało czytało. Bycie odpowiedzialnym w dzisiejszym świecie nie może być oparte na nieustannym gapieniu się w ekran telewizora i wchłanianiem tych wszystkich obrazków i autorytatywnych komentarzy i tego wszystkiego.
Pamiętam jeszcze z czasów prezydenckich konferencji prasowych, jak to wszyscy oczekują od ciebie, że odpowiesz na dwadzieścia pięć pytań w pół godziny. A więc zadają ci pytanie: Co zamierza pan zrobić w sprawie Iranu? I na to masz półtorej minuty.
Mowy nie ma. A mimo to, tak to właśnie wygląda. A więc ludzie otrzymują powierzchowną odpowiedź. A później ma pan tych komentatorów, którzy, jeśli dostana pół minuty w wieczornych wiadomościach, to już mogą się cieszyć. Jak można omówić problem inflacji, nowy program walki z narkotykami? Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty? A mimo to, ci biedni politycy muszą robić to codziennie, byle się znaleźć w wieczornych wiadomościach.”
Bob Greene spotykał się z Nixonem w początku lat 80-tych. To już trzydzieści lat temu. Wiele się zmieniło, nawet Polska przez ten czas dobiła do cywilizowanego świata i nawet już u nas, istnieją specjalne szkolenia dla dziennikarzy telewizyjnych, o których Nixon – w nieco innym miejsc – mówi, że przez nie „wszystko staje się nudne jak Orzeszkowa”. Mówi tak: „Na tych wszystkich uniwersytetach, na tych kursach mówienia, każą ci wciąż słuchać swojego głosu. I koniec jest taki, że w telewizji, wszyscy – i kobiety i mężczyźni – mają dokładnie tę samą melodię, tę sama kadencję […] To wszystko byłoby o wiele bardziej interesujące, gdyby mówili normalnie.
A więc i my dobijamy do świata. Ale, niestety, już nie tylko jeśli idzie o telewizję. Gdyby Nixon żył dzisiaj, byłby z pewnością bardzo zdziwiony, widząc, jak już nie tylko obraz, ale i papierowe słowo, zaczyna mieć tę sama, „nudną jak Orzeszkowa” kadencję. I to już nie tylko w gazetach, ale i w książkach.
Niedawno pisałem o tym, jak to coś może wyglądać w literaturze, na przykładzie Polactwa Rafała Ziemkiewicza.Już po napisaniu tego tekstu, spotkały mnie ciężkie zarzuty ze strony osób ceniących Ziemkiewicza bardzo, że jestem wobec niego niesprawiedliwy. Oczywiście, jak się można było spodziewać od początku, sam padłem ofiarą tego, o czym piszę dzisiaj. Mój tekst nie dość, że nie był recenzją książki Ziemkiewicza, to nawet nie był tej książce poświęcony. Ale mimo to, że ani nie był recenzją, ani nie był na temat, to jednak coś tam o tym nieszczęsnym Polactwie napisałem i siłą rzeczy, jedyne co z tego zostało, to goły zarzut, że Ziemkiewicz jest dokładnie tak samo pusty, jak cały pop. Stało się zupełnie to samo, co sugerował Nixon: „Jak można omówić inteligentnie cokolwiek w półtorej minuty?” Ja można opisać polskość w ramach jednej popularnej ksiązki i jak można skrytykować tę książkę w jednym tekscie na blogu? Dziś nadal jednak nie mam zamiaru recenzować książki Ziemkiewicza, ale bardzo chciałbym coś dodać, co – mam nadzieję – uściśli całą kwestię. Mój problem z Ziemkiewiczem polega na tym, że on, jako publicysta, działa na jednej płaszczyźnie. Wymyśla jedną tezę, zazwyczaj bardzo nośną, i żeby dowieść jej prawdziwości, pisze na ten temat, albo cały wielki artykuł, albo – jeszcze gorzej – całą książkę. Ponieważ wszystko zostaje już zwykle załatwione na pierwszych stronach, albo w pierwszych zdaniach, a cała reszta jest już wyłącznie pisaniem, co ślina na język przyniesie, byleby tylko nie za bardzo odchodzić od tematu i nie obniżyć za bardzo poziomu kontrowersji.
Ja – jak mówię – nie planuję recenzować książek, nawet tak ważnych – by nie rzec, kultowych – jak Polactwo. Chce wyłącznie zwrócić uwagę na metodę, jaką się posługuje Ziemkiewicz, na jednym tylko przykładzie. Chcąc dowieść, ze ‘polactwo’ to również bezmyślna biurokracja, pisze Ziemkiewicz tak:
Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze. W polskim parlamencie zasiada 560 posłów i senatorów. Dokładnie tyle samo, co w USA. Tylko że USA liczą sobie około ćwierć miliarda mieszkańców”.I dalej, w charakterystycznie błyskotliwy dla siebie sposób, ze słynną ziemkiewiczowską swadą, udowadnia, że to jest właśnie jeden z elementów tak zwanego polactwa. I wymienia nazwiska, przytacza anegdoty, wręcz śpiewa piosenki na temat tego, jacy to ci Polacy są beznadziejni. Zadałem sobie trud, żeby sprawdzić, jak – jeśli idzie o kwestię polactwa– wygląda sytuacja w kilku europejskich krajach. Otóż Polska ma jednego parlamentarzystę na 68 tys. mieszkańców; Francja – jednego na 65 tys. mieszkańców; Hiszpania – jednego na 62 tys. mieszkańców; Portugalia – jednego na 43 tys. mieszkańców; Włochy – jednego na 63 tys. mieszkańców; Holandia – jednego na 44 tys. mieszkańców; Czechy – jednego na 35 tys mieszkańców….
Więc jeszcze raz. Ziemkiewicz pisze o polskim polactwie, kpiąc, szydząc, załamując ręce, wróżąc ostateczny upadek tego narodu i wieczną niewolę, podając jako jeden z argumentów, rozbuchaną biurokrację, a to na przykładzie nadmiernego składu osobowego parlamentu. I pisze tak, że pozwolę sobie powtórzyć: „Nie znam na przykład kraju, który by miał w przeliczeniu na głowę mieszkańca liczniejsze władze”. Ktoś mnie pewnie poprosi, żebym analizował dalej. Dalej grzebał po ziemkiewiczowskich stroniczkach, i wykazywał mu niechlujstwo i lenistwo. Nie. Ja już mógłbym dalej nie czytać w ogóle Ziemkiewicza, bo ja już swoje wiem. To jest właśnie ktoś taki. On wymyśla tezę, a później już tylko pisze, pisze, pisze… Jak będzie, tak będzie. Byle by wykonać plan. A plan – przyznaję – jest imponujący. A jak się czyta! Ileż tam żartów i anegdot i celnych spostrzeżeń! Przepraszam, ale ja już nie muszę.
I to jest własnie dokładnie to, o czym mówił przed laty Nixon, tyle że 30 lat później. Rynek spostrzegł, że jest jeszcze grupa osób, która nadal lubi sobie poczytać. A więc stworzył dla nich ofertę specjalną. Oni mogą czytać, ale to co dostaną, dostaną w tzw. pigułce. Nie dlatego że brakuje czasu, ale dlatego że brakuje miejsca. A pigułka będzie albo taka, albo inna – zależnie od wymagań czytelnika. Dla zwykłego, niewymagającego czytelnika tabloidów, powstanie tekst na 120 słów, złożony z 10 prostych zdań i ten tekst przekaże odpowiednio ułożoną pod względem ‘ciekawości’ informację. Dla czytelników bardziej inteligentnych, będzie gruba książka i ta książka również dostarczy odpowiednich wrażeń. Efekt jednak będzie taki, że i ten artykuł i ta książka będzie niosła dokładnie tę samą informację, czy naukę, czy rozrywkę, tyle że odbiorcą będzie ktoś kto lubi czytać, albo ktoś kto lubi czytać mniej. Dla reszty będzie telewizja.
Wczoraj w Rzepie, Piotr Semka dostarczył pigułkę tym wszystkim, którzy potrzebują się dowiedzieć, jak to jest z tym Lechem Wałęsą. I robi dokładnie to samo, co pan z telewizji, i to samo, co Rafał Ziemkiewicz, tyle że w formie gazetowego artykułu na – ja wiem? – 2 tys. słów. Jest oczywiście teza: Wałęsa to przebiegły lis i twardy gracz, na którego nie ma mądrych. Pisze Semka w leadzie swojego artykułu: „Historyczny lider „Solidarności" lubi występować w roli pomnika. Jednak co rusz ucieka z cokołu, aby związanemu z nim akurat środowisku wykręcić jakiś numer”. I teraz jest tak. Czy Semka wyjaśnia, jak to jest z tym „lubieniem”? Na ile Wałęsa lubi, a na ile musi? Co to znaczy „co rusz’? Ile razy uciekł, a ile razy go zmuszono? Ile razy uciekł, bo tak sobie wymyślił, a ile razy go zrzucono, albo się przestraszył? Ile razy on ten numer „wyciął”, a ile razy to jemu ten numer „wycięto”? Czy Semka odpowiada na pytanie podstawowe: Na ile Wałęsa jest samodzielny i wolny? Ani to, ani tamto, ani żadne inne pytanie nie jest przez Semkę potraktowane poważnie. On przedstawia nam maksymalnie skróconą i strywializowaną historię Lecha Wałęsy, dbając oczywiście cały czas, żeby ta narracja była odpowiednio zajmująca. A wszystko po to, żeby przekazać nam jedną, jedyną wiadomość – Wałęsa to sprytna bestia. I sprytna i bestia w sensie podstawowym.
Niezwykle charakterystyczny dla procederu, o którym tu dziś piszę, jest cały ustęp tekstu Semki, zatytułowany Psucie lidera "Solidarności" . Proszę sobie przeczytać. Semka w tekście o długości i przenikliwości przeciętnego wypracowania maturalnego, postanawia jednocześnie przedstawić całą historię współczesnej Polski i na tym tle – osobę Lecha Wałęsy. I w tej sytuacji, pozostaje nam tylko już czytać takie puste i płaskie diagnozy jak te:
Trudno zliczyć środowiska polityczne, które psuły Wałęsę, tolerując jego złe cechy i broniąc go, aby tylko dopiec adwersarzom” „Wyrywanie sobie Wałęsy z rąk zaczęło się z chwilą powstania NSZZ "Solidarność" w 1980 r.” "Lechu" szybko zerwał ze swoimi patronami sprzed Sierpnia i zagrał o samodzielne przywództwo” „Na dodatek na lidera "Solidarności" starał się wpływać prymas Józef Glemp, by ograniczyć wpływy środowiska lewicy laickiej w związku” „Dlatego w stanie wojennym, gdy najważniejsze stały się kontakty na Zachodzie – ważniejsze od robotniczych mas – postawił na środowisko Adama Michnika” „W okresie od rozpoczęcia rozmów Okrągłego Stołu do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego akceptował strategiczną rolę Bronisława Geremka i Adama Michnika jako faktycznych architektów polityki strony opozycyjnej” „W tym czasie kultu Wałęsy pilnowali jego najważniejsi doradcy” „Nasz bohater zrobił wtedy kolejny zwrot i zaczął planować, kto przygotuje mu kampanię prezydencką. Rozejrzał się, kto jest wrogiem jego wrogów i zainteresował się braćmi Kaczyńskimi
Przecież dla każdego, kto jest zainteresowany polityką choćby trochę wyżej od przeciętnej, tekst Semki wyłącznie irytuje swoją trywialnością. Tam każdy możliwy problem jest zaczepiony wyłącznie z samego wierzchu i każda odpowiedź, jakiej Semka udziela, powoduje pięć kolejnych pytań, na postawienie których już oczywiście nie ma ani czasu ani miejsca. Ale inaczej być nie może. To z czym mamy do czynienia, to nowa szkoła publicystyki, która jest taka a nie inna, bo takie a nie inne są czasy, i takie a nie inne są wymagania. To jest dokładnie ta sama sytuacja, o której trzydzieści lat temu wspominał Richard Nixon, zatroskany o to, że telewizja opanowała zbiorową świadomość na szkodę słowa pisanego.
Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, od czasu do czasu miałem okazję czytać Time Magazine, albo Newsweek. Zawsze bardzo liczyłem na to, że może uda się znaleźć coś na temat Polski i polskiej walki. Oczywiście, wszystko co czytałem było – w porównaniu z tym, czym nas karmiono w kraju - takie odważne i takie bezkompromisowe. Tyle że po pewnym czasie, ta właśnie powierzchowność, wymuszona brakiem miejsca i czasu i przede wszystkim potrzebą dostosowania się do możliwości przeciętnego czytelnika, już tylko irytowała. I to właśnie wtedy, zawsze wolałem sięgnąć choćby do ocenzurowanych tekstów Kisiela, które, choć znacznie krótsze, bardziej politycznie i obyczajowo ‘poprzycinane’, były jednocześnie bez porównania bardziej intelektualnie intensywne, a przez to zwyczajnie pouczające.
Ktoś mi powie, że nie mam prawa się mądrzyć, bo sam mogę bardzo łatwo zostać oskarżony o mierność i brak przenikliwości. Proszę bardzo. Przyjmuję wszelkie zarzuty. Pragnę jednak jeszcze raz zwrócić uwagę, ze ja najczęściej zajmuję się sprawami bardzo codziennymi, a jeśli wchodzę w politykę, to również – najczęściej – staram się nie snuć refleksji na tematy, które wymagają większej pracy i intelektualnej i szperania po źródłach, niż jest to potrzebne, żeby zapełnić parę stron papieru. A poza tym, nawet jeśli na tym bardzo zamkniętym poletku, ktoś znajdzie u mnie ślady niestaranności, lub jakichś większych błędów i niedomówień, to proszę mi je pokazać. Choćby w takim zakresie, jak ja to wykazałem Ziemkiewiczowi w kwestii rzekomego ‘polactwa’ polskiego parlamentu. I powiem nieskromnie, że się tu czuję bardzo bezpiecznie.
Ja, na przykład, być może (kto wie?) swój następny tekst poświęcę temu, że grillowanie – wbrew temu co mówią ludzie grillujący co tydzień – to nie jest bardzo powszechna sprawa. Że nawet jeśli urządzenie do grillowania, kosztuje jedyne 20 złotych, a może i nawet mniej, to całe miliony ludzi w Polsce już nie stać na to, żeby sobie kupić ten kawałek karczku i go zjeść nie z głodu, ale tak dla zabawy. No i sprawa podstawowa. Ja, na przykład, mimo że mnie stać i na grilownicę i na kawałek mięsa ekstra, nie rozstawię grilownicy w kuchni, ani nawet w łazience, tylko po to, żeby dołączyć do czegoś, co Donald Tusk – który z pewnością, jak sobie chce pogrilowac, to może wyjść do ogrodu – uznaje za przeciętne. I jak już będę pisał ten tekst, to zwrócę uwagę na to, jak elity w Polsce fatalnie się znalazły poza głównym nurtem zycia. I jeśli będę chciał to wszystko podać w tym swoim typowym tempie, który ktoś z moich czytelników kiedyś nazwał ‘czasem’, to zejdzie mi jakieś 3 do 4 stron. I tam będzie wszystko co trzeba. Ale ja się zajmuję drobnymi sprawami. Takimi maleńkimi sprawami, którym jakże daleko nie tylko do ‘polactwa’, ale nawet do Lecha Wałęsy.

niedziela, 7 września 2008

Mali Detektywi, czyli z wizytą na dnie dziennikarstwa śledczego

Niedługo minie rok od czasu, jak na fali obietnic oczyszczenia Polski z PiS-owskiej zarazy, Donald Tusk i jego drużyna objęli władzę. Minie za parę miesięcy rok, jak Julia Pitera zabrała się do kompletowania dokumentów mających społeczeństwu wykazać zbrodnie ustanowionego przez braci Kaczyńskich aparatu represji. Jeszcze parę miesięcy, a minie rok od dnia, w którym poseł Graś, człowiek jak najbardziej dobry i uczciwy, wypowiedział swoje słynne dziś słowa o Stasi i Securitate.
Co mamy po tym niespełna roku? Czym możemy się pochwalić? Minister Jasiński idzie pod Trybunał Stanu za doprowadzenie do ruiny Stoczni Gdańskiej, a Anna Marszałek, dziennikarka śledcza Dziennika, wraz z Michałem Majewskim, w tym samym stopniu śledczym, co Marszałek, dziennikarzem Dziennika, odkrywają tajemnice więzień CIA w miejscowości o nazwie Stare Kiejkuty. Niemal rok, po tym, jak Donald Tusk zapowiedział głosującym na niego i jego partię Polakom, że nie dość, że z więzień zostaną uwolnieni wszyscy represjonowani przez kaczystowski reżim przedstawiciele demokratycznej opozycji, to jeszcze oni wszyscy zostaną tam zastąpieni przez swoich prześladowców, takich jak Zbigniew Ziobro, Zbigniew Wassermann i Mariusz Kamiński, pojawia się szansa, że Jarosław Kaczyński pójdzie siedzieć nie za głupie podtruwanie pielęgniarek falami radiowymi, ale – hurrrra! – za torturowanie arabskich bojowników o wiarę.
Czytam dzisiejszą relację działu śledczego Dziennika, wprawdzie bez udziału samego szefa, Pawła Reszki, który tym razem przyjął funkcję specjalisty od refleksji, ale z zastępującą go godnie Anną Marszałek, damą, której prawdziwej wielkości słowa człowieka nie są w stanie wyrazić.
Ja tu się w swojej – przyznaję – kompletnej bezsilności, wyzłośliwiam, a sprawa jest poważna, jak cholera. Od kilku dni po naszej Polsce krąży widmo więzień CIA i choć nikt, dosłownie nikt, nie wie na ten temat absolutnie nic, pierwszy szereg naszych dziennikarzy, na zmianę z pierwszym szeregiem naszych polityków, zapowiadają apokalipsę, która ostatecznie, już za chwilkę, zmiecie z powierzchni ziemi całe PiS-owskie zło.
Do red. Marszałek i red. Majewskiego wrócę za chwilę, na razie jednak słówko od autora wstępniaka w sobotnim Dzienniku. Pisze Reszka: „Jesteśmy bliżej rozwikłania najgłębiej skrywanej tajemnicy ostatnich lat”, „Powoli pęka zmowa milczenia”, „Nie można posuwać się do barbarzyńskich metod”, „Czas poznać kulisy podejmowania decyzji i osoby, które za to odpowiadają”.
To jest ten język. A jaka jest treść? Treść jest taka, do jakiej nas przyzwyczajono od pewnego już czasu. Treść jest wypełniona przez dziesiątki zdań, zaczynających się od dwóch słów; „jeśli” i „czy”. Wszystko więc w normie. No ale Reszka, jak już wspomniałem, to dziś pan od refleksji. Mięso przypadło dziś innym detektywom z Dziennika.
Przyjrzyjmy się więc konkretom. Wprawdzie znów nie mogę się powstrzymać od refleksji i muszę ostrzec tych, którzy spodziewają się fajerwerków, że fajerwerków nie będzie. Nie będzie, bo być nie może. Dziennikarze, z którymi mamy do czynienia, gwarantują jedynie tzw. porzyganie się z nudów. I wie o tym każdy, kto pamięta choćby, jak Anna Marszałek odkrywała przed opinią publiczną narkomanię Marka Kuchcińskiego i jego przestępczą działalność na Podkarpaciu, albo też, jak rzeczony Majewski, ze swoim pryncypałem Reszką, zapoznawali opinię publiczną z kompromitującymi smakołykami z małżeńskiego życia prezydenta Kaczyńskiego.
No ale konkrety, choćby dla zwykłej rzetelności, omówić wypada.
Pierwsza strona Dziennika zapowiada wyniki dziennikarskiej pracy Anny Marszałek i tego Majewskiego, wielkim tytułem: „Amerykańskie służby miały tajną bazę na Mazurach”. Na stronie trzeciej, wywiadowcy Axela Sprintera kontynuują swoje dzieło pod jeszcze mocniejszym hasłem: „W pułapce więzień CIA”.
A zatem czytajmy.
„Do zamkniętych dla dziennikarzy pomieszczeń komisji służb specjalnych wchodzą...”
„Delikatnie mówiąc nie przepadają za SLD i ekipą Kwaśniewskiego...”
„Sprawa robi się paląca”.
„Posiedzenie sejmowej komisji z 21 grudnia jest nietypowe”
„Ze względu na ochronę źródła informacji, nie możemy napisać...”
„Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą”.
„Ziobro ma bowiem prawo podejrzewać, że Wassermann wciąga go w niejasną grę”.
„W kontekście tego spotkania zastanawiająco brzmią słowa Wassermanna, który ostatnio publicznie powiedział: ‘W tej sprawie zrobiłem wszystko, co do mnie należało’”...
I tak dalej, w tym samym kretyńskim stylu, stylu jakby wyjętym z włoskich parodii Ojca Chrzestnego, Marszałek z Majewskim udają poważnych dziennikarzy pochylonych nad jeszcze poważniejszym zadaniem. Nie ma tu ani potrzeby, ani miejsca, żeby cytować wszystkie te idiotyczne kawałki wystękane przez śledczych Dziennika. Nie ma potrzeby, bo tam naprawdę nic więcej nie ma. Jest tylko Marszałek i Majewski i ich chore, niczym nie podparte ambicje bycia kimś, do kogo ludzie się będą zwracać per „redaktorze”. I kto dla sąsiadów i znajomych z „Naszej Klasy” będzie kimś więcej, niż jeszcze jednym zapomnianym nazwiskiem.
Jest jednak fragment tych pseudodziennikarskich wybryków, który warto zacytować w dłuższym trochę fragmencie, częściowo już wspomnianym, bo ten właśnie fragment dobitnie pokazuje poziom, o którym dziś chciałem napisać. Piszą tzw. dziennikarze:
„Wassermann prosi, żeby przyjechał do niego prokurator generalny Zbigniew Ziobro, Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą. Ambitny i młody minister nie widzi więc powodu, żeby stawiać się u swojego krakowskiego konkurenta. Jednak ze strony Wassermanna pada argument, wobec którego Ziobro jest bezradny:-Chodzi o sprawę, z którą ja nie mogę wyjść ze swojego gabinetu”. Nie trzeba być w ogóle inteligentnym. Można wręcz być kompletnym idiotą, żeby mimo to zadać sobie pytanie, skąd Marszałek i Majewski znają treść rozmowy Wassermanna z Ziobrą. Nie trzeba być też szczególnie przenikliwym, żeby umieć sobie od razu odpowiedzieć, że Marszałek z Majewskim treści tej rozmowy znać nie mogą i wszystko, co piszą, to sobie wymyślają, najprawdopodobniej w oparciu o swoje dawne jeszcze przeżycia z lektury książki ‘Kapelusz za sto tysięcy’.
Bo taka jest intelektualna i merytoryczna wielkość pracy detektywistycznej redaktorów Dziennika. Mam na myśli coś takiego, co kiedyś jeszcze było parodiowane przez satyryków wczesnego PRL-u. Gdzieś ktoś we wsi napisał na płocie zdanie „rusek jest głupi”, a lokalny redaktor lokalnej gazetki prowadził swoje lokalne śledztwo, mające na celu ustalenie sprawcy tej szczególnej zbrodni.
eby jakoś poprowadzićć tę moją dzisiejszą refleksję do sensownego końca, chciałbym zaznaczyć, że osobiście nie mam pojęcia, czy w Polsce Amerykanie mieli tajne więzienia. Nie wiem, czy trzymali w nich islamskich terrorystów, a jeśli ich trzymali, to czy ich przy tym torturowali, czy może tylko ktoś jednego z drugim zwyczajnie kopnął w tyłek. Natomiast wiem jedno. Choćby nawet te więzienia istniały, to jeśli polska władza zażyczy sobie tej informacji nie ujawnić, ani Marszałek, ani Majewski, ani żaden inny dziennikarz dokładnie nic się na ten temat nie dowie.
Bo poziom polskiego dziennikarstwa jest tak dramatycznie niski, że jedyne na co tych amatorów stać to skutecznie podjudzić najbardziej ogłupiałą część społeczeństwa przeciwko nielubianemu politykowi, albo zacząć jakąś większą akcję, która będzie udana tylko wtedy, kiedy politycy sobie tego zażyczą.
Proszę się zastanowić, co byśmy zobaczyli, gdybyśmy tak któregoś dnia zebrali caą pracę śledczą Majewskiego, Reszki i Marszałek z ubiegłych dwóch, czy trzech lat? Jakie konkretne dziennikarskie sukcesy tych trzech wybitnych żurnalistów moglibyćmy podziwiać? Zero. Całe to ich pisanie sprowadza się wyłącznie do albo plotkowania, albo do zwykłego podjudzania społecznych emocji. Czy to mamy do czynienia z opisywaniem przestępstw CBA, czy plotkowaniem na temat relacji między Lechem Kaczyńskim, a jego żoną, czy, tak jak dziś, spekulowaniem na temat jakichś najbardziej tajnych rozmów, co do których nawet nie wiadomo, czy miały miejsce, efekt jest zawsze dokładnie taki sam. Zapisane kolumny jednej gazety codziennej.
Może mi dziś Reszka z Majewskim powiedzieć: "Ale za to zmusiliśmy do dymisji jeden rząd. Tylko co z tego, skoro dokładnie tym samym sukcesem może się pochwalić tefauenowski pajac Wojewódzki i producenci prypinek z napisem Radio Ma Ryja.
I to mnie oczywiście cieszy. To kompletne amatorstwo dziennkarzy jest mi wybitnie miłe. Przynajmniej jeśli idzie o te Kiejkuty. Bo mam nadzieję, że Amerykanie korzystali z naszej pomocy i że ta pomoc była bardzo skuteczna. I że dzięki tej pomocy pary terrorystów oberwało. I że ci, którzy mają wobec amerykańskiej walki z terroryzmem niedobre zamiary, o tym, czego się mają nie dowiedzieć, to się nie dowiedzą.
I już na sam koniec, chciałbym podkreślić rzecz oczywistą. Chodzi o to mianowicie, że w gruncie rzeczy problemem nie jest ani Reszka, ani Marszałek, ani Majewski, ani nawet ten dogorywający już powoli Dziennik. Oni zawsze byli tylko grupką aspirujących amatorów. Jeszcze parę lat i pamięć o nich przeminie, bo po prostu nie ma o czym pamiętać. Chodzi o to jednak, że raz po raz wraca temat jakości polskiego dziennikarstwa, jakości polskich mediów i w ogóle stan relacji między politykami, a opinią publiczną.
Ostatnio nawet, pojawił się problem relacji jakościowej między tzw. publicystyką internetową, a dziennikarstwem mainstreamowym. Redaktor Janecki – osobiście na szczęście nie czytałem, ale opowiadano mi – wyraził podobno opinię, że blogi polityczne przy dziennikarstwie ‘prawdziwym’, to mizeria.
Mam dziś dla pana redaktora Janeckiego informację. Jest Pan w ciężkim błędzie. Jeśli gdziekolwiek, w polskiej publicystyce można znaleźć choćby minimalną jakość, to na pewno nie tam, gdzie Pan by chciał jej szukać. Oczywiście, są wyjątki i nawet w Dzienniku czasem można trafić na odrobinę sensu. Natomiast, jeśli ktoś nie chce nadmiernie ryzykować, to raczej powinien zajrzeć choćby tu do Salonu, a nie marnować pieniądze na tandetne popisy pańskich kolegów dziennikarzy.
Ja oczywiście wiem, że te moje dzisiejsze słowa mogą zabrzmieć dla Was jako bardzo niesprawiedliwe, ale raz, że są absolutnie uprawnione, a dwa – i to akurat jest dla Was informacja naprawdę niemiła – kiedy się czyta teksty takie, jak dziś tu przeze mnie omawiany, można dojść tylko do jednego wniosku – ten cały interes pod nazwą ‘dziennikarstwo’ powinien zostać jak najprędzej zamknięty, a słowo ‘dziennikarz’ powinno zostać umieszczone w słownikach języka polskiego z adnotacją „wulg”.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...