wtorek, 30 września 2008

Polska

W dzisiejszych salonowych wpisach pojawił się tekst Jana Osieckiego - dziennikarza, zatytułowany Bal w operze http://osiecki.salon24.pl/95526,index.html. Podkreślam, że jest to tekst napisany przez dziennikarza, a nie przez jednego z publicystów-amatorów, takich jak ja, na przykład, żeby nikt nie myślał sobie, że każdy coś tam pisze, więc nie ma się czym przejmować.
Pan redaktor Osiecki, powołując się na rozmowę, którą jego macierzysty Newsweek przeprowadził z Adamem Bielanem, cieszy się, że prawdopodobnie z listopadowego balu u Prezydenta wyjdą nici, bo - wszystko na to wskazuje - nie dopiszą goście. Nie wiem, czy rzeczywiście goście nie dopiszą, czy może jednak nie będzie aż tak źle, ale to, że perspektywa fiaska prezydenckiego balu, red. Osieckiego cieszy, mnie nie dziwi, choć jego radości nie podzielam. Nie dziwi mnie, bo znam nastroje, orientuję się w sytuacji emocjonalnej , w jakiej znalazła się znaczna część społeczeństwa i myślę, że ten rodzaj nadziei nie jest niczym szczególnym.
Nie podzielam tej satysfakcji, ponieważ chciałbym, żeby bal się udał i myślę, że byłoby mi przyjemnie patrzeć, jak do Polski zjeżdżają przywódcy największych państw świata, żeby wspólnie z nami świętować obchody odzyskania przez Polskę niepodległości.
Oczywiście, chciałbym też, żeby inicjatywa prezydenta Kaczyńskiego spotkała się z odpowiednio powszechnym poparciem, bo głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, uważam go za świetnego prezydenta, jestem z niego dumny i - co naturalne - życzę mu samych sukcesów.
Ale jak mówię, głownie chodzi mi o to, że życzę wszystkiego najlepszego Polsce, bo w sposób być może często irracjonalny kocham mój kraj i jeśli dzieje mu się krzywda - tak jak ja ją widzę - to się martwię, a kiedy Polska odnosi sukcesy - to się cieszę. Cieszę się więc, jak polscy sportowcy zdobywają medale, uzyskują mistrzowskie tytuły, i leją wszystkich możliwych swoich konkurentów nie-Polaków. Nie interesuję się sportem jakoś szczególnie, niektóre konkurencje są mi kompletnie obce. Powiem więcej, czasem mam wrażenie, że związki sportowe, trenerzy, dziennikarze sportowi i całe to ‘sportowe' towarzystwo, to banda dziwnych ludzi z dziwnymi interesami, którzy mają tylko ten jeden cel, żeby zarabiać na sukcesach ludzi, choć często bardzo zdolnych, to równie często głupich i nieciekawych.
Jednak mimo to, kiedy polscy sportowcy wygrywają, cieszę się razem z tymi wszystkimi opasłymi działaczami. Cieszyłem się też kiedyś razem z Aleksandrem Kwaśniewskim i cieszę się też dziś razem z Donaldem Tuskiem, z których - jak może wiecie - ani jednego ani drugiego nie lubię. Cieszę się, bo kocham Polskę i chcę, żeby się jej wiodło na wszystkim możliwych frontach.
Mój stosunek do Polski jest tak emocjonalny, że, jak widzę, że gdzieś za granicą - choćby i w Niemczech - mówią dobrze o Polsce, albo kiedy się dowiaduję, że ktoś, kto nie jest Polakiem, przyjechał do Polski i był zachwycony, albo nawet kiedy oglądam zagraniczny film i widzę na końcowych napisach polskie nazwiska, to zwracam na to wszystko uwagę i jest mi miło. Na przykład zawsze mnie bardzo cieszyło, że Quentin Tarantino, albo Steven Spielberg zatrudniali w swoich filmach operatorów-Polaków.
Od czasu takich filmów, jak Brzezina, czy Panny z Wilka, które mi się niezmiernie podobały, nie lubię filmów Andrzeja Wajdy i w ogóle samego Andrzeja Wajdy za bardzo też nie lubię, ale bardzo chciałem, żeby dostał za swój Katyń - który, tak na marginesie, raczej mi się nie podobał - Oskara. Myślałem sobie, że byłoby nieźle, gdyby w tym Los Angeles mówili o Polsce i wiedzieliby, że Polska to nie byle co.
Takie to są relacje między mną a Polską.
Rozumiem jednak, że nie każdy musi być tak okropnie ‘polski', jak ja, a jeśli do tego dochodzi jeszcze polityka to w ogóle bywa różnie. Ktoś nie lubi Lecha Kaczyńskiego i myśli, że jeśli ten bal się nie uda, to ta porażka Prezydenta zapisze mu się na koncie, obniży jego notowania i ostatecznie Lech Kaczyński przegra kolejne wybory i będzie super. Ja oczywiście, na miejscu tych kibiców raczej bym liczył na swoje siły, bo - jeśli mogę na chwilę wrócić do sportu - zawsze jest lepiej wygrać, bo się jest dobrym, a nie dlatego, że ci drudzy się pochorowali, albo dzień wcześniej zapili i im piłka źle wchodziła. No, ale jak mówię, to rozumiem.
Jan Osiecki jednak, w pewnym momencie tego swojego salonowego wpisu, napisał coś więcej ponad to, że będzie frajda, jak bal nie wypali. Padły mianowicie takie słowa: Cóż, jaki kraj, takie obchody. Osiecki więc, jak można się domyślać, uważa, że te obchody skończą się dokładnie taką samą klapą, jaką klapą jest Polska. I dobrze!
Powiem szczerze, że mnie ten fragment bardzo zasmucił. Ja wiem, ze są ludzie na świecie, a w tym Polacy, którzy do Polski mają stosunek pogardliwy. Tu, w Salonie24, zdarza się, że pojawiają się komentarze, pisane przez ludzi, którzy kiedyś z Polski wyjechali i mieszkają na przykład w Niemczech, czy w Ameryce, którzy, kiedy myślą o Polsce, to natychmiast przychodzą im do głowy słowa takie jak ‘hołota', albo ‘nieudacznicy'. Ale, powiem uczciwie, że sądziłem, że oni już sobie z Polski pojechali, razem ze swoimi kompleksami i swoim rozżaleniem do Ojczyzny. A tu nagle, główna strona Salonu, i ‘czerwony' tekst i taki przekaz.
Myślę więc sobie, że jest w Polsce wciąż bardzo duża grupa ludzi, dla których ważniejsze od samej Polski jest to, co oni odczuwają w wymiarze politycznym. To nie jest tak, że oni Polski nie lubią, albo uważają, że Polska jest bardziej paskudna od - na przykład - Francji. Oni Polskę lubią, tyle, że są głęboko przekonani, że dopóki ‘ten kraj' (oni lubią używać tego rodzaju frazy) gości osobników, którzy nie spełniają ich politycznych wymagań, to jest ten kraj jakoś ‘niepełny'. Oni wierzą, że Polska ma naprawdę wielka szansę stać się fantastycznym krajem, krajem, z którego będziemy dumni, i za który nie będziemy musieli się wstydzić ani przed Niemcami, ani przed Duńczykami, pod warunkiem, że uda się Polskę oczyścić z tego wszystkiego, co nas brudzi politycznie.
Czyli, to co trzeba zrobić przede wszystkim, to wszystkie ‘mohery' należy umieścić w getcie, ‘toruński' kościół zamknąć, PiS zdelegalizować, Kaczyńskich i Ziobrę wsadzić do więzienia i wtedy dopiero będziemy mogli sobie urządzać bale, festyny, zabawy i spokojnie budować boiska dla młodzieży.
Piosenkarka Maria Peszek, niedawno w wywiadzie dla Dziennika (http://www.dziennik.pl/kultura/muzyka/article242574/Zwierzenia_chudej_suki.html) powiedziała tak mianowicie: „Są miejsca, w których trzeba opowiedzieć o indyku i praniu, w „Machinie" mogę zaapelować o zburzenie kościołów, a do was powinnam coś bardziej inteligenckiego wymyślić". Oczywiście, piosenkarka Peszek może nie znać tego fragmentu powieści Orwella, w którym Winston ma wrażenie, że kiedyś słyszał dzwony kościołów, ale nie wie, czy to był sen, czy prawda, ale wie, że coś mu się po głowie kołacze. Może też być tak, że ona nawet, gdyby czytała Rok 1984 i akurat ten fragment zapamiętała, nie uznałaby go za interesujący. Ale właśnie chodzi mi o coś takiego. Są ludzie, dla których rzeczy stają się ważne dopiero wówczas, gdy wokół się zrobi porządek.
Piosenkarka Peszek, w tym samym wywiadzie mówi coś jeszcze: „Zaczęłam pisać teksty w mrocznym czasie IV RP. Miałam wrażenie, że zakazano w Polsce radości, więc to była reakcja obronna". Wydaje mi się, że te słowa są jeszcze ciekawsze od refleksji na temat konieczności burzenia kościołów. Bo tu właśnie, jak w zwierciadle, odbija się cała ta filozofia, z którą mamy do czynienia i w dzisiejszym tekście redaktora Osieckiego i w wypowiedziach wielu innych ludzi, których spotykamy. Dla Marii Peszek, ten zły czas, kiedy bawić się zakazano, kiedy radość była przestępstwem, się już skończyły i ona teraz już może normalnie, jak zwykła polska dziewczyna, opowiadać o seksie i przyjemnościach z niego płynących. Dla Jana Osieckiego, widocznie, nie nadszedł jeszcze czas na zabawę i na bale. Wprawdzie czas bezpośredniej represji już minął i od roku jest jakby lepiej, ale wciąż krążą po tej naszej Polsce osobnicy niepewnego autoramentu i do czasu, jak ich się nie pozbędziemy, należy zachować powagę.
Jan Osiecki z pewnością jest polskim patriotą i on jest naprawdę dla tej swojej Polski uczynić wiele, ale jeszcze nie teraz. Teraz, to on najwyżej może kupić sobie płytę Marii Peszek i zadumać się przy dobrej muzyce na temat radości, wolności i na temat Ojczyzny.

Ave Walens! Ave Prawda!

Ktoś mi powie, że upadłem na głowę, bo tu już kolejny dzień, a mi w głowie tylko Nasz Wielki Jubilat, Laureat i Bohater. Może i jest w tym coś, jakaś obsesja, czy może ciężkie kompleksy, ale zawsze mogę się przed samym sobą usprawiedliwić, że srebrna rocznica tego wielkiego wydarzenia, kiedy to nasz Pan Przewodniczący uzupełnił swoim nazwiskiem tę piękną sekwencję: 1980: Adolfo Perez Esqivel, 1981: WKNZdsU, 1982: Alva Myrdal, Alfonso Garcia Robles, 1983: Lech Wałęsa. A taka rocznica to nie w kij dmuchał. Dzięki temu, że Lech Wałęsa stał się częścią tego wybitnego, noblowskiego środowiska, nie będą nam Gwatemalczycy pluć w twarz, że oni mają swoją Rigobertę Menchú Tum, a Rosjanie szydzić, że to oni wydali na świat Michała Gorbaczowa, a my tylko to głupie Powstanie Warszawskie. Więc dwa dni pod rząd o Lechu Wałęsie, to mu się chyba należy?
A przecież proszę zwrócić uwagę, że ani razu nie pisałem o Czesławie Kiszczaku, ani razu o Wojciechu Jaruzelskim, tylko raz - i to wcale nie z własnej inicjatywy, ale przez jednego z bohaterów solidarnościowej rewolucji - o Jerzym Urbanie. Jest w tym coś, że Lech Wałęsa jednak inspiruje bardziej, niż inni. Obiecuję jednak, że to na razie po raz ostatni.
Poza tym, ja właściwie nie za bardzo chcę pisać o Wałęsie, ale bardziej może o Rafale Ziemkiewiczu, który napisał dziś dla Rzeczpospolitej bardzo dobry tekst i ja właśnie o tym. Najpierw jednak refleksja. Myślę sobie, że ta nasza nieustanna, prawicowa skłonność do przyjmowania pozycji defensywnej jest już zdecydowanie przesadna. Proszę zwrócić uwagę: jeśli ktoś chce przyłożyć Kaczyńskim, Powstaniu Warszawskiemu, Radiu Maryja, a nawet komuś tak skromnemu i nikomu niewadzącemu, jak - ostatnio tu wspomniany - red. Łukasz Warzecha, to nie ma w tym najmniejszych skrupułów. Ludzie salonu najwyraźniej wychodzą założenia, że to, co im się wydaje, jest do tego stopnia zobiektywizowane, że jeśli im się chce śmiać, to mają ten śmiech bez skrupułów zademonstrować, a jeśli mają ochotę pozgrzytać zębami, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to ich zgrzytanie usłyszał cały świat.
Inaczej jest z nami. My doskonale zdajemy sobie sprawę, że, jeśli mamy jakieś poglądy, to te poglądy należą do nas, i tylko do nas, a jeśli, nie daj Boże, są one w jakikolwiek sposób radykalne, to lepiej, albo się z nimi za bardzo nie wychylać, albo - jeśli już - to raczej jej przykryć zastrzeżeniem, że, i owszem, można też mieć inne zdanie.
Efekt tego rodzaju postawy jest taki, że jeśli, dajmy na to w telewizorze, zgromadzi się jakiś demokratycznie zaaranżowany panel dyskutantów, od lewej do prawej, to efekt tego często jest tak, że prawa strona się tak zapętla w zgłaszaniu różnego rodzaju zastrzeżeń do swoich poglądów, że ostatecznie jakiś komunista, albo redaktor Stasiński musi gasić tę eksplozję serdeczności dla ‘tej innej prawdy'.
Przyznam się, że kiedy zacząłem czytać dzisiejszy tekst w Rzepie Rafała Ziemkiewicza, pomyślałem sobie, że i on, tylko po to, by uniknąć zarzutu, że jest nieobiektywny, postanowił się pokręcić troszkę po tych swoich słowach i nie zostawić nam nic, poza informacją, że z tym Wałęsą, to właściwie nie mają racji ani jedni, ani drudzy. Klasyka.
Ale się pomyliłem. Tekst jest bardzo dobry. Powiem nawet, że zupełnie wyjątkowy, a, z mojego punktu widzenia, nawet odkrywczy. Proszę sobie zajrzeć: http://www.rp.pl/artykul/9157,197754_Potomek_cesarza_Walensa.html
Przede wszystkim, ja nie wiedziałem, że w czasie słynnej rozmowy z bratem, zarejestrowanej przez komunistyczne służby, Lech Wałęsa wyraził absolutnie poważnie pogląd, że ich rodzina wywodzi się od rzymskich cesarzy o imieniu Walens. Ziemkiewicz pisze - a myślę, że skoro tak pisze, to może coś na ten temat wie - że komuniści uznali, że ten fragment wynurzeń Wałęsy jest tak idiotyczny, że bezpieczniej będzie go nie ujawniać. I, kiedy tę rozmowę z bratem postanowiono wyemitować w komunistycznej telewizorni, to jednak na ten fragment o ‘cesarzu Walensie' się nie zdecydowali.
Jak mówię, Ziemkiewicz stara się prowadzić swoją myśl, troszkę środkiem. Tak, by nikt mu nie zarzucił, że jest chorym z nienawiści bolszewickim pisiakiem, ani też żeby nie popaść w ciężkie zakłamanie. I ja szczerze powiem, ogólnie rzecz biorąc, jestem skłonny się z główną tezą Ziemkiewicza zgodzić. Mianowicie, przyjmuję, że dzieki swojej niezwykle wybujałej pysze, Wałęsa osiągnął jednak sukces. Nie przyszło mi to wcześniej do głowy, ale myślę, że jest to zupełnie prawdopodobne, że Lech Wałęsa - zwykły, przeciętny robotnik, człowiek do pewnego momentu kompletnie nieznany, poza paroma pokojami w gdańskim budynku Służby Bezpieczeństwa - miał tak niezwykle rozbuchane swoje ego, że w pewnym momencie autentycznie uwierzył, że to on właśnie najpierw zostanie wielkim przywódcą robotniczym, a później nawet i prezydentem.
Myślę dziś sobie, po przeczytaniu artykułu Ziemkiewicza, że jest wielce prawdopodobne, że Wałęsa - zwykły, drobny donosiciel - w pewnym momencie uznał, że jest lepszy od wszystkich i całe to towarzystwo, po jednej i po drugiej stronie, kompletnie rozwalił. I że nikt inny nie byłby w stanie tegho co on osiągnąć.
Dopiero po latach, kiedy już został tym prezydentem i zobaczył, że ta pajęczyna zaczyna go za bardzo oplatać - to już są moje osobiste refleksje - i każdy właściwie jego ruch go przygniata, wpadł w panikę i zaczął tonąć. I tak tonie do dziś, i gdyby nie taki, a nie inny rozwój wydarzeń, wydarzeń i gdyby nie taka, z jaką mamy do czynienia postawa mediów, to już dawno byłoby po Wałęsie.
Ciekawy ten portret Wałęsy, który tak zgrabnie przedstawił Rafał Ziemkiewicz. Czytamy:
„Wbrew legendzie, budowanej w dużym stopniu przez niego samego, przed rokiem 1980 Wałęsa nie był żadnym przywódcą, wokół którego grupowali się bojownicy przeciwko komunizmowi. Był jedynie człowiekiem o ogromnych ambicjach (już na początku lat 70., jak wspominali koledzy ze stoczni, opowiadał im w chwilach szczerości, że będzie rządził), ale na tyle nieistotnym, że zerwanie przezeń agenturalnych więzów SB przyjęła bez specjalnej reakcji. Ot, drobny aktywista wyrzucony ze stoczni za awanturowanie się o warunki pracy i BHP.
Gdy został w 1978 roku wprowadzony przez Wyszkowskiego do WZZ, długo jeszcze nie potrafił w swym myśleniu wyjść poza drobne stoczniowe bolączki, złe traktowanie robotników przez brygadzistów etc.
Wałęsa znany nam dziś zaczyna się od sierpniowego strajku. W przygotowaniach do niego nie brał udziału, dotarł do stoczni z opóźnieniem. Ale wśród działaczy WZZ był jedynym autentycznym robotnikiem (Walentynowicz, jako kobieta, przywódcą zostać nie mogła) i tylko on mógł stanąć na czele strajku. Nikt nie spodziewał się, że niewiele dotąd znaczący "prawdziwek" w ciągu kilku zaledwie dni wyemancypuje się na narodowego lidera, którego już po prostu nie można będzie krytykować ani pytać o dawne błędy."
Więc i ja, też mogę coś opowiedzieć. Coś, czego od lat nie byłem pewny, a nie miałem żadnej możliwości, żeby to zweryfikować. Już ponad piętnaście lat temu, mieliśmy w mieszkaniu drobny remont i z tej okazji pojawił się u nas człowiek, który przyjechał tu na Śląsk z Gdańska. Opowiadał nam, że pracował w Stoczni, brał udział w strajku i Wałęsę pamięta, jako samozwańczego obcego, którego wszyscy podejrzewali o to, że jest agentem, a który jakoś zdołał się w tej całej sytuacji bezpiecznie umocować. Mówił nam ten człowiek przysłany przez naszą administrację, że on uważa Wałęsę za durnia, tyle że durnia bezczelnego. Wałęsa właśnie został prezydentem, więc nie chcieliśmy słuchać tego, co mówi ten człowiek od rur, czy od malowania - nie pamiętam. Uważaliśmy, że to jeden z tych nieudaczników, którzy nie potrafili osiągnąć nic ani zawodowo, ani indywidualnie, więc pozostaje im się tylko pluć, zazdrościć i narzekać.
Spotkałem tego stoczniowca niedawno. Ponieważ potrzebujemy niewielkiego remontu, a większość fachowców wyjechała, albo nie ma czasu, zagadałem go, licząc na stare znajomości. Już nie pracuje w administracji, ma własną firmę remontową. Przypomniałem mu starą rozmowę o Wałęsie. Pamiętał. Powiedziałem mu, ze wtedy, na początku lat 90-tych mu nie uwierzyłem, że bardzo lubiłem Wałęsę i uważałem, że to, co on mówił, to zwykła zazdrość. Zaśmiał się i powiedział, że to go nie dziwi, bo pamięta, że wtedy ktoś mu nawet wlał za to, co mówi o Wałęsie. Wszystko jednak potwierdził, ale dodał jeszcze jedną rzecz.
Powiedział mi, że, kiedy zaczynał się strajk, Wałęsy nikt nie znał. Że on był obcym człowiekiem, który nawet nie pracował w Stoczni. Że przyszedł nie wiadomo skąd i był nie wiadomo kim. I że on - owszem - pamięta panią Walentynowicz. ‘Panią Annę' znali wszyscy. Pamięta też wielu innych działaczy, których nazwiska z kolei mi nic nie mówiły, więc pogadaliśmy znów sobie troszeczkę i tyle.
I teraz czytam ten tekst Ziemkiewicza i zwracam uwagę na jeszcze jeden fragment, tym razem kończący już cały artykuł:
„Pozbawianie Polaków tej wiedzy w imię gloryfikowania politycznej transakcji sprzed 18 lat, której historycznych i społecznych skutków i tak przecież nie da się już odwrócić, czy też w imię dobrego samopoczucia pokolenia solidarnościowych emerytów, to działanie, na które zgadzać się nie wolno. Polacy zasługują na prawdę i na nic mniej niż prawda. Po stokroć rację miał przecież Józef Mackiewicz, mówiąc, że jedynie prawda jest ciekawa".
Chętnie poczytałbym taką historię Lecha Wałęsy, o której wspomina Ziemkiewicz. Historię człowieka tak niezwykle prymitywnego, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie sprytnego, ambitnego i przekonanego o swojej wyjątkowej, a przy tym naturalnej wielkości, który, jak nikt inny, był w stanie postawić się systemowi, jaki wszyscy znaliśmy, i - niewykluczone - że go pokonać. Człowieka, który z całym tym swoim bagażem i agentury i prostej religijności i swoistego patriotyzmu i niezwykłego sprytu i determinacji, stanął naprzeciwko tych wszystkich opasłych generałów i ich po prostu wystawił do wiatru. Na pewien tylko czas - to fakt - ale jednak.
Kto by się wziął za takie dzieło? Niech nawet i to będzie Ziemkiewicz, albo ktoś inny, kto do Wałęsy - oprócz szczerej niechęci - czuję jednak i jakiś szczególny podziw.

poniedziałek, 29 września 2008

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, panie Bolesławie!

Dzisiejszy dzień, jaki jest - każdy widzi. Mogę tylko spekulować, że sposób, w jaki patrzymy, na to, co się dziś, od samego rana dzieje, jest inny, w zależności od naszych doświadczeń, naszych przekonań i naszej osobistej wrażliwości. Jest niewątpliwie grupa osób, dla których przeżywamy dzień, w pewnym sensie, świąteczny. Obchodzimy 65 rocznicę urodzin Lecha Wałęsy i wigilię 25 rocznicy otrzymania przez Lecha Wałęsę Nagrody Nobla. Jest więc dla tych, którzy Lecha Wałęsę kochali i wtedy kiedy dostawał Nobla i później, kiedy zostawał prezydentem, a również i wtedy, kiedy był już tylko byłym prezydentem, dzisiejszy dzień dniem radosnym, dniem dumy i dniem prawdziwej, narodowej satysfakcji.
Jest też dla niektórych, niewątpliwie, dzisiejszy dzień, okazją do przeprowadzenia paru skutecznych ruchów, na rzecz tak zwanego dobrego urobku na przyszłość. To są ci, którzy - jak mój osobisty brat - po tym, jak Lech Wałęsa rozgromił Tadeusza Mazowieckiego w wyborach w roku 1990, napisał do Lecha Wałęsę kartkę zatytułowaną „Ty cieciu", albo jak pewien wybitny lubelski profesor, który dziś prowadzi wiernopoddańczy panel ku czci naszego wielkiego noblisty, a kiedy miał otrzymać ten swój naukowy tytuł w 1993 roku, miał bardzo ciężki dylemat, co do tego, czy zaakceptować swoją profesurę od prezydenta takiego, jak Lech Wałęsa. W te intencje akurat nie planuję się wgryzać, bo i temat to zbyt szeroki, a poza tym nie mam dziś ochoty na żarty.
No i są jeszcze ci najmłodsi. To ludzie, którzy, kiedy Wałęsa dostawał Nobla, albo byli jeszcze małymi dziećmi, albo ich w ogóle na świecie nie było i dziś, kiedy widzą i słuchają Lecha Wałęsę, nie czują zażenowania, ale silne przekonanie, że oto przed nimi stoi człowiek wielki. I to tyle tej mojej nędznej socjologicznej analizy.
Ale jest też i inna grupa. To ludzie, tacy jak ja, którzy kiedyś głosowali na Lecha Wałęsę wierząc, że tylko on może skutecznie przeprowadzić nas z komunizmu do tej nowej, wymarzonej i tak długo wyczekiwanej Polski, tylko po to by już po paru miesiącach się zorientować, że za tę swoją naiwność będą musieli długo pokutować.
Chciałem troszkę napisać o tych ostatnich, takich jak ja, którzy dziś trzymani są w mediach za drzwiami i o których, jeśli się wspomina to tylko na tle starych, czarno-białych, niewyraźnych zdjęć Andrzeja Gwiazdy ze wściekłą, albo może tylko niezadowoloną miną przy jakimś starym stoliku.
Chciałem napisać o nich i o tym, co czują choćby wtedy, gdy słuchają dziś Bronisława Komorowskiego, recytującego wierszyk, który - jak się zdaje - on sam napisał dla Wałęsy, i który jest przedmiotem tak niezwykłego medialnego uwielbienia od samego rana. Oto dla wszystkich, którzy być może nie zdążyli do słodkich ust pana Marszałka, cytat:
„Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch. A gdyby tego było mało, panie prezydencie, to może być inaczej: Tutaj stoi Lech, starczy i na trzech".
Komorowski wyrecytował swój tekst, a Wałęsa - jak donoszą media - oczywiście się popłakał. Nie poinformowano nas, czy ze wzruszenia, czy ze śmiechu - jedno i drugie były prezydent potrafi znakomicie, a my pozostaliśmy z naszym, tak dla nas typowym, brakiem poczucia humoru i naszą - też tak typową - ciemną, obskurancka nienawiścią.
Zamiast analizować to poetyckie wydarzenie, pozwolę sobie tu na pewną dygresję. Kiedy napisałem swoje poprzednie dwa teksty, związane z tzw. awanturą o Dorna, w kilku komentarzach, moi koledzy internauci zwrócili mi uwagę na to, że moje przekonanie o wpływie, jaki media wywierają na kształt publicznej opinii w Polsce jest chore i graniczy z obsesją. Zostałem parę razy poinformowany, że media atakują wszystkich po równo, a że PiS-owi i Kaczorom dostaje się czasem trochę więcej, to tylko dlatego, że politycy tej partii zachowują się bardziej prowokacyjnie.
Otóż nie zgadzam się z tą opinią. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest tak, iż kłamstwa mediów są takie, jak kiedyś wyglądały kłamstwa choćby komunistów. Dziennikarze informują o wszystkim, co się dzieje. Jeśli coś zasługuje na krytykę, czy nawet szyderstwo, to młodzi nasi dziennikarze nie robią tu absolutnie żadnych wyjątków. Dostaje się wszystkim i nie ma takiego wydarzenia, czy to po jednej, czy po drugiej stronie, które zostanie zlekceważone, lub nieskomentowane.
Problem polega na czym innym. Mianowicie na tym, co następuję później. Czy jest tak zwana akcja, czy jej nie ma. Pamiętamy, jak kilka miesięcy temu poprowadzono sprawę Jarosława Kaczyńskiego i jego rzekomej nienawiści do Internetu. Najpierw poinformowano, że Jarosław Kaczyński uważa Internautów za pijaków, zboczeńców i przestępców, a później, przez tydzień, albo kręcono reportaże, albo prowadzono badania sondażowe, albo organizowano akcję „Przyślij nam zdjęcie swojego dziecka przy komputerze'; wszystko po to, żeby każdy obywatel zapamiętał raz na zawsze, jaki ten Kaczor jest tępy.
Pamiętam do dziś, jak red. Sianecki łaził po warszawskich ulicach, zaczepiając ludzi, czy, jak siedzą przy monitorze, to piją piwo i czy oglądają filmiki pornograficzne. Pamiętam też reportaż w TVN24 z biblioteki, w której przepytywano zajętych pracą naukową studentów, czy oni się uczą, czy może oglądają pornografię. I pamiętam też te tony zdjęć przysyłanych dzień w dzień do Onetu z naszymi milusińskimi przy komputerach.
Tak to się robi w Warszawie!
Więc kiedy dziś wysłuchałem recytacji Komorowskiego nad szlachetnym wąsem Wałęsy, pomyślałem sobie, że - owszem - dostanie się Komorowskiemu za ten wygłup, ale jednocześnie żałowałem, że TVN24 nie przeprowadzi akcji ‘Napisz i przyślij nam wiersz dla Lecha Wałęsy', Onet nie urządzi internatom tygodniowej hulkanki w postaci festiwalu idiotycznych wierszyków na część Ukochanego Wodza, a Gazeta Wyborcza nie zamówi badań socjologicznych na temat tego, co Polacy sądzą o tym tandeciarzu Komorowskim.
Tymczasem, jak się okazało, nawet i na te parę leciutkich kpin w tym uroczystym dniu nie mogliśmy liczyć. Okazało się też, że tak naprawdę, Komorowski pokazał humor i klasę i wszyscy się bardzo dobrze bawili, a szanowny jubilat aż się pobeczał.
W tej sytuacji, już więcej nic nie napiszę. Pozwolę sobie tylko przedstawić moim Wspaniałym Czytelnikom listę laureatów Pokojowej Nagrody Nobla z minionych 28 lat, od roku 1980:
1980: Adolfo Perez Esqivel
1981: WKNZdsU
1982: Alva Myrdal, Alfonso Garcia Robles
1983: Lech Wałęsa
1984: Desmond Tutu
1985: Lekarze Przeciw Wojnie Nuklearnej
1986: Elie Wiesel
1987: Oscar Arias Sanchez
1988: Siły Pokojowe ONZ
1989: Dalai Lama
1990: Michaił Gorbaczow
1991: Aung San Suu Kyi
1992: Rigoberta Menchú Tum
1993: Nelson Mandela, Frederik Willem de Klerk
1994: Jaser Arafat , Szymon Peres, Icchak Rabin
1995: Pugwash, Józef Rotblatt
1996: Carlos Felipe Ximenes Belo, José Ramos-Horta
1997: ICBL, Jody Williams
1998: John Hume, David Trimble
1999: Lekarze bez Granic
2000: Kim De Dzung
2001: ONZ, Kofi Annan
2002: Jimmy Carter
2003: Szirin Ebadi
2004: Wangari Maathai
2005: MAEA, Mohamed ElBaradei
2006: Grameen Bank, Muhammad Yunus
2007: MZdsSK, Al. Gore
I oto cała lista. Już nie mogę się doczekać, kto dostanie Pokojowego Nobla w tym roku. Proponuje może zrobić wyjątek i ponownie go przyznać Lechowi Wałęsie.
A może jakiś mały konkurs? Komu Pokojowy Nobel 2008?
PS - Słuchajcie, przejrzałem tę niezwykłą listę i wymysliłem jeszcze inny konkurs. Głosujmy, komu poza Wałęsą przyznać Nagrodę jeszcze raz? Ja zmieniam zdanie - głosuję na Gorbaczowa.

niedziela, 28 września 2008

O tym, jak pewien polityk dokonał zamachu na nasze prawo do robienia sobie dobrze

Kiedy wczoraj pisałem swój tekst otym, jak elity próbują zniszczyć Jarosława Kaczyńskiego i wszystko, co się z nim wiąże, i jak w tych swoich usiłowaniach potrafią być profesjonalni i skuteczni, nie spodziewałem się, z jak ciężką materią mam do czynienia.
To znaczy, dobrze się orientowałem w profesjonalizacji tego wszystkiego, co się nazywa nowoczesną propagandą, wiedziałem, jak wpływowe potrafią być media i jak głupi potrafią być ludzie, ale zrobiłem ten błąd, że nie przewidziałem - a może tylko zapomniałem o tym - że są takie sfery w życiu człowieka, gdzie każdy odpowiednio przeszkolony manipulator potrafi wejść i przeprowadzić dowolną operację, nawet jeśli nie ze stuprocentową skutecznością, to z wynikami szczerze imponującymi.
iedziałem to od zawsze, ale nigdy właściwie nie zdarzyło mi się odczuć siły rażenia tego zjawiska aż tak wyraźnie, jak to się dzieje obecnie. O co chodzi? Otóż mam bardzo silne przekonanie, że są dwa żywioły w życiu człowieka, które, jeśli tylko utracimy nad nimi kontrolę, albo jeśli tylko nawet postanowimy sami sobie z nimi radzić, potrafią dokonać spustoszeń w naszym człowieczeństwie na skalę nieporównywalną z niczym innym. Chodzi mi mianowicie o seks i religię.
Historia uczy nas bardzo precyzyjnie, co można osiągnąć, jeśli spróbuje się wpływać na jednostki, a również i na całe społeczeństwa, wbijając im do głowy idee, w jakikolwiek sposób oparte na wolności religii i wolności seksualnej. Do dziś, wielu z nas pamięta zdjęcia niemal tysiąca ofiar zbiorowego samobójstwa, popełnionego przez ludzi, których jedynym prawdopodobnie błędem było uznanie, że odnaleźli swoją własną, samodzielną drogę do ostatecznego zbawienia.
To są wielkie tragedie, bo wielka jest moc wiary i moc tego, kogo w naszej pysze uznaliśmy za Boga. Ale są też tragedie małe. Są zakonnice, które i prawdopodobnie teraz, kiedy piszę ten tekst snują się gdzieś po naszym kraju, w przekonaniu, że tam gdzie one, tam i Bóg, są dzieci, które porzuciły swój Kościół, bo ktoś im powiedział, że istnieje droga do Prawdy bardziej realna i bardziej pewna. Są najbardziej prymitywne sekty, które uwodzą nasze pragnienie życia, tylko po to, żeby poprowadzić nas drogą do śmierci.
To jest religia. Religia, która się wyemancypowała, religia, która uznała, że nie trzeba Pasterza, że wystarczy nasze poczucie kierunku i nasz instynkt. Religia niezwykle niebezpieczna.
Ale jest też seks. I tu już nie muszę podawać przykładów. Wszyscy na co dzień musimy żyć informacjami, delektować się nimi, a czasem się nimi trwożyć, o pedofilach, gwałcicielach, o okrutnych zbrodniach popełnionych na tle seksualnym, o rozpadach rodzin, o zdradach, o tym, co z człowiekiem potrafi zrobić pornografia, o tym Simonie Mollu, który, jak się zdaje, właśnie umiera zabity przez seks... Wiemy, czym potrafi być seks, kiedy tylko uznamy, że jest zwykła, interesującą ofertą, ż którą sobie bez problemu poradzimy.
Często, oczywiście - i to też my wszyscy, ludzie czytający gazety i oglądający telewizję, wiemy - i ten niekontrolowany seks i ta wyemancypowana religia, bardzo dobrze potrafią sobie radzić w parze. Nie o tym jednak ten tekst, bo problem w gruncie rzeczy, jak zwykle to bywa, stoi nieco z boku.
Dziś, z perspektywy tego, co się stało, myślę sobie, że ten pistolet, jak to mówią, musiał w końcu wystrzelić. Jarosław Kaczyński, o którym w dużej części był mój wczorajszy tekst, jak wszyscy wiemy, jest kawalerem i człowiekiem, dla którego - jak wszystko na to wskazuje - to jego kawalerstwo nie było tylko pretekstem, żeby prowadzić wesołe życie, ani też wynikiem jakiegokolwiek przymusu, lecz bardziej, lub mniej świadomym wyborem.
Jesteśmy przyzwyczajeni do celibatu księży, każdy z nas zna choćby jednego z nich, który w sposób naturalny pozostaje samotny i nie jest to dla nas żadną zagadką. Ksiądz się nie żeni i kropka. Nikt z nas nie ma z tym najmniejszego kłopotu.
Inaczej jest w przypadku człowieka, który się nie ożenił, bo tak mu się spodobało, lub tak mu się ułożyło. Albo go podziwiamy, że taki z niego koneser, że nie dla niego żona, dzieci, dom, rodzina. Albo mu współczujemy, że biedaczek, taki jest samotny. Czasami jednak go nienawidzimy.
racam do Jarosława Kaczyńskiego. Ja nie mam żadnego pojęcia, dlaczego Jarosław Kaczyński się nie ożenił. Czy dlatego, że tak sobie wybrał, czy może dlatego, że dziewczyny go nie chciały, czy dlatego, ze nie potrafił w odpowiednim czasie zadbać o ten fragment swojego życia? Faktem jest, że się nie ożenił i nawet jeśli z tego powodu jest mu przykro i czegoś tu żałuje, nie pokazuje tego na tyle wyraźnie, żebym cokolwiek, kiedykolwiek zauważył. Nie wiem i, powiem szczerze, nie za bardzo mnie to interesuje.
Wiem natomiast, że Jarosław Kaczyński jest bardzo porządnym człowiekiem, człowiekiem bardzo odpowiedzialnym, bardzo religijnym i bardzo przywiązanym do tradycyjnych wartości. Wiem też, że Jarosław Kaczyński bardzo dobrze jest zorientowany co do tego, na czym polega miłość, rodzina, odpowiedzialność wobec żony, wobec dzieci wobec rodziców.
Słuchałem tego, co mówi i czytałem to, co pisze na ten temat i wiem, że jeśli idzie o ten zakres tajemnic naszego życia, Jarosław Kaczyński zupełnie dobrze sobie radzi. Czasem mam wrażenie, że on jest pod tym względem, jak ten ksiądz, którego wciąż wszyscy pytają, skąd on w ogóle może mieć wiedzę, jeśli idzie o małżeństwo, rodzinę, dzieci, a później z zdziwieniem widzą, że jednak on to wszystko jakoś wie.
Wiemy bardzo dobrze, jakie emocje potrafi wzbudzać matrymonialna i rodzinna sytuacja Jarosława Kaczyńskiego. Doskonale pamiętamy te wszystkie szyderstwa na temat tego, jaki śmieszny jest człowiek, który nie ma ani żony, ani prawa jazdy; człowiek, który śpi ze swoją mamusią, a jedyna kobieta, jaką zna, to żona jego brata. Wiemy bardzo dobrze, jaką część wszystkich ataków i wszystkich niegodziwości, jakich od lat musiał wysłuchiwać Jarosław Kaczyński, stanowiła ta część jego drogi życiowej.
Jarosława Kaczyńskiego wyszydzano za wszystko. Za niski wzrost, za niestaranny ubiór, za niewyraźną mowę, za to wszystko, co się powszechnie nazywa ‘abnegacją'. Wyszydzano go za radykalne poglądy, za ostry język, za zbyt wyraziste poglądy, za pewność siebie. Był Jarosław Kaczyński obiektem szyderstw z tego powodu, ze nie ma prawa jazdy, że nie zna się na komputerach, że nie ma Internetu, że nie ma pieniędzy.
Oczywiście, ta kampania ośmieszania przynosiła rezultaty, ponieważ dużo jest ludzi, dla których to że ktoś jest niski, że ktoś jest mało szykowny, że ktoś nie ma samochodu, nie ma pieniędzy, nie lubi komputerów, jest powodem do albo wielkiego szoku, albo wielkiego rozbawienia. Ale też było wystarczająco dużo ludzi, dla których to wszystko nie miało większego znaczenia, bo wiedzieli oni, że i pieniądze nie są tak ważne, szczególnie kiedy są ukradzione, i że komputery to często nic dobrego, że Internet i jego użytkownicy, to zbyt często najzwyklejszy idiotyzm, a przy tym wszystkim, ani wygląd nie świadczy o człowieku, ani my sami nie jesteśmy znowu aż tak bardzo eleganccy i zorganizowani. To wszystko, w połączeniu z naszymi politycznymi poglądami, pozwoliło Jarosławowi Kaczyńskiemu zachować pewną sympatię, a jego wrogom skutecznie zakłócać dobry sen.
Pewnie i dlatego, poprzedni zmasowany atak na jego osobę, związany z jego sugestią, że Internet to nie jest miejsce gwarantujące intelektualne bezpieczeństwo, nie przyniósł bardziej widocznych efektów. Przez tydzień paru głupków w Onecie i w telewizji TVN24 trochę się popluło i na tym się sprawa skończyła.
Dziś jest zdecydowanie inaczej. Kiedy wczoraj pisałem mój tekst o awanturze z Dornem i jego żoną, byłem pewien, że całe to zamieszanie, widoczne też tu w Salonie, wynika - pomijając oczywiście szczerą nienawiść do Kaczyńskiego ze strony frontu antykaczystowskiego - ze zwykłego braku przenikliwości i że wystarczy parę dni i parę słów prawdy, żeby i ci przez chwilę wątpiący puknęli się w czoło i się uspokoili. Nic z tego. Okazuje się, że nawet tak zacni komentatorzy, jak Krzysztof Kłopotowski, nie mogą wręcz znieść sytuacji, w której Jarosław Kaczyński atakuje sposób prowadzenia się Ludwika Dorna i włazi z butami do jego sypialni.
A ja się zastanawiam, o co chodzi? Przecież to niemożliwe, żeby ludzie, którzy doskonale znają realia naszego życia politycznego, którzy przeżyli już i ekscesy Samoobrony, i kretyństwa LPR-u i kompromitacje komunistów i wszystkie najbardziej świeże głupstwa w wykonaniu ministrów i sympatyków Platformy Obywatelskiej, nagle zapłonęli świętym oburzeniem, bo Jarosław Kaczyński zaczepił Dorna w sprawie jego sytuacji rodzinnej. Na mój wieśniacki rozum, to jest po prostu niemożliwe.
Szczególnie jest to niemożliwe w sytuacji, gdy - jak już wczoraj na to zwróciłem uwagę - w oryginalnym wywiadzie radiowym, Kaczyński w gruncie rzeczy nie powiedział nic, co by się nadawało do skomentowania. Owszem, po kilku dniach, kiedy czujni dziennikarze dostrzegli swoją szansę i zaczęli drążyć temat, judzić innych polityków, prowokować odpowiedni rozwój wypadków, i kiedy okazało się, że to chodzi o to, że Ludwik Dorn, od czasu jak się poczuł na nowo młody, stracił swój cały rozum - wybuchła afera.
Wystarczyło kila słów, wypowiedzianych przez Jarosława Kaczyńskiego, już nie na temat samego Dorna, ale na temat najbardziej ogólnych kwestii moralnych, że nawet dotychczas bardzo wierni Kaczyńskiemu i PiS-owi ludzie zaczęli się gwałtownie irytować.
I teraz pozwolę sobie powiedzieć coś, co może wielu zdenerwuje, ale co czuję bardzo mocno i co uważam, że jest jak najbardziej prawdziwe. Otóż jestem przekonany, że powodem, dla którego tym razem atak skierowany przez elity i przez media przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu udał się bardziej, niż dotychczas jest to, że po raz pierwszy Jarosław Kaczyński nie wystąpił z kontestacją komputerów, samochodów, eleganckich ubrań i ogólnie pojętej cywilizacji, ale zaatakował coś, co wielu z nas jest bliskie i z czym sobie absolutnie nie potrafimy poradzić.
On właściwie od pierwszego momentu, kiedy Ludwik Dorn zaczął kontestować sytuację w Prawie i Sprawiedliwości, sugerował, że problem Dorna, to nie jest problem tylko polityczny, ale osobowościowy. Że Dorn zachowuje się dziwnie, irytująco i prowokacyjnie, nie tyle, jako polityk, ale jako człowiek i kolega. Przez dłuższy czas, nikt się za bardzo w słowa Kaczyńskiego nie zanurzał, bo traktował je, jako takie tam sobie gadanie. A Kaczyński mówił o Dornie dokładnie to, co mówi dziś. Tylko że bez szczegółów. I wszyscyśmy sterczeli w słodkiej nieświadomości.
I nagle, Jarosław Kaczyński, po raz pierwszy chyba, tak bardzo mocno powiedział nam, że bywamy zepsuci. Że człowiek, który stracił rozum, bo w wieku 50, czy 60 lat uznał, że właściwie całe życie przed nim, że jest i przystojny i powabny i inteligentny i w gruncie rzeczy, najnormalniej kwitnący, jest już tylko śmieszny. A jeśli przy tym dochodzi do wniosku, że ten jego fizyczny i towarzyski sukces upoważnia go do tego, by na swoje obowiązki czysto ludzkie spojrzeć z przymrużeniem oka, to znaczy, że nie zasługuje nawet na jedno dobre słowo.
Proszę zwrócić uwagę. Kaczyński nie zarzucił Dornowi, że Dorn jest złodziejem, albo że kłamie, albo, że zdradził partię, albo, ze wyrzekł się zasad. On najpierw, najbardziej, jak tylko można delikatnie, zasugerował, że Dorn jest moralnie niepozbierany, a później tak, jak tylko to on potrafi dobitnie, powiedział, że tak się nie da i że on takiego typu postawę ma w dużej pogardzie. On zaatakował Dorna na poziomie tak bardzo abstrakcyjnym, że zwykły człowiek ma dwa wyjścia: albo nic z tego nie zrozumieć, bo dla niego wszystko to, co mówi Kaczyński to ‘oczywista oczywistość', a Dorn to po prostu jeszcze jeden starszy pan, który - jak to bywa - zbzikował, albo nagle zobaczyć w tej niezwykłej krytyce samego siebie i dostać cholery.
Jestem pewien, ze gdyby Jarosław Kaczyński nagle powiedział, że Dorn jest niepoważny, bo kupuje Playboya, też by został zdeptany. A przecież, nie ma co do tego wątpliwości, ze jeśli ktoś kupuje Playboya, to ma nie po kolei w głowie, prawda?
Uważam zatem, ze powszechna reakcja oburzenia w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego jest spowodowana wyłącznie przez ten nasz ciężki kompleks. Patrzymy na Kaczyńskiego, zaciskamy zęby we wściekłości i mówimy: wara od naszego udanego seksu, od naszych kochanek, naszych zobowiązań, naszych przyjemności, naszej wiecznej młodości, naszych alimentów, naszych rozwodów. Wara od naszych lektur. Wara od naszej religii.
To nie jest żadna polityka. To już można zacząć leczyć.

sobota, 27 września 2008

Za co nie lubię dziennikarzy, dlaczego nie wierzę mediom

Od czasu, gdy Jarosław Kaczyński udzielił swojej słynnej ostatnio wypowiedzi dla Sygnałow Dnia http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/artykul15966.html, gdzie w pewnym momencie wspomniał - przyznaję, w niezbyt sympatyczny sposób - o Ludwiku Dornie, minął już tydzień, a wrzawa związana z tym wydarzeniem nie cichnie; powiem więcej - tak jakby ostatnio się nawet bardziej rozhulała.
Napisałem, ze słynna jest wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego i że wrzawa, z którą mamy ostatnio do czynienia, jest związana z tą wypowiedzią, a przecież jest to ocena nie do końca ścisła. Sławna jest na przykład wypowiedź, jedna, druga i trzecia, Ludwika Dorna, na ten temat. Sławny jest też niewątpliwie list otwarty, jaki obecna pani Dornowa opublikowała w Dzienniku pod tytułem List żony Dorna. Sławne są niewątpliwie komentarze na temat tego, co uczynił Dornowi Jarosław Kaczyński, a tym samym, co uczynił swojej, i tak już tylko dryfującej, partii. Sama wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego sławna już raczej nie jest.
Podobnie wygląda sytuacja tej „wrzawy". Wrzawa owa, owszem, jest związana z tym, co powiedział jakiś czas temu Jacek Kurski, albo Przemysław Gosiewski, czy - ostatnio - nawet pani poseł Szczypińska. Powiem nawet, że, podobnie jak to się ma w przypadku samej wypowiedzi i rzekomej „sławy" wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego, niewątpliwie i tu istotnym powodem tej wrzawy są komentarze - jeden, drugi i trzeci - Ludwika Dorna i, wspomniany już List żony Dorna. Ale o tym, żeby sam wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla Jacka Karnowskiego w Sygnałach Dnia z 19 września, spowodował jakąkolwiek wrzawę, nic mi absolutnie nie wiadomo.
I to mnie, powiem szczerze, nie dziwi. Wszystko, co dotychczas, przez całe swoje długie lata politycznej działalności, mówił i robił Jarosław Kaczyński, było dla tak zwanej, mainstreamowej opinii publicznej, ważne tylko o tyle, o ile z jego czynów, czy jego wypowiedzi, da się wykroić jakiś, choćby nawet i bardzo mizerny powód, do kopnięcia go „w ten kaczy dziób".
Cokolwiek od osiemnastu już z górą lat, robi, czy mówi Jarosław Kaczyński jest relacjonowana tylko pod tym jednym warunkiem. Że ten intelektualny i emocjonalny wysiłek elit, polegający na niebojkotowaniu Jarosława Kaczyńskiego, jako polityka i człowieka, przyniesie jakieś wymierne korzyści dla prowadzonej od wielu, wielu lat, przez te właśnie elity, kampanii kłamstwa i dezinformacji wobec społeczeństwa
Dlatego zatem, kiedy słyszę, że Jarosław Kaczyński powiedział, albo zrobił coś kompromitującego, co go ostatecznie już pogrąży i wreszcie wyeliminuje z naszego życia politycznego, a jego partię wyrzuci poza nawias historii, uczony doświadczeniem, przymykam na te teksty jedno oko, a jedno ucho otwieram na piosenkę Kazika i te wielkie słowa: „Czy ma sens, że się trudzisz? Weź, nie p..., to mnie nudzi"? Dlatego mianowicie, że właśnie moje doświadczenie, nauczyło mnie tego, że są ludzie, którzy są gotowi dla jednego, niskiego celu, wykorzystać wszelkie dostępne środki, byleby ten cel osiągnąć.
Dlatego, na przykład, jeśli moje dziecko przychodzi do mnie ostatnio i mi mówi: „A ty wiesz, że podobno....", to ja zawsze odpowiadam, że może tak, może nie, a może jeszcze inaczej, a może w ogóle nie i że najlepiej będzie troszkę poczekać. I wtedy spróbujemy się w sytuacji zorientować o wiele skuteczniej.
Pamiętam, jak nie tak przecież dawno temu, nad całą Polską podniósł się harmider na temat taki mianowicie, że Jarosław Kaczyński w bezprecedensowy sposób zaatakował internatów. Przez cały boży tydzień media, papierowe, elektroniczne, z samym Internetem na czele, oraz bardziej zaangażowana część wykształconej opinii publicznej, nie mówiły o niczym innym, jak o ostatecznej kompromitacji Kartofla, który nie dość, że nie ma żony, jest mały i mieszka z mamusią, to jeszcze na dodatek, jak ostatni jołop, obraża internatów.
Nikogo nie obchodziło,, gdzie Kaczyński to powiedział, jak to powiedział i nawet, co powiedział. Ważne było tylko to, żeby przez tydzień urządzać festiwal szyderstw w stosunku do jednej, znienawidzonej przez elity, osoby. Nikt się nie zainteresował samym wywiadem z Jarosławem Kaczyńskim, opublikowanym, tak na marginesie w Internecie, tym, że wywiad był długi na cztery, czy pięć stron, dotyczył dziesiątek bardzo ważnych kwestii, zupełnie niezwiązanych z Internetem i tylko na sam jego koniec, zapytany, czy on ma jakiś pomysł, żeby zwiększyć społeczne zainteresowanie wyborami, odpowiedział, że jest przeciwko tworzeniu społecznej aktywności na siłę i, że choćby pomysły takie, jak głosowanie przez Internet, mu się nie podobają, bo przez swoją kulturową oprawę deprecjonują sam akt głosowania.
O internautach siedzących z piwem (tak jak ja choćby teraz) przed ekranem komputera, wspomniał Kaczyński tylko w jednym (dosłownie jednym) zdaniu. I to wystarczyło, żeby główne media urządziły mu takie piekło, że przez cały tydzień Jarosław Kaczyński nie wiedział, gdzie się ruszyć. W końcu dano mu spokój, bo wystękał to swoje słynne „przepraszam". Za co? Tego to już dziś nikt nawet nie pamięta.
Podobnie jest i teraz. Rozmowa Karnowskiego z Kaczyńskim w Sygnałach Dnia jest długa i bardzo interesująca. Kaczyński mówi mnóstwo bardzo ciekawych i bardzo mądrych rzeczy. W pewnym momencie, Jacek Karnowski pyta Kaczyńskieiego:
Jacek Karnowski: Panie premierze, Ludwik Dorn z kolei, wciąż poseł Prawa i Sprawiedliwości, został wybrany w rankingu tygodnika Polityka najlepszym posłem roku 2008. Jest to ranking opracowywany przez dziennikarzy na podstawie wypowiedzi dziennikarzy sejmowych. Czterdziestu dziennikarzy brało udział w ankiecie. Najlepszy poseł, który dziś jest na marginesie Prawa i Sprawiedliwości.
Jarosław Kaczyński: No cóż, to się już zdarzało przedtem Ludwikowi Dornowi, nie chcę tego kwestionować, nie chcę twierdzić, że tutaj były jakieś dodatkowe motywy, chociaż nie można ich wykluczyć, znając „życzliwość" tego środowiska dla Prawa i Sprawiedliwości. Niemniej Ludwik Dorn jest człowiekiem, który złamał pewne reguły gry w sposób drastyczny. No, łamie je niestety także w innych dziedzinach życia i to być może doprowadzi do dalszych konsekwencji. I tyle mogę w tej sprawie powiedzieć.
Jacek Karnowski: Co pan ma na myśli, panie premierze?
Jarosław Kaczyński: Ja nigdy nie przeczyłem, że Ludwik Dorn jest bardzo inteligentnym człowiekiem.
Jacek Karnowski: A co pan ma na myśli mówiąc...
Jarosław Kaczyński: Nie chcę o tych sprawach mówić, ale można było zresztą o nich też przeczytać w prasie. Nie mam zamiaru tutaj wchodzić...
Jacek Karnowski: Chodzi o życie osobiste?
Jarosław Kaczyński: Nie będę mówił, o co chodzi, ale w każdym razie mamy tutaj do czynienia z takim kryzysem osoby wielostronnym.
Proszę zwrócić uwagę. Redaktor Karnowski pyta Kaczyńskiego, co sądzi o tym, że Dorn został przez Politykę wybrany posłem roku. Kaczyński odpowiada, że on tego nie kwestionuje, choć podejrzewa, że Polityka kierowała się tu jeszcze innymi, pozamerytorycznymi, powodami. Że Dorn ma kłopoty w PiS-ie, bo złamał pewne reguły. No i że łamie te reguły również poza polityką.
Oczywiście, ja wiem, że mógł Kaczyński, wiedząc, że każde słowo będzie mu, jak zwykle wyciągnięte, i że nie będzie to z całą pewnością słowo mądre, merytoryczne i choćby trochę interesujące, się w tej części nie odzywać. Mógł akurat to jedno zdanie sobie darować. Ale sobie nie darował i powiedział. Więcej, jak sami widzimy nie chciał mówić i w gruncie rzeczy, mimo, że Karnowski go trzy razy naciskał, nic już więcej nie powiedział Całą resztę zrobili inni politycy, media i sam Dorn z rodziną.
Ktoś powie, że się wygłupiam, broniąc Kaczyńskiego. Że polityk, każdy polityk, powinien uważać na swoje słowa i słów tych ponosić konsekwencje. Jest jednak tak, że może i ja się faktycznie wygłupiam, ale nie zmienia to faktu, że w sposób absolutnie drastyczny, wyżej sformułowana zasada nie dotyczy każdego polityka. Powiem więcej, dotyczy tylko małej, bardzo małej grupy polityków. I to jest dla mnie powodem mojego rozgoryczenia.
Od pierwszego dnia, gdy Jarosław Kaczyński wspomniał o łamaniu przez Dorna reguł, sam Dorn zachowuje się, jak kompletny wariat, biegając w kółko i strasząc Kaczyńskiego sądem. Żona Ludwika Dorna pajacuje w sposób absolutnie dziwaczny, śląc głupkowate listy do gazet i tłumacząc ludziom, dlaczego zarobki jej męża są małe, a nie duże. I to oczywiście nikomu nie przeszkadza. Wczoraj w Szkle Kontaktowym, Grzegorz Miecugow z tym, jakimś Wojciechem Zimińskim załamują ręce nad PiS-em, że jest to taka partia, która konsekwentnie eliminuje swoich najbardziej znakomitych członków. Że wszystko, co było w PiS-ie wielkie i wybitne, musiało z PiS-u odejść. I Ludwik Dorn i Marek Jurek i Antoni Mężydło, no po prostu pogrom ludzi bez skazy. Pozostaje się dziwić, że Miecugow nie wymienił jeszcze do tego Artura Zawiszy, ale, wygląda na to, że nawet w Szkle Kontaktowym istnieją jeszcze jakieś niewyraźne granice bezczelności.
Nie ma takich słów obrzydzenia i pogardy; nie ma szyderstw i obelg, którymi nasze światłe media i ich wybitni przedstawiciele, nie obrzucili w swoim czasie zarówno Ludwika Dorna, jak i Marka Jurka. Do dziś pamiętamy tych dwóch, zapluwających się najbardziej idiotyczną satysfakcją, mądrali z RMF-u, kiedy rzucili Dornowi na konferencyjny stolik dwa wieśmaki. Do dziś pamiętamy, jak cały TVN24, przez kolejne dni, z dziką satysfakcją natrząsał się z tego ‘matołowatego' Dorna i jego ‘matołowatej' miny, gdy dzielni przedstawiciele niezależnych mediów urządzili mu happening, jak należy.
Dziś nagle, oni wszyscy aż drżą z oburzenia, że Jarosław Kaczyński - ten kartofel i mikrus - śmie tknąć kogoś takiego, jak Ludwik Dorn.
I znów, załóżmy nawet, że Jarosław Kaczyński przy Dornie, czy Jurku, to rzeczywiście moralne i intelektualne nic. Załóżmy nawet, że tu rzeczywiście nie chodzi o ataki w ogóle, ale TAKIE ataki. Że faktycznie, oburzenie elit wywołało rozgrzebywanie tak intymnych i prywatnych kwestii, jak rodzina, alimenty, dzieci...
Jednak tu też wypada się zastanowić, jak to się stało, że każdy, nawet najbardziej ciemny obywatel, może i nie wie, jakie są w Polsce partie polityczne, jaka jest różnica między Sejmem a Senatem i między Prezydentem a Premierem, co to znaczy minister i czym on takim, ten minister, się zajmuje, ale ten sam obywatel na 100% wie, że Jarosław Kaczyński jest pedałem, który śpi ze swoją mamą i z kotem. Kto tych obywateli o tym poinformował? Poseł Gosiewski, czy może prężne i niezależne media? Chyba zaraz zwymiotuję...
Oczywiście, to wszystko, czego jesteśmy świadkami jest przykre i w sumie nierokujące zbyt dobrze na przyszłość. Ale wiemy też, co już pisałem nie raz, że my - ludzie Ciemnogrodu - może i jesteśmy naiwni i wciąż widzimy przyszłość jasną, mądrą i ciepłą. Ale, tak się przy tym składa, że ten nasz optymizm i ta nasza nadzieja, stanowią nieodłączną część tego czegoś, czego tamtym brakuje. Mianowicie zwykłego, prostego, absolutnie przyziemnego, człowieczeństwa. A to ono w ostatecznym rozrachunku zwycięża.

czwartek, 25 września 2008

Dla Was - wypatrujących sprawiedliwości - i dla naszej małej, drobnej satysfakcji

Zapowiadano to dzień cały. O tym, że u Moniki Olejnik wystąpi Jerzy Urban, wiedziałem od kilku godzin, zapominałem, przypominałem sobie na nowo, w końcu zapomniałem na śmierć, tylko po to, by nagle zauważyć, że zbliża się 20.00 i postanowiłem sprawdzić, co tam słychać u Olejnik. Patrzę, a tu Jerzy Urban. Nie tylko Urban. Oprócz Urbana, Antoni Mężydło, kiedyś dumny polityk Prawa i Sprawiedliwości, dziś wspólkoalicjant PSL-u i jeden z głównych spin doctorów Platformy Obywatelskiej. Tak na marginesie, proszę wszystkich zainteresowanych o sprawdzenie w odpowiednim słowniku, co oznacza pojęcie spin doctor.
Od czasu, kiedy zacząłem pisać tu, u nas w Salonie, miałem w sobie silne postanowienie, może trochę wewnętrzne, ale - o ile pamiętam - również kiedyś deklarowane, że nigdy nie będę pisał o Jerzym Urbanie, bo dla mnie Jerzy Urban nie jest postacią w najmniejszym stopniu inspirującą. I dziś nie wiem, czy ostatecznie to Jerzy Urban mnie jednak zainspirował, czy może Antoni Mężydło - człowiek niegdyś dzielny i wręcz niezłomny - który uznał za gest mądry i pożądany z Jerzym Urbanem wystąpić w jednym programie. Na dodatek, w programie prowadzonym przez gwiazdę wczesnego stanu wojennego - Monikę Olejnik. Nie wiem. Ale od pierwszej chwili byłem przekonany, że w momencie, jak Antoni Mężydło skończy się przekomarzać ze swoim byłym prześladowcą, przyjdę tu i napiszę ten tekst.
Co mnie tak wzruszyło i co spowodowało, ze ostatecznie złamałem dane słowo i postanowiłem uwiecznić nazwisko Jerzego Urbana w naszym Salonie? Zanim odpowiem na to pytanie, przypomnę, kim jest Jerzy Urban. Jednym zdaniem: niegdyś niezwykle utalentowany publicysta, wybitnie inteligentny polityczny komentator, ateista, libertyn, Żyd, przez najbardziej ‘szykowny' okres stanu wojennego, rzecznik prasowy i doradca Jaruzelskiego, obecnie milioner i właściciel medialnego projektu o nazwie „Nie".
Dla wszystkich tych, którzy mają odpowiednio dużo lat, żeby osobę Jerzego Urbana traktować z pewnym sentymentem - chorym sentymentem, przyznaję, ale jednak sentymentem - sytuacja, w której Jerzy Urban pojawia się nagle w tak ważnej telewizji, jaką jest TVN24 - nie Superstacja, która bierze wszystko, co akurat się napatoczy, ale TVN - jest sytuacja szczególną. Pojawił się więc Jerzy Urban, powiedział parę słów... i Antoniego Mężydło, Monikę Olejnik, a przy okazji mnie samego, najzwyczajniej w świecie wdeptał w ziemię.
Ja osobiście nie byłem ani trochę zaskoczony. Wiem, że poseł Mężydło to porządny człowiek, że Monika Olejnik to wybitna pani dziennikarz. Ale wiem też przy tym, że ani on, ani pani redaktor, ani mało która z obecnych gwiazd polskiej sceny politycznej, nie ma żadnej możliwości, żeby prowadzić dyskusję z Jerzym Urbanem.
I to nawet nie dlatego, że Jerzy Urban jest osobą jakoś szczególnie inteligentną i wyszczekaną. To naturalnie ma swoją wagę i absolutnie nie wolno lekceważyć tego, co Jerzy Urban miał zawsze, a mianowicie talent porównywalny - w swoim własnym maleńkim i perwersyjnym wymiarze - z tym, o czym pisałem w moim poprzednim wpisie, czyli z sukcesem zespołu Coldplay. Chodzi o to, że Jerzy Urban, od zawsze, z jakiegoś absolutnie niepojętego dla zwykłego człowieka powodu, funkcjonuje w wymiarze absolutnie kosmicznym i wszelkie próby potraktowania go, jak człowieka, spełzają zawsze na niczym.
I oto stajemy oko w oko z sytuacja, w której, z jednej strony, stoi człowiek, a z drugiej plazma, co do której nawet nie możemy mieć pewności, czy ona naprawdę istnieje.
A więc, jak już napisałem, w tej konfrontacji, Jerzy Urban rozdeptał zarówno Antoniego Mężydłę, jak i Monikę Olejnik. I teraz pozostaje odpowiedzieć na pytanie, po co to wszystko było. Po ciężką cholerę było urządzać to smutne widowisko, którego jedynym konkretnym rezultatem będzie to, że wielu młodych, nicnierozumiejących fanów TVN-u uzna, że jednak stara gwardia się trzyma, a to całe gadanie o sprawiedliwości, o wolności, o cierpieniu, o zadośćuczynieniu jest gówno warte.
I nie mogło być inaczej. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Jak już wspomniałem, Jerzy Urban, postać zdecydowanie nie z tego wymiaru, sam osobiście wybrał miejsce konfrontacji, sposób konfrontacji, oraz język konfrontacji i wszystko przeprowadził dokładnie zgodnie ze swoim życzeniem.
Jakie bowiem miało znaczenie to, że Mężydło, wspomagany dzielnie przez Monikę Olejnik, opowiadał o tych wszystkich dzisiejszych emerytach - przez całe swoje peerelowskie życie starających się wstawać rano do pracy, by po powrocie do domu stawać na głowie, żeby jakoś to było - z całym tabunem byłych esbeków na horyzoncie, w dzień prowadzących interesy, a po pracy uprawiających swoje ogródki, kiedy Jerzy Urban, człowiek, któremu zależy już dziś wyłącznie na pomnażaniu wygód, wciąż na to wszystko odpowiadał, że on ma swoje zasady, inni swoje, a prawo jest prawo?
Pytała Monika Olejnik posła Mężydło, czy on stawia na jednej płaszczyźnie Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Mężydło odpowiadał, że on nie wie, że on nie chce o tym mówić, że jemu chodzi o sprawiedliwość i zadośćuczynienie. Olejnik na to, czy on chciałby widzieć Jaruzelskiego w więzieniu, a Mężydło dalej swoje; że on nie chce mówić o zemście, że minęło już tyle lat, a tyle spraw pozostaje niewyjaśnionych, że jemu tylko chodzi o powszechne dobro.
I na to wszystko włączał się Jerzy Urban i tłumaczył biednemu Mężydle, że jego moralność to jego sprawa, że jak ktoś popełnił przestępstwo, to ma iść pod sąd, że jak kto się czuje biedny, to powinien znaleźć sobie, podobnie jak w swoim czasie Urban, jakieś ciekawe źródło dochodów i żyć, jak panisko. A jeśli idzie o Jaruzelskiego, to Urban ma tyle pieniędzy, że nawet jeśli polskie państwo odbierze mu jego emeryturę, to Urban bez najmniejszego kłopotu wszelkie niedobory mu wyrówna.
I tak się sobie toczyła ta Kropka nad i, poświęcona projektowi Platformy Obywatelskiej, żeby byłych komunistycznych oprawców pozbawić gigantycznych emerytur, a ja z zapartym tchem wytrzeszczałem swoje stare już oczy i pytałem sam siebie i moich czterech ścian, dlaczego ten wybitny działacz Solidarności, Antoni Mężydło - no bo przecież nie Monika Olejnik - nie spojrzy na Urbana okiem zwycięzcy i mu nie powie:
„Słuchaj pan. Czasy się zmieniły. To już koniec. Ja wiem, że to wszystko, co pan robił, to pańska sprawa, pańskie sumienie, pańskie pieniądze. Teraz jest inaczej. I nam nie chodzi o zasady, nie chodzi o moralność, nie chodzi o przekonania. Nam nawet nie chodzi o jakąś nieokreśloną sprawiedliwość. My zmieniamy prawo. A według tego nowego prawa, pan, jako były funkcjonariusz komunistycznych służb, zostanie wkrótce powieszony. Bo nowe prawo nie pozostawia dodatkowych furtek. Pan, pański kolega Jaruzelski, pański kolega Kiszczak będziecie wisieć. Nie dla jakichś niespełnionych marzeń, ale ponieważ takie będzie prawo, które wprowadzimy. A wprowadzimy je, bo mamy po prostu władzę i mamy większość i najzwyczajniej w świecie możemy to zrobić. I nawet ta pańska Europa panu nie pomoże. Bo zanim oni się w tym wszystkim połapią i poprzekazują sobie te wszystkie papiery i ich tłumaczenia na niemiecki język, lub język francuski, pan już będzie po drugiej stronie. Tylko pańskie pieniądze, pańskie luksusy i te wszystkie pańskie kobiety zostaną tu, na pożytek tych, którzy dobiegną pierwsi".
Ja, gdybym miał okazję i pozycję Mężydły, właśnie tak bym Jerzemu Urbanowi powiedział. I zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej każde z moich słów pozostałoby jedynie w sferze niespełnionych nigdy marzeń. Ale nie mam wątpliwości, że Jerzy Urban, który, pierwszy raz od osiemnastu lat, posłyszałby prawdziwy głos władzy i zobaczyłby - po raz pierwszy od czasu, jak to on decydował i jak to on mógł chodzić z prawdziwie podniesionym czołem - że naprzeciwko siebie nie ma już tych dawnych, pełnych zwątpień działaczy, ale prawdziwą rękę prawa. I by się po prostu przestraszył.
I ten jeden moment satysfakcji starczyłby za wszystko, o czym od tylu lat marzymy i czego jakoś nie możemy się doczekać.

Dlaczego Gwyneth Paltrow woli Donalda?

Od kilku miesięcy, w naszym domu, jak idzie o muzykę, głównie słucha się zespołu Coldplay. Dzieje się tak za sprawą dwojga z moich dzieci, dla których, nawet jeśli istnieje coś jeszcze oprócz Chrisa Martina i jego kolegów, to ja akurat nic o tym nie wiem. Sprawa uległa ostatnio znacznemu pogorszeniu, w związku z tym, ze Coldplay miał występ w Pradze, syn z córką tam pojechali, a jak wrócili, to sami rozumiecie.
W sumie, muszę przyznać, że konieczność słuchania w kółko płyty Viva la Vida nie stanowi dla mnie większego problemu. Piosenki w końcu są okay, a satysfakcja z tego, że U2 musiało przesunąć premierę swojej nowej płyty na przyszły rok - właśnie ze względu na sukces płyty Coldplaya - i tak jest nie do przecenienia. Oczywiście pozostaje wciąż problem braku Led Zeppelin, ale przecież jeszcze trochę mogę wytrzymać.
czoraj Hanka przyszła do mnie z informacją, że Chris Martin, człowiek zdolny, przystojny, oraz - co nie bez znaczenia - żonaty z prześliczną Gwyneth Paltrow, lansuje się z t-shirtem świadczącym o tym, że on osobiście w amerykańskich wyborach prezydenckich popiera Baraka Obamę. Dla Hanki jest to pewien kłopot, bo - w sposób absolutnie naturalny - ona obstawia Johna McCaina i wolałaby, żeby Chris Martin, mężczyzna, jak już wspomniałem, przystojny, niezwykle uzdolniony, z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi wykazał oryginalność również na tym polu.
Ja wprawdzie nie rozumiem, czemu akurat Chris Martin, dla którego problemem powinno być raczej to, kto będzie rządził w Wielkiej Brytanii, tak bardzo przejmuje się Obamą i jego szansami na prezydenturę, ale przyjmuję chętnie, że od czasu jak świat się stał w gruncie rzeczy tak mały i tak wspólny, również sytuacja polityczna w Ameryce staje się naszą wspólną sprawą.
Wracamy do Hanki. Mówię więc jej, że ja wprawdzie nie wiedziałem, że wokalista zespołu Coldplay paraduje w koszulce z Barakiem Obamą, ale zupełnie mnie to nie dziwi, bo od czasu, jak Hilary Clinton ostatecznie przerżnęła wyścig o demokratyczną nominacje, to został tylko Obama. Mógłby oczywiście Chris Martin w ogóle się wyłączyć z tego pojedynku, ale przecież wiadomo powszechnie, że teraz już tylko Barak Obama może uratować Amerykę - a tym samym być może i cały świat - przed faszystowskim szaleństwem.
Tłumaczę, że gdyby Chris Martin wiedział, co oznacza słowo ‘Tusk', albo ‘Kaczyński', zapewne kazałby sobie kupić dodatkową koszulkę i jeśli by to była koszulka z wizerunkiem któregoś z braci Kaczyńskich, to z pewnością zaopatrzona by ona była w napis Fuck Potatoes, albo jakiś podobny.
Czemu więc tak się dzieje, że sytuacja, w której popularny artysta, czy aktor, czy pisarz, czy nawet piosenkarz deklaruje, że on bardzo by nie chciał, żeby prezydentem Stanów Zjednoczonych został John McCain, w ogóle nie zaskakuje? Czemu jest tak, że dla każdego człowieka, średnio interesującego się polityką, szokiem raczej byłoby, gdyby którykolwiek z bohaterów tego, co nazywamy kulturą popularną, oświadczył, że on zawsze głosował, a więc i dziś głosuje, za Republikanami?
Nikt przeciez nie powie mi, że pisarze, aktorzy, piosenkarze to ludzie o szczególnej politycznej wiedzy i nikt, tak jak oni, nie czuje, co dla nich samych i dla całego świata jest dobre, a czego powinni się obawiać. Może jednak ktoś powiedzieć, że pisarze, aktorzy, piosenkarze - to osoby o szczególnej wrażliwości i że to właśnie oni, jak nikt inny, potrafią wyczuwać szanse i zagrożenia. Mamy do czynienia ze skomplikowana sytuacją polityczną, całe tabuny dziennikarzy, politycznych analityków i ekspertów głowią się, czy lepiej będzie, żeby sytuacja rozwinęła się w tę stronę, czy w jakimś innym kierunku, a tu przychodzi Sean Penn, albo Madonna i mówią, że ich zdaniem powinno być tak, albo ewentualnie tak, byleby, pod żadnym pozorem, nie tak.
Czy jest wiec tak, że o przyszłości świata powinni raczej decydować artyści, ludzie o skomplikowanych duszach i otwartych sercach, a nie zepsuci, skorumpowani i pozbawieniu wszelkich wyższych uczuć politycy i zajęci codzienna krzątaniną i nieustannym ciułaniem obywatele? Musi przecież coś być w fakcie, że ile razy dochodzi do konfrontacji wartości konserwatywnych z wartościami liberalnymi, w środowisku artystów podnosi się szczególny rwetes i w końcu zawsze się okazuje, że po stronie konserwatystów pozostaje tylko ktoś taki, jak Chuck Norris - obiekt żartów na takim poziomie, że konkurować z nim może tylko Ojciec Tadeusz Rydzyk.
Skoro pojawił się Ojciec Dyrektor, to zatrzymajmy się na chwilę przy Polsce. Zupełnie niedawno, w telewizji TVN, w programie Kuby Wojewódzkiego, pojawił się nasz złoty medalista z Pekinu w pchnięciu kulą, Tomasz Majewski. W pewnym momencie, zeszło oczywiście (czemu oczywiście?) na tematy polityczne i red. Wojewódzki postanowił wybadać sportowca, jak on widzi sprawy w kwestii, powiedzmy, takiego prezydenta. Majewski natychmiast powiedział, że on tak tą polityka to za bardzo oczywiście się nie interesuje - oczywiście, nikt normalny polityką się nie interesuje - ale, jak idzie o mężów stanu, to oczywiście raczej Kwaśniewski, niż Kaczyński.
A ja się zastanawiam, jak to się dzieje, że ja z góry wiedziałem, że ten silny człowiek, któremu, jeśli dać do ręki bardzo ciężką kulę, to on ją potrafi bardzo daleko rzucić, z całą pewnością nie powie, że on lubi Kaczora? Ktoś powie, że nikt nie lubi Kaczora, więc małym zaskoczeniem jest, że kulomiot Majewski też go nie lubi. Tyle że to jest nieprawda. Jak by bowiem nie było, Lech Kaczyński jednak wygrał demokratycznie wybory, został tym prezydentem jednak głosami większości i - podobnie zresztą, jak George Bush w Ameryce - ma za sobą pewne poparcie.
I tu przechodzimy do sedna problemu. I Kaczyński w Polsce i George W. Bush - czy, obecnie, John McCain - w Ameryce, może i są w stanie nazbierać pewną liczbę głosów, ale na pewno już nie wśród sportowców, piosenkarzy, aktorów i pisarzy. Z jakiegoś, zupełnie mi nieznanego powodu, jeśli zapytamy - już nie mówię, Dodę Elektrodę - ale którąkolwiek z nowych gwiazd telewizyjnych seriali, czy tańców z gwiazdami, na lodzie i poza lodem, o to, co sądzą o polityce, to każdy z nich najpierw powie, że dla niego, polityka, to kupa gnoju i smród, ale jeśli już miałby wybierać, to wszystko, byle nie Kaczory. Powiedzmy, może być Donald Tusk.
Ja prawdziwych powodów tego stanu rzeczy, jak mówię, nie znam. Mam natomiast swoje podejrzenia. Odnoszę mianowicie wrażenie, że ani Jack Nicholson w Ameryce, ani Cezary Pazura w Polsce, nie są jakoś szczególnie inni od reszty społeczeństwa. Pomijając fakt, że z jakiegoś powodu lubią się nieustannie rozwodzić i żenić na nowo, to w sumie są takimi samymi ludźmi, jak przeciętny Kowalski z pieniędzmi i z domem. Nie są też przy tym ani bardziej wrażliwi od innych, ani też od innych mniej wrażliwi. Ani mądrzejsi, ani głupsi.
Jednak, oprócz tego kompletnego emocjonalnego zdziecinnienia, które każe im się nieustannie angażować w nowe związki i beczeć publicznie, ich osobisty sukces i kariera - zdaje się w o wiele większym stopniu, niż dzieje się to w przypadku zwykłego obywatela - zależą od ich towarzyskiego umocowania. Wydaje mi się, że jeśli któryś z aktorów Mroczków, albo piosenkarz Młynarski, albo którakolwiek z publicznie funkcjonujących gwiazd - zarówno w Polsce, jak i gdziekolwiek na świecie - zadeklaruje się, jako osoba o poglądach konserwatywnych, z wszelkimi tych przekonań konsekwencjami, to natychmiast wyląduje na peryferiach zbiorowej świadomości, tak jak to się stało z Piotrem Szczepanikiem, czy Olgierdem Łukaszewiczem, który, jeśli już w ogóle jest o coś przez media zaczepiany, to tylko o swoją chorobę.
Podobne podejrzenia mam więc też wobec Chrisa Martina, świetnego wokalisty i znakomitego artysty. Ja myślę, że lider zespołu, którego muzyka towarzyszy mi ostatnio właściwie nieustannie, jest człowiekiem dokładnie takim samym, jak każdy z nas, tyle, że bez porównania zdolniejszy, a może nawet i dużo inteligentniejszy. Tyle, że właśnie może dzięki tej swojej inteligencji, on doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby coś mu nagle strzeliło do głowy, gdyby założył koszulkę z Johnem McCainem i zaczął demonstrować swoje poparcie dla Partii Republikańskiej, to całe to towarzystwo, w którym on i jego piękna żona się obracają, najpierw by się bardzo zdziwiło, a później już my wszyscy moglibyśmy tylko czekać, aż się oficjalnie okaże, że jednak ta cała wrzawa z zespołem Coldplay to pomyłka i w sumie ciężkie nieporozumienie.

środa, 24 września 2008

Czym cuchnie post-polityka

Od samego rana cała Polska huczy informacją, podaną przez Gazetę Wyborczą, za sondażownią o nazwie PBS DGA, że oto poparcie dla Platformy Obywatelskiej wzrosło bardzo, a dla PiS-u spadło, też bardzo. Onet przekazuje dobrą nowinę pod tytułem Wielki skok Platformy i wyjaśnia to, co się wydarzyło dzisiejszego ranka, następującą diagnozą: „PO uderzyła w PiS-owski dzwon populizmu"... i stąd to wszystko.
Okazuje się mianowicie, że populizm w sumie bywa pożyteczny i można go uznać, pod warunkiem, że jego autorstwo jest odpowiednio sprawdzone, zaakceptowane i potwierdzone odpowiednim podpisem. Nie zdziwimy się, jeśli któregoś dnia Donald Tusk ogłosi, że najwyższy czas, żeby tych wszystkich sędziów, profesorków i ‘niedzielnych intelektualistów' wziąć za pysk i pokazać im, gdzie ich miejsce, a rozradowany lud i przepełnione podziwem media, zakrzykną radośnie: „A to skok!"
Oczywiście i ja jestem absolutnie zauroczony zarówno niezwykłą elastycznością platformianych specjalistów od prowadzenia skutecznej polityki, jak i wrażliwością obywateli, biorących udział w organizowanych przez Gazetę Wyborcza sondażach, jednak chciałbym się zwrócić z apelem do pan Premiera i jego otoczenia, żeby się aż tak nie napinali. Wszystko jest i tak już na jak najlepszej drodze. Może być już tylko lepiej, a jak przyjdą wybory, to i tak Platforma je przerżnie i żadne sondaże ani tego, co się stało, nie wyjaśnią, ani temu nie zapobiegną..
Dlaczego? Proszę uprzejmie, oto wyjaśnienie. W ostatnim Wproście, znajduję króciutki, ale niezwykle interesujący artykuł zatytułowany Zmysłowa polityka PO. Krótko mówiąc, chodzi o to, że znaczna część wyborców - kto wie, czy nie większość - w swoich politycznych wyborach kieruje się nie rozumem, nie zimną kalkulacją, nie własnym interesem, lecz skojarzeniami na płaszczyźnie czysto zmysłowej. Jak pisze Wprost, z badań specjalistów wynika, że „przekaz reklamowy zapamiętujemy o 250 proc. lepiej, jeśli zaspokaja on pięć naszych zmysłów".
Nie trzeba być osobą szczególnie doświadczoną w dziedzinie reklamy jako manipulacji, żeby orientować się, o co chodzi. Jeśli pociągamy nosem i czujemy zapach świeżego chleba, jeśli rzucamy okiem i widzimy ładną dziewczynę, jeśli nastawiamy ucha i słyszymy słodki, dzieczęcy śpiew, to jest nam dobrze i wszystko, co nam ktoś chce przekazać, wchodzi nam do głowy lepiej. Sprawa jest już tak stara, że pewnie nawet już dla niektórych nudna.
Nowość polega na tym, że Wprost postanowiło pójść tym tropem i zbadać reakcje polskich wyborców na tym właśnie poziomie. Do tego interesującego zadania zostali wynajęci psychologowie i specjaliści od marketingu i oto, cośmy otrzymali.
Okazuje się, że przeciętny obywatel, kiedy widzi Jarosława Kaczyńskiego, to widzi prymitywnego chama. Jeśli przy tym pociągnie nosem, to poczuje zapach „zatęchłych, starych pomieszczeń pomieszczeń i męskiej przebieralni". Jeśli zamknie oczy i pomlaska, najpewniej poczuje smak czegoś kwaśnego, lub wręcz gorzkiego. Nastawi ucha, a tu nagle, w jego mózgu zabrzmi coś na kształt „muzyki religijnej, albo czasami piosenka Jacka Karczmarskiego". Tak na marginesie, biedny nasz bard w grobie się przewraca, kiedy być może jakoś dochodzą do niego te ekspertyzy.
Ale oto, zamiast Jarosława Kaczyńskiego, na powierzchni mózgu przeciętnego obywatela pojawia się sekwencja Donald Tusk i obraz pana premiera w garniturze. Włączamy specjalistyczne urządzenia pomiarowe, przykładamy kabelki do skroni przeciętnego Kowalskiego i proszę. Kowalski ciągnie nosem - „świeży morski zapach". Mlaska - ciasteczko. Wystawia ucho - U-2, albo dziesięć najpiękniejszych rockowych ballad. Otwiera oczy - minister Nowak z posłanką Muchą.
Ja nie żartuję. To, co opisuję powyżej, to nie są moje dowcipne popisy. To wszystko nauka, rozum, ekspertyza. Zapisana w badaniach Instytutu Millward Brown, zatwierdzona własnymi badaniami polskich specjalistów i opisana przez Norberta Maliszewskiego w tygodniku Wprost.
Oczywiście, co zrobimy z tą wiedzą, podobnie jak z wiedzą przekazaną nam dziś z samego rana przez Gazetę Wyborczą, zależy już tylko od nas. Jestem pewien, że bardzo wielu obserwatorów naszego życia politycznego wpadło dziś w euforię i już zaciera ręce na najbliższe 684 lata rządów Platformy. Natomiast, jeśli idzie o artykuł z Wprostu, ani nie zacierają rąk, ani tymi rękoma nie wykonują nawet obraźliwych gestów, bo ich Wprost - jako pisowskie ścierwo - nie interesuje, szczególnie kiedy są w dobrym nastroju, a wokół czują zapach morskiej fali i sosnowych lasów.
Jestem jednak pewien, że są też i tacy, dla których, zarówno sondaż z Gazety, jak i informacja z Wprostu, są o tyle tylko ciekawe, że potwierdzają to, co już wcześniej wiedzieli, albo może i tylko czuli, a teraz, dzięki tym informacjom, mogą sobie tę swoją wiedzę uporządkować i ewentualnie nazwać to, czego dotychczas nazwać nie umieli.
Rozpoznać mianowicie i nadać nazwę temu, co cała polska miała okazję obserwować choćby przez dziesięć lat prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Wszyscy doskonale pamiętamy, ile lat musiało upłynąć i jaka rewolucja musiała zajść w umysłach tych, którzy, sami maksymalnie zatruci najbardziej wulgarnym kłamstwem, mieli za zadanie tą trucizną dzielić się z innymi. Pamiętamy, jak przez dziesięć niemal lat, Aleksander Kwaśniewski uchodził powszechnie za wysokiego, szczupłego, przystojnego człowieka, ze starannym wykształceniem i nie było absolutnie takiej siły, na ziemi i na niebie, która zmusiłaby większość obywateli do uznania, że to, co widzą - to złudzenie.
Te grupki nielicznych, którzy odmówili udziału w tym festiwalu zbiorowej psychozy, przecierali oczy i uszy ze zdziwienia, łapali się za skołatane głowy, nie mogąc zrozumieć, jak ktoś, kto ma średnie wykształcenie - i to ma to swoje średnie wykształcenie oficjalnie i jednoznacznie - w oczach ponad połowy badanych jest sobą starannie wykształconą. Jak to możliwe, że ktoś, kto ma - powiedzmy - 1,65, czy 1,70 cm wzrostu, nagle, w opinii większości społeczeństwa, jest wysoki?
Proszę zwrócić uwagę. Ja nie piszę o tym, że Kwaśniewski to, od początku swojej obecności na scenie politycznej, zapijaczony komuch, bo ten rodzaj informacji w dużym stopniu obciążony jest ryzykiem nieobiektywizmu. W końcu to, że człowiek chleje, dla dużej części opinii publicznej wcale nie świadczy o tym, że ten ktoś chleje. A to, że ktoś jest komuchem, w sytuacji, gdy największym komuchem jest Jarosław Kaczyński, też łatwo można zakwestionować.
Ja piszę o faktach, nie o opiniach. I właśnie to szaleństwo, o którym pisze Wprost, a które ja próbuję jakoś skomentować, operuje w dużej mierze na poziomie faktów, a nie opinii. Co najciekawsze jednak jest to, że ten podprogowy przekaz, będący najnowszym sukcesem specjalistów od mieszania ludziom w głowach, nie jest kierowany tylko do osób, według najbardziej popularnych standardów, głupich. Ależ skąd! Śmiem wręcz twierdzić, że ludzie prości, niewykształceni, nierozmumiejący się na tych wszystkich przemądrych kwestiach, raczej patrzą, zanim coś zobaczą i słuchają, zanim coś usłyszą. Ludzie prości i niewykształceni najpierw dotkną, a dopiero potem powiedzą, jaką to coś ma konsystencję.
I to właśnie dzięki tym ludziom, jak już wcześniej wspomniałem, Platforma Obywatelska przegra najbliższe wybory. Wcale nie dlatego, że patrzące i słuchające jednostki, jakimś cudem odczarują ten dziwaczny świat post-polityki i ci, co dotychczas dawali sobą tak fatalnie sterować nagle się opamiętają. Nie. Ich możemy już odpisać na straty.
Ale na szczęście, oni też już nas odpisali na straty. A już niedługo dadzą nam spokój, nawet jeśli idzie o politykę. I wtedy już będziemy mogli sobie wybierać przyszłość dla naszej Polski bez ich łaskawego udziału.

wtorek, 23 września 2008

O pożytkach z bycia zapchajdziurą

Zabierając się do pisania niniejszego tekstu, od razu muszę się przyznać do tego, że czynię to z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, obiecałem sobie, że sprawę bojkotu TVN-u, i gorliwego udziału, jeszcze tak niedawno, polityków Prawa i Sprawiedliwości w rozbijaniu tego bojkotu, pozostawiam swojemu biegowi. Z drugiej jednak strony, każdy dzień moich kontaktów z telewizją Mariusza Waltera, zmusza mnie do oglądania Marka Jurka, Artura Zawiszy i Jarosława Sellina, jak świadczą swoje chętne usługi bojkotowanej przez PiS telewizji, zarzucając mnie kolejnymi refleksjami, którymi - naturalnie chyba - pragnę się dzielić.
Jest jeszcze jeden, tym razem już bardziej osobisty, powód mojej niechęci do zajmowania się tu tym tematem. Otóż chodzi mi o to, że bardzo nie chciałbym denerwować mojego kolegi, Piotra Strzembosza, z którym przy ostatniej okazji kłóciliśmy się tak serdecznie, że dziwne, że ten spór skończył się w sumie taj, jak się skończył. Trudno. Nie umiem się powstrzymać, a nadzieję mam tylko taką, że Piotr zrozumie te moje emocje.
Pierwszy raz przyszło mi do głowy, żeby jednak wrócić do tematu, w minioną niedzielę, podczas porannego programu Kawa na ławę. Przyznaję, że oglądam ten program bardzo regularnie i zwykle uważam to niedzielne przedpołudnie za czas niezmarnowany. Przedwczoraj, włączyłem telewizor, rzuciłem okiem na gości red. Rymanowskiego i, w pierwszym odruchu, wyłączyłem telewizor. Pomyślałem sobie, że nie ma najmniejszego sensu tracić czas na słuchanie, jak na tematy zaproponowane przez szefów TVN, dyskutują posłowie Kalisz, Palikot, Kłopotek i były poseł Artur Zawisza. Cóż jednak czyni siła przyzwyczajenia i słaba wola! Włączyłem natychmiast telewizor z powrotem i popadłem w tradycyjną zadumę.
Zaduma moja wzięła się oczywiście nie z tego, że Palikot był, jak zawsze, sobą i wszyscy się w związku z tym bardzo dobrze czuli. Ani też nie z tego, że Bogdan Rymanowski, jak się zdaje, już tak zgłupiał od tego, do czego go wyznaczyli jego szefowie, że jedyne, co jeszcze potrafi, to się cieszyć, jak dziecko, że znów może sobie posiedzieć w niedzielny ranek ze sławnymi ludźmi.
Zadumałem się, bo cały czas patrzyłem na Artura Zawiszę i widziałem człowieka, który wie - a może tylko czuje - że to, iż on w tym towarzystwie się w ogóle znalazł, to kwestia czystego przypadku, na który on nie miał absolutnie najmniejszego wpływu, a, co w tym wszystkim najgorsze, to fakt, że każda ze zgromadzonych w studio osób, doskonale z tego zdaje sobie sprawę.
Siedział więc sobie Artur Zawisza na miejscu posła Brudzińskiego, a może posła Cymańskiego - obojętne - i miałem wrażenie, że, kiedy tylko akurat nikt nic od niego nie chce, czyli przez trzy-czwarte programu, cały swój wysiłek wkłada w to, żeby jednocześnie wyglądać i poważnie i umiarkowanie i rozsądnie i tak, by każdy kto ten program ogląda po raz pierwszy, mógł zapytać: „A któż to jest ten mądry pan z wąsikiem?"
Ale nie to było najbardziej przykre. Oglądając te całą Kawę na ławę, nie mogłem przestać sobie wyobrażać, że jeśli ani Kalisz, ani Palikot - bo może akurat nie Kłopotek, który robi wrażenie osoby po prostu miłej - nie odezwali się jeszcze do Zawiszy w stylu ‘och, zamknij już się pan wreszcie', to tylko dlatego, że Rymanowski przed program ich uprzedził, że on żadnych przejawów ostentacyjnej pogardy w stosunku do Zawiszy nie będzie tolerował.
Nie mogłem pokonać myśli, że Zawisza doskonale wie, że musi uważać na każde słowo, bo jeśli nieopatrznie wejdzie w jakiś drastyczny konflikt z Palikotem, albo tym bardziej z Kaliszem, to od razu usłyszy, że dobrze by było, gdyby nie zapominał skąd on się tu wziął i zostanie mu bezlitośnie uświadomione, że w momencie, gdy Cygański, czy Brudziński - wszystko jedno - zechcą łaskawie skorzystać z gościny TVN-u, to on w jednej sekundzie przestanie być interesującą partią dla tej części mediów.
Było mi więc, w gruncie rzeczy smutno, bo zwyczajnie nie ma nic radosnego w obserwowaniu, jak ktoś jest tak paskudnie rozgrywany, wie, że jest rozgrywany, a przy tym, z jakim całkowicie nierealnym uporem, wierzy, że on sobie jakoś w tej sytuacji poradzi. Z mojego punktu widzenia, była to trochę sytuacja, w jakiej znalazł się chłopak, którego dotychczas nigdzie nie zapraszano, dziewczyny się nim nie interesowały, a koledzy traktowali z bezlitosną obojętnością, i którego, pewnego dnia, zaproszono na imprezę, bo jakaś dziewczyna chciała pokazać coś chłopakowi, którego lubi, a ten ją ma w nosie.
Coś takiego mniej więcej, co spotkało Sissy Spacek w wielkim filmie Briana DePalmy Carrie, z tą różnicą, że u DePalmy, Carrie wszystkich ostatecznie obraca w pył, a Zawisza akurat, jedyne na co go było stać, to parę razy gniewnie poruszył swoim bardzo czarnym wąsikiem.
Jest tak czasami, że, kiedy mówimy, że deklarujemy sprzeciw wobec aborcji, od razu pojawia się argument, że, a co byśmy mianowicie zrobili, gdyby to nasze dziecko zostało zgwałcone. Albo, kiedy mówimy, że jesteśmy za utrzymaniem kary śmierci, to natychmiast ktoś nas pyta, czy chcielibyśmy, żeby nasze dziecko zostało katem, albo czy sami bylibyśmy gotowi komuś ten łeb obciąć.
Myślę sobie, ze podobnie może być i tu. Ktoś może mi zwrócić uwagę - niepotrzebnie zresztą, bo sam to dobrze wiem - że dla byłego posła Zawiszy, występy w mediach to jedyny sposób na utrzymanie się w gruncie rzeczy w zawodzie. Że, jeśli on nie wykorzysta nadarzającej się okazji, to tak jakby popełnił polityczne samobójstwo. I może ktoś mnie spytać, co ja bym zrobił na jego miejscu, albo - jeszcze lepiej - co ja bym zrobił gdyby nagle, z jakiegoś powodu zarówno Jurek, jak i Zawisza i Sellin i wszyscy prawicowi politycy nagle zaczęli bojkotować TVN i kierownictwo TVN-u, w panice, uznając, że ta sytuacja psuje im wizerunek, postanowili zamiast polityków, do studia zapraszać prawicowych bloggerów-amatorów. I co ja bym zrobił, gdyby nagle wymyślili, że blogger toyah będzie dla nich w sam raz. Czy, widząc, że mam okazję zaistnieć - i to zaistnieć w skali właśnie takiej - uniósłbym się i powiedział: „Przepraszam, ale ja was bojkotuję"?
Otóż nie powiedziałbym im tak. Nie uniósłbym się ideologiczną niezłomnością. Ja bym im po prostu powiedział, żeby się nie wygłupiali, bo może i mam jakieś większe ambicje, ale nie na tyle wielkie, żeby robić z siebie publicznie idiotę.
Ja bym odmówił, bo doskonale wiem, że w tak zorganizowanym towarzystwie politycznym, wszyscy traktowaliby mnie, jak w zeszłą niedzielę Artura Zawiszę. Bo dyskusyjne panele organizowane przez media są ściśle zdeterminowane przez polityczny układ. A w tym układzie, miejsce jest tylko dla Platformy, PiS-u, komunistów, PSL-u, oraz dla licencjonowanych ekspertów. Polska polityka, a za nią polskie media, to nie jest festiwal młodych talentów. Nikomu nie są potrzebni wolni strzelcy z aspiracjami. Oni akurat mogą tam się na chwilę pojawić, jako ciekawostka, albo tak zwana zapchajdziura.
Więc patrzyłem na Zawiszę, jak próbuje zachować tę swoją smutna autonomię i myślałem sobie, jak niewiele mu brakowało do tego, żeby z innymi członkami PiS-u zadawać szyku w sejmowych korytarzach, udzielając wypowiedzi różnym mediom i demonstracyjnie patrząc obok mikrofonu z tabliczką TVN.
I to była ta niedziela. Wczoraj wieczorem, natomiast, tak się złożyło, że też Bogdan Rymanowski, do swojego studia zaprosił najpierw (a jakże!) Jarosława Selina, a później (a jakże!) Marka Jurka. Tu akurat, być może dzięki swoim dawnym jeszcze merytorycznym i ideowym koligacjom, zarówno Sellin, jak i Jurek, czuli się na tyle mocno, że zostali w dużym stopniu oszczędzeni, niemniej w pewnym momencie, podczas rozmowy ze Stefanem Niesiołowskim, Jurka spotkało coś, czego nawet ja mu nie życzę. Otóż marszałek Niesiołowski, kiedy już odmówił jednoznacznego potępienia Janusza Palikota za jego bezprzykładny atak na IPN, zupełnie jednoznacznie, otwartym tekstem, bardzo uprzejmie pochwalił Marka Jurka za to, że Marek Jurek - jak najbardziej mądrze i dzielnie - zerwał z PiS-owską hołotą.
Ta afirmacja ze strony Niesiołowskiego była tak niespodziewana, a jednocześnie tak absolutnie bezczelna, że biedny Jurek nawet nie zdążył jęknąć, a Rymanowski zachichotać. Zresztą po chwili, program i tak się już skończył i do dzieła mogli już przystąpić autorzy Szkła Kontaktowego z Krzysztofem Daukszewiczem w roli pajaca.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że znów, i tym razem, usłyszę słowa o walce politycznej, o demokracji, o tym, że każdy realizuje swój polityczny plan, jak tylko potrafi. Wiem dobrze, że znów się dowiem, że Kaczyńscy zrobili wszystko, żeby zarówno Jurek, jak i Zawisza nie widzieli dla siebie miejsca w PiS-ie, że Suski, że Kuchciński... Ja to wszystko wiem. Dziś chodzi mi tylko o to, że, jeśli na chwilę pominiemy wszystkie te argumenty - a myślę, że możemy tak zrobić - to zostaje tylko Marek Jurek i Stefan Niesiołowski, który klepie go po plecach i mówi: „Zuch chłopak!".
Dla czystości tego przekazu, z którym tu dziś przyszedłem, mogę nawet przyznać, że PiS i ci, którzy PiS-em rządzą, są na wieki wieków skompromitowani. Nie zmieni to jednak faktu, że Stefan Niesiołowski, zwracając uwagę na zasługi, jakie Janusz Palikot ma dla nowej polskiej rzeczywistości, pochwalił następnie postawę Marka Jurka wobec swoich byłych kolegów.
Ja oczywiście biorę pod uwagę, że jestem osobiście przewrażliwiony. Że na pewnym poziomie to wszystko, o czym piszę, nie ma najmniejszego znaczenia. Może i tak. Może to ja się nie nadaję. Do dziś nie mogę sobie darować sytuacji tu, z Salonu, kiedy nieopatrznie wszedłem w polemikę z moim kolegą Free Your Mind, na temat PRL-u i nagle, jak grom z jasnego nieba, spadł na mnie komentarz, w którym mnie pochwaliła niejaka Rudecka-Kalinowska. Fatalnie. No ale co ja mogę teraz zrobić? Mogę tylko pamiętać na przyszłość, czym się kończą spory w obozie patriotów.
W pierwszej części programu z udziałem Jurka i Niesiołowskiego, kiedy tematem rozmowy był stosunek polskiego rządu do polskich władz na Białorusi, Marek Jurek wspomniał coś o rozgrywaniu jednych przeciw drugim. Że niby niedobrze jest się dać rozgrywać. Nie mam wątpliwości, że polityk tej miary co Jurek, wie, o czym mówi.

sobota, 20 września 2008

Walentynowicz



W Rzeczpospolitej na dzisiejszy weekend, artykuł o Annie Walentynowicz. Przeciętny zwyczajny artykuł przedstawiający sylwetkę historycznej postaci. Żadnych rewelacji, suche fakty, parę opinii. Standard.
Jest jednak zdjęcie. Duże, kolorowe zdjęcie pani Walentynowicz. Nie znam się na fotografii, a przynajmniej nie na tyle, żeby autorytatywnie stwierdzić, że to zdjęcie jest wybitne, a inne już nie tak wybitne, a na dodatek jeszcze powiedzieć, co sprawia, że któreś z nich jest udane, a inne już nie tak udane. Patrzę jednak na to zdjęcie od dzisiejszego ranka i nie mogę oderwać od niego oczu.



I zastanawiam się, czy gdyby na nim nie stała Anna Walentynowicz, tylko ktoś inny, czy byłbym wciąż pod takim wrażeniem. Czy siła tego zdjęcia leży w postaci, którą przedstawia, czy w kunszcie Michała Szlagi, który je wykonał? Ciekawy też jestem, czy Walentynowicz pozowała do tego zdjęcia, czy po prostu tak sobie stanęła przed kamerą, a ten pan Szlaga zrobił to jedno zdjęcie.
Tak czy inaczej, efekt jest taki, że na zdjęciu jest ten smutny, szary teren Stoczni, sfotografowany w prostej perspektywie, a na pierwszym planie, w samym środku stoi Anna Walentynowicz, siwa, w okularach, w skromnym płaszczu, podparta na jednej inwalidzkiej kuli. Ani smutna, a nie wesoła, ani zamyślona. Stoi i patrzy prosto w oko kamery.
A może jednak chodzi o to miejsce? Czy możliwe, że to ten fragment Stoczni Gdańskiej, nędzny, zapomniany, byle jaki, nadaje mu ten niezwykły charakter? Nie wiem.
Faktem jest, że patrzę na to zdjęcie, jak na obraz i myślę sobie, że gdyby ktoś postanowił zrobić z niego plakat i sprzedawać go razem z plakatami, które są do kupienia w empikach, by je następnie ludzie oprawiali w antyramy i wieszali na ścianach swoich mieszkań, to ja bym sobie takie zdjęcie kupił. Kupiłbym sobie to zdjęcie, bo ono na mnie robi takie wrażenie, jak zdjęcia starych już Rolling Stonesów, albo jak video Boba Dylana Subterranean Homesick Blues. Najpiękniejszy pop świata.
No ale tu jest jeszcze coś. To nie jest Bob Dylan, ani nawet piękny Mick Jagger. Tu jest Anna Walentynowicz - nie część pop-kultury, lecz część historii. I to najbardziej dramatyczna część historii.
Historii najbardziej dramatycznej z możliwych. I jeszcze ten życiorys.
Pisze Małgorzata Subotić, autorka artykułu o Annie Walentynowicz, a ja nie mam powodu, żeby te informacje kwestionować:

Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z „państwem" nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.
Co było dalej, wiemy wszyscy, mimo wszelkich prób i tych wszystkich usiłowań, byśmy nie wiedzieli. Wiemy, albo powinniśmy wiedziec, ponieważ to, co było dalej, to taka sama część naszej historii, jak ta, o której i ja, jako dziecko i moje dzieci uczyły się, lub uczą na lekcjach historii Polski. Więc wiemy (lub powinniśmy wiedzieć), że któregoś dnia po Mszy Świętej podeszła do Bogdana Borusewicza i tak zaczęła ten nowy okres swojego życia, który ją wyniósł do pozycji pierwszego bohatera Sierpnia, by po latach sprowadzić ją do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Biedna, opuszczona, wykpiona, a przede wszystkim znienawidzona przez tych, którzy w tej grze rozdają karty.
Wiele już napisano, zwłaszcza ostatnio tutaj, w Salonie, na temat, dlaczego historia tak niesprawiedliwie potraktowała ludzi, bez których nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Borusewicz jest dziś marszałkiem Senatu i jednym z najbardziej hołubionych polskich polityków, Wałęsa, jak się już zapowiada, niedługo będzie bohaterem serii uroczystości z okazji rocznicy otrzymania nagrody Nobla, na które to uroczystości zjechać mają najwięksi i najbardziej znakomici z całego świata. Nawet Bogdan Lis, obecnie przybolszewicki polityk, chodzi w glorii jednego z najważniejszych bohaterów sierpnia.
Państwo Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Kazimierz Świtoń, by nie wspomnieć innych, zupełnie już zapomnianych działaczy, takich jak zmarły niedawno Henryk Lenarciak, zostali skutecznie ze zbiorowej świadomości wyrzuceni. Prawdopodobnie, gdyby nie te już niemal trzy lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego i działalność IPN-u, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ci, co jeszcze nie umarli, w ogóle gdzieś jeszcze żyją. Raz do roku tylko byśmy oglądali w telewizji kolejkę lokalnych biznesmenów i polityków, kręcących się po wałęsowym ogródku, żeby przypomnieć się łaskawej pamięci jego i jego żony. A cała reszta obsługi historycznych aspiracji społeczeństwa pozostawałaby już tylko w rękach polityczno-biznesowo-medialnych trójek, wyznaczonych przez „sam pan wiesz, kogo", które by informowały, że, odwrotnie do tego, co nam się dotychczas wydawało, to nie Bulc nie wiedział w 1980 roku, kim jest Borowczak, a - wręcz przeciwnie - to Borowczak nie wiedział, kim jest Bulc.
Wróćmy jednak do pierwszej bohaterki mojego dzisiejszego tekstu, pani Anny Walentynowicz. Przyjechała więc ta młoda wtedy jeszcze kobieta do Gdańska, podjęła pracę w tej fabryce margaryny, skończyła kurs spawacza, poszła pracować do Stoczni, a później, po latach, któregoś dnia uznała, że trzeba tępić czerwoną hołotę i rzuciła się w ten ogień.
W Dzienniku, również dzisiejszym, Robert Mazurek rozmawia ze Sławomirem Cenckiewiczem, który przypomina swoją rozmowę z Adamem Hodyszem - kolejnym bezlitośnie zapomnianym bohaterem lat Solidarności, który mu miał kiedyś powiedzieć:

To bzdura, że najłatwiej było zwerbować robotników. Robotnik myślał tak: ‘Stoję przy imadle tutaj, to jak mnie wypieprzą ze stoczni, to będę stał przy imadle gdziekolwiek'. Natomiast naukowiec, literat, jak usłyszał od SB, że koniec z jego wspaniałą pracą, czy wydawaniem książek, miękł łatwiej.
Ktoś powie, że to nieprawda. Bo na przykład, raz to Wałęsa był Bolkiem, innym razem Maleszka - Ketmanem. Raz bohaterem była Anna Walentynowicz, innym razem tym, który się nie ugiął był Zbigniew Herbert. No wiec, pozostaje nam w takim razie ustalić, kto stanowił regułę, a kto był od tej reguły wyjątkiem. Historycy w IPN-ie mają odpowiednie klucze, więc mogą nam coś na ten temat powiedzieć. Ja mogę tylko polegać na swojej ograniczonej wiedzy i intuicji. A zarówno moja wiedza, jak i intuicja, mówią mi, że Walentynowicz nie była wyjątkiem. Wyjątkiem był Wałęsa i Herbert. Tak na marginesie, ciekawe to bardzo i paradoksalne, że to akurat jedyne miejsce, gdzie ci dwaj słynni Polacy są w stanie się zejść.
Ale, niezależnie od tego, jak się te wyjątki z regułami układać będą, nie mówimy o nich. Tych dwóch, a już zwłaszcza Wałęsę, jestem w stanie zrozumieć. Mówimy o Annie Walentynowicz. Ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że ona skoczyła w pewnym momencie w ten ogień i nie było takiej mocy, żeby choć przez krótką chwilkę pomyślała, że to jest zbyt bolesne, albo nieopłacalne, albo po prostu za trudne. Jak to się stało, że nie skorzystała z tylu ciekawszych ofert? A musiała ich mieć bez liku.
Chciałbym, żeby ktoś się ją o to zapytał, żeby o tym opowiedziała, żeby ogólnopolskie media pozwoliły nam usłyszeć historię kogoś właśnie takiego. Ale pewne nie usłyszymy. Już Bogdan Borusewicz wyraźnie powiedział, że on sobie nie życzy, żeby można było opowiadać jego historię i historię tych, którymi on gardzi, na tych samych zasadach. Że albo on, albo oni. A w tej sytuacji, nawet gdyby ktoś się nad wyborem zastanawiał, wybór jest jasny.
No więc pewnie nie usłyszę już opowieści Anny Walentynowicz. Trudno. Ale sobie jakoś poradzę. Będę patrzył na zdjęcia. Na zdjęcie Wolszczana, zdjęcie Herberta, zdjęcia Wałęsy, i wreszcie na to dzisiejsze zdjęcie Walentynowicz. Będę patrzył na nią, jak stoi w tym swoim płaszczu, z siwymi włosami i z tą kulą, na tym smutnym i pustym placu. I będę już wiedział.

O samotnych matkach, niegrzecznych dzieciach i księżach-egzorcystach

Pamiętam, jak, jakiś czas temu, w telewizji u Jana Pospieszalskiego, rozmawiano (bo warto) o kolejnych ważnych sprawach, tym razem o czymś, w taki czy inny sposób związanym z rodziną. Oczywiście, tak jak zawsze, była publiczność i dwie strony sporu. Niestety, nie pamiętam już dokładnie tematu, ale musiało to być coś, o czym mają zdanie feministki, bo pamiętam, że w studio siedziała ich nadreprezentacja. Więc myślę, że może to było o samotnych matkach, albo o roli ojca, albo o roli Kościoła w życiu rodziny. Jeśli szczęśliwie Pospieszalski czyta ten tekst, to na pewno będzie pamiętał.
Feministki, jak to feministki, reprezentowały stanowisko czegoś, co kiedyś w naszej historii nosiło nazwę Parlamentarnej Grupy Kobiet, tyle, że w wersji mocno zradykalizowanej. W pewnym momencie, gdy program zbliżał się już do końca, walczące panie, dla podkreślenia wartości swoich przekonań, zaczęły przytaczać wyniki jakichś ostatnio przeprowadzonych sondaży.
I wówczas głos zabrała pani, której niestety też nazwiska nie pamiętam, bo - jak mówię - program oglądałem przed laty, i powiedziała, że w instytucie, w którym ona pracuje, przeprowadza się nie doraźne sondaże, ale poważne, rozłożone w czasie badania, na temat patologii wśród młodzieży i z tych badań wynika jednoznacznie, że środowiskami rodzinnymi najbardziej patologicznymi są środowiska składające się z jednego dziecka i matki - pracującej, rozwiedzionej, z wyższym wykształceniem. Powtarza się przy tym informacja, że zarówno matka, jak i dziecko nie chodzą do Kościoła...
Obecne w studio feministki nie miały okazji zareagować, bo, raz że program się akurat skończył, a dwa, że - szczerze powiedziawszy - nie było jak reagować. No bo co można powiedzieć poza tym, że to nieprawda i toruńska propaganda?
Program, o którym mówię oglądałem parę lat temu, ale do dziś nie mogę zapomnieć min tych pań, które, chwilę przed tym, wszystkie swoje zdolności intelektualne i retoryczne, poświęciły na to, by dowieść, że największym niszczycielem polskiej rodziny jest Kościół Katolicki wraz ze swoją represyjną i nieludzką tradycją. One wyglądały tak, jakby występowały w programie Latającego Cyrku Monty Pythona i za chwilę miał im na głowy spaść 16-tonowy odważnik.
Z tego jednak, co obserwuję, wygląda na to, że zarówno one, jak i całe to ich niezwykłe środowisko, zdążyli już dojść do siebie. I wcale nie tylko feministki. Socjaliści, geje, lesbijki, antyklerykałowie, anarchiści - krótko mówiąc cała ta czerwona masa, która wymyśliła sobie, że winę za wszystko, co w tym świecie jest złe, ponoszą ci wszyscy, którzy uważają, że Bóg istnieje i wierzą, że z tej ich wiary wynikają pewne konsekwencje. A pierwszym podejrzanym jest oczywiście, choć zupełnie nie wiadomo czemu, Kościół Katolicki - najmniej radykalny, obsesyjnie tolerancyjny, nieustannie wybaczający.
Parę dni temu, nawet tu, w Salonie ktoś mnie uprzejmie skomentował, że wszelkie zło bierze się z wpływu, jaki Kościół wywiera na jednostkę. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło, bo zaraz administracja ten wybryk usunęła, ale sens był właśnie taki: z wami katolikami, to tak już jest, że swoje żony tłuczecie na śmierć, a dzieci gwałcicie.
I oto wczoraj, w głównym TVN-ie, oglądam jeden ze sztandarowych dostarczycieli tanich dreszczy dla osób, które - nie mogąc się doczekać obiecanego, cudownego pomnożenia dobrobytu - postanowiły zanurzyć się w kontemplowaniu dramatycznych losów ludzi (a jakże!) takich samych, jak my. Chodzi mi o program niejakiej Ewy Drzyzgi Rozmowy w toku.
Gdyby ktoś nie wiedział, idea programu jest oparta na założeniu, że jeśli się znajdzie odpowiednio szokujący temat, na tyle perwersyjny i na tyle nowy, że większość telewidzów będzie mogła się z nim emocjonalnie i intelektualnie zidentyfikować, to stacja zarobi więcej pieniędzy. Więc, jeśli Ewa Drzyzga znajdzie gdzieś parę pedałów, która będzie szlochać, że nie umieją sobie znaleźć partnera, albo jakieś małżeństwo, które lubi uprawiać seks na oczach swoich dzieci, albo kogoś, kto uwielbia się tarzać w kupie, to zaprasza takie osoby do programu i tam sobie wszyscy rozmawiają, pokazując, że wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy normalni, publiczność w studio klaszcze, a widzowie przed telewizorami zastygają w emocjach, ciesząc się, że wreszcie nie muszą oglądać tego głupiego Gosiewskiego.
Oglądam wczorajsze wydanie programu, w którym tym razem Ewa Drzyzga przedstawia nam dzieci terroryzujące swoich rodziców o pieniądze. Oto widzimy ojca, który się skarży, że jego dwie córeczki potrzebują nieustannie od niego ciągnąć pieniądze na ciuchy, komórkę i inne drobiazgi tak, że jego to kosztuje 3000 zł. na same ubrania i ponad 1000 zł. za komórkę i on w ogóle nie wie, co zrobić. Są też w studio dwie ślicznotki, które zgodnie mówią, że skoro tato ma, to powinien płacić.
Później pojawia się jakaś mama, która opowiada, jak jej synek okrada ją i jej znajomych, nie chce w domu ruszyć palcem, o ile ona mu nie da pięć złotych i ona już nie wie, co robić. I że ponieważ on i jego koledzy podpalili coś na mieście, to chłopczyk trafił na moment do ośrodka opiekuńczego, ale on go kocha, więc go z tego ośrodka wyciągnęła.
Po chwili przychodzi jakaś inna pani, matka dwojga niepełnosprawnych chłopców i jednej pełnosprawnej córeczki, która opowiada, jak ta córeczka robi jej w domu nieustanne piekło, że ona chce pieniądze, więcej pieniędzy i dużo pieniędzy. Obok siedzi to dziecko, które słodko wzrusza ramionami i mówi, że ona potrzebuje na telefon i chrupki.
Publiczność zgromadzona w studio postękuje ze wzruszenia, a obecna w programie pani psycholog patrzy surowo na te dzieci i pyta: „Czy wy zdajecie sobie sprawę, że nie jesteście sami na świecie?"
A ja sobie myślę, że z całą pewnością, w tym samym czasie, kiedy ja siedzę przed telewizorem i przecieram oczy i uszy ze zdziwienia, przed swoimi plazmami siedzą przedstawiciele nowej polskiej lewicy, kiwają mądrze głowami i mówią: „Proszę bardzo! Oto macie swój chory katolicyzm, w katolickim państwie". I czekam, aż ta Drzyzga zapyta którąkolwiek z tych mam, co na to wszystko mówi ojciec i jednocześnie wiem, że się nie doczekam, bo tego ojca najpewniej w ogóle nie ma, a bardzo prawdopodobnie nigdy nawet nie było.
Czekam aż Drzyzga, albo pani psycholog, zapytają tatę dziewczynek, które na komórki wydają 1000 zł. miesięcznie, co na to żona, ale też wiem że się nie zapyta, bo najprawdopodobniej jego żona na swoją wydaje dwa tysiące miesięcznie, a on w ogóle nie ma nic do gadania, bo jeśli tylko spróbuje, to trzy damy urządzą mu prawdziwą lekcję życia rodzinnego.
No więc, w końcu, czekam aż pani psycholog, albo sama Drzyzga, zapytają którąkolwiek z zaproszonych osób, czy oni w ogóle chodzą do Kościoła. No bo jeśli chodzą, to można by było ten wątek pociągnąć, szczególnie z dziećmi, i popytać o Jezusa, o ubóstwo, o grzech, o chciwość, etc. No ale wiem, że i tego się nie odczekam, bo przede wszystkim prawdopodobnie ani Drzyzga, ani pani psycholog w ogóle nie uważają, że ten wymiar w ogóle istnieje, a i te dzieci i ich mamy nie wiedzieliby o czym mowa.
Po drugie, i to jest może nawet ważniejsze, gdyby w telewizji TVN ni stąd ni z owąd temat religii, wiary i pobożności pojawił się w jakimkolwiek innym kontekście niż w kontekście księży-pedofilów, księży-agentów i księży-egzorcystów, to prawdopodobnie dobroczyńcy stacji poczuli by się na tyle dotknięci, że sama stacja mogłaby despekt, który im uczyniła, odczuć na własnej, finansowej skórze.
Bo elity polityczne i intelektualne w naszym kraju, owszem, bardzo są zainteresowane rolą Kościoła w życiu człowieka, ale tylko wtedy, gdy można pokazac, albo, jak ten Kościół niszczy wszelkie dobro, albo jak ten Kościół nie chce być nowoczesny i postępowy.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że polski katolicyzm jest, jaki jest i że te tłumy w kościołach przy najróżniejszych okazjach, to często zwykłe pozory. Wiem też jednak, że ludzie nawet bardzo mało związani z Kościołem, ludzie nieuczestniczący w religijnych praktykach, ludzie nawet wrogo nastawieni do samej instytucji Kościoła, w jakiś przedziwny sposób, kiedy słyszą słowo „Kościól" nie podskakują ze zdziwienia, że oto coś egzotycznego wskoczyło im na stolik przed telewizorem. Polacy, nawet najbardziej pozornie odlegli od religii, wiedzą, że spowiedź, modlitwa, komunia, Msza Święta, kościelne dzwony w niedzielę - to wszystko jest ich wspólnym dobrem, albo przynajmniej, wspólną kulturą.
I ci sami ludzie, gdyby w programie Rozmowy w toku nagle, obok tej kompletnie bezradnej pani psycholog, pojawił się ksiądz katolicki, nie w roli bohatera odcinka o księżach-alkoholikach, albo księżach-kochankach, ale w roli kogoś, kto potrafi wypełnić tę kulturową i cywilizacyjną pustkę, która wyziera z każdej sekundy tego programu, nie poczuliby się ani szczególnie obrażeni, ani choćby zaskoczeni.
Może tylko paru lewackich publicystówi i jeden gej-socjolog, napisaliby jeden skromny list otwarty. A Helsińska Fundacja Praw Człowieka wydałaby komunikat, że TVN łamie standardy.