czwartek, 31 stycznia 2013

Gabrielowi, od nas - tych przed i po Komunii

Temat tego postu absolutnie nie usprawiedliwia tego typu dygresji, ale nie mam wyjścia. Raz, że chodzi mi to od dłuższego czasu po głowie, a dwa że jestem szczerze przekonany, że to jest coś, o czym należy wspomnieć choć raz.
U mojego kumpla Gabriela, w tym jego wiejskim domu pod Grodziskiem, byłem dwa razy. Raz we wrześniu, kiedy to obaj otrzymaliśmy podwójne zaproszenie, by nagrać dla firmy Tomasza Sakiewicza debatę o Szatanie, wystąpić z Grzegorzem Braunem u Ronina i w ten sposób poznać bardzo miłą panią zatrudnioną przez System gdzieś w prokuraturze na Ochocie, a drugi raz zaledwie w miniony poniedziałek, kiedy to znów zdarzyło mi się wystąpić w tym nieszczęsnym Klubie Ronina, a Gabriel i jego prześliczna (wysoka, szczupła i kruczoczarna, ty idioto!) żona mnie uprzejmie przenocowali.
I muszę powiedzieć, że ten ich dom to miejsce niezwykłe. Jeden potężny pokój, w którym jest wszystko, zaczynając od potężnego łóżka, a kończąc na maleńkiej kuchni, oprócz tego pokój dla dzieci, gdzie jest również jedno niezwykle komfortowe łóżko dla spóźnionego gościa. No i ten nieprawdopodobny wręcz bałagan, te wszędzie walające się książki, ten wręcz niebiański bezwład. Wróciłem we wtorek z Warszawy i pierwsze co powiedziałem mojej żonie, to że musi tam ze mną pojechać i to zobaczyć, bo czegoś takiego na tym świecie nie ma.
Jest tam coś jeszcze, ale żeby o tym powiedzieć, muszę wrócić do refleksji wcześniejszych. Otóż któregoś dnia moja żona i ja wracaliśmy z sobotnich zakupów i nagle uświadomiliśmy sobie, jakie to jest straszne, że my kupujemy, a następnie pochłaniamy aż tak dużo jedzenia. Że gdybyśmy tylko znaleźli sposób, żeby jakoś przeorganizować nasze życie, moglibyśmy kupować, kto wie czy nawet nie o połowę mniej jedzenia, niż to robimy w tej chwili. Otóż – nie mam oczywiście bardzo pewnych danych, ale tak to właśnie oceniam – u Gabriela w domu jedzenia brak. Oni zwyczajnie nie jedzą. Tam jest wyłącznie chleb, masło, ogórek i kawałek żółtego sera. Gdyby nie to, że Gabriel to człowiek pijący, tam nawet podrzędny menel nie miałby co szukać.
No ale dla mnie to jest i tak raj. To jest miejsce, gdzie ja – założywszy, że z nimi nie da się przeżyć bez awantur kilku dni – mógłbym spędzić choćby i wakacje. No i byłem tam w tę poniedziałkową noc i ów wtorkowy poranek. I kiedy tak siedzieliśmy na tym chlebem z ogórkiem, Gabriel opowiedział mi, jak to się stało, że on nie ochrzcił swoich dzieci, nie posłał ich na religię, a dziś nie chodzi z nimi w każdą niedzielę do kościoła. Otóż poszło o to, że kiedy urodził się ich syn, oni chcieli go ochrzcić, ale byli bardzo biedni i ich na te chrzciny zwyczajnie nie było stać. No a później, wiadomo – wszystko się potoczyło szybko.
Kiedy Gabriel mi o tym opowiedział, powiedziałem mu to, co mówię wielu osobom bardzo często, a mianowicie, że to jest okropne jak zwykły „urban myth” potrafił sprawić, że tylu pozornie inteligentnych ludzi żyje w przekonaniu, że Kościół nie da człowiekowi nic, o ile ten mu wcześniej odpowiednio nie zapłaci. Że ja wszystko, co kiedykolwiek miałem ochotę dać mojemu księdzu, dałem mu wyłącznie wtedy, gdy mi zbywało, i nawet do głowy mi nie przyszło, by mu fundować coś ekstra tylko dlatego, że taki jest zwyczaj. Powiedziałem Gabrielowi i jego przepięknej żonie, że kiedy do nas przychodzi ksiądz na kolędę, to my mu albo coś dajemy, albo nie; wszystko zależy od tego, jak nam akurat się wiedzie. I że tak było zawsze. Opowiedziałem mu nawet, że ja bardzo dobrze pamiętam, jak to jeszcze przed wielu laty wprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania i był listopad, a za chwilę grudzień, i przyszedł ksiądz z kolędą właśnie, i myśmy mu podsunęli tę kopertę, a on powiedział, że mowy nie ma, że on od nas nic nie weźmie, bo widzi przecież, że my się dopiero dorabiamy.
No i Gabriel powiedział mi, że oni tego swojego synka nie ochrzcili, bo to był czas, kiedy oni się właśnie dorabiali, i żyli za pięć złotych dziennie, a ksiądz, kościelny i organista przedstawili im cennik, z którego wynikało, że to ich będzie kosztowało 800 złotych. A dalej? Jak już wspomniałem – dalej wszystko poszło z górki.
Jak mówię, my – będąc od zawsze ludźmi Kościoła – nigdy nie daliśmy jednego grosza księdzu, o ile nie uważaliśmy, że nas na to stać. Pamiętam, jak umarli moi rodzice i poszedłem z moim bratem załatwiać w kościele pogrzeb. Przy stoliku siedział kościelny, a przed nami stał jakiś człowiek, któremu umarła mama. No i od początku widać było, że ten człowiek w kościele nie był od lat. Zapytał kościelnego, ile się należy, ten z bardzo pobożną miną odpowiedział mu „co łaska”, człowiek ten dał mu mniej więcej pięć razy więcej, niż nam się to wydało sensowne, kościelny te pieniądze bez słowa wziął, a myśmy dostali jasnej cholery. I przynajmniej jak idzie o mnie, owa cholera mnie nie opuszcza do dziś.
Niedawno Gabriel napisał u siebie na blogu, że któregoś wieczora do jego niezwykłego domu przyszedł ksiądz. Po co? Zwyczajnie, chodził po kolędzie, zabłądził i trafił na Gabriela. Trochę sobie porozmawiali, i z tej rozmowy wyszło na to, że tej wiosny, kiedy już zejdą śniegi, Gabriel zajdzie do kościoła i ochrzci swoje dzieci. To jest z mojego punktu widzenia wiadomość wręcz fantastyczna. Bardzo się cieszę, że Gabriel zamierza ochrzcić swoje dzieci. Mam jednak przy tym do niego jedną prośbę: niech on nie daje księdzu ani grosza. Zero. Niech się zachowa tak jak ja ostatnio, kiedy w moim kościele zamówiłem mszę za swoich rodziców i naszemu – swoją drogą fantastycznemu proboszczowi – nie dałem nic, z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie nie miałem. A on się nawet nie skrzywił.
Więc niech mu Gabriel nie daje nic. Nawet gdyby akurat miał ich więcej, niż mu jest na dziś potrzebne. Po to choćby, żeby księdzu pokazać, o co w tym wszystkim chodzi. Żeby mu udzielić tych szczególnych rekolekcji. A jeśli do rozmowy włączy się organista i kościelny, niech on im powie, żeby się poszli pieprzyć. A jeśli oni wszyscy zaczną się opierać, to niech zadzwoni do mnie, ja mu dam numer do naszego przyjaciela Don Paddingtona, a nasz wielki ksiądz mu te dzieci ochrzci za friko. I niewykluczone, że ten akurat chrzest będzie o wiele ważniejszy. Niewykluczone, nawet, że podczas tej uroczystości pojawi się sam Pan Jezus, a córeczka Gabriela zaśpiewa mu „Dzisiaj w Betlejem”. I to będzie oprawa naprawdę odpowiednia.


Przypominam wszystkim o książkach. Można je zamawiać wszędzie, ale najlepiej u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ja wiem, że to może brzmieć trochę dziwnie, ale wygląda na to, że dziś na rynku nie ma nic lepszego, niż to co on tam sprzedaje. Po prostu. Tak już jest i nie ma się co oszukiwać. Również bardzo proszę w miarę możliwości wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta.

środa, 30 stycznia 2013

Co komu po kim, czyli Pawłowicz rulez!

W tym roku ja i pani Toyahowa będziemy obchodzić 30 rocznicę naszego małżeństwa. Mówiąc o małżeństwie, nie mam na myśli czegoś, co łączy choćby pewnego mojego kolegę z Kolonii i kobietę, z którą on od wielu już lat mieszka pod jednym dachem i z którą wspólnie wychowują dwie bardzo sympatyczne nastolatki. Oni wprawdzie tworzą wzorową rodzinę, on o niej mówi „moja żona”, ona jego nazywa swoim „mężem”, te dziewczynki zwracają się do nich „mamo” i „tato”, tyle że oni akurat nigdy nie wzięli ani kościelnego, ani nawet cywilnego ślubu, i nic nie wskazuje na to, że go kiedykolwiek wezmą. Bo tak jak jest, jest im bardzo dobrze.
Mówiąc, że w tym roku ja i moja żona będziemy obchodzić 30 rocznicę naszego małżeństwa, chcę powiedzieć, że w czerwcu tego roku, w pierwszy dzień lata, minie 30 lat od dnia, kiedy to nasz związek został pobłogosławiony w krasiczyńskim kościele, a my sobie obiecaliśmy przed Bogiem parę rzeczy, które powszechnie uważane są za ważne dla osób, które planują tworzyć poważną rodzinę.
Czasem się zastanawiam, jakie korzyści z tego, że jesteśmy małżeństwem i rodziną – w tym właśnie cywilno-religijnym sensie mamy my sami i świat, i powiem uczciwie, że nie bardzo umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Zacznę może od świata. Mogłoby się wydawać, że świat z nas ma same korzyści. Moja żona jest nauczycielką i dzięki jej pracy mnóstwo wykształconej przez nią młodzieży odnosi dziś sukcesy, tymi sukcesami dzieli się z innymi, i w ten sposób ten świat upiększa. Na przykład. Ja piszę te teksty i wydaję książki, które wielu ludziom sprawiają dużo radości i w ten sposób przez tę ich radość świat staje się lepszy. Na przykład. Nasze dzieci, dobrze przez nas wychowane i wykształcone również sobą ten świat zarażają i sprawiają, że to tu jest lepiej. Oczywiście, ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest dużo osób, które uważają, że my, wręcz przeciwnie, ów nasz świat wyłącznie sobą oszpecamy… no ale miałem podać dobre przykłady, więc je podałem. Tyle że to właśnie też pokazuje, jak trudno jest znaleźć dla naszego istnienia jakiekolwiek wytłumaczenie.
Teraz z kolei – nasze własne korzyści. Tu już akurat trudno znaleźć cokolwiek jednoznacznie pozytywnego. W końcu, jaka może być gwarancja, że nasza rodzina i nasze życie rodzinne przynosi nam więcej korzyści, niż mojemu kumplowi z Kolonii i jego bliskim ich niby-rodzina i ten ich niby-związek. Można by wręcz powiedzieć, że z tego małżeństwa i z faktu posiadania dzieci są same zmartwienia. Każdy kto żyje w związku małżeńskim i ma na wychowaniu dzieci, z całą pewnością wie, o czym mówię. W rezultacie, jeśli się tak nad tym wszystkim porządnie zastanowić, jedyna korzyść z tego, że myśmy się tu pojawili, to taka, że w jakimś tam drobnym procencie, poczynając i rodząc nasze dzieci, dołożyliśmy się do tego, by ten świat trwał. I tylko tyle. A i to tylko przy założeniu, że uznamy ten świat za jakąś obiektywną wartość.
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. Ja nie mówię o tym, że ludzie, którzy nie mają dzieci, nie przynoszą światu żadnych korzyści. Ależ przynoszą jak najbardziej. Przecież sam wspomniałem o mojej żonie-nauczycielce, czy o swoich książkach. Tyle że ja mówię o naszych zasługach nie jako pojedynczych osób – bo takich jest wszędzie mnóstwo i każdy tu w większym lub mniejszym stopniu ma swoje zasługi – ale jako związku małżeńskiego. A tu sytuacja naprawdę nie jest taka prosta.
Załóżmy że ja jestem fantastycznym artystą malarzem i zwracam się do swojego państwa o jakąś dotację, albo ulgę podatkową, albo diabli wiedzą co jeszcze. Na to państwo mnie pyta, a niby to z jakiej racji oni mi mają tu się mną zajmować, na co ja im odpowiadam, że jestem fantastycznym i uznanym na świecie malarzem, i dzięki temu mojemu talentowi w jakiś sposób państwo też na mnie korzysta. Oni mi każą napisać podanie i czekać.
Co by jednak się stało, gdybym ja przyszedł do państwa i poprosił je o to, by ono zechciało zrobić mi jakąś szczególną przysługę, państwo by mnie zapytało, a z jakiej to racji ja się domagam szczególnego traktowania, na co ja bym odpowiedział, że ponieważ pewien mój kolega malarz dostał niedawno bardzo duże stypendium, ja też bym chciał. W końcu, w czym ja od niego jestem gorszy? Oczywiście, jest możliwe, że w tym momencie oni by już mnie dawno przepędzili, ale załóżmy, że ta rozmowa by jednak nadal trwała i przedstawiciel państwa wytłumaczyłby mi, że jak idzie o mojego znajomego artystę, oni sobie wykalkulowali, że jeśli oni będą pakować w niego pieniądze, im się ta inwestycja jakoś zwróci, co do mnie jednak takiej pewności nie mają.
W tym momencie z tego labiryntu wiodą dwie drogi. Jedna jest taka, że ja już nie mam żadnego argumentu, a druga daje mi pewną szansę. Otóż chwytam się tej brzytwy i mówię, że właśnie się ożeniłem i zakładam rodzinę. Urzędnik w tym momencie zaczyna coś liczyć i pyta: „Dzieci są?” Na to ja: „Nie ma”. On wtedy: „A będą?”, na co ja pytam „A bo co?” Na co on: „Podatki i budżet”, więc ja odpowiadam: „Się zobaczy”. No i słyszę, że w tej sytuacji oni mnie proszą, bym się znów pokazał aż te dzieci się już urodzą, na dziś natomiast on mi może zaoferować jakieś tam wsparcie na urządzenie się i zakup łóżka.
W tym momencie do jego gabinetu wchodzi dwóch przytulonych do siebie gejów i chce wiedzieć, co ten co tu był przed chwilą dostał. Urzędnik mu wyjaśnia, że on mu dał na łóżko, na co geje mówią, że oni też nie mają łóżka, a by im się bardzo przydało…
I w tym momencie pojawiają się znów dwie drogi z tego labiryntu. Pierwsza jest taka, że urzędnik gejów przepędza, jako naciągaczy, i ta droga, jako mało inspirująca, nas już nie interesuje. Jest jednak droga druga i tam się nagle okazuje, że urzędnik jest urzędnikiem bardzo nowoczesnym i patrzącym na świat w sposób prawdziwie otwarty i im jednak na to łóżko daje. I oto nagle okazuje się, że ów nowożeniec nie zdążył jednak całkiem wyjść, usłyszał co się stało i uznał, że jemu się należy więcej niż gejom. Bo oni dostali na przyjemności, a on na przyjemności i pracę dla kraju i świata…
I teraz dla wszystkich tych, którzy po wysłuchaniu paru najnowszych wystąpień poseł Pawłowicz na temat relacji między obywatelem a państwem, dostali cholery i zapragnęli ją ukrzyżować, ja mam pytanie: jak by oni postąpili na miejscu tego urzędnika i dlaczego tak, a nie inaczej. A jak już mi odpowiedzą na to pytanie, to ja mam następne: a jeśli następnym gościem wspomnianego urzędu będzie nie para gejów, ale jakiś menel, któremu zabrakło na flaszkę i powie, że jemu łóżko niepotrzebne, bo kiedy chce podupcyć to mu wystarczą krzaki za miastem, natomiast by się chętnie napił. No i pytanie: jaki argument stoi za tym, żeby mu na tę flaszkę nie dać? Mówię o argumencie, który broń Boże nie obrazi jego menelskiej wrażliwości.

Wszystko to co się ostatnio dzieje – a więc i ten blog i ta książka i tych kilka lekcji pozwala się jakoś utrzymać na powierzchni. Udało się sprzedać tyle książek, że pokryliśmy pełne koszta jej wydania. Mam nadzieje, ze o dziś uda się już tylko zarabiać. Do kolejnej – o zespołach. Póki co, bardzo jednak proszę o pamięć i pozostaję nieskończenie wdzięczny za każde wsparcie. Ono jest bezcenne. I to wbrew temu, co się wydaje tej bandzie zawistników.

niedziela, 27 stycznia 2013

Nie udało się z Tuskiem - bierzemy się za Gierka

Kiedy w przestrzeni publicznej ni stąd ni z owąd pojawiła się postać Edwarda Gierka, powiem szczerze, że zdębiałem. I to zdębiałem, mimo że jego tu przyciągnęli najprawdziwsi komuniści z Leszkiem Millerem na czele, czyli pozornie nie stało się nic szczególnego. W końcu, kto ma dbać o pamięć o Gierku jak nie ta banda ruskich szpiegów?
A mimo to, jak mówię, zdębiałem, bo co bym sobie o nich nie myślał, to wśród tych myśli nie pojawia się choćby podejrzenie, że oni są jakoś szczególnie tępi. Jakiż bowiem może mieć to towarzystwo interes w tym, by nagle rozpoczynać kampanię na rzecz robienia z Edwarda Gierka narodowego bohatera, kiedy wiadomo, że to jest zwyczajnie nie do zrobienia? Jaki jest sens rozpoczynanie ogólnonarodowej dyskusji na temat zasług Edwarda Gierka dla Polski, podczas gdy wiadomo, ze to nie zadziała nawet na poziomie doraźnej propagandy? Po ciężka cholerę wprowadzać do publicznej przestrzeni to nazwisko, skoro każdy bałwan powinien wiedzieć, że jedyną na to reakcją będzie przede wszystkim kompletna obojętność społeczeństwa, dla którego ogromnej większości Gierek dziś to wyłącznie jakaś mumia, a na poziomie medialnym – oburzenie niemal całej klasy politycznej. Co im nagle strzeliło do tych czerwonych łbów?
Otóż, moim zdaniem, podobnie zresztą jak to się dzieje w większości tego typu sytuacji, mamy do czynienia z klasyczną prowokacją, i to prowokacją ściśle polityczną, gdzie najmniej już chodziło o to, co sobie o tym pomyśli społeczeństwo. O ile dobrze oceniam sytuację, jest bardzo możliwe, że za ową prowokacją wcale nie stał ani jakiś Napieralski, czy nawet Miller, lecz sam maestro System, a chodziło wyłącznie o to, by dać polskiej prawicy coś co pozwoli jej choć na moment zająć ręce, i oderwać się od spraw codziennych. Jeśli się nie mylę – a mam bardzo mocne przekonanie, że się nie mylę – plan był taki, że komuna nagle wyskoczy z tym swoim Gierkiem, a nasi prawicowcy natychmiast zaczną sobie wzajemnie wyjaśniać, że cokolwiek byśmy nie mówili o tym, cośmy dostali w tym pakiecie pod nazwą „Nowa Polska”, co do jednego wszyscy chyba musimy się zgodzić – Gierka na szczęście już nie ma.
Dlaczego myślę, ze tu musiało chodzić wyłącznie o to? Przede wszystkim mam oczy i uszy, i wiem bardzo dobrze, jakie były dalsze losy owej wrzutki. Wystarczyło zaledwie parę dni, by komuniści zajęli się codziennymi sprawami, zupełnie jakby chcieli powiedzieć: „Gierek? A cóż on nas obchodzi?”, władza jak zwykle nawet nie podniosła oczu znad swoich kwitów, natomiast całość tematu została przejęta przez „naszych”. I dziś sytuacja wygląda tak, jakby trwał konkurs na najlepszy tekst o PRL-u, a organizatorzy nie są w stanie się wygrzebać spod lawiny zgłoszeń.
W miniony piątek kupiłem pierwszy numer tygodnika „Do Rzeczy”, a tam – o czym jestem przekonany – przyszły zwycięzca owego konkursu, nie kto inny jak nasz człowiek w IPN, czyli Piotr Gontarczyk, który w wielostronicowym tekście ujawnia najbardziej pikantne rewelacje dotyczące budowy domu dla sekretarza Gierka, jaką zainicjowała i przeprowadziła Partia. Od razu muszę przyznać, że nie widzę sposobu, by ten tekst w jakikolwiek sposób omówić. To są bite trzy strony najbardziej solidnej relacji krok po kroku – wspartej jak najbardziej wszelkimi możliwymi, odnalezionymi przez IPN dokumentami – z przekrętu, który zarówno dla bezpośrednich spadkobierców tamtych lat, jak i zwłaszcza dla tych, co w tej akurat branży udowodnili, że są mistrzami nad mistrzów, ale też, jak najbardziej, dla tych, do których Gontarczykowi głupio się wydaje, że mówi, stanowi coś co może tylko przypominać obowiązkowy udział w pokazie filmu „Pancernik Potiomkin”.
A my? My poważni komentatorzy. Obserwatorzy tego, co się dzieje na naszej politycznej scenie. My, to co innego. W końcu mówi do nas sam nasz dr Gontarczyk, i to nie byle gdzie, bo na łamach naszych, prawdziwe wolnych i niepokornych mediów. A w końcu nie po tośmy o nie walczyli, by teraz się do nich odwracać plecami. Powinniśmy się wstydzić.

Wszystkim przyjaciołom tego bloga przypominam, że jutro w Klubie Ronina odbędzie się mój wieczór autorski, w którym udział wezmą też moi kumple Coryllus i Kamiuszek. W związku z tym, ani jutro, ani pojutrze nie będzie żadnego nowego tekstu, i będę wyłącznie odpowiadał na komentarze. Proszę mimo to o mnie pamiętać, i w miarę indywidualnych możliwości wspierać to, co tu staram się robić.

sobota, 26 stycznia 2013

O dorzynaniu legendy

Możliwe, że zdarzenie, które chcę dziś opisać stanowi sensację tylko dla mnie, natomiast u czytelników tego bloga wywoła najwyżej wzruszenie ramion. Możliwe. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Ponieważ jednak ją stanowi, nie widzę powodu, dla którego nie miałbym parę słów na ten temat powiedzieć i tu, na blogu. A nuż ktoś uzna, że coś się jednak stało.
Proszę sobie wyobrazić, że dziś, podczas lekcji, którą miałem z pewnym miłym dzieckiem, przyszło mi do głowy, by puścić mu fragment zamieszczonego na youtubie filmu „Man from the South”, siadłem przed komputerem, włączyłem owego youtuba… i oczom moim pokazała się informacja, że TVN żąda ode mnie usunięcia z mojego konta trzech filmów, a do tego jednoznacznie brzmiąca informacja, że jeśli będę się opierał, oni zablokują mi dostęp do mojego komputera. Okay. Zrozumiałem.
Na dole wspomnianej informacji umieszczono guziczek z napisem „zgadzam się”, w który bardzo chętnie kliknąłem, na ekranie ukazał się animowany filmik, w sposób oczywisty skonstruowany tak, by zrozumiał go największy choćby dureń, i seria pytań, na które należało odpowiedzieć „tak”, lub „nie”. Kiedy już rozwiązałem ów test, pojawił się następny film i kolejna seria pytań, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden zestaw pytań, i w końcu informacja, że youtube mi gratuluje ukończenia kursu, i od teraz mogę dalej korzystać z wszelkich przyjemności, jakie oferuje mi Internet i świat, który go stworzył.
Być może ktoś zapyta, w sprawie jakiego to materiału ITI się tak napięło. Otóż moim zdaniem poszło o materiał nie byle jaki. Tych dobrych ludzi do białej gorączki doprowadziło to, że ja, już niemal trzy lata temu, zechciałem na youtubie zamieścić wywiad, jakiego tuż po smoleńskiej katastrofie Jan Maria Rokita udzielił Bohdanowi Rymanowskiemu; wywiad, w którym Jan Maria Rokita zasugerował, że to co się stało stanowi początek wielkiej polskiej romantycznej legendy i nie ma takiej siły, która to jest w stanie zmienić. Mówię o wywiadzie, w którym Rokita ni stąd ni z owąd przyszedł i powiedział, że od tego sobotniego poranka, dnia 10 kwietnia 2010 roku, w polskiej historii nic nigdy już nie będzie takie samo. Mówię wreszcie o wywiadzie, który wtedy jeszcze, w kwietniu, został wyemitowany na żywo w TVN24, a następnie usunięty ze wszystkich dostępnych miejsc w Internecie, który następnie jakimś cudem został przez mnie gdzieś wypatrzony, przez jednego z moich zdolnych bardzo uczniów tak przygotowany, by mógł zostać umieszczony na youtubie, i któremu poświęciłem swój tekst na blogu i do którego zamieściłem tam odpowiedni link.
I oto dziś, owe trzy filmiki, które sobie spokojnie tam wisiały przez niemal trzy lata, zostały usunięte na żądanie właściciela, czyli ITI. I w tym momencie ta rozmowa już nie istnieje. Jest jakby jej nigdy nie było. Może tylko jeszcze sam Rokita ma je gdzieś zarejestrowane i zachowane w jego prywatnym archiwum, choć nie sądzę. Ja bym się tak naprawdę nawet nie zdziwił, gdyby się okazało, że on tej swojej niezwykłej wypowiedzi nawet już nie pamięta.
Pozostaje więc tylko ten blog i tamten tekst, któremu kiedyś towarzyszył link do tego filmu – kiedyś jeszcze jak najbardziej aktywny, a dziś pusty i nikomu niepotrzebny, jeśli oczywiście nie liczyć tego znaku, jaki on już zawsze będzie wysyłał do każdego, który go znajdzie: http://www.youtube.com/watch?v=uXZSMEkE6Aw. Zostaje więc ten nasz blog i oczywiście chyba jednak kluczowe pytanie – co się takiego stało, że po tych trzech już prawie latach, do świadomości właścicieli ITI dotarło, że owa stara rozmowa, którą oni niemal natychmiast tak starannie ukryli, jednak żyła. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak oni nagle na ów ślad wpadli, czy ktoś im na niego zwrócił uwagę, a jeśli tak, to kto? Chciałbym go zobaczyć i spojrzeć mu w oczy. Choćby tylko po to, by zobaczyć ich kolor.
Na razie jednak mamy tamten tekst. Przypomnijmy go więc sobie.

Nie mam najmniejszego pojęcia, jak będzie wyglądała Polska za parę miesięcy. W jaki sposób to co się stało 10 kwietnia wpłynie na nasz los i los naszego kraju? Czy ten dzień stał się dla nas ostateczną klęską, czy może, dzięki bożej łasce, otworzył nam drzwi do czegoś nowego i lepszego? Towarzyszy mi oczywiście nadzieja, którą – od czasu, gdy zła ręka dokonała owego aktu zniszczenia – wyrażałem tu wielokrotnie, że ta cena wprawdzie była wielka, ale w paradoksalny sposób to myśmy sami ją dla siebie ustalili i że właśnie dlatego nie mogła być ona niższa. To myśmy prosili o taką ofiarę. Ale właśnie dlatego, ta ofiara musi przynieść coś naprawdę dobrego. Więc mam dziś nadzieję na większe dobro.
Nie wiem, co stanie się teraz. Nie wiem ani tego, kto w nadchodzących wyborach zostanie kandydatem, jak to ktoś ładnie określił, wszystkich zwykłych Polaków, ani tym bardziej tego, czy ta kandydatura zdoła pokonać to zło, które się mobilizuje w sposób bezprecedensowy, wygra dla nas i dla Polski dobrą przyszłość. Nie wiem, czy to Jarosław Kaczyński poprowadzi nas do tego nowego etapu, czy może już ktoś inny, bardziej w tym momencie skuteczny. Nie wiem dziś prawie nic. Ale widziałem niedawno Jarosława Kaczyńskiego i wierzę – co też już miałem okazję podkreślić – że on wie. I że to nie on teraz się boi, ale że źli ludzie boją się jego. I boją się jak nigdy pewnie dotąd. I wiem, że tak jest dobrze.
Wiem tez jeszcze coś, o czym miałem okazję rozmawiać wczoraj z pewnym bliskim moim przyjacielem, a dziś z moim synem i o czym cały czas myślę. Że mianowicie to co się stało, to wielkie nieszczęście, pozostanie już zawsze w naszej polskiej świadomości, w naszej historii i w naszej pamięci, legendą i mitem. A właścicielem tej legendy i tego mitu będą ci, dla których Polska nie była nigdy sposobem na robienie brudnych interesów, lecz ci którzy ją kochali i jej służyli. Przez najbliższe lata, a może i dziesiątki lat, a może już i zawsze, naszą najbardziej patriotyczną tradycję, będzie symbolizowało to nieszczęście 10 kwietnia, to wszędzie już obecne hasło „Katyń 2010”, i wreszcie postać człowieka, którego miłość do Polski, odwaga i determinacja stały się pierwszą i jedyną pewnie przyczyną tego co się musiało stać. Pierwszą i pewnie jedyną przyczyną tej ofiary. Ta legenda będzie już zawsze miała postać Lecha Kaczyńskiego. Bo, wbrew temu, co powiedział niedawno pewien obłąkany staruszek, samoloty nie spadają co chwilę, a jak już spadną, świat nie kiwa głową i nie wraca do codziennych zajęć.
Bardzo pięknie o tym opowiadał jeszcze przed pogrzebem na Wawelu Jan Maria Rokita, w telewizyjnym wywiadzie, najpierw okrutnie ocenzurowanym, a potem skazanym na zapomnienie. Przez ostatnie dni, starałem się bardzo zdobyć to nagranie i je tu udostępnić w całości. Bo wierzę, że – co by o nim nie myśleć i czego mu z przeszłości nie pamiętać – w tej bardzo starannie przemyślanej i przygotowanej wypowiedzi, powiedział on coś, co daje nadzieję właśnie na to, że ta pamięć będzie już zawsze z nami i nie ma takiej siły, która by była w stanie ją zniszczyć. Że ona będzie funkcjonowała w naszej historii i patriotycznej świadomości co najmniej tak mocno, jak w świadomości Amerykanów do dziś funkcjonuje choćby śmierć prezydenta Kennedy’ego, czy zamach na WTC z 11 września. I że ten mit i ta legenda – jeszcze raz to podkreślmy – będzie naturalnie własnością całej Polski, ale zwłaszcza jednak Polski wiernej i patriotycznej. I to będzie własność bezcenna.
Proszę sobie posłuchać tego, co powiedział Jan Maria Rokita. Wierzę, że w dobrym odruchu dania dobrego świadectwa. Nie ze względu na niego, ale właśnie ze względu na to świadectwo, którego akurat nikt inny – tak się jakoś złożyło – nie potrafił tak dobrze przekazać.

Przypominam, że w najbliższy poniedziałek w Klubie Ronina odbędzie się spotkanie z autorem zarówno tego bloga, jak i książki o dolarach, markach, bananach i pewnym biustonoszu. Z tego co słyszę, wstęp do tego klubu jest tylko dla członków, ale może uda się coś z organizatorami wytargować. Poza tym, przed faktycznym spotkaniem, trzech niepokornych komediantów będzie tradycyjnie dostarczało rozrywki na tematy bieżące, a ja będę pewnie stał na zewnątrz i spędzał czas na bardziej towarzysko budujących zajęciach. A zatem – mimo wszystko zapraszam. Przy okazji, proszę tradycyjnie o wspieranie tego bloga w każdy możliwy sposób, również przez bezpośrednie wsparcia na podany obok numer konta. Dziękuję.

czwartek, 24 stycznia 2013

Wracamy na strzelnicę!

Kiedy wróciłem do Katowic ze swojego ostatniego pobytu w Warszawie, gdzie w tamtejszej prokuraturze byłem przesłuchiwany na okoliczność udziału we wrześniowym spotkaniu w Klubie Ronina, mimo tego, że parę osób prosiło mnie, bym coś tam na temat tego przesłuchania opowiedział, wolałem napisać tekst o tak zwanym Lesie Smoleńskim, do którego zaciągnął mnie w tym wietrze i śniegu mój kumpel Gracjan. Dlaczego tak? Przede wszystkim, wydawało mi się, że ta półgodzinna rozmowa, jaką miałem z panią prokurator – w odróżnieniu choćby od tych popsutych balonów na Krakowskim Przedmieściu – nie była na tyle inspirująca, by jakakolwiek relacja z niej mogła nas tu zainteresować, a poza tym, diabli wiedzą, czy sama pani prokurator życzyłaby sobie, bym jakoś bardziej osobiście odnosił się do jej postawy w trakcie tego spotkania; postawy, która, tak już na marginesie, bardzo mi zaimponowała.
Dziś jednak mam bardzo poważny powód, by wspomnieć jeden tylko moment z tamtej rozmowy, a zatem proszę posłuchać. Najpierw sama rozmowa, a do powodów przejdę za chwilę. Otóż, kiedy już wszystko co miałem do powiedzenia, moja pani prokurator zapisała, dała mi do przeczytania, a ja to elegancko podpisałem, rzuciłem tradycyjne „Czy to już wszystko?”, na co ona się chytrze uśmiechnęła i powiedziała: „Na razie wszystko. Przynajmniej do czasu aż znów pan pójdzie na jakąś debatę”. Oboje wybuchnęliśmy perlistym śmiechem i poszliśmy do sekretariatu załatwiać zwrot pieniędzy, jakie wydałem na podróż do i z Warszawy.
Bardzo mi się spodobało to co ona powiedziała, trochę dlatego, że odniosłem wrażenie, że rzucając ten żart, ona nawet jeśli nie trzyma z nami sztamy, to ma w sobie wystarczająco dużo dystansu, by wiedzieć, że to wszystko jest czystym teatrem, na który ani ona ani ja nie mamy żadnego wpływu, ale również przez to, że w tym jednym zdaniu ona zawarła wręcz doskonały opis tego, co od kilku lat tworzy polską politykę, a czego my jesteśmy niemymi świadkami. Proszę zwrócić uwagę: ona nie powiedziała, że ja mam spokój do czasu aż będę znów świadkiem przestępstwa; nie pogroziła mi palcem, bym uważał na przyszłość i nie zadawał się z przestępcami takimi jak Grzegorz Braun; ona nawet nie zapowiedziała mi, że zostanę ponownie wezwany, jeśli wezmę udział w spotkaniu, podczas którego będą snute plany mordowania dziennikarzy. Ona zwyczajnie, z tym charakterystycznym uśmiechem, przypomniała mi, że mam uważać na każde słowo – i to nie koniecznie swoje; może być nawet cudze. Oczywiście ona jest wciąż bardzo daleko od przenikliwości zaprezentowanej kiedyś przez moją dawno już świętej pamięci babcię, która zawsze nas napominała w ten sposób: „Pamiętaj, jak będą cię o coś pytać, to mów, że cię boli głowa”. Kierunek jednak obrała podobny, prawda?
Niestety, wygląda na to, że nie dość że sugestii zawartej w końcowej uwadze, jaką skierowała do mnie warszawska prokurator, nie usłucham, to w dodatku owo nieposłuszeństwo zademonstruję, nie czekając choćby tylko do wiosny. Zadzwonił bowiem do mnie wczoraj Józef Orzeł – ten sam, którego nazwisko wymieniłem podczas wyżej wspomnianego przesłuchania, kiedy zapytano mnie, kto mnie do Ronina zaprosił – i poinformował, że w najbliższy poniedziałek w tym samym co poprzednio miejscu, a więc w Klubie Ronina, najpierw odbędzie się godzinny kabaret w wykonaniu paru niepokornych komików-dziennikarzy, a po owej dawce zabójczego wręcz humoru, zaplanowane jest spotkanie z pisarzem Krzysztofem Osiejukiem, połączone z promocją jego najnowszej książki o markach, dolarach bananach i pewnym biustonoszu. I poprosił mnie, żebym się tam stawił, no bo jakoś głupio organizować spotkanie z autorem, którego nie ma.
I teraz ja sobie myślę, że gdybym miał w sobie ów szyk, z jakim ostatnio promują się choćby bracia Karnowscy, z tymi idiotycznymi tabliczkami w dłoniach i miarkami za plecami, pozując na tak zwanych „suspects”, to może też bym coś takiego odstawił i ogłosił, że słuchajcie, słuchajcie, oto wasz ulubiony niepokorny autor wyrusza na spotkanie z Systemem, i bierze ze sobą szczoteczkę do zębów. Otóż nic z tego. W najbliższy poniedziałek będę w Klubie Ronina promował swoją książkę o – jak to ją ładnie już dążył zapowiedzieć Gabriel – miłości, a ze mną , mam nadzieję, będzie i rzeczony Gabriel i Julek i Józek Orzeł, i jeśli się kogoś lub czegoś boję, to najwyżej któregoś z niebezpiecznie ostatnio mnożących się psychicznie chorych blogerów, który obleje mnie czerwoną farbą i będę wtedy głupio wyglądał w pociągu.
A więc zapraszam. Zapewniam, że przynajmniej od godziny 20 będzie super.

środa, 23 stycznia 2013

Mam wielu znajomych gejów, czyli co komu po Marii Peszek

W którejś z ostatnich notek wspomniałem o pewnym swoim doświadczeniu, które przejawia się w tym, że raz po raz stają przede mną osoby, które próbują mnie przekonać, że one wśród swoich znajomych mają „wielu” księży, czy „wielu” gejów, i że w związku z tym, ich kompetencje związane z życiem czy to jednych czy drugich są nie do podważenia. Jak owe kompetencje wyglądają? Otóż najczęściej sprowadzają się one do głoszenia – z pełnym oczywiście przekonaniem o słuszności owych sądów – że zdecydowana większość księży nie przestrzega celibatu, a zdecydowana większość gejów to ludzie moralnie niezwykle wrażliwi i silni. Nie wspominając już o tym, że wspomniany gej i wspomniany ksiądz to bardzo często jedna i ta sama osoba.
Pisałem o tym swoim doświadczeniu, wyrażając jednocześnie opinię, że owi rzekomi specjaliści od księży i pederastów kłamią jak bure suki, a robią to wyłącznie po to, by swoją opinię, która jest niczym innym jak cytatem zaczerpniętym z doraźnej propagandy, wzmocnić czymś, co będzie robiło choćby tylko wrażenie realnego doświadczenia. Śmiałem się oczywiście z tego typu postępowania, a jednocześnie ani mi do głowy nie przyszło, że już za parę dni ja sam zrobię niemal to samo. Spróbuję mianowicie przedstawić pewną bardzo mi bliską tezę, podpierając się tego rodzaju argumentem. I to, wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie jak idzie o moje kontakty z księżmi, ale jak najbardziej gejami. Okropne, prawda?
Ja wiem, że temu, kto zna ten blog bardziej niż ot tak sobie, niełatwo jest w to uwierzyć, ale faktem jest, że syn mój wśród swoich najbliższych znajomych ma parkę autentycznych homoseksualistów, w dodatku parkę w sensie dosłownym. Homoseksualiści ci – jego kumple ze studiów – są do tego stopnia jego dobrymi kolegami, że jest bardzo prawdopodobne, że kiedy oni będą w końcu brali gdzieś na Islandii, czy w Danii swój pedalski ślub, młody Toyah będzie jednym z pierwszych zaproszonych gości, i nie będzie mógł nawet odmówić. I odwrotnie – należy też bardzo poważnie brać pod uwagę, że kiedy on w końcu będzie się żenił z tą swoją ukochaną, oni będą siedzieli wzruszeni, trzymając się za ręce w jednej z pierwszych ławek.
Czy dla mojego dziecka znajomość ta stanowi jakiekolwiek obciążenie? Absolutnie nie. Czy kiedy on się zorientował, ze ci dwaj stanowią parę, był w szoku? W żadnym wypadku. On, podobnie jak wszyscy inni zresztą, przede wszystkim o upodobaniach swoich kolegów wiedział od początku, oni się ani z nimi szczególnie nie afiszowali, ani też ich nie ukrywali, a więc sprawa od początku była traktowana w sposób absolutnie naturalny. Co do tak zwanych sympatii natomiast, powiem wręcz, że on ich, jako swoich świetnych kolegów, bardzo lubi, i ile razy o nich opowiada, to w najgorszym wypadku z bardzo życzliwym rozbawieniem.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że niedawno opowiedział mi mój syn, że jeden z tych jego kolegów-gejów trafił na piosenkę Marii Peszek o tym, jak to ona nie boi się iść ciemną doliną, bo jest jak zwierzę. Żebyśmy mieli pełną jasność, popatrzmy na fragment tego tekstu:

Pan nie jest moim pasterzem
A niczego mi nie brak
Pozwalam sobie i leżę
Jak zwierzę
I chociaż idę ciemną doliną
Zła się nie ulęknę
I nie klęknę


I proszę sobie wyobrazić, że kumpel mojego syna wysłuchał tej piosenki i dostał jasnej cholery. O co poszło? Otóż, jak sam powiada, dla niego religia, Kościół, wszystkie te przykazania i wszystko, co z nich podobno ma wynikać, jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. On ma to wszystko głęboko w nosie, a jego emocje ukierunkowane są na zupełnie inne rejony, natomiast on od zawsze przyznaje, że jest jedna „w tej całej religii” rzecz, która go pozostawia bezradnym, mianowicie słowa tego jednego psalmu; psalmu o tym, jak to on idzie ciemną doliną i zła się nie ulęknie, bo ktoś tam zawsze z nim jest. On jest w tym psalmie zakochany i uważa, że to co on mu przynosi, to jest coś, czego on nie jest nawet w stanie skomentować. Tymczasem przychodzi to dziwadło i całą tę ciemna dolinę stawia bez sensu na głowie. I w tak beznadziejnie bezmyślny sposób niszczy coś tak fantastycznie uniwersalnego.
Ktoś się zapyta, po co ja o tym piszę, i czemu ten temat akurat uznałem za taki ciekawy. Rzecz w tym, że w ostatnich tygodniach spotkałem się kilkakrotnie z opinią, że Maria Peszek swoim śpiewaniem próbuje dotrzeć do publiczności homoseksualnej. Że wprawdzie zwykli ludzie się z niej śmieją i szydzą, uważając ją za jakąś dramatycznie głupią maszkarę, natomiast dla gejów i lesbijek, zarówno jej sztuka, jak i całe emploi, stanowi bardzo atrakcyjną ofertę. I że wreszcie my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, a to dlatego, że nasza narzucona przez Kościół homofobiczna perspektywa uniemożliwia nam dostrzeżenie całego piękna owej różnorodności i czegoś tam jeszcze.
W tej sytuacji, pomyślałem sobie, że napiszę ten tekst i ogłoszę publicznie, że wprawdzie ja osobiście nie znam żadnego ani pedała, ani lesbijki, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale ponieważ tego rodzaju znajomością chwali się mój syn, i o niej mi często opowiada, dochodzę do wniosku, że jeśli Peszek faktycznie liczyła na to, że jej pójdzie aż tak łatwo, coś się jej zdecydowanie musiało poprzestawiać w tej jej smutnej pale. Cokolwiek by bowiem o nich mówić, parę rzeczy jest niepodważalnych: oni przede wszystkim mają bardzo dobry muzyczny gust, a poza tym pewien szczególny rodzaj wrażliwości, i zarówno ów gust jak i owa wrażliwość, jeśli już mają się znaleźć pod wpływem tej ich tragicznej słabości, skieruje ich zainteresowania w stronę kogoś takiego jak Annie Lennox, czy Ellen DeGeneres, a więc ludzie sympatyczni, zdolni i piękni, a nie na tego głupiego potwora z Krakowa.

Nie wiem, czy koledzy młodego Toyaha czytają ten blog, ale jeśli tak, to niech potraktują to co niżej jako specjalną dedykację ode mnie dla nich. Wszystkich natomiast tego bloga przyjaciół tradycyjnie proszę o wspieranie go w dowolny sposób, a za każdy gest pozostaję do końca świata wdzięczny.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

O moim mieście i jego cichych bohaterach

Od razu przyznać muszę, że nie dość że sprawę znam z drugiej, a może nawet i trzeciej ręki, to w dodatku bardzo pobieżnie; tyle by wiedzieć, że Zbigniew Romaszewski zwrócił się do Państwa Polskiego o odszkodowanie za to, że to właśnie Polskie Państwo swego czasu bez żadnego cywilizacyjnie usprawiedliwionego powodu kazało mu siedzieć całe lata w więzieniu, no i że owo odszkodowanie wyrokiem sądu otrzymał. Ile on tych pieniędzy dostał – nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że akurat tyle, by przez resztę swojego życia nie musieć bardzo dziadować. Powiedzmy, że mówimy o jakiejś miesięcznej może pensji przeciętnego prezesa któregoś z banków.
Romaszewski, uznając – moim zdaniem jak najbardziej słusznie – że skoro Polskie Państwo nie dość, że wraz z całym jego bohaterstwem i poświęceniem, jakie swego czasu on w to właśnie państwo zainwestował, wystawiło go do wiatru, to jeszcze – już niemal od niechcenia – uznało, że można by się z niego trochę pośmiać, on już niemal pod koniec swojego życia z takim państwem swoimi zasługami dzielić się nie musi. Powtarzam – jak najbardziej słusznie. Powiem więcej: moim zdaniem Romaszewski, nie zwracając się do – niech będzie, że tylko symbolicznego – sędziego Tulei o to, by zasądził dla niego te pieniądze, postąpiłby jak najgorszy frajer. A ja nigdy nie uważałem Romaszewskiego za frajera. I dziś jestem z niego dumny.
Kiedy patrzę, co się dziś dzieje z Polską, jak te sępy rozdrapują już naprawdę ostatnie resztki z tego, co z niej zostało, i z jaką bezczelnością egzekwują one te swoje nie wiadomo skąd wzięte, i na czym oparte pretensje, przychodzi mi wręcz do głowy myśl, by mnie tylko Romaszewski, ale wielu innych szczerych i autentycznych bohaterów tamtej walki zgłosiło się po to, co kiedyś w swojej świętej naiwności uważali, że im nie przysługuje, i ani się nie obejrzeli, jak łapy po to wyciągnęli tamci. Póki tam jeszcze cokolwiek jest, niech trafi do nich. Póki jeszcze tam coś jest.
Zbigniew Romaszewski – bohater polskiej historii – dobiega życia z dala od świateł reflektorów, i, o ile dobrze oceniam tendencje, w niesławie. Ten dziś już ponad 70- letni człowiek, po tych wszystkich upokorzeniach, jakie na niego spadły w minionych latach, a które zostały tak okrutnie podkreślone porażką w ostatnich wyborach do Senatu, nie dość, że musi dziś jeszcze przyjmować ciosy ze strony jakichś upasionych na nowej Polsce komunistów w rodzaju Tomasza nałęcza, czy swoich dawnych kolegów, którzy w momencie gdy Polska weszła na nową drogę, lepiej się od niego zorientowali, gdzie co dają, to jeszcze ciosy jakichś półprzytomnych blogerów, którzy nie potrafią się znaleźć między łokciem a dupą, a ja sobie myślę, że to już jest naprawdę zbyt wiele.
Ktoś mi powie, że ja się nie mam co tak naprężać, bo demokracja to taki system, gdzie każdy ma równe szanse, i skoro Romaszewskiemu tak bardzo zależało, by być wiecznym senatorem, to miał się bardziej postarać. I ja na to, powiem uczciwie, nie mam żadnej odpowiedzi. Owszem. Jeśli Romaszewskiemu tak bardzo zależało na tych zaszczytach, a ludność Warszawy mu ich odmówiła, pretensje o to może mieć tylko do siebie. Natomiast ja też mogę tu wtrącić swoje trzy grosze, prawda? O tym, jak to przegrywają gorsi, a wygrywają lepsi.
Weźmy taką posłankę Platformy Obywatelskiej Ewę Kołodziej. Każdemu, kto mieszka w Katowicach, czy w miastach z Katowicami sąsiadującymi, a miał okazję śledzić przebieg kampanii wyborczej do Parlamentu w roku 2011, nazwisko to jest bardzo dobrze znane z tego względu, że cały ten czas był w praktyce zdominowany przez kampanię tej dziewczyny. Od pierwszego dnia kampanii, a kto wie, czy nie nawet i wcześniej, do samego końca, nie było ulicy, nie było latarni, nie było skweru, gdzie nie wisiałoby zdjęcie Ewy Kołodziej, tej młodej działaczki Młodych Demokratów. Ja nie wiem, ile ta kampania kosztowała, ale myślę że kosztować musiała nie byle jakie pieniądze. W końcu to tylko Zbigniew Romaszewski chyba wierzy, że sukces nic nie kosztuje. Tak czy inaczej, startując z 10 miejsca, Ewa Kołodziej ten swój mandat zdobyła. Postarała się, więc wygrała. Pokazała, że jak się chce, to można naprawdę wiele.
Okna naszej kuchni wychodzą na bardzo obskurne podwórko i na kamienice ciągnące się wzdłuż ulicy o urokliwej nazwie Krzywa. Ulica Krzywa w Katowicach to symbol najgorszego menelstwa, to przez całe lata, ciemne bramy, brudne okna i snujący się pijacy. No po prostu – ulica Krzywa. Od pewnego czasu na ulicy Krzywej panuje wesoły ruch. Nie dość że jedna z kamienic została wyremontowana od dachu po kratki ściekowe, to już choćby z naszej kuchni widać, jak kolejna z nich jest budowana niemal od początku. Ja przez wiele lat nie miałem żadnego interesu, by chodzić ulicą Krzywą, jednak z jakiegoś, nieistotnego tu zupełnie powodu, się tam przeszedłem. I proszę sobie wyobrazić, ze tam się dzieją prawdziwe cuda. Menele wprawdzie wciąż okupują swoje stałe miejsca, natomiast tam otwarty został niedawno salon fryzjerski z szyldem Pierre Cardin, a aktualnie przebudowywany róg ze Skłodowskiej został już obłożony wielkimi szklanymi płytami. Może nam stawiają kolejny bank? Nie da się ukryć, że Katowice nam pięknieją. Będzie się działo!
Kamienica, której, nazwijmy to, remont, już się jakiś czas temu zakończył, uzyskała już nawet własną nazwę: Krzywa 10. I proszę mnie zrozumieć – ja nie mówię o ulicy Krzywej 10; ja mówię o kamienicy nazwanej „Krzywa 10”. No, niemal jak 10 Downing Street. I oto, proszę sobie wyobrazić, na samym dole tej pięknej kamienicy, pod tą właśnie dziesiątką, znajduje się piękny, o odpowiednich rozmiarach lokal, z pięknie wygrawerowanymi na szkle rysunkami budynku Sejmu, a na murze mosiężna tablica z jeszcze piękniej wyszykowanym napisem: „Biuro poselskie Ewy Kołodziej”. Właśnie tak.
Tak się robi karierę polityczną, proszę państwa. Trochę dla siebie, a trochę dla ukochanego miasta. Nie można być takim samolubkiem jak niegdysiejszy senator Zbigniew Romaszewski, który nie dość, że chciałby wszystko, to jeszcze to wszystko chciałby, nie dając nic od siebie. A jak już coś da, to natychmiast każe sobie płacić. Coś okropnego! Niech się uczy od młodego pokolenia polityków.
W pierwszej chwili miałem ochotę zamieścić tu zdjęcie tego poselskiego lokalu na tej poselskiej dziś już ulicy. Ale przede wszystkim, pomyślałem sobie, że po co, skoro opis jaki przedstawiłem jest wystarczająco wierny, a ponadto moja córka właśnie znalazła zamieszczone na Facebooku o wiele fajniejsze zdjęcie. Pochodzi ono ze strony o brzydkiej i głupiej nazwie "Gówno prawda", i jego akurat nie da się skutecznie opisać. Je trzeba zobaczyć. A więc patrzmy. Patrzmy i dalej podtrzymujmy swoją nienawiść do Zbigniewa Romaszewskiego.




sobota, 19 stycznia 2013

O tym jak prześliczna wiolonczelistka poszła w kurwy

Mieszkanie, w którym się w piątkę gnieździmy, liczy niemal 140 metrów i składa się z czterech przestronnych pokoi i zwyczajowej reszty. Tak zwany pokój środkowy to miejsce, w którym raz do roku staje choinka, w którym przyjmuje się gości, no i gdzie – jakże by inaczej – trzymany jest telewizor. Ostatnio, przez to, że telewizję przestaliśmy praktycznie oglądać, miejsce to stało się niebezpiecznie puste; puste do tego stopnia, że któregoś dnia żona moja nawet zaproponowała, by go może wynająć jakimś studentom i się w ten sposób choćby trochę odkuć finansowo.
Przyznam szczerze, że jak idzie o telewizję TVN24 i jej ofertę programową, chyba nigdy dotychczas nie byłem tak kompletnie niezorientowany. Tyle wszystkiego, że wiem, iż ich sztandarowy program pod tytułem „Szkło Kontaktowe” radzi sobie znakomicie i tam wszystko działa, jak dotychczas. A więc – najlepiej.
Wiedzę, którą się właśnie chwalę nabyłem parę dni temu, kiedy nagle w ciągu dnia ktoś z nas włączył ten telewizor, przełączył go na kanał zajmowany przez TVN24, tak go zostawił, i opuścił pokój. Ja z kolei wszedłem tam późnym wieczorem, a tam, proszę sobie wyobrazić akurat zapowiadano Wojciecha Młynarskiego z nowym wierszem, napisanym specjalnie dla „Szkła Kontaktowego”. Pojawił się więc, na tle chyba swojego mieszkania, ten Młynarski, no i zaczął czytać ów tekst. Był on był jednak tak nieciekawy, że dziś już nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czego on dotyczył, natomiast samą jego końcówkę pamiętam znakomicie. Oto ona:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


Dokładnie tak. Słowo w słowo. Siedział Wojciech Młynarski w tym swoim fotelu, czytał to coś, co napisał dla „Szkła Kontaktowego”, i nagle padły te słowa:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


A ja, przyznam szczerze, że zdębiałem. Ja już widziałem wcześniej Młynarskiego, jak się udziela w „Szkle Kontaktowym”, i to udziela dokładnie w taki sposób, by państwo byli z niego bardzo zadowoleni. Pamiętam, na przykład, jak Młynarski napisał i wydeklamował przed kamerami ITI ów już dziś wręcz kultowy tekst o tym, że wszystko zło, to wina Tuska. Pamiętam ten wierszyk i, cokolwiek bym miał sądzić o dowcipie i myśli za nim stojącej, nie mogłem nie przyznać, że on ma pewną siłę; siłę, która mu z całą pewnością pozwoli zabłysnąć na tym czarnym rynku kultury popularnej.
Słuchałem tego bełkotu, i oczywiście zdawałem sobie świetnie sprawę z tego, że czasy gitarzysty basowego Żorżyka, czasy białych mew, czasy wreszcie Zdzisia „co to zimą chodzi w misiu”, to czasy ostatecznie minione, ale mimo to, wciąż miałem przed sobą, niechby i cień, ale jednak nie byle kogo, bo dawnego Młynarskiego. Wiedziałem, że Wojciech Młynarski się nieodwołanie skończył, ale, co by nie powiedzieć, mierzy wysoko, bo aż na stanowisko kancelaryjnego błazna. Co mamy dziś? Sędziego Tuleję? Mój Boże! Czyżbyśmy zeszli już aż tak nisko?
Do czegośmy doszli? Wojciech Młynarski pisze teksty o jednym z reżimowych sędziów? I w dodatku konstruuje je w formie modlitwy? A cóż to zaszło w jego życiu, że jego emocje i literacki talent spadły na ten akurat poziom? Podzieliłem się przed momentem refleksją, że wiersz, jaki Wojciech Młynarski napisał o tym, że wszystko nieszczęście to wina Tuska, to, przy wszystkich moich zastrzeżeniach, prawdziwy hymn ku czci władzy, i to w dodatku hymn, za który władza powinna być Młynarskiemu dozgonnie wdzięczna. Może nawet bardziej, niż za jego znacznie wcześniejszy apel, byśmy „robili swoje”. Mógłbym więc też wspomnieć poruszenie, jakie powstało w związku z wierszem, jaki Jarosław Marek Rymkiewicz poświęcił Jarosławowi Kaczyńskiemu. Powiem uczciwie, że tak się jakoś złożyło, że ja go nie miałem okazji czytać, natomiast wiem, że pisząc go, a następnie upowszechniając, Rymkiewicz wsparł pewien projekt na poziomie państwa. On, pisząc ten wiersz, wsparł pewien – może i kontrowersyjny – ale jednak projekt na poziomie najwyższym. Czy razy, jakie Rymkiewicz otrzymał były słuszne? Czy były usprawiedliwione? Nie mam pojęcia. Pewnie tak. W końcu, co to za pomysł, żeby poświęcać coś tak poważnego jak poezja czemuś tak drobnemu jak bieżąca polityka? Jednak wciąż, tu akurat chodziło o nazwisko „Kaczyński”. O imię „Jarosław”. A więc coś, czym żyje cały naród. I to nie przez parę dni, ale niewykluczone, że przez całą swoją historię. A więc coś mniej więcej na poziomie tego Tuska, który za wszystko odpowiada.
Co mamy dziś? Sędziego Tuleję? Do Wojciecha Młynarskiego dzwonią ludzie z ITI i zamawiają wiersz, który będzie komentarzem do bieżącej polityki. Na to Młynarski siada i pisze:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


Bardzo wszystkich przepraszam, ale to jest coś kompletnie niszczycielskiego. To świadczy o tym, że nie ma już nic. Nie ma ani poezji, ani przyzwoitości, ani honoru. Jest wyłącznie ta tępa zażartość, ta wściekłość, to pragnienie morderstwa. I to zupełnie niezależnie od tego, kto tam się kręci. Jakiś półobłąkany bloger z bolącą łydką, biedny emeryt, któremu nowy wspaniały świat tak zawrócił w głowie, że poza lokalną galerią handlową on nie widzi już świata, ksiądz znajdujący pierwszą prawdziwą miłość w życiu, czy wybitny artysta – wszyscy oni tworzą wspólny klub.
Można by powiedzieć, że Klub Samotnych Serc Sierżanta Pieprza, gdyby jeszcze wypadało nam żartować. Kończmy więc po prostu.

Informuję, że książka o biustonoszu firmy Triumph jest już gotowa. Od wczoraj Gabriel sprzedaje zakupione wcześniej egzemplarze. Polecam. To jest z całą pewnością przebój sezonu. Ponieważ póki co, wszystkie pieniądze ze sprzedaży idą na pokrycie kosztów druku, bardzo proszę o tradycyjne, bezpośrednie już wsparcie.

piątek, 18 stycznia 2013

Jak kochać swoje dziecko

Pytają mnie od czasu do czasu bliżsi lub dalsi znajomi, jak myśmy zdołali wychować nasze dzieci, że one są takie grzeczne, mądre i porządne, a ja na tak sformułowane pytanie odpowiadam niezmiennie, że nie mam pojęcia; że ja ich jakoś szczególnie nie wychowywałem, a jeśli nawet, to bardzo nieświadomie. Sytuacja ta przypomina mi inną zupełnie, choć też bezpośrednio związaną z naszymi dziećmi. Otóż któregoś dnia, kiedy one jeszcze były znacznie mniejsze, podczas jednej ze rutynowych wizyt w ośrodku zdrowia, pani Toyahowa spytała naszą panią doktor, dlaczego te nasze dzieci są tak nieprzyzwoicie zdrowe; czemu one nie chorują; jak to się dzieje, że one nawet nie miewają głupiej grypy? Głupiego przeziębienia? I na to ta mądra kobieta odpowiedziała, że gdyby ona znała odpowiedź na takie pytania, nie musiałaby pracować po całych dniach za te marne grosze.
A więc tak to właśnie wygląda. Gdybym ja wiedział, jak się to robi, by nasze dzieci były mądre, grzeczne i dobrze ułożone, nie musiałbym pewnie w ogóle pracować, tylko bym jeździł po świecie i ten swój patent sprzedawał za ciężkie pieniądze. Niestety, tego nie wiem, a co gorsza, nie wiem nawet, czy to że one są takie, a nie inne, jest naszą zasługą, czy to zwyczajnie zostało wymodlone. Ta moja niepewność jest jeszcze dodatkowo podkręcana przez fakt, że nigdzie prawdopodobnie, jak w naszym przypadku, nie widać tak jasno owej świętej prawdy, że nic nie jest za darmo, i że – jeśli już pozostaniemy przy tym naszym przykładzie – owa grzeczność i układność z całą pewnością została okupiona paroma zmartwieniami, których naprawdę nie jest tak łatwo zrekompensować, i wobec których ja jestem całkowicie i idealnie bezradny. A kiedy widzę tę swoją bezradność, tym bardziej jestem wdzięczny Panu Bogu za to, że nas zechciał nie doświadczać czymś, czego byśmy prawdopodobnie i nie znieśli, i czemu też nie potrafilibyśmy zaradzić.
Bo prawda jest taka, że ja – a podejrzewam, że podobnie i moja żona – nie mamy pojęcia o wychowywaniu dzieci. I gdyby doszło do czegoś nieprzewidzianego i groźnego, bylibyśmy równie głupi i bezsilni, jak tysiące rodziców, o których od czasu do czasu słyszymy w mediach. Niedawno, pewne poruszenie w całym kraju wywołała informacja o jakimś dealerze z Leska, który z jakim śmiertelnie rozkochanym w sobie dzieckiem zamknął się w mieszkaniu w Sanoku, i wobec ataku policji, zastrzelił najpierw ją, a potem siebie. Z dalszych relacji dowiedzieliśmy się, że dziecko to nie zostało znalezione na ulicy, ale pochodziło z normalnej rodziny, tyle że któregoś dnia trafiło na tego gangstera, no i się w nim zakochało. Zwyczajnie. Trochę tak, jak mniej więcej pewnie w tym samym czasie na drugim końcu Polski, niejaki ojciec Krzysztofowicz – dominikanin. Rodzice dziewczynki podobno wiedzieli, że to nie jest dla niej dobre towarzystwo, no ale, jak wiemy, 16 czy 17 lat to wiek bardzo trudny, no i prawdopodobnie trochę ze zwykłej bezradności, ale też aby nie pogarszać sytuacji, postanowili machnąć na to co ona robi ręką i czekać aż ona się opamięta. No i niestety, skoro nie oni, sprawy w swoje ręce wziął ów dealer i wszystko się zakończyło jak się zakończyło.
Z jednej strony, jest oczywiście bardzo łatwo zgłaszać teraz pretensje do rodziców o to, że tak fatalnie wychowali to dziecko, że kiedy ono ich najbardziej potrzebowało, to oni nie znaleźli w sobie wystarczająco dużo sił i miłości, że wreszcie pozwolili jej pójść z domu; że trzeba było ją zamknąć w pokoju i nie wypuszczać, albo – i to pewnie już najczęściej – nasłać na nią dziecięcego psychologa. I zapewne wszyscy ci, którzy dziś proponują swoje znakomite rozwiązania, dodają do nich jedno – że oni by sobie oczywiście poradzili.
Otóż powiem bardzo wyraźnie i szczerze – ja bym sobie nie poradził. Gdyby moja najmłodsza córka któregoś dnia zakochała się w jakimś psychopacie, i ta miłość byłaby tak obłąkana, że doszłoby w końcu do sytuacji, że ona by musiała wybierać między nim a nami, ja bym nie miał pojęcia co robić. Dlaczego? Bo ja z jednej strony wiem, jak to jest się zakochać głupio i bez pamięci, a z drugiej bardzo dobrze znam swoją córkę i wiem, jak ona potrafi być zdeterminowana w obronie swoich racji. A więc, powtórzę jeszcze raz – ja bym sobie nie poradził.
Siedzieliśmy sobie któregoś dnia przed telewizorem, a tam akurat mówili o tym nieszczęściu, do jakiego doszło w Sanoku. Oczywiście, temat dotyczył tego, czy policja zrobiła wszystko, co trzeba było zrobić, i czy to on najpierw strzelił do niej, a potem do siebie, czy może było odwrotnie. A ja się tylko zastanawiałem, jak to się wszystko zaczęło, i jak się dalej potoczyło, że ona ostatecznie poszła z domu i zamieszkała z tym opętańcem. I w pewnym momencie córka moja – dokładnie ta sama, o której było wyżej – powiedziała, że to prawdziwy skandal, że ojciec tej dziewczyny do tego dopuścił. Na to ja jej mówię, żeby się zamknęła, bo ona doskonale wie, jak by wyglądała z nią rozmowa, gdyby to ona się zakochała w jakimś psychopacie, a ja z kolei doskonale wiem, że ja nie miałbym żadnej mocy, by ją od tego, co ona sobie wymyśliła odciągnąć. I proszę sobie wyobrazić, że moje dziecko, tak jak to ona, wzruszyło ramionami, i powiedziało mniej więcej tak: „A po co on w ogóle z nią rozmawiał? Miał pójść i go zastrzelić”…
No tak. On miał pójść gdzieś pod ukraińską granicę, kupić od pierwszego lepszego broń i jeden nabój, i ten jeden pocisk wbić dealerowi w jego łysą pałę. Jeśli kochał to dziecko i miał odrobinę wyobraźni, miał pójść do Ukraińca, kupić od niego broń i dealera zabić. Oczywiście, jest bardzo możliwe, że jego córka by go za to co zrobił znienawidziła – choć, jak się dobrze zastanowić, wcale nie koniecznie – jest więcej niż pewne, że sędzia Tuleja by go za to wsadził na długie lata do więzienia, ale wiadomo coś jeszcze – on by przede wszystkim w tym więzieniu miał bardzo dobre życie, bo by go wszyscy szanowali i traktowali jak bohatera, opinia publiczna by go tak kochała, że kto wie, czy prezydent Komorowski przy pierwszym kryzysie zaufania by go nie ułaskawił, no a przede wszystkim, i najważniejsze, to dziecko by żyło, i niewykluczone że tak niezwykle doświadczone tą miłością, by też coś dało światu. Od siebie.
Pomyśleć tylko, że tak niewiele trzeba, by dobrze wychować swoje dzieci. I tak wielka jest za to nagroda. Choćby w postaci tej jednej krótkiej lekcji: „Tatusiu. On miał z nią nie gadać. On przede wszystkim miał się zająć tym łysym”.
Dziś młody Toyah ma urodziny, a ja nawet nie mam mu za co kupić prezentu. Co za syf!

czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

środa, 16 stycznia 2013

O świętym obowiązku tępienia dziadów

Wśród głównych zarzutów, jakie przeciwko mnie pojawiają się to tu to tam, a ja je zdążyłem wyłapać, są takie mianowicie, że ja uprawiam żebractwo, co kompromituje moją rodzinę, a w dodatku jest niezgodne z prawem, że w sposób przestępczy nie płacę podatków, że moje teksty są beznadziejnie złe, no i wreszcie, że jestem ohydnie gruby.
Powiem szczerze, że z nich wszystkich, największą przykrość sprawia mi ten ostatni, a dotyczący mojego paskudnie opasłego wyglądu. Trochę oczywiście dlatego, że ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że jestem zbyt gruby, a to przy moim wzroście sprawia, że wyglądam jak wyglądam, ale też chodzi o to, że jest całkiem prawdopodobne, co zresztą wszyscy w rodzinie mi powtarzają, że jeśli nie schudnę, dostanę choroby wieńcowej i wykituję szybciej niż jest mi to przeznaczone. To jest jeden powód mojego utrapienia. Drugi jednak jest taki, że, choć faktycznie jestem zbyt gruby, ja nie jestem gruby w sposób choćby minimalnie karykaturalny. Chodzi o to, że ja nie jestem gruby tak jak na przykład grubi są Ryszard Kalisz, Andrzej Urbański, czy Piotr Semka. Ja chyba nawet nie jestem tak gruby jak poseł Anna Grodzka – a jego na przykład, wszyscy ci, których tak boli moja tusza, na pewno bardzo lubią i szanują. Wydaje mi się, że ktoś kto mnie widzi na ulicy, przede wszystkim nie zwróci na mnie uwagi, a jeśli już mu się to zdarzy, to nie na zasadzie: „O, idzie Kalisz”, ale „O, idzie Owsiak”.
No właśnie. Owsiak. Pisałem już o tym w swoim „Elementarzu”, ale ponieważ nie wszyscy mieli okazję go czytać, a poza tym to jest naprawdę historia pierwszej klasy, to ją tu przypomnę. Otóż szedłem sobie kiedyś przez katowickie osiedle Paderewskiego i w pewnym momencie trafiłem na grupę lokalnej młodzieży. Kiedy minąłem już te dzieci, któreś z nich wrzasnęło za mną: „Owsiak, ty chuju!”
Skąd ja wiem, że to za mną? Przede wszystkim w okolicy nie było nikogo innego, a poza tym, ja zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli już mam coś z kogoś, to właśnie z Owsiaka. Wtedy w dodatku, byłem bardzo krótko ostrzyżony, i miałem takie duże, niemal owsiakowe okulary. A więc, oni, w swojej dziecięcej tępocie, na sto procent uznali, że oto po ich osiedlu nagle ni stąd ni z owąd idzie sam Jerzy Owsiak. No i postanowili go przywitać.
Bardzo spodobało mi się to, co te dzieci zrobiły. Oczywiście, nie dlatego, że powiedziały mi, co o mnie myślą, ale że powiedziały, co myślą o Owsiaku, no i dlatego, że powiedziały dokładnie to, co ja bym mu powiedział, gdybym go spotkał. No i spodobały mi się też te dzieci jeszcze z jednego powodu. Że one były takie szczere. Że nie próbowały jakichś bon motów, nie uciekały w nikomu niepotrzebne żarty, nie próbowały tego swojego „owsiaka” zaskoczyć niespodziewanym pytaniem. One mu powiedziały, że go nie lubią, tak jak to zwykle robią, przy pomocy jedynego znanego sobie środka wyrazu. I to wszystko. I to mi zaimponowało.
Dlaczego mi się dziś przypomniała tamta stara przecież już bardzo przygoda? Otóż parę dni temu doszło do pewnej bardzo szczególnej konfrontacji, która przez to, że miała miejsce w budynku ITI, i została natychmiast zarejestrowana i opublikowana, uzyskała ogólnopolski rozgłos. Otóż poszło o to, że, mniej więcej w tym samym czasie, w TVN-nie występowali Tomasz Terlikowski i Jerzy Owsiak, no i kiedy Owsiak wychodził ze studia, natknął się na Terlikowskiego, który sobie siedział na podsuniętym mu krzesełku i czekał, aż ktoś się nim zainteresuje.
Scena ta jest fascynująca w sposób podwójny. Po pierwsze, to w ogóle samo w sobie jest ciekawe, jak trafiają na siebie Owsiak z Terlikowskim i dochodzi między innymi do wymiany zdań. Tu jednak mamy coś więcej, i aby to pojąć, trzeba to widzieć. Terlikowski siedzi gdzieś na tym krześle pod ścianą i tym białym parasolem, który tam się zwykle rozkłada, gdy trzeba kogoś odpowiednio oświetlić, taki kompletnie samotny, opuszczony i pokorny, natomiast Owsiak, w takiej gangsterskiej kurtce, idzie szybkim krokiem z kimś, kto wygląda na jego osobistego goryla, nie oglądając się na nic, nic nie mówiąc… i nagle, kiedy już zostawił tego Terlikowskiego za sobą, zatrzymuje się, jakby nagle coś sobie przypomniał… odwraca się, no i zaczyna Temu biednemu Terlikowskiemu wrzucać. Ja ten film widziałem tylko raz, i powiem szczerze, że nie mam odwagi, by jeszcze raz patrzeć na ów popis nieopisanej wcześniej agresji, i przy okazji upokorzenia, ale mam wrażenie, że Terlikowski w pierwszej chwili nawet z tego krzesła się podniósł.
A zatem, Terlikowski siedzi tam pod tą swoją smutną ścianą, a Owsiak, w tej kurtce i w tym biegu, stoi i krzyczy do Terlikowskiego, że powinien słuchać więcej rock’n’rolla, to może odzyska rozum. A świat drży z podniecenia i satysfakcji, że ciemność dostała w psyk.
Wciąż mnie tu na blogu pytają czytelnicy, czemu ja się czepiam tak zwanych „naszych”, a w tym oczywiście Tomasza Terlikowskiego. Ja oczywiście wiem, że, jak idzie o to, co ja tu opowiadam, to przy tym, co ja piszę o Owsiaku, Terlikowski jest pod ścisłą ochroną, ale nie będę się kłócił – jemu i jego kumplom też się tu dostaje. No ale, co ja mam, przepraszam, robić, kiedy widzę ten rodzaj otępienia?
Idę sobie z psem ulicą do parku, a z naprzeciwka idzie Jerzy Owsiak. Mija mnie, nagle się zatrzymuje, i zaczyna mi tłumaczyć, że ja powinienem słuchać trochę więcej rock’n’rolla, to nabiorę więcej luzu i przy okazji opuści mnie ta nienawiść. Czy ktoś tu naprawdę sądzi, że ja bym próbował wykorzystać ów szczęśliwy moment w swoim życiu na to, by wytłumaczyć Owsiakowi błędy w jego myśleniu i postępowaniu? Czy ktoś się spodziewa, że ja bym zaczął mu objaśniać tajemnice życia i śmierci? Czy kto wreszcie liczy na to, że ja bym poszedł do tego strasznego człowieka z Dobrą Nowiną? Co za absurd!
Niestety, jak idzie o kogoś takiego jak Terlikowski, któremu dobry los, i – dobrodusznie przyznam – jego osobiste talenty umożliwiły wejście na tę popularną scenę i głoszenie zwycięstwa prawdy nad kłamstwem, życia nad śmiercią, wiary nad pogaństwem, stoję bezsilny i bezradny. W momencie gdy on staje przed jedyną wręcz taką okazją w życiu by dać świadectwo prawdziwego wojownika, on przez swoją bezmyślność, tchórzostwo i głupi konformizm, kompromituje nie siebie – o to my akurat martwić się nie musimy – ale nas wszystkich.
A to było takie proste. Takie wręcz narzucające się. I nawet nie trzeba było przy tym używać grubych słów. Wystarczyło rzucić zwykłe „Spieprzaj, dziadu” i splunąć. Oni tam przecież w tym ITI mają jakiś sprzątaczy. Zaraz by ktoś przyszedł i wszystko wytarł.

Nie ma tu miejsca, a poza tym nie wypada, bym wchodził w szczegóły, ale jeszcze przynajmniej do lutego stoimy na autentycznej granicy. Bardzo więc proszę wszystkich o jakiekolwiek wsparcie pod podanym numerem konta. Bez tego, mamy prawdziwy, jak to kiedyś, gdy byliśmy młodzi, lubiliśmy mówić – „leżajsk i kwiczajsk”.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

O zranionej nienawiści, jednym psie i jednej piosence

Z punktu widzenia, w którym ja się akurat znajduję, blogowanie to bardzo przyjemne zajęcie. Przede wszystkim, układanie wyrazów, następnie zdań, i wreszcie akapitów jest czymś, co ja robić zawsze potrafiłem, i co nie sprawia mi większych trudności. Wiem oczywiście, że dla wielu osób nawet napisanie prostej kartki pocztowej z bieżącą informacją może się okazać przeszkodą nie do pokonania, a mogę to obserwować na przykład każdego roku podczas sprawdzania matur, gdzie naprawdę wielu maturzystów nie jest w stanie przekazać najprostszej informacji, i to wcale nie dlatego, że nie znają języka, ale przez zwykły brak umiejętności wyrażania tego co trzeba powiedzieć. Ja jednak z tym akurat kłopotów nigdy nie miałem. A czymże w końcu, jak nie wyrażaniem myśli, jest blogowanie?
A zatem, pisanie to dla mnie naturalna przyjemność. Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś mi może zarzucić, że moje teksty są za długie, albo za krótkie, albo rozwlekłe, albo mało konkretne, albo niezrozumiałe, albo zwyczajnie głupie. Faktem jest jednak to, że one są dokładnie takie jakie ja chcę, żeby były. Jeśli ktoś u mnie zamówi tekst krótki, albo dwa razy dłuższy, niż te które piszę, nie będę miał z tym problemu. Ja tu na przykład kiedyś, przy okazji dokuczania Rafałowi Ziemkiewiczowi, zrobiłem mu taki żart, że policzyłem ilość słów w jednym z jego felietonów, i napisałem tekst o dokładnie tej samej liczbie słów, na ten sam temat, tyle że z taką nauką dla Ziemkiewicza, że jak idzie o mnie, to ja umiem dokładnie to samo co on, tyle że lepiej i mądrzej. A więc powtarzam – to potrafię.
Co jeszcze sprawia, że blogowanie uważam za zajęcie przyjemne? To mianowicie, że ono nie łączy się dla mnie z jakimkolwiek stresem. Komu się te teksty podobają, ten tu sobie przychodzi i je czyta, komu się nie podobają, ten albo tu nie przychodzi, albo – jeśli ma taki plan, by jednak tu przychodzić i mi dogadywać – ja go stąd wyrzucam. Ponieważ dbam o to, by poziom dyskusji pod kolejnymi tekstami trzymał się pewnego standardu, wszystkich tych, którzy nie są w stanie im dorównać traktuję nieuprzejmie, przez co oni się często obrażają, ale ja mam za to sytuację najbardziej komfortową. Nie muszę się na nikogo irytować, z nikim kłócić, nikogo obrażać. A – i to muszę tu powiedzieć – celem tego mojego pisania nie jest stymulowanie publicznej debaty, nie jest wspólne szukanie rozwiązań, nie jest wzajemne ćwiczenie się w erystyce. Ja nie mam takich ambicji, by mieć tu jak najwięcej komentarzy i dążyć do tego, by dyskusje, jakie tu mają miejsce, miały też najwyższą temperaturę. W żadnym wypadku. Tu od początku chodziło o jedno, i myślę, że najlepiej tę intencje oddaje zaczerpnięty od Kazika tytuł tego bloga: „Posłuchaj, to do Ciebie”.
W tym jednak miejscu pojawia się pewien problem, który sprawia, że prowadząc ten swój blog, muszę od czasu do czasu się pozadręczać. Wydaje mi się, że to właśnie ta moja niechęć do wdawania się w dyskusję z ludźmi, których ani nie szanuję, ani nie uważam za partnerów – połączona oczywiście z tym, że ten blog ma jakąś tam pozycję – sprawia, że ja mam tak strasznie dużo wrogów, a przez wrogów rozumiem ludzi, którzy mają co do mnie wyłącznie jedno życzenie – żeby mnie wreszcie jasny szlag trafił. I to najlepiej tak, żeby mnie bolało.
Kiedy czytam niektóre komentarze na blogach ludzi, których ani nie znam, ani ich nie zaczepiam, ani nie zrobiłem im nigdy nic złego, poza tym, że być może niekiedy, reagując na ich złośliwości pod swoim adresem, potraktowałem ich tak jak z kolei ja potrafiłem, nie mogę wyjść z podziwu nad tymi ich emocjami, z tym jednym wspomnianym wyżej pragnieniem. Kiedy się zastanawiam nad przyczyną takiej zawziętości, przychodzi mi do głowy tylko jedno wytłumaczenie. To muszą być ludzie, dla których ich aktywność na blogach sprowadza się do tego, by się pokłócić i w tej awanturze wyjść na swoje, pokazać, że to oni są mistrzami politycznej debaty, że ich dowcip jest niepokonany, a jak już komuś dosolą, to tak, że świat się na chwilę zdumiony zatrzyma.
To są tacy właśnie ludzie, i kiedy oni przyjdą na mój blog i przeczytają, co mam do powiedzenia, w jednym momencie wpadają na pomysł, by się ze mną pospierać i podczas tego sporu wykazać mi, jak to ja się bardzo mylę. Przychodzą, rzucają kilka ostrych jak samurajski miecz bon motów, i kiedy zostaną stąd wyrzuceni, dostają takiej cholery, jakby ktoś zakleił im plastrem usta, a ręce związał. No i wtedy zaczynają sobie używać, albo u siebie w doraźnie pisanych notkach, albo w komentarzach pod notkami tych, którzy byli szybsi, albo których blogi są szerzej i częściej czytane.
Ja znam tych ludzi bardzo dobrze. Mam ich całą listę w Salonie24, w zakładce oznaczonej jako „zablokowani użytkownicy”, ale też wiem bardzo dobrze i o tych, którzy u mnie nigdy nie odważyli się zostawić jednego komentarza, bo są na tyle przewidujący, że nawet nie zaryzykują w obawie przed tym wstydem. To oni właśnie tworzą wspólne fronty na tych blogach, które akurat gwarantują największą liczbę odsłon, i tam po mnie sobie, jak to mówi młodzież, jadą. Co ich łączy? Czy coś ich w ogóle łączy? Owszem, trochę tak. Oni w większości są wojującymi ateistami, politycznymi przeciwnikami Prawa i Sprawiedliwości, niekiedy pokorwinowskimi liberałami, ale też są wśród nich pierwszorzędni polscy patrioci i ludzie Kościoła. To jest jednak akurat detal. Ich tak naprawdę łączy nienawiść do Toyaha. Za co? No właśnie za to, że on nie pozwala na jakąkolwiek dyskusję. Nie chce, świnia, kulturalnie porozmawiać. A co on sobie wyobraża, że kim on jest?
Te kluby robią na mnie wrażenie szczególne. Oto któryś z blogerów pisze tekst, zatytułowany dajmy na to: „Wynurzenia pana O.”, albo „Mądrości Toyaha, czyli głupota zwycięża”. O czym jest to tekst. Najczęściej o tym, że oto ja napisałem jakiś nowy tekst i z niego wynika, że ja nie płacę podatków, lub że jestem żebrakiem, czy że ewentualnie terroryzuję swoją rodzinę. Ze względu na politykę Salonu24 tekst ów nie zostaje umieszczony na stronie głównej, przez co uzyskuje wszystkiego jakieś 400 odsłon, natomiast bije wszelkie rekordy w liczbie komentarzy. Dlaczego? Bo wszyscy ci, co mnie nienawidzą, na widok literki O., lub nazwy „toyah”, zlatują się tam jak sępy i robią sobie używanie. Dokładnie takie samo, na jakie nie mogą sobie pozwolić na moim blogu.
Dlaczego ja piszę, że to jest dla mnie jakiś tam kłopot? Przecież, ktoś powie, ja mogę ich nie czytać. Owszem, to jest oczywiście jakaś propozycja, jednak należy pamiętać, że ja mam wielu znajomych, którzy mnie o tego typu wybrykach chętnie zawsze informują, no a poza tym przyznaję, że jest coś w człowieku takiego, co każe się zanurzać w tego typu miejsca, choćby tylko po to, by zobaczyć, że jest dokładnie tak, jak się należało spodziewać. No a skoro już tam zajdę, to zawsze widzę, jak tam – w tej bezradnej wściekłości – tworzone są najgorsze kłamstwa, i jak nimi karmią się wszyscy – od lewa do prawa, ludzie PRL-u i ludzie Kościoła, zwolennicy Ruchu Palikota i wyborcy Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy. Bo oni się zaprzyjaźnili nad tą jedna perspektywą: zatłuc Osiejuka. Bloger Pantryjota udaje się na leczenie do sanatorium i na swoim blogu publikuje apel, by czytelniczki, które mają ochotę wspierać go podczas tego pobytu seksualnie, przez pocztę prywatną zgłaszały swoje kandydatury, a zaprzyjaźnionej z Pantryotą Teesie – kobiecie, cokolwiek by o niej nie mówić, przynajmniej robiącej wrażenie kobiety właśnie – nawet do głowy nie przyjdzie, że znalazła się w towarzystwie, które ją zwyczajnie kompromituje. Dlaczego? Bo cel jest jeden. Zabić Osiejuka, a następnie odprawić nad nim rytualną mszę pogrzebową. No i to, przyznaje, robi pewne wrażenie.
Czytam te wymiany i stamtąd odchodzę, nie wdając się w jakąkolwiek dyskusję, nic nie wyjaśniając, o nic nie apelując. Czemu? Bo przede wszystkim wiem, że każde moje słowo w jednym momencie spowoduje podwojenie się liczby komentarzy, no i stuprocentowy wzrost temperatury tej nagonki. Że cokolwiek powiem, nie będzie miało żadnego znaczenia, bo tu chodzi wyłącznie o to, by mnie rozjechać. Za co? Że nie chcę porozmawiać. O czym? No o tym, że jestem żebrakiem, że nie płacę podatków, że jestem gruby, że nie skończyłem w terminie studiów, że jednemu z nich 40 lat temu odbiłem dziewczynę… no nie, przepraszam… o tym akurat nie ma ani słowa. Chodzi o to, że jednemu z nich w czasach głębokiego PRL-u zrobiłem świństwo, ale on mi wybaczył.
Co za świat! No ale trudno. Zawsze jest coś za coś. Wszystkiego mieć nie można. W tej sytuacji, przewidując, że i ten tekst wywoła natychmiastową reakcję tego szczególnego towarzystwa, i że jako pierwszy pojawi się kwestia tego, czy ja płacę podatki, mam do Was skromny apel. Donieście na mnie do Urzędu Skarbowego. Dla ułatwienia podaję adres Katowice, ul. Żwirki i Wigury 17. Pierwszy Urząd Skarbowy. I jeszcze jedno. Uważajcie na Maksia Paterka. Jeśli jemu strzeli coś do tego chorego łba, pociągnie Was wszystkich za sobą.

A przyjaciół tego bloga proszę o kupowanie książki i wspierania go pod podanym obok numerem konta. Ostatnio, idzie mi nie najlepiej, ale w końcu bywało różnie. I to nie raz. En tekst idzie tylko tu na toyah.pl. Celowo. Tam nie ma co się napinać, a oni mnie i tak znajdą wszędzie.

I jeszcze coś. Już na sam koniec, zebyscie nie powiedzieli, ze ja tak dziś o niczym. Poptrzecie, jak mój labrador razem z młodszą Toyahówna słuchają Led Zeppelin.

niedziela, 13 stycznia 2013

O słowach czarnych jak rój szarańczy

Weekendy zwykle nie sprzyjają normalnej aktywności w przestrzeni poza – że tak powiem – rodzinnej, a już zwłaszcza, gdy człowiek wie, że każda próba wyjścia na zewnątrz grozi mu kontaktem z projektem powszechnie znanym pod nazwą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, no i niejako automatycznie, z jej głównym bohaterem, czyli Jerzym Owsiakiem.
Domyślam się więc, że właśnie przez to, że mieliśmy weekend, i to weekend szczególny, wielu z nas nie miało okazji trafić na wypowiedź pewnego lekarza nazwiskiem Bohdan Maruszewski, a która, wedle popularnego przekazu miała brzmieć tak:

Od tematu eutanazji nie uciekniemy, bo już niedługo w Polsce starszych ludzi będzie więcej niż młodych”.

Pozwoliłem sobie tę myśl wytłuścić i wybić w formie osobnego akapitu, bo, co chyba każdy przyzna, myśl to nie byle jaka. On jest do tego stopnia nie byle jaka, że pierwsza moja reakcja była przepełniona wątpliwościami, czy to przypadkiem nie jest jakaś bujda. Że może ów Maruszewski powiedział coś innego, tyle że przez to, iż jest on wspólnie z Owsiakiem współzałożycielem WOŚP-u, a dziś również jej wiceprzewodniczącym, a sama Orkiestra budzi wiadome emocje, ktoś się za bardzo pospieszył i podał informację albo niesprawdzoną, albo celowo może nawet zmanipulowaną.
No bo zastanówmy się. Oto przed nami lekarz, i to w dodatku lekarz nie pierwszy z brzegu, bo kardiochirurg dziecięcy, profesor, osoba popularna na całą Polskę, i on ma nagle rzucić coś takiego? To się zwyczajnie nie układa. Moje wątpliwości wzmocnił jeszcze fakt, że mimo iż spędziłem kilka dobrych minut na próbie wyszukania choćby śladu tej wypowiedzi, nie umiałem trafić nawet na wspomnienie o niej. W miarę upływu czasu, to tu to tam pojawiały się informacje, że on faktycznie powiedział coś podobnego w wypowiedzi dla telewizji TVN24. A zatem wrzuciłem też tę informację w komentarz u siebie na blogu w Salonie24.
Po pewnym czasie – nie wiem, czy inspirowany przez mnie, czy sam z siebie – odezwał się kolega bloger Świrski i poświęcił sprawie osobną notkę, w której zrugał Maruszewskiego z góry na dół. Na to przyleźli akurat będący na służbie bloger Moneta i jego przyboczni i zażądali od Świrskiego, by natychmiast przeprosił, bo Moneta osobiście oglądał ów program i tam słowa o eutanazji nie było.
Biedny Świrski, nie mogąc znaleźć odpowiedniego linka, oczywiście się grzecznie wycofał, natomiast ja przeprowadziłem poszukiwania bardziej dogłębne, no i oczywiście wszystko pięknie znalazłem. Całość wystąpienia Maruszewskiego, plus psychologa Czplińskiego, wspomaganych dzielnie przez dziennikarkę Kolendę-Zaleską znalazłem ukrytą bardzo głęboko, na samym dnie interentowej strony tvn24.pl – w dodatku zręcznie przykrytą tytułem, że oto przed nami jakieś wystąpienie posła Hofmana – i oczywiście ją Świrskiemu podlinkowałem.
I czego się dowiadujemy? Otóż muszę uczciwie przyznać, że faktycznie, wcześniejsze informacje, jakoby Maruszewski powiedział co powiedział, były bardzo niedokładne. Przede wszystkim on powiedział coś znacznie gorszego, no a w dodatku nie wolno nam zapominać o psychologu Czaplińskim, który też tam mocno się udzielał, i jeśli zostanie tu pominięty, może się naprawdę obrazić. Rozmowa jest bardzo długa, zdecydowanie zbyt długa, żeby normalnie myślący człowiek był w stanie ją wysłuchać choćby w części, w dodatku ona niesie w sobie taki ładunek zła, że w ogóle lepiej ją omijać szerokim łukiem, no i wreszcie interesujący nas fragment, to sama jej końcówka, a więc osoby najbardziej nawet wytrwałe, rady tu dać nie mogą.
Co innego ja. Dla tego bloga, jestem gotów na wszystko. A zatem, proszę sobie wyobrazić, że nie dość, że wysłuchałem wszystkiego od początku do końca, to owe pięć minut z samego końca dzielnie słowo w słowo spisałem, by choćby oni to usunęli z Sieci, a tym samym też z ludzkiej pamięci, choćby sam profesor Maruszewski i drugi profesor Czapliński nabrali wody w usta i przysięgali, że oni o niczym nie wiedzą, i choćby nawet bloger Józef Moneta przysięgał, że on wszystko słyszał, i tam o eutanazji nikt nie rozmawiał, przynajmniej tu owo świadectwo czerni najczarniejszej zostało i trwało. Dla dobra wspólnego. By nikt z nas nie mógł powiedzieć, że akurat on nic o niczym nie wiedział. Czytajmy, pamiętajmy i bądźmy gotowi. Bo zbliża się Apokalipsa.

DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
Jeszcze chciałam wrócić do seniorów. Do tego, czym jutro będzie się zajmować Orkiestra. Bo pojawił się taki problem. Z odchodzeniem starszych ludzi. I teraz jest… w cierpieniach, czy nie w cierpieniach. I teraz jest propozycja, między innymi ze strony Ruchu Palikota, dotycząca wprowadzenia testamentu życia. Czy to jest dobry pomysł, panów zdaniem?
PSYCHOLOG CZAPIŃSKI:
Znaczy, niezależnie, jak byśmy to oceniali, w kategoriach… nie wiem… moralnych, prawa naturalnego, czy czegokolwiek innego, to niewątpliwie będziemy zmierzać w tym kierunku, to znaczy musimy podjąć tę dyskusję.
DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
No właśnie. Chodzi o to, żeby podjąć tę dyskusję.
PSYCHOLOG CZAPIŃSKI:
Choćby z tego względu, że problem osób w bardzo zaawansowanym wieku, cierpiących na szereg różnego typu schorzeń…
DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
I żeby była sprawa jasna, nie mówimy tu o eutanazji.
PSYCHOLOG CZAPIŃSKI:
…nie…. podtrzymywanych, również dzięki unowocześnianiu, także tego usprzętowienia w ochronie zdrowia, przy życiu niezwykle długo jakby już. Po przekroczeniu już tej naturalnej granicy życia, prawda? Ten problem będzie narastał, niewątpliwie, i tak jak tego typu dyskusja odbywa się w wielu różnych krajach, choćby w Holandii, czy w krajach skandynawskich, to ona także czeka Polskę. Nie możemy chować głowy w piasek. Jurek Owsiak… ja rozumiem, że się trochę hasłem naraził tej… jeśli tak można powiedzieć… orkiestrowo-wielkoświątecznej opozycji. Ale to słusznie, że on to poruszył już w tej chwili, bo on pokazał – my się będziemy zajmować polepszeniem opieki zdrowotnej nad osobami w podeszłym wieku. Ale to nie rozwiązuje całego tego problemu, który będzie coraz bardziej brzemienny. W związku z tym, my musimy tego typu dyskusję podjąć.
LEKARZ MARUSZEWSKI:
Ja bym jednak chciał wrócić do kwestii pomylenia pojęć. Dlatego że padło słowo „eutanazja”. Przecież w końcu różne pokolenia prowadzą na ten temat dyskusję od dziesiątków lat. Przynajmniej mnie towarzyszy ona od czasów mojej bardzo wczesnej młodości. My zapominamy o tym, co jest eutanazją i mylimy…
DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
Tak, mylimy…
LEKARZ MARUSZEWSKI:
… często to pojęcie z pojęciem uporczywego… i nie… braku zezwolenia na uporczywą terapię. Zarówno kodeks etyki lekarskiej i Katechizm bardzo krytycznie i wyraźnie wypowiadają się co do… i przykładem tego było zachowanie i postawa papieża Jana Pawła II… bardzo krytycznie wypowiadają się na temat tego, co jest zdefiniowane, jako uporczywa terapia. Tego po prostu nie wolno robić. Natomiast to nie ma nic wspólnego z eutanazją.
DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
Nic wspólnego z eutanazją.
LEKARZ MARUSZEWSKI:
Jurek… ja uważam, że jest dużym nadużyciem w stosunku do Jurka, zarzucanie mu tego, że poruszył problem eutanazji, dlatego, że powiedzenie przez niego tego, że efekt eutanazji często osiągany bywa nie przez eutanazję, lecz przez wykluczenie, brak opieki, brak środków, pozwolenie ludziom po prostu na giniecie bez pomocy, to nie ma nic wspólnego z opowiadaniem się za eutanazją, której Jurek, co zresztą wykazał przez 21 lat, jest absolutnie wielkim przeciwnikiem. Natomiast, tak jak pan profesor powiedział, my musimy bardzo głośno mówić, i to zajmie pewnie bardzo wiele czasu, na temat tego, czym jest eutanazja, czym jest uporczywe leczenie…
DZIENNIKARKA KOLENDA-ZALESKA:
Bo od tej dyskusji nie uciekniemy?
LEKARZ MARUSZEWSKI:
Nie uciekniemy od tego. My w tej chwili mamy 5,2 miliona obywateli naszego kraju w wieku powyżej 65 lat. Za dziesięć lat dwóch Polaków będzie utrzymywało jedną osobę w podeszłym wieku.
PSYCHOLOG CZAPIŃSKI:
Dodatkowo jeszcze przeciętny czas życia się będzie wydłużał. A wraz z tym wydłużeniem czasu życia będzie też narastał problem chorób związanych z tym wiekiem. To nie jest tak, że Alzheimer to jest taki zarazek, który się pojawił XX wieku, tak? I dopadł ludzkość. To jest ewidentnie…
LEKARZ MARUSZEWSKI:
Wydłużenie czasu życia powoduje, że jesteśmy eksponowani na te wszystkie…
PSYCHOLOG CZAPIŃSKI:
To jest choroba, która się umasowiła przez to, że się wydłużył czas życia. Więc wrócimy do dyskusji o tych problemach.
KOLENDA:
Wrócimy.


Bardzo proszę o pamięć, o kupowanie książek, o wspieranie tego bloga przez bezpośrednie wpłaty na podany numer konta. Ze swojej strony obiecuję, że będe zawsze na miejscu. Dziękuję.

O przemożnej potrzebie bycia psem

Tekst jaki tu zamieściłem wczoraj, a dotyczący w głównej mierze czegoś, co tradycyjnie już nosi nazwę Lasu Smoleńskiego, został przyjęty nad podziw dobrze, choć jednocześnie wzbudził cały łańcuch bardzo ciężkich nieporozumień. Doszło wręcz do tego, że pewien bloger postanowił poświęcić mu osobny wpis, w którym zaatakował mnie za szydzenie z pamięci pomordowanych w Smoleńsku osób.
I to jest coś fantastycznego. Ja piszę tekst, który w swoim zamierzeniu ma uhonorować poległych w Smoleńsku ludzi, w tym przede wszystkim tych z nich, którzy swego czasu, jak choćby Grzegorz Dolniak i Sebestian Karpiniuk, pod każdym możliwym względem, byli mi co najmniej obcy, a na to przychodzi grupa komentatorów i krzyczy z oburzenia, że ja obrażam pamięć ludzi. Ja piszę tekst, w którym, zamiast – jak mi nakazuje serce i rozum – rozprawić się bez cienia litości z inicjatywą pod nazwą Smoleński Las, zachwycam się ich determinacją i składam im podziękowanie za to, że oni, już chyba jako ostatni, nie pozwalają nam zapomnieć, że tam zginęło nie pięć, nie dziesięć, nie dwadzieścia, ale 96 osób; że oni, chyba już jako jedyni, nie czynią jakiegokolwiek rozróżnienia między śmiercią prezydenta Kaczyńskiego, a któregoś z podrzędnych polityków Platformy Obywatelskiej, czy działaczki feministycznej; że stoją w ciemnościach, na tym wietrze i zimnie, i czytają te nazwiska – wszystkie, jedno po drugim. Piszę to wszystko, a tu słyszę, że przeze mnie przemawia pogarda dla zmarłych. Jak mówię, to jest coś fantastycznego!
A więc – niezrozumienie. Jak zawsze. Można się jednak przyzwyczaić. I myślę, że to owo przyzwyczajenie pozwala mi na podzielenie się jeszcze jedną refleksją, jaka przyszła mi do głowy, kiedy tak stałem w ten ponury wieczór pod tym Pałacem już niestety bez Prezydenta. Jak wiemy, miasto Londyn ma kilka swoich specjalnych punktów, które wystarczy, że nam migną przed oczami, a my już wiemy, że tak, to był Londyn. Tradycyjnie, należą do nich oczywiście budynek Parlamentu, Big Ben, Tower Bridge, może trochę Buckingham Palace, a ostatnio, jak już chyba wszyscy zauważyliśmy, tak zwane London Eye.
Co to jest to London Eye? Myślę, że gdyby zrobić na ten temat jakąś ankietę, większość pytanych odpowiedziałaby, że to jest to wielkie koło nad Tamizą w Londynie, które czasem widać w telewizji. Nie sądzę natomiast, by ktoś wpadł na pomysł, by odpowiedzieć, że London Eye, to taka wielka karuzela. Nic ponad to. Karuzela i tyle wszystkiego. I słusznie, bo w publicznej świadomości London Eye to nie jest żadna karuzela, ale symbol, znak, dokument brytyjskiej potęgi i panowania. Widzimy więc tę karuzelę, i od razu myślimy o Królowej, o Jamesie Bondzie, o Rolling Stonesach, a jak kto bardziej światowy, to jeszcze pewnie sobie przypomni dorsza z frytkami.
Pamiętam jak to „oko” powstało. Pierwsze reakcje, a potem jeszcze cała seria komentarzy, które po niej nastąpiły, ograniczały się najpierw do tego, że to jest kompletna porażka, że ta karuzela zniszczy wizerunek miasta, że ona wreszcie, umieszczona w tak dystyngowanym towarzystwie tej rzeki, tego parlamentu, tej katedry, tego mostu, to ohydztwo pierwszego gatunku, no a potem do nieskrywanej nadziei, że ona, przez jakieś błędy konstrukcyjne, się zawali, i będzie spokój. Dziś to wszystko jest już tylko historią. Dziś London Eye, to, jak mówię, symbol brytyjskiej potęgi i urody Londynu. To James Bond i Mick Jagger w jednym. London Eye to miejsce, wokół którego, i na miejscu i przed telewizorami, każdego roku gromadzą się miliardy ludzi z całego świata, by patrzeć na ten pokaz sztucznych ogni, i świętować nadejście Nowego Roku. Karuzela.
Dużo jest tych szczególnych miejsc w Londynie. Weźmy takie Abbey Road. Wszyscy wiemy, co to takiego, prawda? Beatlesi wydali tę płytę przed nieudanym kompletnie Let It Be, ale podobno to ona stanowi ich ostatni gest – gest z całą pewnością świadczący o ich muzycznej wielkości. A zatem, owszem, „Abbey Road” to płyta wybitna, natomiast nie wydaje się, by ona była wybitniejsza od „Rubber Soul”, „Magical Mystery Tour”, „Pieprza”, czy oczywiście „Revolvera”. Okładka? Nic specjalnego. Beatlesi przechodzą po przejściu dla pieszych przez ulicę, która się właśnie nazywa Abbey Rd. To jest trochę tak jakby Nosowska nagrała płytę pod tytułem „Plac Konstytucji”, a okładka przedstawiałaby ją, plus muzyków z zespołu Hej, jak przechodzą gdzieś tam po pasach na zielonym, a niechby nawet i na czerwonym świetle.
Proszę sobie o dowolnej porze dnia i nocy odwiedzić stronę www.abbeyroad.com/crossing i zobaczyć, co się tam dzieje. To jest owe, znane z okładki tej płyty, przejście, obok którego umieszczona jest kamera, która 24 godziny na dobę transmituje to co się tam dzieje. Proszę sobie tam wejść i zobaczyć. Ulica, zebra, muzyczny zespół, płyta, okładka. Niedługo minie 50 lat od czasu jak to ktoś sfotografował i sprzedał.
Do czego zmierzam? Rzecz w tym mianowicie, że to nie chodzi ani o pieniądze, ani o organizację, ani o układy. Wszystko zaczyna się od szacunku do siebie i na owym szacunku się kończy. I to niezależnie od tego, czy mamy na myśli tego psychopatę Henryka VIII, czy tego biedaka Guya Fawkesa, czy wspomnianego wcześniej Jamesa Bonda, Beatlesów, czy wreszcie tę karuzelę. Oczywiście, jak mówi owo piękne polskie powiedzenie, i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu – ja to wszystko wiem – natomiast ja dziś nie mówię ani o owsie, ani o ryżu. Ja mówię wyłącznie o karuzeli i głoszonej z pełną determinacją dumie narodowej. A jak ktoś tego nie rozumie, to jeszcze do tej kolekcji dorzucam morderców, wariatów i osoby w najbardziej okrutny sposób zamęczone.
Jeszcze niezbyt jasno? Proszę bardzo. Czy wszystkim nam wiadomo, że kiedy angielski Król Edward I wydalił z Anglii wszystkich Żydów, oni udali się przede wszystkim do Polski, a do Anglii wrócili dopiero po 350 latach? A czy ktoś może zna tę historię, jak to w ramach owej „przeprowadzki” pewien kapitan statku zapakował na pokład swojego statku całą kupę Żydów, a następnie, korzystając z chwilowego odpływu, wysadził ich na dno Tamizy, i tam zostawił, apelując, by modlili się do swego Boga, to się fale rozstąpią?
Ja oczywiście nie mówię, że ów kapitan jest dziś angielskim bohaterem, natomiast nie wydaje mi się, by Anglicy się go wstydzili w połowie tak bardzo, jak my się wstydzimy siebie samych za to, cośmy, choćby przez nasze zaniedbania i strach, uczynili naszym braciom w wierze. A poza tym, jeszcze raz – ja dziś gadam niemal wyłącznie o pewnej karuzeli.
Ale nie tylko. Mamy to Krakowskie Przedmieście, i powiem szczerze, rzygać mi się już chce, jak słyszę, że to co się tam wyprawia – ten namiot, te balony, ci wariaci z krzyżami – to wstyd na cały świat. Że co sobie o nas myślą zagraniczni turyści? Chce mi się rzygać, a jednocześnie mam ochotę wrzeszczeć. I bić po pyskach. Po tych zaszczutych kolonialną propagandą psykach ludzi, którzy uznali, że najlepiej jest być psem.
Kiedy przedwczoraj stałem tam na tym ziąbie i w tym deszczu, z jednej strony stała ta grupka z balonikami, a z drugiej dwie, może trzy osoby – nie wiem, co oni tak naprawdę robili – składali, czy może rozkładali Namiot Solidarnych. Obok mnie w pewnym momencie pojawił się Sikh w turbanie, i już tak został do końca. Nie wiem, czy on coś z tego co się tam dziej rozumiał, ale ani się nie śmiał, ani nie robił min, ani nie gadał, ani nawet nie robił zdjęć. Po prostu stał z nami i milczał, podczas gdy ten zziębnięty człowiek odczytywał kolejne nazwiska.
Trzeba się, proszę państwa, szanować. Na tym się buduje wielkość narodu i pozycję w świecie. Na szacunku do siebie i swojej historii. Całej. Mamy ten fragment ulicy przed Pałacem bez Prezydenta. Mamy ten namiot, mamy te balony, no i mamy to puste miejsce po krzyżu, no i mamy te marsze. I nagle wielu z nas uznało, że to nie to. Że Pałac Kultury nam wystarczy. No a z tym „Żaglem” tuż obok, zwłaszcza od dnia, gdy on się zaludni najlepszymi z najlepszych, to już nawet prosić o więcej nie wypada.
Trzeba jakoś zakończyć ten tekst. Jestem jednak w takim nastroju, że nie przychodzi mi nic do głowy, jak powtórzyć ostatni akapit z notki, jaką, również wczoraj, zamieściłem na tym blogu wcześniej.
Przepraszam. Rozmarzyłem się. Ale już więcej nic nie powiem, bo ledwo wczoraj straciłem parę stów na to by świadczyć w obcej sprawie, i nie mam za bardzo ochoty, by już za chwilę zeznawać w swojej”.

Zachęcam do kupowania mojej najnowszej książki pod fantastycznym wręcz tytułem: „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. Gabriel sprzedaje ją u siebie pod adresem www.coryllus.pl po specjalnej promocyjnej cenie. A ja jestem pewien, że nawet i bez tej promocji ona jest wartego każdej wydanej na nią złotówki. Przy okazji, oczywiście, proszę wszystkich o bezpośrednie wsparcie na umieszczony tu obok numer konta. To jest sprawa naprawdę dziś podstawowa. Dziękuję.