Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konserwatyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konserwatyzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

Co zrobić z kimś, kto lubi papieża Franciszka i Beatę Szydło?

      Ostatni dzień naszego pobytu w Zakopanem postanowiłem przypieczętować tekstem, jaki zamieściłem w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo liczę na to, że przynajmniej część z czytelników uda mi się zainspirować na tyle, że zechcą się odezwać.

      Sytuacja, o której dziś chciałbym pisać, powraca do mnie jak fala i przyznaję, że za każdym razem angażuje mnie emocjonalnie bardziej, niż by wypadało, a rzecz w tym, że pojawiają się wobec mnie zarzuty, że jestem niewystarczająco konserwatywnie, czy choćby tylko patriotycznie, nastawiony do rzeczywistości, która nas otacza. Ostatnio doszło wręcz do tego, że paru czytelników wyraziło rozczarowanie moimi życzliwymi słowami pod adresem papieża Franciszka i jego nauk i poradziło mi, bym się może zapoznał z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.
      W tej sytuacji uznałem, że skorzystam z okazji, jaką mi daje ów felieton i bardzo krótko przedstawię swój stosunek do wspomnianej rzeczywistości, no a przy okazji do krytyki, jaka jest wobec mnie formułowana. Otóż tak jak zdecydowanie zamierzam bronić wartości, które uważam za tradycyjne i naturalne człowiekowi, jak zamierzam deklarować swoje przywiązanie do Kościoła Powszechnego, tak samo też zdecydowanie i otwarcie deklaruję swoją niechęć do wszelkich ekstremizmów, które charakteryzują wielu z nas, a które osobiście uważam za wyjątkowy objaw niedojrzałości, na każdym możliwym poziomie.
      I teraz powiem coś, czego chyba dotychczas nie zdarzyło mi się powiedzieć. Otóż prawica krytykująca dziś papieża Franciszka za to, że prowadzi Kościół na modernistyczną zgubę, rząd premier Szydło za to, że jest socjalistyczny i antypolski, wreszcie prezydenta Dudę za to, że sprzedaje Polskę nowojorskim Żydom, nie jest moją prawicą i ja faktycznie już wolę być nazywany „starozakonnym szambonurkiem”, jak to ostatnio czyni w słanych do mnie mailach pewien polski patriota.
     Bo ja znam aż zbyt dobrze ową polską prawicę, prawdziwą, wierną i bezkompromisową. Jeszcze przed laty mogłem oglądać ją w akcji każdego dnia, jak krzątała się po salonach i obracała w swoich wycwanionych głowach nowe plany. Pamiętam ich choćby z czasów, gdy obalali rząd Jana Olszewskiego, pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szansę, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”.  Pojawiało się gdzieś dwóch młodzieńców z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP oczywiście zapraszała ich do środka.
       No i patrzę na nich teraz, kiedy próbują rozwalić pierwszy naprawdę polski rząd, bo on nie jest wystarczająco polski, albo tłuką bez opamiętania w papieża i biskupów, bo właśnie się okazało, że ci wystąpili przeciwko Katechizmowi Kościoła. I pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
       Do nich więc się dziś zwracam. Możecie mnie od dziś traktować, jak sobie chcecie, byle nie jak kogoś, kogo uważacie za swojego.


Przypominam, że księgarnia pod adresem www.coryllus.pl jest jak zawsze czynna 24 godziny na dobę, a w niej, poza moimi książkami, druga część wspomnień Hipolita Korwin Milewskiego. Lektura obowiązkowa.

wtorek, 28 października 2014

O owsiakowym sercu i rozumie lodem skutym

Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy już kiedyś o tym nie wspominałem, ale ten dzień jest równie dobry jak każdy inny, by ową deklarację choćby i powtórzyć, że dla mnie udział w targach książki – każdych targach, nawet tych najbardziej nędznych, w Katowicach – jest najwyższą przyjemnością. Dzień spędzony na tym stoisku jest czymś tak intensywnie fascynującym, że niekiedy mam wrażenie, że nawet gdyby pomysł polegał na tym, że tymi książkami handluje się dzień i noc na okrągło, a czytelników jest zawsze mniej więcej tyle samo, ja bym nawet nie poczuł, że chce mi się spać, by nie wspomnieć o tym, że od tego stania bolą mnie już nogi. Stoję więc od rana do późnego popołudnia sprzedając te książki, no a przede wszystkim rozmawiając z choćby i tylko potencjalnymi czytelnikami, i nawet nie czuję, jak mija czas.
No i słucham Gabriela, który wciąż gada, gada i gada. Ja nie wiem, ilu z nas zna go od tej strony, ale trzeba nam wiedzieć, że Gabriel ma to do siebie, że kiedy pojawi się ktoś i zada mu jakiekolwiek pytanie, on już tylko opowiada, a robi to w taki sposób, że z każdej strony zaczynają przychodzić inni, przystają i go słuchają. I tak te opowieści się toczą przez pół godziny, godzinę, czasem nawet dwie, a on stoi i nie może przestać. Przyznaję, że dla mnie to nie jest sytuacja do końca komfortowa, bo mam wieczne wrażenie, że kiedy tam się odbywają te pogawędki, nie ma sprzedaży, choćby przez to, że cały front stoiska jest zapchany ludźmi i ktoś kto przechodzi obok nawet się nie zatrzyma, nie spojrzy co tam słychać, tylko pójdzie dalej, do jakichś bałwanów sprzedających złote myśli Adama Wielomskiego, czy historyczne opracowania na temat nałożnic papieży. No ale przynajmniej można na chwilę usiąść i dać odpocząć nogom.
No ale, jak mówię, targi to fantastyczna rzecz i gdyby one były organizowane co tydzień w innym miejscu w Polsce, ja bym tam regularnie jeździł i podpisywał te książki z najwyższą radością.
Jak już parę dni temu zeznał sam bohater tego zdarzenia, w sobotę w tym zebranym przed stoiskiem tłumie pojawiła się dziewczynka z wyciętym z jakiejś folii serduszkiem. Z początku, zajęty gadaniem Gabriel jej nie zauważył, natomiast ja – owszem, miałem na nią oko od samego początku. Ona tam stała, ładna, skromna, cicha, grzecznie uśmiechnięta i czekała aż będzie mogła podejść do „pana pisarza”. Wreszcie się jej udało, no i dalej było dokładnie tak, jak Gabriel opowiedział u siebie. A więc, ona poprosiła, by on to serduszko podpisał, a ona je wystawi na owsiakowej licytacji, no i Gabriel je podpisał.
A ja tylko powiem, że ja się od początku bałem, że on z jakiegoś powodu ją odprawi, informując ją, że on Owsiakowi nic nie będzie podpisywał, że jak ona ma życzenie niech idzie do tego nadętego buca Pilipiuka, który tam nieco dalej przebrany za chłopa pańszczyźnianego umiera z nudów, albo że niech się opamięta i przestanie zadawać z psychopatycznymi czarownikami. Dlaczego się bałem? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ona najprawdopodobniej z tego by zrozumiała tylko tyle, że ulubiony autor jej taty, to cham bez serca, a drugi, że to by zwyczajnie z jego strony było głupie i tanie, a ja bym bardzo nie chciał, by mój kumpel Gabriel wykonywał tanie i głupie gesty, bez żadnego sensu i korzyści.
Bałem się więc tego trochę, a z drugiej strony wiedziałem, że nie ma się czego bać, bo, wbrew temu co niektórzy sądzą, Coryllus to jest człowiek niezwykle inteligentny, grzeczny i przede wszystkim myślący. I podczas gdy ja świetnie wiem, na co go stać, gdy dochodzi do debat tu na blogach, gdzie „się psia nędza nikt nie oszczędza”, to nie ma takiej możliwości, że ktoś go przyłapie, jak biega po ulicach swojego Grodziska i zaczepia ludzi, których nie lubi, albo wdaje się w krwawe spory z nieznanymi sobie osobami, którzy w dodatku na owe spory nie mają najmniejszej ochoty.
Z reakcji, jakie zaobserwowałem w komentarzach pod tekstem, w którym opisał Gabriel swoje spotkanie z tym dzieckiem, wnioskuję, że dla części komentatorów sprawą oczywista jest, że Gabriel powinien był to dziecko przepędzić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ich zdaniem bycie pryncypialnym nie znosi wyjątków i obowiązuje nawet w sytuacjach, gdzie owa pryncypialność nikogo, ale to dokładnie nikogo nie obchodzi i nikomu nie jest do niczego potrzebna. Po drugie, naturalnie (tak, tak – naturalnie!), dla nich to że to dziecko tam przyszło i podsunęło Gabrielowi pod nos tego Owsiaka, to była prowokacja uszyta na najwyższych poziomach Systemu. Tę dziewczynkę tam ktoś na Gabriela nasłał po to, by najpierw oczarowała go swoim bezpretensjonalnym urokiem, a następnie skompromitowała, jako nędznego cwaniaka bez zasad. A on, głupi, dał się na to zagranie nabrać.
Powiem uczciwie, że mało jest rzeczy, które mnie tak irytują, jak ten rodzaj zacietrzewienia, czy może obłędu. Żeby przybliżyć nieco sprawę opowiem pewną angdotę. Otóż czytałem kiedyś u Boba Greena historię o tak zwanym „tylenolowym zabójcy”. Na przełomie lat 70 i 80 w okolicach Chcago ktoś – prawdopodobnie związany z produkcją, czy może dystrybucją tabletek przeciwgorączkowych o nazwie „tylenol” –zatruł cyankiem potasu pewną partię towaru i w związku z tym zmarło siedem osób, w tym mała dziewczynka o nazwisku Mary Kellerman. W ramach śledztwa prowadzonego przez FBI – swoją drogą do dziś bez sukcesu – Greene został poproszony o napisanie specjalnego felietonu, który miał sprowokować zabójcę do ujawnienia się. Tekst o którym mówię jest już tylko opisem całej przygody, o tym, jak Greene spotyka się z agentami, jak odwiedza z nimi rodziców dziewczynki i jak to co się stało widzi. W pewnym momencie, widząc, jak agent FBI zaczyna się angażować w sprawę już nie tylko na poziomie zawodowym, ale jako zwykły, współczujący człowiek, pyta go o to, a ten mu odpowiada mniej więcej tak:
Czasem, kiedy pozwolisz, by to czym się zajmujesz zawodowo, definiowało całe twoje życie, przestajesz robić rzeczy, które powinieneś robić, jako człowiek”.
Przyznaje, że sam mam swoje obsesje i jestem gotów w ich imię walczyć do ostatniej kropli krwi, ale jednocześnie potrafię mieć na uwadze proporcje i nie robić z siebie durnia na każdym możliwym poziomie. Dlaczego? Dlatego przede wszystkim, że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że w momencie gdy wszystko jest równie ważne, tak naprawdę z pewnego punktu widzenia to wszystko też nagle staje się całkowicie bez znaczenia. Jeśli mam się angażować w jakąkolwiek sprawę, mam się w nią angażować całym sobą, a jeśli mam to robić całym sobą, to muszę też mieć świadomość, że sprawa jest tego warta. Przepraszam bardzo, ale – jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu – ja walczę z Owsiakiem i tymi, którzy go prowadzą, by nam zawrócić w głowie, a nie z tymi dziećmi, które stoją każdego roku pod moim kościołem z puszkami i się tak fatalnie dają wykorzystywać. I jeśli im do tych puszek nic nie wrzucam, to nie drę na nich jednocześnie mordy, nie spluwam pod nogi, nie robię im wykładów, których one ode mnie w ogóle nie oczekują, tylko grzecznie mówię „dziękuję” i idę w jedną, lub w drugą stronę. A przede wszystkim, nawet mi przez myśl nie przeleci, że któreś z nich to tajny agent blogerów Sowińca i Gadowskiego, którzy w ten sposób próbują mnie skompromitować. Ludzi, którzy zachowują się w ten sposób nie znoszę i staram się jak mogę tępić.
Podczas targów miałem część z nich pod samym nosem, a mam tu na myśli osoby przewijające się przez stoisko oferujące tak zwane „treści patriotyczno-narodowe” – to tam właśnie widziałem tego Wielomskiego z czymś co się bezczelnie tytułowało „Dekalogiem konserwatysty”. Ponieważ jestem dziś w nastroju niemal pacyfistycznym, nie powiem, jak oni wyglądali, zaczynając na autorach, a na tych dwóch ponurych sprzedawcach kończąc, wystarczy że powiem, że na moje wyczucie, gdyby to dziecko z owsiakowym serduszkiem podeszło tam do nich, zamiast do Gabriela, to oni najpierw zaczęliby się dymić, potem skwierczeć, a następnie stanęli w płomieniach. I to wcale nie dlatego, że są tacy wrażliwi na moc Szatana, ale odwrotnie – bo sami są wypełnieni złem i kłamstwem. To są ludzie, którzy nie mają w życiu żadnego innego celu, poza stałym demonstrowaniem swojego przekonania, że idea to życie, a robiąc to, są tak zawzięci, tak okropnie poważni, tak gotowi, by w tej demonstracji polec, że już nawet nie wiedzą, jak się uśmiechać. I tu, moim zdaniem, nie różnią się niczym od choćby tych najbardziej ogłupiałych nieprzyjaciół Polski, którzy dzień w dzień, od ponad już dziesięciu lat wydzwaniają do „Szkła Kontaktowego”, by wyłącznie pluć i szydzić. A kiedy już im owych szyderstw i śliny nie starcza, biorą w ręce kije, lub coś jeszcze gorszego i ruszają z misją prawdziwą. I mam wrażenie, że to z nich się wywodzą ci, co przez cały boży weekend tłumaczyli Gabrielowi pod jego notką, jak on powinien był potraktować to dziecko z owsiakowym sercem.
Staliśmy przez te trzy dni na stoisku Coryllusa, sprzedawaliśmy książki, a z ścianą słychać było tę ponurą ciszę. Od czasu do czasu zaglądałem tam ukradkiem, by zobaczyć, co się dzieje, ale tam wciąż było to samo, a więc tak zwana załoga, plus od czasu do czasu jacyś młodzieńcy z bródkami w garniturach i te podręczniki dla „prawdziwych konserwatystów”. W pewnym momencie podeszła do mnie pewna pani, która głównie się tam udzielała, najpierw poinformowała mnie, że ma do mnie pretensje o to, jak ja przed laty potraktowałem Artura Zawiszę, a potem sobie poszła. A ja powiedziałem Gabrielowi i Tomkowi, że ja już od dawna mam ochotę napisać jakiś tekst, w którym udałoby mi się tak do końca powiedzieć, za co ja tych owych „konserwatystów” nie znoszę, i dlaczego uważam, że oni są najgorsi, tyle że nie umiem znaleźć na ów tekst metody. Kiedy siadałem do dzisiejszej notki, jak to często bywa, nie wiedziałem, co z niej powstanie, ale nie wykluczam, że jakimś cudem mi się udało.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl mamy całą kupę fantastycznych książek, starych, nowych i zupełnie najnowszych. Szczerze polecam, a tych którzy juz wszystko mają, a prezenty porozdawali, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. To już ostatnie dni. Dziękuję.

środa, 20 stycznia 2010

O cwanej prawicy w cwanym świecie



Pierwszy raz na nich wpadłem jeszcze za komuny. Byli dzielni, zawzięci i głupi. Ciekawe to były czasy. Wówczas jeszcze głupota była cnotą. Tylko bowiem człowiek głupi mógł wierzyć, że warto w ogóle cokolwiek robić i tylko człowiek głupi miał to przekonanie, że zwyciężyć potwora to tyle co splunąć. Spotykałem ich właściwie codziennie i jeśli patrzyłem na nich z podziwem, a jednocześnie wiedziałem, że oni w życiu nie wyjdą poza te swoje marzenia, to nie dlatego że byłem jeszcze głupszy, ale wręcz przeciwnie – byłem mądrzejszy. Tyle, że – jak już wspomniałem – to głupota była cnotą. To ona właśnie miała rację.
No i zwyciężyli. I poprowadzili dalej tę walkę, już w nowym wymiarze. Tyle że tu właśnie pojawiły się pierwsze przeszkody. Tu właśnie okazało się, że przeciwnik jest już bardzo konkretny, często znacznie bardziej wyrachowany, a przede wszystkim o wiele bardziej cwany. I w jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że tym razem już na pewno nic z tego nie będzie, bo oni naprzeciwko siebie już nie mają zwykłego, tępego straszydła, którego można było pokonać zwykłą wiarą i determinacją, ale Cywilizację. A z Cywilizacją, jak wiemy, nie ma żartów. Cywilizacja nie odpycha. Ona jest uprzejma, łagodna i gotowa do współpracy. A oni oczywiście byli nadal tak samo głupi, choć nie na tyle oczywiście, by nie zauważyć, że trzeba przegrupować siły. I że też trzeba się wycwanić. No i się wycwanili. Na swoją skromną miarę, ale się wycwanili.
Na dwa sposoby. Jedni nauczyli się ładnie mówić, kupili sobie lepsze skarpetki, niektórzy z nich zapisali się nawet na jakieś studia i zostali zaakceptowani jako część najnowszej historii Polski. Kiedy ostatecznie przegrali, poszli w biznesy i tylko już od czasu do czasu, przy okazji większych rocznic, wystąpią w telewizji i opowiedzą, jak to człowiek siedział za wolność. To większość. Inni pozostali wierni, ale jednocześnie postanowili, że oni już będą naprawdę cwani. I stworzyli tak zwaną nową polską prawicę. Prawdziwą, wierną, bezkompromisową. I ich też mogłem oglądać, tak jak przed laty, w akcji każdego dnia. Tyle że już w tym nowym okresie ich walki. Od samego początku, dzień w dzień byłem świadkiem, jak ci sami bohaterowie sprzed lat, których kiedyś tak podziwiałem, i na których jednocześnie patrzyłem z góry, krzątają się po salonach i obracają w swoich wycwanionych już głowach nowe plany. Pamiętam więc ich z czasów, kiedy organizowali pierwszą kampanię Lecha Wałęsy. Pamiętam ich, jak obalali rząd Jana Olszewskiego. Pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szanse, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”. Pamiętam, jak upadali i natychmiast się podnosili i natychmiast szli tam, gdzie widzieli że się coś dzieje. Albo na ratunek Europy, albo Polski, albo autonomii swojego regionu, czy choćby wolności prostego obywatela niszczonego przez państwo. A szli tam, nie żeby uczestniczyć, nie żeby budować, tylko żeby rozrabiać. Rozrabiać tak jak za dawnych lat, tyle że dziś już w znacznie bardziej cwany sposób.
Jak to się stało, że dopuszczono ich do gry? W końcu to nie była byle jaka gra. To nie była już zabawa w rzucanie kamieniami i uciekanie do najbliższego kościoła. To, jak już wspomniałem, była wyższa jazda. Nie mogło być przecież tak, że przychodziło dwóch niedorobionych intelektualistów z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP otwierała szeroko swoje ramiona i zapraszała ich do środka. Chociaż, kto wie? Może faktycznie chodziło o to, by stworzyć dwie elity, jedną realną, a drugą na niby? Ale skoro tak, to po co? Tu akurat już mamy do czynienia z zagadką, choć wydaje mi się, że odpowiedź i tak da się znaleźć – chodziło najpewniej o to, by nie dopuścić do powstania w Polsce normalnej, silnej prawicy. Ci co mieli takie rzeczy wiedzieć i – jak się okazuje – wiedzieli, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że prawica to taki śmieszny twór, który w połączeniu z głupotą, której zawsze jest w nadmiarze, będzie zawsze robił to, co mu się każe. A zatem, nie ma lepszego sposobu na dezintegrację prawicy, niż stworzenie jej odpowiednich warunków do swobodnej działalności, oczywiście z dyskretnym i stałym nadzorem.
No i dalej już poszło jak z płatka. Kiedy dziś wspominam kolejne nazwiska, kolejne twarze, kolejne polityczne ruchy na polskiej prawicy, wciąż widzę z jednej strony tę głupotę, a z drugiej święte poczucie, że nikt od nas nie jest bardziej cwany. I widzę też, jak stopniowo, pomaleńku, kiedy polski, rozproszony jak stado baranów, ruch konserwatywny ponosił kolejne porażki, jego liderzy, których praktycznie zawsze było tyle samo ile partii, a może nawet i więcej, zostawali na lodzie, ale za to z tym poczuciem, że co jak co, ale cwani to byliśmy naprawdę. No i patrzę na nich teraz, w najróżniejszych sytuacjach. Kiedy zawiązują koalicję parlamentarną i od pierwszego dnia kombinują, jaki by tu wykręcić numer, żeby wszystkim oko zbielało Albo rozwalają rząd, który współtworzą, bo sobie coś bardzo cwanego obmyślili i wierzą głęboko, że tym razem się uda. Albo wchodzą do publicznej telewizji i choć wiedzą, a może właśnie dlatego, że wiedzą, że to tylko chwila, zachowują się jak banda jajcarzy, którzy pękając ze śmiechu, są mocno przekonani, że oto własnie nabijają sobie kolejne punkty. I występują w mediach, z chytrymi uśmiechami, wyszczekani tak że świat nie widział, oczytani w klasykach myśli konserwatywnej, pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
Oto polska prawica. Z jednej strony strasznie zadumana i pełna niezwykle szlachetnych refleksji na temat życia, śmierci, i świętości jednego i drugiego. Pełna najgłębszych przemyśleń w kwestii zasad i ideałów. A z drugiej, intelektualnie, a przede wszystkim emocjonalnie, na poziomie kogoś, kto właśnie ukończył szkołę i zaczyna pisać biznesplan. Bo koledzy mu powiedzieli, że dobrze jest coś rozkręcić tam gdzie jest kasa i perspektywy. Polska prawica, patrząca z dumnie wydętymi wargami na wszystkich. I na tych którym się udało, i na tych którym się nie udało; i na tych, którzy przegrali, bo byli za mało zdolni, lub zbyt leniwi, ale też na tych, którym się udało, bo mieli spryt i talent… I działają, i walczą i tworzą plany i strategie, i zawsze są z siebie strasznie zadowoleni. Bo są. Bo nie wypadli z gry. No i też dlatego, że nawet „czerwoni” muszą od czasu do czasu się z nimi liczyć. A że wciąż nie ma nagrody? Ależ im na nagrodach nie zależy! Polska prawica to ideowcy. Wszystko co robią, robią wyłącznie dla Boga i dla Ojczyzny.
A codzienną satysfakcję, że znów udało się kogoś przechytrzyć, można zawsze potraktować jako bonus i bardzo miłą niespodziankę.
PS. Kończy się druga tura konkursu. Można głosować do czwartku do 12.00. Jeśli uważacie, że to dobry blog, bardzo proszę jeszcze o ten wysiłek i o wysyłanie esemesów o treści C00026 (to są trzy zera) na numer +487144. Onet wysyła potwierdzenia. Jeśli potwierdzenie nie przyszło, to znaczy, że wystąpił błąd. Dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...