wtorek, 26 stycznia 2021

O tym jak skutecznie nie zostać szmatą

 

        Wśród pojawiających się tu i ówdzie – z każdym dniem, jak się zdaje, coraz niestety częściej –  argumentów za tym by Polakowi skazanemu przez państwo brytyjskie na śmierć dać święty spokój i pozwolić mu umrzeć z głodu i pragnienia, na czoło wysuwają się cztery. Pierwszy to ten, że jeśli brytyjska służba zdrowia oraz sądy uznały że nie ma najmniejszego sensu zamęczać tego człowieka jego istnieniem, to trzeba uznać, że oni wiedzą lepiej, a Polska powinna się w tej sprawie dyskretnie nie odzywać; drugi – podobny w sumie bardzo – że już nawet święty papież Jan Paweł II, swoim cierpieniem i godnym odejściem, przekazał nam naukę na temat moralnego wymiaru tak zwanej „uporczywej terapii”; po trzecie, słyszymy że skoro osoby temu człowiekowi najbliższe i najbardziej go kochające uważają że on powinien umrzeć, to  my powinniśmy ich stanowisko uszanować i się niepotrzebnie w coś co do nas nie należy nie angażować. Wreszcie argument z tych ważnych ostatni, to ten mianowicie, że transportowanie przez tysiące kilometrów kogoś kto, jeśli w ogóle,  pragnie już tylko umrzeć, byłby czymś nieludzkim. Oczywiście są jeszcze i inne wypowiedzi, choćby takie że wysyłanie helikopteru po warzywo to zbytnia rozrzutność, czy że można by było to zrobić, ale tylko pod warunkiem, że on sam by przeszedł próbę ognia i dał radę sięgnąć po podstawiony mu pod nos talerz z jedzeniem, no ale ja chciałbym się skupić tylko na tych, co przynajmniej udają człowieczeństwo.

        Zadanie tu mam o tyle ułatwione, że z dwoma ostatnimi rozliczyłem się już we wczorajszym tekście, przypominając sprawę malutkiego Charliego Garda z roku 2017, gdzie nikt w ogóle ani nie dyskutował kwestii bezpieczeństwa jego transportu, ani pragnień jego najbliższych. System zadecydował, że ani mama ani tata tego dziecka nie mają nic do gadania, a co więcej, że jeśli ono ma umrzeć – a umrzeć ma –  to w żadnym wypadku w domu, ale w którejś z instytucji znajdujących się pod łaskawym panowaniem Jej Królewskiej Wysokości. I nie pomogły błagania rodziców, by dać temu dziecku żyć, a jeśli już trzeba je zabić, to by zrobić to w jego domu, do którego – jak rozumiem – nie trzeba było go transportowac helikopterem – wszystko na nic. Charlie Gard ostatecznie umarł wśród obcych. Pozostają zatem już tylko te dwie ostatnie kwestie: uporczywa terapia, oraz to że skoro brytyjskie instytucje się w tej sprawie już wypowiedziały, my tu w Polsce, skoro już nam tak bardzo na tym zależy, możemy najwyżej odmawiać te swoje różańce. A mnie się w tym momencie przypomina coś, co kiedyś zrobiło na mnie ogromne wrażenie i co chyba po raz pierwszy pozwoliło mi zrozumieć, czym jest patriotyzm jako racja stanu.

        Oto 4 lutego 1997 roku do szpitala w Bostonie przywieziono ośmiomiesięcznego Matthew Eappena z roztrzaskaną czaszką i będącym konsekwencją urazu krwiakiem mózgu, a pięć dni później ów chłopczyk zmarł. Policja niemal natychmiast po wypadku aresztowała 19-letnią Brytyjkę, Louise Woodward, zarzucając jej, że zajmując się dzieckiem jako au pair, w pewnym momencie w złości rzuciła dzieckiem – jak sama zapewniała, tylko na łóżeczko – no i stało się nieszczęście. Woodward najpierw oskarżono o napaść oraz pobicie, a następnie, naturalnie,  morderstwo pierwszego stopnia. Sąd nie zgodził się na wniosek obrony ani na zwolnienie Woodward za kaucją, ani na przeniesienie sprawy do innego sądu, w celu zapewnienia jej uczciwego procesu, i rozprawa się rozpoczęła, a ja przede wszystkim z tamtych dni pamiętam to jak Wielka Brytania potraktowała sprawę Louise Woodward jako kwestię wagi państwowej. Pamiętam zaangażowanie brytyjskich mediów, opinii publicznej, oraz jak najbardziej rządu, na rzecz przekazania dziewczyny w ręce brytyjskie. Nie mam dziś pewności, czy jej wina była wówczas kwestionowana, czy nie, natomiast pamiętam bardzo mocno ów nacisk z jednym jedynym argumentem: Woodward jest Brytyjką i jako taka stanowi część Korony. Sprawa musiała być na tyle jednoznaczna, że już 30 października ława przysięgłych uznała Woodward winną morderstwa drugiego stopnia, a niejaki sędzia Zobel skazał ja na dożywocie, z możliwością zwolnienia po 15 latach. I to akurat pamiętam. Pamiętam też swoją satysfakcję, że tym razem Imperium nic nie wskórało, a jednocześnie też swoje zdziwienie, jak bardzo dla nich fakt, że ktoś jest poddanym Królowej, zmienia wszelką wyobrażalną perspektywę.

         Co się działo później, tego już oczywiście nie wiemy, ale oczywiście obrona Woodward apelowała i proszę sobie wyobrazić, że po ponownym procesie ten sam sędzia Zobel uznał wprawdzie że Woodward to dziecko faktycznie zabiła, ale przyjmując stanowisko przysięgłych, że dziewczyna była w stanie histerii, która w połączeniu z brakiem doświadczenia, praktycznie nie pozwoliła jej na uniknięcie nieszczęścia, zaliczył jej w poczet kary spędzony w areszcie rok i pozwolił wrócić do domu.

         No i pamiętam coś jeszcze, a mianowicie przyjęcie jakie jej zgotowano po powrocie. Ona była witana przez Brytyjczyków jak bohaterka i zresztą w jednej chwili bohaterką się stała, występując w telewizji, udzielając wywiadów i w ogóle robiąc za gwiazdę. I muszę w tym momencie zaznaczyć, że ja naprawdę nie mam pojęcia, co się tam w tamtym domu stało 4 lutego 1997 roku, nie wiem, czy ona to dziecko chciała zabić, czy nie, czy zrobiła to z zimną krwią, czy w panice; nie wiem tego i szczerze powiedziawszy, nie bardzo mnie to dziś interesuje. Natomiast wciąż pamiętam jak wtedy Brytyjczycy walczyli o jakąś pozornie kompletnie nieważną dziewiętnastolatkę nie dlatego że byli przekonani o jej niewinności, ale wyłącznie dlatego, że ona, podobnie jak oni była Brytyjką, a w tym stanie rzeczy tylko oni, i nikt inny mieli prawo ją oceniać.

         I przypominam sobie tamtą historię gdy słyszę te wszystkie kpiny skierowane w stronę polskiego rządu, że to jest już jest naprawdę bezczelne by oni akurat mieli się wtrącać w decyzje podjęte przez brytyjskie sądy i brytyjską służbę zdrowia. Właściwie do tego wszystkiego tylko mi brakuje tego, że któryś z nich wstanie i przeprosi Brytyjczyków za nasze polskie buractwo.



 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Charlie Gard, czyli Nowy Holocaust

 

Wszyscy czekamy na decyzję brytyjskich władz w sprawie przekazania skazanego przez tamtejszy system na śmierć Polaka w polskie ręce, a ja chciałbym przypomnieć jedno życie i jedną śmierć sprzed grubo ponad trzech już lat, prosząc jednocześnie o cierpliwość, bo odpowiedni komentarz nastąpi na koniec.  

 

      Dotychczas o sprawie Charliego Garda ani nie pisałem, ani choćby jednym słowem nie wspominałem, bo zwyczajnie nie miałem odwagi, bojąc się, że jedno moje słowo sprawi, że wszystko runie. Gdyby ktoś nie wiedział – co zresztą jest w tych mocno wypełnionych emocjami czasach nadzwyczaj prawdopodobne – o co chodzi, spieszę wyjaśnić. Otóż Charlie Gard to niespełna roczny chłopczyk, który wczoraj właśnie biał być i zapewne już został w majestacie prawa zamordowany, bo był chory, a dzisiejsza służba zdrowia nie była w stanie znaleźć dla niego lekarstwa.

      Ktoś powie, że to nic nowego. W końcu każdy z nas wie, co to takiego eutanazja, a poza tym to nie pierwszy przecież raz, jak się dowiadujemy, że gdzieś ktoś umarł, bo był chory, a lekarze nie potrafili na jego chorobę znaleźć sposobu. To prawda, tego typu przypadków mieliśmy przez ostatnie lata wystarczająco dużo, by się z nerwów spocić. Tym razem jednak stoimy wobec jakości całkowicie nowej: oto po raz pierwszy to nie człowiek mający już dość tego życia, czy choćby i jego rodzina, wołają o śmierć, ale owej śmierci żąda System. Wbrew choremu, wbrew rodzinie, wbrew tym wszystkim, którzy twierdzą, że to życie jest święte, a nie śmierć. Przypadek Charliego Garda to sytuacja całkowicie nowa, gdzie rodzice tego biednego dziecka błagają, by to dziecko im zostawić, uruchamiają ogólnoświatową akcję w obronie prawa ich dziecka do życia, a System decyduje: „Ma umrzeć”.

      Powtarzam, dotychczas było tak, że kiedy – zachowajmy już może to imię, jak symbol – Charlie był zbyt mały, zbyt niedołężny, ewentualnie zwyczajnie zbyt chory, by artykułować swoje oczekiwania od świata, który go zdecydował się przyjąć, ów świat uznawał, że ostateczna decyzja należy do rodziny. To rodzice, rodzeństwo, dzieci, dziadkowie, krótko mówiąc, osoby najbliższe, mają prawo decydować, co jest dobre dla tego, kogo kochają najbardziej. I przyznaję, że za tym stała jakaś – owszem, nie do końca ludzka – ale jednak logika. Dziś nagle się okazuje, że to było tylko takie gadanie, na które można było sobie pozwolić do czasu, gdy sprzyjała temu sytuacja. Dziś nagle okazuje się, że kiedy zabrakło argumentów, zostało owo słynne pragnienie śmierci i wspierająca je naga siła. Dziś nagle okazuje się, że to co nam zostało, to nie prawo do życia, lecz prawo do śmierci.

      O zabójstwie Charliego Garda dowiedziałem się z portalu tvn24.pl, a więc od ludzi reprezentujących wspomniane życzenie śmierci. Proszę posłuchać:

Brytyjski sędzia, po rozpatrzeniu racji wszystkich stron, musiał postawić ultimatum: albo rodzice ustalą ze szpitalem do czwartkowego popołudnia, gdzie ich niespełna roczny syn dożyje swoich dni, albo zostanie przewieziony do dziecięcego hospicjum, gdzie zostanie odłączony od aparatury podtrzymującej życie”.

      Proszę zwrócić uwagę, z czym my tu mamy do czynienia. Oto sędzia „rozpatrzył” rację wszystkich stron i „musiał” postawić ultimatum: albo rodzice Charliego sami wskażą miejsce egzekucji, albo owo miejsce wskaże System.

      Ale oto dalszy ciąg tej niezwykłej relacji: „We wtorek rodzice zgodzili się na przerwanie uporczywej terapii”. A ja w tej sytuacji już tylko się dziwię, że oni nie napisali, że, przekonani argumentami sędziego, który „rozpatrzył racje wszystkich stron”, nie tyle się zgodzili, co wręcz zwrócili się z łaskawą prośbą o przerwanie terapii.

      Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak nas informuje ten sam portal, rodzice Charliego, pragnąc go ochronić przed karzącą ręką Nowego Wspaniałego Świata, z prośbą, by nie zbijać ich dziecka zwrócili się do instytucji, wydawałoby się w tego typu sprawach najwyższej, a więc Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, no i proszę sobie wyobrazić, że ów trybunał również ogłosił, że prawem człowieka nie jest żyć, lecz umrzeć.

      To nie wszystko. Kiedy już wszystkie próby uniknięcia tej masakry okazały się bezskuteczne, rodzice Charliego, który tymczasem leżał sobie gdzieś w brytyjskim szpitalu, czekając na egzekucję, zwrócili się do Systemu, by ten pozwolił im zabrać swojego synka do domu, by on umarł tam, u siebie, w swoim łóżeczku. No i również tym razem okazało się, ze to nie te czasy. Okazało się, że „względy proceduralne” nie pozwalają na tego typu ekstrawagancje, a Charlie ma umrzeć na łonie Systemu. Tego, że przede wszystkim liczą się znaki, już naturalnie nikomu się wspomnieć nie chciało.

      Ponieważ zrobiło się tak upiornie, że jeszcze chwila, a ja zwyczajnie eksploduję, proponuję byśmy wrócili na powierzchnię i przyjrzeli się temu, co tam, panie, w polityce. Jak wiemy, rząd Prawa i Sprawiedliwości, wbrew bardzo stanowczym protestom pewnej części społeczeństwa, a przede wszystkim europejskich instytucji, chciał przeprowadzić reformę sądownictwa, niestety ową reformę zawetował Prezydent, swój ruch tłumacząc tym, że on wprawdzie uważa, że reforma jest pilna i niezbędna, niemniej, wprowadzając ją, należy postępować rozważnie. Otóż nie. Przypadek chłopczyka, zamordowanego wczoraj gdzieś w którymś z brytyjskich – jakaż to ironia – hospicjów, pokazuje nam bardzo jednoznacznie, że tu nie ma czasu na dąsy. Toczy się wojna dwóch kompletnie różnych światów i stawką jest życie, albo śmierć. A kiedy już dojdzie do tego, że przegramy, to oni nas jako swoich jeńców zwyczajnie dobiją. Też nowość.

 

Jak już wspomniałem, Charlie Gard został skazany na śmierć, a wyrok został wykonany jeszcze w roku 2017, a ja jakimś cudem znalazłem w sobie siłę by o tym co się stało wspomnieć tu na tym blogu. Dziś, kiedy tak bardzo czekamy na to aż uda się sprowadzić do Polski umierającego w szpitalu w Plymouth Polaka, chciałbym ze smutkiem wyrazić obawę, że oni go ze swoich lepkich rąk nie wypuszczą, i to wcale nie dlatego, że - jak nam niektórzy tłumaczą - ci co go najbardziej kochają, czyli żona i dzieci, sobie tego nie życzą. Przyczyny są daleko bardziej proste.  Oni zwyczajnie nie mogą. Teraz już nie mogą.



 


niedziela, 24 stycznia 2021

Czy Donald Tusk zostanie szefem gabinetu kanclerza Niemiec?

 

Ponieważ dzień jest wyjątkowo paskudny i nic nie wskazuje na to by spadł choć płatek białego śniegu, niech i dziś tu na blogu atmosfera zostanie podtrzymana, a na to najlepszym sposobem będzie obecność dwóch wielkich Europejczyków. Przed nami mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

 

       W ostatnich dniach, niemal równocześnie, publicznie głos zabrało dwóch, przed laty ważnych europejskich przywódców, a dziś ludzi żyjących praktycznie poza polityką, a mianowicie były niemiecki kanclerz Schroeder oraz nasz premier Tusk. Obie wypowiedzi nie mają ze sobą wiele wspólnego poza tym, że obie zostały wygłoszone w języku niemieckim, i jeśli dziś potrzebuję się nimi zająć, to ani nie ze względu na ich treść, ani nawet z powodu użytego języka, nawet nie ze względu na ich autorów, ale przez ich czysto biznesowy charakter, który wskazuje nam aż nazbyt wyraźnie jak bardzo to czym my z takim przejęciem żyjemy, to coś co w kultowym dziś już filmie „Ojciec Chrzestny” zostało określone stwierdzeniem: „nic osobistego”. Zwykły biznes.

      Jak wiemy, wówczas jeszcze kanclerz niezmiennie bardzo na europejskiej scenie wpływowych Niemiec, Gerhard Schroeder, jeszcze pod koniec swojego urzędowania, nawet nie próbując zachowywać pozorów, wskazał Rosję  jako główny kierunek niemieckiej polityki zagranicznej, by już niemal na drugi dzień po odejściu z kanclerskiego urzędu, przejść na rosyjski żołd i w ten sposób dalej służyć tak naprawdę wciąż niemieckim, czy bardziej dokładnie, niemiecko-rosyjskim interesom. Dziś ten sam Schroeder wyszedł na chwilę z biznesowego cienia i udzielił wywiadu nie jakiejś ruskiej szmacie, ale popularnemu niemieckiemu magazynowi „Der Spiegel”, w którym najpierw skrytykował Stany Zjednoczone, po Stanach Polskę i Węgry, a następnie, potępiając sankcje skierowane wobec Rosji, pochwalił Władimira Putina za jego zasługi na rzecz światowego porządku.

      Niemal w tym samym czasie, pragnąc osobiście uhonorować zmianę na stanowisku kanclerza Niemiec z ustępującej Angeli Merkel na niejakiego Armina Lascheta, Donald Tusk nagrał wystąpienie, całe po niemiecku, w którym słowo „Deutschland” wypowiedział tyle razy i w tak pełnym wdzięczności i uwielbienia kontekście, że jak sądzę, spragniony powszechnego szacunku, a jednocześnie dumny naród niemiecki, nie miał okazji mieć z czymś takim do czynienia od lat 30-tych XX wieku.

      A ja się zastanawiam, czemu z jednej strony Schroeder, a z drugiej Donald Tusk decydują się na tego typu coming-out, i jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że oni zwyczajnie nie mają wyjścia. Myślę, że oni są do swoich wystąpień zmuszeni, bo naprawdę trudno jest sobie wyobrazić, że za jednym czy drugim stoi zimna kalkulacja. No dobrze, możliwe że tego rodzaju szczerość może się spodobać gdzieniegdzie w Niemczech, choć przy obecnych nastrojach, nie sądzę by na coś tego typu był akurat dobry czas. W końcu, Europa wie, że Polska, Węgry i Ameryka to zło, no ale Rosja jako rozwiązanie? To jeszcze nie teraz, a więc chyba jednak chodzi o zwykły Hołd Ruski na nadchodzące niepewne czasy. Gdy chodzi o Tuska, sprawa jest dla mnie oczywista. On w ten sposób ewidentnie błaga tego całego Lascheta, by go zechciał przygarnąć. 



      Moim zdaniem, coś się zmienia i jednak nie przygarnie.

sobota, 23 stycznia 2021

O Kaziu milionerze, czyli jak prowadzić działalność dobroczynną nie będąc idiotą?

 

             Mam tu wprawdzie pewne niedobre podejrzenia, ale zakładam że istnieje jednak pewna szansa, że nie tylko ja lubię od czasu do czasu skorzystać z usług niemieckiej sieci pod nazwą Lidl i to że tam bywam, ujdzie mi na sucho. A to że bywam to jest fakt, choćby z tego względu że nigdzie nigdzie nie mogę liczyć na to że w cenie co najmniej rozsądnej znajdę tam porządne sery, porządną whisky, oraz oczywiście klasyczne angielskie baked beans. Bywam więc w Lidlu ile razy chce mi się wsiąść w tramwaj i zrobić te parę przystanków, stało się jednak tak że parę dni temu skoczyłem tam po flaszkę i kiedy podszedłem do kasy by za nią zapłacić, najpierw z przerażeniem zauważyłem że kasjer miał na sobie koszulkę z grafiką Wielkiej Orkiesttry Świątecznej Pomocy, obok stała puszka z odpowiednią szparą i taką samą grafiką, a w dodatku, kiedy zapłaciłem za zakup, wraz z rachunkiem otrzymałem nalepkę z odpowiednim serduszkiem, którą normalnie, o ile mi wiadomo, można od Jerzego Owsiaka wyłącznie kupić.

            Nalepkę wraz z rachunkiem oczywiście wyrzuciłem zaraz po opuszczeniu terenu sklepu, jednak nie mogłem przestać myśleć w pierwszej kolejności na temat tego, jak to się dzieje że w sieci takiej jak Lidl pracownicy zobowiązani są do tego by się prowadzać w koszulkach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a co ciekawsze, na jakiej zasadzie ja dostałem to serduszko. Czy to jest możliwe, że Jerzy Owsiak, w ramach swojej dobroczynnej działalności, podpisał z Lidlem umowę zgodnie z którą, część pieniędzy jakie ja wydam na alkohol, zostanie przeznaczona na jego biznesowe przedsięwzięcie, a ja sam, mimo że nikt mnie nie pytał o o to czy chciałbym się zaangażować w tak zwaną działalność dobroczynną, zostanę zakwalifikowany jako jedną z milionów osób wrażliwych na potrzeby innych?

            Myślę sobie o tym serduszku, które dostałem wraz z rachunkiem i mam coraz większe podejrzenie, że ono nie zostało mi wręczone tylko dlatego że ja wpadłem do Lidla i kupiłem od nich flaszkę. A skoro tak to ja się obawiam, że jeśli Jerzy Owsiak za miesiąc ogłosi, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zaliczyła kolejny rekord zbierając powiedzmy 150, albo 200 milionów złotych, to w tych milionach jest również moje parę złotych, a to mi się bardzo nie podoba. Dlaczego? Dlatego mianowicie że ja bardzo nie lubię jeśli ktoś mi wydziera przez gardło moje serce, a za to mi daje kawałek jakiejś gównianej przylepki.

            Wiedzieliśmy to już od pewnego czasu, dziś jednak mam wrażenie, że wszystko się odbywa zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej na tak zwanego chama. A ja w tej sytuacji postanowiłem opowiedzieć pewną historię, o której pewnie mało kto słyszał. Otóż jesienią zeszłego roku pojawiła się informacja że we Wrocławiu działał niejaki „pan Kazio”, prowadząc działalność gospodarczą w postaci ulicznej sprzedaży wypełnionych helem balonów, któregoś dnia wspomnianemu panu Kaziowi z nieopisanych powodów spalił się samochód z balonami i pan Kazio został bez środków do życia. W tym momencie, jak się dowiadujemy, pan Kazio, jako osoba nigdy się nie poddająca, ogłosił publiczną zbiórkę na samochód, utracone balony oraz, jak rozumiem, butlę z helem,  i nie dość że w jednej chwili zebrał 150 tys. złotych, to jeszcze prezydent Wrocławia tak wzruszył sie jego losem, że mu podarował mieszkanie.

       Czytam historię „pana Kazia” i nagle czuję, że nie znam słów, dzięki którym mógłbym przekazać to co mnie dręczy, a w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zacytować całą informację podaną przez lokalne wrocławskie media i ogłosić, że reszta jest milczeniem. Się ma!!!!!!

 

       Od poniedziałku pan od balonów ma nowe, przejściowe lokum. Cudowni ludzie pomogli. Był już na spotkaniu z dyrekcją wrocławskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i został włączony do programu „Droga do domu”.

      „Pan Kazik wybiera właśnie samochód, którym będzie mógł wozić balony i butle z helem. Podchodzimy do sprawy sensownie, żeby koszt ubezpieczenia auta nie przerósł możliwości Pana Kazika. Dziś od rana, przecudowna Ania - organizatorka zrzutki, biega po urzędach, wykonuje setki telefonów i załatwia wszystkie sprawy administracyjne, aby m.in wyrobić Panu Kazikowi zagubiony dowód osobisty, czy złożyć wniosek o rentę. Zamówiliśmy też nową dostawę balonów z hurtowni + idą do nas z całego świata paczki z balonami, które wysyłacie za własne pieniądze! 20% finalnej kwoty, Pan Kazik zdecydował się przekazać dwóm organizacjom - Wrocławskiemu Hospicjum dla Dzieci i Wrocławskiemu Centrum Opieki i Wychowania (dla każdej po 10%).” - napisali organizatorzy zbiórki, której efekty przerosły wszelkie oczekiwania.

      Pieniędzy zebrano tak dużo, że mężczyzna zdecydował, że powinien podzielić się nimi z innymi potrzebującymi i postanowił przekazać nadwyżkę dla chorych dzieci. Pan Kazio dziękował za pomoc ze łzami w oczach.

      Obietnica pomocy ze strony miasta to dodatkowy wspaniały gest. Wsparcie dla pana Kazia w wychodzeniu z bezdomności, zadeklarował prezydent w wystąpieniu do internautów w piątek wieczorem, w którym Jacek Sutryk chciał się podzielić najnowszymi informacjami z wrocławskiego magistratu, którym przez ostatni tydzień musiał zawiadować zdalnie z powodu kwarantanny.

       Pan Kaziu zasługuje na te pomocne gesty. Przez wiele lat mężczyzna zmaga się dzielnie z problemem alkoholowym. Swoje stoisko z balonami na Rynku traktuje nie tylko jako sposób na zdobycie środków na życie, ale również jako terapię.

       W pomoc po tym, jak za jednym zamachem ogień zabrał mu samochód, spory zapas towaru i miejsce, które często zastępowało mu sypialnię, zaangażowali się jako pierwsi młodzi wrocławianie pracujący w lokalach na Rynku. Ruszyła zbiórka pieniędzy na portalu zrzutka.pl.

       Plan był taki, by zrekompensować panu Kazimierzowi stratę zapasów balonów. Organizatorzy zbiórki zapowiadali też zamiar zakupienia jakiegoś pojazdu, który mógłby zastąpić tamten spalony wóz. A kolejny krok, miał zmierzać do znalezienia dla niego pokoju do wynajęcia, aby zimą nie musiał koczować na działkach. Rezultaty, jak się okazało, były oszałamiające.

       Deklaracja ze strony prezydenta dotyczy zaproszenia pana Kazia do miejskiego programu wychodzenia z bezdomności „Droga do domu”, prowadzonego przez gminę wraz z Towarzystwem Pomocy im. Brata Alberta i Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej.

       Powrót pana od balonów na Rynek ucieszy wiele dzieci, dla których pan Kazio jest dostarczycielem wypełnionych helem przedmiotów pożądania - bohaterów kreskówek, samochodów, kwiatów. A dorosłych, którzy wiedzą o trudnym życiu sprzedawcy balonów i jego zmaganiach, zadowoli wiadomość, że działania mieszkańców nie pozostaną odosobnione i że można liczyć także na wsparcie systemowe dla takich osób jak pan Kazio.





 

 

 

piątek, 22 stycznia 2021

Ile się mieści w tłustym odwłoku redaktora Sakiewicza?

 

       Jeszcze w czasach szkolnych kolegowałem się z pewnym Wojtkiem, jednak, tak jak to najczęściej bywa, nasze drogi się rozeszły i wiele lat minęło jak przyszło nam się spotkać ponownie. Spotkaliśmy się więc, a ja oczywiście zapytałem co u niego słychać, a on mi odpowiedział, że dokładnie tak jak to miało miejsce w czasach szkolnych, gra na gitarze tyle że dziś już na płaszczyźnie czysto zawodowej. Zapytałem go więc – co wydało mi się czymś zupełnie naturalnym – czy on jest dobry w swoim fachu, a on, proszę sobie wyobrazić, odpowiedział mi następującymi słowami: „A czemuż to miałbym być dobry?” Mój kumpel Wojtek powiedział to jak najbardziej poważnie i bez śladu skrępowania, tak jakby wypowiedział właśnie coś absolutnie oczywistego, a ja przyznam szczerze, że zdanie to nie dość że zrobiło na mnie już wtedy bardzo duże wrażenie, to zapamiętałem je do dziś i to co z niego wynika traktuję jako bardzo ważną naukę, którą mógłbym streścić słowami: Świat zbudowany jest w taki sposób, że wszyscy mają wszystko w dupie i są z tego szalenie dumni.

      Przypomniało mi się tamto zdarzenie wraz z tamtymi słowami, gdy dowiedziałem się że w odpowiedzi na cenzorskie zachowania największych społecznościowych portali, takich jak Facebook, Tweeter oraz Instagram, wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, Tomasz Sakiewicz – swoją drogą nie bardzo wiem, jak go tytułować, więc pozostawię to nazwisko bez szczególnych odniesień – ogłosił, że właśnie uruchomił własną platformę, pod obłąkaną wręcz nazwą ALBICLA, która, jak słyszę ma stanowić akronim hasła Let All Be Clear i ma otworzyć przed nami szansę skutecznego bojkotu Facebooka i, jak rozumiem, ostatecznie doprowadzić niejakiego Zuckerberga do bankructwa. Z różnych powodów, których tu ani nie mam ochoty, ani, co oczywiste, potrzeby opisywać, zarówno samo oświadczenie Sakiewicza jak i następujące po nim przedsięwzięcia, włącznie z faktycznym uruchomieniem tego czegoś, spotkały się z szyderstwem jakiego świat nie widział i wydaje się, że gdyby nie fakt, że niemal natychmiast rejestracji na wspomnianej platformie dokonał wicepremier Gliński, poza owym szyderstwem, po owym wydarzeniu nie pozostałoby nic.

      Oczywiście, gdy pada hasło do tego by szydzić z Sakiewicza, ja jestem pierwszy w kolejce, natomiast muszę trochę ponarzekać. Otóż to co mi się bardzo nie podoba to to, że gdy wokół  inicjatywy tego cwaniaka rozlega się dziś okrutny rechot, towarzyszy mu sugestia, że Sakiewicz to idiota, który nagle sobie wymyślił, że dzięki swojej wielkości jest w stanie jedną szybką akcją przebić to, nad czym najpierw pracowały najbardziej kosmiczne umysły, a w co następnie wpompowane zostały setki miliardy dolarów.  Rzecz w tym, że ja tego rodzaju diagnozę nie dość że z gruntu odrzucam, to w dodatku uważam ją za bardzo  niebezpieczną, bo przykrywającą to co jest tu naprawdę ważne. Oczywiście, jest całkiem prawdopodobne, że Sakiewicz to idiota – nie on w końcu jeden – jednak to nie stanowi największego problemu jaki my z nim mamy. Rzecz w tym, że moim zdaniem tu akurat jego idiotyzm nie jest na tyle mocny, by on był w stanie szczerze uznać, że tworząc ów komunikator, jest w stanie stworzyć nawet nie konkurencję dla Facebooka, ale w ogóle osiągnąć jakikolwiek wymierny efekt... powiedzmy że zgłoszenie ministra Glińskiego potraktujemy jako niespodziewany zupełnie wybryk tego dziwoląga.  Moim zdaniem problem Sakiewicza polega na tym, że on jest zwykłym gównem, że zdaje sobie z tego znakomicie sprawę i nie ma z tym najmniejszego problemu. Moim zdaniem, Sakiewicz to przede wszystkim ktoś, kto doskonale wie, jakie są jego możliwości i gdyby go zapytać, czy jest dobry, a on miałby ochotę na tę zaczepkę odpowiedzieć szczerze, powiedziałby, że a po cholerę.  Jestem bardzo głęboko przekonany, że Sakiewicz doskonale zdaje sobie sprawę, że wszystko co robi jest gówno warte, a on sam jest kompletnym nieudacznikiem, tyle że jednocześnie pozostaje w głębokim przekonaniu, że wszystko co na zewnątrz jest jeszcze gorsze i jeszcze głupsze, a on w tym wszystkim jest zaledwie sprytniejszy i to mu wystarczy.  Oczywiście tu się myli, bo jeszcze gorszych i jeszcze głupszych od niego wcale nie jest tak dużo, ale przyznać trzeba, że jest ich wystarczająco dużo, by mu zapewnić pewną swobodę ruchów. A wśród nich jest oczywiście pomysł z tą platformą.

       Jestem szczerze przekonany, że Sakiewicz wie bardzo dobrze, że ta cała „aibicla” już za tydzień czy dwa nie dość że przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, to jeszcze Polska o niej kompletnie zapomni, jeśli jednak zdecydował się w ten akurat sposób zareagować na ocenzurowanie prezydenta Trumpa przez wielkie międzynarodowe korporacje, to tylko po to, by zwiększyć sprzedaż tego czegoś co daje mu finansowy sukces i zabezpieczenie na przyszłość, a nosi nazwę „Gazety Polskiej”. Dla Sakiewicza numer z uruchomieniem tej dziwnej platformy jest dokładnie tym samym czym było wypuszczenia pamiętnych nalepek z hasłem „Strefa wolna od LGBT”. I jestem przekonany, że gdy chodzi o koszta – jeśli wziąć pod uwagę dotychczasowe opinie – on na to wyłożył mniej więcej tyle samo co wówczas.

      A więc, powtarzam, nie wierzę w to że Tomasz Sakiewicz choćby przez chwilę planował uruchomić autentyczny serwis społecznościowy, w dodatku w przekonaniu, że odniesie jakikolwiek sukces. Moim zdaniem ten dziwny człowiek wszystko co robi, robi przede wszystkim w głębokim przekonaniu, że ma do czynienia z bandą durnych polaczków, których można kantować w nieskończoność, że odpowiednio wykorzystując koniunkturę będzie miał zapewnione istotne polityczne wsparcie, i że wreszcie gwarancją sukcesu jest zawsze niewzruszona bezczelność oraz towarzysząca jej bezwzględność. Pamiętajmy jednak, że jeśli któregoś dnia Tomasz Sakiewicz ogłosi na portalu pomagam.pl akcję czy to budowy pomnika Donalda Trumpa, czy zbiórkę na walkę z pedofilią wśród dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, to znaczy, że on już za moment trafi na ulicę, gdzie będzie żebrał o papierosa i kubek ciepłej kawy. A patrząc na jego dzisiejszą desperację, nie zdziwiłbym się gdybym jeszcze tego dnia dożył.



czwartek, 21 stycznia 2021

O inżynierii pamięci

 Parę dni temu trafiłem gdzieś na informację, że zmarł Stanisław Remuszko. Zdaję sobie sprawę, że dla znacznej części czytelników tej notki nazwisko to nie mówi nic, tak się jednak składa, że był czas, gdy dla mnie ów Remuszko liczył się na tyle mocno, że miałem na niego oko każdego dnia. Przede wszystkim, pamiętam bardzo dobrze jak Stanisław Remuszko, w późnym PRL-u jeden z wielu niezależnych dziennikarzy, a po roku 1989 jeden z czołowych redaktorów „Gazety Wyborczej”, z hukiem porzucił to czarne towarzystwo i wrócił do niezależnej działalności publicystycznej, korzystając z gościnności każdej redakcji – a wbrew pozorom, było ich wówczas parę – która zgodziła się mu jej użyczyć. Pisał Remuszko głównie o Michniku i o tym co się tam na kontrolowanej przez niego dzielnicy dzieje, ja to bardzo chętnie czytałem, no a potem pamiętam jak uruchomił on projekt o nazwie „Biuro Badania Ulicznej Opinii” i przez pewien czas owe wyniki badań były publikowane obok tych oficjalnych, a ja pamiętam, że gdy idzie o mnie, to zawsze wybierałem Remuszkę, nawet gdy media wyjaśniały, że Remuszko to amator, a jego badania to żart. Jak długo to trwało, nie pamiętam, natomiast pamiętam, że pod koniec lat 90 ukazała się książka Remuszki zatytułowana „Gazeta Wyborcza – początki i okolice”, gdzie w formie fascynującego kompendium wiedzy politycznej zebrane zostały wszystkie najbardziej istotne na temat tego czegoś informacje. Książka została wydana za jakieś marne grosze, więc wyglądała dokładnie tak jak dawna antypeerelowska bibuła i choć szczerze powiem, nie mam pojęcia, gdzie ją można było kupić, mnie się udało i ją przeczytałem.

      Minęły lata 90, o Stanisławie Remuszce już więcej nie słyszałem i powiem szczerze, że – sądząc że podzielił on los wielu innych dawnych bohaterów, którzy któregoś dnia postanowili się wybić na niezależność i trafili do jakichś mikroskopijnych, prowadzonych przez różnego rodzaju albo wariatów albo agentów partii – specjalnie informacji na jego temat nie szukałem. No i w ten sposób minęło 20 lat, a ja się właśnie dowiaduję, że Stanisław Remuszko zmarł, że zmarł w biedzie i samotności że umierając pozostał do końca niezależny, albo nie wiążąc się z nikim, albo może z jakichś nieznanych mi powodów, budząc wszędzie w najlepszym wypadku towarzyską niechęć.

        Wiem też, że przez te wszystkie lata prowadził Stanisław Remuszko blog, o czym ja oczywiście nie miałem pojęcia, a dziś – przyznam szczerze – że nawet nie mam ochoty tam do tych pozostawionych przez niego w Sieci zapisków zaglądać, bo diabli wiedzą, na co trafię, a ryzykować nie chcę. Dowiedziałem się natomiast – i to akurat uważam za coś naprawdę dużego – że Stanisław Remuszko nie dość że był też założycielem tak zwanego „Towarzystwa Amatorów Niektórej Twórczości Stanisława L.”, nie dość że przez bardzo długi czas na przełomie lat 80 i 90 utrzymywał bardzo żywe towarzyskie relacje ze Stanisławem Lemem, to jeszcze w roku 2019 wydał, znów za jakiś nędzny grosz, swoją potężną korespondencję z wybitnym pisarzem, zatytułowaną „Lem-Remuszko (korespondencja 1988-1993)”.

      Staram się czegoś dowiedzieć o tej książce i jedyna informacja jaką udaje mi się na jej temat znaleźć to parę notek opublikowanych na blogu przez samego Remuszkę, gdzie informuje on o tym, że książka jest już gotowa, że już się ukazała i że można ją zdobyć w taki oto sposób, że każdemu kto Remuszce wyśle co najmniej 50 zł na ewentualne drugie wydanie, dostanie od niego egzemplarz za darmo. To co jest wstrząsające dodatkowo to fakt, że w celu zachęcenia do kupna tej książki, Remuszko podaje swój prywatny numer i zapewnia, że będzie wdzięczny za każdy telefon. Ponieważ, jak mówię, jedyna informacja jaką na temat tych rozmów i samej książki znajduję, to ta na blogu Remuszki, domyślam się, że nie dość że tych zgłoszeń za dużo się nie pojawiło, to ani o normalnej dystrybucji, ani tym bardziej o kolejnym wydaniu mowy nigdy być nie mogło.

        Do czego zmierzam? Otóż, jak wiemy, kilka lat temu Klinika Języka wydała moją książkę zawierającą zapis prywatnej korespondencji jaką przez parę lat miałem szczęście prowadzić  ze śp. Zytą Gilowską. Książka oczywiście była w całości rozprowadzana przez samo wydawnictwo, rynek nie zadeklarował chęci jakiejkolwiek współpracy, z tego co wiem, informacja o tym, że te rozmowy w ogóle istnieją, nie ukazała się oficjalnie nigdzie, ani jedna osoba, politycznie, zawodowo, czy towarzysko związana z prof. Gilowską – poza najbliższą rodziną – nie wyraziła zainteresowania tym co ona mogła mieć do powiedzenia, książka z najbardziej osobistymi refleksjami kogoś, na czyim pogrzebie były trzy najważniejsze osoby w państwie, została sprzedana w tysiącu egzemplarzy, a następnie przeznaczona do kompletnej anihilacji.

       Przyznaję, że do pewnego czasu sposób, w jaki te listy zostały potraktowane, okropnie mnie martwiło, a jednocześnie byłem pewien, że jest to jednak swego rodzaju wyjątek, wynikający z kilku dość jednak szczególnych przyczyn, i że normalnie takie rzeczy się jednak nie dzieją. Poza tym, nie da się ukryć, że fakt istnienia tej książki jest potwierdzany bez najmniejszego problemu jednym kliknięciem, więc też powodów do narzekania wielkich nie ma. A tu nagle się dowiaduję, że to co się przytrafiło owym „Listom od Zyty”, to jeszcze większe nic. W końcu nie oszukujmy się. W tak rozpolitykowanym świecie, ktoś taki jak Zyta Gilowska – jakkolwiek byśmy jej nie szanowali – to jednak zaledwie jeszcze jeden z posłów, ministrów, a choćby i premierów. W świecie, gdzie polityka jest obecna praktycznie wszędzie i w każdej minucie dnia, naprawdę nie ma znaczenia, czy mówimy o Zycie Gilowskiej, czy o... powiedzmy pośle Szczerbie. W końcu, jakie to ma znaczenie, kto przed kilku laty występował codziennie w telewizyjnych wiadomościach?

      Tu jednak tematem jest Stanisław Lem, w powszechnej opinii jeden z najwybitniejszych, a realnie rzecz ujmując, jeden z najbardziej rozpoznawalnych w świecie polskich pisarzy. Mało tego. Kiedy wspominamy Stanisława Lema, nie mówimy o kimś w gruncie rzeczy przez polityczny mainstream znienawidzonym, a kimś już do końca tego świata pozostanie Zyta Gilowska. Stanisław Lem to bohater bezdyskusyjny. I oto okazuje się, że i on – gdy chodzi o najbardziej podłe interesy –  może zostać wystawiony na pastwę kompletnego zapomnienia.

       Chciałem właśnie zakończyć te refleksje uwagą, że jak się okazuje, System nie tylko pilnuje samej pamięci, ale również tego, kto o ową pamięć postanowił zadbać. Ale przecież, to jest takie oczywiste. W końcu myśmy to wiedzieli od początku, czyż nie? Czemu więc nagle mamy się czemukolwiek dziwić? No a poza tym... Stanisław Lem. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno jedna z moich uczennic, osoba w średnim wieku, wykształcona, inteligentna, dobrze sytuowana, pełny kulturowy standard, gdy jej przy jakiejś okazji wspomniałem nazwisko Lema, nie miała szczerego pojęcia o kim mówię. Daję słowo, że nie zmyślam.



wtorek, 19 stycznia 2021

Mijają lata, a my znów mamy się zamknąć?

 

Jeśli ktoś z nas jeszcze od czasu do czasu ogląda Wiadomości TVP, z całą pewnością miał okazję obejrzeć krótką scenę z jednego z brytyjskich szpitali, gdzie w chwili gdy piszę ten tekst jest z zimną krwią zabijany przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości pewien człowiek, tak się tym razem składa że nasz rodak. Kto miał okazję widzieć tę scenę, podobnie jak ja musiał przeżyć widok owej zalanej łzami twarzy człowieka, który, jak wiele na to wskazuje, przynajmniej czuje że jest prowadzony na egzekucję i nie ma już żadnej nadziei, że – tak jak to wielokrotnie zdarzało się skazanym na śmierć okrutnym mordercom – w ostatniej chwili przyjdzie rozkaz wstrzymania owej fatalnej procedury. Większość z nas wreszcie zapewne wie, że choćby nasz rząd – tak dzielnie interweniujący u brytyjskich władz w kwestii wstrzymania tej egzekucji i zgody na powrót naszego rodaka do Polski – zagroził w odwecie Wielkiej Brytanii wymordowaniem wszystkich przebywających na terenie naszego kraju Brytyjczyków, oni tu akurat nie ustąpią. Dlaczego? Bo z jednej strony, zdają sobie znakomicie sprawę z tego, że gdy chodzi o stan w jakim znajduje się ów człowiek, a z drugiej, że gdyby to się miało okazać, to w ten sposób nie dość, że owa kultura obozu koncentracyjnego, jakiej oni od lat hołdują, uległaby pełnej kompromitacji i za wiele wcześniejszych, podobnych aktów, trzeba by było odpowiedzieć. Módlmy się więc za pana Sławomira, by Miłosierny Bóg zechciał przyjąć go do Siebie, a ja tymczasem jedyne co mogę zrobić, to przypomnieć pewien swój tekst jeszcze z lutego 2009 roku.

 

 

 

 

      Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia życia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych czasach chodzi po mojej biednej głowie.

      I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.

      Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.

      Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że – szczęśliwie – sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia „Gazety” – brudnym i nieszczerym.

      Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.

      Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje moja żona zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie właśnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.

      I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby – umierając – miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…



 


poniedziałek, 18 stycznia 2021

Sześć krótkich kawałków na zasypanego śniegiem koronawirusa

 

Po dwumiesięcznej, świątecznej przerwie przedstawiam swój najnowszy zestaw krótkich kawałków do zabawy, które już niedługo ukażą się w kolejnym wydaniu miesięcznika „Polska Niepodległa”. Swoją drogą polecam.

 

 Dziś wprawdzie większość z nas żyje przejęta sposobem w jaki System dał nam do zrozumienia, że jesteśmy nikim i że można nam to pokazać, gasząc nas dokładnie tak jak się gasi światło i pewnie wypadałoby powiedzieć coś na ten temat, zanim jeszcze nasze słowa zostaną zamienione w nic nie znaczącą papkę, ja jednak spróbuję – zgodnie z zaleceniami nieśmiertelnego Norwida – owemu złu się „odejrzeć” i robić swoje, jak gdyby nigdy nic. A przyznać należy, że rozmawiać jest o czym. I to nie wychylając się poza te nasze polskie poletko. Róbmy więc. Swoje.

 

***

 

Oto, proszę sobie wyobrazić, kierowany przez niejaką Aleksandrę Sobczak portal wyborcza.pl opublikował list pewnej mamy, która postanowiła się podzielić troską o to w jaki sposób jej córka jest traktowana przez swoje szkolne koleżanki. A jest mianowicie tak, że w klasie do której owo dziecko uczęszcza zapanowała moda na tak zwaną „nowoczesność”, w związku z czym rządząca w klasie grupa zażądała od całej reszty, by ta przestała się identyfikować jako „chłopak”, czy „dziewczyna”, i od dziś występowała jako „osoba”. Jak rozumiem, presja była tak duża, że owo szkolne towarzystwo solidarnie przyjęło nowy styl, z wyjątkiem córki owej skarżącej się pani, która uparła się, że jest dziewczynką. W efekcie jest ona przez większość koleżanek dręczona do tego stopnia, że jej życie w klasie stało się udręką, no i w obronie swojego dziecka jej mama napisała do redakcji „Wyborczej” swój list.

Czytałem to co owa mama napisała i muszę przyznać, że ów list jest tak łagodny, uprzejmy i pełen zrozumienia dla wrażliwości drugiej strony, że ja bym tak zwyczajnie nie potrafił. Można wręcz odnieść wrażenie, że owa kobieta bardziej niż z pretensjami, zgłasza się do „Wyborczej” z prośbą o dyskusję, w jaki sposób można by było doprowadzić do zgody między zaangażowanymi w sprawę stronami. I oto, proszę sobie wyobrazić, najpierw na list zareagował na Twitterze znany w środowisku artysta-homoseksualista Jacek Dehnel publikując komentarz, w którym ową mamę i jej córkę brutalnie wyszydził, po nim odezwała gromada wspierających go hejterów, na końcu redakcja „Wyborczej” list wspomnianej mamy usunęła, a naczelna Sobczak opublikowała następujące wyjaśnienie:

„Usuwamy ten list. Bardzo przepraszam za tę publikację. Nie mam nic na nasze usprawiedliwienie. W czwartek fundacja Trans-Fuzja zrobi szkolenie dla naszej redakcji. Mam nadzieję, że to pomoże zwiększyć naszą wrażliwość. Jeszcze raz bardzo bardzo przepraszam”.

A mnie już nie pozostaje nic więcej jak wyrazić nadzieję, że owo szkolenie zaczęło się w czwartek o 7 rano i trwało do 21, z przerwą na podwieczorek, podczas której również można było skorzystać z toalety i szybkiego seksu.

 

***

 

Przyznać tu jednak muszę, że z tym seksem to chyba jednak mnie poniosło, bo diabli wiedzą co z tego wyniknie. Wprawdzie oni wszyscy robią wrażenie jakby byli w kondycji, gdzie o jakiejkolwiek prokreacji być nie może, ale kto wie, co natura może wymyślić, nawet gdy trafi na jakiegoś Jasia Kapelę. Kapela ów, człowiek w towarzystwie, owszem, popularny ogłosił niedawno, że jego „osoba partnerska” zaszła w ciążę, a w związku z tym nawet zdecydowała się zlecić owego dziecka zabójstwo, i on z niej dziś jest bardzo dumny. Ja oczywiście – mając okazję owego Kapelę widzieć raz na żywo – nie wierzę, żeby cała ta historia, włączając w to wspomnianą „osobę partnerską”,  miała cokolwiek wspólnego z prawdą, niemniej, jak mówię, diabli wiedzą. A zatem, może lepiej by było gdyby tej całej bandzie w jakiś sposób ograniczyć prawo do seksu. W jaki sposób? Tego oczywiście nie wiem, ale w końcu od czego mamy polityków Prawa i Sprawiedliwości? Oni nie takie problemy potrafili  rozwiązywać.

 

***

 

Swoją drogą dyskusja na temat tego kto jest głupszy, politycy , dziennikarze, czy artyści, trwa od lat i wydaje się nie mieć końca. W ostatnich latach politycy jakimś cudem zostali przez artystów i dziennikarzy odsunięci na dalszy plan, po pewnym czasie na pewien czas wrócili, głównie za sprawą Borysa Budki oraz Marcina Kierwińskiego, by znów przegrać, tym razem z Tomaszem Lisem i Bartoszem Węglarczykiem, ostatnio jednak wydaje się, że pod – swoją drogą bardzo niepokojącą – nieobecność Daniela Olbrychskiego, na czoło wysuwa się ekipa artystów. O pisarzu Dehnelu wspominałem w pierwszej odsłonie dzisiejszej „Tablicy”, tymczasem nie mogę nie wspomnieć o wystąpieniu znanego powszechnie Krzysztofa Materny. A wszystko zaczęło się od tego, że na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, uznając że lekarze jako twardzi zawodnicy, mogą poczekać, zaszczepiono cała grupę artystów właśnie, w tym wspomnianego Maternę. Kiedy sprawa przybrała rozmiary ogólnopolskiej afery, głos zabrał Minister Zdrowia i wezwał wszystkich tych przedstawicieli sztuk wszelakich, by w ramach ekspiacji zgodzili się przepracować określoną liczbę godzin jako wolontariusze na oddziałach szpitalnych, gdzie toczy się walka o życie osób zakażonych koronawirusem. Propozycja jak propozycja – wyjątkowo niemądra, zwłaszcza gdy wyobrazimy sobie katastrofę do jakiej musiałoby dojść gdyby nagle szpitale zostały opanowane przez bandę półprzytomnych pijaków, to natomiast co na mnie osobiście szczególnie poruszyło, to reakcja na ów apel wspomnianego Materny, który bardzo rozsądnie uniknął zastawionej na siebie pułapki. Posłuchajmy:

Jestem wolontariuszem od bardzo dawna, ja pomagam służbie zdrowia od lat, ja w okresie pandemii przekazałem swoją emeryturę na rzecz pielęgniarek, ja wspierałem razem z Krystyną Jandą strajk lekarzy-rezydentów, ja interesuję się służbą zdrowia i wszystkimi niedoskonałościami w tej służbie od lat. Wziąłem udział, tak samo jak cała grupa moich przyjaciół, którzy uczestniczą w tej całej aferze, w tysiącach akcji charytatywnych. Ja, zanim się szczepiłem przypadkowo, mogę powiedzieć bardzo śmiało, że na temat szczepień publicznie mówiłem tysiące razy, napisałem na ten temat felieton”.

Ja oczywiście pozostaję pod ogromnym wrażenie tego „tysiąca akcji charytatywnych”, w których wziął udział Krzysztof Materna, a zwłaszcza wspomnianego „felietonu”, który on napisał na temat szczepień, niemniej muszę przyznać, że najbardziej mnie jednak cieszy to, że on – podobnie jak większość jego kolegów artystów – zamiast na terenie szpitali, będzie dalej pił u siebie w domu. W końcu, nawet w nowych, tak szybko zmieniających się czasach, pewne granice powinny zostać zachowane.

 

***

 

A przyznać trzeba, że z tym nie jest łatwo. Oto, gdy wydawało się że przynajmniej wspomniany wcześniej Daniel Olbrychski nie będzie się już nam pokazywał na oczy, okazało się że wykrakałem, bo w dokładnie w tej samej chwili gdy piszę te refleksje, ów ciekawy człowiek jednak się nam objawił i to nie na plotkarskich portalach z plastrem na czole, ale u samej redaktor Moniki Olejnik w kultowym gdzieniegdzie programie „Kropka nad i”. Choć muszę z góry zastrzec, że ze względu na wyjątkowo egzotyczną naturę bohaterów wspomnianego zdarzenia, nie jesteśmy w stanie ogarnąć faktycznego przebiegu zdarzeń i ich sensu, niemniej wydaje się, że było tak iż poproszony przez Olejnik o opinię na temat afery ze szczepionkami dla celebrytów, stwierdził, że „Krysia” na tę szczepionkę zasłużyła, ale Polacy nie potrafią tego przyjąć do wiadomości, bo są „bezdennie głupi”, ktoś tam na Wiertniczej zadecydował, że tego akurat ludziom puścić nie można, Olbrychski na to dostał jasnej cholery, zadzwonił do Olejnik i ją zwyzywał, ona się obraziła i zażądała przeprosin... no i obecnie państwo prowadzą ze sobą wymianę za pośrednictwem emisariuszy, czyli z jednej strony, „partnera” Olejnik, niejakiego Tomka, a z drugiej, którejś z żon Olbrychskiego, czyli Olbrychskiej.

 

***

 

Ja akurat bym na tę Olbrychską dziś jeszcze większej uwagi raczej nie zwracał, jednak uważam, że nie zaszkodzi mieć na nią oko. Otóż ona w reakcji na tę awanturę wewnątrz szajki, która, jak się zdaje, zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, opublikowała na Facebooku sążnisty elaborat na ponad tysiąc słów, w którym wspomina coś o „szanowanej hierarchii” i robi to tak, że można poczuć ów słynny „zapach napalmu o poranku” Coppoli. Proszę posłuchać:

Cała ta ‘szczepionkowa afera’ została bardzo precyzyjnie przygotowana żeby po raz kolejny uderzyć w ludzi ważnych, szanowanych, cenionych i lubianych. Zasłużonych. Atak na wartości, na ważne zasady życia społecznego, na szanowaną hierarchię, zwykle zaczyna się od uderzenia w kulturę. Tego jesteśmy świadkami. Pamiętamy, tak było w Chinach. Uderzyć w kulturę to zachwiać najtrwalszym porządkiem rzeczy”.

A więc, jak mówię, śpijmy z jednym okiem otwartym, bo oni chyba dopiero nam pokażą, co im leży na tych ich czarnych sercach.

 

 


 

 

sobota, 16 stycznia 2021

Parę uwag na temat tak zwanego pisarstwa

 

       Szczerze przyznam, że przez pewien czas żyłem bardzo mocnym postanowieniem, by tego tematu tu z różnych względów nie poruszać, stało się jednak tak że w magazynach Kliniki Języka, czyli wydawnictwa które przez szereg lat wydawało napisane przeze mnie książki, odnalazły się cztery zagubione egzemplarze moich refleksji na temat bogactwa tego i owego, zatytułowanych przeze mnie złośliwie „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a ja je wszystkie cztery zakupiłem po cztery dychy za sztukę plus przesyłkę, głównie po to, by to nad czym spędziłem jednak nieco czasu nie gniło gdzieś w oczekiwaniu na ostateczny przemiał, a przy okazji pomyślałem sobie, że przyszedł czas by pewne rzeczy wyjaśnić.

       Zanim jednak zacznę, chciałbym wspomnieć o czymś co mi się przydarzyło z dwa lata temu. Otóż dostałem propozycje napisania książki na temat zadany i natychmiastowego odsprzedania praw do niej za 30 tys. złotych do ręki. Odmówiłem z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie umiem pisać na zamówienie tak, bym z tego co napiszę nie miał jakiejkolwiek satysfakcji – a owa propozycja nieuchronnie do tego prowadziła – po drugie natomiast, ja się nie sprzedaję, dopóki mnie ktoś odpowiednio cwany i bezwzględny do tego nie doprowadzi. Owej książki, podobnie jak tych 30 patyków oczywiście nie ma, natomiast jest coś innego. Otóż jest tak, że – z tego co słyszę – są osoby, które zastanawiają się, co się dzieje ze mną jako pisarzem, a przy okazji z książkami, które czy to już napisałem, czy dopiero planuję napisać i wydać. A ja chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że te co już wydałem, z wyjątkiem „Rock and rolla” i ostatniej „Mantoli”, się już rozeszły, gdy natomiast chodzi o wspomniane dwa tytuły, większość „Rock and rolla” Klinika Języka sprzedała za psi grosz do jakichś internetowych antykwariatów i w księgarni państwa Maciejewskich owego tytułu zostało zaledwie pięć sztuk, a praktycznie jedyną poważną ofertę stanowią te smutne 132 egzemplarze „Mantoli”, o której dziś niemal nikt już ani nie wie, ani się nie dowie, oraz niespodziewanie zupełnie siedem egzemplarzy mojej pierwszej książki, czyli „Siedmiokilogramowego liścia”. A  ja – znając sposób w jaki działa rynek – wiem, że one wszystkie prędzej czy później zostaną sprzedane po pięć złotych na Allegro, albo – jeśli uda mi się odpowiednio zdążyć – tutaj, po normalnej cenie, gdzie dziś siedzę i piszę ten tekst. W jaki sposób? W taki mianowicie, że ja je wszystkie wykupię. Normalnie. Tak jak się kupuje książki w księgarni. Prosi o spakowanie, płaci i zabiera ze sobą.

       Ktoś mnie pewnie zapyta, co tu się dzieje, a ja niestety muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Wszystko to co w życiu napisałem, albo zostało sprzedane, albo krąży po rynku, a ja tu już dziś nie mam nic do gadania. I daję słowo, że nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie konieczność zwrócenia uwagi wszystkim tym, którzy jakimś cudem dotrą choćby do owych 132 egzemplarzy moich refleksji na temat angielskiej kultury oraz języka, książki, moim zdaniem, absolutnie wyjątkowej, wystawianej przez księgarnię Kliniki Języka, gdyby nie fakt, że ja dziś z owymi egzemplarzami nie mam nic wspólnego, przynajmniej do czasu aż będzie mnie stać na to by je wszystkie wykupić i sprzedawać  w swoim już imieniu.

        Czemu tak? Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko co jeszcze zalega w magazynie Kliniki Języka pójdzie na straty i że jedyną osobą, która się tymi tytułami zainteresuje, jestem ja. A mam akurat zbyt wielki szacunek do swojej pracy, by pozwolić na to gnicie. Dlatego też, zachęcając oczywiście wszystkich do tego, by odwiedzali księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, kupowali wspomniane książki – nawet jeśli do mnie z tego nie trafi jeden marny grosz – chciałbym poinformować, że przez jakiś czas można się zgłaszać do mnie i zamawiać następujące tytuły: „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, oraz oczywiście te cztery egzemplarze „39 wypraw”, które właśnie przyszły. To są już naprawdę ostatnie egzemplarze, które leżą tu na stole tuż obok, a każdy z nich wart swojej ceny, jakakolwiek by ona była. Dedykacje oczywiście w cenie. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

         Co do przyszłości, zapewniam że ona jest wcale nie tak odległa. Proszę o chwilę cierpliwości.




 

       

piątek, 15 stycznia 2021

Gdy feminaziści upiekli murzynka

 

Wprawdzie wygląda na to, że zarówno Rewolucja Kobiet jak i niestety zakaz aborcji eugenicznej zostały odłożone na okres kolejnej posuchy, a nasze zainteresowanie przesunięte na szczepienie celebrytów oraz impeachment prezydenta Trumpa, nie zmienia to faktu, że feminazizm tu i ówdzie bulgocze. Żeby o nim do końca nie zapomnieć, chciałem przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Bardzo proszę.

 

 

        Wśród całej serii niedobrych zdarzeń, takich jak wygumkowanie przez światowe media z publicznej przestrzeni prezydenta Trumpa, spowodowane kolejnymi atakami pandemii kolejne lockdowny, czy wreszcie – tu u nas w kraju – bezprzykładny obłęd jaki ogarnął naszą opozycję w jej walce o odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy, nie mogliśmy nie zauważyć czegoś, co nawet jeśli realnie pozostaje bez większego znaczenia, to wedle pięknej staropolskiej prawdy, że na bezrybiu i rak ryba, powinniśmy docenić i potraktować z należnym uśmiechem. Otóż, jak informują nas dziś już chyba wszystkie media, śladem ostatecznej porażki tak zwanego Strajku Kobiet, oraz towarzyszącemu jej zniknięciu Marty Lempart, między dwiema największymi siłami na tęczowej mapie lokalnego lewactwa, czyli wspomnianym Strajkiem Kobiet, a tą reprezentowaną przez projekt Stop Bzdurom, doszło to mordobicia jakie nie miało miejsca nawet w relacjach między reprezentowanymi przez braci Kurskich ośrodkami władzy politycznej.

       Jak się dowiadujemy, bezpośrednią przyczyną awantury była seria szyderstw skierowanych przez jedną z liderek Strajku Kobiet, Klementynę Suchanow, pod adresem działacza przedstawiającego się jako Margot. A poszło o to, że jakiś czas temu Suchanow, sądząc że w ten sposób zdobędzie jego serce, najpierw zgwałciła Margot, po czym, wobec braku zainteresowania ze strony zgwałconego, najpierw zadręczyła go psychicznie, a następnie wypędziła z mieszkania, skazując na bezdomność. Kiedy Margot ujawnił publicznie przebieg zdarzeń, Suchanow zaczęła publicznie szydzić z dawnego kolegi, no i doszło do spięcia. Dziś jest więc tak, że Suchanow nadal drażni urażoną niebinarność Margot, na co Stop Bzdurom oskarża Strajk Kobiet o homofobię i hejt, wypominając jednej z działaczek Strajku, lesbijce Kayi Szulczewskiej tak zwany terfizm, czyli prowadzenie kampanii nienawiści pod adresem osób, które urodzone jako kobiety, nie chcą być ani kobietami, ani mężczyznami, tylko osobami.

      Ostatnio doszło do kolejnej awantury, tym razem z prawem w tle, kiedy córka wspomnianej Klementyny Suchanow upiekła ciasto „murzynek” i ozdobiła je lukrowanym napisem: „Jebać PiS i Stop Bzdurom”, a następnie skierowała do sądu pozew przeciwko Stop Bzdurom za to, że ci, bez zgody autorki napisu, opublikowali zdjęcie „murzynka” i obrzucili Strajk Kobiet wulgarnym hejtem.

      Oczywiście nie jestem w stanie zaręczyć, że przedstawiony przeze mnie stan rzeczy ściśle odpowiada faktycznemu, bo naprawdę nie jest łatwo zorientować się w tych wszystkich terfach, cisach, transach oraz bi, faktem jest jednak że tam faktycznie idzie na noże i jedni dla drugich są wrogami nie różniącymi się zbytnio od PiS-u, który jak wiemy jedni i drudzy „jebią”. A ja jednego jestem pewien, tego mianowicie, że kiedy nie wiemy o co chodzi, musi chodzić o pieniądze, a tu po obu stronach mamy do czynienia z grubymi milionami uzyskanymi z tak zwanych „zbiórek”. A skoro tak, to w tym nie wesołym świecie miejmy nadzieję, że oni wszyscy się tymi milionami zwyczajnie uduszą i już wkrótce od nich odetchniemy.

 


czwartek, 14 stycznia 2021

Ja, Homo Sovieticus

 

Ponieważ w tych dniach musiałem napisać kilka kolejnych tekstów na zamówienie, nie starczyło mi już pomysłów na ten nasz blog. Oczywiście wszystko to do nas za pewien niedługi czas wróci, tymczasem jednak chciałbym wrócić do wspomnień i przedstawić Państwu dawną bardzo, bo jeszcze z jesieni 2012 roku, notkę. Notka w sumie nie do końca poważna, stosunkowo lekka, a jednak zawsze niosąca w sobie coś, nad czym nie zaszkodzi się zadumać. Bardzo polecam.

 

 

      Wróciłem dziś rano do domu ze sklepu, i pani Toyahowa poprosiła mnie, żebym jakoś spróbował otworzyć puszkę z fasolką. Okazało się, że otwieracz do konserw, który mieliśmy od kilku lat, przerdzewiał i się połamał, natomiast ten drugi, jaki leżał nieużywany w szufladzie, puszek nie otwiera. Toyahowej chodziło więc o to, bym wziął nóż i tę fasolkę otworzył normalnie, nożem.

      Jak jeszcze byłem dzieckiem, przez wiele długich lat – dziś myślę, że to było zawsze – mieliśmy otwieracz, którym się nie kręciło, ale wbijało się ten ząb w puszkę – zupełnie jak ja dziś nasz nóż – i po paru szybkich ruchach, każda puszka była otwarta. Kiedy tamten się zgubił, czy może stępił, nie pamiętam, rodzice kupili nowy, już z takim kółkiem, no i nim otwieraliśmy puszki. Pamiętam, na początku lat 90. byliśmy w Warszawie i zaszliśmy do sklepu IKEA, i kupiliśmy piękny żółty kubek do herbaty i szwedzki otwieracz do konserw. Kubek służył nam długo bardzo długo, do czasu aż moja naprawdę ukochana, świętej pamięci Teściowa go niechcąco stłukła, natomiast jak idzie o otwieracz, on był od samego początku kompletnie dysfunkcjonalny, w tym sensie, że nie otwierał nic. I to był trzeci przypadek w moim życiu, kiedy zobaczyłem, że z tym kapitalizmem, to jest jednak chyba trochę lewa sprawa.

      Trzeci raz, bo pierwszy i drugi przydarzyły mi się dziesięć lat wcześniej, kiedy to pojechałem do pracy do Frankfurtu nad Menem. W któryś z pierwszych tam spędzonych dni poszedłem do sklepu zrobić zakupy, i między innymi kupiłem dziesięć jajek w foremce. Kiedy zaniosłem je do domu, okazało się, że wszystkie są potłuczone. Byłem bardzo tym zdziwiony, bo cale życie byłem uczony, że komuna to komuna, natomiast w takich Niemczech wszystko chodzi jak w szwajcarskim – a kto wie, czy też nie w niemieckim – zegarku. Później któryś ze znajomych Niemców powiedział mi, że ja na pewno sięgnąłem po jajka, które stały na wysokości wzroku. I to był mój błąd. Powinienem był zadać sobie trud i jednak przykucnąć.

      Wracając do domu postanowiłem kupić rodzicom i sobie parę prezentów. A więc sobie kupiłem bardzo ładny, taki trochę po szwedzku żółto niebieski T-shirt, ojcu elektryczną zapalarkę do gazu, a mamie bardzo ładny durszlak. Kolory na koszulce po pierwszym praniu puściły tak że ta żółć z niebieskim się wymieszały, zapalniczka działała może przez tydzień, natomiast durszlak połamał się natychmiast. Minęły te wszystkie lata, kapitalizm przyszedł do Polski, no a z nim pojawiły się też te otwieracze do konserw.

       Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy, by dzisiejszy wpis na blogu poświęcać czemuś tak trywialnemu i zapewne w ogóle nie wartemu uwadze. Nie mam w ogóle pewności, czy to wyjaśnienie kogokolwiek usatysfakcjonuje, ale było tak, że kiedy wróciłem rano do domu i dostałem do ręki ten nóż, przyniosłem ze sobą woreczek z tak zwanymi kołeczkami i pół kilograma kabanosów. Najpierw może powiem, po co mi te kołki. Otóż ja i pani Toyahowa śpimy od wielu już lat na tapczanie, który kiedyś za ciężkie pieniądze kupiliśmy we wspomnianej wcześniej IKEI. Tapczan jest duży, bardzo wygodny, no i rozkładany w ten sposób, że kiedy jest złożony, to się na nim siedzi, a kiedy się go rozłoży to się na nim śpi. Rozkłada się go w taki sposób, że jego dolną część się wysuwa, ona się zatrzymuje na takich metalowych zaczepach, następnie się tę część podciąga do góry i się śpi. Tak się złożyło jednak, że z jednego z tych zaczepów odpadła śrubka i przez to łóżka się nie da rozłożyć. Problem jest w tym, że miejsce w które się wkręca śrubę jest tak skonstruowane, że aby ją tam wkręcić trzeba by było najpierw rozwalić cały element tapczanu, i tę śrubę od środka przymocować nakrętką. Inaczej się nie da. Po tygodniu kombinowania, wymyśliłem, że najlepiej będzie kupić kołek, wbić ten kołek w tę dziurę, i liczyć na to, że się to jakoś utrzyma. Okazuje się jednak, że dziura, w którą miał wejść mój zakupiony z samego rana kołeczek, jest tak dziwnie skonstruowana, że tam wchodzi tylko ta jedna jedyna szwedzka śrubka, i nic ponad to. Ostatecznie w dziurę tę wbiłem kawałek mocnego drewna, w drewno to wkręciłem zwykłą śrubkę, no i czekam co będzie.

      Czekając, podgryzam sobie bardzo dobrego kabanosa, którego kupiłem dziś razem ze wspomnianymi kołkami. Kabanosy kupiłem w zaprzyjaźnionym sklepie spożywczym, prowadzonym przez dwóch bardzo sensownych braci, o których zresztą wspominałem tu już przy okazji rozważań o tym, jak to znikniecie kapusty kiszonej z rynku zniszczyło zdrowie całych pokoleń. Zaszedłem do tego sklepu, zapytałem jednego z właścicieli, czy on mógłby mi polecić kabanosy, które będą smakowały inaczej niż wszystkie inne, na co on mi coś tam dał, jednak przy okazji zapytał, czy chciałbym może rybkę z puszki o nazwie sajra. Ja mu powiedziałem, że pierwsze słyszę, a on mi powiedział, że naprawdę poleca. Że ona jest tak dobra jak to cośmy jedli z komuny. No więc rybkę też kupiłem. Przy okazji powiedziałem mu, że to jest bardzo zabawna sytuacja, kiedy to on, aby zachęcić klientów do zakupu, musi używać argumentu: „Kup pan. Polecam. Jest jak za komuny”. Pośmialiśmy się trochę, ja mu opowiedziałem moją przygodę z elektroniczną zapalarką do gazu, on mi o scyzoryku, który kupił też gdzieś za granicą, i-śmy się rozeszli.

       Przed chwilą żona moja przysłała mi na maila – jak wiemy, my też jesteśmy bardzo nowocześni – film umieszczony na youtubie pod tytułem „Kłamstwa Donalda Tuska”, czy jakoś tak. Chodzi o to, że Tusk opowiada z poważną miną, jak to on zrobi, żeby w Polsce było dobrze i te jego zapowiedzi kwitowane są wstawkami ze śmiejącymi się ludźmi. A ja uważam, że nie ma się z czego śmiać. Tusk wcale nie jest, jak to ładnie kiedyś, w zupełnie innej sytuacji, sformułował Kazik, „nowotworem na organizmie żywym”. On, podobnie ja ten otwieracz do konserw, który-śmy dziś wyrzucili, jest organizmu tego esencją. Nie oszukujmy się. Tu nawet sekretarz Świrgoń był lepszy. A co gorsza, to tak naprawdę nawet nie o nich dwóch tu chodzi.



 

środa, 13 stycznia 2021

O życiu które się nie liczy

 

      Wśród kilku nowych informacji na temat sytuacji w Stanach Zjednoczonych, na jakie udało mi się zwrócić uwagę, były dwie, które mnie zaciekawiły szczególnie. Oto w stanie Indiana odbyła się egzekucja pewnej Lisy Montgomery, która w grudniu 2004 roku udusiła ciężarną 23-latkę w ósmym miesiącu ciąży, następnie wycięła nożem kuchennym z jej brzucha dziecko. Egzekucja, podobnie jak wcześniejsze, została przeprowadzona wśród szeregu protestów organizowanych przez różnego rodzaju postępowe organizacje, tym razem, jak widzimy, nieskutecznych.

      Druga to ta, podana przez portal tvn24.pl, że w ataku na Kapitol zginęło pięć osób, a nie cztery. Dokładnie przekaz brzmiał tak, że zginął policjant i czworo demonstrantów. Informacja jest o tyle nowa, że dotychczas wszyscy wiedzieliśmy, że jakiś „trigger happy fool” zastrzelił kobietę nazwiskiem Ashli Babbitt, a trzy inne osoby zginęły jak gdyby na marginesie zdarzeń, bez wchodzenia w szczegóły. Teraz nagle się okazuje, że jest remis. Jeden policjant, jeden protestujący. Czy policjant był biały, czy czarny, tego nie wiemy, ale możemy się domyśleć, że skoro nie doszło jeszcze do rozruchów na skalę ogólną, to pewnie jednak biały.

       Szukam informacji na temat zamordowanego przez dziki tłum białych nazistów policjanta i okazuje się, że wcześniej o jego przypadku nie słyszeliśmy, bo on zmarł już po wydarzeniach. Z tego co czytam, najpierw zrobił co miał zrobić, następnie wrócił do pracy, a potem do domu i zmarł. W wyniku obrażeń odniesionych podczas ataku.

       Zaglądam na Twittera i widzę najpierw nakręcony przez kogoś filmik z zastrzelenia Ashli Babbitt. Najpierw widzimy grupę nacierających na szklane drzwi osób, za nimi uzbrojonych policjantów, z drugiej strony rękę z wyciągniętym pistoletem; Ashli Babbitt, przechodzi na drugą stronę drzwi, pistolet strzela, a ona pada pod stopy zabezpieczających od tyłu atak policjantów. Pod tym filmem komentarz któregoś z naszych komentatorów, że Babbitt, włażąc tam gdzie nie wolno, robiła to na własne ryzyko, a więc dostała to co chciała. W innym miejscu, na tym samym Twitterze, widzę zdjęcie przedstawiające członków antify w pełnym rynsztunku z dużym transparentem głoszącym coś więcej: otóż Babbit nie dostała tego co chciała, ale to na co zasłużyła.

       A ja sobie myślę, że wystarczył jeden czarny przestępca, zabity przez policję podczas próby obezwładnienia, by do dziś przed każdym meczem angielskiej piłki nożnej zawodnicy plus cały sztab trenerski oraz sędziowie byli zmuszani do klęczenia w geście symbolicznego zadośćuczynienia dla tych, których „życie się liczy”. Ashli Babbitt została zastrzelona jak wściekły pies, a ci którzy to zrobili nie dość że nie uważają za stosowne przyklęknąć, nie dość że nadzwyczaj niechętnie w ogóle wymieniają jej nazwisko, to twierdzą, że ona sobie na tę śmierć zasłużyła, a opinia publiczna im przyklaskuje.

      Czy to możliwe, że od dziś nielegalne wkroczenie do rządowych budynków będzie zagrożone karą śmierci? Czy to możliwe, że już niedługo tego typu egzekucja będzie jedyną, którą Nowy Wspaniały Świat zgodzi się tolerować?



poniedziałek, 11 stycznia 2021

... do you, Mr. Trump?

 

      Pamiętam że długo zanim w ogóle zorientowałem się, czym jest tak zwany Tweeter, nie mówiąc już o tym jak to sam zdecydowałem się założyć tam konto – nie mając bladego pojęcia po co to robię i w jaki sposób będę miał się na owym Tweeterze poruszać – wiedziałem oczywiście że coś takiego istnieje i że w ów projekt zaangażowane są osoby, których można podejrzewać o wiele, ale na pewno nie o to, że będą czuły potrzebę by tam dzień w dzień się kręcić i wrzucać owe mini-komentarze. Przyszedł jednak moment kiedy ktoś mnie zachęcił by tam stworzył sobie konto, moja młodsza córka, na moje pytanie, co ja mam tam robić, poinformowała mnie, że mam tam wrzucać krótkie komentarze, ewentualnie zdjęcia, dotyczące tego co akurat wpadło mi do głowy, licząc na to, że owe refleksje kogoś zainteresują. Po co? Po nic. Dla zwykłej zabawy.

      Zrobiłem to co mi dziecko kazało i tak już tam pozostałem na długie lata, nie zmniejszyło to jednak mojej ciekawości co do tego, co tam robią i z jaką myślą ludzie dla których ta ich aktywność w żaden sposób nie może być wynikiem albo potrzeby zabicia codziennej nudy, ewentualnie pragnienia rozrywki. I oto, proszę sobie wyobrazić, mam wrażenie że zrozumiałem cały sens istnienia tego rodzaju medium, gdy właściciele Twittera zdezaktywowali konto samemu Donaldowi Trumpowi, wciąż jeszcze aktualnemu i legalnie funkcjonującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, dzięki czemu ja nagle znalazłem się w miejscu, gdzie nie mam bladego pojęcia o tym, co Donald Trump aktualnie porabia, co sobie myśli, a nawet czy w ogóle jeszcze żyje.

      Chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę na tę ostatnią kwestię, wydawałoby się że najbardziej absurdalną. W końcu, ktoś powie, co jak co, ale o tym że Donald Trump umarł, popełnil samobójstwo, czy został zamordowany, z całą pewnością by nas najpierw poinformowały światowe, a za nimi lokalne media, więc nie przesadzajmy w tym szaleństwie. Otóż w obliczu ostatnich – ale też i przedostatnich – wydarzeń, nie uważam, by do tego rodzaju sytuacji, gdzie wobec braku bezpośredniej obecności Donalda Trumpa, my nie możemy mieć pewności co do jego losu, nie mogło dojść. Przepraszam bardzo, ale – znów w obliczu wydarzeń minionych miesięcy – jaką gwarancję tego że w sytuacji kryzysowej – a nie muszę nawet wspominać o tym, że z kryzysową sytuacją w sposób oczywisty mamy dziś do czynienia – światowe media, takie jak z jednej strony „New York Times”, „Washington Post” , BBC, czy CNN, a z drugiej Novosti, Xinhua, czy „Jerusalem Post” miałyby tu przejąć zadania tak zwanych „mediów społecznych”? Właściciele Tweetera, ale również Facebooka, oraz wielu mniejszych ośrodków – że już nie wspomnę o wszechpotężnym Google LLC przeprowadzili przy pomocy jednego krótkiego gestu proces usunięcia Prezydenta Stanów Zjednoczonych z dotychczas, wydawałoby się jedynej wolnej przestrzeni informacyjnej jaką jest Internet, i świat nawet nie westchnął; a jeśli westchnął, to my o tym nawet nie musimy nic wiedzieć. A ja mam wrażenie, że jeśli ów Twitter miał dla nas jakiekolwiek znaczenie to tylko – ale i aż – takie, byśmy mogli poinformować świat, że żyjemy i mamy się lepiej lub gorzej. I dziś okazuje się, że to straciliśmy. To albo przekonanie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

      Wystarczyło parę chwil, byśmy się też dowiedzieli, że dotychczas powszechnie uważany za najpotężniejszego człowieka na Ziemi, Prezydent Stanów Zjednoczonych nie dość że wcale nie jest najpotężniejszy, nie dość że w ogóle nie jest potężny, ale tak naprawdę jest kimś kogo można w jednej chwili poddać kompletnej publicznej anihilacji. A ja się już tylko zastanawiam nad tym, że skoro nikim, to nikim wobec kogo; lub czego. Pytanie które mnie od kilku dni prześladuje jest takie, że skoro Prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest jednak najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi, to kto mu to wreszcie tak naprawdę pokazał? Jak sądzę, najprostszą odpowiedzią byłoby odwołanie się do powszechnego w naszym kręgu przekonania, że nad wszystkim kontrolę sprawuje tak zwany „Rząd Światowy”, a więc z jednej strony najwyraźniej nieśmiertelnych staruszków takich jak Henry Kissinger, George Soros, czy Królowa Elżbieta II, a z drugiej grupa najbogatszych ludzi na Ziemi, co ciekawe, swoją drogą, wszyscy w ten czy inny sposób związani z Internetem, czyli, krótko mówiąc, Szatan. A ja, choć oczywiście teoria ta jest mi przynajmniej niekiedy bardzo bliska, coraz mocniej skłaniam się do podejrzeń, że ów „Światowy Rząd” to zwykła maska, za którą kryją się media. A w konsekwencji – i przynajmniej takiego stanu umysłu dziś doświadczam – w moim bardzo mocnym przekonaniu za sfałszowaniem prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych stoją tylko i wyłącznie media, nawet nie koniecznie kontrolowane przez kogoś z zewnątrz, ale funkcjonujące dziś jako autentyczne perpetuum mobile. Oczywiście biorę pod uwagę, że był taki moment kiedy ktoś – a nie wykluczony, że był to sam Szatan – wpadł na pomysł, że drogą do skutecznego zniewolenia społeczeństw będzie stworzenie mediów jako tak zwanej „czwartej władzy” i to czego doświadczamy dzisiaj jest już tylko wynikiem tamtego zagrania. To co jednak mnie absorbuje gdy pisze ten tekst, to nie szperanie w historii, lecz skupianie się na owej Sile, której, jak się okazuje, nikt nie jest w stanie się przeciwstawić.

      Ktoś powie, że to nie media sfałszowały wybory w kolejnych stanach, lecz ludzie i lokalne organizacje, którzy nienawidzili Trumpa do tego stopnia, że zaryzykowali aż tak bezczelne oszustwo; to nie media ostatecznie uznały wyniki głosowania w Georgii, Pensylwanii, Teksasie, czy w Virginii, lecz Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, w którym znaczącą bardzo przewagę miał obecny prezydent; to nie media wreszcie zdecydowały, by uznać głosy elektorskie wskazujące Joe Bidena jako kolejnego prezydenta, lecz sam najwierniejszy z wiernych Mike Pence. Facebook, Twitter, „New York Times”, CNN, a nawet cały Hollywood na czele z Jimmym Fallonem nie mieliby w tym wypadku nic do gadania, gdyby powołani przez Republikanów sędziowie, a w ostateczności wiceprezydent Mike Pence walnęli pięścią w stół i zawołali: „Dość!”. Otóż tak się niefortunnie składa – a dziś to widać aż nazbyt jasno – że jedynym szaleńcem, który się pojawił na tej scenie był sam Donald Trump, cała reszta natomiast doskonale wiedziała, że przy sile prezentowanej przez media właśnie, odwrócenie oficjalnego – swoją drogą, proszę zwrócić uwagę na to w jak prosty sposób nieoficjalne stało się nagle oficjalnym – wyniku wyborów musi się zakończyć katastrofą, której Ameryka, a przy okazji cały świat nie przeżyje.

         W dniu gdy Mike Pence jak Piłat umył ręce, na Kapitolu doszło do zdarzeń, które historycy prawdopodobnie będą wspominali jako jeden z największych zamachów na demokrację. My dziś oczywiście wiemy, że w tym akurat dniu Kapitol, jak nigdy wcześniej, był niemal kompletnie pozbawiony zwyczajowej ochrony, a demonstranci zostali tam w sposób oczywisty celowo sprowadzeni, ale wiemy też, że ów historyczny akt terroryzmu trwał zaledwie parę godzin i zakończył się po tym jak prezydent Trump w swoim ostatnim tweecie zaapelował do protestujących o powrót do domu, ale nie musimy mieć ani szczególnej historycznej wiedzy, ani też wyobraźni, by wyobrazić sobie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby Mike Pence ogłosił, że decyzję Kolegium Elektorów poddaje pod rozwagę parlamentów stanowych, w efekcie czego Wujek Joe już do końca życia mógłby przeglądać pedofilskie strony w jak najbardziej wolnym Internecie. My to wiemy, prawda?

        Wciąż jednak pozostaje pytanie, co z tym wspólnego mają media? Otóż w moim przekonaniu, jeśli owe setki milionów lewaków, ogarniętych kompletnie nieprzytomną nienawiścią do świata jaki znamy, były gotowe spalić świat, to w żadnym wypadku nie na gwizdnięcie Sorosa, Kissingera, czy Gatesa, ale byli już oni odpowiednio w tym kierunku wytresowani od wielu, wielu lat przez media właśnie. To media, czy to przez zwykłą propagandę, czy też przez odpowiednio sformatowany popkulturowy przekaz, doprowadziły do tego, że pod naporem owej popkulturowej propagandy współczesna cywilizacja rozpadła się jak domek z kart.

        Nie wiem co się dziś dzieje z prezydentem Trumpem, co on sobie myśli na temat tego co się stało, jakie ma plany i co słychać u tych grubo ponad 70 milionów Amerykanów, dla których on wciąż jest prezydentem. Myślę zwłaszcza o tym legionie, ale też oczywiście powiększonym o tych wszystkich, których prezydentem został pół żywy sklerotyk pedofil, a oni, jak to oni, uświadomią to sobie z odpowiednim opóźnieniem i się przerażą. Ale myślę też o nas tu w Polsce i bardzo wierzę, że te wszystkie tak śmieszne przepowiednie dotyczące tego, jacy to jesteśmy specjalni i wybrani, okażą się nagle jakimś cudem prawdziwe.