czwartek, 30 października 2008

Wygrać i nie spłonąć w piekle

Ciekawy jestem, czy dziś jeszcze ktoś w ogóle to pamięta. A jeśli nie pamięta, czy uwierzy. Prawda jest jednak taka, że po wyborach w roku 1991 do naszego Sejmu weszło 29 (słownie - dwadzieścia dziewięć) ugrupowań. Oczywiście, nie wszystko to były partie polityczne w sensie powszechnie obowiązującym. Wiele z tych grupek i towarzystw, to były najróżniejsze związki, koalicje, sojusze i ruchy, ale też nie da się ukryć, że te właśnie niby to struktury miały w tak rozdrobnionym Sejmie pozycje niekiedy decydującą.
Był to dziwny Sejm. Najsilniejsza partia - Unia Demokratyczna - zdobyła w wyborach 12,32% głosów i uzyskała 62 mandatów. 16 miejsc zajęło coś, co zechciało się nazwać (albo może tylko zgodziło się nazwać) Polską Partią Przyjaciół Piwa. 60 mandatów dostali komuniści. Do Sejmu dostały się trzy ugrupowania chłopskie. Był tam też UPR i tak zwana Partia X. I7 mandatów miała Mniejszość Niemiecka. Był też w Sejmie reprezentowany przez dwóch przedstawicieli Ruch Autonomii Śląska. Było stosunkowo mocne Porozumienie Centrum.
W Senacie było już znacznie lepiej. Tam reprezentowanych było 10 ugrupowań, które - być może z trudem - ale jakoś tam zasługiwały na miano partii politycznych.
Mam nadzieję, że kiedyś poznamy tych parę nazwisk. Nazwisk tych, którzy to wszystko wymyślili. Choćby dlatego, że ten właśnie skład był wynikiem pierwszych, prawdziwie wolnych wyborów parlamentarnych w powojennej Polsce. To ten właśnie Parlament, z tak niesłychanym trudem, wyłonił rzad Jana Olszewskiego, ze znacznym udziałem Porozumienia Centrum. To ten własnie Parlament postanowił wykonać jeden, potężny i może decydujący krok do wolności, do Polski demokratycznej i silnej.
Prezydentem był Lech Wałęsa, a tę - jak mówię - nową, wolną, niepodległą, demokratyczną Polskę, miało tworzyć 29 politycznych ugrupowań. Tak naprawdę, to od tego właśnie Parlamentu miało się zacząć i ostatecznie zaczęło się wszystko to, co już później następowało siłą bezwładności. To wtedy, w czasie tej kadencji, nastąpiła tak zwana Nocna Zmiana, to wtedy córka wicemarszałka Kerna (dziś już nieżyjącego) uciekła z domu i wzięła ślub pod słodkim patronatem Jerzego Urbana, to wówczas Lew Rywin dał pieniądze, a Marek Piwowski (agent PRL-u) nakręcił swój słynny film Uprowadzenie Agaty.
Dwa lata później, z tego niesławnego, jak się okazało, Parlamentu, zostały tylko strzępy, rozpisano nowe wybory, i w roku 1993 weszło już tam „tylko" 8 partii, bez Porozumienia Centrum, bez Solidarności, nawet bez KLD. Sami zdrajcy i KPN na przyczepkę. Taki to był sukces, takie święto, taka przyszłość. A ja się zastanawiam, czy kiedyś, za 50 lat powiedzmy, będą uczyć w szkołach o tym, jak to się kiedyś robiło na poziomie czysto agenturalnym.
Dziś, jak wszyscy świetnie się orientujemy, scena polityczna jest ograniczona do czterech tzw. podmiotów. Są oczywiście komuniści - wymęczeni, ledwo żywi, ale zawsze z jakimiś tam nadziejami. Jest wieczny PSL, ze swoim progiem wyborczym i setkami tysiącami działaczami z rodzinami w terenie, którzy im jakoś tam pewnie gwarantują tę nieśmiertelność. No i są dwie wielkie partie, Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość - dwie partie, czy może dwie grupy polityczne, które przetrwały te wszystkie lata w miarę bezpiecznie, z zupełnie dobrymi perspektywami.
Jeśli ktoś sięgnie do encyklopedii bohaterów naszej rewolucji roku 1989 i prześledzi wszystkie największe nazwiska, które - wydawało się - zostaną symbolem tejże rewolucji już do końca świata, zapewne się zdziwi. Bo - że zacytuję słowa wielkiego hymnu zespołu Stranglers - „Whatever happened to all of the heroes, all the Shakespearoes!" - może się okazać, że tam już naprawdę niewiele pozostało. Wystarczy rzucić okiem na wicemarszałków Sejmu z tej naszej, ‘wolnościowej' strony: Olga Krzyżanowska, Jacek Kurczewski. Dariusz Wójcik, Henryk Bąk, śp.Andrzej Kern, Jan Król...
A gdzie są ci wszyscy bohaterowie, tacy jak Zbigniew Bujak, Grażyna Staniszewska, czy Henryk Wujec? No tak, wiem - Wujec broni w telewizji Wałęsę przed IPN-em. Od czasu do czasu, jak go poproszą.
Zostali więc tam tylko najsilniejsi, najbardziej skuteczni. I może jeszcze kilku innych. Tych, którzy jakos tam wykorzystali ten swój łut szczęścia.
Piszę jednak ten tekst nie po to, żeby podzielić się refleksjami nad upływem czasu i nad tym, jak ten czas był przez tyle lat poniewierany przez ruską agenturę. Piszę te słowa, ponieważ zdziwiły mnie bardzo, pojawiające się ostatnio głosy, które sączą w nasze mózgi jedną i tę samą myśl: trzeba być jak Europa, trzeba się ucywilizować, trzeba spojrzeć na innych, trzeba być, jak oni, trzeba zrobić wszystko, by się z nas przestali śmiać. Pokazuje nam się świat i jego instytucje, jego zwyczaje, zasady, polityczne obyczaje i znów wlewa się w nasze serca ten ciężki, prowincjonalny kompleks - popatrzcie, jak to się robi w szerokim świecie!
Ostatnio nawet Ludwik Dorn, człowiek od którego nazwiska robi mi się powoli słabo, wypowiedział to niezwykłe, nieprawdopodobnie wybitne głupstwo, o tym, jak to na świecie jest rzeczą normalną, że wewnątrz partii są ambitni politycy, którzy tylko czają się na fotel lidera i że to jest przecież takie zwyczajne. I że mądry przywódca powinien umieć oddać władzę.
Mija już niemal 20 lat, od czasu, jak rozpoczęła się ta wojna - nie spokojne budowanie, ale wojna - i, kiedy się obejrzymy za siebie, to widzimy już niemal tylko pobojowisko. Zostali tylko najsilniejsi. A zostali dlatego, bo wiedzieli zawsze, pamiętali zawsze i nigdy nie pozwolili sobie na zapomnienie, że w naszej, ciągle nie mogącej się urodzić demokracji, nie jest tak jak w piłce nożnej, gdzie raz wygrywasz, raz przegrywasz, wypadasz z gry, powracasz, jesteś mistrzem, za chwile jesteś poza pulą, by za jakiś czas znów być mistrzem. Tu jest jak w zawodowym boksie, gdzie możesz przegrać raz, ale kiedy stracisz swoją drugą szansę, to już po tobie. Jeśli przegrasz po raz drugi, minie rok i pies z kulawa nogą o tobie nie wspomni.
Bo to jest nie zabawa w demokrację, to nie dworski taniec, gdzie role są rozpisane i co chwilę podchodzi ktoś nowy i prosi o zrobienie mu miejsca. Politycy, którym udało się przetrwać te ciężkie czasy, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że jeśli choć na chwilę wezmą urlop, to, kiedy wrócą, może się okazać, że przede wszystkim reszta sobie świetnie radzi bez nich, ale, co najważniejsze, wokół pojawiły się dziesiątki nowych uczestników gry i nawet palca nie ma gdzie wsadzić.
Świetnie sobie z tego zdał sprawę Donald Tusk, kiedy w 2005 roku, po straszliwej, podwójnej porażce, zamiast oddać się do dyspozycji demokratycznych procedur i być może nawet rozpisać konkurs od tytułem „Co dalej Młoda Platformo?" wziął z grupką swoich najbliższych kolegów Platformę za pysk i rozpoczął dwuletnią, wygrana ostatecznie, walkę.
I oczywiście bezwzględną rację ma dziś Jarosław Kaczyński, kiedy do głosu dopuszcza tylko tych, którzy wierzą w przyszłe zwycięstwo i którzy dla tego zwycięstwa są w stanie poświęcić swoje głupkowate ambicje. I jeśli nawet robi to tylko po to, żeby nie trafić do piekła za grzech zaniedbania, to jest dla mnie wystarczający powód, żeby go popierać.

środa, 29 października 2008

Czas na chwilkę optymizmu

Możliwe, że ktoś mi zarzuci obsesję, ale trudno. Nie mam wyjścia. A wszystko wcale nie przez to, że zanim z samego rana otworzę oczy, pod powiekami jeździ mi na wrotkach Ludwik Dorn. Nie. Problem polega na tym, że zanim otworzę oczy, pod moimi powiekami mam wyłącznie nocne niebo i rój gwiazd, a Ludwik Dorn pojawia się dopiero wówczas, jak otworzę pierwszą lepszą gazetę, albo zajrzę do Internetu. Więc nawet jeśli cierpię na swego rodzaju obsesję, to niewątpliwym współwinowajcą jest Ludwik Dorn i jego medialna - bo już naturalnie nie polityczna - nadaktywność. A mogło być tak przyjemnie. Nie kupuję Dziennika Polska, nie czytam, go i nie śledzę losu tej zapewne bardzo interesującej gazety, więc nawet nie wiedziałem, że w weekendowym wydaniu wystąpił właśnie były już pisior, Ludwik Dorn z bardzo długim i niezwykle bogatym w treści wywiadem. Ale kompletnym przypadkiem, dowiedziałem się wczoraj właśnie, że jest tam ta szczególna wypowiedź, pogrzebałem w sieci, no i jestem znów cały dla Was.
Udzielił więc Ludwik Dorn wywiadu weekendowemu wydaniu Dziennika Polska http://www.polskatimes.pl/opinie/dwaognie/55636,ludwik-dorn-do-kaczynskiego-nigdy-juz-nie-powiem-jarku,id,t.html, osiągając jeden - i prawdopodobnie tylko jeden - skutek. Mianowicie, niewykluczone, że zmusił do reakcji jednego z bohaterów swojej niezwykle interesującej wypowiedzi. Mówię tu o Jacku Kurskim. Piszę - niewykluczone, bo możliwe jest też, że poseł Kurski uzna zaczepki Dorna za nie warte zachodu i machnie na niego ręką. Ale, domyślam się, że nawet jeśli Kurski wejdzie z Dornem w jakąś dyskusję, to zapewne nie będzie się z nim przepychał na poziomie plucia, o co najwyraźniej chodzi Dornowi.
Tak czy inaczej, sytuacja nie jest prosta. Chodzi o to, że Ludwik Dorn poświęca swoją wypowiedź sytuacji w swojej byłej już partii i swojej sytuacji osobistej, a jednocześnie najbardziej pikantne fragmenty tego politycznego oświadczenia kieruje - z zupełnie niejasnych powodów - pod adresem właśnie Kurskiego. Może to - jeśli już o tym mówić - stanowi jakąś obsesję?
Cóż w tej sytuacji może zrobić z jednej strony lojalny członek Prawa i Sprawiedliwości, poseł na Sejm RP, a z drugiej strony zwykły człowiek, który ma swoje uczucia i swój szacunek? Mówi o Kurskim Dorn, że jest idiotą, że w żenujący sposób lansuję się ze swoim dzieckiem, że zawstydza siebie i innych, opowiadając o tym, jak to kocha prezesa Kaczyńskiego, czy, że jest po prostu mało elegancki, a jednocześnie te wszystkie fascynujące kawałki wkłada w rzekomo bardzo poważny polityczny manifest.
Przedstawia się Ludwik Dorn, jako poważny analityk polskiej sceny politycznej, a wszystkie fragmenty, które warte są jakiejkolwiek, choćby minimalnej uwagi, poświęca plotkom i tradycyjnym już bardzo popisom szyderstwa i złośliwości. Więc co można zrobić? Pisać, że nie ma żadnych jednoznacznych dowodów na to, że Kurski jest większym idiotą, niż sam Ludwik Dorn? Czy może tłumaczyć, że nie ma większej różnicy między Kurskiego lansowaniem się z dzieckiem, a lansowaniem się Dorna z psem, z żoną-artystką, czy z wózeczkiem na spacerze? Czy może wyjaśniać, że kiedy Ludwik Dorn wspomina słowa Kurskiego o tym, że kocha prezesa Kaczyńskiego, dokonuje najbardziej prymitywnej manipulacji w postaci wyrywania fragmentów wypowiedzi z kontekstu?
Przecież to nie ma sensu. Przede wszystkim z tego powodu, że Ludwik Dorn, jakkolwiek by była obecnie ciężka jego sytuacja psychiczna i intelektualna, doskonale zna prawdę, a poza tym, ponieważ czytelnicy Polski też chyba mają już dość przekomarzania się polityków na poziomie aż tak niskim. Najważniejszym jednak powodem, dla którego nie należy się pewnie przepychać z Dornem, jest to, że - wbrew temu, co chciałby Ludwik Dorn - tak naprawdę tu wcale nie chodzi ani o Kurskiego, a ni o Dorna, ani o mnie, ani o jakiegokolwiek obecnego, czy byłego już członka PiS-u, ale o kondycję i szanse polskiej prawicy i, w efekcie, szanse Polski.
Dla każdego człowieka, jako tako poruszającego się w zawiłościach naszej polityki, jest rzeczą oczywistą, że jeśli coś ma polskiej prawicy zaszkodzić, to z pewnością nie jest to rzekomy brak demokracji wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, a tym bardziej nie jest to usunięcie z szeregów partii Ludwika Dorna. Owszem, są zagrożenia, ale jeśli chcemy je w sposób najbardziej skuteczny zdiagnozować, to - przepraszam bardzo - nie przy udziale Ludwika Dorna. Dlaczego? Dlatego, że to właśnie Ludwik Dorn w ostatnich latach i miesiącach uczynił - jeśli nie wszystko - to bardzo wiele, żeby swojej partii jak najbardziej skutecznie zaszkodzić. Albo przez słynnych wykształciuchów, albo przez słynne kamasze, albo przez swoją - słynną już - sukę, albo przez dziesiątki drobnych gestów, które - nawet jeśli obiektywnie głęboko słuszne i niewinne - działały jak płachta na rozjuszone media i jedzących im z ręki ogłupiałym wyborcom. Ja mogłem tego co się stanie nie przewidziec, ale podobno Dorn jest wybitniejszy nie tylko ode mnie, ale w ogóle od wszystkich.
Dziś Ludwik Dorn, jako pierwszy pieszczoch medialnej propagandy, jest skłonny uwierzyć, że jego wielkość była widoczna zawsze i z zawsze z idealną jasnością. Mam jednak wrażenie, że on, nawet kiedy opowiada wszem i wobec, że to on wymyślił nazwę swojej byłej partii, że proces upadku PiS-u zaczął się w momencie, gdy Ludwik Dorn został odwołany ze stanowiska szefa MSWiA, czy że to on, jako pierwszy zaczął dostrzegać początek upadku Jarosława Kaczyńskiego, to jest to tylko relacja stanu emocji, a nie fakty.
Podejrzewam nawet, że Ludwik Dorn tyle razy wysłuchał czysto medialnego, retorycznego grepsu w postaci historii o trzecim bliźniaku, że najprawdopodobniej uznał, że ze swoją megalomanią i z tym opisem sytuacji, który go tak wciągnął, on jest jak najbardziej w stanie wykonać parę sprytnych posunięć i zamiast trzech bliźniaków będzie już tylko jeden prezes z prawdziwego zdarzenia i jedna z prawdziwego zdarzenia partia.
W tym momencie, uważam, że będzie jak najbardziej słuszne, wyrazić przypuszczenie, że to właśnie był główny powód podjęcia przez Ludwika Dorna działań, które wszyscy zmuszeni jesteśmy obserwować od pewnego już czasu. Z jednej strony zwykła pycha, a z drugiej najzwyklejsze, tyle że maksymalnie rozdęte ambicje. Ludwik Dorn twierdzi, że on w PiS-ie już się tak dusił, że musiał coś zrobić. Musiał albo namówić Prezesa do zmiany wewnętrznej polityki, albo samemu ostatecznie stawić czoła tej degrengoladzie. Od momentu, kiedy Ludwik Dorn został pozbawiony stanowiska szefa MSWiA, antydemokratyczne procesy w partii uległy takiemu przyspieszeniu, że Dorn już nie mógł na to, co się dzieje, patrzeć. A kiedy PiS przegrał wybory w roku 2007, demokratyczne procedury w partii runęły z taką siłą, że Dorn musiał od słów przejść do czynów.
On już nie mógł patrzeć na „ludzi, którzy są przytłamszeni, którym się łamie kręgosłupy". Dla nich to właśnie, Ludwik Dorn stanął naprzeciwko tej potężnej antydemokratycznej mocy i powiedział „dość".
Więc otóż nie. PiS to - jak już tu kiedyś wspomniałem - nie jest sekta. To nie jest organizacja, w której członków utrzymuje się w posłuszeństwie drogą tajemniczych technik manipulacyjnych, z której ludzie boją się odchodzić, bo przed nimi tylko przepaść i zgrzytanie zębów. PiS to partia, w której się jest, bo z jednej strony się wierzy, że to właśnie PiS jest w stanie zrealizować tę „wielką ideę przemiany", o której mówi Dorn, a z drugiej ma się głębokie przekonanie - oparte na czystym rozsądku i dotychczasowym doświadczeniu - że ten cel można zrealizować tylko pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego.
Tę prawdę doskonale rozumieją ludzie, którzy są zwykłymi szarymi członkami partii, ale też ci wszyscy, którzy zaangażowani są w wspieranie tego wielkiego projektu na wyższym szczeblu. I nie jest to tak strasznie skomplikowane, ani tak głęboko ukryte, zeby przeciętnie inteligentny obserwator tego nie widział. Wystarczy mieć oczy i uszy otwarte i wystarczy wiedzieć, z kim się ma do czynienia. Po jednej i po drugiej stronie. No i wystarczy znać swoje miejsce i o to miejsce dbać, a nie wyskakiwać z kolejnymi eksplozjami nieopanowanej ambicji.
Nie „z lęku przed nieznanym, po troszę z oportunizmu", ani nawet z tego powodu, że, jak twierdzi zawsze elegancki Ludwik Dorn, jest „idiotą" Kurski, a zapewne jestem „idiotą" też ja, ale z tej prostej przyczyny, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która w gruncie rzeczy nigdy nas nie zawiodła, pozostajemy z Jarosławem Kaczyńskim i z jego planami i jego wizją przyszłej Polski i na zachowanie Dorna patrzymy w najlepszym dla niego wypadku z przykrością.
Jednak tu właśnie, w tym akurat miejscu, mogę z równym przekonaniem stwierdzić, że jest rzeczywiście coś, co czyni z Jarosława Kaczyńskiego dyktatora. Jarosław Kaczyńskim faktycznie nie bardzo toleruje ludzi, którzy dla swych zwykłych, nadmiernie rozbuchanych ambicji i z chorego poczucia wielkości, dochodzą do wniosku, że oni wszystko zrobią lepiej, szybciej i skuteczniej, pod warunkiem, że da im się troszeczkę porządzić. I tu akurat jest ten moment, w którym muszę przyznać Dornowi rację. Jest jeden fragment w wywiadzie Dorna, kiedy on jest szczery i absolutnie uczciwy. Mianowicie wówczas, gdy mówi; „Jezus Maria. Co to za przywódca, który ma pretensje do swoich ambitnych współpracowników o to, że jeśli by mu się nóżka powinęła, to oni będą starali się go obalić."
Więc tu zgoda. Jarosław Kaczyński jest właśnie takim przywódcą, dla którego sprawy Polski nie są intelektualną rozrywką. Nie są czczą zabawą, w której na równych prawach biorą udział, z jednej strony, ludzie autentycznie zatroskani sprawami Polski, a z drugiej ci, dla których to wszystko jest własnie niczym innym, jak intelektualną rozrywką.
Ludwik Dorn zaryzykował taką właśnie koncepcję i ta koncepcja została w demokratycznym głosowaniu odrzucona. Ja rozumiem, że on jest z tego bardzo niezadowolony. Pozostaje mi tylko wyrazić współczucie.

poniedziałek, 27 października 2008

No to po jednym za pomyslność obywateli... i dość!

Miałem nadzieję, że mój kolejny wpis, przez to, że jubileuszowy, będę mógł poświęcić czemuś, jeśli już nie pięknemu, to przynajmniej ważnemu. Odpuściłem więc pobyt Tuska w Chinach. Odpuściłem jego nędzny powrót. Odpuściłem nawet wczorajsze ‘specjalne', kompletnie dla mnie kuriozalne, wydanie Kropki nad i z piosenkarką Peszek. I cały czas liczyłem, że nagle pojawi się coś, co możliwie najzgrabniej dopasuje się do okazji. Nie doczekałem się. Obejrzałem dziś kolejną Olejnik, jednak już nie z Peszek, tylko z Rafałem Grupińskim - ministrem w kancelarii Premiera. I już wiedziałem, że zabawa nie nastąpi. Pozostanie szary, obezwładniający smród, czystego, zwyczajnego kłamstwa.
Za to będzie krótko. Redaktor Olejnik, po zwyczajowym przekomarzaniu się na tematy ogólne, spytała Grupińskiego o to, czy Tusk spotka się z Dalaj Lamą. Kiedy po kolejnej odmowie udzielenia konkretnej odpowiedzi, Grupiński - postawiony pod ścianą - zaczął coś bredzić o tym, że on za komuny bardzo szanował Dalaj Lamę, pani Olejnik poprosiła go o komentarz na temat tuskowej sugestii, że Polskę i Chiny łączą wspólne wartości. Grupiński znów próbował się ślizgać i albo opowiadał coś o wartościach gospodarczych i wartościach jeszcze jakiś innych, podobnych do gospodarczych, by wreszcie - nieboraczek! - zawołać, że panu Premierowi chodziło o to, że Chiny i Polska podobnie dbają o „pomyślność obywateli".
Dziś w Rzepie czytać można niezwykle ciekawy i pouczający wywiad z Radosławem Pyffelem, prezesem Centrum Studiów Polska-Azja, na temat Chin i na temat ewentualnych celów i korzyści płynących z wizyty Premiera właśnie w Chinach. Pyffel mówi, że z punktu widzenia chińskiej władzy, postawa Premiera była godna uznania. Że Chińczycy, w uznaniu dla zachowania Donalda Tuska, w pewnym momencie nawet zdecydowali się podwyższyć rangę wizyty polskiej delegacji.
Dzięki tej wspaniałej atmosferze, gospodarcze stosunki między Polską a Chinami uzyskają nową jakość, a przede wszystkim - co, jak przypuszcza Pyffel, mogło być faktycznym celem chińskiej polityki polskich władz - Chińczycy mogą nam pomóc modernizować nasz kraj. Pyffel nazywa ten plan, pomysłem „niefortunnym". Dlaczego? Proszę posłuchać."
"Po pierwsze trzeba pamiętać, jaką Chiny płaciły cenę za swój cywilizacyjny skok. W jakich warunkach pracowali ci, którzy budowali te autostrady. Wielu z nich po prostu przypłaciło to zdrowiem. Jeśli oni przyjadą tutaj ze swoją kulturą pracy, może to wywołać szok i protesty. Proszę pamiętać, że w Chinach 200 milionów ludzi wyemigrowało ze wsi do miast. To tzw. ludowi robotnicy. Mieszkają w pomieszczeniach po osiem osób w pokoju, na dwupiętrowych łóżkach. Pracują po kilkanaście godzin dziennie, przez sześć, a nawet siedem dni w tygodniu, beż żadnych ubezpieczeń, do niedawna bez żadnego kodeksu pracy, bo taki kodeks wprowadzono dopiero w tym roku. Reforma Balcerowicza to bajka dla małych dzieci w porównaniu ze zmianami, które zaszły w Chinach. Społeczeństwo chińskie za fantastyczny rozwój zapłaciło nieprawdopodobną cenę. W komunistycznym - z nazwy - kraju jest płatne szkolnictwo, są płatne szpitale, a wielu ludzi nie ma żadnych szans na awans społeczny. Jeśli nie mają pieniędzy, to nie wysyłają dzieci do szkół i umierają, bo nie mają pieniędzy na leczeni. [..]
...nie można ulegać mirażom. Oni u siebie kierowali się zupełnie innymi zasadami, tych zmian dokonali w innych warunkach i otoczeniu. U nas to nie musi się powtórzyć. Mamy inne procedury, które będą ich blokować. Czy Chińczycy zbudowaliby obwodnicę nad Rospudą? Nie zbudowaliby. [...]
Boję się, że ich przyjazd niewiele zmieni. Będą mieszkać stłoczeni w barakach, czekając na rozmaite pozwolenia. To jest główny nasz problem. Zmieńmy najpierw przepisy, uprośćmy procedury." Czy mogliby Chińczycy zbudować nam stadiony i drogi? Mówi Pyffel:
Nie. To jest absolutnie nowatorski pomysł. W Afryce budują, ale w Europie nie. Przywożą swoich pracowników i bardzo szybko budują. A u nas ich pracownicy będą podlegali tym samym prawom co polscy, więc utracą swój największy atut, czyli znacznie mniejsze wymagania finansowe i brak oczekiwań socjalnych. Sprowadzenie Chińczyków do Polski to eksperyment. Bardzo ryzykowny, więc mam nadzieję, że rząd to bardzo dobrze przemyślał."
I dalej:
To byłaby nowa era. Niewielka ilość Azjatów, powiedzmy 200 tysięcy ludzi, może mieć dobry, ożywczy wpływ na naszą gospodarkę. To pracowici, przedsiębiorczy, szybko uczący się i przestrzegający prawa ludzie. Ale jeśli będzie ich zbyt dużo, mogą się zacząć poważne problemy. Chińczycy zamykają się we własnych środowiskach, tworzą getta, China Town, znane z wielu krajów w świecie. Nie wiadomo, jak zareagują na obecność Chińczyków konserwatywne grupy społeczne i co powiedzą związki zawodowe. Moim zdaniem potrzebna jest przemyślana polityka imigracyjna. Nie wiem, czy ktokolwiek myśli o długofalowych konsekwencjach tych decyzji, które mogą na zawsze zmienić oblicze Polski."
I to koniec tego mojego dzisiejszego, smutnego, wcale nie takiego, jak sobie wcześniej planowałem, wpisu. Ale cóż robić? Takie czasy, tacy ludzie, takie inspiracje.
Może na sam koniec zagadka. Jak myślicie, jak długo to coś może jeszcze trwać?

piątek, 24 października 2008

Czyżby nic tu po nas, Krzysztofie?

Z przykrością ostatnio zauważam, że moje życie intelektualne spadło do tak niskiego poziomu, ze nie jestem w stanie wymyślić jednej rzeczy, o której mógłbym uczciwie powiedzieć, że jest całkowicie moja, albo że jest moja choćby w znacznej większości. Wszystko, co mi przychodzi do mojej biednej głowy, jest wynikiem tego, że albo coś usłyszałem, albo coś przeczytałem, i to coś zainspirowało mnie na tyle, że mogę zaryzykować na ten temat jakąś refleksję. Co gorsza, czasem jest tak, że jeśli już napisze coś, co wynika z czysto cudzej inspiracji, to już następna myśl, jaka się pojawi na rozpościerającym się przede mną horyzoncie, jest zainspirowana tym moim wcześniejszym tekstem. Wychodzi więc na to, ze niekiedy upadam tak nisko, ze parodiuje samego siebie.
Dziś jest podobnie. Przeczytałem właśnie najnowszy tekst Krzysztofa Wołodźki, który mi się bardzo spodobał, oczywiście natychmiast umieściłem tam swój komentarz, i od razu pomyślałem, że jeszcze mógłbym coś na ten temat dorzucić, a później, że to już by było wykorzystywanie miejsca na cudzym blogu. A przecież mam swój. Więc siadłem do pisania tych słów. Mam nadzieję, że Krzysztof mi to wybaczy.
Pamiętam, jak w dawnych komunistycznych czasach oglądałem film, który wówczas był filmem wręcz kultowym, a dziś jest już bardzo zapomniany - Midnight Cowboy, z młodym Jonem Voightem (który wtedy jeszcze nawet nie śnił, że będzie kiedyś grał polskiego papieża) i Dustinem Hoffmanem. Oglądałem ten film wielokrotnie i z niezmiennym zachwytem, bo to był - i wciąż jest - znakomity film i jakoś nie potrafiłem nigdy przegapić sceny z kokosem.
Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to przypomnę. Dustin Hoffman jest straszliwie biednym nowojorskim menelem. Chorym, kulawym, wiecznie walczącym o to, żeby przeżyć kolejny dzień. Nowy Jork jest oczywiście taki, jak należy. Bogaty, wspaniały, kolorowy, pełny - jakby to powiedział Michael Stipes - ‘shiny people' - raz bogatych, raz biednych, raz wyrelaksowanych, raz zapracowanych, wariatów, biznesmenów, dziwek, sutenerów, a w tym wszystkim, ten Hoffman, podskakujący, jak leśmianowski „skoczek" i jego nowy przyjaciel - chłopak ze wsi, który przyjechał do Nowego Jorku licząc na to, że on, piekny, przystojny, wysoki kowboj, znajdzie tam swoje szczęście. Ale jest tak, że ani jego - kowboja ze wsi - ani Hoffmana - kuternogi z miasta nikt nie potrzebuje.
Któregoś dnia, Hoffman kradnie ze straganu orzech kokosowy, ale ponieważ nie ma go czym otworzyć, próbuje go jakoś przytrzasnąć oknem, w swoim mieszkaniu, które zajmuje w jakiejś opuszczonej kamienicy. Orzech niestety spada i rozbija się na chodniku. Scena ta zawsze budziła we mnie dziwne uczucia. Ja oczywiście bardzo przejmowałem się światem przedstawionym w filmie, ale jednocześnie nie mogłem przestać myśleć, ze ja w życiu nie miałem w ręku orzecha kokosowego. Więc ten orzech wciąż mi psuł efekt filmu. Ja wiedziałem, że nędza, że syf, ze kłamstwo, ze zbrodnia, że upadek - tylko ten orzech kokosowy nie dawał mi spokoju. I w takich sytuacjach mówiłem sam do siebie: „Dobra, dobra. Ja się powzruszam, jak już w sklepie na rogu pojawią się orzechy kokosowe".
Jest tam jeszcze jedna scena, która, podobnie jak ten orzech, drażniła moją wrażliwość. John Voight trafia do pokoju kobiety, która - według jego planów - zapłaci mu za seks, a która sama w końcu okazuje się prostytutką. Uprawiają więc seks na tym jej wielkim łóżku, tarzając się po pilocie, który nieustannie przełącza kanały w telewizorze. I pamiętam tego pilota i te niezliczone kanały i moje zdziwienie, że gdzieś, daleko w Ameryce, może i pod pewnymi względami jest nienajlepiej, ale kanałów w telewizorze, to oni mają naprawdę bardzo dużo.
Też w tamtych latach, oglądałem inny już film, Taxi Driver Scorsesego. Robert De Niro siedzi z rewolwerem przed telewizorem, a w telewizorze leci jakiś kompletnie idiotyczny program, typuTaniec z gwiazdami, czy może jakaś idiotyczną operę mydlaną w stylu M jak miłość. De Niro siedzi, w kompletnej rozpaczy i szaleństwie, i popycha ten straszny telewizor nogą, nie mogąc się zdecydować, czy go ostatecznie popchnąć tak, żeby spadł ze stolika. Ostatecznie go zrzuca, telewizor eksploduje i wtedy już wiemy, że za chwilę rozpocznie się piekło. I to, przyznam szczerze, rozumiałem.
Dziś natomiast czytam, jak Krzysztof Wołodźko opowiada o swoich wrażeniach związanych ze starymi felietonami Stefana Kisielewskiego. Nie chcę, żeby ktoś myślał, że jestem zarozumiały, ale, ponieważ sam dobrze pamiętam to, co kiedyś pisał Kisiel, i ponieważ czytałem go zawsze z wielką atencją, myślę, że kiedy Kisiel oglądał Nocnego Kowboja, albo Taksówkarza, bardzo prawdopodobnie, tak jak ja, myślał sobie o tym kokosie i o tych telewizyjnych programach. O tej mnogości kanałów, ale też o tym, co na tych kanałach na nas czyha. Na ile znam Kisiela, jest bardzo możliwe, że on mógł sobie myśleć, że ten program, który doprowadza De Niro do takiej desperacji, jest w gruncie rzeczy świetny, a sam film jest głupi i nieprawdziwy. Kisiel kochał kapitalizm z całym jego bagażem nieszczęść. Zupełnie też jest jednak prawdopodobne, że on tych nieszczęść nawet za bardzo nie dostrzegał.
A ja się zastanawiam, co on by powiedział teraz, gdyby żył i gdyby nie był jeszcze takim staruszkiem, który jest tak przywiązany do swoich racji, że w gruncie rzeczy nie powie nam już nic ciekawego. Ciekawy jestem, czy Kisiel byłby liberałem w naszym polskim, nowoczesnym ujęciu, czy liberałem w ujęciu bardziej sensownym, amerykańskim, czy może byłby człowiekiem o wrażliwości lewicowej, jak Krzysztof Wołodźko, czy może byłby kimś takim, jak Lech Kaczyński, czy może Jarosław Kaczyński, o których dawni przyjaciele Kisiela, jak Tomasz Wołek, mówią, że to socjalistyczne ścierwo i faszystowska hołota.
Ciekawy jestem, czy Kisiel, gdyby żył dziś, w tej nowej, przedziwnej Polsce, która nie jest ani kapitalistyczna, ani komunistyczna, ani bogata, ani biedna, ani wolna, ani okupowana, ale w której orzechów kokosowych jest co nie miara, podobnie jak kanałów w Cyfrze, Polsacie i w cyfrowej ofercie ITI. Czy Kisiel lubiłby jadać w McDonaldzie i czy cieszyłby się, że w Auchanie jest tak strasznie dużo kas. Bardzo chciałbym wiedzieć, czy Kisiel umiałby korzystać z Internetu, i czy gdyby nie umiał, to uważałby to za wstyd, czy za powód do dumy.
Chciałbym to wszystko wiedzieć, bo przez wiele, wiele lat, które przeżyłem w komunie, Kisielewski był dla mnie bardzo ważną osobą, może i autorytetem. Myślę, że gdyby Kisiel mi dziś powiedział, że mam się od tego świata odczepić, bo ten świat jest okay, to bym się odczepił. Mam jednak nadzieje, że by tak nie powiedział.

A Simple Story

Jak się zdaje, sprawa konfliktu między Ludwikiem Dornem, a jego partią, a ostatnio, fakt usunięcia Ludwika Dorna z ugrupowania, które współtworzył i które przez wiele lat wspierał, wciąż prowokuje kolejne pytania i jeśli tak dalej pójdzie, niewykluczone , że już wkrótce Discovery Channel wyprodukuje kolejny odcinek serialu zatytułowanego Niewyjaśnione zagadki XXI wieku. Póki co jednak, dyskusja toczy się na poziomie spekulacji czysto amatorskich i - jak się zdaje - ile głosów, tyle opinii. Można jednak w tym zgiełku wyłapać pewne tendencje i spróbować je jakoś uszeregować. Ogólnie rzecz biorąc, część opinii publicznej twierdzi, że Ludwik Dorn padł ofiarą swoich błędów i jego usunięcie z partii jest tylko jego winą, a druga grupa jest przekonana, że Ludwik Dorn runął pod ciężarem chorej sytuacji wewnątrz swojej partii, antydemokratycznych procedur i tyranii jednej osoby i tak zwanej świty.
Dziś jednak, wśród komentarzy na swoim blogu, znalazłem opinię malviny, która sugeruje możliwość intrygi sprokurowanej zarówno poza samym PiS-em, jak i poza osobistymi emocjami Ludwika Dorna. Odpisałem natychmiast malvinie, sugerując, że to, co kierowało Ludwikiem Dornem, to nie jakieś zespoły intrygantów, ale zwykła ludzka, prosta historia, których wiele, a których potęgi, przez zwykłe lekceważenie dla prostych historii, mamy skłonność nie dostrzegać i napisałem malvinie, taki króciutki tekst:
On intelektualista, żyd, ateista, wielokrotny rozwodnik, autor pięknych wierszy dla dzieci, ona artystka, katoliczka, właścicielka renomowanego body painting studio. Maluje obrazy na ciałach ludzi wrażliwych i bogatych.
On jest jednym z liderów partii faszystowskiej, ona z serca i duszy urodzoną demokratką".
I ten kawałek skromnej literatury zakończyłem słowami: „I tak to się zaczyna..."
Nawet mi do głowy nie przyszło, że miałbym kontynuować ten wątek, gdy otrzymałem kolejny komentarz od, tym razem, venissy, w którym ona odwołuje się do którejś ze swoich starszych analiz, i opowiada o psychologii tzw. rajdów motocyklowych.
I to ostatecznie, ten opis prawdziwych mężczyzn na tych czarnych, ryczących maszynach, zmusił mnie do dalszej pracy nad moją prostą historią o, powiedzmy, Johnie i Mary.
Proszę, posłuchajcie.
... ona z serca i duszy urodzoną demokratką. Początek nie wskazuje na to, żeby z tego związku mogło się coś urodzić. On jest w końcu dwa razy od niej starszy. Politycznie, kulturowo, a i może cywilizacyjnie, są sobie ludźmi zupełnie obcymi. Ale mija czas, a oni są wciąż razem. John powoli zaczyna wchodzić w dotychczas nieznany sobie świat. Świat ludzi, owszem,inteligentnych i oczytanych, jednak w zupełnie inny sposób, niż on to dotychczas rozumiał. Jest to świat ludzi inteligentnych, a przy tym wolnych.
Spędzają wspólnie dzień za dniem, bywają na przyjęciach, na kolacjach, chodzą na przedstawienia do teatru i na wystawy. John poznaje nowych ludzi, ludzi jakich dotychczas nie znał. Któregoś dnia, Mary proponuje mu piękny rysunek na jego skórze. Pokazuje mu wzór, jednak John nic z tego co widzi nie rozumie, więc zawstydzony odwraca głowę i grzecznie odmawia. Ale obraz, który ujrzał, z jakiegoś powodu, nie daje mu spokoju. Ostatecznie zgadza się i na jego ciele pojawia się znak, symbol, obraz - obraz prawdziwej wolności.
Mijają kolejne dni i tygodnie. Oczywiście John ma swoje sprawy, swoje zajęcia, swoje towarzystwo, ale to już nie jest ten sam John, co jeszcze w zeszłym roku. Oczywiście, jest wciąż wiernym i lojalnym członkiem swojej partii, jednak on już wie, że faszystowska ideologia, która go, w tak niezrozumiały sposób przed wielu laty zaczarowała, to nie jest ten prawdziwy świat, świat ludzi czystych i pięknych.
Mary jest spokojna. Ona ani go nie naciska, ani go nie próbuje do niczego przekonać, ani nie stawia mu żadnych warunków. Ona mu jedynie pokazuje nowy świat, świat pozbawiony nienawiści i złych, niszczących człowieka ambicji. Zbliżają się jednak wybory parlamentarne. Partia Johna ma wielkie szanse, żeby stać się dominującą siłą na politycznej scenie. Opinia publiczna w kraju jest przerażona, środowiska elit zamilkły w nieznośnym oczekiwaniu. John jest rozrywany przez żywioły. Z jednej strony, partia ma w stosunku do niego swoje oczekiwania, z drugiej strony, władze partii już wiedzą, że John nie jest już dłużej osobą absolutnie pewną, na którą prezes partii może liczyć, tak jak kiedyś. John jednak wie, że w przypadku wygranych przez partię wyborów, on może jeszcze coś uczynić, zorganizować jakiś powszechny ruch na rzecz takich zmian we władzach ugrupowania, które uczynią z jego ugrupowania, które jakoś tam ukochał, propozycję na czasy nowe i czasy dobre. Więc tkwi w tym bagnie, wbrew sobie i wbrew temu, do czego wzywa go prawda.
Prowadzi więc John swe podwójne życie, między gabinetami partyjnymi, a światem idei i prawdziwej sztuki. Któregoś dnia, odkrywa w sobie pasję gotowania. Zwykłego gotowania dla siebie i rodziny. Mary mu kupuje książkę angielskiego kucharza, Jamie Olivera. John pochłania lekturę w kilka godzin, a później wraca do niej już każdego dnia, odkrywając nowe światy wykwintnych zapachów i niezwykłych smaków. Mary w tym czasie też odkrywa coś nowego. Mianowicie niezwykły kucharski talent Johna. Od dziś to John będzie przygotowywał przyjęcia dla przyjaciół Mary, ale i także dla swoich nowych znajomych.
Któregoś dnia Mary proponuje mu wyjazd na pielgrzymkowy rajd motocyklistów do jednego z najsłynniejszych miejsc kultu maryjnego. John jest całkowicie porażony. I nie chodzi o to, że nie umie jeździć na motocyklu i że, jeśli idzie o tego typu wyczyny, to najdalej jak mu się udało zaryzykować, to jazda na wrotkach. Jeździł na tych wrotkach, owszem, z pasją i często z najwyższą przyjemnością, ale dziś, tego rodzaju rewolucja nie mieści mu się w głowie. Dodatkowo, jak już wiemy, John nie jest w żaden sposób emocjonalnie związany z jakąkolwiek religią, a tym bardziej z religią katolicką, i to jeszcze na poziomie kultu maryjnego. Boi się, a z drugiej strony wie, że jego życie i tak już nigdy nie będzie takie, jak było. Zgadza się więc, w pięknej czarnej skórzanym stroju dosiada pożyczonego motocykla i pędzi w kierunku świata, który zmieni jego nowe życie ostatecznie.
I teraz już nic nie ma znaczenia. Ani partia, ani polityka, ani wybory, ani walka, ani ambicje. Oczywiście, trzeba się jakoś wycofać z dotychczasowego życia, trzeba to zrobić w honorem i w miarę możliwości na swoich warunkach. Ale i tak, John wie, że wygrał wszystko, co miał do wygrania. Wygrał nowy, piękny świat i wygrał wolność. I tego już mu nikt nie zabierze".
Taka to historia. Prosta, zwykła historia, o prostych zwykłych ludziach, takich jak my wszyscy. A jaki z niej morał? Taki mianowicie, że to, co decyduje o naszym życiu, to nie spiski, nie intrygi, nie chore plany chorych ludzi w ciemnych, bezlitosnych gabinetach. To samo życie, które otwiera przed nami przeróżne możliwości, a my jedynie decydujemy, czy chcemy z tej szansy skorzystać.

czwartek, 23 października 2008

Uwaga: totalitaryzm!

Przy okazji wyrzucenia Ludwika Dorna z partii, zgodnie z przewidywaniami, powrócił temat, a razem nim dyskusja na temat systemów totalitarnych, faszystowskich, dyktatorskich, autorytarnych, a nawet - zwyczajnie - przestępczych. Chodzi naturalnie, nie o Dorna, ale o Jarosława Kaczyńskiego i ogólnie o PiS. Chodzi o to, że Ludwik Dorn został wyrzucony z PiS-u, bo PiS jest sektą, która swoich członków i sympatyków doprowadza do takiego stanu otępienia, że po bardzo krótkim czasie, niemal każdy z nich zostaje tchórzem i lizusem, a przede wszystkim traci rozum i umiejętność podejmowania decyzji. Co więcej, po paromiesięcznym praniu mózgów, które Jarosław K. wspólnie z Przemysławem G. i Markiem K. urządzają, dobrym w gruncie rzeczy, ludziom większość nich nabiera przekonania, ze jest im w partii dobrze i że prezes partii jest prezesem dobrym i skutecznym.
Większość więc, jak mówię, ulega tym wymyślnym technikom manipulacyjnym, ale nie wszyscy. Jednym z tych, którzy się oparli urokowi prezesa, był Ludwik Dorn i za to został usunięty z partii. Przyznać tu muszę, że ma z tą sytuacją kłopot, bo nie potrafię zrozumieć, dlaczego Dorn nie został skrytobójczo zamordowany, albo przynajmniej uwięziony w partyjnym lokalu. Na ile się orientuję, w sektach sprawy się załatwia raczej tak, że stamtąd wyjścia nie ma, a nie że opornych się wyrzuca. Wprawdzie, pomijając PiS, nigdy nie należałem do żadnej sekty, ale, z tego co mi wiadomo, sytuacje, gdzie ofiara sekty bardzo chce w sekcie zostać, a przywódcy sekcji ją wyrzucają, raczej się zdarzają bardzo rzadko.
Pamiętam, jak kiedyś przyszły do naszego domu dwie panie Świadkowie Jehowy. Posadziliśmy je w fotelach, podaliśmy herbatę i zagłębiliśmy się w rozmowę. I wówczas, nieopatrznie, przyszedł kolega, który siadł, powiercił się troszeczkę i nagle wyskoczył z grzecznym pytaniem: „Czy państwo wierzą w szatana?". Kiedy panie potwierdziły, kolega zadał drugie pytanie: „Czy przyszło panią kiedyś do głowy, że jesteście opętani?"
I wtedy panie zaczęły wiać. One się tak wystraszyły, jakby uznały, że zostały właśnie wciągnięte do sekty i jedyny dla nich ratunek, to uciec natychmiast. Zanim zacznie się indoktrynacja. Prosiliśmy, zapewnialiśmy, że kolega nie chciał powiedzieć nic złego, rzucaliśmy ukradkiem urok. Nic nie pomogło. Panie wybiegły w popłochu, nawet nie czekając na windę.
Ja bym się więc spodziewał, że Ludwik Dorn też z PiS-u czmychnie, a tu - niespodzianka. On wręcz przeciwnie. Bardzo chce tam zostać. Tego więc nie rozumiem.
Faktem jest jednak, że, czy tego chcemy, czy nie, czy to rozumiemy, czy nie, według bardzo mądrych i bardzo licznych opinii, w PiS-ie panuje system totalitarny, który rozlewa się na cały kraj i jest już ostatni dzwonek, by się tym zainteresować i tę zarazę powstrzymać.
Ponieważ mam swoje lata, mniej więcej orientuję się, na czym dokładnie polega system totalitarny. W moim pojęciu jest to system, w którym z jednej strony stoi obywatel, a z drugiej państwo w pełnym wymiarze. Obywatel, to człowiek w kolejce do urzędu, albo w kolejce do sklepu, albo uczepiony rurki w autobusie, albo czekający na zepsuta windę. Państwo, to wszystko, co obywatel ma naprzeciwko siebie. Czyli urzędnik, taksówkarz, konduktor, pani sklepowa, by nie wspomnieć już o panu milicjancie. System totalitarny najpierw tworzył opozycję obywatel - władza, a następnie stawiał obywatela w roli nieustannego petenta.
Oczywiście, ten podział był ruchomy. Bo, jeśli okazało się, że obywatel jest jednocześnie sprzedawcą w kiosku ‘Ruchu', to od chwili, gdy zasiadał za swoją szybka natychmiast stawał się państwem i podlegał ochronie.
Jacek Fedorowicz, człowiek niegdyś bardzo zdolny i - niewykluczone - porządny, wydał taka maleńką książeczkę zatytułowaną W zasadzie tak. Taki poradnik, jak żyć i poruszać się w systemie totalitarnym. W pewnym momencie pisze tak:
Wiem, że namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie, albo na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma, co prawda, ogólną sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, ze jest w y j e t y s p o d p r a w a.
Niech no tylko spróbuje zaprotestowac przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, ze kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka toaletowa, listonosz, bileter) s ą w e w e n t u a l n y m s p o r z e s t r o n ą r e p r e z e n t u j a c ą p l a c o w k ę p a n s t w o w ą, a p i j a n y j e s t p i j a n y, choćby wypił tylko pól kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę."
To był dla mnie system totalitarny. Więc dziś, kiedy dowiaduję się, że to, że władze partii politycznej wyrzuciły ze swoich szeregów jednego z członków, jest dowodem totalitaryzmu wylewającego się z tego ugrupowania, a prezesa tej partii stawia w jednym szeregu z największymi dyktatorami i satrapami w historii świata, to oczywiście się troszeczkę dziwię, ale ogólnie rzecz biorąc, zakładam, że pewnie jestem niedouczony i może nawet naiwny.
Zanim jednak ostatecznie przyjmę nauki mądrzejszych i bardziej światłych od siebie, chciałem o coś spytać. Jak to jest, że w towarzystwie, w którym się i zawodowo i osobiście obracam od wielu już lat, istnieje taki nastrój, że nie wypada lubić PiS-u? Ja nie mówię, że istnieją jakieś oficjalne zakazy. Ja mówię o atmosferze. Poznaję kogoś nowego i po chwili, człowiek ten, uznając, że jestem miłym i sympatycznym człowiekiem, natychmiast zaczyna przy mnie pluć na Kaczorów. Nie robi tego po to, żeby mi dokuczyć. On jest absolutnie przekonany, że jestem taki jak on i że taka ewentualność, że ja PiS szanuję, wręcz nie istnieje.
Pamiętam, jak w 2005 roku, kiedy PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został prezydentem, pracowałem od paru miesięcy w nowej szkole. W jeden i drugi powyborczy poniedziałek, w pokoju nauczycielskim była taka atmosfera, jakbym się znalazł w sztabie wyborczym Platformy Obywatelskiej. Kiedy powiedziałem, że ja akurat jestem w nastroju dość dobrym, wszyscy uważali, że ja jestem taki żartowniś i powiedzieli mi, żebym się nie wygłupiał, bo oni nie mają ochoty na śmiechy. Ostatecznie jednak, zorientowali się, że ja jestem ciałem obcym i od tego czasu nikt nawet za mną nie chciał się - normalnie, jak to w nauczycielstwie - zakolegować.
Proszę mi może powiedzieć, czy jeśli ja idę przez supermarket w moim mieście i widzę stoisko w całości poświęcone gadżetom wyszydzającym albo Radio Maryja, albo braci Kaczyńskich, takich jak breloczki, koszulki, kubeczki, nalepki, przypinki, i ja - idąc tym pasażem i mijając to stoisko - czuję się, jak obcy, to czy to jeszcze jest demokracja, czy może już totalitaryzm?
Czy, jeśli ja się dowiaduję, że w tych dniach, starosta Raciborza zabronił organizacji spotkania młodzieży szkolnej z Anną Walentynowicz, to dlatego, ze on jest demokratą, czy dyktatorem. Czy on reprezentuje rządy totalitarne, czy tylko autorytarne?
Czy jeśli wczoraj, w programie telewizyjnym oficjalnie i publicznie, wicepremier rządu ogłasza, że jeśli demokracja będzie sprawiała kłopoty, to władza tej demokracji przytnie trochę jej nieodpowiedzialne ambicje, a prowadząca program dziennikarka udaje, że nic nie zauważyła, to ten cały system, który opanował nasz kraj, to system autorytarny, dyktatorski, totalitarny, czy może wciąż jeszcze demokratyczny?
Ja wiem, że to wszystko to drobiazgi i że w porównaniu choćby z takimi zbrodniami, jak usunięcie Ludwika Dorna z PiS-u, to o czym ja mówię to nic nie znaczący pyłek. Ale ponieważ zauważyłem, że w tych ostatnich dniach zabierali głos ludzie naprawdę wrażliwi i uczeni, dbający o kondycje naszej Ojczyzny, to pomyślałem sobie, że może i zechcą oni, choć króciutko zwrócić uwagę na mój dylemat i mnie jakoś oświecić.

środa, 22 października 2008

demokraci.com

Kiedy powstała, już chyba dziś nieistniejąca, partia o cudacznej nazwie demokraci.pl, i ogłosiła narodowi, jak się wabi, większość komentatorów śmiała się i szydziła przede wszystkim z formy, jaką twórcy ugrupowania uznali za powabną, ale też z samej zawartości tego opakowania. Śmieszne bowiem bardzo było to, że te wszystkie wielkie, wręcz ikonowe, nazwiska, takie jak Lityński, Geremek, Frasyniuk, Mazowiecki, Wujec, Onyszkiewicz i kto tam jeszcze się wybrał, podejmują kolejną próbę zaistnienia na scenie politycznej, tym razem, jako kompletnie nieokreślona frakcja Komunistycznej Partii Polski, i to z tak kiepskim alibi. Ja się też śmiałem, jednak absolutnie ani nie z tego, że ktoś im tam wybrał tak głupkowatą nazwę, ani nawet z tego, że w swojej desperacji zawędrowali ci wieczni bohaterowie pod czerwone strzechy. W końcu ludzie, którzy tworzyli to środowisko i którzy to środowisko wspierali intelektualnie, nigdy nie byli zbyt inteligentni, a z kolei dążenie polityka nieważnego do tego by stać się politykiem ważnym, jest dla mnie rzeczą naturalną i całkowicie zrozumiałą.
Śmiałem się z merytorycznej zawartości tej nowej nazwy. Śmiałem się, bo jest dla mnie rzeczą niezwykle śmieszną, że ludzie, dla których demokracja miała zawsze wartość tylko o tyle, o pozwalała im niszczyć wszelką obywatelską inicjatywę i od samego początku stanowiła jedynie wymówkę dla działań ściśle antydemokratycznych, że ci właśnie ludzie, zupełnie obsesyjnie potrzebowali dobierać sobie nazwy ze słowem ‘demokracja', ‘wolność' lub ‘obywatelski', w tle.
Najpierw był to tak zwany Komitet Obywatelski, następnie ROAD, czyli - o ile mnie pamięć nie myli - Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, później Unia Demokratyczna, dalej Unia Wolności, a ostatnio właśnie demokraci.pl.
Dlaczego twierdzę, że dla takich ludzi, jak śp. Bronisław Geremek, czy Jan Lityński demokracja była zawsze tylko pustym dźwiękiem? Dlatego mianowicie, że przez te ponad 18 już lat ich systematycznego upadku politycznego, ale też i ściśle ludzkiego, każdy z nich udowadniał, dzień w dzień, bardzo dobitnie, że dla nich władza ludu jest piękna, jeśli tylko lud jest chętny dokładnie realizować polecenia swoich przedstawicieli na szczytach władzy. No i oczywiście, jeśli wcześniej, zgodnie z wolą tej właśnie obywatelskiej i demokratycznej inicjatywy, ich przedstawicieli w wolnych wyborach wybierze, jako swoich panów i mentorów.
Przez wszystkie lata wolnej już i niepodległej Polski, obserwowałem, najpierw z rosnącym niedowierzaniem, a później już tylko z coraz większą obojętnością, jak ci właśnie ludzie, którzy na co dzień machali nam przed oczami sztandarem z wielkim napisem ‘demokracja', potrafią znienawidzić jednego człowieka tylko za to, że okazał się - w ich mniemaniu - nieodpowiednio przygotowany do roli obywatela-wyborcy. Jestem przekonany, że gdyby znalazł się jakiś skrupulatny i pracowity badacz i zebrał wszystkie adekwatne wypowiedzi na tematy ogólnospołeczne, które padły dotychczas z ust takich tuzów polskiej polityki, jak Andrzej Celiński, Władysław Frasyniuk, czy Waldemar Kuczyński, można by było z tych wycinków skleić całą grubą książkę i nadać jej jakiś odpowiedni tytuł, na przykład „Dzieje polskiej bezczelności".
Wspomniałem Waldemara Kuczyńskiego. Gdyby ktoś nie pamiętał, o kogo chodzi, to przypomnę. To ten pan, który ostatnio głównie powtarza, że on by bardzo chciał, żeby Polska się publicznie porzygała, narobiła sobie wstydu na cały świat i żeby wreszcie można było zacząć wszystko jeszcze raz, od tego momentu, jak głupi lud przerwał tak pięknie rozwijające się rządy ludzi kochających wolność i demokrację. Więc Waldemar Kuczyński już nie jest człowiekiem stamtąd. On się właśnie zaangażował w budowanie nowej, silnej Polski ze stosunkowo nową formacją - formacją o nazwie Platforma Obywatelska. Oczywiście Kuczyński nie jest ryzykantem. On dobrze wie, na kogo można postawić, żeby się za bardzo się nie ubrudzić. Owszem, jak ktoś jest skuteczny, to tym lepiej, ale najważniejsze, żeby ci jego nowi kompani nie byli za bardzo naiwni. To znaczy, żeby nie wydawało im się, broń Boże, że ludzie mają coś do gadania. I że można im na zbyt wiele pozwalać.
W moim przekonaniu, zresztą, Kuczyński trafił idealnie. Bo raz, że ma wreszcie kogoś kto ma realną władzę, kogoś kto potrafi o tę władzę walczyć, no a przede wszystkim z jednej strony gardzi motłochem, a z drugiej strony wie, że trzeba bardzo się starać, żeby ten motłoch, w miarę możliwości nieprzerwanie, oszukiwać. Albo przez własną inicjatywę, albo przez wynajęte firmy piarowskie, które znają się na tej robocie najlepiej. Udało mu się więc odnaleźć swoje dawne towarzystwo, tyle że w o wiele nowocześniejszym wydaniu i z o wiele ciekawszymi perspektywami.
Piszę więc dziś sobie o ludziach starej Unii Demokratycznej, ich fantazjach, kompleksach i ich nieustannym rozkładzie, jednak nie dlatego, że jakoś chciałem uczcić ich ostatnie telewizyjne występy, ani też po to, by jakoś nakarmić swoją nostalgię za latami młodości. Piszę dlatego, ze wczoraj do tej grupy, w pewnym sensie dołączył Ludwik Dorn, człowiek, który zawsze robił wrażenie porządnego populisty, a ostatnio - w momencie jak stał się częścią tak zwanego towarzystwa - z tak okropnym przytupem pokazał wszem i wobec, co on sądzi o demokracji.
Jak wiemy, Dorn jest ciężko skonfliktowany ze swoja partią i ze swoimi byłymi partyjnymi kolegami. Ja - jak już wielokrotnie tu zaznaczałem - mam swoja własną teorię na temat faktycznych przyczyn tego konfliktu, jednak dla dobra argumentacji, pozwolę sobie założyć, że jest dokładnie tak, jak mówi Dorn. Czyli PiS przegrał wybory, bo władze partii sknociły sprawę, a obecnie, zamiast wyciągnąć wnioski z porażki, jeszcze dalej brną w tę drogę bez wyjścia i jeśli dalej tak pójdzie, ukochana partia Dorna osiągnie absolutne dno i w ten sposób zakończy swój niechlubny żywot. Dorn nie chce do tego dopuścić, bo on bez PiS-u nie wyobraża sobie przyszłości, więc staje na głowie, żeby PiS ratować. On nawet ma gotowy plan. Trzeba z PiS-u jak najszybciej wywalić Kaczyńskiego, Gosiewskiego, Kurskiego, Lipińskiego, Kuchcińskiego, Suskiego, Karskiego, Brudzińskiego, Ziobrę, wpuścić trochę świeżej krwi, nawiązać jakieś normalne stosunki z Platformą Obywatelską, spróbować w pewnym momencie Platformę osłabić, być może przejąć z Platformy co bardziej wartościowych polityków, no i wówczas zacząć wreszcie rządzić pełną gębą.
I znów, ja wcale nie zamierzam się z Dorna śmiać, szczególnie, ze robiłem to chyba wystarczająco intensywnie wczoraj. Nie chodzi mi też o to, żeby z nim polemizować i tłumaczyć, że jego plan jest absolutnie nierealny, choćby z tego powodu, że PiS sobie świetnie radzi i nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby podporządkowywać się fantazjom Dorna. Chodzi mi o coś dalece bardziej poważnego i w sumie wcale nie wesołego. Myślę bowiem sobie, ze PiS, przy wszystkich swoich błędach i głupstwach, jakie być może uczynił - również z winy samego Jarosława Kaczyńskiego - w czasie kampanii wyborczej zeszłej jesieni, dokładnie w tym zestawie personalnym, jaki tak dziś drażni Dorna, uzyskał ponad pięciomilionowe wsparcie wyborców. Co to znaczy? Nie mniej ni więcej, oznacza to tyle, że ponad pięć milionów Polaków, wbrew ciężkiej, często strasznie ciężkiej, antypisowskiej propagandzie, poszło do wyborów i zagłosowało właśnie na tych ludzi, którzy dziś, zdaniem Dorna, niszczą i hańbią jego partię.
Co jeszcze to znaczy? To mianowicie, ze mimo ciągłej intensywnej kampanii antypisowskiej, PiS w znakomitym stylu wygrał uzupełniające wybory do Senatu, a dziś wciąż utrzymuje względnie stałe poparcie społeczne.
I na to wszystko przychodzi Ludwik Dorn i mówi, ze on na to pozwolić nie może, bo on kocha swoją partię, ma swoje plany i już nie może się doczekać aż je będzie mógł zacząć realizować. A ja chciałbym wiedzieć, jak sobie Dorn wyobraża sekwencję zdarzeń? On przeprowadza odpowiednie zmiany w składzie osobowym PiS-u, Jarosława Kaczyńskiego oczywiście usuwa, a wyborcy PiS-u co na to? Co Dorn im wtedy zaproponuje? Czy on ich może przekona, że oni są w sumie świetni, tylko, że obstawili nie do końca właściwego konia? I co Dorn sobie wyobraża dalej? Że ci sami ludzie, którzy wcześniej głosowali na Kaczyńskiego, teraz zagłosują na Dorna, który im właśnie wyjaśnił, że Kaczyński jest do kitu? Te 5 milionów ludzi, którzy postawiło na PiS wbrew wszystkim możnym tego świata, zgodnie z własnymi wyobrażeniami o tym, jaka ma być Polska, zgodnie z własnym sumieniem, teraz przeniesie swoje głosy na Dorna, który właśnie przed chwilą zniszczył ich partię i twierdzi, że to wcale nie on? A do tego jeszcze, część zawiedzionych zwolenników Platformy się przyłączy do zwycięskiego Dorna, bo oni tak w gruncie rzeczy zawsze marzyli, żeby być z PiS-em, tyle że im przeszkadzali Gosiewski z Kaczyńskim?
Więc nie. Dorn aż tak głupi nie jest. Ale jemu też chodzi o coś zupełnie innego. Jemu chodzi o władzę. Czystą władzę. Bo on w ogóle dziś już nie myśli o wyborcach. On obecnie ma wyborców w głębokiej pogardzie. Jeśli idzie o kolejne wybory, to on wie, że na razie nie ma o czym gadać. A później się zobaczy. Jakieś rozwiązanie się znajdzie. On jest mądry. On zrobi to wszystko, co wcześniej nie udało się ani Michnikowi, ani Geremkowi, a później Tuskowi, i zrobi to lepiej. On już nawet ma gotową nazwę: demokraci.com.
Jak dziś premier Schetyna mówi, że Platforma gotowa jest nawet zlekceważyć wszelkie możliwe procedury demokratyczne, byle tylko móc prowadzić swoją politykę, to Dorn się z tego śmieje. On wie, że bez niego im się nie uda. Bo bez niego nie uda się nikomu. Taki to już jest przypadek.

wtorek, 21 października 2008

Pawana na odejście Ludwika Dorna

No i już jest po Dornie. Wprawdzie były wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości tłumaczy, że to tylko sytuacja przejściowa, że on „tu jeszcze wróci", że on jest tylko „na wygnaniu", ale o tym, że - jak mówię - już po Dornie, wiedzą już wszyscy, tylko nie sam zainteresowany. I jest to oczywiście bardzo dziwne, bo, jak słusznie zauważają wszyscy komentatorzy, od lewej do prawej, Ludwik Dorn, to najjaśniejsza może gwiazda na intelektualnym firmamencie polskiej polityki. Głupio więc to wygląda, kiedy wszyscy wiedzą, a on nagle nie.
Jest więc już po Dornie i - szczerze powiem - że, choć nie jest mi bardzo smutno, to popadłem w nastrój refleksyjny, bo dużą część moich politycznych emocji zawsze jakoś wiązałem z Ludwikiem Dornem, cieszyłem się ze słów, które wypowiadał i dumny byłem ze wsparcia, jakiego swoją błyskotliwą duszą udzielał mojej partii.
Poświęcam więc mu swój dzisiejszy wpis, żeby jakoś uczcić ten jego ostateczny upadek, a z drugiej strony, żeby podumać nad paroma rzeczami. Otóż jest bowiem jedna rzecz, której nie do końca rozumiem. Jak sobie mianowicie Dorn to wszystko wykalkulował i jak on sobie kalkuluje to wszystko teraz? Nie ulega wątpliwości, że on akurat jest dużo bardziej sprytny, czy - jak mówią niektórzy - intelektualnie sprawny, niż zarówno Ujazdowski i Zalewski, czy Jurek, by już nie wspomnieć o Arturze Zawiszy, czy Marianie Piłce, więc od początku wiedział, że przyłączanie się do prezydenta Wrocławia, czy zakładanie wspólnej partii z Rokitą nie ma większego sensu. Jest też zbyt ambitny, żeby uciec w biznesy, albo pisanie wierszy dla dzieci, a i też - znów - zbyt inteligentny, żeby machnąć na tę całą politykę ręką, no bo wie doskonale, że cóż on bez polityki może znaczyć w towarzystwie, które sobie ostatnio tak bardzo upodobał.
Mógłby zacząć na stale współpracować z Dziennikiem i pisać bardzo mądre analizy dla Michalskiego ku uciesze wykształciuchów, którym jest Dorn, jakby nie było, ojcem chrzestnym. Ale pewnie też wie, że i tak w intelektualnym bełkocie nie prześcignie samego Michalskiego, a jeszcze może się zdarzyć, że ktoś coś niechcąco zrozumie, co on chce powiedzieć i nakład Dziennika jeszcze bardziej spadnie. I oczywiście wszystko pójdzie na niego.
Biedny Dorn, gdzie spojrzeć - wszędzie ściana. A coś z sobą zrobić trzeba. Człowiek się ledwo co ożenił z młodą, ładną, ambitną kobietą. Zawsze, gdzie się pokazał, ludzie pytali, a co tam w tym PiS-ie, albo czy ten Miecugow to wysoki, czy niski, albo, czy Gosiewski rzeczywiście na wylocie, a Dorn opowiadał z szarmanckim uśmiechem najnowsze anegdoty ze świata wielkiej polityki. I kim on teraz ma być? Autorem wierszy dla dzieci? Proszę nie żartować.
Więc, jak on to sobie wszystko wymyślił? Na pewno nie rzucił się głową w przepaść. Myślał pewnie, że z jednej strony, przeciągnie na swoją stronę paru kolegów, ci co wcześniej odeszli, zamiast iść na stracenie do Dutkiewicza, w uznaniu jego słynnej intelektualnej potęgi, zechcą go oficjalnie poprzeć i razem uzyskają taką przewagę, że będą potrafili skutecznie zaszantażować Kaczyńskiego i wspólnie odnowią oblicze partii. Tej partii.
Bo - jeszcze raz to powiem - Dorn głupi nie jest. On wie, że na scenie politycznej miejsca już nie ma. Że albo on zbuduje swoją potęgę na PiS-ie, albo nie zbuduje jej w ogóle. Oczywiście mógł spróbować, wzorem Sikorskiego, przystąpić do Platformy i sobie roić, że on tam zrobi rewolucję i stanie na jej czele. Tu jednak też wracamy do podstawowej kwestii. Może i Dorn zbzikował na starsze lata, ale nie na tyle, żeby się zsunąć do poziomu Sikorskiego.
Chodzi więc Dorn po najróżniejszych redakcjach, chytrze wypatruje mikrofonów i kamer, żeby zrobić ładną minę i podkreślić, że on jest oczywiście do śmierci pisowiec, tyle, że ten kulturalny, mądry, a jeśli ma beret, to ściśle angielski, a nie toruński. Wie, że to działa. Troszeczkę, ale działa. Dziennikarze, specjaliści od sceny politycznej, co mniejsi politycy, są głupi i myślą, że będą Dorna chwalić, a on im zagra, jak zechcą. A on wcale im nie zagra. To oni zagrają Dornowi. Niech on tylko się trochę otrzepie i dojdzie do siebie. W końcu zostanie tym prezesem PiS-u i pokaże wszystkim, jak się łączy aksjologię z postępem.
Więc pewnie tak to właśnie sobie Dorn kalkulował, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, i tak pewnie sobie nadal kalkuluje. Bo co mu pozostaje? Maksimum trzy lata posłowania i niebyt. Tak sobie to liczy, a w międzyczasie słucha niechybnie wszystkich tych pochwal, których przez tyle lat mu tak niesprawiedliwie i tak brutalnie oszczędzano. A wszyscy powtarzają jedno: jakiż to intelektualny gigant z tego Dorna. Dziś w telewizji słyszałem dwóch takich. Pierwszy, to taki jeden politolog, nazwiskiem Markowski, którego TVN gdzieś wygrzebał, jeszcze chyba trzy lata temu, na potrzeby pierwszych kampanii wyborczych przeciwko PiS-owi, a drugi to oczywiście Stefan Marszałek Niesiołowski. Jeden wart oczywiście drugiego, ale, biorąc pod uwagę, że Niesiołowski, to - jakby nie było - jednak jeszcze nazwisko, a ten Markowski to zwykły ruski buc, zatrzymam się tylko na Niesiołowskim. Mówi więc dziś w telewizji pan Marszałek swój stary tekst, napisany i wyuczony na pamięć, jeszcze wtedy, gdy z PiS-u odeszła do Platformy ta (pamiętacie?) wiceminister rolnictwa o zapomnianym nazwisku, a później recytowany przy okazji odejścia każdego kolejnego obrażonego kontestatora, że oto „ostatnia już wybitna postać PiS-u opuściła partię" i że teraz, to już w PiS-ie zostaje same bydło.
Słucha więc Dorn tych sympatycznych słów i cieszy się, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Tyle, że niestety nie wie jeszcze jednej rzeczy. Że to, iż wszystko przebiega zgodnie z planem wiadome jest tylko jemu.
Bo dla całej zainteresowanej - póki co - sprawą Ludwika Dorna grupy obserwatorów, news polega tylko na dwóch rzeczach. Dorn wyleciał z PiS-u i Niesiołowski go za to pochwalił.
Już miałem kończyć, ale nagle zza ściany dobiegł mnie głos Mariana Piłki, który stwierdził, że PiS jest w ciężkim kryzysie. Teraz o ciężkim kryzysie PiS-u opowiada Leszek Miller. Rozmawiają. A więc już wiem, że Monika Olejnik poświęciła swoją dzisiejszą Kropkę upadkowi PiS-u. I jeszcze na dodatek wszedł właśnie mój, cały roześmiany, syn i przyniósł mi newsa na temat Palikota, który podobno powiedział dopiero co, że prezydent Kaczyński jest „postacią psychopatyczną", a oprócz tego „chorym, tragicznym człowiekiem", któremu powinna pomóc rodzina.
Panie Ludwiku. Pan taki mądry człowiek. Czy zechciałby Pan na chwilę oderwać się od swoich spraw i chocby jutro zadzwonić do asystenta Moniki Olejnik, że Pan wpadnie wieczorem do Kropki, skomentować, to co się od godziny dzieje w TVN-ie? Chrzanić bojkot. A za to, z całą pewnością, Pan wymyśli jakiś super bon mot.

Czy ktoś się przestraszył smierci sprzed lat?

Pamiętam bardzo dobrze dzień, kiedy dowiedziałem się, że ksiądz Popiełuszko zaginął. Pamiętam znakomicie moje pierwsze myśli, że to ewidentna robota komunistów, a później pamiętam, jak nadeszła wiadomość, że już wiadomo, że Ksiądz nie żyje i że został zamordowany przez milicjantów. To były niezwykłe czasy. Po raz pierwszy zdarzyło się, że milicja zamordowała człowieka i że ten fakt został publicznie ujawniony. Podobnie jak wielu innych ludzi, z jednej strony oczywiście płakałem nad losem Księdza, nad Jego cierpieniem, a z drugiej jednak miałem satysfakcję, że system po raz pierwszy ‘zwalił' robotę i że będą teraz musieli się wykręcać, kombinować, kłamać, że będą mieli kłopoty i żeby nie wiem co wymyślili, to oficjalnie już będzie wiadomo: ten system morduje niewinnych ludzi.
Ale było coś jeszcze. Była ta nieznośna myśl, i na samym początku tej historii, ale zwłaszcza już później, podczas tego przedziwnego, transmitowanego przez komunistyczną telewizję procesu trzech milicjantów i ich szefa, że to wszystko nie jest rzeczywiste. Że to nie jest koniec tej sprawy. Że to nawet nie jest jej początek. Oglądałem tego Chmielewskiego, z tą jego karykaturalnie wykrzywiona twarzą, jąkającego się i stękającego swoje zeznania; tego Pękalę, grzecznego i przestraszonego, niemalże chłopaka, który budził już tylko współczucie; i wreszcie tego najgorszego, Piotrowskiego, który był już tylko zimny i straszny. Oglądałem ich, w transmisji na żywo, z komunistycznego sądu, w komunistycznej telewizji, i bałem się, ze to może być wszystko nie tak i że pewnie rzeczywiście to wszystko jest kompletnie nie tak. Że to są tylko moje marzenia o wreszcie troszkę bardziej normalnym kraju i to tylko moje pragnienie satysfakcji i ta moja zwykła, młodzieńcza naiwność, skonfrontowana z potęgą całego zła tego świata.
Później nastąpiły wyroki, odpowiednio zróżnicowane. Ci, którzy, jak uważaliśmy wszyscy, stali za tym zabójstwem, oczywiście zostali uniewinnieni, część z nich nawet nie została tknięta, ale zawsze jakieś tam wyroki były i powoli wszystko minęło, a sprawy potoczyły się starym szlakiem.
Jeszcze przez kilka lat komunizm trwał, jeszcze zginęło kilku innych księży, kilku innych działaczy, kilku innych zwykłych ludzi zostało przez służby zamordowanych i nastała nowa Polska. Mordercy księdza Jerzego zostali pomaleńku zwolnieni do domu, ambitni publicyści i wrażliwi obserwatorzy pożywili się troszeczkę nadzieją, że podobno Grzegorz Piotrowski w więzieniu się nawrócił i jest już porządnym człowiekiem, później znów się okazało, że nie do końca i nie całkiem tak i znów wszystko się uspokoiło.
I oto, przed paru dniami gruchnęła wieść, że, jak się okazuje, jest bardzo prawdopodobne, że ksiądz Jerzy Popiełuszko nie umarł tamtej nocy. Że są dokumenty, są świadkowie, są relacje, które mówią, że tak naprawdę ani Pękala, ani Piotrowski, ani ten błazen Chmielewski, nie zamordowali Księdza. Że kiedy oni Go wieźli i zachodzili w głowę, co z Nim zrobić, pojawiły się nie głupie służby z MSW, ale wywiad wojskowy i to on przejął sprawę, razem z nieszczęsnym Księdzem.
Kiedy usłyszałem tę wiadomość, pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to ta, że ja oczywiście nic z tego nie rozumiem. Po chwili, pomyślałem sobie, że oczywiście to musiało nastąpić, a jak nie to, to cokolwiek, co by wyjaśniło ten mój niegdysiejszy niepokój. A później, to już tylko myślałem sobie, że dobrze by było dożyć tego dnia, kiedy ktoś ujawni całą prawdę o tej jednej, jedynej śmierci. Oczywiście, ja zdaję sobie sprawę z czasów, w których żyję. Ja wiem, że mamy demokrację, Europę, wolność, supermarkety i plazmowe telewizory, a w sklepach można nawet kupić zgniłe francuskie sery i spleśniałe francuskie kiełbasy. Ale wiem też, że, jeśli idzie o kłamstwo, to ono jest wieczne i człowiek nigdy do końca nie może być pewien, czy nie jest celem jakiejś nieprzyjemnej akcji, w której on robi za pionka. A więc też i od początku biorę pod uwagę, że nie należy się zbytnio tym, co słyszę z mediów, emocjonować, bo jeśli mogę tak do końca na coś liczyć to wyłącznie na dobrą, mądrą władzę i już konkretnie, powiedzmy, na IPN.
Wczoraj rano, jak co dzień, kupiłem Rzeczpospolitą, a w niej znalazłem artykuł podpisany przez panią redaktor Ewę K. Czaczkowską, a zatytułowany Ksiądz Jerzy na ołtarze. Troszkę się zdziwiłem, bo spodziewałbym się raczej jakiegoś nawiązania do informacji, którą - jakby nie było - żyję nie tylko ja, a tu kolejne rozważania na temat, jak, kiedy i na ile prawdopodobnie, ksiądz Jerzy Popiełuszko zostanie ogłoszony świętym. I nagle - jest! Okazuje się, że pani redaktor Czaczkowska, zupełnie niespodziewanie zmienia temat swojego tekstu i pisze tak:
Podjęciu decyzji przez Kongregację nie pomoże ogłaszanie co jakiś czas, jako rzekomo ‘nowej' prawdy o śmierci ks. Popiełuszki, hipotezy byłego prokuratora IPN Andrzeja Witkowskiego [...] Już kilka lat temu śledztwo prowadzone przez katowicki IPN zdecydowanie wykluczyło tę hipotezę.
Nie ma na to dowodów - mówi ‘Rz' osoba, która była w zespole zajmującym się sprawą. - Te sugestie były weryfikowane i zostały wykluczone.
Jak dowiedziała się ‘Rz', w śledztwie obecnie prowadzonym w IPN też nie ma przełomu. Jego rzecznik Andrzej Arseniuk ucina: - Prowadzimy intensywne czynności i na tym etapie nie ujawniamy szczegółów."
Później jeszcze jest cytat z abp. Nycza, który mówi, żeby nie grzebać i że od grzebania są historycy... Standard. Jest mi bardzo przykro to pisać, bo to Rzepa i w ogóle, ale ostatni raz poczułem tak wyraźnie, że ktoś mi tu chce urządzić pranie mózgu, jeśli idzie o tajemnicę śmierci księdza Popiełuszki, właśnie przed wieloma, wieloma laty, kiedy komunistyczna telewizja pokazała mi na żywo tamten proces. Ja, jak już wspomniałem, przyjmuję do wiadomości taką ewentualność, że wśród różnych prawd są też zwykłe plotki i głupie sensacje, ale wolałbym, żeby Rzeczpospolita, jeśli już zdecydowała mi się o tym przypomnieć, wzięła pod uwagę, że nie każdy z jej czytelników musi być bardzo głupi. Po jaką cholerę, zamiast napisać normalną polemikę z medialnymi sensacjami, redakcja Rzeczpospolitej postanowiła w najbardziej zakłamany sposób przemycać swoje opinie w artykułach o charakterze czysto informacyjnym? I czemu musi to robić w tak tępy sposób? Najpierw Ewa Czaczkowska przekonuje mnie, że ta cała sprawa z tajemnicą śmierci Księdza, to stare ploty i że IPN już przed laty „zdecydowanie" wykluczył jakiekolwiek sensacje. Później nagle, okazuje się, że „nie ma dowodów", by po chwili, znów nastąpił kolejny zwrot, że sensacje zostały „wykluczone". A ja się zastanawiam, są dowody, czy ich nie ma? Jakby tego było mało, Rzeczpospolita się dowiaduje, że w śledztwie „nie ma przełomu", a dowodem na to jest fakt, że rzecznik IPN-u „ucina", ze nic nie powie.
I znów, zastanawiam się skąd redaktorom Rzepy przyszło do głowy, że jej czytelnicy są tak głupi, że nie będą stawiać pytań. Jeśli IPN już lata temu „zdecydowanie wykluczył hipotezę", a wszelkie sugestie też „zostały wykluczone", a nowa prawda o śmierci Księdza jest, jak się okazuje, jedynie „rzekoma", to po jakiego czorta IPN prowadzi jeszcze jakiekolwiek śledztwo? I to jeszcze intensywne? Czy naprawdę pani Czaczkowska sądzi, ze jak ona napisze, że Arseniuk „ucina", to czytelnicy położą uszy po sobie i pójdą się grzecznie pomodlić za beatyfikację księdza Jerzego?
Przeczytałem ten kuriozalny tekst w mojej Rzepie, ale ponieważ kocham wiedzieć, postanowiłem poczekać z ostatecznymi wnioskami do wieczora, kiedy już TVN pokaże wyniki swojego, zapowiadanego przy okazji pojawienia się sensacyjnych informacji, śledztwa. Obejrzałem i pierwsze, co spostrzegłem to fakt, że TVN grzebie nie w podobno fantasmagoriach prokuratora Witkowskiego, lecz solidnie przepytuje tak zwanych naocznych świadków. Wręcz przeciwnie, o ile czegoś nie przegapiłem, to o prokuratorze Witkowskim w ogóle mowy nie ma. Są tylko świadkowie i coś, co bardzo mocno cuchnie okropną prawdą.
Myślę więc cały czas o tym, co mi opowiedział TVN i jednocześnie myślę, jaki interes ma Rzeczpospolita, żeby w tak głupi, a jednocześnie tak histeryczny sposób, uciąć wszelkie spekulacje dotyczące ewentualnych nowych elementów w sprawie tej jednej śmierci. Może państwo Redakcja coś wiedzą, ale jeśli tak, to proszę się ze mną tą wiedzą podzielić, i proszę to zrobić w taki sposób, żeby przy okazji nie obrażać mojej inteligencji. I proszę łaskawie nie wpadać w ton typu" "No już wy się tam nie zajmujcie bzdurami! Macie Pękalę, macie Piotrowskiego, macie Chmielewskiego, więc przestancie mieszać".
Bo mija już bardzo wiele lat od tamtych fatalnych wydarzeń, czy to w tamtym nieoznakowanym samochodzie, czy to na pustej, ciemnej szosie, czy to na tym strasznym moście, czy może jeszcze gdzieś w zupełnie innym miejscu. I wielu ludzi o tych wydarzeniach zapomniało, wielu nigdy o nich nie słyszało, wielu może i słyszało, ale ma je głęboko w nosie. Ale są też tacy, którzy je dobrze pamiętają. I pamiętają tamten czas i tamtą atmosferę, a przede wszystkim tamto bolesne, tak okropnie kłujące przekonanie, ze coś tu nie gra. Dobrze by było, żeby akcja mająca na celu zachowanie tego nieznośnego kłucia w jak najlepszej kondycji, nie nadchodziła ze strony, z której się jej mamy prawo nie spodziewać.

niedziela, 19 października 2008

Chwin

Jestem pewien, że wśród osób, które czytają ten tekst, znajdzie się dość dużo takich, którzy się od razu zechcą spytać, że a cóż to za okazja, że lokalny autor, jakim jest Stefan Chwin, zasługuje, żeby odnotowywać jego istnienie tak, jak się to robi w przypadku ludzi-ikon. Nazwisko i kropka. Jest jednak tak, że Chwin jest pisarzem utalentowanym, o pewnej, niewzruszonej pozycji, i - nie da się ukryć - że na tym naszym, polskim rynku wykazuje pewną wybitność. To jest troszeczkę tak, jak z innymi przedstawicielami kultury popularnej. Mówimy „Kondrat", „Cichopek", „Wiśniewski", to i możemy mówić „Chwin". Oczywiście, ja zdaję sobie sprawę, że Stefan Chwin to nie Ich Troje, ani pod względem talentu, ani - tym bardziej - tak zwanego sukcesu komercyjnego, niemniej w jakimś tam wymiarze, jest on częścią polskiej oferty kulturalnej, więc zasługuje na to, żeby mówić o nim „Chwin".
Skąd mi ten Chwin wpadł do głowy? Otóż posłyszałem o nim ostatnio dwa razy. Raz w formie drobnego cytatu, które pokazywał Chwina jako idiotę, a który wypadł mi natychmiast z głowy, bo choć uważam się za człowieka otwartego na wszelkie ciekawostki i łatwo te ciekawostki zachowującego w pamięci, to bez przesady. Mógłbym - owszem - zapamiętać, co powiedział Kuba Wojewódzki, ale Chwin? Tak, to ja nie potrafię.
Okazało się jednak, że ten cytat - który zapomniałem - związany jest z najnowszym wystąpieniem Stefana Chwina, w którym mówi o polityce. Jest to, jak się zdaje, wystąpienie poważne, odpowiednio długie i na tyle spopularyzowane publicystycznie, że można powiedzieć, iż się o nim mówi na salonach. A o randze wydarzenia przekonałem się, czytając wczoraj w Rzeczpospolitej bardzo długi artykuł Rafała Ziemkiewicza, zatytułowany „Łaskawość Chwina".
Wbrew tytułowi, Ziemkiewicz nie pisze o Chwinie, a przynajmniej nie przez większą część swojego tekstu. O Chwinie jest trochę, a reszta to o komunie, Jaruzelskim, Gazecie Wyborczej i trochę o Wałęsie, no i troszkę też o Ziemikiewiczu. Standard. Zresztą z fragmentów poświęconych tylko Chwinowi, ciekawy jest też tylko jeden fragmencik - perełka, w którym Ziemkiewicz pisze tak: „Trudno znaleźć słowa dla wyrażenia miary intelektualnego i moralnego upadku Chwina. Jego tekst jest arcygłupi od pierwszego do ostatniego zdania..." Piękne! Ale ja zawsze twierdziłem, że Ziemkiewicz ma talent i są chwile, kiedy sięga prawdziwych szczytów. Tomasz Beksiński - mój skądinąd biedny dawny kolega - miał takie momenty, jak na przykład przetłumaczenie słowa 'bed' na 'wersalkę', w montypythonowym skeczu o kupowaniu łóżka. A Ziemkiewicz nagle, zupełnie jak Szwejk, wychodzi z tym „arcygłupim tekstem Chwina". Ładnie, ale jak mówię, to wszystko. Reszta, to już tylko tłumaczenie, że Chwin się myli, twierdząc, że Jaruzelski to człowiek, który chciał dobrze. Wprawdzie sam Ziemkiewicz nie pisze, skąd on wie o tym, że Chwin lubi Jaruzelskiego, ale zadałem sobie trud i sprawdziłem odpowiednio w Internecie, no i dowiedziałem się, że chodzi o artykuł Chwina w Gazecie Wyborczej.
Więc muszę tu powiedzieć, że informacja o tym, że Chwin jest całym swoim sercem i całą swoja pasją związany z Generałem i jego kultem, mnie nie zaskakuje. Ja wprawdzie nigdy nie słyszałem wcześniej, żeby Chwin wypowiadał się o swoim uczuciu do Jaruzelskiego, ani też nie słyszałem, żeby ktoś o tym jego zainteresowaniu wspominał, ale za to miałem raz okazję przeczytać jeden artykuł pana pisarza na tematy bardziej ogólne i to już mnie odpowiednią wiedzą nasyciło aż po uszy. Stosunek więc Chwina do Jaruzelskiego ani nie zaskakuje, ani nie interesuje, ale też w żaden sposób nie inspiruje. Ja wiem, kto to jest Chwin, znam jego intelektualny i czysto ludzki wymiar i nawet, jak zobaczę go, jak tańczy w Tańcu z Gwiazdami przebranego za torreadora, albo kowboja, to nie będę ani zdziwiony, ani tym bardziej oburzony. Nawet się nie będę z niego śmiał. Tyle, że wcale nie przez Jaruzelskiego.
Dzień, w którym przekonałem się, jak bardzo umiejętności czysto techniczne nie muszą mieć absolutnie nic wspólnego ze zdolnościami na poziomie zachowań ściśle ludzkich, przekonałem się już bardzo dawno temu, pewnie jeszcze, kiedy byłem dzieckiem i od tego czasu jedynie potwierdzam tę swoją wiedzę obserwując artystów, intelektualistów, profesorów, aktorów, pisarzy, kiedy wyłażą ze swoich naturalnych środowisk i próbują się od czasu do czasu pokazać, że też są ludźmi.
Stefan Chwin, wybitny polski pisarz, chciał w Gazecie Wyborczej pokazać, że on też potrafi, jak jakiś dziennikarz, albo socjolog, powiedzieć coś na tematy ogólnospołeczne, no i pokazał. Że wie dokładnie tyle samo, co ten pan Arek z Kudowy, który wraca z pracy, zdejmuje garnitur, wskakuje w dres, włącza telewizor na TVN, żeby obejrzeć kolejny program z cyklu Sędzia Maria Wesołowska i ryczy w stronę kuchni, co jest na obiad. A jak ktoś się go w czasie na cotygodniowe odchamianie spyta, czy sądzi, że stan wojenny był konieczny, to powie, że absolutnie tak, bo groziła nam ruska interwencja.
Ale ja, jak już wspomniałem, Chwina, jako eksperta, poznałem o wiele wcześniej. Dnia 15 listopada 2006 roku, w Dzienniku, w ramach akcji zatytułowanej Czy Polska jest sexy. Znając Cezarego Michalskiego, mam sto procent pewności, że to tylko on mógł wpaść na ten debilny pomysł, żeby pytać bandę współczesnych polskich pisarzy, co oni sądzą o Polsce, ale mogę się mylić i nie wykluczam, że to mógł równie dobrze być Robert Krasowski, albo po prostu jakiś Niemiec bez nazwiska. Wszystko jedno. W każdym razie 15 listopada 2006 roku, Stefan Chwin zamieścił w Dzienniku tekst zatytułowany Pogardzani, ponurzy, zacietrzewieni .http://www.dziennik.pl/opinie/article11876/Pogardzani_ponurzy_zacietrzewieni.html. W tekście tym przedstawił Chwin dowody na to, ze Polska to żenada i syf, a jeśli jest seksowna, to wyłącznie tak jak seksowne są: „chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści".
Nie ma tu sposobu, żeby wybrać jakieś poszczególne fragmenty refleksji Chwina i wkleić je tu, jako dowód tego, dla określenia czego, słowa nie istnieją. Cały ten tekst, sprzed już niemal dwóch lat, jest tak wyjątkowo niepowtarzalny, że, gdyby komuś udało się stworzyć, w jakiejkolwiek dziedzinie, coś równie spójnego, tyle że w odwrotnym kierunku, twórca ów zasłużyłby na wszelkie możliwe zaszczyty i zawodowe honory. I nie chodzi tu o to, że Chwin nienawidzi Polski i jego każde wyjście z domu dalej niż do zaparkowanego samochodu, wiąże się z sensacjami na poziomie fizjologicznym. Takich jest mnóstwo. Czy to Kazimierz Kutz, czy jakaś Janina Paradowska, czy - sięgając nieco wyżej - ktoś w typie Daniela Passenta. Tych wszystkich komentatorów i ekspertów, którzy na dźwięk słowa ‘Polska', zaczynają się natychmiast ironicznie uśmiechać jest całe mnóstwo. Jednak oni wszyscy, wyhodowali w sobie takie najbardziej prostackie marzenia i tymi marzeniami żyją. Kazimierz Kutz chciałby może, żeby Polacy mówili po niemiecku, bo niemiecki jest ładniejszy, a ta cała reszta już tak bardziej różnie i zamiast tej naszej Polski chcieli by widzieć albo szybkie autostrady, albo kulturalne kawiarnie, albo bardziej estetyczne kościoły, czy też nawet tylko wyższy poziom piłkarskiej ligi.
Stefan Chwin inaczej. On nie przedstawia konkretnych propozycji. On ogólnie by chciał tylko dwóch rzeczy. Pierwsza z nich, to taka skromna propozycja na dziś: żeby było cieplej, żeby nie padało i żeby nie śmierdziało. Pisze tak: „Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale „M jak Miłość" oraz „Złotopolscy" czy polski Papież w każdym oknie".
Rozumiecie ten stan. Chwin nie chce, żeby przyszedł dobry rząd Platformy Obywatelskiej i wybudował autostrady, a Ministerstwo Kultury kupiło Chwinowi ładne auto, którym on po tych autostradach będzie jechał z ładną dziewczyna, która na dodatek będzie mówiła po niemiecku. To nie jest to marzenie. To jest stanowczo za mało. Ma być to, ale ma być „to" uzupełnione jeszcze o Ibizę. No i trzeba by było się pozbyć tych wszystkich „bereciarek". Żeby nie cuchnęło. Napisałem, że nie ma słów, które by opisywały poziom , na jakim operuje Chwin. Nie do końca jest to prawda. Są słowa, a dokładnie jedno. Ja jednak - przyznaję trochę ze strachu - go tu nie użyje. Kto ma rozum, niech sam kombinuje.
Więc to jest jedna rzecz, ktorą Chwin by w wypadku Polski postulował. Zrobić ładnie i ciepło, no i żeby - co wspomina w innym miejscu - było dużo babek z klasą. Powiedzmy, jak Doda, ale lepiej, jak Catherine Deneuve. Ale jest coś jeszcze. Chwin dostaje wysypki na polską historię. On dostaje wysypki i od tej wysypki jemu się chce rzygać. On owszem, ma parę takich punktów w naszej historii, które ceni, na przykład Matejko i Grottger. Też troszeczkę lubił Solidarność, ale, ogólnie rzecz biorąc, Chwin jest zniesmaczony. I to bardzo. Grottger jest okay, ale w kontekście tego powszechnego syfu, też nie działa. Bo „cały kłopot w tym, że mnie i wielu Polakom bardzo trudno ujrzeć w dzisiejszej Polsce kuszącą Polonię z obrazów dawnych polskich malarzy. Nawet jeśli próbuje się przystroić piękną bezlitosną panią w kuszący strój powstańczy z roku 1944 - panterka, manierka plus hełm - obraz taki już duszy nie przyciąga, nawet jeśli na to idą wielkie pieniądze. Miliony rodaków dużo bardziej wolą od chłopców z „Parasola", którzy w pamiętne sierpniowe dni ściągnęli na Warszawę krwawą łaźnię, załogę pewnego czołgu z Gruzinem i psem na pokładzie i nie ma na to żadnej rady".
Oto intelekt! Oto człowiek! A Rafał Ziemkiewicz używa całego swojego publicystycznego kunsztu, żeby się pastwić nad Stefanem Chwinem za to, że on lubi Jaruzelskiego. A kogo ma lubić? Annę Walentynowicz? Czy może choćby kogoś tak niekontrowersyjnego, jak Jan Paweł II? Nie wymagamy cudów. Mamy faceta, który siedzi w gaciach na łóżku , pali peta za petem i spluwa z obrzydzeniem do popielniczki, bo - cholera - zimno, pada, a on chce na Kanary. Można, kurde, książkę napisać, ale raz, że kto to będzie czytał, a nagród Gazety Wyborczej to też on już ma dość.
Jest jednak jeszcze jeden fragment wypowiedzi Chwina, którego nie można nie zacytować. Fragment, który częściowo tłumaczy jego kompleksy, a z drugiej strony mógłby stanowić jakąś wskazówkę dla samego Chwina, gdyby on zdecydowaćł się jednak coś zrobić z sobą, a nie tylko siedzieć na tej - wspomnianej już - wersalce i jęczeć, że mu źle.
Poczucie, że jesteśmy 'nieudanymi ludźmi' i musimy pokazać obcym, że takimi nie jesteśmy, wiele razy dostrzegałem u polskich robotników pracujących na Zachodzie. Stawali oni na palcach, by z napiętymi do krwi żyłami pokazać światu, że są lepsi, niż są, z czego zachodni pracodawcy korzystali z uśmiechem: ‘Gut, gut, Polak potrafi'".
Może więc niech Chwin wyjedzie do Niemiec i tam spróbuje wejść na rynek literacki. Nie będzie miał ciężko, bo raz, że już go tam pewnie trochę znają, a jak trzeba będzie to i Adam Michnik przedstawi odpowiednie referencje. Napisze Chwin jakąś książkę, kulturalni ludzie ją kupią, poczytają i powiedzą: „Gut, gut, Polak potrafi." I się uśmiechną. Usmiechną się ładnie, a nie tak jakoś brzydko, jak Polacy. I Chwin będzie szczęśliwy. A jak przyjdzie jesień i zacznie padać, to poleci na Ibizę i się wyrelaksuje w odpowiednim towarzystwie.

piątek, 17 października 2008

Ernest Skalski kontra Lech Kaczyński 0:3

W ciągu kilku ostatnich dni wydarzyło się parę rzeczy, które ostatecznie sprowokowały mnie do tego, żeby bardziej szeroko zająć się postacią prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a może nawet bardziej niż postacią - problemem Lecha Kaczyńskiego. Wydaje mi się, że nasz prezydent zasługuje na kilka normalnych, uczciwych słów zarówno ze względu na to, że jest prezydentem, czyli kimś jednak bardzo ważnym w historii kraju, ale również ze względu na swój indywidualny wymiar, który - w moim odczuciu - jest absolutnie wyjątkowy. Ale, jak mówię, bezpośrednią przyczyną tego, że dziś piszę o Lechu Kaczyńskim jest seria wydarzeń bardzo bieżących i w gruncie rzeczy bardzo lokalnych, które jednak mają tę siłę, że dźwięczą na tyle irytująco, że dopóki się coś z nimi nie zrobi, będą drażnić zmysły. Więc robię.
Proszę posłuchać. Lech Kaczyński nie wygrał wyborów prezydenckich, jako tak zwana 'wrzutka'. Kiedy zgłosił swą kandydaturę, oczywiście nie wiadomo było, czy ostatecznie zostanie tym prezydentem. Wręcz przeciwnie - opinia powszechna twierdziła najpierw, że raczej polegnie z komunistą Cimoszewiczem, a później - kiedy Platforma Obywatelska sprytnie Cimoszewicza z gry wymiksowała - że niemal na pewno przegra z Donaldem Tuskiem. Tak czy inaczej, nigdy nie był Kaczyński outsiderem i tzw. wypadkiem przy pracy. W latach 70-tych, Lech Kaczyński działał w Wolnych Związkach Zawodowych, w roku 1980 był doradcą w Gdańsku, w drugiej połowie lat 80-tych był bardzo bliskim współpracownikiem Lecha Wałęsy, a kiedy Wałęsa zaangażował się w kampanię prezydencką, był w praktyce przewodniczącym Związku. W pierwszym wolnym Senacie był senatorem, następnie został wybrany posłem na Sejm. W początkowym okresie prezydentury Wałęsy był szefem BBN. W 1992 roku został wybrany przez Sejm szefem Najwyższej Izby Kontroli, ale 6-letniej kadencji nie ukończył, gdyż uchwałami kolejno Sejmu i Senatu, w roku 1995 został z tej funkcji odwołany przez koalicję komunistów i PSL-u. Ciekawe, co?
Porozumienie Centrum, partia, która dawała mu polityczne wsparcie, praktycznie przestała istnieć, a sam Lech Kaczyński na niemal 6 lat wycofał się z życia publicznego, poświęcając się pracy uniwersyteckiej. W roku 1996 uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego na Uniwersytecie Gdańskim, a w roku 1999 na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Przez te sześć lat, politycznie był nikim.
W czerwcu 2000 roku, zupełnie niespodziewanie, w okolicznościach, które są do dziś absolutnie niejasne, Jerzy Buzek, ówczesny premier, zaproponował Lechowi Kaczyńskiemu stanowisko Ministra Sprawiedliwości. W ciągu kilku miesięcy, dzięki swojej pracy i swoim zdolnościom, stał się jednym z najbardziej popularnych i lubianych polskich polityków. Mało kto to dziś pamięta, ale według niektórych sondaży był popularniejszym politykiem od Kwaśniewskiego. Dzięki właśnie temu indywidualnemu sukcesowi, Porozumienie Centrum odrodziło się, jako PiS i zajęło jedną z głównych pozycji na scenie politycznej. W wyborach w 2005 roku, przez swoje osobiste walory i świetnie poprowadzoną kampanię, Lech Kaczyński pokonał Donalda Tuska w powszechnych wyborach i został prezydentem RP.
Jest więc Lech Kaczyński prezydentem III Rzeczpospolitej, trzecim już z kolei, po Lechu Wałęsie i Aleksandrze Kwaśniewskim. Jest przy tym prezydentem najlepiej wykształconym, o najbardziej bogatej karierze politycznej i naukowej. Jest przy tym pierwszym prezydentem, który w kampanii wyborczej pokonał przeciwnika realnego i przeciwnika niezwykle silnego. Przeciwnika, któremu przedwyborcze sondaże dawały niekiedy przewagę druzgocącą.
Obecnie mamy taką sytuację, że popularność prezydenta Kaczyńskiego, przynajmniej według oficjalnych sondaży i opinii mediów jest wybitnie niska. Według tej samej opinii, prezydent Kaczyński nie ma najmniejszych szans na reelekcję i jest - w równie powszechnej opinii - najgorszym prezydentem w historii.
To wszystko, co napisałem wyżej, to są fakty. Tego się nie dyskutuje, to się wie i jedyne, co z tym można zrobić, to tymi danymi manipulować, albo je ignorować, albo po prostu ich nie znać. Innych możliwości nie ma.
A teraz proszę posłuchać mojej opinii. Uważam, że prezydent Kaczyński jest prezydentem świetnym. Uważam, że w tym, co robi i mówi, jest kompetentny, błyskotliwy, inteligentny i absolutnie godny zaufania. Kiedy widzę prezydenta Kaczyńskiego występującego w telewizji, albo kiedy czytam z nim wywiad, widzę człowieka sympatycznego, dowcipnego, grzecznego, kulturalnego, a jeśli czasem złośliwego, to w bardzo dobrym i wyjątkowo inteligentnym stylu. Lubię patrzeć na Lecha Kaczyńskiego i lubię go słuchać. Uważam, że kiedy mówi, to mówi zajmująco i z dużą wiedzą. Gdybym na studiach miał takiego profesora, chodziłbym na wszystkie jego wykłady.
Kiedy rozmawia z dziennikarzem, jest skupiony, reaguje szybko i bardzo precyzyjnie. Uważam, że jest szczery w taki sposób, który jest powszechnie uważany za szczerość godną pochwały. Wolałbym oczywiście, żeby medialnie Lech Kaczyński był bardziej skuteczny, choć jednocześnie obawiam się, że to mogłoby sprawić, że ten autentyzm, który u niego cenię, mógłby się przy tym gdzieś zatracić, a tego bym nie chciał. I na koniec powiem, że jestem pewien swojej racji. Ja uważam, że mam rację, kiedy mówię, że Lech Kaczyński jest okay. Jeśli tu się mylę, to gotów jestem przyznać, że mylę się też pod każdym innym względem.
Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że w moich poglądach nie jestem w większości. Wprawdzie nie wierzę, żeby doniesienia medialne na temat marnej sytuacji politycznej Prezydenta były prawdziwe, uważam, że Lech Kaczyński wygra następne wybory, ale oczywiście wiem też, że Pan Prezydent ma bardzo duży, tak zwany, elektorat negatywny. Mam przy tym wrażenie, że ludzie, którzy nie lubią Lecha Kaczyńskiego, dzielą się na trzy grupy. Jedna grupa, to ci, którzy po prostu uważają, że jest on złym prezydentem, nieskutecznym, skupionym na rzeczach nieistotnych i że po prostu na to stanowisko znacznie bardziej nadawałby się ktoś inny. Powiedzmy, Donald Tusk. Druga grupa, to ci, którzy są przekonani, że Lech Kaczyński jest po prostu bardzo, ale to bardzo brzydki. Jest mały, gruby, jak mówi to mlaska i stęka, jest niesympatyczny i głupi. Poza tym jest chamski i wygląda jak kartofel, a w ten sposób wyjątkowo nie nadaje się na prezydenta. Niedawno w telewizji słuchałem specjalisty od wizerunku Andrzeja Leppera, Piotra Tymochowicza, który powiedział, że kiedy Kaczyński się uśmiecha, to kąciki jego ust rozszerzają się w niewłaściwą stronę i on przez to wygląda głupio. A jak poklepuje kogoś po plecach, to robi to dlatego, że się tego kogoś boi i w ten sposób próbuje ten swój strach ukryć.
Jest jeszcze trzecia grupa przeciwników obecnego prezydenta. Ci - jak na przykład Janusz Palikot, niektórzy dziennikarze, albo niektórzy z moich znajomych z Salonu - twierdzą, że Lech Kaczyński jest chory fizycznie i ma nieustanne rozwolnienie, ma przy tym ciężkie zaburzenia mózgu, które rzucają się na jego mowę, a przez co mówi bełkotliwie i niezrozumiale. Ma kłopoty z pamięcią i stąd uważa, ze polski bramkarz reprezentacyjny nazywa się Borubar. Przy tym jeszcze jest pod nieustanną presją swojej żony, która go niszczy i pognębia, no i oczywiście jest uzależniony od swojej matki i brata. No i wreszcie zarzut, być może najpoważniejszy. Lech Kaczyński jest aktywnym alkoholikiem i wszystkie przypadki jego wstydliwych zachowań - których jest oczywiście bez liku - są spowodowane tym, że jest po prostu wiecznie na gazie. Ci wszyscy uważają, że Lecha Kaczyńskiego należy pozbawić urzędu w jakikolwiek dostępny sposób, natychmiast.

I oto dzisiaj w Salonie24 pokazał się wpis, który pokazuje dobitnie, że gdzieś w najbardziej ukrytych kieszeniach społeczeństwa, istnieje jeszcze jeden typ niechęci do Prezydenta, reprezentowany przez jedną osobę, mianowicie przez Ernesta Skalskiego http://obserwator.salon24.pl/98109,index.html. Chodzi o niechęć wyrażaną nie przez jakiś konkretny zarzut, ale przez zwykłe stwierdzenie - „A bo tak". Ernest Skalski zaczyna swój wpis w następujący sposób: „Przyjechał, wszedł, usiadł, posiedział, wyszedł, wszedł, posiedział, wyszedł. Wpuścili na kolację. Nikt go nie wyrzucił gdy ustawił się na dobrym miejscu do zbiorowej fotografii. Nie zabrał głosu, bo i co miał do powiedzenia o dyskutowanej materii. Jego clou, dawno przygotowany numer to Gruzja. Ale akurat na dyskusję o Gruzji się spóźnił. Ręce opadają...
Twierdzi, że jednak przemawiał. Na kolacji! Co mówił? Do sąsiada? Czy ktoś go tłumaczył? Czy go słuchano w skupieniu, czy go zagłuszał brzdęk sztućców?"
Proszę zwrócić uwagę. Dotychczas mówiliśmy o zarzutach bardzo konkretnych, a jednocześnie pozostających wyłącznie w sferze opinii. Kaczyński jest marnym prezydentem, jest chamem, jest głupi, wygląda jak kartofel, ma coś z głową, nie da się go zrozumieć. Chleje (to, wbrew pozorom, też jest tylko opinia).
Skalski postępuje na odwrót. Podaje informacje, które są w stu procentach historycznie udokumentowane, natomiast zarzuty, jakie stawia, są kompletnie pozbawione kształtu. To że Kaczyński przyjechał i usiadł, a później wyszedł i że go wpuścili na kolację... to wszystko absolutna prawda. Tylko, w jaki sposób świadczy to wszystko o tym, że Kaczyński jest złym prezydentem? Bóg jeden wie.
Najpewniej jest tak, że Skalski - stary wyga dziennikarski - zna swój fach i wie, jak można kogoś ośmieszyć wyłącznie za pomocą paru, zupełnie neutralnych faktów. Ja też wiem. Wprawdzie tylko, jako uważny czytelnik prasy od dziesiątek lat, ale nigdy jako praktyczny realizator tych szczególnych propagandowych sztuczek. I to nawet nie tylko dlatego, że za komuny nie miałem, nie chciałem, i nikt mi nigdzie nie kazał pisać. Tam już po prostu wszystkie miejsca i tak były zajęte.
Zna więc Skalski swoją robotę i z tej swojej wiedzy korzysta. To są poszczególne słowa: „posiedział", „wpuścili", „ustawił się", „numer", „zagłuszał", „brzdęk". Można skonać ze śmiechu! Ależ to pajac, ten Kaczor! Ale się wybrał!
Na tym nieszczęsnym unijnym szczycie była cała kupa najróżniejszych premierów, prezydentów, ministrów. Nie wiem, ilu ich było w sumie, ale z pewnością całe mnóstwo. Wszystkich do środka wpuszczono, wszyscy wchodzili, wychodzili, siadali, gadali, wstawali, wychodzili, znowu gadali, a na końcu brzdękali sztućcami. Czy zachowywali się i gadali mądrze? Nie wiem. Pewnie w większości tak, choć z tym, jak wiemy, różnie bywa. Niestety red. Skalski nie pisze, czy dobrze do zdjęcia ustawili się inni prezydenci. Nie pisze też, czy prezydent Rumunii, na przykład, coś próbował mówić i czy go inni słyszeli znad brzdękających widelców i łyżek. I czy go ktoś tłumaczył.
W ogóle, red. Skalski nie pisze, czy jest tam w tej Europie tak, że część przywódców i ministrów, to ważne osoby, a część jest mniej ważna. Czy ważnych jest tylko kilku, a reszta, jak tam akurat wypadnie. On pisze tylko o Kaczyńskim, i to też wcale nie koniecznie konkretnie. Wszedł, wyszedł, siadł, gadał. Tyle to ja wiem i bez Skalskiego. No ale, jak wiemy, tu nie chodziło o informację, ale o szyderstwo.
Kiedy parę dni temu, Monika Olejnik w Kropce nad i z Radkiem Sikorkim powiedziała coś w stylu, że Sarkozy popatrzył na Kaczyńskiego zniesmaczony, Sikorski rzucił się z pięściami na biedną panią Monikę, że on nie pozwoli, żeby w tak chamski sposób okazywać brak szacunku do Prezydenta. Przyznam, że ten rodzaj bezczelności powalił mnie na kolana, ale to, co się stało z p.Olejnik, tego po prostu świat nie widział. Ona tak zgłupiała, że aż ją zatkało i po paru zupełnie nieskutecznych stęknięciach zmieniła temat. Zapisałem sobie ten akt w pamięci, żeby może kiedyś spróbować znaleźć dla niego jakąś dobrą nazwę i uznałem, że pod tym względem, na jakiś czas mam spokój.
A tu dziś, Ernest Skalski najpierw niszczy Prezydenta w sposób absolutnie wyjątkowy, czystą retoryką, bez śladu konkretu, tak sobie, tylko po to żeby się zabawić. A po chwili pisze tak: „Nie. Nie mam schadenfreude. Uważam go za złego prezydenta, ale to mój prezydent, 'najwyższy przedstawiciel Rzeczpospolitej Polskiej' (Art. 126. Konstytucji), która zasługuje na nieco lepszego przedstawiciela. Poza tym, jest mi go trochę żal, choć sam się w tę sytuację wpakował. Wiem skądinąd, że Igor Janke pisząc w 'Rzeczpospolitej' i w Salonie o jego wrażliwości i kompleksach pisze prawdę. Więc jednocześnie podziwiam Lecha Kaczyńskiego za jego upór i wytrwałość. Za szeroki uśmiech do bardzo niedobrej gry".
Panie Redaktorze. Tak nie wypada. Naprawdę. Sikorski oczywiście nienawidzi Prezydenta. To fakt. Ale on nieustannie próbuje argumentować swoje pretensje i w ten sposób przysłaniać emocje. Coś mówi o interesie państwa, o jakiś ważnych sprawach, które Prezydent lekceważy. Mowi: „Tu Prezydent zepsuł, tu nie zaszkodził, tu trzeba na przyszłość uważać", a czasami go poniesie i odstawi jakąś ciężką złośliwość. Jeśli wszyscy wiemy, że on Prezydenta ma w dużej pogardzie, to głównie dlatego, że tego zwyczajnie nie umie ukryć. Pan natomiast, przychodzi i mówi: „Nie lubię głupka", by po chwili coś pleść na temat „mojego prezydenta", „najwyższego przedstawiciela" i o tym, jak mu prezydenta „żal".
W sporcie, takie sytuacje nazywane są walkowerem. To był walkower, Panie Redaktorze. 0-3.