Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie poczęte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie poczęte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 maja 2017

O patrzeniu się w gwiazdy. Lub w ogień

Ponieważ tak wyszło, że w ostatnich tygodniach właściwie co chwilę, a ostatnio od rana do wieczora codziennie, mam okazję oglądać jedniodniowe dzieci, oraz ich rodziców, moje uczucia, gdy chodzi o życie poczęte oscylują nieustannie w granicach najwyższego wzruszenia. Być może część z nas wie, jak wygląda korytarz w szpitalu na wydziale noworodków w tych dniach, ale i tak opowiem. Otóż tam wciąż, w jedną i druga stronę, krążą takie specjalne wózki, w których znajdują się owe mikroskopijne wręcz niemowlęta, właściwie nie słychac płaczu, większość z nich spokojnie sobie śpi, natomiast to co robi autentyczne wrażenie, to ojcowie, którzy te wózki pchają. Cała kupa maleńkich dzieci, których twarzy niemal spod tych kocyków nie widać, od czasu do czasu pojawi się jakiś najmniejszy na świecie nosek, czy paluszki, no i ci ojcowie. I podczas gdy owe dzieci są najczęściej takie same, ojcowie wyglądają najróżniej. To są albo jacyś młodzi chłopcy, którzy wyglądają jakby się właśnie urwali z matury, albo starsi intelektualiści z brodami, albo jacyś grunge’owcy z tatuażami na łydkach, ale wreszcie również tacy zwykli, zapuszczeni faceci z okolicznych blokowisk, którzy o wiele bardziej pasowaliby do flaszki z piwem na jakiejś ławeczce. I oni też pchają te wózki i z nabożeństwem wpatrują się w twarze swoich córeczek, czy synów. Czasem obok niech pojawi się kobieta w koszuli nocnej, czy szlafroku, tyle że one wszystkie, podobnie jak ich dzieci, wyglądają bardzo podobnie, nieuczesane, nieumalowane i takie właściwie niknące w tej szczególnej przestrzeni. Niekiedy ona i on zatrzymają się przy rzędzie krzesełek przysiądą na chwilę i trzymając się za ręce, oboje będą się wpatrywać w te czerwone noski ukryte gdzieś w fałdach tych zawiniątek.
Naprawdę, polecam wszystkim ten widok. A jeśli komuś pozostaje tylko sobie to wszystko wyobrazić, polecam i to. To jest coś co można porównać chyba tylko z gapieniem się w rozgwieżdżone nocne niebo. Lub w ogień. No a skoro w ogień, to chciałbym przypomnieć swój bardzo stary tekst, mniej więcej o tym samym. Mniej więcej. Nazwałem go „O szpiclach, katach i tchórzach, czyli honor urzędnika”.




Minister Ewa Kopacz oświadczyła właśnie, że ona osobiście, jeśli idzie o sprawę 14-latki z Lublina i jej zamordowanego przed urodzeniem dziecka, czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
Ponieważ tę wiadomość z lubością podają dzisiejsze media, domyślam się, że ten akt samozadowolenia pani minister jest związany z zarzutami skierowanymi przeciwko tej wybitnej kobiecie przez środowiska katolickie, a wynikających z tego, że jeśli ktoś się czuje związany z nauką Kościoła, nie powinien raczej brać udziału w morderstwie, a już szczególnie w morderstwie bezbronnego dziecka.
Pani minister Kopacz uznała, że skoro ona jest urzędnikiem państwowym, ministrem w rządzie, osobą odpowiedzialną za egzekucję przepisów konstytucyjnych, to jeśli te przepisy każą mordować, to ona powinna wykazać się tu odpowiednią dyscypliną. Toteż się wykazała.
Dla pani minister Ewy Kopacz, osoby pobożnej i - jak mówią - głęboko religijnej, sprawa jest prosta. Więc dla niej, jej decyzja urzędnika i ministra, jest decyzją prostą i głęboko słuszną. Trudno: jej serce, jej sumienie.
Z mojego jednak punktu widzenia, to, co się stało, z bardzo dużym udziałem pani minister, jest wyjątkowo brudne i nieprzyzwoite. Tak jak brudne i nieprzyzwoite jest zasłanianie się przez panią Kopacz swoim statusem urzędniczym.
Przypominam. Zachęceni przez cywilizacyjną, kulturową, a przy okazji – co ważne – państwową, promocję seksu i seksualnych zachowań, Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i Agata zaszła w ciążę. Matka Agaty zażyczyła sobie aborcji, dziewczynka – według różnych relacji – albo się zgodziła chętnie, albo nie zgodziła, albo nie wiedziała, co zrobić. W efekcie, do akcji wkroczyły środowiska pro-aborcyjne i wspólnie z jej mamą, ostatecznie Agatę namówiły do zabójstwa dziecka.
I wtedy przyszła pani minister Ewa Kopacz i, jako odpowiedzialny i solidny urzędnik, pokazała dziewczynce drogę do osoby, która chętnie podejmie się wykonania mokrej roboty.
Gdyby dziś, minister Kopacz powiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek dziecku, bo to jest tylko płód, albo, że może to i dziecko, ale przy osobistej życiowej wygodzie Agaty i jej mamy (ojciec dziecka , zdaje się, już od samego początku został ze sprawy wyłączony), jako osoba ludzka, mniej wartościowe, to dałbym jej spokój. Tak jak zupełnie nie mam nic do powiedzenia tym najróżniejszym paniom i panom strzelającym dziś korkami od szampana, że zacytuję red. Mazurka.
Oni mnie nie obchodzą. Natomiast pani minister Ewie Kopacz mam do powiedzenia tyle, że w moim odczuciu, swoim gestem urzędnika państwowego dołączyła do tych, o których pisał Herbert: “Oni wygrają”.
I jeszcze jedno. Ja, na jej miejscu, z tego zwycięstwa tak bardzo bym się nie cieszył.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupić moje książki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

O znakach w świecie demonów

Wspomniałem już o tym kiedyś, ale żeby jakoś zacząć, powtórzę. Sport interesuje mnie tylko wtedy, gdy jest jakiś konkurs, czy mecz, a ja akurat siedzę przed telewizorem. Poza tym, myśl o tym, że gdzieś ktoś biega, płynie, czymś rzuca, lub ewentualnie w coś kopie, nie zakłóca moich emocji w stopniu najmniejszym. Kiedy jednak użyłem słowa „interesuje”, miałem na myśli pełne znaczenie tego słowa. Kiedy już zacznę oglądać jakiekolwiek wydarzenie sportowe, nie mogę się oderwać. I nie ma znaczenia, czy jest to koszykówka mężczyzn, czy podnoszenie ciężarów kobiet, czy taniec ze wstążką, czy tenis stołowy – każdą z tych dyscyplin pochłaniam jak powietrze. Konsekwentnie więc, olimpiadę w Londynie oglądałem w jej najróżniejszych kształtach. Niezbyt często, nie za długo, ale za to w pełni demokratycznie.
Widziałem więc gimnastykę mężczyzn, podnoszenie ciężarów kobiet, siatkówkę mężczyzn, zapasy mężczyzn, rzut młotem kobiet, skok o tyczce mężczyzn, maraton kobiet, bieg na 5 tysięcy metrów kobiet, a nawet taniec z piłką, czy jak to coś się oficjalnie nazywa. Widziałem to wszystko, i było mi od początku do końca idealnie obojętne, kto wygra, a kto przegra, gdyż samo wzruszenie jakie czułem, oglądając twarze tych ludzi, w każdej sekundzie ich wysiłku, w każdej chwili ich radości, czy zmartwienia mówiło mi, że warto było.
Tak się złożyło, że zarówno ceremonię otwarcia i zamknięcia Olimpiady, obejrzałem tylko we fragmentach, ze znacznym zresztą poślizgiem, i, szczerze powiem – czułem się dokładnie tak samo, jak podczas każdej z uroczystości otwierających i kończących dowolne duże wydarzenie sportowe, tyle może, że tym razem było już najgorzej. Rozumiem oczywiście, że jeśli dwa, a może trzy miliardy ludzi na świecie czeka na kolejne igrzyska, a kwestia tego, jakie to piękne widowisko zgotują nam organizatorzy tym razem, dla większości z nich jest rzeczą wręcz podstawową, jak o to idzie, wyboru dużego nie ma. To musi tak wyglądać. To musi być coś, przy czym pojedyncze zwycięstwo, czy porażka pojedynczego człowieka reprezentującego jakąś całkowicie egzotyczną dyscyplinę sportową, nie ma już najmniejszego znaczenia. Jeśli taka Wielka Brytania wydała w tym roku ponad 10 miliardów funtów na to, by tegoroczna olimpiada była naprawdę najpiękniejsza i najbardziej wystawna, to z całą pewnością nie po to, by sprawić satysfakcję jakiemuś chłopakowi czy dziewczynie nie wiadomo skąd, dla których niekiedy sam ten występ to całe życie, a porażka, to czasem coś gorszego niż umrzeć.
Oglądałem wczoraj, już na sam koniec tej imprezy, The Who z tym bałwanem na czele, jak grali po raz pewnie już tysięczny od czasu jak się postarzeli to swoje „My Generation” i myślałem sobie, że nie ma takiej możliwości, by tak demolująca nasz spokój rozpacz Karoliny Michalczuk, bokserki ze wsi Brzezice niedaleko Świdnika, czy nieopisane szczęście Meseret Defar z Addis Abeby z tamtym świętym obrazkiem na twarzy kogokolwiek na tle tej tak bardzo nie-świetej pustki obchodziło. Bo i jedna i druga, zupełnie niezależnie od skali ich talentu, są jedynie pretekstem do tego, by raz na jakiś czas przetransferować pewną ilość pieniędzy, a zrobić to w taki sposób, by nikt niczego nie zauważył.
Zapowiadałem to jeszcze przed wyjazdem na ślub do Warszawy, że ten tekst będzie o tej etiopskiej biegaczce i tym geście, który wprawił w takie osłupienie cale zło tego świata. Ona dobiegła do mety, zdobyła ten swój kolejny medal, i w tym wręcz histerycznym szlochu, wyciągnęła ukryty na piersi obrazek Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus i pokazała go całemu światu. A świat zdębiał. Bo widział już wprawdzie wiele, w tym zwykły znak krzyża, który w wykonaniu tylu już sportowców, robi już pewnie tylko wrażenie na bardzo świeżej daty walczących ateistach z Biłgoraja, a dla większości pozostałych jest czymś równie istotnym, jak zaciśnięcie kciuka, czy skrzyżowanie palców. A więc ona, zanosząc się od tego płaczu, to wyjmowała, to znów przyciskała do piersi ten obrazek, a świat skamieniał. Bo oto nagle pojawiło się świadectwo o skali, z pewnego punktu widzenia i przynajmniej na tym polu, dotychczas chyba nieznanej. Zapowiadałem więc tekst o Meseret Defar jako o być może jednym z ostatnich szczerych świadków Jezusa, ale tyle jest ostatnio świadectw po jednej i po drugiej stronie, że nie sposób nie reagować.
Wspomniałem, że miniony weekend spędziłem na weselu. Proszę sobie wyobrazić, że w pewnym momencie podeszła do mnie pewna kobieta w zaawansowanej ciąży, żeby mi powiedzieć, że czyta i lubi ten blog. Otóż jest tak, że ona jest bardzo chora, ale by ochronić swoje nienarodzone dziecko, nie może się odpowiednio leczyć. No więc postanowiła chronić to dziecko, a ja oczywiście mam nadzieję, że większość z nas zdaje sobie sprawę, jak nasz Kościół traktuje ten rodzaj poświęcenia. No więc poznałem tę matkę, poznałem jej męża, obiecałem im wysłać swoją książkę, a teraz piszę ten tekst i myślę trochę o niej, trochę o Karolinie Michalczuk, bokserce spod Świdnika, o Meseret Defar, tej niezwykłej mistrzyni z Etiopii, no i znów wspominam to wczorajsze widowisko i, o ile coś mi się nie pomyliło, wydaje mi się, że tym razem Królowa się nie pokazała. Ani na spadochronie, ani w ogóle. Pewnie była zwyczajnie zajęta, ale mam też nadzieję, że jakimś tam swoim głębokim instynktem prawdziwego monarchy, zorientowała się, że nie ma co firmować tego balu demonów. Pewnie się mylę, ale co mi tam. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
A zdjęcie poniższe dedykuję Agacie z Gdańska.

Jak już pisałem przy okazji poprzedniego wpisu, ledwo ciągnę. Jak idzie o dzisiejszy dzień, to właściwie już w ogóle nie ciągnę. Bardzo więc proszę wszystkich w możliwościach o wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.
Przy okazji przypominam, że w najbliższą niedzielę o godzinie 16 pod namiotem Solidarnych w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu odbędzie się spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Mam nadzieję, że będzie i wesoło i refleksyjnie. Zapraszam wszystkich.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...