piątek, 30 listopada 2012

Gdy strach zżera duszę

Jak się należało spodziewać, najświeższa aktywność Systemu największe wrażenie zrobiła na tych, którzy maja najwięcej do stracenia. Jak idzie natomiast o ludzi, którzy dostali już po głowie tak, że jak idzie o to co się stanie dalej, jest im praktycznie wszystko jedno. No bo zastanówmy się. Co może stracić ktoś taki jak ja? No, okay, resztki tej pracy, która mu jeszcze została, to jest faktycznie coś. Z drugiej jednak strony, w jaki sposób to co ja mam teraz, gwarantuje mi spokój kiedy idę spać i kiedy się budzę nad ranem? Jak się nad tym zastanowić, to wszystko wygląda raczej na komedię. Co się musi stać takiego, by ktoś taki jak ja mógł już bez niepokoju czekać na pojawienie się listonosza? Występ Grzegorza Brauna i propagandowe zdziczenie stacji TVN24? Nie żartujmy.
Inna sprawa, jeśli to co od paru dni wyrabia system zaczyna dotyczyć ludzi, którym dotychczas było względnie wygodnie i ich jedynym praktycznie marzeniem było to, by tak jak jest zostało już najlepiej na zawsze. Wydaje mi się, że jakkolwiek by nie były ponure ostatnie wydarzenia i jakkolwiek paskudnie by nam one wróżyły, z pewnością jedna z wypływających z nich konsekwencji jest jak najbardziej pozytywna: otóż widzimy dziś bardzo wyraźnie, komu dotychczas było naprawdę dobrze. Jedną z tych osób jest oczywiście Tomasz Sakiewicz.
Wczoraj w Salonie24 pojawił się napisany przez wspomnianego Sakiewicza komentarz dotyczący sprawy Grzegorza Brauna. Pierwsze jego zdanie brzmi tak: „Z dużym przerażeniem wysłuchałem tego, co mówił Grzegorz Braun o potrzebie likwidowania dziennikarzy”.
Ja nie żartuje, ja nie cytuję z pamięci, ja nic nie zmyślam. To są słowa Sakiewicza, względnie jakiegoś jego asystenta, który jednak – jak się domyślam – ma od Sakiewicza wszelkie potrzebne papiery na swoją działalność. A zatem tak to właśnie było. Sakiewicz wysłuchał wypowiedzi Brauna, usłyszał, że Braun wzywa do likwidacji dziennikarzy, i zawodowa solidarność kazała mu się przerazić.
I wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien istotny bardzo fakt. Braun po pierwsze nie wzywał do likwidacji dziennikarzy, a po drugie Sakiewicz miał niemal trzy miesiące czasu na to, bym ja dziś się nie musiał zastanawiać, czy on jest zwykłym idiotą, czy tylko przestraszonym sukinsynem. Rzecz bowiem w tym, że ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Sakiewicz przede wszystkim wypowiedź Brauna znał co najmniej od połowy września, i że ona go przeraziła dopiero wtedy gdy sobie parę dni temu puścił telewizję TVN24 i poczuł, że się robi ciepło. Rzecz bowiem w tym, że ja byłem na spotkaniu w Klubie Ronina, słuchałem wypowiedzi Grzegorza Brauna i od początku do końca doskonale wiedziałem, o czym Braun mówi. A ponieważ ja nie mam najmniejszego powodu by uważać, że od Sakiewicza jestem jakoś szczególnie bardziej inteligentny, uważam, że on akurat wypowiedź Brauna zrozumiał nie gorzej ode mnie. A więc pozostaje strach.
Czego się boi Sakiewicz? Przepraszam bardzo, ale skąd ja mam to wiedzieć? Ja mu akurat za płot nie zaglądam. Ja nie wiem, ile on traci, jeśli Michał Boni wraz ze swoimi kumplami z Platformy Obywatelskiej, PSL-u, SLD i Ruchu Palikota postanowią jednak przepchnąć przez Sejm ustawę o zwalczaniu języka nienawiści. Natomiast z jego wczorajszego zachowania wnoszę, że z całą pewnością znacznie więcej niż dajmy na to ja. I całe mnóstwo innych osób, które przychodzą na ten blog szukając tu pocieszenia i inspiracji do tego, by z choćby minimalną nadzieją jakoś pchać ten wózek. Mówię o ludziach, którzy świetnie zdają sobie sprawę z tego, że cokolwiek się stanie, tak czy inaczej wszystko pozostaje w rękach Boga. Tomasz Sakiewicz do nich nie należy. Dlatego zapewne przyszedł i wygłosił to szczególne oświadczenie.
Powiem szczerze że ja to wszystko wbrew pozorom jednak rozumiem. Gardzę tym zachowaniem, potępiam je, niemniej staram się zrozumieć, że tak to czasem już jest, że to Zło nas przydusza i stawia w sytuacji bez wyjścia. Jest jednak we wspomnianym tekście Sakiewicza coś, czego już tolerować nie można. Kiedy już poinformował Sakiewicz System o swojej lojalności, przeszedł do spraw bieżących i zwrócił się do nas ze swoim starym apelem, byśmy nie ustawiali w naszej pogardzie do tego samego Zła, które chwilę wcześniej jego samego zmusiło do zachowań tak bardzo parszywych. Żebyśmy podtrzymywali w sobie tę naszą pogardę i tę nasza determinację by nie spocząć dopóki nie zobaczymy jak oni leżą i proszą o litość. A zatem, żebyśmy za Sakiewicza załatwili wszystkie te sprawy, dzięki załatwieniu których on któregoś dnia odczuł, że wreszcie jest naprawdę słodko.
Przeczytałem wczoraj tekst Sakiewicza i zamieściłem pod nim odpowiedni komentarz. W komentarzu tym obiecałem mu, że za to co on wyprawia, będę go tępił do końca dni moich. Którą to obietnicę niniejszym wprowadzam w życie. A do ewentualnych komentatorów, którzy mają ochotę zwrócić się do mnie z prośbą o oszczędzanie przyjaciół, mam tylko jeden apel. Poczytajcie sobie najbliższy numer „Uważam Rze”. Tam od poniedziałku będą już sami nasi. Tacy przy których Tomasz Sakiewicz będzie robił wrażenie jakiegoś… ja wiem? Pawła Kowala może?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie książki o liściu. Jak ktoś mieszka w Warszawie, może się wybrać na targi książki historycznej. Przy stoisku nr 101 siedzi Coryllus i ma wszystko w odpowiednich ilościach. No i bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.

czwartek, 29 listopada 2012

O ludziach z misją - taką i owaką

Mój od niedawna kolega Marcin Kacprzak zamieścił w Salonie24 tekst, w którym wyraził radość z faktu, że Grzegorz Hajdarowicz postanowił się ostatecznie wziąć za tygodnik „Uważam Rze” i zrobić tam odpowiedni porządek. Ponieważ z Kacprzakiem ostatnio zgadzamy się niemal w każdym punkcie, okazało się i tym razem, że radość związana z przesunięciami po stronie tak zwanych mediów prawicowych, zapanowała w obu naszych sercach. Co ciekawe jednak, w odróżnieniu – jak się domyślam – od redaktora Sakiewicza i jego załogi, nasza radość ma źródła szczególne. A więc, nam wcale nie chodzi o to, że dobrze tym zbójom. Po co się tak rozpylali i odbierali porządnym ludziom robotę? Nasza radość związana jest że zwykłym umiłowaniem porządku.
Muszę to jednak od razu zrobić pewne zastrzeżenie. Choć, jak mówię, Kacprzak to dziś mój kumpel, to ja wcale nie mam tak do końca pewności, czy nasza radość ma rzeczywiście to samo podłoże. Może się okazać, że jeśli on przeczyta ten tekst, uzna za stosowne założyć jakiś protest. W końcu, co by o nim nie mówić, to wciąż człowiek, który uważa że płyta „Świnie” Hołdysa to arcydzieło. No ale już może zacznę.
Otóż, jak wiemy, kiedy Hajdarowicz wywalił z „Uważam Rze” najpierw Karnowskiego, a potem Lisickiego, przez co sprawił, że ów tygodnik z dnia na dzień trafił jasny szlag, na nowego redaktora naczelnego nie powołał ani Bartosza Węglarczyk, ani Magdaleny Środy, ale nie mniej ni więcej jak tylko człowieka nazwiskiem Piński.
Kim jest ów Piński? Mówiąc bardzo krótko – a dłuższe gadanie jest tu nam niepotrzebne – jest to polski patriota w wydaniu, które już jakiś czas temu zostało autoryzowane przez z jednej strony ruch polityczny o nazwie Libertas, a z drugiej internetowy portal „Nowy Ekran”. Jak idzie o to ostatnie, Piński jest tam nawet którymś z naczelnych. Czemu ja twierdzę, że dobrze się bardzo stało, że Hajdarowicz przekazał „Uważam Rze” akurat temu Pińskiemu? Dlatego mianowicie, że w ten sposób stał się już chyba najbardziej czytelnym fakt, że wspomniana wyżej część polskiej prawicy – a nie oszukujmy się – to jest bardzo poważna siła – pełni tylko jedną funkcję: ostatniego odwodu Systemu do wykorzystania przeciwko Polsce w sytuacjach gdy sam System z jakiegoś powodu już nie daje rady.
Każdy z nas, kto miał okazję obserwować nieco uważniej rozwój wydarzeń na polskiej scenie politycznej przez minione dwadzieścia lat, miał też z pewnością okazję parokrotnie obserwować, jak to działa. Widzieliśmy to podczas pierwszych prawdziwie demokratycznych wyborów do Sejmu, kiedy to nagle pojawiły się dziesiątki jakichś mikroskopijnych organizacji patriotyczno-narodowych; podczas kolejnych wyborów prezydenckich, kiedy to z zagranicy przyjeżdżali jacyś starzy patrioci z ciężkimi pieniędzmi i oferowali swe serca Matce Ojczyźnie; już w czasach Prawa i Sprawiedliwości, kiedy jacyś Jurek z Pałką i Zawiszą powoływali do życia kolejne patriotyczne inicjatywy; kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłaszało bojkot telewizji TVN i oni wszyscy jak na gwizdek zastępowali polityków PiS-u w tefauenowskich programach; kiedy upadał rząd Jarosława Kaczyńskiego, i nagle się tak bardzo zaktywizował LPR i wszyscy jego najwybitniejsi działacze o jak najbardziej biało-czerwonych czołach; czy wreszcie w postaci tego…. jak mu cholera jasna było? Mówię o człowieku, który w pewnym momencie przejął telewizję publiczną. Już wiem – Farfał.
No i oczywiście mówię o Nowym Ekranie, który nagle, tuż przed ostatnimi wyborami pojawił się z hukiem na scenie, by pokazać, że jest jednak alternatywa dla tego starego pierdoły – Kaczyńskiego. I tam też już czekał na odpowiedni znak Jan Piński – polski konserwatysta i patriota.
No i proszę! Wszystko zagrało idealnie. Tygodnik „Uważam Rze” wreszcie nie będzie mącił ludziom w głowach. Nie będzie dobrym, niewinnym i naiwnym ludziom wmawiał, że wszystko jest na swoim miejscu – że tu jest zła lewica, a tu dobra prawica, i że jeśli tylko pozwolimy by się za nas wzięli porządni i sprawdzeni coachowie z odpowiednimi papierami, to ostatecznie wygramy. Byleśmy się tylko głupio nie opierali. Ale też nie będzie na „Uważam Rze” wmawiało, że jest tak do dupy tylko dlatego, że jego redaktorem naczelnym nie jest ktoś „nasz”, ale ktoś „ich”. Jestem przekonany, że – choć przyznaję, że na przykład cała moja rodzina jest dziś w swego rodzaju żałobie – końcowy efekt tego co się wydarzyło na boisku zajmowanym przez tak zwanych przez siebie samych „autorów niepokornych” trenowanych przez Grzegorza Hajdarowicza, będzie dla nas wszystkich bardzo dobry. Mam nadzieję, że ostatecznie wszyscy zobaczą najwyraźniej jak tylko można, że jeśli na pierwszym miejscu nie stoi Jarosław Kaczyński z błogosławieństwem ojca Rydzyka i pod czujnym okiem Antoniego Macierewicza, nie ma co myśleć o żadnej prawicy, o żadnym interesie narodowym i o żadnej Polsce. A już na pewno nie wtedy, gdy ktoś bardzo desperacko próbuje tworzyć kolejną alternatywę.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie książki o liściu. Jak ktoś mieszka w Warszawie, może się wybrać na targi ksiązki historycznej. Przy stoisku nr 101 siedzi Coryllus i ma wszystko w odpowiednich ilościach. No i bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.


środa, 28 listopada 2012

Przyszedł pan z taboretem.

Mogę się oczywiście mylić, ale chyba jednak nigdy na tym blogu nie poświęciłem ani jednego słowa tak zwanemu „językowi nienawiści”. I postąpiłem w ten sposób wcale nie dlatego, że osobiście nie mam nic przeciwko owemu językowi, ale z tej prostej przyczyny, że zawsze doskonale sobie zdawałem sprawę z tego, że ów „język nienawiści” – podobnie zresztą jak sama „nienawiść” – stanowią pojęcia na tyle pojemne i na tyle, że tak to ujmę, rozciągliwe, że każdy łachudra jest w stanie pod nie podłożyć cokolwiek mu się w jego durnej pale ulęgnie. Choćby to i miała być nawet Modlitwa Pańska. A zatem, o czym tu gadać?
Nie znaczy to jednak też, że tematu nienawiści w ogóle unikałem. Jednak za każdym razem – a przynajmniej mam taką nadzieję – skutecznie się starałem, by bardzo precyzyjnie formułować wszystko co mi chodzi po głowie, i w żaden sposób nie dać się w tym co piszę zwieść owemu językowemu fałszerstwu, które nas oblepia niemal każdego dnia.
O czym mówię? Weźmy bieżącą sytuację, a więc ogólnonarodową debatę na temat owej „nienawiści”, jej „języka”, i jak problem jaki z nim mamy rozwiązać na poziomie prawa. Rozmawiałem dziś z moim kolegą Gabrielem Maciejewskim i w pewnym momencie rzuciłem coś w stylu: „Ależ oni nas nienawidzą!”, na co Gabriel, zgodnie z oczekiwaniami, odpowiedział: „No”. I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby ta rozmowa miała charakter publiczny, obok nas w jednej chwili pojawiłaby się cała kupa bardzo wrażliwych komentatorów, która by nam wytłumaczyła, jak to jest z tą nienawiścią. Jestem tego pewien, bo ja akurat doskonale wiem, jak to wszystko działa. I wiedząc to, znakomicie sobie też zdaję sprawę z tego, jak skutecznie ta akurat sfera została zakłamana i tak naprawdę ostatecznie wykluczona z jakiejkolwiek debaty. A więc znów – o czym tu w ogóle gadać? To jest trochę tak, jak ja bym chciał podyskutować z kimś o miłości, a ten ktoś by mi wrzucił do odtwarzacza film pod tytułem „Ladies”.
Dziś, kiedy tu ukazuje się poniższa notka, w Salonie24 przypominam swój stary, bo jeszcze sprzed czterech ponad lat, tekst o wykopywaniu taboretu. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno, z całą pewnością na fali bieżącej atmosfery, otrzymałem następującej treści sms: „Gratuluję. Rozumiem że teraz będziecie nas wieszać”. To co w tym esemesie było jednak najciekawsze, to nawet nie jego treść, ale fakt, że otrzymałem go od nikogo innego jak autora tamtej wypowiedzi o taborecie sprzed czterech lat. Przypomnę może:
Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę”.
I oto dziś ten sam człowiek nie może się pozbierać z oburzenia w obliczu tego, że ja byłem tak podły, że siedziałem obok Grzegorza Brauna kiedy ten ogłaszał potrzebę rozstrzeliwania zdrajców.
Odpisałem mu. Wymijająco: „Błąd. My nie będziemy strzelać. My będziemy kopać w taborety”.
Nie odpisał. Ciekawe czemu? Komórka mu zahaczyła o brzozę?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie ksiązki o liściu, w której – tak na marginesie – znajduje się tamten stary, jakże dziś aktualny, tekst. Bardzo proszę. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.

poniedziałek, 26 listopada 2012

O manipulacji w wersji hard-core

Kiedy w weekendowej „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, w którym dwie miejscowe damy Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska postanowiły zaprezentować ogółowi społeczeństwa opinię Rafała Ziemkiewicza o tym, jacy to radykałowie lęgną się na zdrowej tkance polskiej konserwatywnej prawicy, społeczeństwo akurat przebywało w galerii handlowej i zajmowało się życiem. Oczywiście, podmuchy tego syku dotarły to tu to tam, a głównie oczywiście na blogi, gdzie swój czas zwykle spędzają różnego rodzaju wariaci, którzy nawet nie mają pieniędzy na głupie cappuccino w Starbucksie, i każdą sensację, nawet tak dęta jak ta, przyjmą z największą radością.
Kiedy jednak naród wrócił z zakupów do domu, mógł wreszcie zasiąść przez telewizorem, no i stamtąd dowiedział się w o wiele większej liczbie niż miało to miejsce dzień wcześniej, że dwa miesiące temu jakiś Braun w jakimś Klubie Ronina, gdzie w zmowie i porozumieniu z trzema blogerami, Toyahem, Coryllusem i Kamiuszkiem, wystąpił z apelem do wszystkich tych, którym zależy na odsunięciu od władzy Donalda Tuska, by się uzbroili, a następnie udali się na ulicę Czerską i Wiertniczą w Warszawie i wystrzelali wszystkich, którzy im się nawiną pod rękę.
Jak się dowiaduję, dziś owa fantastyczna wręcz informacja będzie dyskutowana w telewizyjnym programie redaktora Tomasza Lisa, a ponieważ Lis to niemal nasza polska odpowiedź na Waltera Cronkite’a, należy się spodziewać, że kolejny dzień może nam przynieść już tylko piekło. Oczywiście, znając swoje możliwości – a również możliwości reżimowej propagandy – nie mam wielkich złudzeń co do tego, że prosta prawda ma w tej konfrontacji jakiekolwiek szanse, niemniej jednak czuję, że muszę dać świadectwo i tych którzy mają jeszcze resztki serca i rozumu poinformować, co następuje.
Rzecz mianowicie w tym, że w swoim wystąpieniu – kto ma ochotę może jego pierwszą część obejrzeć w całości w Sieci pod adresem http://www.youtube.com/watch?v=iLHcJ0bvh9k, z linkiem w miejscu do części drugiej – Grzegorz Braun w najmniejszym stopniu nie wzywał do tego, by się zbroić i strzelać do redaktorów „Gazety Wyborczej i TVN-u. Wszystko co w swej bardzo długiej – być może wręcz niepotrzebnie tak długiej – oracji na rzecz monarchizmu zawarł Braun, sprowadzało się do wyrażenia opinii, że demokracja jako system organizacji społeczeństw spaliła na panewce, jedyną drogą jest monarchia, a skoro monarchia, to ze wszystkim charakterystycznymi dla niej przymiotami. Oczywiście, padły słowa – jest to wszystko powszechnie dostępne od dwóch już miesięcy na youtubie – o strzelaniu do zdrajców, jednak to że owo strzelanie Braun wyraźnie bardzo umieścił w ramach pewnego bardzo jednoznacznego porządku konstytucyjnego, jest tak oczywiste, że aż wstyd się nad tym dłużej zatrzymywać. To jest trochę tak, jak ja bym napisał tu na blogu, że karę śmierci uważam za wielką zdobycz nowoczesnej cywilizacji, która zastąpiła dziką rządzę zemsty, a ktoś z sumieniem brudnym jak szmata do podłogi zacząłby krzyczeć, że ja się na niego zasadzam i mu grożę.
A zatem o tym ani słowa. Kto chce, niech sobie posłucha. Jak mówię – wszystko jest powszechnie dostępne. Natomiast bardzo bym chciał – i tę swoją chęć wsparłem wysiłkiem polegającym na dokładnym, słowo w słowo spisaniem odpowiedniego fragmentu wystąpienia Grzegorza Brauna – zwrócić uwagę na to, co Braun rzeczywiście powiedział, jak idzie o kwestię tak zwanych strzelnic. Dlaczego? Bo tu, moim zdaniem, widać najjaśniej, w jak perfidny sposób działa reżimowa propaganda, i jak łatwo jest zamieszać w głowach prostych, niczego się nie spodziewających ludzi.
Zaczęło się od tego, że Braun skierował swoje pretensje do dziennikarza Warzechy za to, że w swoim satyrycznym przeglądzie prasy, ten pochwalił Jarosława Kaczyńskiego za to, że ten wreszcie przestał gadać o Smoleńsku. Braun, uważając, że o Smoleńsku trzeba rozmawiać, powiedział, że on nie rozumie, czemu Warzecha się tak cieszy z tego, że zapanował wieczny pacyfizm, podczas gdy „kukle powinny świstać”. No a dalej było tak:

A więc recepta. Cudowna recepta. Odpowiedź. Spotkania. Brawo! Ale nie w żadnych Klubach Ronina, tylko na strzelnicy. Niedzielne spotkanie z wnuczkiem, córeczką, ale nie w galerii handlowej, tylko na strzelnicy. To kosztuje parę złotych, to można dziecku kupić na Mikołaja, na imieniny taką frajdę zrobić, że babcia stawia paczkę śrutu do wystrzelania na strzelnicy. Jaka piękna rzecz! I jak się tak spotkają – parę złotych, to nic nie kosztuje, a ile frajdy – i jak się tak spotkają na strzelnicy, to oczywiście pogadają ze sobą, jak pogadają, to wypiją… umówią się na jakieś piwo… jak wypiją, to zakąszą, i jeszcze raz pogadają, to coś ugadają. Na tej strzelnicy, proszę państwa.

I w związku z tym, ja nie daję żadnych insurekcyjnych recept, ja państwa nie namawiam na to, byście tu wylegli nagle z plastikowym nożem w zębach, porwali najbliższego tutaj czekistę, czy redaktora Gwiazdy Śmierci – nie! Wszystko po kolei. Musi być normalne wojsko. Żadne tam z butelkami na czołgi, tylko solidne rusznice przeciwpancerne.

No więc rzecz wymaga czasu. Ona wymaga czasu. Muszą ci Polacy na tę strzelnicę chodzić… nie wiem ile lat. Ale w dwudziestu międzywojennym chodzili. Nie nauczyli się żadnej innej rzeczy, ale strzelać się nauczyli. A więc, to jest najprostsza sprawa.

I teraz, żeby to było po kolei wszystko, ta strzelnica musi być oparta lewym czy prawym bokiem o polską szkołę. Żeby ta dziatwa szkolna wysypywała się z tej szkoły po lekcjach na strzelnicę. A teraz, ta szkoła musi być oparta o Kościół. O Kościół, który nie jest Świątynią Opatrzności Bożej ufundowaną przez wielopokoleniową tradycje masońską, która jest z gruntu wroga Polsce i Kościołowi, tylko to musi być wasz kościół, wasz proboszcz, wasza plebania, za wasze pieniądze, i w związku z tym, patrz wyżej, czy niżej – precz z etatyzmem, bo Polacy muszą mieć swoje pieniądze. By móc sobie ufundować ten kościół, tę szkołę, i tę strzelnicę.

I jak będą te trzy budynki, to wtedy zaręczam państwu, że jeśli będzie parafia, która coś takiego będzie miała, taką triadę – własną strzelnicę, własną szkołę, przy własnym kościele, pobielonym za własne pieniądze, a niekoniecznie z dotacji jakiejś babilońskiej, to wtedy zaczną do was przychodzić. Zaczną do was przyjeżdżać, do Grodziska, i wtedy to oni się będą prosić, różni warszawscy redaktorzy, i różni senatorzy i posłowie, i będą prosili o popołudnie na takiej strzelnicy. Jak ona tylko będzie
”.

Bardzo chciałbym, by świat był tak szlachetnie ułożony, by najprostszych rzeczy nie trzeba było tłumaczyć nawet ludziom bardzo zajętym trudnościami dnia codziennego, a przez to zwyczajnie zmęczonym. Niestety jest tak, że czasy przytępiły najbardziej podstawową wrażliwość i wszystko stanęło na głowie. A więc, wiem, że powyższy fragment zrozumieją ci, którzy go zrozumieją… no a reszta, jak to reszta. Albo machnie ręką, albo będzie się dalej bez sensu pieklić.
Wiem to, a co gorsza wiedzą to też oni. Napisałem o tym dziś bardzo przygnębiający tekst w Salonie24. O tych co wiedzą, i jak tę podłą wiedzę wykorzystują. Gdyby komuś zbywało na czasie, zapraszam.

Przy okazji, proszę o szczególnie ofiarne wspieranie tego bloga. Pewna seria bardzo nieoczekiwanych zdarzeń sprawiła, że ostatni tydzień miesiąca okazał się dla nas nie do przejścia. Przypominam też o książkach, które w tej chwili są już niemal wszędzie. A z autografem autora – tylko tu. Dziękuję.

niedziela, 25 listopada 2012

O tym co widać z miejsc, z których nie widać już nic

Kibic piłkarskiej drużyny Legia Warszawa Staruchowicz oraz jego losy interesują mnie o tyle tylko, o ile to co się z nim dzieje zaświadcza o tym wszystkim, co się dzieje w naszym kraju, i w ten czy inny sposób odzwierciedla sytuację w Polsce i stan w jakim się ona znalazła. A zatem, zupełnie naturalnie, zwróciłem uwagę na wiadomość, że decyzją najpierw warszawskiej prokuratury, a następnie warszawskiego sądu, ów Staruchowicz będzie siedział w areszcie przez kolejne dwa miesiące.
Za co? Trudno powiedzieć. Początkowo, o ile dobrze zrozumiałem, poszło o to, że on brzydko powiedział na jakiegoś piłkarza swojej zresztą drużyny, i chyba dał mu przy tym w łeb, potem, że zorganizował jakąś demonstrację podczas której obraził Donalda Tuska, jeszcze później, że handlował narkotykami, a dziś, że – jak słyszę z zaprzyjaźnionych mediów – Staruchowicz nosił kilka dowodów osobistych, w dodatku nie swoich. No i za to warszawski sąd mu dołożył jeszcze dwa miesiące.
Czy ja Staruchowiczowi współczuję? Nie bardzo, choć trochę – owszem. W końcu dwa miesiące to kupa czasu, zwłaszcza jeśli założyć – a ja tu akurat nie mam powodu by się spierać – że on siedzi niesłusznie. Z drugiej strony myślę sobie, że skoro on jest akurat szefem warszawskich kibiców, poradzi sobie w tym „więźniu” znacznie lepiej niż radziłby sobie choćby ktoś taki jak ja. Poza tym, kiedy już wreszcie dojdzie do pierwszych aktów tak bardzo wyczekiwanej sprawiedliwości, polskie państwo, które z nieznanych mi zupełnie przyczyn ostatnio postanowiło robić z siebie durnia, będzie pewnie musiało Staruchowiczowi wypłacić za te miesiące poważne odszkodowanie. A zatem, nawet jeśli założyć, że jest on niewinny, Staruchowiczowi wielka krzywda raczej się nie dzieje.
To co mnie natomiast przeraża znacznie bardziej to fakt, że w sposób bardzo jednoznaczny dzieje się krzywda wspomnianemu wyżej polskiemu państwu. Niedawno mieliśmy przypadek tak zwanej „mamy Madzi z Sosnowca”, która będąc osobą oficjalnie podejrzaną o zamordowanie swojego dziecka, została przez sąd zwolniona z aresztu. Mamy historię jej męża, człowieka, który w powszechnej opinii i na zdrowy zupełnie rozum, pomagał swojej żonie w tej zbrodni, a już na pewno ją współtuszował. I on też znajduje się na wolności. Nieco wcześniej mieliśmy sprawę jakiegoś – też akurat kibica piłkarskiego, tyle że syna znanego warszawskiego adwokata – który miał taką oto fantazję, że podpalał zaparkowane na ulicy samochody, no i on po przesłuchaniu również został zwolniony. Mieliśmy niedawno proces całej grupy największych polskich gangsterów, i znaczna część z nich, o ile nie większość, odpowiadała z wolnej stopy. Można wymieniać. Nie ma praktycznie dnia, byśmy się dowiedzieli, że znów gdzieś polski sąd odmówił aresztowania kogoś, kto wedle wszelkich danych na tego typu uprzejmość nie zasługuje.
Staruchowicz siedzi. Jak już powiedziałem, nie mam ani powodu, ani chęci, by się w jego sprawę angażować. Natomiast to co mnie bardzo martwi to fakt, że wszystko to co się w Polsce dzieje, nie tylko zresztą na poziomie egzekwowania prawa, coraz bardziej robi na mnie wrażenie jakiejś kompletnie obłąkanej maskarady, którą, co gorsza, siłą rzeczy muszą obserwować ludzie, którzy ani nie bardzo się tym wszystkim interesują, ani tym bardziej się na tym czymś nie znają. A z nimi jest tak, że nawet jeśli do oceny owej sytuacji użyją wyłącznie zdrowego rozsądku, to wszystko musi na nich robić wrażenie czegoś kompletnie obłąkanego. A to obłąkanie w ostateczności musi mieć tylko jedną nazwę – Polska. Konsekwentnie więc, dla każdego z nich, czym bardziej będzie ten ktoś oceniał sytuację na poziomie wyłącznie zmysłowym, Polska będzie czymś o czym można myśleć wyłącznie z pogardą i szyderstwem.
A więc, jak mówię, to jest prawdziwy dramat. Ktoś mi powie, że to o czym ja piszę nie ma większego znaczenia, bo przeciętny człowiek w ogóle nie interesuje się takimi duperelami jak jakiś Staruchowicz. Że dla większości z nich absolutny szczyt obywatelskiego zaangażowania, to wspomniana wcześniej mama Madzi, a i to nie na pewno. Tyle że ja właśnie o tym piszę, i to chcę tu właśnie podkreślić raz jeszcze. W tym leży właśnie nasze zmartwienie. Osoby, które w miarę dokładnie śledzą to co się w Polsce dzieje, dają przynajmniej nadzieję na to, że w końcu jakoś tam sobie to wszystko w głowach poukładają i ostatecznie będą w stanie ocenić co jest w tym wszystkim złe, a co dobre. Reszta natomiast pozostanie wyłącznie z tym swoim najbardziej podstawowym wrażeniem, a ono – to gołe wrażenie – musi mieć kształt jak najbardziej paskudny.
Zacząłem od Staruchowicza i na Staruchowiczu skończę. Mój kolega Gabriel Maciejewski wskazał dziś niezwykle celnie na nieprawdopodobną wręcz bezczelność z jaką tak zwani dziennikarze niepokorni, próbują upozować się na kogoś kim w żaden sposób nie są, i w ramach tej akcji fotografują się w pozach tak zwanych „outlaws”, zupełnie jakby wyjętych z policyjnych kartotek. Jednocześnie przy tym, albo oni sami, albo zaprzyjaźnieni z nimi inni kandydaci do tego lewego jak najbardziej bohaterstwa, wyciągają swoje umazane czymś paluchy w stronę tych którzy z jakiego powodu im podpadli, i wołają do tak zwanych Psów Systemu, zwyczajnie – „bierz go!”
Nie jest dobrze. Staruchowicz siedzi i, jak już wyraziłem nadzieję nieco wcześniej, z pewnością sobie poradzi. Jak pójdzie tym którzy zostali wytypowani przez tych wesołków – doprawdy trudno przewidzieć.

Zgodnie z tradycją, bardzo proszę o wspieranie tego bloga. W dowolny sposób, jednak nie ukrywam, że w tej chwili najbardziej oczekiwana byłaby pomoc bezpośrednia, na podany obok numer konta. Nadchodzący tydzień robi wrażenie dość ponure. Dziękuję

sobota, 24 listopada 2012

Czym się żywi Azor i jego pan?

Pewnie większość z czytelników tego bloga nie wie, o czym mowa, ale piszący w Salonie24 bloger Pantryjota jest dla mnie ważny z kilku powodów. Przede wszystkim z tego, że on należy do tego rodzaju publicznych osób, których całe postępowanie wskazywałoby na to, że mamy do czynienia albo z jakimś wariatem, albo kimś tak głupim, że na owo wariactwo jednoznacznie wskazującym, a tymczasem okazuje się, że nie; że to nie wariat tylko zwykły, płacący podatki i biorący udział w wyborach obywatel. A to na mnie zawsze robiło wrażenie.
Kiedyś na przykład, tuż po tym jak wprowadziliśmy się do mieszkania w którym dziś mieszkamy, przyszła do nas pewna pani, córka naszej sąsiadki z góry, powiedziała, że chciała się przedstawić i poprosić, by od czasu do czasu rzucić okiem, czy z jej mamą jest wszystko w porządku. Poprosiliśmy ją, żeby usiadała i napiła się z nami herbaty, no i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie jednak ona zaczęła nam opowiadać, jak to dobrze, że tu będą mieszkali tacy mili ludzie jak my, bo poprzedni sąsiedzi wywiercili tuż obok lampy małą dziurkę w suficie i mamę podtruwali wodorotlenkiem baru. Zrobiło nam się naturalnie trochę głupio, ale mimo trudnej sytuacji zachowaliśmy postawę wyprostowaną i słuchaliśmy jej dalej. Po pewnym czasie ona zaczęła opowiadać, jak to sobie szła kupić bułki, i nagle zobaczyła, jak w dużym czarnym samochodzie jadą jacyś mężczyźni i ją fotografują. A wśród nich był też jej mąż. Opowiadała nam o tej swojej przygodzie i w pewnym momencie zaczęła płakać. I powiem szczerze, że słuchanie opowieści tej pani było przeżyciem nie do opisania. Owa świadomość, że przed sobą się ma kogoś, kto wedle wszelkich popularnych standardów jest człowiekiem co najmniej tak samo normalnym jak my, a tymczasem wychodzi na to, że jest to osoba jak najbardziej opętana. I zwyczajnie budzi grozę.
A więc, to jest pierwszy powód, dlaczego o tym Pantryjocie nie za bardzo potrafię zapomnieć. Drugi jest już bardziej prozaiczny. On wciąż pisze o mnie albo o moim koledze Gabrielu i zadanie to traktuje jako swoją misję do tego stopnia, że nawet wymyślił dla nas odpowiednie przezwiska i je spopularyzował w Sieci. A zatem Gabriel jest Goryllusem (domyślam się, że to jest aluzja do goryla), a ja Golonką (pewnie przez to, że jestem gruby.
No i teraz jest tak, że gdyby teksty owego Pantryjoty napisane były tak, że od razu by sugerowały, że jemu ktoś przez dziurkę suficie wpuszcza do sypialni wodorotlenek baru, to ja bym na niego machnął ręką. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że on jest kimś kto ani trochę nie wykracza poza standard. Zupełnie jak jakiś Stary, czy… ja wiem? Może już nie Sowiniec, ale dajmy na to – Warzecha. A przez to on dla mnie stanowi zagadkę. A zagadki – wiadomo. Wszyscy lubimy zagadki.
Czemu zabrałem się za Pantryjotę dziś? Otóż sprawa jest moim zdaniem niezwykle ciekawa, bo ostatecznie daje nam jednak odpowiedź na owo najbardziej nurtujące na pytanie, czyli jak to z nimi jest naprawdę? Zacznę jednak od początku. Kilka dni temu Pantryjota ów napisał kolejny swój tekst poświęcony Goryllusowi i Golonce, i poinformował, że on w sumie napisał ponad trzysta tekstów, z czego tylko (a może aż – to akurat wyjaśnione nie jest) 20 – a więc 17% to teksty o nas i dla nas. Ponieważ owe 17% już na oko robiło wrażenie, do Pantryjoty zgłosił się krakowski profesor nazwiskiem Broda – kiedyś człowiek, z którym byłem w stanie ciężkiej wojny, a dziś raczej sojusznik – i wyśmiał Pantryjotę za to, że nie umie dokonać tak prostego działania, jak dzielenie 20 przez 300. Na to zareagował sam oskarżony, i poinformował Brodę, że od lat jest szczęśliwym posiadaczem kalkulatora firmy Casio, że owe 17 procent otrzymał właśnie stamtąd, więc niech się Broda od niego odpieprzy, no a poza tym, co to za idiotyzm z tym dzieleniem 20 przez 300?
Na ten niesłychany zupełnie akt odporu, na blogu Pantryjoty pojawiła się cała kupa jego kolegów i jeden po drugim zaczęli Brodę wdeptywać w błoto, jako durnia, który nawet nie umie liczyć procentów. W pewnym jednak momencie, zaprzyjaźniony z Pantryjotą internauta podpisujący się Z Mordoru – skądinąd gdzie niegdzie opisany jako wariat jak najbardziej autentyczny – i nieśmiało zasugerował, że chyba jednak Broda ma rację, bo to nie jest 17, ale niespełna 7 procent. Reakcja Pantryjoty była natychmiastowa. Otóż okazało się, że on specjalnie napisał 17, żeby sprowokować Brodę do reakcji i pokazać wszystkim jaki z niego bałwan. Ktoś czegoś tu nie rozumie? Nie szkodzi. Ja też. Takie jednak właśnie było tłumaczenie Pantryjoty. On napisał „17”, bo w ten sposób chciał sprowokować Brodę.
I oto wczoraj wszedłem na Salon24 i na głównej stronie znalazłem tekst Pantryjoty informujący o śmierci jakiejś Pusi, czy Brusi. Jakiś czas temu, chcąc się zorientować, kto to taki ten Pantryjota, przeprowadziłem na jego blogu pewną kwerendę, i znalazłem tam wpis ze zdjęciem jakiegoś psa wilczura wyżerającego własne wymiociny oraz informację autora, że to jest jego pies, który się właśnie wyrzygał. Ponieważ pomyślałem sobie, że to pewnie zdechł ten pies, zajrzałem do tej notki, no i okazało się, że to nie pies, lecz jeden z jego kotów, których wraz z psami Pantryjota ma dziesięć, czy dwadzieścia. Skoro już tam trafiłem, postanowiłem sprawdzić, jak tam postępy w informowaniu na temat bieżącej aktywności Golonki i Coryllusa, no i okazało się, że nastąpił kryzys. Natomiast przy okazji trafiłem na coś znacznie lepszego. Otóż okazało się, że sprawa tych 17 procentów tak Pantryjotę męczyła, że postanowił jej poświęcić osobną notkę. No i w notce tej przedstawił wersję ostateczną. On bowiem sobie już na sam początku wyliczył te procenty w głowie, i mu wyszło 7 procent. Klikając jednak w swoją klawiaturę, popełnił „literówkę” i zamiast 7 wyszło owo niefortunne 17. A kretyn Broda się tej „literówki” przyczepił i zrobił z siebie pośmiewisko.
O co mi chodzi? O to mianowicie, że ja się zaczynam bardzo poważnie obawiać, że Internet to jednak przede wszystkim miejsce, gdzie swój czas zabijają te psy z dowcipu z New Yorkera, z których jeden informuje drugiego, że komputer to fajna rzecz, bo nikt nie wie, że ma do czynienia zaledwie z psem. Mamy więc blog tego Pantryjoty, a więc kogoś kto, co by o nim nie powiedzieć, jedno złożone, a przy tym językowo poprawne zdanie potrafi zbudować. Mało tego. Kogoś kto zapewne ma jakieś tam wykształcenie i mniej więcej orientuje się w tym, co, gdzie i jak. Mało tego. Wśród ludzi komentujących na tym blogu są w większości – może z jednym wyjątkiem – osoby podobne jemu, a więc zapewne społecznie się niespecjalnie wyróżniające. Tymczasem wygląda na to, że to wszystko może być zaledwie złudzenie. Że tak naprawdę sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej.
W moim mieście jest bardzo renomowany, prowadzony przez pewnego mojego kumpla, komis płytowy. Czasem tam zachodzę i niekiedy spotykam pewnego człowieka, który wygląda, i niestety też pachnie, jak ktoś komu los kazał się zwyczajnie zaniedbać. Otóż on tym przychodzi, żeby kupować stare analogi. Czasem go spotykam na mieście, jak idzie z reklamówką z Biedronki wypełnioną tymi płytami. A ja sobie wyobrażam, że on pewnie ma jakiś dom, choćby po to, by tych płyt słuchać. A jeśli tak, to pewnie ma jakiś sprzęt, na którym je się da odtwarzać. A skoro tak, to pewnie on jest kimś – przynajmniej pozornie – takim jak ja, czy każdy z nas. Otóż nie. Wszystko wskazuje na to, że nie. Jest wręcz bardzo prawdopodobne, że kiedy on słucha tych płyt, siedzi jednocześnie w Salonie24 i zamieszcza tam kolejną notkę. Pozostaje tylko kwestia – ilu takich. Obawiam się, że może być gorzej niż się nam wydaje. A w tej sytuacji pozostaje nam jedno – zachować zimną krew i robić swoje.
Wspomniałem o internaucie Z Mordoru. Jeśli ktoś jest zainteresowany, przypominam, że, jak Bóg pozwoli, jeszcze przed Świętami ukaże się moja nowa książka ze wspomnieniami z pięknego PRL-u. Jeden z jej rozdziałów z pewnością sprawę nam odpowiednio przybliży. A już na pewno nam powie, czemu on jest tak cięty akurat na mnie. Polecam. Naprawdę dobre!

No i tradycyjnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga. W dowolny sposób, jednak nie ukrywam, ze w tej chwili najbardziej oczekiwana byłaby pomoc bezpośrednia, na podany obok numer konta. Nadchodzący tydzień robi wrażenie dość ponure. Dziękuję.

piątek, 23 listopada 2012

Co za szkoda, że to kurwy!

Myślę że nie będzie źle zacząć od pewnej anegdoty. Otóż studiując tę swoją filologię angielską, przez kilka chyba lat regularnie uczestniczyłem w wykładach doc. dr hab. Marii Łobzowskiej, mocno starszej już, wiecznie ubranej na czarno pani, która – sądząc po sposobie w jakimś się posługiwała językiem angielskim – językowe umiejętności posiadła w znacznej części teoretycznie. Nie chcę w ten sposób broń Boże powiedzieć, że ona była do niczego, bo przede wszystkim ja byłem wówczas za głupi, by to ocenić, a po drugie myślę, że ona jednak była dobra. Dlaczego? Nie wiem, ale myślę, że była dobra. Natomiast faktem jest, że ona po angielsku mówiła bardzo zabawnie, a więc tak jak mówią ludzie, którzy nigdy języka nie studiowali, lecz poznali go, przez znaczną część życia mieszkając w środowisku tubylczym.
Poza tym, jak mówię, ona zawsze była bardzo stara, a przez sposób w jaki się nosiła i zachowywała, robiła wrażenie osoby jeszcze bardziej wiekowej, niż była w rzeczywistości. I oto któregoś dnia wypadło nam omawiać dramat XVII-wiecznego autora angielskiego nazwiskiem John Ford po tytułem „’Tis Pity She’s A Whore”, co tłumaczy się ni mniej ni więcej jako „Szkoda, że to kurwa”. Dziś już nie wiem, jak do tego doszło, bo wykład to jednak tylko wykład, ale w pewnym momencie doszło do tego, że pewna nasza koleżanka zmuszona została do zacytowania tego tytułu… no i, mając przed sobą nie jakiegoś naszpanowanego typowym akademickim luzem magistra, lecz samą dr Łobzowską, zaczęła się wić i stękać, próbując sprytnie wyjść z ciężkiej dla siebie sytuacji. No i w tym momencie nasza fantastyczna zupełnie pani od literatury, z tym swoim niepowtarzalnym akcentem, wygłosiła mowę, której do dziś nie zapomniałem, i potrafię ją powtórzyć niemal słowo w słowo: „Dear children, please do not be afraid of using dirty words. You can simply say: a woman of easy virtue”.
Myślę, że większość z nas, czytających te słowa, wie dobrze w czym rzecz, jednak na wszelki wypadek, biorąc pod uwagę, że mogą wśród nas być jakieś niedobitki w rodzaju mojego kumpla Coryllusa, ów fragment przetłumaczę. Otóż dr Łobzowska powiedziała coś takiego; „Drogie dzieci, proszę was bardzo, nie bójcie się używać brzydkich słów. Zawsze przecież możecie powiedzieć po prostu: kobieta lekkich obyczajów”.
Czemu mi się nagle przypomniała tamta fantastyczna wręcz przygoda? Otóż rzecz w tym, że poszliśmy wczoraj z panią Toyahową do teatru. Przyznaję z dumnie podniesionym czołem, że ja osobiście do teatru wręcz nałogowo nie chadzam. Czemu tak? Nie wiem. Nigdy mnie ten rodzaj sztuki nie pociągał, a dodatkowo świadomość, że mam przed sobą nie ekran, na którym przesuwają się jakieś obrazy, ale prawdziwych, popisujących się przed pełną salą rozbawionej publiczności, ludzi, okropnie mnie zawsze peszyła. No i sam już koniec, kiedy oni wszyscy wychodzą na scenę, by się trzymać za ręce i po raz dziesiąty kłaniać, zawsze wedle tego samego fałszywego jak jasna cholera schematu, niezmiennie jest dla mnie nie do wytrzymania, i ja się zwyczajnie czerwienię.
O ile sobie przypominam, z własnego wyboru w teatrze byłem zaledwie dwa razy. Kiedyś, już bardzo bardzo dawno temu, na przedstawieniu Jana Kreczmara „Hyde Park” na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego w Katowicach, gdzie miałem okazję oglądać, chyba wówczas ledwo co debiutujących, Krzysztofa Kolbergera i Ewę Dałkowską, no i zupełnie niedawno, też w Teatrze Śląskim, tyle że na Dużej Scenie, na „Końcówce Becketta z Andrzejem Sewerynem i Zdzisławem Wardejnem”. Czemu tam polazłem? Zwyczajnie, bo w jednym i drugim przypadku była to okazja, by zobaczyć coś naprawdę ekstra. Dobrze pamiętam ostatnie przedstawienie. Byłem naprawdę poruszony. Seweryn był fantastyczny, zupełnie bez zarzutu, spektakl zrealizowany był tak, że jeśli ziewałem, to wyłącznie dlatego, że ja w ogóle wciąż ziewam, no i ostatecznie wróciłem do domu pod dużym wrażeniem.
Czemu poszliśmy wczoraj? Poszliśmy mianowicie z dwóch aż powodów. Pierwszy to taki, że był to występ teatralnego zespołu o nazwie „Cheek by Jowl” z samego Londynu, a ja zawsze byłem ciekawy zobaczyć, jak się prezentuje przeciętny angielski zespół teatralny, i jak na jego tle może wyglądać to co zdarza mi się o czasu do czasu widzieć tu w Polsce, a po drugie – oni przyjechali do Katowic ze sztuką Johna Forda pod tytułem „Szkoda że to kurwa”, przetłumaczonym prawie zgodnie z zaleceniem dr Łobzowskiej jako „Szkoda, że jest nierządnicą”. No a tego przegapić nie mogłem pod żadnym pozorem, prawda?
No i muszę powiedzieć, że już w momencie kiedy weszliśmy na salę, a do rozpoczęcia spektaklu było jeszcze 10 minut i ludzie wciąż się zbierali, i zobaczyłem scenę, na niej łóżko, a na tym łóżku tę dziewczynę, jak ona, nie zaważając na to, że nikt nawet na nią nie patrzy, najzwyczajniej na świecie gra, a gra tak, że mój akurat świat czegoś takiego nie widział, już byłem pod wrażeniem. Wreszcie zamknięto drzwi, zgasło światło, na scenę zaczęli wchodzić pozostali aktorzy, i w ciągu paru sekund stworzyli taki spektakl, że zacząłem się powoli bać, że za chwilę ze wzruszenia – kto mnie zna, ten wie, że dla mnie to jest tyle co splunąć – się popłaczę. Już pierwsze minuty tego przedstawienia były tak porażające, zarówno pod względem reżyserii, jak i gry aktorów, że ja się autentycznie poczułem jak na… ja wiem? Koncercie Portishead w zeszłym roku Poznaniu?
Nie będę opowiadał, co tam się działo, bo to nie jest recenzja teatralnego przedstawienia, lecz zaledwie skromna refleksja na tematy, które zupełnie niedawno tu poruszaliśmy. A więc powiem tylko tyle, że zespół „Cheek by Jowl”, jak się domyślam, jest zaledwie jednym z całej kupy londyńskich teatrów, który jako wybitny i jeden z najważniejszych na świecie funkcjonuje tylko wówczas, gdy przyjedzie do takich Katowic i trzeba go jakoś zapowiedzieć. Jak idzie natomiast o aktora Andrzeja Seweryna, to jest to jeden z najwybitniejszych polskich – a swego czasu podobno również i francuskich – aktorów, występujący w najwybitniejszych wyłącznie przedstawieniach. Rzecz w tym, że między tym co ja widziałem parę miesięcy temu, kiedy poszedłem na tę becketowską „Końcówkę”, a tym, co nam pokazali wczoraj ci Anglicy, rozciąga się kosmos. Pod każdym możliwym względem. I – przykro to mówić, bo zawsze lepiej myśleć, że jest lepiej niż gorzej – każdy z tych aktorów – powtarzam – każdy – był bez porównania lepszy od Andrzeja Seweryna, nie wspominając już o Zdzisławie Wardejnie. Ja tego wcześniej ani nie wiedziałem, ani też nie mogłem się domyślać. Teraz już wiem, bo to zwyczajnie ujrzałem i przeżyłem.
Co za naiwność! Sądzić, że owszem – jak idzie o film, czy muzykę, to sprawa jest jasna. Natomiast w teatrze, gdzie ani nie są zaangażowane duże pieniądze, a i temat jest wzięty prosto z powszechnie dostępnej klasyki – wystarczy tylko serce i talent. I nagle po raz nie wiadomo który okazuje się, że to właśnie tylko o to chodzi. O serce i o talent.
Piękny był ten wieczór. Piękny i smutny. Czemu smutny – to już powiedziałem. Co to za cholera radość dowiedzieć się, że jest jeszcze gorzej, niż się wydawało? No ale było jeszcze coś. Otóż Giovanni w pewnym momencie rozebrał się do rosołu i jeszcze w dodatku stanął przodem do publiczności, natomiast Annabella nawet kiedy (raz!) zdjęła biustonosz, to była odwrócona tyłem. To niesprawiedliwe. Zwłaszcza że, jak zapowiadano, to ona miała być tą kurwą.

Jeśli komuś powyższa refleksja przypadła do gustu, a jeszcze nie daj Boże, do czegoś się przydała, bardzo proszę wesprzeć ten blog czymkolwiek – albo wpłatą na podany obok numer konta, albo kupnem jednej z książek, ewentualnie – tu mam na myśli tych wszystkich co są w podobnej do naszej sytuacji – życzliwym tu zaglądaniem. Dziękuję

czwartek, 22 listopada 2012

Uważam Rze - pismo o lepkich palcach

Nie wiem kompletnie, czy ci z nas, którzy spotykają się tu na tym blogu, zaglądają w ogóle – a jeśli tak to na ile uważnie – do Salonu24. Nie wykluczam jednak, że z tym może być dość marnie. A tymczasem okazuje się, że również stamtąd można uzyskać moc inspiracji. Weźmy takiego Cezarego Krysztopę. Tym wszystkim, którzy Krysztopy nie znają, opowiem króciutko, kto zacz.
Otóż mam wrażenie, że kiedy ja się w Salonie pojawiłem jeszcze w roku 2008, on już tam działał. A działał w ten sposób, że z jednej strony wciąż rysował bardzo dobre, bardzo oryginalne obrazki, z czasem dowcipnymi komentarzami, a z drugiej obok nich zamieszczał idiotyczne, mocno lemingowate w treści i nastroju polityczne komentarze. Przy tym swoim lemingostwie miał jednak Krysztopa w sobie coś takiego, co go zdecydowanie korzystnie wyróżniało na tle tej pozostałej bandy tuskooszołomionych intelektualistów, takich jak Azrael, Galopujący Major, by nie wspomnieć już o Rudeckiej. Mam tu na myśli pewną taką naiwną grzeczność, czy może tylko nieśmiałość.
No i oczywiście po paru latach okazało się, że wystarczy nie być bezczelnym chamem, by nie wytrzymać zbyt długo po ciemnej stronie mocy, i Krysztopa niepostrzeżenie znalazł się wśród tak zwanych „naszych”. Może jeszcze nie całkiem do końca, w każdym razie gdzieś tak na pozycjach między PJN-em, a Solidarną Polską, z niewątpliwa otwartością na wszelką dyskusję na temat Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. W tym jednak momencie okazało się, że za swoje decyzje trzeba słono płacić. I proszę sobie wyobrazić, że wcale nie chodzi mi o to, że Krysztopa zaczął być prześladowany przez peowskie i palikotowskie chamstwo, bo tego on się musiał spodziewać i na nie sobie jak najbardziej swoim gestem zasłużył. Mam na myśli to co z Krysztopą – uznawszy zapewne, że skoro on jest „nasz”, to się nie będzie stawiał, a skoro się nie będzie stawiał, to można go potraktować z pełną dezynwolturą – zrobili jego nowi kumple.
I tu przechodzimy do sedna, czyli do kwestii związanej z korzyściami płynącymi z zaglądania w miejsca takie jak Salon24. Proszę sobie wyobrazić, że w momencie gdy Krysztopa postanowił ostatecznie odwrócić się plecami do towarzystwa działającego na odcinku wspierania władzy, główny ilustrator słynnego i bardzo wpływowego prawicowo-konserwatywnego tygodnika, redagowanego przez tak zwanych „autorów niepokornych”, czyli „Uważam Rze”, niejaki Zawistowski, zaczął notorycznie kraść Krysztopie pomysły i za ciężkie pieniądze zamieszczać je we wspomnianym magazynie. I trzeba zauważyć, że tu nie chodzi o jakąś bardzo wyszukaną kradzież, gdzie w momencie gdy ktoś go złapie za rękę, oburzony złodziej może stosunkowo bezpiecznie zacząć krzyczeć, że co, że niech się wszyscy od niego odczepią, on nic złego nie miał na myśli, i tylko tak jakoś wyszło. Z Zawistowskim sprawa polega na tym, że on zamiast zacząć się wykręcać i coś tam zmyślać, zwyczajnie podniósł łeb i kazał wszystkim, by się od niego odpieprzyli.
Wydaje mi się, że ja kiedyś tu na blogu wspomniałem o pewnym swoim uczniu, który pewnego dnia szedł sobie zamyślony – a może tylko upalony – szkolnym korytarzem, i nie widząc, że naprzeciwko niego idzie dyrektorka, splunął jej pod same nogi. Kiedy ona krzyknęła: „Karol! Jak możesz pluć na podłogę?”, ten zrobił wielkie oczy i zapytał: „Kto? Ja???” Więc chodzi mi o ten rodzaj reakcji. Zawistowski – ilustrator „naszego” jak najbardziej tygodnika „Uważam Rze” – zapoznawszy się z uwagami Krysztopy odnośnie tego co ten cwaniak robi z jego pomysłami, zachował się dokładnie tak samo jak ten szkolny głupek. A może jeszcze gorzej. Bo, o ile mi wiadomo, tamten nasz uczeń nie kazał dyrektorce siebie przepraszać.
Jest zatem tak. Krysztopa zaobserwował, że Zawistowski systematycznie publikuje w „Uważam Rze” jego pomysły – jasne że bez porównania gorzej narysowane i dodatkowo przez ten fałsz zwyczajnie nieciekawe – i poprosił Zawistowskiego, żeby tego nie robił. Zawistowski jednak – zgodnie z zasadą opisaną nieco wyżej – Krysztopę odpowiednio spuścił, na co Krysztopa, w swojej naiwności, pomyślał, że on przez jakiś sznurek swoich znajomych zwróci się o interwencję do samego bliźniaka Karnowskiego. No a kiedy okazało się, że również Karnowski Krysztopę potraktował z uprzejmą obojętnością, w tej sytuacji Krysztopa po raz kolejny już zwrócił się o wsparcie do opinii publicznej. Żeby opinia publiczna zrobiła… co? No, tego już akurat nie wiem, bo doprawdy trudno sobie wyobrazić, by coś tak śmiesznego jak opinia publiczna było w stanie w tego typu sytuacji zrobić.
Oczywiście wiem, jak bardzo jest łatwo z wygodnej pozycji, jaką ja tu dziś sobie zajmuję, szydzić z Krysztopy i mu mówić, że jest fujarą. Czy bowiem ja, gdybym nagle zauważył, że jakiś Łukasz Warzecha dajmy na to bezczelnie przepisuje fragmenty moich tekstów, poszedł ze sprawa do sądu – co wielu komentujących sytuację Krysztopy mu sugeruje? Nie wydaje mi się. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja prowadzę zupełnie zwyczajne życie, które na dodatek jest obciążone takim niepotrzebnymi zupełnie emocjami, że jeszcze jedna jest mi jak psu na budę. Myślę, że jak idzie o mnie, to ja bym nawet nie znalazł w sobie siły, by pójść do jakiegoś adwokata. Druga rzecz jest taka, że jestem pewien niemal na sto procent, że ja bym każdą tego typu sprawę przegrał, lub, w najlepszym wypadku, wyszedł z niej z umorzeniem, ze względu na małą społeczną szkodliwość czynu. A więc tu Krysztopa nie ma się co napinać.
A więc czemu ja się z Krysztopy śmieję? No bo moim zdaniem on marnuje fantastyczną okazję ku temu, by nie tylko zrobić przykrość Zawistowskiemu, ale samemu na tej sprawie się bardzo poważnie wywindować – i jako autor rysunków i jako publicysta. Powinien sprawę tak nagłośnić, by cała potencjalnie tego typu sprawami zainteresowana Polska, wiedziała, kim jest Krysztopa, i co to za buc ten Zawistowski. Jak? Zwyczajnie. Krysztopa – skoro ma dojścia do takich Karnowskich – z pewnością wie lepiej, jak to się robi. No ale może oczywiście się okazać, że to jest nie do zrobienia. Że on ze swoimi możliwościami wciąż nie ma do Zawistowskiego startu.
Powiem więc, co ja bym zrobił na jego miejscu. Otóż odszukałbym tego Zawistowskiego, zaczaił się na niego i mu zwyczajnie wpieprzył. A gdybym w związku z tym atakiem został aresztowany, postawiony przed sądem i skazany na jakąś grzywnę, to bym sobie na nią potrącił z tego, co by już wtedy niewątpliwie musiałby mi zapłacić za to że mnie okradł, Zawistowski. A gdyby te pieniądze się nie zbilansowały, z pewnością bym się odkuł na książce, którą bym wydał i z całą pewnością w wielu tysiącach nakładu sprzedał. U Gabriela, bo on przynajmniej płaci.
Wiem jednak, że Krysztopa tego nie zrobi. Będzie dalej próbował się jakoś znaleźć między tym chamstwem, a towarzyską lojalnością. A ja? No cóż, przecież nie pójdę się bić za Krysztopę. Ponieważ jednak na swój sposób go lubię, robię to co potrafię. Przede wszystkim sprawę nagłaśniam. Po drugie, odpowiednio ustawiam człowieka nazwiskiem Zawistowski – nie żeby mu wyrządzić jakąkolwiek przykrość, bo jak znam życie, ten typ zaczyna odczuwać ból dopiero wtedy gdy mu nagle zabraknie na flaszkę, lub na dziwki – ale po to, by dać świadectwo. Jak zawsze.
Ale robię coś jeszcze, i powiem szczerze, że to uważam za swoją tu wręcz misję. Otóż z jednej strony apeluję do Krysztopy, by zrobił wreszcie ten jeden krok dalej. Jemu naprawdę wiele już się udało osiągnąć, jednak bez tego jednego kroku wciąż będzie się szamotał. On ma zrozumieć, że to wszystko to bagno, a jeśli on szuka przyjaciół, to niech się wreszcie puknie w czoło i pojmie, że oni są zupełnie gdzie indziej, niż on by wciąż sobie tego życzył. Niech to wreszcie pojmie. Trochę tak, jak swego czasu, mam nadzieję, zrozumiał to nasz od niedawna kolega Kazimierz Mrówka.
No i jeszcze coś. Ja po raz kolejny apeluję do wszystkich tych, którzy mi tłumaczą, żeby naszych nie tykać, bo liczy się jedność i ostateczne zwycięstwo. Przepraszam bardzo, ale jeśli ja mam zwyciężać z Zawistowskim i jego kumplami bliźniakami Karnowskimi, to ja poproszę uprzejmie się ode mnie od… stawić. Z całą pewnością wolę Krysztopę. Nawet tego sprzed trzech lat.
Na sam już prawie koniec, zgodnie z najświeższą tradycja, przedstawiam tym razem piosenkarkę, którą miałem okazje sfilmować podczas pobytu w Cambridge. Niech każdy zobaczy, jak się realizują prawdziwe pasje:



No i tradycyjnie już, wszystkich przyjaciół tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam - bez tego nas nie ma. Dziękuję.

środa, 21 listopada 2012

Życie, i to co je uwzniośla albo upadla

No i znów muszę prosić o wybaczenie, ale jak się coś zacznie, to często nie chce się skończyć. Wczoraj w autobusie skradziono mi komórkę, co oczywiście załatwiło mnie na cały dzisiejszy dzień do tego stopnia, że pewnie już dziś nie napiszę ani słowa. W dodatku oczywiście, straciłem wszystkie swoje numery. W związku z tym bardzo proszę, albo o przysyłanie mi ich esemesem na dotychczasowy numer, albo mailem na toyah@toyah.pl.
A do czasu aż się pozbieram bardzo proszę sobie słuchać tego człowieka. Nagrałem go osobiście parę lat temu w Londynie. Jak się przyjrzycie, to tam stoi taki ładny blondyn. To młodszy Toyah. No ale przy tym artyście, to oczywiście drobiazg.
No i jeszcze jedno. Ja zdaję sobie sprawę z tego, ze bez pracy nie ma kołaczy, niemniej jednak, ze względu na naszą starą znajomość, gdyby komuś coś zbywało, to bardzo proszę.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Suplement

Przepraszam wszystkich za tę przerwę, ale jeśli mam wydać moje peerelowskie refleksje przed Świętami, muszę nieco przyspieszyć. Mam nadzieję, że zostanie mi to zrozumiane i wybaczone. Tymczasem wszystkim przyjaciołom tego bloga, jako suplement do poprzedniego tekstu, dedykuję tę piosenkę. No i tradycyjnie bardzo proszę, by o mnie nie zapominać.


niedziela, 18 listopada 2012

Spójrz, co oni zrobili z moją piosenką

Niedawno, czy to na tym blogu, czy może tam w Salonie, pojawił się problem talentów, których nie ma, bo zostały zwyczajnie zabite przez mainstream, zębami i pazurami broniący się przed konkurencją. Ja oczywiście wiem, że większość z nas nie ma tego komfortu, by pozwalać sobie na zajmowanie się takimi drobiazgami jak rynek sztuki, jednak dla mnie jest to zmartwienie stałe, i powiem uczciwie, że trudno mi jest znaleźć coś – wliczając w to jak najbardziej politykę – co jest tak bardzo w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, jak nieustanna obecność wokół mnie tego straszliwego beztalencia, próbującego najbezczelniej w świecie aspirować do miana kultury.
Ile razy mam okazję zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami polskiego filmu, teatru, malarstwa, literatury, piosenki – ogarnia mnie przygnębienie, z którego jedyną drogą ucieczki jest albo się upić, albo zasypać to coś całą dostępną kolekcja bluzgnięć. Czy ja wiem, jak to się stało, że akurat nas to spotkało? Czemu nawet w najbardziej egzotycznych miejscach i kulturach na świecie można znaleźć prawdziwe perły, a tu mamy albo piosenkarkę Peszek, albo reżysera Pasikowskiego, albo aktora Pazurę, albo pisarza Kuczoka, albo kompozytora Rubika… można wymieniać? Otóż wiem i wspomniałem o tym już wcześniej. Winę za to ponoszą połączone siły twórców sztuki, którzy boją się utraty pozycji, i ich mecenasów, którzy z kolei są z nimi zaprzyjaźnieni i nie mają ochoty ryzykować jakiejkolwiek zmiany na tym poziomie. No i oczywiście kolejne rządy, które uznały, że za wszystko odpowiada wolny rynek, a władzy nic do tego, jak tam się to wszystko poukłada. A zatem, jedynym zajęciem owej władzy, jak idzie o rynek sztuki i idei, jest sprawdzanie raz do roku stanu rzeczy, i dosypywanie pieniędzy dokładnie tam, gdzie poprzednie pieniądze się skończyły.
Oczywiście ten rodzaj polityki kulturalnej działa w trzech kierunkach: pierwszy to taki, że żaden autentyczny nowy talent nie ma jakiejkolwiek szansy na znalezienie mecenasa, a więc przed sobą ma tylko skazaną na porażkę walkę w niszy, drugi to ten, że wszyscy ci, którzy dziś tworzą mainstream, w poczuciu kompletnej bezkarności stają się coraz gorsi i zalewają rynek najgorszego rodzaju głupstwem, no i wreszcie tak zwana publiczność wciąż otrzymuje ten jeden jedyny komunikat: że to co dostaje, może nie jest aż tak wybitne jak byśmy chcieli żeby było, no ale widocznie my Polacy tacy już jesteśmy byle jacy. A więc bawmy się tym co mamy.
Wczoraj syn mój pokazał mi na youtubie coś co mnie wręcz zmasakrowało. Otóż proszę sobie, ze jest discopolowy zespół o nazwie Weekend. Proszę posłuchać:



O co mi chodzi? Oczywiście w najmniejszym stopniu o to, że to jest zwyczajny syf. W końcu nie to jedno i niekoniecznie najbardziej. Rzecz jest bowiem znacznie poważniejsza. Jak może ktoś zauważył, ów klip ma w tej chwili ponad 18 milionów tak zwanych obejrzeń, co jak i idzie o Polskę jest absolutnym rekordem, w dodatku rekordem, który w wyobrażalnej przyszłości nie ma jakichkolwiek szans na utratę pozycji. Nie dość tego. Dzięki kompletnej histerii jaką on wywołał w Polsce, ów filmik znalazł się na 69 miejscu tak zwanej listy Top 100, obejmującą wszystkie dostępne na youtubie filmy. Czemu tak? No właśnie. Czemu?
Ktoś mi powie, że ja się uczepiłem jakiegoś discopolowego gówna. Że wystarczyłoby mi rzucić okiem na sztukę prawdziwą, to bym widział, że nie jest aż tak źle. Proszę więc bardzo. Spójrzmy na sztukę prawdziwą. I, żeby mi znów nie zarzucono manipulacji, nie będzie to Maria Peszek, ale cos naprawdę poważnego. Kasia Nosowska z zespołem Hej.



Mam nadzieję, że nie muszę nic tłumaczyć. Ani jak idzie o sam pomysł tego klipu, ani jego realizacje, ani samą piosenkę. Ponieważ popularna w środowiskach traktujących zespół Hej jako zjawisko kultowe opinia jest taka, że Kasia Nosowska to wielka poetka, pozwolę sobie zwrócić tylko uwagę na tekst:

Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć raz
To choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę
Powrotów nie będzie

Czasem coś... tyci czort
Zdania szyk przestawi mi

Kochaj mnie mimo wszystko
”.

Niedawno wspomniałem tu o pewnym projekcie – jednym z bardzo wielu obecnych na youtubie właśnie – który ma za zadanie otwieranie drogi do kariery dla wszelkiego typu uzdolnionych artystów. Wystarczy raz tylko tam zajrzeć i zobaczyć te tłumy młodych brytyjskich śpiewaków i muzyków śpiewających swoje piosenki, by włosy stanęły nam dęba na głowie. Świadomość tych wszystkich poziomów, na których tworzy się brytyjska piosenka pop, oraz systemu promocji jakiemu ona podlega, tych wszystkich młodych piosenkarzy, tak nieprawdopodobnie zdolnych, z których zaledwie niektórym się uda przebić na sam szczyt, i z których każdy, nawet ten, który jeszcze pewnie nie dostał swojej szansy, by się gdziekolwiek pokazać, i kto wie, czy kiedykolwiek dostanie – bo po prostu konkurencja jest za silna – ale i tak jest o niebo zdolniejszy i fascynujący niż ta nieszczęsna Nosowska – świadomość ta zwyczajnie poraża.
Posłuchajmy na koniec jednego z wielu, pierwszego z brzegu. Naprawdę pierwszego z brzegu. To naprawdę nie jest nic takiego. W tym nie ma ani szczególnych umiejętności, ani szczególnego talentu. Powiedzmy, trochę – i to już wystarczy, żeby całą tę bandę nieudaczników odesłać do kąta. Posłuchajmy i zastanówmy się do czego ci głupcy bez serc i dusz nas doprowadziła.




Tradycyjnie już, wszystkich przyjaciół tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam - bez tego nas nie ma. Dziękuję.

sobota, 17 listopada 2012

Ja, Homo Sovieticus

Wróciłem dziś rano do domu ze sklepu, i pani Toyahowa poprosiła mnie, żebym jakoś spróbował otworzyć puszkę z fasolką. Okazało się, że otwieracz do konserw, który mieliśmy od kilku lat, przerdzewiał i się połamał, natomiast ten drugi, jaki leżał nieużywany w szufladzie, puszek nie otwiera. Toyahowej chodziło więc o to, bym wziął nóż i tę fasolkę otworzył normalnie, nożem.
Kiedy jeszcze byłem dzieckiem, przez wiele długich lat – dziś myślę, że to było zawsze – mieliśmy otwieracz, którym się nie kręciło, ale wbijało się ten ząb w puszkę – zupełnie jak ja dziś nasz nóż – i po paru szybkich ruchach, każda puszka była otwarta. Kiedy tamten się zgubił, czy może stępił, nie pamiętam, rodzice kupili nowy, już z takim kółkiem, no i nim otwieraliśmy puszki. Pamiętam, na początku lat 90. byliśmy w Warszawie i zaszliśmy do sklepu IKEA, i kupiliśmy piękny żółty kubek do herbaty i szwedzki otwieracz do konserw. Kubek służył nam długo bardzo długo, do czasu aż moja naprawdę ukochana, świętej pamięci Teściowa go niechcąco stłukła, natomiast jak idzie o otwieracz, on był od samego początku kompletnie dysfunkcjonalny, w tym sensie, że nie otwierał nic. I to był trzeci przypadek w moim życiu, kiedy zobaczyłem, że z tym kapitalizmem, to jest jednak chyba trochę lewa sprawa.
Trzeci raz, bo pierwszy i drugi przydarzyły mi się dziesięć lat wcześniej, kiedy to pojechałem do pracy do Frankfurtu nad Menem. W któryś z pierwszych tam spędzonych dni poszedłem do sklepu zrobić zakupy, i między innymi kupiłem dziesięć jajek w foremce. Kiedy zaniosłem je do domu, okazało się, że wszystkie są potłuczone. Byłem bardzo tym zdziwiony, bo cale życie byłem uczony, że komuna to komuna, natomiast w takich Niemczech wszystko chodzi jak w szwajcarskim – a kto wie, czy też nie w niemieckim – zegarku. Później któryś ze znajomych Niemców powiedział mi, że ja na pewno sięgnąłem po jajka, które stały na wysokości wzroku. I to był mój błąd. Powinienem był zadać sobie trud i jednak przykucnąć.
Wracając do domu postanowiłem kupić rodzicom i sobie parę prezentów. A więc sobie kupiłem bardzo ładny, taki trochę po szwedzku żółto niebieski T-shirt, ojcu elektryczną zapalarkę do gazu, a mamie bardzo ładny durszlak. Kolory na koszulce po pierwszym praniu puściły tak że ta żółć z niebieskim się wymieszały, zapalniczka działała może przez tydzień, natomiast durszlak połamał się natychmiast. Minęły te wszystkie lata, kapitalizm przyszedł do Polski, no a z nim pojawiły się też te otwieracze do konserw.
Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy, by dzisiejszy wpis na blogu poświęcać czemuś tak trywialnemu i zapewne w ogóle nie wartemu uwadze. Nie mam w ogóle pewności, czy to wyjaśnienie kogokolwiek usatysfakcjonuje, ale było tak, że kiedy wróciłem rano do domu i dostałem do ręki ten nóż, przyniosłem ze sobą woreczek z tak zwanymi kołeczkami i pół kilograma kabanosów. Najpierw może powiem, po co mi te kołki. Otóż ja i pani Toyahowa śpimy od wielu już lat na tapczanie, który kiedyś za ciężkie pieniądze kupiliśmy we wspomnianej wcześniej IKEI. Tapczan jest duży, bardzo wygodny, no i rozkładany w ten sposób, że kiedy jest złożony, to się na nim siedzi, a kiedy się go rozłoży to się na nim śpi. Rozkłada się go w taki sposób, że jego dolną część się wysuwa, ona się zatrzymuje na takich metalowych zaczepach, następnie się tę część podciąga do góry i się śpi. Tak się złożyło jednak, że z jednego z tych zaczepów odpadła śrubka i przez to łóżka się nie da rozłożyć. Problem jest w tym, że miejsce w które się wkręca śrubę jest tak skonstruowane, że aby ją tam wkręcić trzeba by było najpierw rozwalić cały element tapczanu, i tę śrubę od środka przymocować nakrętką. Inaczej się nie da. Po tygodniu kombinowania, wymyśliłem, że najlepiej będzie kupić kołek, wbić ten kołek w tę dziurę, i liczyć na to, że się to jakoś utrzyma. Okazuje się jednak, że dziura, w którą miał wejść mój zakupiony z samego rana kołeczek, jest tak dziwnie skonstruowana, że tam wchodzi tylko ta jedna jedyna szwedzka śrubka, i nic ponad to. Ostatecznie w dziurę tę wbiłem kawałek mocnego drewna, w drewno to wkręciłem zwykłą śrubkę, no i czekam co będzie.
Czekając, podgryzam sobie bardzo dobrego kabanosa, którego kupiłem dziś razem ze wspomnianymi kołkami. Kabanosy kupiłem w zaprzyjaźnionym sklepie spożywczym, prowadzonym przez dwóch bardzo sensownych braci, o których zresztą wspominałem tu już przy okazji rozważań o tym, jak to znikniecie kapusty kiszonej z rynku zniszczyło zdrowie całych pokoleń. Zaszedłem do tego sklepu, zapytałem jednego z właścicieli, czy on mógłby mi polecić kabanosy, które będą smakowały inaczej niż wszystkie inne, na co on mi coś tam dał, jednak przy okazji zapytał, czy chciałbym może rybkę z puszki o nazwie sajra. Ja mu powiedziałem, że pierwsze słyszę, a on mi powiedział, że naprawdę poleca. Że ona jest tak dobra jak to cośmy jedli z komuny. No więc rybkę też kupiłem. Przy okazji powiedziałem mu, że to jest bardzo zabawna sytuacja, kiedy to on, aby zachęcić klientów do zakupu, musi używać argumentu: „Kup pan. Polecam. Jest jak za komuny”. Pośmialiśmy się trochę, ja mu opowiedziałem moją przygodę z elektroniczną zapalarką do gazu, on mi o scyzoryku, który kupił też gdzieś za granicą, i śmy się rozeszli.
Przed chwilą żona moja przysłała mi na maila – jak wiemy, my też jesteśmy bardzo nowocześni – film umieszczony na youtubie pod tytułem „Kłamstwa Donalda Tuska”, czy jakoś tak. Chodzi o to, że Tusk opowiada z poważną miną, jak to on zrobi, żeby w Polsce było dobrze i te jego zapowiedzi kwitowane są wstawkami ze śmiejącymi się ludźmi. A ja uważam, że nie ma się z czego śmiać. Tusk wcale nie jest, jak to ładnie kiedyś, w zupełnie innej sytuacji, sformułował Kazik, „nowotworem na organizmie żywym”. On, podobnie ja ten otwieracz do konserw, któryśmy dziś wyrzucili, jest organizmu tego esencją. Nie oszukujmy się. Tu nawet sekretarz Świrgoń był lepszy. A co gorsza, to tak naprawdę nawet nie o nich dwóch tu chodzi.

Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i przesyłanie tego co tam komu może zbywa na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam – bez tego nas nie ma. I wcale nie chodzi o te głupie rybki i kabanosy. Ot tak. Zwyczajnie. Dziękuję.

piątek, 16 listopada 2012

Dreamliner, czyli motyle w żołądku

O tym że do Polski przyleci Dreamliner, i że będzie go pilotował polski pilot, i że zarówno dla tego pilota, jak dla nas wszystkich stanowić to będzie wyróżnienie niebywałe, usłyszałem może tydzień temu. Dziś już nie pamiętam, czy wiadomość tę jakoś zgłębiałem, czy ją zwyczajnie, jak 90 procent wszystkich innych wiadomości, zlekceważyłem, faktem jest, że o tym, co to takiego ten Dreamliner i jaką konkretnie wartość ma dla nas jego się tu u nas pojawienie, nie miałem do wczoraj bladego pojęcia.
Do wczoraj. Bo oto wczoraj właśnie, jak niemal co dzień, zajrzałem do portalu tvn24.pl, i zobaczyłem, że pierwsze pięć, a może sześć wiadomości dnia dotyczy właśnie tego, że na lotnisku w Warszawie wylądował samolot pod tą własnie nazwą, i że on jest tak cudowny, że czegoś takiego świat nie widział, a jego mieszkańcy nie przeżyli. I że od dziś to jest samolot polski. Samolot nasz. Rozmawiam dziś trochę z moją żoną o tym Dreamlinerze, i ona – znacznie lepiej ode mnie zorientowana w tym jak są komentowane różnego rodzaju zdarzenia – mówi mi, że ton opinii na ten temat jest jednoznacznie szyderczy. Jednoznacznie w tym sensie, że inne poza szyderczymi komentarze nie istnieją. W tej sytuacji ja już nie będę się znęcał nad faktem, że nagle dla oficjalnej opinii publicznej to że od dziś pewna grupa ludzi będzie latała wygodniejszym i piękniejszym samolotem stało się treścią życia narodu. Trochę dlatego, że jak widać, o tym, że to jest jakaś kompletna żenada wie każdy, ale może też przede wszystkim z tego powodu, że ambicje tego bloga sięgają znacznie dalej niż głoszenie oczywistości.
W tym co się wczoraj stało, najbardziej zainteresowało mnie to, że jak sądzę niemal 100 procent tego przekazu to był tak zwany materiał sponsorowany. Wszystko wskazuje na to, że wczorajszy program stacji TVN214 został najzwyczajniej w świecie wykupiony przez PLL LOT, czy kto tam te Dreamlinery kupił. Wystarczyło rzucić okiem na to co tam pokazywano, by wiedzieć, że to nie jest zwykła reporterska robota, taka z jaką mamy do czynienia w telewizjach każdego dnia. Każdy z pokazywanych nam przez cały dzień filmów, był w sposób oczywisty nakręcony przez wynajętych przez LOT specjalistów od public relations. A jeśli gdzieniegdzie słyszeliśmy głos dziennikarza TVN-u, to również był to głos wynajęty i opłacony.
Najgorsze jednak w tym wszystkim, poza oczywiście faktem, że TVN nigdzie nie zamieścił zwyczajowej informacji, że program jest sponsorowany, było to, że oni nawet nie ukrywali, że to z czym mamy do czynienia to nie jest zwykła telewizyjna relacja. Całe ujęcie z wnętrza samolotu, wraz z towarzyszącą temu muzyką i owym szczególnym, przypominającym najbardziej typowe reklamy, montażem, oraz poetyka z jaką kolejni pasażerowie wypowiadali się na temat tego cudeńka – to wszystko w sposób jednoznaczny było napisane, ustawione i należycie wyegzekwowane.
Ja leciałem samolotem w moim życiu cztery razy. Przy każdej okazji była to linia Ryanair, a samolot był normalny, jak to samolot. Miał wygodne fotele, grzeczne stewardessy i okna, przez które można było patrzeć na chmury. Ponieważ nie leciałem sam, lecz dwa razy z młodszym Toyahem, i dwa razy z panią Toyahową, i ponieważ latanie wszyscy uważamy za przyjemność, przez całą drogę sobie miło rozmawialiśmy. Raz, kiedy nasz samolot lądował, czuć było pewien wstrząs, bo chyba pogoda była jakaś nie bardzo; pozostałe razy, i przy starcie i przy lądowaniu, nie czułem nic. Za każdym razem, bez choćby jednego westchnienia, okazywało się, że już jesteśmy w powietrzu, lub że wylądowaliśmy. Wczoraj słyszę, jak kolejni pasażerowie Dreamlinera z najwyższym wzruszeniem informują, że to co oni przeżyli było czymś wręcz na pograniczu orgazmu. Przede wszystkim można było spokojnie rozmawiać, nie musząc jednocześnie przekrzykiwać ryku silników, nikogo nie piekły oczy, bo wewnątrz rozpylano jakiś łagodzący powietrze preparat, no a kiedy samolot lądował, to jakby zrobiony był „z jedwabiu”.
Zdarzyło się jednak coś, co mnie już kompletnie rozbiło. Otóż w pewnym momencie, pojawiła się jakaś pani Maria, mieszkająca na stałe w Ameryce, która powiedziała, że było tak cudownie, że od czasu jak wylądowała, to wciąż ma „motyle w żołądku”. Otóż może nie każdy to wie, ale owe „motyle żołądku” to jest sensacja psychofizyczna, którą określa się w ten sposób w języku angielskim, a która polega na bardzo nieprzyjemnym poczuciu zdenerwowania. W języku potocznym, „butterflies in stomach” ma na przykład ktoś, kto idzie na przykład na jakiś ważny egzamin i ma uczucie, że za chwilę z nerwów zwymiotuje. A ja sobie myślę, że ta „Maria z Ameryki” to było coś w rodzaju znanego nam skądinąd „Andrzeja z Dzierżoniowa”, którą jakiś ledwo przyjęty do pracy spec od reklamy tam posadził, napisał jej na kartce o tych motylach i kazał wszystko jak należy wyrecytować. A ja już tylko mogę sobie zażartować, że całe szczęście, że nie wzięli do tej roboty kogoś jeszcze głupszego, bo ten pewnie kazałby jej powiedziec, że w tym Dreamlinerze szyby były tak czyste, że ona się nie mogła nacieszyć widokiem jaki miała z tego samolotu, zwłaszcza że przez całą drogę „lało kotami i psami”, więc widok był fantastyczny.
Po co ja to wszystko piszę? Czy może po to, by ujawnić jakiś pojedynczy przewał do jakiego doszło na poziomie mediów i biznesu. Też, ale nie tylko. Chodzi o coś znacznie bardziej ponurego. Podejrzewam bowiem, że to co się wczoraj stało, to tak naprawdę nic szczególnego. Mam wiele powodów by sądzić, że cała działalność polskich mediów to najbardziej bezczelny sponsoring, a dla telewizji TVN24 wczorajszy dzień nie przyniósł żadnych specjalnych wstrząsów. Poza może pewnym wzrostem przychodów. A więc jeszcze jeden dzień. Kolejny dzień w pracy. Dziś po tym Dreamlinerze nie ma już śladu. Kręcimy coś zupełnie innego. Jak mówię, sprawa jest bardzo ponura.

Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam - bez tego nas nie ma. Ot tak. Zwyczajnie. Dziękuję.


czwartek, 15 listopada 2012

Machorka

Jak wiemy wszyscy – a niektórzy w dodatku, ci bardziej z nas pamiętliwi, wszystko świetnie pamiętają – jakiś czas temu zapowiedziałem, że zanim nadejdą Święta, ukaże się książka, tym razem już zupełnie niepolityczna, w której opowiem nie tylko moim dzieciom, dlaczego warto było żyć w PRL-u. Jest jednak tak, że ponieważ we wspólnej z Gabrielem Maciejewskim, moim kolegą i wydawcą, działalności publicystycznej, podtrzymywanie tego płomienia wciąż się kłóci z dążeniem do sukcesu, a jednocześnie jedno bez drugiego nie jest w stanie żyć, Gabriel zadecydował, że ponieważ jemu tworzenie trzeciej części Baśni zajmuje więcej czasu niż to było początkowo zaplanowane, a ze względów biznesowych lepiej jest, żebyśmy obie książki wydali równocześnie, zmuszony jestem na niego poczekać. A zatem, informuję, że książka pod roboczym jeszcze chyba tytułem „Mój PRL”, nie ukaże się w tym roku.
I to była wiadomość smutna. Również dla mnie. Teraz dobra. Otóż bardzo bym chciał, żeby do jesieni udało się wydać dwie kolejne książki. Pierwsza, to bardzo tajemnicza książka o muzyce, a druga wybrane felietony z okresu po-smoleńskiego. Uważam, że ponieważ – w co trudno naprawdę uwierzyć – książka o siedmiokilogramowym liściu wciąż się jakimś cudem sączy – i kto wie, czy nie szerszym strumieniem niż”Elementarz” – mogę wnioskować, że kolejny zbiór tekstów z tego bloga może wielu z nas dać odpowiednią porcję satysfakcji.
W ramach rekompensaty za stracone złudzenia, chciałby tym wszystkim, którzy tego potrzebują, zaprezentować jeden z gotowych już tekstów, które ostatecznie znajdą się w książce „peerelowskiej”. Jest to rozdział zatytułowany „Machorka”.


Wakacje spędzane przez mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały dla mnie coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale może przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.
Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguje na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie ja spędzałem swoje wakacje używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.
Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to jednak się przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.
Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie owe liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony bardzo silnymi żarówkami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięć metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.
Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy, wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy… nie pamiętam.
Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiały, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście, mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak, jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.
Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych jakąś obcą, śmierdzącą i niezmywalną mazią palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I, jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.
Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat 80. minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet, siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędząca taśmę się, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, ze można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz, no i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.
Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem sobie, że co by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli zestawić go z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś, kiedy widzę ten upadek, nie zamieniłbym na nic.

Tradycyjnie już, wszystkich sympatyków tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednia pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.

środa, 14 listopada 2012

Na jego obraz i podobieństwo

W równolegle publikowanym w Salonie24 tekście nie wiem po raz już który ostatnio rozliczam się z naszymi ludźmi z „Uważam Rze”, i osobiście z czołowym „Uważam Rze” publicystą, Krzysztofem Feusette. O co poszło? Mówiąc bardzo krótko, o to, że – w oczywisty sposób dla podniesienia atrakcyjności numeru – Redakcja postanowiła skorzystać z usług swojego specjalisty od tak zwanych prasówek, wspomnianego Feusette, i zachęcić go do tego, by sporządził odpowiednio duży, oraz jak najbardziej odpowiednio zilustrowany tekst o Jerzym Urbanie, które to zadanie Feusette, z charakterystycznym dla siebie zaangażowaniem, wykonał. Czemu zdecydowano się na Urbana? Czy może on ostatnio się jakoś szczególnie zaktywizował? Czy może jego postać w bardziej wyraźny niż dotychczas sposób opanowała nasze życie publiczne? Nie. Jak mówię, w sposób oczywisty chodziło tylko o temat. Temat oczywiście mocny i odpowiednio poruszający.
Efekt jest taki, że najpierw niemal całą jedną stronę tygodnika „Uważam Rze” wypełnia pozowane, charakterystycznie ohydne, kolorowe zdjęcie Jerzego Urbana, a dalej idą już wyłącznie najbardziej drastyczne cytaty z urbanowej publicystyki. Całość zostaje podsumowana przez Feusette nieporadną bardzo – a przede wszystkim od początku skazaną na porażkę – próbą obrażenia Urbana i bezczelnie zakłamanym apelem do mediów, by się nie zajmowały kimś tak podłym jak Urban.
Dokładnie swoje pretensje do Feusette i do sposobu, w jaki on realizuje swoje dziennikarskie powołanie, przedstawiłem w notce w Salonie24, tu natomiast chciałbym dopisać do tamtego tekstu swoisty aneks, dotyczący bardzo precyzyjnie wspominanej wcześniej kwestii braku jakiejkolwiek możliwości zranienia Urbana w sposób inny niż fizyczny. Kwestii sprowadzającej się do tego, że Jerzy Urban jest kimś, na kogo nie jest w stanie zadziałać ani modlitwa, ani przekleństwo. Ani serdeczność, ani wściekły gniew. Bo każde z nich go wyłącznie żywi i bardzo negatywnie napędza. Dlaczego? Bo jest Urban uosobieniem zła niemal doskonałego, a jako taki, powinien być omijany szerokim łukiem, a nie poddawany jakimś pustym eksperymentom.
Jest jednak coś w Urbanie takiego, co owo zło definiuje w sposób bardzo uniwersalny. On jest zwyczajnie słaby. Jak by to powiedział mistrz John Lydon, Urban jest „fucking weak”. On nie jest ani dowcipny, ani – wbrew temu co jeszcze głupsi od niego twierdzą – „piekielnie” inteligentny, ani nawet ciekawy. Proszę zwrócić uwagę na wszystko, czego on dotychczas dokonał. Na poziomie zawodowym, on nie różni się ani odrobinę od kogoś takiego jak Krzysztof T. Toeplitz, Daniel Passsent, czy Ernest Skalski, że wspomnę tylko jego kolegów. On zawsze był tylko jednym z tych reżimowych dziennikarzy – jak idzie o profesjonalizm, naturalnie lepszych od Feusette, ale już nic ponad to – których mieliśmy zatrzęsienie w latach 70. i 80. i z których pisania zupełnie nic nie wynikało. To co go uczyniło kimś specjalnym, to owa dawna decyzja Wojciecha Jaruzelskiego, czy może jego kumpla Górnickiego, by Urban został rzecznikiem rządu stanu wojennego, no i jeszcze coś. Coś z jednej strony bardzo szczególnego, a z drugiej tak ordynarnie prostackiego, że aż wstyd o tym wspominać.
Otóż Jerzy Urban swego czasu wpadł na pomysł, że jeśli stanie się on maksymalnie kontrowersyjny, to ta jego kontrowersyjność i przysporzy mu popularności i zapewni swoistą nietykalność. Warunek jest tylko jeden – nie wolno się bać i trzeba być do końca i bez jakichkolwiek ograniczeń konsekwentnym. Co więc mamy z Urbana? Czy może jakiś nieprzemijalny projekt, czy może jakąś ważną myśl, czy może jakiś choćby pojedynczy obiektywnie istotny sukces? Zero. Nic. Pozostają tylko pojedyncze wypowiedzi, wypowiedzi oczywiście koniecznie drastyczne, takie jak ta, że jego matka była kurwą, jego ojciec zapitym menelem, a on sam śmierdzącym od dziecka skurwysynem. I że jest z tego osobiście nieskończenie dumny. Że to świetnie, że Lech Kaczyński wreszcie zdechł, i że jeśli jeszcze tylko do niego dołączy jego brat – najlepiej w cierpieniach – to będzie gites. Że kościół to gówno, a ten jego bóg to kupa śmiechu.
Proszę zwrócić uwagę na to, co, jeśli zostanie tylko dopuszczony do głosu, mówi Jerzy Urban. To jest zwykły teatr oparty o jeden pomysł, obrobiony w taki sposób, by widzowie od początku do końca krzyczeli z obrzydzenia. I z oburzenia. Czy to naprawdę jest takie trudne? Zastanówmy się, ileż to jest roboty – zwłaszcza gdy ma się już w tym pewną wprawę – wymyślać takie grepsy, jak te, na które wskazałem w poprzednim akapicie? Do tego naprawdę nie trzeba nic poza pewnym rodzajem desperacji. To samo co Urban, próbuje robić i Palikot i Maria Czubaszek, a ja jestem pewien, że i on i ona by też tak potrafili, tyle że są osobami zbyt publicznymi, no i im nie wypada. No a poza tym nie wiadomo, czy System pozwoliłby Urbanowi na tego typu kooptację.
Teraz może dodam jeszcze parę słów o owej urbanowej nietykalności. O tym, że każda próba obrażenia go jest przeciwskuteczna. Zastanówmy się bowiem, jak możemy obrazić kogoś, kto całkowicie otwarcie głosi, że jest ohydnym gównem, nie zasługującym na nic innego jak tylko zapewnienie wszelkiemu robactwu fantastycznej uczty po śmierci? A to jest przecież coś, co Urban osobiście niejednokrotnie ogłaszał. I to ogłaszał z totalną radością. Co my możemy powiedzieć, by go wyprowadzić z równowagi? Przecież każde nasze słowo on natychmiast zaakceptuje i będzie się z nim obnosił jak z kolekcją najwspanialszych orderów.
W tytule do swojego bezsensownego i głupiego tekstu Krzysztof Feusette sugeruje, że na Urbana już w jego trumnie czekają robaki, i jak rozumiem, ma być to rewanż za to, co Urban w którymś z wywiadów powiedział na temat człowieka poległego w Smoleńsku i jego pogrążonej w bólu żonie. Jak rozumiem, Feusette wymyślił ten tytuł, bo sobie wykombinował, że w ten sposób sprawi Urbanowi przykrość. Tu mu sprawi przykrość, a informując go w dalszej części tekstu, że porządni ludzie na temat zmarłych nie mówią źle, udzieli mu nauki. I to jeszcze używając sformułowań typu: „Uspokoję Urbana…”. Co za absurd! Feusette przyszedł uspokoić Urbana.
No i jest jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej zdjęcia. Ponieważ to akurat załatwiłem w tekście na blogu w Salonie, a uważam, że udało mi się tam powiedzieć coś bardzo ważnego na temat znacznie bardziej uniwersalny, niż związany z kimś tak bylejakim jak Urban, pozwolę sobie ów fragment tu wkleić. Na zakończenie. Jako coś zdecydowanie do zapamiętania.
I oto nagle przed mną, duże, zajmujące całą stronę, piękne, kolorowe zdjęcie Jerzego Urbana w pozie, co do której nie można mieć żadnych wątpliwości, że to jest od początku do końca jego robota. Że to jest część owego starego jak on sam planu, by pokazać się Polsce i Polakom, jako szyderstwo z najbardziej podstawowego człowieczeństwa, a następnie przekrzykując nieuniknione przecież i spodziewane głosy oburzenia, zawołać: „No i co powiecie? Oto człowiek. Przyjrzyjcie się mu. Oto coś co wyhodował wasz bóg. To ja. Takie samo gówno jak każdy z was. Na jego obraz i podobieństwo. Razem z nim stoicie przed lustrem”.
Pomyślmy o tym. I nie dajmy się zwieść.

Tradycyjnie już proszę wszystkich o wspieranie tego bloga, albo przez kupowanie książek, albo prze bezpośrednią pomoc pod podanym obok numerem konta. Bez niej, nas nie ma. Zwyczajnie. Nie ma.




poniedziałek, 12 listopada 2012

Don Paddington: Programy

Nasz ksiądz Don Paddington przysłał mi wczoraj ten tekst, pod takim właśnie tytułem, z propozycją publikacji tu na blogu. Tekst, jak widać, jest bardzo długi więc Ksiądz sugerował, by nie męczyć czytelnika i podzielić go może na części. Jednak, co też widać od razu, postanowiłem zamieścić go w całości, bo jest napisany w sposób pasjonujący i taki, że - w moim odczuciu - każda edycja osłabiłaby tylko to wewnętrzne napięcie i ostatecznie sam tekst. A jest to tekst niezwykły. Czytajmy więc. I tu i u Coryllusa, z którym się umówiliśmy, że go opublikujemy jednocześnie na obu blogach. Kto chce, niech go sobie wydrukuje, kto nie - niech siedzi przed monitorem i w nim utonie. Bo naprawdę warto.


Coryllus, w jednym ze swoich niedawnych tekstów napisał, że koncepcje polityczne reprezentowane przez Dmowskiego i Piłsudskiego, w dalszym ciągu sprawują rząd dusz po tzw. prawej stronie sceny politycznej. Słowem: choć wojna między trumnami tych dwóch Panów ciągle trwa, to dla tzw. „naszych” poza tymi trumnami nie ma nic. Ja się na tym w ogóle nie znam i stąd wolę teksty choćby o Róży siedzącej na grzędzie, niż teksty traktujące o tak poważnych sprawach jak polityczne programy, ale rozumiem: dopiero co mieliśmy Święto Niepodległości, porozmawiajmy więc o dobru wspólnym.
Zanim jednak do tej rozmowy dojdzie, chciałbym tytułem wstępu opowiedzieć o czymś, co na pierwszy rzut oka z polityką nie ma zbyt wiele wspólnego – to jest, a propos trumien – o trzech osiemnastowiecznych zgonach, o tym co je łączy i co z tego dla nas ewentualnie wynika.
Pierwsza śmierć dotyczy osoby Stefana Garczyńskiego, wojewody poznańskiego, jednego z pierwszych dygnitarzy ówczesnej Rzeczypospolitej, autora dzieła pt.: Anatomia Rzeczypospolitey Polskiej, w którym to dziele postulował przeprowadzenie potrzebnych w kraju reform, zwłaszcza reform gospodarczych.
Leon Wegner, historyk – hobbysta żyjący 100 lat później, zgon Garczyńskiego tak opisał:
Dnia 21go września [1755 roku], w sobotę wieczorem, [wojewoda] powrócił [z podróży] przy zupełnem zdrowiu do Zbąszynia i przepędził tamże niedzielę w gronie synów swych i córki (…). W następny poniedziałek z rana, napiwszy się kawy, którą mu zgotował i podał Jan Szorsz, służebny jego, zasiadł do pisania listów do Drezna, gdzie podówczas przebywał dwór królewski. Zaledwie jednakże kilka wierszy napisać zdołał, napadła go nagła słabość, połączona z gwałtownym bólem wewnętrznym, który go zmusił do położenia się. Kiedy w ciągu dnia coraz więcej wzmagała się jego słabość, połączona z nieustannemi womitami, których domowe środki uśmierzyć nie mogły, posłano po lekarzy do Cylichowy i do Wschowy. Lekarze, którzy przybyli we wtorek z rana, używali wszelkich środków na złagodzenie palącej go wewnętrznie boleści, lecz wszystkie usiłowania ich okazały się bezskutecznemi. W nocy z wtorku na środę dnia 24 września zakończył wojewoda żywot swój w gwałtownych boleściach.
Śmierć nagła wojewody powszechne w całej Wielkopolsce sprawiła wrażenie. Na żądanie rodziny jego odbyto sekcyą zmarłego, która wykazała, że wnętrzności jego były popalone i zczerniałe jak węgle. Kura, której odrobinę tychże podano, padła natychmiast nieżywą. Były przeto najsilniejsze poszlaki, że wojewoda umarł od zadanej mu trucizny”.
Podejrzenie zabójstwa padło na wspomnianego wyżej Jana Szorsza, pokojowca wojewody. Sługa ten był Niemcem wyznania ewangelickiego, który – jak to Wegner zwięźle ujął – „posiadając w wysokim stopniu zaufanie wojewody, był w ogólnej nienawiści tak u pozostałej służby, jak i u mieszczan zbąszyńskich, którym częste wyrządzał krzywdy, i którzy dla chciwego i twardego usposobienia jego, powszechną okazywali mu niechęć i odrazę”.
Aresztowano więc Szorsza, a „przy rewizyii w domu jego odbytej, znaleziono znaczną ilość arszeniku, niektóre klejnoty do rodziny Garczyńskich należące, szaty zmarłego wojewody i sporą sumkę pieniędzy”. Śledztwo nie doprowadziło do wykrycia ewentualnych mocodawców pokojowca, który do końca – tzn. do swej śmierci w więzieniu – szedł w zaparte i mimo zastosowanych wobec niego tortur, do zarzucanego mu czynu się nie przyznał.
Przy opisie drugiego zgonu, zetkniemy się ze znaną nam już postacią Józefa Zaremby, onegdaj sławnego konfederaty barskiego, a w chwili śmierci – królewskiego ulubieńca, posła na sejm i generała. O jego w Roku Pańskim 1774 odejściu do wieczności, Jędrzej Kitowicz napisał tak:
Miał Józef Zaremba wielkie upodobanie za lada imaginacją słabości, używać kąpieli. Jednego razu wybierając się do Warszawy wezwany od króla, kazał sobie w miasteczku swoim Rozprzy nagotować zwyczajną kąpiel mokrą. Brat jego rodzony Franciszek, łowczy sieradzki, znajdujący się przy nim, ganiać jął wannę mokrą, zachwalał suchą i napomknął, iż u stolarza tamtejszego widział wannę nową osobliwą. Zaremba (…) kazał wannę owe natychmiast do siebie przynieść.(…) Przyszedł za nią i stolarz, który opowiedział i pokazał, jak ma być używana. Zaremba, chciwy tej nowomodnej wanny, wszedł do niej najprzód w sukniach, a potem widząc, że jest w miarę jego, rozebrał się co prędzej i usiadł nagi. Wieko zamykało się z wierszchu, przy samej szyi, tak iż tylko głowa wychodziła nad wannę, a cały człowiek zamknięty, naparzany spirytusami, pocił się w wannie. Obłożono go około szyi ręcznikami, aby para nie wychodziła; puszczano po trosze rurką przyprawioną do tejże wanny gorzałkę okowitkę na cegłę rozpaloną w naczyniu glinianym na dnie wanny podłożoną, która gorzałka, smażąc się na cegle, ciepłą parą obejmowała siedzącego. Delektował się zrazu Zaremba tym wyciągającym z ciała humory wynalazkiem. Lecz gdy chłopiec Zajączkowski, świecący kamerdynerowi lejącemu przez lij do rury gorzałkę, przytchnął świecę do flaszy półgarcowej, a kamerdyner, sparzony zapaloną od świecy gorzałką, upuścił flaszę w lij, która się stłukła, i gorzałka paląca się, raptem buchnąwszy w wannę, sparzyła Zarembę – krzyknął z całego gardła i chciał wyskoczyć z wanny; lecz wieko tak się zassało, że tłukąc się co siły po wannie i wrzeszcząc, nie mógł go otworzyć. Dodał większej operacji ogniowi brat Zaremby Franciszek, gdy ręcznik okręcony około szyi oderwał. Albowiem płomień tym otworem wybuchnął i okrył całą twarz Zaremby, a zapaliwszy na głowie włosy, zwyczajnie tłuste od pomady, wzbił się w górę aż do połapu niskiego, którym widokiem przestraszeni wszyscy, którzy tam byli, pouciekali na dwór, Zarembę nieszczęśliwego, w owych płomieniach piekącego się, odbiegłszy. Tak tedy kilkanaście minut gorzał, aż przecie Lutosławski, gość wtenczas u Zaremby, wpadł do izby z siekierą, to zrąbał wannę i Zarembę z ognia uwolnił, lecz tak dobrze opieczonego, że kawały ciała przypsnęły do wanny. Obłożono go czym prędzej śmietaną i drożdżami, poobwijano w prześcieradła i ręczniki. Tak obwinięty począł się przechadzać po izbie, jęcząc z wielkiego bólu i utyskując na swoje nieszczęście. Kazał wołać księdza. Lecz brat Franciszek (…) począł mu perswadować, aby sobie aprehensji nie dodawał [aby się nie niepokoił]; że tyle jest praktyk ludzi wydobytych z pożaru na pół upieczonych – wygojonych; dopieroż on, mając tylko skórę z wierszchu przypaloną, miałby na to umrzeć. Radził mu, aby się napił wódki i położył w łóżku. Zaremba, że lubił wódkę, usłuchał brata. Lecz skoro wypił kieliszek, natychmiast począł się mieć gorzej; bo naturalnie uważając, ogniowi powierzchownemu przydał podniety z wewnątrz. Położonemu w łóżku posłali po księdza, który już z nim nie mógł nic robić, zastawszy go bez zmysłów; więc tylko mu dał absolucją kondycjonalną. A ranem poklęknąwszy z wszystkimi, mówił litanią za konających, podczas której Zaremba skonał”.Bohaterem trzeciej opowieści jest Józef Radoliński, przedstawiciel rodziny, która „piastowała niegdyś wysokie godności w Rzeczypospolitej, ale podupadła”. Co prawda, jarocińska gałąź tego rodu, zniemczywszy się przedtem doszczętnie, w XIX wieku doszła w Prusach do wielkich pieniędzy i znaczenia, tym niemniej w wieku XVIII Radolińscy, choć biedy nie klepali, bardziej się cieszyli sławą swoich przodków, niż aktualną swoją pozycją. Wspomniany wyżej Józef dobrze się ożenił i było to właściwie jedyne jego (według miar przyziemnych) osiągnięcie. Poza honorowymi, nie piastował żadnych urzędów, o ile wiem nie posłował też na Sejm, nie angażował się w żadne patriotyczne, czy antypatriotyczne awantury, namiętnie grywał – zazwyczaj z wielką stratą – w karty i z oddaniem gospodarzył w swoim rodzinnym majątku w Łobżenicy. Jedynym jego zmartwieniem (poza długami) była małżonka – Katarzyna z Raczyńskich, która zdaniem Radolińskiego miała za wysokie mniemanie o swoim rozumie, prowadziła zbyt aktywne jak na jego gust życie towarzyskie, a nade wszystko zwracała się doń z prośbą o pieniądze akurat wtedy, kiedy tych pieniędzy nie było. To sielskie życie, zostało przerwane pierwszym rozbiorem Polski. Majątek w Łobżenicy, wraz z całym tzw. okręgiem nadnoteckim, stał się częścią Królestwa Prus. Córka Józefa, Wirydianna primo voto Kwilecka, secundo voto generałowa Fiszerowa, odnosząc się w swym pamiętniku do owego wydarzenia, napisała co następuje: „Ojciec był z natury nieufny, ale wstręt, jaki odczuwał do Prusaków i do ich języka, którym nie władał, napawał go niechęcią do wszystkiego, co od nich pochodziło”. Powodowany owym wstrętem, bohater nasz ustanowił dla swoich dóbr pełnomocnika, który miał doglądać gospodarstwa, a sam wraz z rodziną przeniósł się w granice Rzeczypospolitej i został dzierżawcą posiadłości w Winnej Górze, niedaleko Środy Wlkp. Usiłował na odległość zarządzać Łobżenicą, ale brak znajomości pruskiego prawa, oraz rozliczne nadużycia, których pruscy urzędnicy dopuszczali się wobec polskich właścicieli sprawiły, że nie był w stanie zapobiec degradacji majątku. Biedził się Józef Radoliński z tym problemem kilka lat, aż wreszcie… Oddajmy głos Wirydiannie Fiszerowej:„Majątek nasz w Łobżenicy od czasu rozbioru stał się niewyczerpanym źródłem szykan i kłopotów. Ojciec bał się o tym słyszeć: każdy list pisany po niemiecku, na długich arkuszach papieru, wyprowadzał go z równowagi. Myślał tylko o tym, by pozbyć się tego majątku za wszelką cenę. W końcu znalazł nabywcę w postaci [pruskiego] generała Lottuma i sprzedał mu majątek za połowę jego wartości. Uradowany tym wspaniałym sukcesem, ojciec popełnił nieostrożność: pozwolił na objęcie majątku w posiadanie i wyznaczył na później terminy płatności. Przyjmował wszystkie warunki generała z obawy, żeby się ten nie wycofał. Błąd swój poznał wtedy dopiero, kiedy nie dało się go już naprawić. Generał Lottum był zadłużony po uszy i nie rozporządzał żadnymi kapitałami. (…) Zamieszkał w Łobżenicy, kroił tam pana dziedzica, wycinał las i przepuścił wszystkie terminy płatności, nie uiszczając się ani razu. Na domiar złego, jako zdolny oficer, cieszył się względami króla pruskiego. Fryderyk w żart obracał całą transakcję, a przy tym śmiał się z figlów, które Lottum płatał 'temu Polakowi', i kazał sobie o nich opowiadać. Sytuacja zaostrzyła się. Ostrzeżono ojca, że jeśli nie zgłosi sprzeciwu wobec pierwszego nadużycia, to zalegalizują się wszystkie następne. Rad nierad, wybrał się więc do Łobżenicy, której nie widział od czasu jej opuszczenia. (…) Ojciec powrócił z podróży bez osiągnięcia zamierzonego celu: nie zdołał usunąć z majątku generała Lottuma, faworyzowanego tym skwapliwiej przez ziomków, że wiedziano o protekcji królewskiej. Po tej wyprawie podejmował ojciec dalsze próby, równie bezskuteczne. Powracał z podróży w rosnącym przygnębieniu. Marniał w oczach. Lekarze wysłali go do wód w Pyrmont, co więcej mu zaszkodziło niż pomogło. (…) Raz jeszcze pojechał do Łobżenicy i ta wyprawa go dobiła. Nazajutrz uległ nagłemu atakowi apopleksji. Stało się to 17 grudnia 1781 roku.
Stefan Garczyński. Józef Zaremba. Józef Radoliński. Czy jest coś, co łączy tych trzech ludzi, poza tym, że żyli i umarli w XVIII wieku? I czy coś z tego dla nas wynika?
Otóż wyjaśniając powyższe kwestie, wszystkim zainteresowanym polityką warto zwrócić uwagę na to, że życie owych panów jest w miarę dokładnym odzwierciedleniem trzech koncepcji politycznych, nader ponadczasowych, które wyrażają się poprzez następujące hasła:

Gospodarka, głupcze! (Garczyński);
Wolność i wiara, głupcze! (Zaremba);
Święty spokój, głupcze! (Radoliński).


Nie wiem, na ile wymienione wyżej koncepcje, korespondują z koncepcjami symbolizowanymi przez nazwiska wspomnianych wcześniej Dmowskiego i Piłsudskiego, natomiast wiem, że tak Garczyński, jak i Zaremba czy Radoliński, wziąwszy się – na miarę swych możliwości – za realizację hołubionych przez siebie idei, ponieśli klęskę. Do przyczyn owej politycznej klęski jeszcze wrócimy – musimy wrócić, jesteśmy przecież na blogu politycznym – natomiast w tej chwili chciałbym, byśmy z pełną powagą zauważyli w życiu tych ludzi jeszcze jedną porażkę, którą okazał się być fakt ich nagłej i niespodzianej śmierci.
Spyta ktoś: „A dlaczego śmierć doznana w takich okolicznościach, ma być przez nas kojarzona z porażką?” Cóż odpowiedzieć na tego rodzaju kwestię? Najlepiej odpowiedzieć – dość nieuprzejmie – pytaniem na pytanie: „A dlaczego w Suplikacjach modlimy się: Od nagłej i niespodzianej śmierci, zachowaj nas Panie!” No właśnie: dlaczego?
W XVIII wieku, wśród polskiej szlachty, bardzo popularnym poetą religijnym był żyjący stulecie wcześniej w kaliskim klasztorze franciszkanów, O. Klemens Bolesławiusz. Jego poemat pt. Przeraźliwe echo trąby ostatecznej, namiętnie czytano, oraz uważnie rozważano, wskutek czego stał się jednym z ważkich czynników wpływających na religijność ówczesnych Polaków i Litwinów. W poemacie tym, Klemens Bolesławiusz odnosił się do jednej z podstawowych prawd wiary, mówiącej o tym, że „Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Pobożny franciszkanin bardzo plastycznie, wiązaną mową, przedstawiał wizję wiecznej nagrody i wiecznej kary, by czyniących dobro zachęcić do wytrwania w łasce Bożej, natomiast grzeszników, do pokuty skłonić. O właśnie! Grzesznicy! Grzesznicy byli wielką troską Bolesławiusza, ponieważ nie każdy dopuszczający się zła, za owo zło żałował. A przecież nieba mogą dostąpić, piekła zaś uniknąć tylko

Ci, co krzywd Bogu zadanych płakali,
że jest obrażon, z serca żałowali,
w gorzkości dosyć za grzechy czynili,
siebie winili…


i zdążyli to uczynić przed swoją śmiercią. Jeśli natomiast nie zdążyli, Bóg na sądzie zapyta każdego z nich:

Czemuś za grzechy w czas nie pokutował,
jałmużną złości twych nie okupował
i nie pilnował zbawienia swojego,
strzegąc się złego?


Sedno sprawy: w czas nie pokutował! Nie pokutował, bo myślał, że tego czasu ma jeszcze dużo – wszak jest stosunkowo młody, stosunkowo silny, stosunkowo zdrowy… Nie pokutował, bo jeśli czasu jest dużo, to po cóż przejmować się jakimś sądem Bożym i ewentualną karą? Nie pokutował, bo na pokutę przeznaczył czas swojej starości, która… nie nadeszła, bo życie przerwała nagła, niespodziana śmierć.
I co teraz? Bolesławiusz o losie tych ludzi miał wyrobione zdanie:

Na tych już Sędzia dekret ostateczny
wyda: „Przeklęci, idźcie w ogień wieczny,
który jest dawno czartom zgotowany,
wam teraz dany!


Przypominam poemat Klemensa Bolesławiusza wcale nie po to by powiedzieć, że każdy człowiek, którego dotknęła nagła i niespodziana śmierć, jest w związku z tym człowiekiem, który w czas nie pokutował i tym samym będzie potępiony. Owym poematem chcę tylko zwrócić uwagę, że dla naszych wierzących przodków (a powinno tak być także dla nas) sytuacja nagłej i niespodzianej śmierci, jako niosącej ze sobą wielkie ryzyko (bo a nuż, w czas nie pokutował), wiązała się z poczuciem klęski – klęski większej niż utrata zdrowia, majątku, czy Ojczyzny. Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę? – pytał Chrystus? Jeśli człowiek duszę traci, to wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. A nagła i niespodziana śmierć jest zagrożeniem dla duszy. Zagrożeniem, bo nie ma czasu na pokutę, na sakramentalną posługę kapłana, na przywołanie obecności Zbawiciela i Jego Matki. A nawet jeśli ten czas jest, to diabeł miesza w głowie przekonując, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, bo przecież „tyle jest praktyk ludzi wydobytych z pożaru na pół upieczonych - wygojonych; dopieroż on, mając tylko skórę z wierszchu przypaloną, miałby na to umrzeć…
Skoro zaś nie ma niebezpieczeństwa – myślimy skołowani przez szatana – to po co księdza fatygować i o sakramentach myśleć?
Możliwość zaistnienia takiej sytuacji wyjaśnia nam, dlaczego katolicka pobożność widzi Patrona Dobrej Śmierci w św. Józefie, o którym Tradycja mówi, że odchodził z tego świata w obecności Jezusa i Maryi. Jasne też wtedy stają się słowa modlitwy skierowane do Opiekuna Pańskiego: „Otaczaj każdego z nas nieustanną opieką, abyśmy za Twoim przykładem i Twoją pomocą wsparci, mogli żyć świątobliwie, umrzeć pobożnie i osiągnąć wieczną szczęśliwość w niebie. Amen”.
Biorąc to wszystko pod uwagę, mam nadzieję, że już rozumiemy skąd wzięła się żarliwość zawarta w owym wołaniu: Od nagłej i niespodzianej śmierci, zachowaj nas Panie! Cóż jednak zrobić, gdy Pan nie zachowa i ktoś nagle, niespodzianie skona? Otóż jedyne co można uczynić, to z wielką wiarą – rzekłbym, że z wiarą naznaczoną pasją – powierzyć zmarłego Bożemu miłosierdziu ufając, że choć umarł on nagle i niespodzianie, to jednak na tyle pobożnie, że czyśćca dostąpi…
Powróćmy do bohaterów naszej opowieści: Stefana Garczyńskiego, Józefa Zaremby i Józefa Radolińskiego. Otóż jest ktoś, kto owych panów w przedziwny zupełnie sposób ze sobą łączy. Tym kimś jest Edward Garczyński, kasztelan rozprzański, senator Rzeczypospolitej, właściciel klucza zbąszyńskiego, pobożny katolik. Był on synem Stefana Garczyńskiego, a szwagrem Józefa Radolińskiego (żona Edwarda, Katarzyna z Radolińskich, była siostrą Józefa). Józef Zaremba, właściciel Rozprzy, musiał zaś znać się z Edwardem, a to dla godności kasztelana rozprzańskiego (rozpirskiego), którą już w latach 50-tych Garczyński został obdarzony. Co prawda urząd kasztelana był w XVIII wieku czysto honorowym i wiązał się realnie tylko ze stanowiskiem senatorskim, oraz ewentualnie, z zastępstwem wojewody w czasie jakichś uroczystości, tym niemniej do dobrego obyczaju należało utrzymywanie kontaktu i znajomości ze szlachtą swojej kasztelanii. Dość rzec, że konfederackie zaangażowanie Zaremby i związana z tym jego sława, a także wiedza o okolicznościach jego śmierci, nie były dla Edwarda obce ani obojętne.
Warto też powiedzieć, że Edward Garczyński, w odróżnieniu od swego ojca, nie był politykiem nazbyt aktywnym. Owszem, wypełniał wszystko to, co należało do jego senatorskich obowiązków, ale nie miał zamiaru robić jakiejś wielkiej kariery politycznej i ubiegać się o jakieś znaczące urzędy (co, biorąc pod uwagę jego pozycję w Wielkopolsce, przyszłoby mu bez trudu). Był ceniony dla swej uczciwości i rzetelności, o czym świadczy wielokrotne powoływanie go do kolegium sędziowskiego Sejmowego Sądu. Bardzo dbał o swoje włości. Jeśli do dzisiaj, w Zbąszyniu i okolicach, mówi się o Garczyńskich, że byli dobrymi gospodarzami, to ta dobra opinia przetrwała w ludzkiej pamięci przede wszystkim dzięki pracy Edwarda. Nade wszystko jednak, pan kasztelan był pobożnym człowiekiem. Budował kościoły. Wspierał klasztor cystersów w Bledzewie i sprawował pieczę – także materialną, jako tzw. syndyk apostolski – nad klasztorem franciszkanów w Kościanie. Opiekował się misją jezuicką w protestanckim Międzyrzeczu, czego świadectwem jest to, że w „1764 r. przeznaczył dla nich 100.000 złp, aby corocznie 6 wielkich misyj ad poenitentiam na pograniczu głosili, w niedziele zaś i święta, aby okoliczne kaplice i filialne kościółki obsługiwali”.
Przedstawione wyżej (a podobnych śladów głębokiej wiary i pobożności Edwarda jest w Zbąszyniu i okolicach znacznie więcej) zaangażowanie Garczyńskiego na rzecz Kościoła, oraz cała jego życiowa postawa świadczą o tym, że bardzo się on starał, by żyć świątobliwie, a jedną z głównych jego trosk było to, by umrzeć pobożnie (co też mu się w końcu – w 1794 roku – udało). Tego rodzaju dążenia nie są czymś co sprawia, że o takim człowieku pisze się w podręcznikach, czy jego imieniem nazywa się ulice, dlatego rozumiem (choć tego nie akceptuję), że Edward Garczyński jest dziś postacią zupełnie zapomnianą, choć summa summarum bardziej zasłużoną od wielu z tych, którzy do podręczników trafili. Dlaczego bardziej zasłużoną? Otóż dlatego, że w odróżnieniu od wielu patronów naszych ulic, z sukcesem troszczył się o ludzkie ciała, i z sukcesem walczył o ludzkie dusze. Sukces związany z troską o ludzkie ciała jest ewidentny („dobry gospodarz”: opinia przekazywana z pokolenia na pokolenie w ciągu 200 lat), natomiast jeśli chodzi o sukces w walce o ludzkie dusze, to…
W 1770 roku, Edward Garczyński, w jednej ze swoich wiosek, gdzie miał ulubioną rezydencję, wybudował kościół – mały, drewniany i bardzo piękny. W owym kościele znajduje się wiele ciekawych rzeczy, świadczących o głębokiej duchowości kasztelana, nas jednak niech dzisiaj zainteresuje tylko i wyłącznie główny ołtarz w tej świątyni. Otóż na szczycie tegoż ołtarza, jest umieszczony łaciński napis w brzmieniu następującym: Altare Privileg., co oznacza, iż owo miejsce ofiarne, jest tzw. ołtarzem uprzywilejowanym (Altare Privilegiatum). Ów przywilej dotyczył tego, że z każdą Mszą Świętą składaną na tym ołtarzu w intencji jakiejś zmarłej osoby, wiązało się zyskanie dla niej odpustu zupełnego. Nie do końca jestem pewien, jakie trzeba było spełnić warunki, by tego rodzaju przywilej otrzymać, ale z tego co wiem, był on wówczas zastrzeżony dla Stolicy Apostolskiej (tzn., że tego przywileju udzielał papież) i stąd był zjawiskiem rzadkim i trudno osiągalnym. O ile się orientuję, ów dar, jeśli był udzielany, to tylko kościołom biskupim (katedrom), lub też kościołom przyklasztornym. W wyborze tym chodziło zapewne o to, by mieć jaką taką pewność, że Służba Boża jest w tych świątyniach porządnie sprawowana, i że ci, którzy Msze Święte przy tych ołtarzach celebrują, budują wiernych swoją pobożnością.
Pomyślmy przez chwilę. Oto Edward Garczyński, człowiek znany i poważany w Wielkopolsce, ale w skali całej Rzeczypospolitej dygnitarz raczej trzeciorzędny, zwraca się z prośbą do papieża, o udzielenie wiejskiemu kościółkowi spełniającemu funkcję kaplicy dworskiej, daru ołtarza uprzywilejowanego. Co w tej sytuacji papież powinien zrobić? W normalnych warunkach papież nic by nie zrobił, ponieważ w normalnych warunkach, prośba Garczyńskiego w ogóle by do papieża nie dotarła. Skoro zaś przywilej został Edwardowi udzielony to znaczy, że jego prośba skierowana do Rzymu, musiała być przez kogoś – i to kogoś ważnego – poparta. Nie jesteśmy w stanie dociec, kto tak naprawdę tę sprawę kasztelanowi załatwił, tym niemniej jest jasne, że musiało Garczyńskiemu bardzo, ale to bardzo zależeć, by mieć ołtarz uprzywilejowany w swoim kościele, podobnie jak jest jasne, że musiał się o to bardzo, ale to bardzo starać. Dlaczego tak bardzo mu zależało i dlaczego tak bardzo się starał? Odpowiedź jest prosta: Edward był człowiekiem głęboko wierzącym i dlatego wielką trwogą napawało go wspomnienie nagłej i niespodzianej śmierci ojca. Ponieważ w osiemnastowiecznych komunikatach prasowych o zgonie wojewody poznańskiego nie ma żadnej wzmianki, o opatrzeniu Stefana sakramentami świętymi, należy domniemywać, że jego żołądkowe dolegliwości nie były traktowane (przez niego samego, tudzież przez jego domowników) jako poważne zagrożenie. Gdy się zorientowano, że koniec się zbliża, było już za późno. Ksiądz mógł, co najwyżej, odmówić litanię za konających.
Trudno tutaj cokolwiek orzekać, tym niemniej sadzę, że rozpamiętując wydarzenia związane ze śmiercią wojewody i szarpiąc sumienie pytaniem o własną, ówczesną bierność, musiał Edward postawić sobie i takie pytanie: „A co, jeśli ojciec w czas nie pokutował? Czy czyśćca chociaż dostąpił? A jeśli tak – co daj Panie Boże – to jak długo w mękach przebywać tam będzie?
Nie mam na to żadnych dowodów, ale jestem głęboko przekonany, że pierwsza ofiara Mszy Świętej składana na uprzywilejowanym ołtarzu, odprawiana była w intencji Stefana Garczyńskiego, by zyskać dla niego odpust, otwierający przed nim Bramy Nieba. I jestem też przekonany, że takich Mszy Świętych odprawianych przede wszystkim w intencji tych, którzy odeszli nagle i niespodzianie, Edward zamawiał bardzo dużo. Na pewno też wiele z tych Mszy Świętych odprawianych było za śp. Józefa Zarembę i Józefa Radolińskiego. I nie mam żadnych wątpliwości, że tą modlitwą zanoszoną przy uprzywilejowanym ołtarzu, Edward Garczyński dopomógł wielu ludzkim duszom. To był naprawdę waleczny facet. Rozumiał, że modlitwa to męska rzecz, którą zręcznie się posługując, można cudów dokazać. I dokazywał.
Po tym wszystkim, co napisałem wyżej, przyznam się, że już mi się nie chce wracać do wspomnianych wcześniej kwestii politycznych. Tym bardziej, że w moim pojęciu, wszystko co napisałem o kasztelanie rozprzańskim, dotyczy tylko i wyłącznie polityki. Obiecałem jednak, więc niech będzie.
Przypomnę, że Stefan Garczyński, Józef Zaremba i Józef Radoliński, próbując urzeczywistnić swoje ulubione koncepcje polityczne (Gospodarka, głupcze!; Wolność i wiara, głupcze!; Święty spokój, głupcze!), ponieśli klęskę. Skąd ta klęska? Mógłby ktoś powiedzieć, że przegrali, ponieważ ktoś podłożył im nogę, albo okazali się za słabi wobec przewagi wroga, albo działali w niesprzyjających warunkach, bądź też dostali w skórę „bo taka panie, karma, i nie ma na to rady”. Ja jednak sądzę, że ponieśli klęskę, ponieważ zignorowali dwie zasady działania – też nader ponadczasowe – o których z uporem przypominają nam (od dłuższego już czasu) Toyah z Coryllusem – wspomagani przez Kamiuszka. Zasady te – trzymając się wyżej zastosowanej konwencji – są następujące:

Pasja, głupcze! (Toyah);
Sukces, głupcze! (Coryllus).


Wspomniani wyżej autorzy usiłują nam powiedzieć, że bez pasji nie będzie sukcesu (a nawet jeśli będzie, to nikt w jego obronie palcem nie kiwnie), a brak sukcesu zamorduje rodzącą się pasję. Usiłują nam to powiedzieć, a my ciągle tego nie rozumiemy, bo sądzimy, że to nie może być tak proste. I dlatego z zapartym tchem słuchamy jakichś profesorskich czy dziennikarskich głów, przedstawiających nam takie czy inne polityczne koncepcje, kiwamy z uznaniem głową, a kiedy owych głów zapytamy jak te koncepcje wprowadzić w życie, i Toyah wyrywając się przed szereg odpowiada na to pytanie: „Dzięki pasji, głupcze!”, to oburzamy się na niego, bo nie dość że cham, to jeszcze nie mówi niczego ciekawego. No bo cóż to niby ma być, owa „Pasja, głupcze!”? To ma być program działania? Program działania to np. „Gospodarka, głupcze!”, a ten Osiejuk z tą swoją „pasją” to chyba kpi, bądź o drogę pyta!
Albo taki Coryllus, ciągle się chwalący ilością sprzedanych przez siebie książek. A co mnie to obchodzi, że on odniósł sukces? Czy jego sukces jest moim sukcesem? No i co z tego, że w jego przypadku sukces jest pożywieniem dla pasji, a pasja napędza sukces? I ta jego bezczelność, gdy mówi naszym profesorom i naszym publicystom: „Sukces, głupcze!”. Albo gdy im oznajmia, że ich koncepcje są gówno warte, o ile nie wprowadzą ich w życie. To ma być program działania? Program działania to np. „Wolność i wiara, głupcze!”, a pan, panie Maciejewski, o jakimś „sukcesie” gada. Przecież to jest ujęcie problemu od dupy strony. Czy pan tego nie widzi? Panie Maciejewski… Panie Maciejewski!!!
Tak to wygląda i właściwie niczego więcej nie mam sił dodawać. Może się znajdzie jakiś zdolny student, chętny do napisania pracy magisterskiej, w której spróbuje odpowiedzieć na pytanie: „Co się z nami stało, iż uważamy, że programy polityczne same z siebie zmienią rzeczywistość?