czwartek, 31 sierpnia 2017

O pytaniach granicznych i tych, którzy nad nimi pracują

      Wczorajszy dzień był o tyle szczególny, że to coś, co przywykliśmy tu nazywać Systemem, tak jak to już robiło wielokrotnie wcześniej, zaatakowało Kościół, tyle że tym razem tak zwaną „ławą”, no i, co ciekawe, korzystając ze wsparcia samego Kościóła. Oto, proszę sobie wyobrazić – z powodów, jakich nie jestem w stanie rozpoznać – w ciagu zaledwie jednego dnia, pięć osób, przynajmniej nominalnie reprezentujących hierarchię kościelną, wystąpiło w różnego typu mediach i zaatakowało Kościół właśnie. W wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” dominikanin Paweł Gurzyński wystąpił przeciwko życiu poczętemu, ksiądz Adam Boniecki, w wywiadzie udzielonym telewizji TVN24, próbował realatywizować grzech antykoncepcji, w rozmowie z Moniką Olejnik, biskup Tadeusz Pieronek zasugerował, że Jarosław Kaczynski jest uzależniony od narkotyków, natomiast ksiądz Wojciech Lemański na swoim facebookowym profilu ogłosił, że premier Beata Szydło „łże jak bura suka”. Na końcu wreszcie, choć nie ostatku, dziś już wprawdzie poza Kościołem, niemniej wciąż z Kościołem kojarzony, były ojciec Jacek Międlar zapowiedział publikację swojej książki, w której ujawni wszystkie, dotychczas ściśle skrywane, grzechy Kościoła, a która będzie nosiła bezkompromisowy tytuł „Moja walka”. A to wszystko, jak powtarzam, w ciągu jednego zaledwie dnia.
      O co tu chodzi i czemu akurat teraz, nie mam pojęcia, niemniej mam swoje podejrzenia co do przyczyny zachowań wspomnianych księży, i chciałbym je tu przedstawić, przypominając fragment starszego trochę tekstu o pewnych szczególnych czarownikach. Proszę posłuchać:


      Na fali niedawnych doniesień o tym, że kolejny dominikanin postanowił machnąć ręką na tę całą regułę i próbować żyć zgodnie z zasadami wyznaczanymi przez rytm kosmosu, tygodnik „Do Rzeczy” zamieścił najpierw odpowiedni tekst, a po nim rozmowę z przeorem klasztoru w Krakowie, gdzie – i tu i tam – wszyscy wspólnie próbują dojść do jakiegoś konsensusu w próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego oni to robią. No i wygląda na to, że winowajcą nie jest ani zbyt słaba wiara, ani ludzka próżność, ani nawet kobieta, tylko psychologia. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że słowo „psychologia” w obu tych tekstach pojawia się najczęściej. W pewnym momencie, przepytywany przez „Do Rzeczy” ojciec Kozacki formułuję tak prostą, że językowo wręcz niezgrabną, choć bardzo jednoznaczną tezę: „Dostrzegam wśród niektórych moich braci, że psychologia jest czymś, co pokrywa brak duchowości. […] Jeśli komuś brakuje zawierzenia Jezusowi i budowania na Ewangelii, to czasem ratując siebie i próbując być dla innych, szuka w filozofii, w psychologii, które zastępują mu duchowość”.
      A ja sobie myślę, że ta diagnoza, to naprawdę nie byle co. Jeśli on, a więc człowiek, który, jak sam przyznaje, był świadkiem wielu dramatycznych wręcz kryzysów, wspomina o owej fascynacji psychologią, to znaczy, że warto by było tego akurat elementu nie lekceważyć.
W poprzedzającym wspomnianą rozmowę artykule, autorzy wspominają, że były ksiądz Tomasz Węcławski, występujący obecnie publicznie, jako prof. Tomasz Polak, pracuje dziś na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie wspólnie z żoną prowadzi zajęcia w czymś, co nosi nazwę Pracowni Pytań Granicznych. Ciekawy więc bardzo tego, co to za bestia, o ilu głowach i jakich językach, zaglądam więc na stronę internetową tego czegoś, i czytam co następuje:
      „’Graniczność’ jest perspektywą poznawczą co najmniej równoprawną wobec innych powszechnie przyjmowanych perspektyw. Obszary graniczne między różnymi źródłami poznania / dyscyplinami nauki okazują się szczególnie płodne eksploracyjnie, obiecują nowe możliwości, mimo ryzyka niepowodzeń. Dlatego jesteśmy gotowi do:…”.
      Dalej następuje wyliczenie w punktach tego, do czego gotowi dziś są państwo Polakowie, jednak, ponieważ dalszy ciąg jest zbyt straszny, bym miał ryzykować umieszczanie go tutaj na tym blogu, a poza tym zwyczajnie szkoda mi miejsca, z tej części proponuję zrezygnować. Natomiast chciałbym wspomnieć pewne też już nie nowe świadectwo zaprzyjaźnionego księdza Rafała Krakowiaka, starszym czytelnikom znanego bardziej może, jako Don Paddington, który opowiadał nam jak to kiedyś wspólnie z paroma kolegami-księżmi zastanawiał się nad tym, co się mogło takiego przytrafić księdzu Węcławskiemu – człowiekowi, wedle wszelkich danych, swego czasu bardzo swoją pobożnością twardego – że postąpił jak postąpił, i wtedy jeden ze starszych księży zasugerował, że oni wszyscy w pewnym momencie nie są już w stanie dłużej znieść „powszedniości” grzechu, jakim są codziennie dręczeni w spowiedzi. No i pozostaje im ucieczka w alkohol, dziwki, ewentualnie właśnie w psychologię.
      Kiedyś szwajcarski psychiatra Karl Gustav Jung napisał, że z jego zawodowej praktyki wynika, że praktykujący katolicy praktycznie nie potrzebują usług psychoterapeutycznych, bo ta część ich człowieczeństwa jest znakomicie wypełniana przez sakramenty, w tym Sakrament Pokuty. A ja już tylko mogę dodać, że moja intuicja każe mi podejrzewać, że z tą psychologią nie ma żartów. Jeśli ona jest aż tak zaborcza, a celem swojego ataku uczyniła akurat konfesjonał, to znaczy, że to już jest czysty satanizm.
      Pojawiła się tu swego czasu czysto fikcyjna nazwa „Towarzystwa Diamentowej Świadomości”. Myślę, że dziś, wiedząc znacznie więcej, niż wiedzieliśmy wtedy, możemy spokojnie zastąpić tę fikcję czymś jak najbardziej realnym, mianowicie Pracownią Pytań Granicznych na poznańskim uniwersytecie, z pierwszym mistrzem owej czarnej ceremonii, księdzem Tomaszem Węcławskim. I nie dajmy się zwieść tym manewrem ze zmianą nazwisk – TemuKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie jest potrzebny żaden prof. Polak; On musi mieć coś autentycznego; On podróbkami się brzydzi.

Przypominam, że moje książki, w tym ta o paleniu licha, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam całym sercem.

środa, 30 sierpnia 2017

Osiem krótkich kawałków na nowy tydzień

Dziś środa, do kiosków trafia kolejny numer „Polski Niepodległej”, a wraz z nim kolejny odcinek moich krótkich kawałków do śmiechu. Zgodnie więc z dotychczasowym zwyczajem, przedstawiam to co się znalazło w poprzednim wydaniu i życzę dobrych wrażeń.



Stało się tak, że gdzieś w Polsce wezwano policję, by zrobiła porządek z grupą chuliganów. Kiedy policjanci przybyli na miejsce, trafili na towarzystwo, które w najbardziej widoczny sposób ostało wynajęte przez telewizję TVN24 do zrobienia zadymy pod tytułem „pisowska policja jest brutalna”. Kiedy jeden z obecnych na miejscu żuli zaczął prowokować interweniującego policjanta na tyle brutalnie, że ten zmuszony został do wyjęcia broni, jego kumpel nagrał wszystko komórkę, a następnie TVN24 nagranie opublikowało. Na zdarzenie zareagował natychmiast oczywiście Paweł Kukiz i ogłosił co następuje: „Całe to zdarzenie świadczy o tym, że Państwo wciąż jest teoretyczne. Panie Zieliński... Przed wojną minister za PP odpowiedzialny to po takich ‘akcjach’ – od Wrocławia zaczynając – w łeb by sobie strzelił. A nawet po wojnie partyjni koledzy z PZPR Piotrowicza odpowiedzialni za Milicję zmuszeni byliby do dymisji w trybie natychmiastowym. A Pan trwa. Na naszą zgubę. Prędzej czy później zapłacicie za to, co zrobiliście z Polską Policją. POPiSowa cenę”. My oczywiście wiemy, że rola, jaką w polskiej polityce pełni Paweł Kukiz nie daje mu zbyt szerokiego pola manewru i on od realizowania kolejnych zadań stawianych mu przez tych, co mu płacą, mógł zwariować, tym razem jednak obraz powojennej Polski, gdzie do dymisji podają się kolejni ministrowie MSW robi autentyczne wrażenie. Jak tak dalej pójdzie, im nie pozostanie nic innego, jak zamiast Kukiza wstawić kogoś bardziej przytomnego.

***

A naprawdę czasy są takie, że pracy przed nimi co nie miara. Do kolejnych wyborów już tylko dwa lata, diabeł jeden wie, jak się to wszystko rozwinie i kto zastąpi niknący ostatecznie PSL, no a przede wszystkim, czy owo szukanie zastępcy będzie już wkrótce miało jakikolwiek sens. Wspomniany Kukiz zresztą, w swojej dziecięcej wręcz szczerości, najbardziej jednoznacznie przedstawił nam rolę, jaka mu została przypisana, kiedy to zapytany o sens dalszego udzielania się w polskiej polityce, odpowiedział, że on wciąż jest w Sejmie tylko dlatego, że „w kolejnych wyborach istnieje jakiś procent szansy, że nikt bez Kukiz'15 nie będzie mógł samodzielnie rządzić”. Czyż to nie piękne aż tak się odsłonić? Swoją drogą, gdzie te czasy, gdy dzięki prawdziwe demokratycznej ordynacji, w Sejmie było 30 partii i rządziły zwyczajnie służby. Gdyby tak się udało to powtórzyć, to może nawet Kukiz mógłby zostać premierem.

***

Póki co, wygląda jednak na to, że on sam już wkrótce trafi do któregoś z tygodników, gdzie będzie swoim nazwiskiem podpisywał cudze felietony, a tak zwanym „języczkiem u wagi” zostanie poseł Prawa i Sprawiedliwości Dominik Tarczyński, który najpewniej już wkrótce zostanie z partii wyrzucony na zbity pysk, jacyś specjalisci z Branży chętnie go przygarnią i dadzą mu coś do roboty. Czemu, ktoś spyta, ja Tarczyńskiemu wróżę tak niedobry los? Otóż to nie ja, lecz on sam grzebie w tych fusach, obfotografując się z jakąś lalunią w buracko-luksusowych krajobrazach i zamieszczając owe fotki na Twitterze, przez co, jak należy oczekiwać, by nie kompromitował Sprawy, Prezes go ostatecznie pogoni. Już się nie możemy doczekać.

***

Swoją drogą, skoro już mowa o Jarosławie Kaczyńskim, to bardzo ciekawe, że w sytuacji, gdzie między jednym a drugim pałacem dochodzi do kolejnych fajerwerków, ten milczy, jak zaklęty. Tu Prezydent, tu ministrowie Macierewicz z Ziobrą, od czasu do czasu do awantury dołączy się poseł Suski, i wszyscy robią młyn, od którego zdezorientowana publiczność dostaje prawdziwego zawrotu głowy, a Prezes, nawet nie wiemy czy wciąż na wakacjach, czy może już w biurze, obsługując kolejne audiencje. Jedno jest pewne, obaj panowie z całą pewnością mają swoje numery telefonów, a my już tylko miejmy nadzieję, że te rachunki nie będą zbyt duże, bo, jak wiemy, Polska ma duże potrzeby i jeszcze większe wydatki.

***

A tak przy okazji, proszę zwrócić uwagę, jakie to interesujące, że prezydent Duda postanowił pójść na wojnę nie z ministrem Radziwiłłem, nie z ministrem Szyszko, ani nawet z samym „capo di tutti capo”, nadministrem Morawieckim, ale z akurat z tymi dwoma niezwykle ambitnymi politykami, którzy, jak wiemy, dla Polski chcą jak najlepiej, natomiast nigdy przy tym nie zapominają, że zanim jeszcze dojdziemy do Polski, należy mieć jeszcze na uwadze ich osobistą popularność. Oglądam w telewizorze kolejne uroczystości, gdzie z charakterystycznie skupioną miną, w równie charakterystyczny sposób, minister Macierewicz kiwa swoją siwą głową i myślę sobie, jacy oni wszyscy w tych swoich planach są żałośni. No i jak to dobrze, że Jarosław jeszcze żyje i ma się dobrze. Co ja mówię dobrze? Fantastycznie.

***

Ale jak tu narzekać, gdy po drugiej stronie stoją Borys Budka z posłanką Pomaską? Ta druga, korzystając z okazji, że przez Polskę przeszły ciężkie wichury i zginęli ludzie, wsiadła w samochód i wraz z ekipą telewizji TVN24 pojechała w jedno z dotkniętych klęską miejsc, by poszkodowanym przez naturę ludziom przywieźć pilarkę plus słowa otuchy od przewodniczącego Schetyny. Niestety, kiedy już całe towarzystwo znalazło się niemal na miejscu, samochód Pomaski zakopał się w piasku i wszystkie siły dotychczas zaangażowane w ratowanie ludzi i ich dobytku zostały skierowane na odkopywanie samochodu Pani Poseł. Wszyscy pamiętamy dawne słowa Donalda Tuska, że „nie ma z kim przegrać”. Oczywiście czasy były ciężkie, niemniej każdy przytomny człowiek wiedział, że za tym bon motem nie stoi nic więcej, jak bezprzytomne zachłysnięcie się władzą, no i wkrótce zresztą przekonała się o tym cała Polska. Oni jednak naprzeciwko siebie mieli Jarosława Kaczyńskiego i ten tłum na Krakowskim Przedmieściu. Dziś tam, gdzie wtedy stali oni, stoi zakopany w piasku samochod posłanki Pomaski. A to, co by nie mówić, stanowi wynik nie lada.

***

Nie musiał oczywiście, ale pojawił się tu sam król Europy, Donald Tusk, więc wypadałoby też powiedzieć parę słów i na jego temat. W końcu nie może być tak, że są Kukiz, Terczyński, Schetyna, Budka i Pomaska, a nie ma jego. Niestety, chyba nic z tego nie będzie, bo choć, jak się należy spodziewać, on w dalszym ciągu pełni w tej swojej Brukseli funkcję garderobianego przy wiecznie pijanym przewodniczącym Junckerze, to najwyraźniej ta część jego obowiązków została objęta medialną ochroną i na światło dzienne wychodzą już tylko twitty, jakie ów ciekawy człowiek zamieszcza w Internecie w związku z kolejnym terrorystycznym atakiem gdzieś w Europie.

***

Żeby nie kończyć naszych dzisiejszych refleksji w tak marnym towarzystwie, proponuje zwrócić uwagę na bardzo ciekawe wydarzenie. Oto, jak podał portal tvn24.pl, „przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP” niejaki Lesław Piszewski, oraz „szefowa Zarządu Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie Anna Chipczyńska”, wysłali do wpływowego „Washington Post” informację o liście, jaki osobiście skierowali do Jarosława Kaczyńskiego, a w którym wyrazili swoje zaniepokojenie „narastającym polskim antysemityzmem, z powodu którego obawiają się oni o swoją przyszłość w tym kraju”. Wiadomość tę natychmiast podała dalej agencja Associated Press, wyjaśniając zainteresowanym, że Jarosław Kaczyński to lider „głęboko konserwatywnej, nacjonalistycznej i antymigranckiej partii, która jest wspierana przez niektóre grupy o antysemickich poglądach”. W tej sytuacji, zaczepiony Jarosław Kaczyński zorganizował sobie w jednej chwili spotkanie z – wciąż podaję za portalem tvn24.pl – „szefem Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce Arturem Hofmanem, naczelnym rabinem Krakowa Eliezerem Gurary, rabinem domu modlitwy Chabad-Lubawicz w Warszawie Szalomem Ber Stamblerem oraz byłym doradcą Donalda Trumpa, a także założycielem i prezesem fundacji ‘From the Depths’, zajmującej się relacjami Polaków i Żydów, Jonnym Danielsem”, strzelił sobie z nimi wspólną fotkę, a po spotkaniu wspomniany Daniels wydał oświadczenie, w którym poinformował, że spotkanie było „nieprawdopodobnie miłe”, a jego uczestnicy byli pod wrażeniem zaprezentowanego przez prezesa PiS „głębokiego rozumienia historii, zwyczajów i religii żydowskiej”. Młodzież w takich sytuacjach używa zwrotu „pozamiatane”. My natomiast musimy z przyjemnością zauważyć, że ci Żydzi, jak trzeba, potrafią być niezwykle elastyczni. Nie każdy tak potrafi.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Każda dostępna jest w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Naprawdę warto.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Czy Ryszard Cyba będzie mógł nadal oglądać swoje ulubione "Szkiełko"?

Zmarł, dla części z nas zupełnie niespodziewanie, Grzegorz Miecugow, i choć mamy niechybnie do czynienia z sytuacją, gdzie wypada się nam jedynie tradycyjnie zamknąć, poczekac aż temat zostanie w sposób naturalny zamknięty i ponownie zająć się sprawami doraźnymi, mam bardzo silne poczucie, że takie zupełnie na zimno zlekceważenie tej śmierci stanowiłoby z mojej strony przejaw wyjątkowego zakłamania. Czemu tak? No, wydaje się, że sprawa jest wyjątkowo oczywista. Jeśli bowiem umiera człowiek, który najpierw stworzył, a następnie, przez kolejne lata niezykle skutecznie realizował projekt, który doprowadził – być może na kolejne dziesiątki lat – do tego, że nasza Polska utonęła w nienawiści i pogardzie, jakiej wspołczesny świat nie widział, a dzieło to stało się jego pierwszym, a jednocześnie ostatnim – i praktycznie jedynym – zawodowym osiągnięciem, to naprawdę nie ma żadnego powodu, by się ukrywać za jakże popularnym, a jednocześnie wyjątkowo zakłamanym bon motem, jakoby o zmarłych mówiło się albo dobrze, albo wcale.
I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to zło było przez całe długie lata sączone z przeróżnych źródeł, z których „Szkło Kontaktowe” było zaledwie jednym w wielu, niemniej to owa audycja własnie ma na tym polu specjalne zasługi, których wartości nie jesteśmy w stanie przecenić do dziś. Wśród nich, na pierwszym, moim zdaniem, miejscu znajduje się zdarzenie z 19 października 2010 roku, kiedy to człowiek nazwiskiem Ryszard Cyba obejrzał kolejny odcinek swojego ulubionego „Szkiełka” załadował broń i ruszył w miasto. I dziś, kiedy Grzegorz Miecugow, owego „Szkiełka” najznakomitszy animator, zaciągnął za sobą tę słynną niewidzialną zasłonę, nie możemy nie wspomnieć, że to na nim spoczywa znaczna część odpowiedzialności za stan, do którego po tych wszystkich latach doszliśmy.
Ponieważ na tę okazję akurat nie jestem w stanie wymyślić nic szczególnie oryginalnego, co by odbiegało poziomem od tego, co się tu już miało okazję pojawić, proponuję byśmy rzucili okiem na moją notkę – kto wie, czy nie najkrótszą ze wszystkich – napisaną 19 października 2010 roku, a więc w dniu, gdy to wspomniany Ryszard Cyba uznał, że to co mu dzień w dzień dostarczają autorzy i uczestnicy programu „Szkło Kontaktowe”, nie powinno pójść na marne. A wspominając ów tekst, zatytułowany przebiegle: „Szkło kontakowe – roziązanie ostateczne”, oddajmy sprawiedliwość im wszystkim.

Cóż można powiedzieć w sytuacji, kiedy jedyne co przychodzi do głowy, to owa stara, przerażająca refleksja: „A nie mówiłem?” No ale jak można na tym właśnie blogu, gdzie każdy dzień krzyczy pełnym rozpaczy jękiem, i każdy z nas chce powiedzieć coś więcej, godzić się na coś tak oczywistego?
Tyle myśli, i jakoś trudno wybrać tę najczystszą, najbardziej w temacie. Tak trudno w ogóle się odzywać. A milczeć nie wolno.
„Mamy kolejny telefon. Panie Ryszardzie, słuchamy pana. Proszę mówić. Proszę mówić. Jest pan na antenie. Słyszymy pana. Niech pan mówi. Prosimy.”
„Halo? Czy mnie słychać?”
Słychać.

Wspomnianą notkę, podobnie jak wiele innych poruszających refleksji z tamtego okresu, znaleźć można w mojej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Zachęcam serdecznie. Tu.


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ile Polski w Unii, ile boczku w boczku?

      Po raz pierwszy informacja ta pojawiła się jeszcze kilka dobrych lat temu, a ja z niej zapamiętałem tyle, że Unia Europejska planuje wprowadzić powszechny zakaz tradycyjnego wędzenia wędlin, swoje zamiary tłumacząc tym, że, zdaniem brukselskich – a może luksemburskich –  uczonych, w wędlinach wytwarzanych w powszechnie przyjęty sposób jest zbyt dużo rakotwórczego benzopirenu, a na to, by narażane było zdrowie obywateli, unijni urzędnicy pozwolić nie mogą. To wtedy też po raz pierwszy zapopoznałem się z pojęciem „dymu wędzarniczego”, a więc środka chemicznego, który ma stanowić doskonały zapachowy – a kto wie, czy też nie smakowy – substytut tego, z czego dla „wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego” będziemy zmuszeni zrezygnować.
     Mijały lata, nasze wędliny niezmiennie robiły wrażenie co najmniej tak samo smacznych, jak dotychczas, a niekiedy nawet i smaczniejszych, co, w momencie gdy niektórzy producenci wpadli na pomysł, by je reklamować hasłem „szynka jak z PRL-u”, zaczęło wywoływać we mnie pewien niepokój, aż przyszedł rok 2016, kiedy to pojawiła się informacja, że pod wpływem nacisków ze strony między innymi polskich producentów, unijni urzednicy zdecydowali się wstrzymać z egzekwowaniem swoich zaleceń, przynajmniej gdy chodzi o produkty „wpisane na listę regionalnych lub tradycyjnych wyrobów”, no i przynajmniej też do czasu, gdy wskazani eksperci wystąpią z nowymi wyliczeniami i wynikającymi z nich dyrektywami.
      Nadszedł rok 2017, a rynek – i to również ten wyznaczany przez wielkie sieci handlowe –  czego wszyscy jesteśmy bezpośrednimi świadkami, wręcz eksploduje od naprawdę smacznych „regionalnych i tradycyjnych” wędlin, niekiedy w dodatku oferowanych po na tyle atrakcyjnych cenach, że my – ja zdaję sobie sprawę z tego, że owa analogia jest niebezpiecznie ryzykowna, ale lepszej znaleźć nie potrafię – „patrzymy to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie może się połapać, kto jest kim”. Szukam jakichś informacji na temat tego, jak postępują prace nad programem ochrony obywateli przed szkodliwym wpływem owego benzopirenu i nie znajduję nic.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu zaszliśmy z żoną do naszej lokalnej sieci o nazwie „Stokrotka” wcelu dokonania zakupów i żona moja poprosiła panią na stoisku mięsnym, by jej ukroiła kawałek boczku z renomowanej firmy „Morliny”. Kupiliśmy wspomnainy boczek, przynieślismy go do domu i wtedy oto coś żonie mojej strzeliło do głowy, by przeczytać to, co poza nazwą i ceną jest zapisane na opisie produktu. Część literek, z niewiadomego powodu, jest zamazana czarnymi kwadracikami, ale specjalnie z myślą o czytelnikach tego bloga, zadałem sobie trud, by z jak najwyższą starannością odtworzyć całość owej informacji i ją tu przekazać bez jakiejkolwiek ingerencji. Proszę posłuchać:
     „Boczek wieprzowy Morliny – 85% woda, sól, stabilizatory: E451, E450, E452; substancje żelujące: E407A, E415, E425, E410; białko sojowe; błonnik pszenny (zawiera gluten);  białko wieprzowe; cukier; wzmacniacze smaku: E621, E631, E627; ocet; ekstrakty drożdżowe; regulator kwasowości: E330; aromaty; przeciwutleniacze E316; E301; skrobia modyfikowana kukurydziana (E1422); aromat dymu wędzarniczego; alergeny; zawiera śladowe ilości produktów pochodnych mleka, włącznie z laktozą; seler i gorczyca; konserwanty E250”…
       A-ha!
       I jeśli ktoś myśli, że oni nam to sprzedają po 8.99 zł za kilogram, jest w dużym błędzie. Tam wprawdzie nie ma słowa o tym, że mamy do czynienia z „boczkiem ze spiżarni”, czy „spod strzechy”, ale to i tak wciąż idzie za ponad 20 zł. za kilogram.
       A więc wygląda na to, że kiedy na chwilę odwróciliśmy wzrok w drugą stronę, coś się jednak stało. I to w dodatku coś, z czym nikt nawet nie próbował się ukrywać. Pojawił się nawet ów „aromat dymu wędzarniczego”.
      Poza tym, boczek jak boczek. Daję słowo, że nigdy bym nie zgadł.

Zachęcam wszystkich do zaglądania do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. To są wprawdzie książki dla odważnych, ale naprawdę warto spróbować.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Totalna opozycja czyta Amicisa

Na dziś pozwolę sobie zaproponować najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” i potraktować go jako bardzo symboliczny komentarz do odejścia pierwszego twórcy i realizatora „Szkła Kontaktowego”, Grzegorza Miecugowa. Będziemy go zawsze pamiętać.     


      Wojna propagandowa między dwoma ośrodkami, z jednej strony reprezentowanymi przez TVP, a z drugiej przez TVN, trwa, a ostanio można odnieść wrażenie, że obie strony okopały się na swoich pozycjach i jest tylko coraz gorzej. Co gorsza, tam się już nikt nie oszczędza i nie ważne są koszta, ale liczy się wyłącznie doraźna skuteczność. A skoro tak, to należy stwierdzić, że władza, opierając się na sprawdzonych wzorach, zaczerpniętych ze starej, PRL-owskiej propagandowej metody, odnosi niewątpliwe sukcesy. Wystarczy po obejrzeniu Dziennika Telewizyjnego… przepraszam, chciałem powiedzieć Wiadomości TVP, przełączyć na którąkolwiek z propagandowych audycji TVN, by zobaczyć, jak dramatycznie bezradni są oni z tą swoją, wzorowaną na projektach takich jak CNN, czy BBC, „światowością”.
       No i jeszcze materiał. Przepraszam bardzo, ale jak można liczyć na to, że po piętnastu latach ludzie będą z tą samą wiarą w moc słowa, wpatrywać się w twarze Grzegorza Miecugowa, Moniki Olejnik, Andrzeja Morozowskiego, czy Justyny Pochanke. Jak można oczekiwać, że ktokolwiek będzie z powagą traktował ekspertyzy Kazimierza Marcinkiewicza, czy Ludwika Dorna. No weźmy choćby wspomnianego Dorna. W samym szczycie tak zwanego „politycznego kryzysu”, jaki się nam rzekomo przydarzył na linii Rząd – Prezydent, służby rządowe informują o tym, że premier Szydło i prezydent Duda spędzają w niespotykanej wręcz przyjaźni urlop w ośrodku w Juracie, na to TVN zaprasza do studia Ludwika Dorna, a ten nam tłumaczy, że chodzi o to, by pozbawić władzy Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale to ma być owa legendarna totalna opozycja?
      No ale jest też coś, co by wskazywało, że nawet oni zaczynają czuć, że to już koniec i powoli zaczynają się przebranżawiać, w taki sposób, by przynajmniej zachować wpływy z reklam. Oto na swojej głównej stronie, internetowe ramię ITI, portal tvn24.pl zamieścił duży tytuł: „Podzielił się chlebem z nieznajomym. Kilka dni później pod jego sklep podjechała limuzyna”, a pod spodem zamieścił historię, która najzwyczajniej w świecie poraża istotą rzeczy. Jak się mianowicie okazuje, do jednego ze spożywczych sklepów we Włoszech wszedł Amerykanin i poprosił o chleb. Niestety chleb się już skończył, sklepikarz miał tylko jeden bochenek odłożony dla rodziny, ten jednak z dobroci serca, przekroił go na pół i, nie biorąc pieniędzy, oddał połówkę nieznajomemu. Trzy dni później pod sklep podjechała limuzyna, z której wysiadł chargé d’affaires ambasady USA przy Stolicy Apostolskiej. Jak podaje portal tvn24.pl, „amerykański dyplomata wrócił do sklepu, by podziękować za piękny gest i zrobił też duże zakupy, kupując między innymi 8 kilogramów mięsa wołowego na steki po florencku”.
      A ja sobie myślę, że to jest kierunek, w którym w najbliższym czasie pójdzie antyrządowa propaganda. A wszystko skończy się tak, że oni będą publikowali fragmenty prozy Amicisa, licząc, że w ten sposób poruszą nasze serca i władza znów trafi w dobre ręce. Powodzenia.

Tradycyjnie zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.


sobota, 26 sierpnia 2017

Śmierć wrogom Ojczyzny, czyli o prawie do wolnych wyborów

      CBOS opublikował kolejny sondaż dotyczący politycznych wyborów Polaków, z którego wynika, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości przebiło kolejny sufit, a ja jestem przekonany, że, choć my, jak wiemy, traktujemy CBOS jako jedną ze swoich bardzo cennych politycznych zdobyczy, wyniki jakie nam przedstawiono są wciąż mocno niedoszacowane. Czemu tak myślę? Z różnych oczywiście powodów, a jestem pewien, że każdy z nich jest wystarczająco mocny, natomiast wystarczy, że przywołam zdjęcie, które tu niedawno opisałem, pewnej kobiety na plaży we Władysławowie, która dała sobie na plecach wytatuować pięknego orła w koronie, a biodra przepasała sobie bluzą z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Otóż sprawa polega na tym, że tego typu obrazek nie stanowi dziś naprawdę nic wyjątkowego. Wokół nas, ni stąd ni z owąd, pojawiły się tysiące ludzi, którzy dotychczas ani się polityką nie interesowali, ani nie głosowali w wyborach, a co może ważniejsze nigdy wcześniej nie mieli powodu, by zastanawiać się nad tym, kim są, a którzy dziś nagle zakładają t-shirty z napisem „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. I to oni za dwa lata, być może pierwszy raz w życiu, zagłosują w wyborach. I to właśnie na PiS, dając mu przewagę konstytucyjną. I tego jestem dziś pewien w stu procentach.
      Tym bardziej więc chodzi mi po głowie myśl, by się dziś wstawić za tymi, którzy Polskę kochają, wrogom Ojczyzny życzą niczego więcej jak śmierci, cześć i chwałę Bohaterom głoszą od rana do wieczora, a i tak na Prawo i Sprawiedliwość nie zagłosują, choćby ich przypalano rozgrzanym żelazem, bo tej bandy zakłamych skurwysynów nie znoszą. A przychodzi mi to tym łatwiej, że sam od Prawa i Sprawiedliwości się już pewnie do śmierci nie odwrócę.
      Rzecz mianowicie w tym, że coraz częściej ostatnio w przestrzeni publicznej pojawia się myśl, że którykolwiek polityczny wybór, jaki część z nas podejmie, na poziomie praktycznym jest kompletnie bez sensu, a to z tego względu, że wszystkie strony zaangażowane w tak zwany „spór polityczny” stanowią część tej samej szajki, która nas traktuje wyłącznie jako alibi do systematycznego rozwijania swoich najbardziej nieczystych interesów. Owszem, nasza decyzja, czy zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość, Platformę Obywatelską, czy na, znów tak zwane – swoją drogą, to jest bardzo ciekawe, jak często musimy ostatnio używac tego zastrzeżenia – „ugrupowanie Pawła Kukiza” ma pewien walor moralny, choćby z tego względu, że wszyscy wyznajemy pewne wartości, z pewnego punktu widzenia jednak, każdy z naszych głosów – ale też nasz sprzeciw w postaci zbojkotowania wyborów – na praktycznym poziomie idzie na marne. Za każdym razem bowiem jedyny wybór jaki mamy, to ten, czy głosować na tych, których nam przedstawiono, czy nie głosować w ogóle.
      Pisząc dzisiejszy tekst czuję się zainspirowany przez mojego serdecznego kumpla, Adama Kosterskiego, z którym na ten temat rozmawialiśmy już jakiś czas temu, sprawy jednak wciąż idą swoim tropem, czas mija, a ja uznałem, że nastał znakomity moment, by tu własnie przedstawić ową, moim zdaniem, niezwykle istotną myśl – powtarzam, nie moją, lecz jego – która, gdyby została wprowadzona w życie, niechybnie załatwiłaby nasze problemy raz na zawsze i diabeł jeden wie, czemu wcześniej nie przyszła ona nikomu do głowy. A może przyszła, tyle że od razu wyszła? Może?
      Rzecz w tym, że gdybyśmy szczerze uznali, że nie ma nic lepszego niż demokracja, system wyborczy – i to, jak wiemy, każdy, a nie tylko ten znany nam tu w Polsce – byłby zorganizowany w taki sposób, by na kartach do głosowania pojawiła się dodatkowa kratka z opcją „w tym stanie rzeczy mam was wszystkich w dupie” i żeby ów głos nie był traktowany, jako głos nieważny, lecz jako wyraz pewnej postawy obywatelskiej, która winna być szanowana. Tymczasem, praktycznie w całym cywilizowanym świecie, mamy do czynienia z sytuacją, gdzie, jeśli komuś się polityka w sugerowanym kształcie nie podoba, ma do wyboru trzy możliwości: albo w ogóle nie głosować, albo oddać głos nieważny, albo wreszcie, w poczuciu obowiązku, zagłosować na coś, co uważa za mniejsze zło. Powiedzieć jednoznaczne „nie wszystkim”, w sposób systemowy, nie wolno. Demokracja, z jaką mamy dziś do czynienia, i to, pozwolę sobie powtórzyć, praktycznie na całym świecie, spod swojej protekcji wyklucza tych, którzy nie zamierzają iść na żadne kompromisy. Oni są z automatu zaliczani do grupy – „niezainteresowani”, podczas gdy – a to jest całkiem możliwe – są zainteresowani bardziej niż ktokolwiek inny.
      A jeśli się zastanowić, z praktycznego punktu widzenia, wprowadzenie tego typu poprawki nie powinno stanowić jakiegoś szczególnego problemu. Jest część obywateli, którzy lubią partię A, są też tacy, którzy popierają partię B, są również tacy, których interesuje tylko telewizor i sklep, a o polityce nie mają, i mieć nie chcą, pojęcia – i ci na wybory nie chodzą – ale też są tacy, którzy są polityką bardzo zainteresowani, tyle że w pewnym sensie czują się przez nią zdradzeni, i oni akurat są w kropce. A naprawdę nie ma żadnego technicznego problemu, by na karcie do głosowania uwzględnić również te ich emocje.
      A jednak z jakiegoś powodu, z tego co mi wiadomo, tego typu rozwiązanie nie zostało wprowadzone nigdzie. Ani w Polsce, ani nigdzie na świecie. Dlaczego? Aaaa… to już jest temat na inną rozmowę. Ja tylko zwracam uwagę na problem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Swoją drogą, to że są jeszcze czytelnicy tego bloga, którzy ich wszystkich nie przeczytali, to dla nich zwyczajnie wstyd… no z wyjątkiem sytuacji, że oni akurat w ogóle książek czytać nie lubią. Co ja, przyznaję, znakomicie rozumiem.

piątek, 25 sierpnia 2017

Czy Jerzy Andrzej Marek mógłby pisać piosenki dla Roda Stewarta?

      Jestem pewien, że wielu z nas nie jeden raz zdarzyło się coś takiego, że budzimy się rano i w głowie mamy piosenkę, której nie dość, że od wielu, wielu lat nie słyszeliśmy, nie dość, że o jej istnieniu dawno zapomnielismy, to jeszcze zawsze uważalismy ja za wyjątkowy syf. Czemu tak się dzieje, co za niezwykły wybryk ludzkiego mózgu za tym czymś stoi, Bóg jedyny raczy wiedzieć, proszę jednak sobie wyobrazić, że wczoraj od samego rana, budząc oczywisty popłoch w całym domu, żona moja nuciła stale i niezmiennie piosenkę pod tytułem „Po ten kwiat czerwony”.
      W pierwszej chwili, kiedy już nam minął pierwszy szok, próbowaliśmy ustalić, kto to coś w ogóle oryginalnie śpiewał. Żona moja utrzymywała, że to była piosenka Czerwonych Gitar, ja natomiast obstawiałem Piotra Janczerskiego z zespołem No to co, no i ostatecznie, po sprawdzeniu zasobów youtube’a, okazało się, że „Po ten kwiat czerwony” to nie były Czerwone Gitary, lecz w rzeczy samej stnowiło słynny przebój zespołu No to co.
    Następnym krokiem była próba zbadania, kto był autorem następujących słów:
Idę. Wrócę.
O nic nie pytaj dziś.
Przyjdę - nie zasmucę.
Powiem, po com musiał iść.

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie
”.
       I tu pierwsza niespodzianka. Otóż, jak się okazało, słowa te ułożył, zapisał i dał do zaspiewania Piotrowi Janczerskiemu niejaki Bronisław Brok…
      Kiedy piszę „niejaki”, nie chodzi mi w żadnym wypadku o lekceważącą sugestię, że mamy do czynienia z byle kim, lecz wyłącznie o fakt, że ja na to nazwisko wcześniej nie wpadłem, a nawet, widząc je, uznałem, że normalny człowiek nie może się tak nazywać, więc to musi być czyjś artystyczny pseudonim. I proszę sobie zresztą wyobrazić, że to faktycznie okazał się być pseudonim człowieka nie byle jakiego bo Bronisława Kaufmana, „polskiego literata, reżysera, scenarzysty, operatora, fotografa, autor tekstów piosenek dla wokalistów, zespołów, a także na potrzeby teatru i filmu, jednego z założycieli ZAKR-u”, co warto też podkreslić, autora tekstów piosenek takich wybitnych artystów polskiej estrady jak Chór CzejandaAdolf Dymsza, Anna GermanJerzy PołomskiSława Przybylska, Irena SantorUrszula SipińskaTeresa TutinasVioletta Villas, ale również wykonawców całkowicie zapomnianych, że pozwolę sobie wymienić takie nazwiska jak Wiera Gran, Hanna Rek, Anita Traversi, czy Jadwiga Wajcman.
      Co równie, a może dla nas jeszcze ciekawsze, to fakt, że ów Brok, stale i przez wiele długich lat, współpracował z, niemal kultowym dziś już w pewnych środowiskach Jerzym Wasowskim, tak na marginesie, autorem muzyki do piosenki „Po ten kwiat czerwony”.
      A więc, jak widzimy, robi się powoli ostro.
      Przejrzałem nazwiska owych słynnych niegdyś artystów estrady, trafiłem na zapomnianą dziś już kompletnie Teresę Tutinas i pomyślałem sobie, że sprawdzę przede wszystkim, co ona takiego spiewała, no i przy okazji, co u niej dziś słychać. Otóż, jak się dowiadujemy, Teresa Tutinas – swoją drogą, też ciekawie, prawda? – ma dziś zaledwie 73 lata, mieszka w Szwecji, a jej największym przebojem była piosenka, którą wielu z nas z całą pewnością – głównie niestety, jako cover – pamięta, „Jak cię miły zatrzymać”, w tworzeniu której akurat swoich, utalentowanych niewątpliwie, palców nie maczali ani Wasowski, ani Brok, a do której jeszcze zresztą wrócimy.
     Szukałem jeszcze innych piosenek Tutinas, które bym pamiętał, jednak bezskutecznie, natomiast, owszem, trafiłem nagle na dwie swego czasu bardzo dobrze znane piosenki, śpiewane, jak się okazuje, przez dziś już równie, jak Tutinas, zapomnianą, Ludmiłę Jakubczak: „Gdy mi ciebie zabraknie”, oraz „Szeptem”. Poczytałem więc sobie o Jakubczak i pomijając to, że tu też stałym kompozytorem nie był Wasowski, lecz mąż Jakubczak, Jerzy Abratowski, dowiedziałem się rzeczy prawdziwie fascynujących. Otóż urodziła się ona w 1939 roku w Tokio, dzieciństwo spędziła na sowieckiej Ukrainie, wyjechała do Polski, wyszła za mąż za Abratowskiego, a w wieku 22 lat zginęła w wypadku samochodowym. Abratowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a w roku 1989 zginął przypadkowo w strzelninie podczas napadu na bank.
     Ktoś się mnie zapyta, po co ja w ogóle o tym piszę. Odpowiedź jest prosta. Przede wszystkim uważam, że to wszystko jest bardzo ciekawe, zaczynając na współpracy tego całego Broka z samym Jerzym Wasowskim, przez to, że dziś Tutinas mieszka w Szwajcarii i wszyscy ją mają głeboko w nosie, że Ludmiła Jakubczak zmarła w wieku zaledwie 22 lat, a autor piosenki „Szeptem” zginął w Los Angeles podczas jakiegoś napadu na bank. Po prostu, uważam, że to są informacje ciekawe. Te, ale też wiele innych, na które tu nie starczyło miejsca, w tym choćby i taka, że muzykę do jednej z najpiękniejszych polskich piosenek napisała jakaś Hanna Skalska, a tekst do niej również „jakiś” Kazimierz Szemioth, Skalskiej mąż.
      Niedawno, podczas targów w Bytomiu, zapytany przez kogoś Leszek Żebrowski, czy było coś w PRL-u co on uważa za dobre, po pewnym namyśle odpowiedział, że jednak nic. Otóż wygląda na to, że on się tu fatalnie pomylił. Może lepiej było go zapytać, czy jest coś, co on uważa za dobre w Polsce dzisiejszej, a ja mam tylko nadzieję, że on by nie odpowiedział na to, że to jest, że każdy z nas może swobodnie podróżowac po świecie.
      I pomyśleć tylko, że nigdy bym sobie tego wszystkiego nie poukładał i tu nie opowiedział, gdyby nie przedziwne wędrówki myśli mojej żony. Rozstańmy się więc na tej refleksji i posłuchajmy piosenki Teresy Tutinas, z muzyką znów „jakiegoś” Jerzego Andrzeja Marka – swoja drogą, to jest pomysł na miarę Wojciecha Zbigniewa Leszka, lub Macieja Antoniego Wojciecha – i zastanówmy się, co byśmy powiedzieli, gdyby to dziś zaśpiewał, powiedzmy, Rod Stewart. No co?





       



Moje książki, naturalnie, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Wibracje Rastamana, czyli polskie kino schodzi do podziemia

             
      Niewykluczone, że na ten sam temat swoje własne refleksje dziś przedstawi nasz kumpel Coryllus, mam jednak nadzieję, że uda mi się go nieco obejśc bokiem. Jak zawsze zresztą. Może od razu opowiem zatem, o co chodzi. Film jest całkiem świeży, zapisany w wersji czarno-białej, robi wrażenie, jakby został nakręcony na amatorskiej taśmie 16 mm, nosi angielski tytuł „Knives Out”, a wyreżyserował go młody polski rezyser, Przemysław Wojcieszek.  Mówiąc bardzo krótko – inna sprawa, że dłużej i tak by się nie dało – chodzi o to, że grupa młodych Polaków wynajmuje gdzieś w lesie chałupę i urządza w niej tak zwane „spotkanie po maturze”. Kiedy już wszyscy pochwalili się życiowymi i zawodowymi sukcesami, pojawia się polityka, a z nią najbardziej czarny pisowski faszyzm, który wraz z kolejnymi wypitymi flaszkami i kolejnym dupczeniem, prowadzi przyjaciół do tego, że wszyscy ryczą „Niech żyje, kurwa, Polska”, „Kocham, kurwa, Polskę”, „Nienawidzę, kurwa, Niemców”, by kulminacyjny punkt osiągnąć w scenie, gdzie główny bohater zwraca się do drugiego głównego bohatera: „Jeśli nie wierzysz, że 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku został zamordowany prezydent Lech Kaczyński i 95 innych ludzi, nie zasługujesz na to, by się, kurwa, nazywać Polakiem”, po czym napięcie rośnie jeszcze bardziej, ktoś krzyczy: „Niech żyje Breivik”, a nastepnie już wszyscy drą mordy na cały las, skandując „Polska, Polska, Polska”.
     Ale jest jeszcze coś. Oto wśród sympatycznych przyjaciół, jest jedna Ukrainka, która wraz ze wzrostem patriotycznych nastrojów staje się dla pozostałych wrogiem numer jeden, co zresztą zostaje bardzo jednoznacznie wyrażone przez głównego bohatera: „Nienawidzę Niemców i Syryjczyków, ale najbardziej Ukraińców”, po czym pojawia się plan, by Ukrainkę zabić i w ten sposób dokonać rytualnej afirmacji trumfującej polskości. Ukrainka zostaje zatem oczywiście zamordowana, główny bohater stwierdza, że nie ma się czym przejmować, bo to tylko w tej zepsutej do cna Europie życie ma jakąkolwiek wartosć i film się kończy. To koniec. Nie żartuję.
     Ponieważ film mnie w sposób oczywisty zainteresował, sięgnąłem do Internetu i, jak się okazuje, jego autor Przemysław Wojcieszek już od pewnego czasu bardzo pragnął nakręcić film o tak zwanej „dobrej zmianie”, ale ponieważ znikąd nie mógł dostać pieniędzy, zwrócił się do organizatorów niemieckiego festiwalu filmowego Berlinale, ci obiecali wsparcie i powiedzieli krótko: „Kręć”. Po dwóch tygodniach – nic nie zmyślam – kiedy film był już gotowy, pojawił się kolejny problem, mianowicie dźwiek, na który, jak się okazało z niemieckiej forsy zabrakło, a więc Wojcieszko urządził internetową zbiórkę, no i stał się dźwiek. Pozostała kwestia dystrybucji. Jako że nikt nie chciał się podjąć dystrybucji tego gówna, w tym momencie zareagował francuski Canal+ obiecując Wojcieszkowi, że przez najbliższe dwa lata, będzie prezentował film w telewizji na wszystkich swoich kanałach.
     A więc mamy, jak mówi sam Wojcieszek, pierwszy i jedyny prawdziwy film o „dobrej zmianie”, no i zapewnienie ze strony Niemców i Francuzów, że o pieniądze on się martwic nie musi, bo o to oni się już odpowiednio zatroszczą.
     Pozostaje więc już tylko pytanie, czy film „Knives Out” jest gorszy, lepszy, czy może taki jak inne polskie filmy? Na tę kwestię niestety nie umiem odpowiedzieć, bo moim zdaniem, „Knives Out” to przede wszystkim nie jest film w znanym nam znaczeniu tego słowa. Filmem był „Wołyń”, filmem była „Drogówka”, filmem był oczywiście „Smoleńsk”, jestem pewien, że filmem jest nawet „Botoks” Vegi, natomiast gdy chodzi o „Knives Out”, ono mi najbardziej przypomina coś, co sam zrobiłem, jak jeszcze w roku 1973 byłem w 3 klasie liceum i z kolegą na wakacjach, ośmiomilimetrową kamerą bez dźwieku postanowiliśmy nakręcić naszą osobistą impresję o bandytach i duchach. Jestem natomiast pewien, że przedwczorajsza emisja tego filmu w Canal+ zapewni nam polityczną rozrywkę przez najbliższe parę miesięcy. Otóż najprawdopodobniej film już niedługo zacznie być wyświetlalny w wielu polskich kinach, starannie reklamowane przez „Gazetę Wyborczą” pokazy będą gromadziły tłumy, film zostanie uznany za jedno z najwybitniejszych dzieł tak zwanego „nowego kina moralnego niepokoju”, a z drugiej, czyli naszej strony, zostanie uruchomiona wielka kampania na rzecz zakazu jego wyświetlania, a kto wie, czy nawet „Reduta Dobrego Imienia” nie pójdzie z tym do sądu. Film Wojcieszka zyska sławę w całej Europie, niewykluczone, że już na najbliższym festiwalu w Berlinie zdobędzie specjalnę nagrodę Komisji Europejskiej, czy czegoś takiego, a sam Wojcieszek stanie się człowiekiem majętnym i za większe już pieniądze nakręci wreszcie jakiś zabawny erotyczny kryminał z braćmi Pazura w rolach głównych, który podbije serca polskiej publiczności.
     Ciekawy jestem tylko, jaki on będzie miał tytuł. Otóż proszę sobie wyobrazić, że Wojcieszek dotychczas zrealizował dobrych kilka filmów i przedstawień teatralnych i z tego co widzę wynika, że każde z nich nosi tytuł zerżnięty z tytułu którejś ze znanych rockowych piosenek: „Jestem zmartwychwstaniem” The Stone Roses, „Zabij ich wszystkich” Metalliki, „Głośniej od bomb” The Smiths (to akurat, przyznaję, nie piosenka, ale tytuł albumu), „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” Morrisseya, „Osobisty Jezus” Depeche Mode, „Zaśnij teraz w ogniu” Rage Against The Machine, „Jak całkowicie zniknąć” Radiohead, czy nasz dzisiejszy wybryk, „Knives Out”, również Radiohead.
     W tej sytuacji proponuję, by swój pierwszy poważny film, za naprawdę poważne pieniądze, Wojcieszek zatytułował bezkompromisowo „Wibracje Rastamana”.

Oczywiście niezmiennie zapraszam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
    
    

      

środa, 23 sierpnia 2017

Osiem krótkich kawałków na dobry tydzień

Po dwutygodniowej przerwie wracamy do krótkich kawałków, jakie od pewnego już czasu piszę dla tygodnika „Polska Niepodległa”. Mam nadzieję, że będzie równie ciekawie jak wcześniej. Swoją drogą polecam. To jest naprawdę dobry tytuł.


Jako pierwszy o tym, co się stało, poinformował tygodnik „Nie”, redagowany przez człowieka, którego nazwisko piszemy zwyczajowo z małej litery, czyli jerzego urbana, a wiadomość naturalnie natychmiast powtórzyła telewizja TVN24. Oto, jak się okazuje, nasze Ministerstwo Obrony Narodowej postanowiło wybić specjalną pamiątkową monetę, dedykowaną byłemu rzecznikowi Ministerstwa, Bartłomiejowi Misiewiczowi. Na awersie monety widnieje biało-czerwona flaga, godła czterech rodzajów sił zbrojnych i napis: "Bartłomiej Misiewicz". Na rewersie orzeł i napis: "Ministerstwo Obrony Narodowej". Cała Polska zachodzi w głowę, co to się takiego stało, że to Misiewicz akurat, od miesięcy pierwszy obiekt powszechnego antypisowskiego szyderstwa, stał się bohaterm tego rodzaju wyróżnienia, a ja mam wrażenie, że gest ministra Macierewicza nie mogł być bardziej przejrzysty. Oto przesłanie – lepszego być nie mogło – jakie on w ten sposób wysłał do Systemu: „Całujcie nas w dupę”.

***

Wydawałoby się, że tego typu przekaz jest wystarczająco jasny, i jego adresaci powinni poczuć przynajmniej zaniepokojenie, niestety, jak się okazuje, oni są już w innym świecie. Oto były minister u byłego prezydenta, Tomasz Nałęcz, wypowiedział się w telewizorze na temat Donalda Tuska i jego problemów z prawem, i oświadczył, że „Jarosław Kaczyński prymitywnie polując na szefa Rady Europejskiej katapultuje go w polskiej polityce”. Właśnie tak. Nie znamy dnia ani godziny, kiedy Jarosław Kaczyński najzwyczajniej w świecie wsadzi Donalda Tuska za kraty, a część jego zwolenników uważa, że oto ten sam Donald Tusk przeżywa swój polityczny rensesans. Ciekawe, czy istnieją granice zidiocenia?

***

Tego że one jednak nie istnieją, dowiódł ostatnio poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka, który wraz z rodziną i kumplami z partii pojawił się na tak zwanym Przystanku Woodstock i spróbował tam zorganizować polityczny happening. Niestety okazało się, że tego rodzaju ekstrawagancji nie toleruje nawet Jerzy Owsiak i owo dziwne towarzystwo musiało się dyskretnie ewakuować. Wygląda na to, że, póki co, wciąż im pozostaje jedynie leżeć na plecach i kopać w policyjne barierki.

***

Oczywiście, nie zmienia to wszystko faktu, że Jerzy Owsiak, zgodnie z corocznym zwyczajem, z pieniędzy każdej zimy zbieranych pod kościołami, organizuje swój festiwal. Owa miłość i pokój realizują się tradycyjnie. Jak donosi „zaprzyjaźniony” portal, TVN24, „uczestniczka Przystanku, 19-latka z Trójmiasta, z ciężkim urazem kręgosłupa trafiła do szpitala po tym, jak na jej namiot spadł suchy konar. Dwóch mężczyzn wyłamało wysokie na cztery metry uschnięte drzewo. Upadając zawadziło ono konarem o namiot, w którym przebywała dziewczyna. Od poniedziałku, czyli od momentu rozpoczęcia policyjnej Operacji Woodstock 2017, w całym Kostrzynie nad Odrą odnotowano 82 przestępstwa i 170 wykroczeń. W sumie zatrzymano 60 osób. To głównie za posiadanie środków odurzających. Ponadto zanotowano trzynaście kradzieży, w tym dokumentów, telefonów i innego mienia głównie z namiotów uczestników festiwalu. Przyjęto jedno zawiadomienie związane ze zgwałceniem, jedno ciężkie uszkodzenie ciała, jedno nieumyślne uszkodzenie ciała, jedno zgłoszenie o fałszywym podłożeniu ładunku wybuchowego, jedno naruszenie przestrzeni powietrznej oraz czterech nietrzeźwych kierujących. Był też przypadek naruszenia prawa lotniczego. Motolotniarz, wbrew obowiązującemu zakazowi, wleciał nad teren festiwalu”. 
A zatem, jak zawsze, love & peace.

***

Mnie najbardziej w wystąpieniu owego świętego człowieka podoba się owo „czego tam jeszcze”. To jest naprawdę mocne: „religijność, modlitwa, głoszenie Ewangelii, czy co tam jeszcze”. To może podpowiedzmy Ojcu, co tam jeszcze. Otóż jeszcze te jakieś komunie, panie, te spowiedzi, te różańce, cholera… człowiek się już w tych gusłach może pogubić. A wszystko przez politykę.

***

A pomyślmy tylko, jak by to było pięknie, gdyby nie polityka, no i owo nieznośne wpychanie przez Kościół nosa w sprawy porządnych ludzi. Stało się mianowicie tak, że w Ameryce, transeksualista, niejaki Trystan Reese, urodził chłopczyka imieniem Leo. Oto jak owo radosne wydarzenie realcjonuje telewizja TVN24: „Zdrowy, kilkutygodniowy Leo i jego szczęśliwy tata. Trystan i jego mąż Biff mają już dwójkę adoptowanych dzieci, które rodzeństwa wprost nie mogły się doczekać. Z nagrywanych przez nich internetowych filmów biła euforia. Marzenie się spełniło, a ta rodzina tylko zyskała na wyjątkowości. Mały Leo jest oczkiem w głowie tatusiów. Podobno ma wilczy apetyt, uwielbia spać i się przytulać”. W sumie szkoda, że Trystan i Biff nie usłyszeli w odpowiednim momencie o Festiwalu Woodstock i o ojcu Gużyńskim. Czyż to nie byłoby piękne, gdyby owa urocza trójka przybyła do Kostrzynia nad Odrą i, w ramach tak zwanej „Akademii Sztuk Przepięknych”, wystąpiła na głównej festiwalowej scenie, ojciec Gużyński by to dziecko ochrzcił, a matką chrzestną – a niby czemu nie – zostałby Jerzy Owsiak? Czysta miłość, żadnej polityki.

***

W celu praktycznego propagowania owej miłości, na scenie festiwalu, który niebezpiecznie zaczyna nam tu kraść show, wystąpił prezydent Słupska, słynny homoseksualista, Robert Biedroń. Rozmowa oczywiście, zgodnie z życzeniem ojca Gużyńskiego, całkowicie wolna od brudów polityki, zeszła w pewnym momencie na osobę pani posłanki Krystyny Pawłowicz, a sam Jerzy Owsiak, wzbudzając, jak donoszą media, entuazjazm setek tysięcy rozentuzjazmowanej i oczywiście kompletnie niezainteresowanej polityką publiczności, zwrócił się ze szczególnym apelem do pani poseł: „Pani Pawłowicz, niech pani spróbuje jednej jedynej rzeczy.... seksu. Niech pani spróbuje seksu!  Poczuje pani motyle w brzuchu, poczuje pani rozluźnione plecy. Poczuje pani kwiat we włosach, a przez to w głowie też się może poukładać”. W tej sytuacji nam już tylko pozostaje poprosić o konsultacje ojca Gużyńskiego. Jak te sprawy widzi osoba było nie było duchowna? Czy gdybyśmy zamiast uprawiać politykę, postawili na więcej seksu, to by zbawienie stało się bliższe?

***

Dobra. Może wystarczy. W końcu my tu się mamy zajmować sprawami poważnymi, a nie wybrykami grupki jakichś satanistów. A zatem spójrzmy na wyjątkowe intelektualne wzmożenie w środowiskach prawdziwie artystycznych, gdzie sztuki przepiękne są przępiękne nie z kooptacji, ale niejako z zasady. Kiedy, jak wszystko na to wskazywało, Polska w swojej walce z kaczystowskim reżimem została opuszczona przez tak wybitnych rycerzy wolności jak komediant Daniel Olbrychski, czy pieśniarz Zbigniew Hołdys, a skoro przez nich, to i przez wszystkich, okazuje się, że na posterunku pozostała aktorka Krystyna Janda, która na swoim blogu opublikowała podziękowania – tak, tak, to nie jest żart – dla polskich psów. Posłuchajmy: „Ilość psów towarzyszących swoim właścicielom w walce o polską wolność i demokrację, jest imponująca. We wszystkie te noce stoją dzielnie i wiernie, przyzwyczajają się do głośnego skandowania, przestają się bać. Długie spacery nocne – myślą – czemu nie. Pozdrawiam wszystkich psiarzy i psy”. W tej sytuacji, mnie, jako, jak by nie było psiarzowi, nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować za wyrazy uznania osobie tak szanowanej i wybitnej, a jednocześnie przekazać pani Krystynie wiadomość, która ją z całą pewnością ucieszy. Mój pies, ile razy słyszy bicie dzwonów kościelnych, wyje i to wyje zdecydowanie nieprzyjaźnie.


Zapraszam wszystkich jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Niezmiennie polecam.    

wtorek, 22 sierpnia 2017

Z kamerą wśród zwierząt, czyli ostatni taki rechot

         Wiele lat upłynęło już od tamtych refleksji, ale ja wciąż pamiętam, jak jeszcze zanim wszystko się zmieniło, „Gazeta Wyborcza” zapowiedziała wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Bielsku-Białej i pod ową zapowiedzią wylał się hejt, jakiego świat wcześniej nie widział i już pewnie nie zobaczy. Opisałem to na blogu, powtórzyłem w jednej z książek, a dziś myślę sobie, że dziś sytuacja jest o tyle inna, że, przy zachowaniu oczywiście pewnych proporcji, owa nienawiść przeszła z polityków na ludzi, którzy zwyczajnie zawiedli. Przed pięcioma, sześcioma, czy dziesięcioma laty, ludzie. Z pewnymi znanymi wyjątkami, byli właściwie w porządku, zawodzili jedynie politycy. Dziś politycy sa tacy, jacy są, natomiast raz po raz się okazuje, że ludziom zdecydowanie należy powiedzieć parę słów brutalnej prawdy.
      Oto gdzież na Facebooku ukazał się fotoreportaż z Władysławowa, który, powtarzając tezy znane z przekazu choćby „Newseeka”, pewnie by nawet nas ani szczególnie nie zaskakiwał, ani tym bardziej nie zmuszał do refleksji, gdyby nie setki komentarzy zamieszczonych pod owymi zdjęciami, które wręcz idealnie pokazują stan umysłów tej dziś już zdecydowanej garstki obywateli rozczarowanych sposobem, w jaki rozwinęła się w naszym kraju społeczna, a konsekwentnie i polityczna sytuacja.  
      Stało się mianowicie tak, że na wspomnianym Facebooku ukazał się ów fotoreportaż, sygnowany przez niejakiego – warto jednak, choćby dlatego, że z ilości komentarzy wynika, że to jest jednak nie byle kto, przywołać to nazwisko – Pawła Czarneckiego, gdzie widzimy opalające się na plaży we Władysławowie rodziny, zwykłe rodziny, nie robiące nic szczególnego, dobrane jednak w taki sposób, że kobiety często są grube i brzydkie, mężczyźni na ogół grubi, spoceni i owłosieni, a wszystko to funkcjonuje pod tytułem „Morze parawanów”, czy jakoś tak. I tak naprawdę, jak mówię, wcale nie chodzi o tę nieznośną już propagandę, ani tym bardziej o tego biednego idiotę, którego ona tak bardzo zafascynowała, że postanowił wziąć aparat, pojechać aż do Władysławowa i to wszystko, czego się wcześniej dowiedział z mediów, zapisać, ale wspomnaine setki komentarzy, jakie pod wspomnianymi zdjęciami ukazały.
     Powtórzmy może. Oto mamy zdjęcia opalających się na plaży ludzi, zwykłych ludzi, spedzających czas na plaży tak, jak to ma miejsce w dzisiątkach miejsc na świecie, tyle że wedle znanych nam z kolorowych pism standardów, ludzi nudnych i bylejakich, a pod tymi zdjęciami już tylko tak zwana beka. Popatrzmy może:
      „Świetne zdjęcia, myślę że powinny się ukazać także w formie papierowej!”
      „Mówiłem, że tam same cebule chodzą”
      „Mega robota!”
      „Boska galeria”
      „Januszolandia”
      „Grube spaślaki”
      „Fotki mega, pokazują tylko jak Polacy zachowują się , izolują podczas urlopu. Bravo !!!! Na szczęście za chwilę koniec miesiąca i cały brud/ścierwo wróci do swoich prywatnych betonowych parawanów”
      „Typowy Janusz wakacji. ‘Grażyna zrób mnie to zdjęcie tej baby w kostiumie, no i tego gościa w maytasach, jak na wsi pokaże to wszystkim gały wyjdą!’ (Nie obrażając wsi!)”
      „Polska tandetą stoi”
      „No mam wrażenie, że wiocha coraz większa...”
     „Fenomenalne zdjęcia! Polska rzeczywistość”
      I tak dalej, i tak dalej, w tym samym nastroju.
      Jestem pewien, że nie byłoby najmniejszego sensu, byśmy się dziś zajmowali tym biednym durniem Czarneckim, jego zdjęciami, oraz tymi smutnymi komentarzami, nawet jeśli zauważymy, że popularność tej wrzutki przekracza wszelkie znane nam standardy, gdyby nie jedna, a może dwie, moim zdaniem, ciekawe refleksje. Pierwsza z nich związana jest z moim wczorajszym tekstem o tatuażach. Otóż, o ile czegoś nie przegapiłam, wśród osób przedstawionych na zdjęciach jest zaledwie jedna kobieta z tatuażem, tyle że nie jest to ani smok, ani diabeł, ani nawet twarz jej chłopaka, ale polski orzeł w koronie. Głupio i bezmyślnie? Pewnie. Niemniej jednak to nie tatuaż, ale ów orzeł właśnie wywałał taką kupę śmiechu. Druga rzecz, to ta, że po tych wszystkich latach, gdy przedstawieni na opisywanych zdjęciach ludzie znajdowali się w pozornie ostatecznym odwrocie, zmieniło się nie tylko to, że oni nagle podnieśli głowy i zaczęli mówić własnym głosem. Rzecz w tym, i to jest coś naprawdę ważnego, że ci wszyscy, którzy dotychczas żyli w poczuciu wiecznej wygranej, stracili to co ich tak fantastycznie napędzało choćby we wspomnianych przez nas wcześniej dniach, gdy prezydent Kaczyński planował odwiedzić Bielsko-Białą. Gdy czytam komentarze pod zdjęciami wypoczywających nad polskim morzem ludzi, widzę oczywiście tę pogardę, to szyderstwo, słyszę ten rechot, natomiast z całą pewnością nie widać jużw tym wszystkim tego, co ich wszystkich w tamtych czasach utrzymywało w pozycji wyprostowanej, a mianowicie owego życzenia śmierci. Śmierć już była i najwyraźniej nic nie dała. Pozostaje więc już tylko ów głupkowaty rechot. W dodatku – co też już zauważyliśmy – skierowany pod adresem nie polityków, bo oni są najwidoczniej zbyt mocni, by to plucie zauważyć, ale ludzi, zwykłych ludzi. Tyle że o tym, jak bardzo i oni są mocni, tym baranom przyjdzie się dopiero przekonać.

Zapraszam wszystkich niezmiennie do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia książki najlepsze. Naprawdę najlepsze.



poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Może tatuażyk na zgrabną nóżkę?

            Pisałem już tu o nich, ale ponieważ mamy naprawdę upalne lato, każdy z nas miał aż nazbyt wiele okazji, by zwrócić uwagę, jak straszną plagą stały się w Polsce tatuaże, a ja nie mogę się powstrzymać, by nie dodać do tamtych refleksji jeszcze parę słów. Można bowiem odnieść wrażenie – co ciekawe, głównie gdy chodzi o kobiety – że dziś spotkanie kogoś, kto jest całkowicie pozbawiony tatuaży graniczy z cudem. Widzimy dziewczynę, z pozoru zupełnie zwykłą, sympatyczną, często dość nawet ładną i kiedy gotowi jesteśmy zawołać: „Jest! Wreszcie znalazła się ta jedna bez jednego rysunku”, okazuje się, że oto na szyi, czy ramieniu, czy choćby na kostce i ona musi mieć wytatuowaną dyskretnie jaskółkę, gwiazdkę, czy płatek śniegu. Nawet ona.
      Jak mówię, mam mocne przekonanie, że są to głównie kobiety. Oczywiście faktem jest, że wszędzie widać też wytatuowanych, często od  od stóp do głów, mężczyzn, jednak najczęściej to jest ten typ ludzi, po których tego akurat można się było zawsze spodziewać, no a przez to ich jest jednak mniejszość. Gdy chodzi o kobiety, tu jest dokładnie odwrotnie: tatuaże ma większość dziewcząt i młodych kobiet i tu absolutnie nie ma różnicy, z jakich one pochodzą środowisk. Tu panuje całkowita demokracja.
     Muszę tu od razu zrobić jedno zastrzeżenie. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że dzis, kiedy kobiety mają dostęp do naprawdę niedrogch sposobów na to, by zadbać o wygląd, a jednocześnie one akurat, w odróżnieniu od mężczyzn, od zawsze były bardziej dbałe o to, by nie wyglądac jak kawał śmiecia, a zatem jest całkiem możliwe, że wiele z tych opisywanych przez mnie jako „zwykłe, sympatyczne i ładne” dziewczyny pochodzą z tych samych dokładnie środowisk, co ci szmaciarze z połamanymi nosami i powybijanymi zębami, tyle że im bardziej zależy na wyglądzie. Zdaję sobie z tego sprawę, a jednak wiem, że naprawdę znaczna ich część to są dokładnie takie same kobiety, jak nasze siostry, mamy, czy dzieci, tyle że to one akurat, któregoś dnia nie mogly się powstrzymać, by sobie dać zrobić jeden, mały, skromny tatuaż, gdzieś tak zupełnie z boku, tylko dla siebie, ewentualnie dla niego.
      Za czego to się bierze? Oto, jak część z nas wie i pamięta, parokrotnie ostatnio na blogu Coryllusa pojawiła się kwestia wykorzystywania kobiet przez najróżniejsze mniej lub bardziej podłe systemy do swoich niecnych celów. Pisał Coryllus o tym bardzo szczegółowo i niezwykle przekonująco, ja może tylko bym zwrócił naszą uwagę na pewien obraz, parę tygodni temu dość często prezentowany przez wszystkie telewizje, kiedy to podczas jednego z protestów pod Sejmem, gruba demonstrantów położyła się pod policyjnymi barierkami i leżąc tak, w te barierki kopała. Ciekawy jestem, czy tylko ja zauważyłem, że wśród tych leżących tam i odstawiających ów żałosny cyrk osób, były niemal same kobiety. Na palcach jednej reki można było zliczyć mężczyzn, natomiast owszem, to mężczyzna jak najbardziej stał z boku z bębnem i wybijał na nim rytm, do którego te biedne idiotki kopały swoimi nóżkami w te barierki.
     Kiedy widzę dziś, jak po skąpanych w upale ulicach mojego miasta przechadzają się naprawdę śliczne dziewczyny, a każda z nich gdzieś, to tu to tam, ukrywa jakiś obrazek, myślę sobie, że oni są naprawdę cwani, potrafiąc tyle z nich aż tak łatwo przekonać, że bez tego one będą grube, krzywe i brzydkie. Naprawdę cwani.
     Ale jest jeszcze coś, i to już może zostawię na koniec. Ostatnio trzy, czy cztery razy trafiłem na parę z nich, które zamiast tatuaży miały brzydkie, świeże blizny. Jedna z nich wciąż na jednej nodze miała nietknięty obrazek, na drugiej owo czerwone, ledwo zarośnięte mięso. Inna z kolei miała jedno ramię czyste, natomiast z drugiego brzydko zdartą skórę, za to, owszem, z nosa wciąż jej wystawały dwa czarne kolczyki, ucho natomiast miała przebite wielką agrafką. A mnie się przypomniała stara już bardzo historia, którą opowiedziałem w mojej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji i jej maleńki fragment:
      „Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej właśnie przydarzyło, a ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię.
       Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał:Mamusiu, a gdzie my idziemy?’, na co ta mama zaczęła na niego ryczećIle razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku!!!! Co za dziecko! Co za dureń!!! Ile razy mu trzeba powtarzać najprostsze rzeczy?'
       Spytałem moje dziecko o coś, co akurat dla mnie zawsze stanowi kwestię podstawową – jak wyglądała ta kobieta? Na co usłyszałem:No właśnie tak’.
       A zatem tak. Jak? No tak. Ile razy trzeba powtarzać tę jedną, jedyną rzecz: trzeba zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku”.

Gdyby ktoś był zainteresowany, przypominam, że książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” można kupić tu. Szczerze zachęcam.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Gdy nasi wzięli się za twarz

Dziś niedziela, więc powinien się tu pojawić tekst wspomnieniowy, ale ponieważ ledwie co wczoraj w tym chaosie musieliśmy się zajmować Kukizem, dziś proponuję zajrzeć do „Warszawskiej Gazety” i zapoznać się z moim najnowszym felietonem. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

      Od pewnego czasu zamartwiamy się tu wszyscy konfliktem – wygląda na to, że jednak konfliktem autentycznym – jaki się ujawnił linii między rządem, a prezydentem. Kiedy prezydent najpierw zapowiedział, a następnie zawetował dwie przygotowane przez rząd ustawy sądowe, ci z nas, którzy z jednej strony starają się zachować dobry humor, a z drugiej pozostają głęboko nieufni wobec przekazu, jakiego nam dostarczaja media, starali się to co się dzieje tłumaczyć jakąś misternie przygotowaną prowokacją, mającą na celu zneutralizowanie wymierzonego głównie w Prezydenta, ale też w całą Dobrą Zmianę, ataku popularnie funkcjonującego pod hasłem „Adrian”. Jednak wszystko to, co się dzieje ostatnio, a więc absolutnie ewidentna awantura miedzy prezydentem Dudą a ministrem Macierewiczem, wskazuje na to, że mamy problem.
      Ale stało się coś jeszcze. Otóż przy niemal kompletnej medialnej ciszy, z pracy dla Prezydenta zrezygnował jego dotychczas pierwszy fotograf, człowiek-legenda, Andrzej Hrechorowicz. Owo odejście, jak to niekiedy bywa, odbyło się w atmosferze budzącej jak najgorsze podejrzenia, gdzie sam Hrechorowicz ogłosił je na swoim twitterowym profilu w postaci prostego zdania: „Zrezygnowałem z pracy, dziękuję”.
     A więc, że pozwolę sobie powtórzyć swoją poprzednią myśl – mamy oczywisty problem. 
     Jest oczywiście możliwe, że w otoczeniu prezydenta Dudy nie pojawia się już jego szkolny kolega, Marcin Kędryna, człowiek którego historia, że już uprzejmie nie wspomnę o tak zwanej prezencji, która w każdej normalnej sytuacji byłaby dla Kędryny ostatecznie i nieodwołalnie zabójcza, by go zabiła, z tego jednak co nam wiadomo, tam się nic nie zmieniło, poza tym może, że ktoś Kędrynę zmusił do tego, by się może dla dobra Sprawy trzymał się nieco z boku. Skoro więc z jednej strony mamy wspomniane awantury między Prezydentem a Rządem, a z drugiej wszystkie te gesty, świadczące o tym, że coś się jednak dzieje i to dzieje raczej po stronie Prezydenta, niż Rządu, w dodatku niewykluczone, że niezmiennie, każdego wieczoru, prezydenta Dudę do snu kołysze owa karykatura Rasputina, można poczuć przynajmniej niepokój.
      Co zatem, w owej trudnej jak najbardziej trudnej sytuacji mamy robić my? Jak mamy na to co się dzieje reagować? Czy ów oczywiście nienajlepszy stan rzeczy, z jakim mamy do czynienia w otoczeniu Prezydenta, powinien nam zakłócać sen? Otóż uważam, że nie. To z czym mamy do czynienia, to jak najbardziej całkowicie naturalny konflikt między dwoma ośrodkami władzy, a nasz problem polega na tym, że to jest jedna i ta sama władza, tyle że różne ambicje i równie różne interesy. Oczywiście, znacznie lepiej by było, gdybyśmy szli do przodu jednym frontem, no i w ogóle, żebyśmy byli lepsi, ale tak też damy radę. Dlaczego? Dlatego, że po przeciwnej stronie mamy nie dość, że bandę idiotów, do bandę idiotów w kompletnej rozsypce. Oni już się nie podniosą. A my? Jak mówię, my damy radę.


Moje książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo zachęcam.

sobota, 19 sierpnia 2017

Paweł Kukiz, czyli wieczna reaktywacja

Wczoraj na portalu tvn24.pl znalazłem informację, że gdzieś w Polsce interweniujący policjanci trafili na grupę lokalnej hołoty, która doprowadzili ich do stanu, gdzie jeden z nich zmuszony został do wyciągnięcia broni. Ponieważ całe zdarzenie było najpewniej prowokacją, a kolega jednego z żuli nagrał całą scenę komórką i film wysłał nastepnie do TVN-u, pojawiła się informacja, że oto mamy czasy, gdzie pisowska policja straszy niewinnych ludzi bronią. Portal tvn24.pl zwrócił się z prośbą o opinie w tej sprawie do posła Pawła Kukiza, a ten oświadczył co następuje: „Wierzyć się nie chce… Nie wiem, o co tam chodziło, więc oceniać nie będę (kto miał rację a kto nie, etc), ale całe to zdarzenie świadczy o tym, że Państwo wciąż jest teoretyczne. Panie Zieliński... Przed wojną minister za PP odpowiedzialny to po takich ‘akcjach’ - od Wrocławia zaczynając - w łeb by sobie strzelił. A nawet po wojnie partyjni koledzy z PZPR Piotrowicza odpowiedzialni za Milicję zmuszeni byliby do dymisji w trybie natychmiastowym. A Pan trwa. Na naszą zgubę. Prędzej czy później zapłacicie za to, co zrobiliście z Polską Policją. POPiSowa cenę”. W tej sytuacji ja po razam kolejny muszę zakłócić narracje tego bloga i wspomnieć tekst, a właściwie dwa, skomponowane w jeden wspólny, teksty jeszcze sprzed lat, na temat Pawła Kukiza właśnie. Z nadzieją, że ten dziwny człowiek dostanie wreszcie w ryj w taki sposób, że się raz na zawsze zamknie, a naród ze wstydem się zorientuje, jak się dał fatalnie nabrać. Polecam.


      W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
      Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
       Uderzające było podobieństwo owego przeboju do tego, co on odstawił pare lat wcześniej, a więc do piosenki o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, gdzie przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by stara kościelna pieśń „Pan Jezus już się zbliża”, brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Przede wszystkim identyczny był sam pomysł muzyczny. Zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta kolejna, to jarmarczne parodie gdzie Kukiz korzystał z identycznych środków. Wprawdzie za drugim razem, zamiast organów, słyszeliśmy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem.
      Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, że i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
      No ale i to nie było najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, było to, że do promowania piosenki o pijanych enkawudzistach, podobnie jak wcześniej o pijanym księdzu, zaangażowała się telewizja TVN24, która najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tym występem, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia.
     Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
     Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy ów dziwny pan zaatakował tak skutecznie polską wiarę, polska religijność i polski Kościół, a więc de facto Polski, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Jednak ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi – przyznaję to z prawdziwą przykrością – miał w sobie pewien estradowy poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno wspomnianą piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
      I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.
       Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
       Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
       A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
       Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilę temu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich ksiażek. Księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a tam, panie – cuda i wianki.