środa, 30 maja 2012

O Polsce w korkociągu

Parę dni temu ogłoszone zostały wyniki egzaminu dla sześcioklasistów, i okazało się, że przeciętne dziecko napisało ten sprawdzian na ciut ponad 50%. Jak wiemy, takie 50% bywa oceniane raz lepiej, raz gorzej – na ogół jednak gorzej. Wprawdzie, jak idzie o matury, 30% chyba wciąż jest traktowane jako egzamin zdany, no ale ten akurat system świadczy bardziej o polskim systemie edukacji, niż o uczniach. Na studiach już jednak, czy choćby w niektórych liceach, aby mieć egzamin zaliczony, trzeba go napisać na 70%, a jeśli trafi się nauczyciel bardziej wymagający, to nawet takie 70% może się okazać porażką. Generalnie jednak rzecz biorąc, 50% to pała. A zatem, wygląda na to, że w tym roku dzieci kończące polską podstawówkę, na koniec otrzymały ocenę niedostateczną, a tym samym pokazały praktycznie, że się nadają do gimnazjum tylko pod warunkiem, że tam będzie łatwiej. Inna sprawa, że pewnie będzie.
Żyjemy w czasach, gdzie właściwie do czasu jak nastąpi ostateczny wybuch, nie ma takiego zdarzenia, nie ma takich słów, nie ma wreszcie takiego nieszczęścia, które by zrobiły na kimkolwiek wrażenie większe niż parominutowe. Tym bardziej, nie można się spodziewać większego poruszenia, gdy chodzi o coś tak ulotnego i w sumie dla większości z nas egzotycznego, jak wyniki egzaminu dla szóstoklasistów. Żyjemy w czasach gdy właściwie coś takiego jak hierarchia rzeczy ważnych i nieważnych nie istnieje. To co ważne, to to co ważne dla nas; co nas nie dotyczy bezpośrednio, pozostaje zwyczajnie już nieistotne. Kultura, wykształcenie, wojsko, edukacja, historia, nauka, a nawet, z pewnego punktu widzenia, i gospodarka – to wszystko staje się zupełnie bez znaczenia, o ile jeszcze możemy liczyć na to, że wyjrzymy przez okno i zobaczymy, że wszystko jest dokładnie takie samo jak było wczoraj. Oczywiście, liczą się pieniądze – i to jest jak najbardziej zrozumiale, bo, jak wiemy, bez pieniędzy umieramy – no i zdrowie, bo bez zdrowia też ani rusz. Oto dokąd doszliśmy przez ostatnie lata.
W tej sytuacji, naprawdę nie ma się co dziwić, że problem tych dzieci, które po sześciu latach nauki w polskiej szkole są na poziomie, jakiego sobie prawdopodobnie nawet Heinrich – czy jak mu rodzice dali przy urodzeniu – Goebbels nie mógł wymarzyć – a więc podstawowej umiejętności sylabizowania i równie podstawowej arytmetyki, większości z nas zwyczajnie umknął. A jeśli nawet ktoś na tę informację zwrócił uwagę, to prawdopodobnie tylko ze smutkiem pokiwał głową i wrócił do spraw codziennych. No bo, w końcu jakoś to będzie, a martwić się bez przerwy też nie bardzo wiadomo jak. Tymczasem, wygląda na to, że znaleźliśmy się na tak zwanej równi pochyłej i jeśli możemy jeszcze na coś liczyć, to jedno wiemy już z całą pewnością – to pokolenie jest już stracone. Podobnie jak zapewne i następne. A jak bardzo, to zobaczymy z całą wyrazistością za parę lat, kiedy te dzieci staną się dorosłe. Do tego czasu możemy mieć satysfakcję, że wciąż nas jeszcze na to czy owo stać.
A więc to jest edukacja, której nie ma. Parę razy ostatnio wspominaliśmy o wojsku, którego nie ma, o kulturze, której nie ma, o filmie, literaturze, o elegancji, których nie ma, a nawet o urodzie, która też gdzieś się w międzyczasie nam zapodziała. Ale dziś też patrzymy na Polskę, której nie ma, i myślimy już pewnie sobie tylko, że jakie to szczęście, że na wieść, iż na koszulkach polskich piłkarzy nie będzie orzełków, podniósł się swego czasu ów rwetes, bo zbliżają się mistrzostwa, i nawet jeśli założymy najgorsze, to przynajmniej one – te orzełki, jeszcze przez jakiś czas będą.
Przyszedł dziś do mnie mój syn i zapytał, czy nie uważam, że całe to zamieszanie ze słowami Obamy na temat polskich obozów śmierci, to jednak przesada. Przecież jemu w sposób oczywisty chodziło nie o obozy polskie, ale o obozy na terenie Polski. Więc nie ma się co aż tak oburzać. A ja sobie pomyślałem, że skoro nawet on się z międzyczasie zrobił tak mało czujny, to znaczy, że mamy już tylko albo zdrajców, albo wariatów. I że to jest prawdziwy kłopot. Mówię więc mojemu dziecku, ze nie, że on jest w bardzo ciężkim i niebezpiecznym błedzie. Że on musi bardzo uważać, bo traci busolę. A on mi na to, że ależ Obamie bezwzględnie i z całą pewnością nie chodziło o to, że Polacy zakładali obozy śmierci, tylko że to Niemcy je organizowali, tyle że na terenie Polski. No i w tej sytuacji pozostaje już tylko zapytać: To czemu Obama nie powiedział „niemieckie”? Czemu? Odpowiedź jest prosta: Bo gdyby tak powiedział, to by go Merkel rozjechała. I on to świetnie, nawet jeśli w swym tępym umyśle nie wie, to z pewnością czuje.
Barak Obama, wspominając o tych obozach, miał do wyboru kilka możliwości. Mógł przede wszystkim powiedzieć oczywiście „niemieckie”, bo to w istocie były obozy niemieckie. Mógł, bardziej elegancko, użyć słowa „hitlerowskie”, lub „nazistowskie”. Mógł też wreszcie, skoro już tak bardzo mu nasz kraj chodził po tym czarnym mózgu, wspomnieć o obozach koncentracyjnych w „okupowanej Polsce”. Mógł jednak też oczywiście skorzystać z wersji, którą mu ostatecznie zaproponowano, i nazwać je obozami „polskimi”. I wybrał właśnie to ostatnie rozwiązanie. A my, skoro już wiemy, dlaczego zrezygnował z przymiotnika „niemieckie”, zastanówmy się może, dlaczego powiedział „polskie”? Otóż moim zdaniem on to zrobił celowo. On powiedział „polskie” nie dlatego, że jest tak głupi, że nie wie, jak to z tymi obozami było, ale odwrotnie – że on wie to bardzo świetnie. Obama doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Polacy w kwestii takiego Auschwitz nie mieli nic do gadania, tylko uznał, że będzie bardzo dobrze, jeśli on powie „polskie”, bo w ten sposób Polacy zobaczą po raz kolejny, że nie mają żadnych praw, lecz wyłącznie jakieś nieokreślone aspiracje, i wynikające z nich obowiązki. Czemu mu na tym tak zależało? Otóż tego ja już wiedzieć nie mogę, bo tu się zaczynają bardzo poważne interesy, natomiast domyślam się, że skoro zależało, to znaczy, że oni wciąż jeszcze mają nas na oku. I tyle dobrego.
Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie kiedy Obama oskarżył Polskę o Holocaust, telewizja BBC przestrzegła swoich obywateli, by, jeśli im życie miłe, do Polski nie jeździli, i oczywiście nagle okazało się, że to jest dopiero prawdziwy news. Nie ten Obama, ale mistrzostwa i piłka. I to uważam za fantastyczny dowód na to, że ta atmosfera jest sterowana. Bo proszę spojrzeć. Jakie ma znaczenie to, że BBC poinformowała Anglików o tym, że polscy kibice to rasiści i antysemici? Żadnego. Oni i tak będą tu dalej przylatywać samolotami w każdy weekend, pić to gówno o nazwie „Lech”, i zarzygiwać po nocach Kraków czy Wrocław. Czemu? Bo tu jest tanio, fajnie i wszędzie pełno ładnych dziewczyn, co akurat kto jak kto, ale Anglicy doceniają. A zatem, owa bzdura puszczona przez BBC jest bez znaczenia, i to że premier Tusk nagle postanowił robić z tego wydarzenie, a media zupełnie oszalały, to musi też stanowić tylko i wyłącznie część większego planu.
Natomiast ja oczywiście wciąż się zastanawiam, co można zrobić na to, że prezydent Stanów Zjednoczonych całym swoim autorytetem poinformował świat, ze II Wojna Światowa to robota Polaków? I niestety, bardzo mi przykro, ale nic mi nie przychodzi do głowy. To znaczy ja wiem bardzo dobrze, co by zrobił Lech Kaczyński, gdyby to on, a nie ten bałwan z Dziadzią, był dziś prezydentem. Wiem też, co by zrobił Jarosław Kaczyński, gdyby to on był premierem, a nie ten piłkarz-amator z jakiegoś Sopotu. Niestety, jednego z nich oni już zamordowali, a drugi musi spać z jednym okiem otwartym i czekać na lepsze czasy. Jak idzie o Polskę, to ona jest dziś w rękach bardzo szemranego towarzystwa, a tym samym pytanie „co robić?” pozostaje idealnie puste. Podobnie jak pytania wcześniejsze – co robić z polską szkołą, polską gospodarką, polskim wojskiem? To są pytania kompletnie abstrakcyjne. Zwłaszcza w sytuacji gdy ci, którzy mogliby coś tu powiedzieć są akurat na zakupach. Na szczęście – i przepraszam że to mówię – jeszcze tylko przez jakiś czas.

Raz staram się tu nas zabawiać, raz przybić do podłogi. Tak czy inaczej, zawsze chodzi o to, by dać świadectwo czemuś co ważne. Jeśli ktoś też tak uważa, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem Konat. Dziękuję.

poniedziałek, 28 maja 2012

Anilina

Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z faktu, że kiedy jednego dnia Coryllus zaczyna swój tekst od słów, że Toyah napisał bardzo ciekawy tekst, a ja już za chwilę piszę kolejny, i rozpoczynam go informacją, że Coryllus napisał tekst jeszcze ciekawszy, owa sekwencja zdarzeń tworzy sytuację dość podejrzaną. Tyle że tu naprawdę nie bardzo widzę jakiekolwiek innego pola manewru. Bo, przepraszam bardzo, ale co mnie ma dziś inspirować? Refleksje Ufki? Dziennikarski kunszt Grzegorza Wszołka? Najnowszy numer tygodnika „Uważam Rze”? Przecież nie! A więc pozostaje Coryllus i kropka.
A trzeba powiedzieć, że on faktycznie napisał tekst, który poraża swoją odwagą i przenikliwością. Otóż, jest oczywiście możliwe, że ktoś to już wcześniej publicznie powiedział, jednak jak idzie o mnie, to nawet jeżeli tak było, to ja akurat musiałem coś przegapić. A idzie mi o stwierdzenie faktu, choć bezwzględnie oczywistego, to jakoś wstydliwie skrywanego – że nie ma lepszego sposobu oceny człowieka, jak spojrzenie mu w twarz, a następnie, z tego co przed nami stoi, wyciągnięcie wszelkich możliwych wniosków. Oczywiście, w momencie kiedy Coryllus zaproponował ów test, rozległ się odpowiedni zgiełk pod hasłem „Nie wygląd świadczy o człowieku”. I myślę dziś sobie, że gdyby w owym tekście Gabriel skoncentrował się bardziej na tym jednym temacie, a nie – jak to u niego – starał się załatwić kilka rzeczy na raz, awantura byłaby znacznie większa. A i efekt mocniejszy. A tak, kto się oburzył, to się oburzył, kto nie zauważył, ten nie zauważył, a kto nie zrozumiał, to też ma swój osobisty problem. A więc ja dziś w tej sprawie.
Mam nadzieję, że większość z osób, które czytają ten tekst, świetnie wiedzą, że żyjemy w czasach kłamstwa jakiego dotychczasowy świat nie znał. Kłamstwo z którym mamy do czynienia jest tak wielkie, a jednocześnie tak perfidne, że właściwie brak słów, by je choćby próbować opisać. Jest oczywiście Orwell, jednak wydaje się, że w obliczu tego, z czym dziś zostaliśmy skonfrontowani, nawet on jest niekiedy zbyt trywialny. Kiedyś próbowałem to kłamstwo nazwać i udało mi się tylko przedstawić obraz Leszka Millera, jak siedzi przed swoją nową plazmą, drapie się po tej swojej siwiuteńkiej głowie, kręci nią z podziwem i mruczy: „No patrz pan, a dziś wydaje się to takie proste…”.
A więc mamy to kłamstwo. I nagle się okazuje, że razem z nim stworzono niemal idealny system kamuflażu, który ten fałsz potrafi odpowiednio przykryć. A więc już nie jest tak jak u wspomnianego Orwella, gdzie człowieka się pomaleńku zabija, a jednocześnie wprowadza taki terror, by każdy kogo ta zbrodnia mogłaby normalnie zaniepokoić uznał, że to nie zbrodnia, lecz najwyższy przejaw miłości. Pokazywało się te cztery palce, a każdy był tak przerażony, że widział ich aż pięć. Dziś jest inaczej. Pokazuje się cztery, mówi „pięć”, i każdy widzi pięć. Bez leku, bez przymusu, bez specjalnych finansowych nakładów. Są cztery – a jest pięć.
I nie ma żadnego sposobu, by się temu oprzeć. To jest przeprowadzone tak sprawnie, że każdy przeciętnie ambitny odbiorca widzi dokładnie to co widzieć powinien. Ma przed sobą zimną nienawiść, a widzi wyłącznie wysoką kulturę i ciepłą elokwencję. Staje w obliczu skrajnej bezmyślności – i odbiera ją jako wręcz wzorową inteligencję. Słucha najbardziej typowego bełkotu, a słyszy głos najbardziej uznanego autorytetu. No i oczywiście – na samym końcu, choć wcale nie najmniej istotne – patrzy na ordynarną brzydotę, a widzi piękno. A ja od razu powiem, że nie mam do nikogo o to pretensji. Trudno. Tym razem System okazał się sprytniejszy. Tym razem oni pokazali prawdziwy kunszt. Ów kamuflaż udał im się nad wyraz dobrze.
Jednak muszę przyznać, że strasznie jest mi trudno darować nam tę brzydotę. Uważam, że akurat to moglibyśmy umieć zauważyć. Jak idzie o to buractwo, o to co pani Toyahowa nazywa – pewnie bardzo niesprawiedliwie – „towarzystwem od krów”, moglibyśmy rozpoznać. Dlaczego? Bo tego zasłonić się nie da. Można sprowadzić największych światowych stylistów, najwspanialszych fotografów, zakupić najlepsze na świecie kosmetyki i stroje, zamówić sesję w największym magazynie na świecie, a to co żyje pod tym czymś, zawsze wyjdzie na zewnątrz. Jak pierwszej klasy anilina. I jeśli ktoś nawet na to jest ślepy, to przepraszam bardzo, ale ja się dziwię.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że kiedy już naprawdę uda się stworzyć kłamstwo doskonale, pozostaje nam broń ostateczna – spojrzenie w głąb tej twarzy. W te oczy. W te usta. W to coś, co jest pod. Wtedy jesteśmy bezpieczni. Coryllus w swoim tekście przywołał postać dwóch publicznych osób: telewizyjnej gwiazdy nazwiskiem Zapędowska i aktora Karolaka. I napisał, że oni są zwyczajnie brzydcy. A skoro brzydcy, to nie zasługujący na gram szacunku. O co chodzi? Właśnie o to. Dokładnie o to. Że ktoś kto jest tak brzydki jak Zapędowska i ów aktor, nie mogą być ludźmi wartościowymi. I że ta ich brzydota jest oczywista w sposób jednoznaczny. I że – to już moja interpretacja – wbrew popularnej opinii, możemy jak najbardziej oceniać książkę po okładce. Zwłaszcza gdy ta okładka jest jeszcze ostatnią rzeczą, której nie da się oszukać.
Wczoraj obejrzałem powtórkę popularnego telewizyjnego programu pod nazwą „Drugie śniadanie mistrzów”. Występowali ksiądz Sowa, onanista Meller, żartowniś Materna i aktor Pszoniak. Otóż proszę państwa! Ja nie wiem ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak ci ludzie wyglądają, ale przy okazji polecam. Proszę kiedyś włączyć sobie ten program i spojrzeć, jak oni wyglądają. Jak wygląda Krzysztof Materna, jak wygląda ksiądz Sowa, jak wygląda Marcin Meller, no i wreszcie jaki to amant z tego Pszoniaka. Proszę nie słuchać tego co oni mówią, proszę nie patrzeć na te grymasy, jakie każdy z nich sobie tak doskonale opracował, proszę zlekceważyć te inteligenckie gesty, jakie oni mają tak wyćwiczone, te ich stroje. Proszę tylko spojrzeć na ich twarze. Przecież z żadnym z nich nie dałoby się spędzić choćby jednej chwili przy wspólnym stole. Przede wszystkim w obawie o to, że zaraz nam zgwałcą nasze dzieci, a następnie ukradną co ładniejsze rzeczy. Przecież tu nie trzeba się nawet szczególnie wysilać, by się każdego z nich zwyczajnie przestraszyć. Oczywiście, kiedy oni mówią, a telewizyjne kamery pokazują te ich miny i gesty pod odpowiednim kątem i w tym szczególnym telewizyjnym skrócie, podstawowy efekt może nam gdzieś zniknąć. Natomiast jeśli spróbujemy zachować czystość spojrzenia, to tam nie może być cienia wątpliwości. Poczynając na Sowie, a kończąc na Pszoniaku – to jest banda zwyczajnych zboczeńców. I to widać w ich oczach.
I daję słowo, że to naprawdę nic nie kosztuje. To można zrozumieć za darmo. Ale oczywiście, jak kto chce, może sobie ten ich występ nagrać, a następnie zapisać na białej kartce papieru. Oto słowa Wojciecha Pszoniaka, polecającego ulubioną lekturę:
Ja polecam książkę, która nie ma nic wspólnego z tym co było poprzednio. Książka którą czytam z wielką uwagą, to jest ważną książką Pawła Śpiewaka „Żydokomuna”. Bardzo poważna historia. Wydaje mi się, że warto się zapoznać z tą książką, żeby po prostu się zobaczyć naprawdę, bardzo szeroko. Bardzo dokładnie udokumentowane fakty, i… jak by to powiedzieć… bardzo dobra książka”.
I koniec. To wszystko. Pszoniak polecił lekturę. To nie jest z mojej strony żart. To się zdarzyło naprawdę. I to była całość wypowiedzi na ten temat. On to powiedział. Ale – powtórzę to raz jeszcze – ja oczywiście rozumiem, że telewizja potrafi zniekształcić niemal wszystko, więc w tej całej atmosferze kulturowego festiwalu dla hołoty, można czegoś nie dojrzeć, coś przegapić, Jednak, na litość boską, spójrzmy na tę twarz. Co to w ogóle ma być? I pomyśleć, że on kiedyś miał czelność powiedzieć, że oryginalnie to on miał grać Ghandiego, zamiast Bena Kingsleya!
Nie bójmy się prawdy. Człowiek ma duszę, a jego dusza wyraża się w twarzy. Niektórzy bardzo mądrzy ludzie twierdzą, że aktorzy będą wiecznie potępieni, bo potrafili tak zmienić twarz, by oszukać duszę. Możliwe. Tu, powiem szczerze, jestem dość bezradny. Na szczęście to nas nie dotyczy. Jak idzie o Pszoniaka, to… co on tam zagrał? Żyda u Wajdy? No dobrze. Niech mu będzie. Żyd Wajdy. Dziś wygląda na to, że przynajmniej każdą sobotę ma wolną.
Na koniec jeszcze jedno. Pod sam koniec swojego tekstu, Coryllus napisał zdanie, które mnie kompletnie obezwładniło. Proszę posłuchać: „Nawet kiedy okaże się, że w Smoleńsku pomordowano wszystkich strzałem w tył głowy TVN przykryje tę informację Fiutowskim”. Nie wiecie o co chodzi? To dobrze. Zachęcam do zapoznania się z tamtym tekstem. Tu jest bowiem odpowiedź na wszystkie nasze zmartwienia. No i kierunek.

Druk się przedłuża. Nie wiem dlaczego. Książka miała być sklejona na dziś, obiecują, że będzie jutro. Tak czy inaczej ten tydzień jest wciąż bardzo realny. Jednak w związku z tym przesunięciem, cena wciąż wynosi zaledwie 20 złotych. Przepraszam. I proszę o wspieranie bloga pod podanym obok numerem konta.

niedziela, 27 maja 2012

Jak hartuje się III RP

W jednej z notek zapowiadających tu na blogu pojawienie się Elementarza, wspomniałem o człowieku nazwiskiem Bogucki, kiedyś bardzo ważnym biznesmenie, a dziś odbywającym karę więzienia zawodowym mordercy. W tej niezwykle pouczającej książeczce – przypominam, że jeszcze tylko dziś za 20 złotych – jest jeszcze jedna refleksja na temat Boguckiego, a konkretnie na temat jego słynnego samochodu, czarnego Ferrari Testarossa. Proszę uprzejmie rzucić okiem:

Czarne Ferrari Testarossa – Ferrari, jak wiemy, z reguły musiało być czerwone. Pewnego dnia jednak właścicielowi marki zmarła piętnastoletnia córka, i z tej właśnie okazji Ferrari wypuścił 15 czarnych aut. Tymczasem w Polsce zaczynał się kapitalizm i jednym z poważniejszych biznesmenów był niejaki Ryszard Bogucki, niespełna 20-letni chłopak ze Śląska. I otóż on zapragnął mieć taki samochód. Ponieważ czarnych Testarossa nie można było kupić w sklepach z samochodami nigdzie na świecie, Bogucki musiał się trochę nachodzić. No i mu się w końcu udało. Przez pewien czas czarne Testarossa jeździło po Katowicach. To był początek lat 90-tych. Piękny czas! Naprawdę piękny.

Przypomniał mi się dziś ten Bogucki i jego wypasione auto przy okazji wywiadu, jaki Robert Mazurek zamieścił w „Rzeczpospolitej” z Aleksandrem Gawronikiem, jeszcze innym wybitnym polskim biznesmenem okresu przełomu. Jeśli jednak ktoś sądzi, że na wspomnienie o Gawroniku poczułem ukłucie zazdrości, że kiedy pisałem swoją książkę, nie przyszedł mi do głowy ten człowiek, i zostałem tylko z Boguckim i jego bryką, jest w bardzo dużym błędzie. Oczywiście przyznaję, że o Gawroniku faktycznie nawet nie pomyślałem, jednak wcale tego nie żałuję. Nie żałuję bowiem ani Gawronika, ani dziesiątków innych specjalistów od tego przedziwnego typu kapitalizmu, którym nas uraczono na samym początku tego szczególnego eksperymentu, jaki przeprowadzono na jak najbardziej żywych ludziach. Nie żałuję ich, bo wcale nie uważam, by warto było o nich wspominać wyłącznie po to, by dostarczać taniej rozrywki ludziom, którym ta rozrywka do niczego nie jest potrzebna. Uważam, że Bogucki i jego Ferrari mówią nam wystarczająco dużo, a jeśli ktoś miał poczuć niedosyt, to dostał na dokładkę Sekułę z jego dwiema dziurami w sercu. Pustymi sensacjami może się natomiast zajmować Mazurek.
A zatem, jak się już zapewne bardziej czujni czytelnicy tego bloga orientują, dziś nie będzie ani o Sekule, ani o Boguckim, ani tym bardziej o Gawroniku, lecz o Robercie Mazurku. A to z tego powodu, że tamci trzej nam już mogą tylko służyć jako ilustracja pewnego szczególnego zjawiska i świadectwo naszego bólu, natomiast Mazurka uważam za stosowne tępić tak długo, aż on nam zniknie z przestrzeni publicznej.
O co mi tym razem chodzi? O to mianowicie, że Mazurek robi coś co ja uważam za rzecz w najwyższym stopniu szkodliwą. On udostępnia łamy „Rzeczpospolitej” – a więc ogólnopolskiego dziennika czytanego przez bardzo szeroką publiczność – ciężkiemu przestępcy, kumplowi największych polskich gangsterów, człowiekowi najściślej związanemu postkomunistycznymi służbami specjalnymi, komuś kto o tym jak się kształtowała Trzecia RP wie wszystko – tylko po to, by mu od początku do końca powalać opowiadać jakieś makabryczne bzdury, z tą ostateczną, szyderczą jak sto rudych szatanów konkluzją, że w Polsce prawo i sprawiedliwość nie istnieją. Że on Gawronik, przez swoje bolesne doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości, utracił wszelkie nadzieje na to, że polska to praworządny kraj. Przeprowadza Mazurek ten nikomu do niczego niepotrzebny wywiad, a następnie, stwierdzając, że on w rzeczy samej okazuje się dramatycznie zbędny, wycofuje się rakiem, informując nas, że on oczywiście widzi, że Gawronik od początku do końca łże i mówi nam wyłącznie to, na czym mu zależało, żeby powiedzieć, ale my mamy przynajmniej tę satysfakcję, że dowiedzieliśmy się przy okazji tego, jak to się kształtował polski kapitalizm. A ja bym chciał wiedzieć, w którym to miejscu myśmy się tu czegokolwiek dowiedzieli? Czy może tam gdzie Gawronik opowiada, że całe życie – niemal od dziecka – był współpracownikiem komunistycznych służb? Czy może tam, gdzie Gawronik coś bredzi na temat tego, jak to spotkał kiedyś na spacerze gangstera „Masę” z psem i w tym jego piesku się zakochał? A cóż to jest dla nas za wiedza? Cóż to dla nas za sensacja? I wreszcie, cóż to dla nas za historia?
Przez cały ten wywiad, w którym całą narrację spokojnie prowadzi Gawronik, a Mazurkowi pozostaje już tylko puste dogadywanie mu na zasadzie: „No wie pan, ale chyba nie sądzi pan, że ktokolwiek z nas w to co pan opowiada uwierzy?”, Gawronik nie wyjaśnia jednej rzeczy odnośnie początków naszej najnowszej historii, a nawet do wyjaśnienia tego się nie zbliża nawet o cal. A Mazurek tylko w swoim zwykłym stylu szydzi i dogaduje, licząc zapewne na to, że bardziej tępi czytelnicy się zachwycą, jaki to z niego przebiegły kpiarz. Czy ja mam do niego pretensje, że on od Gawronika nic nie wyciągnął? Ależ skąd! To akurat od samego początku nie wchodziło w grę. Ja mam do niego pretensję o to, że on prawdopodobnie brał się za ten wywiad, bo szczerze wierzył, że właśnie wyciągnie. I że uwierzył też w to, że Gawronik zgodził się na tę rozmowę, bo dla niego rozmowa z Mazurkiem to prawdziwy zaszczyt. A więc mam pretensje o to, że on w ogóle ten wywiad przeprowadził i opublikował. I proszę zwrócić uwagę, że ja i tak tu jestem dla Mazurka wyjątkowo serdeczny, zakładając, że on faktycznie miał dobre intencje.
W pewnym momencie tej rozmowy pada nazwisko posła AWS-u Marka Kolasińskiego. Po co? Czy może po to, by wspomnieć coś o tym, w jaki sposób powstawał rząd Jerzego Buzka? Czy może po to, by przypomnieć jak to widząc skład list wyborczych AWS-u Jaroslaw Kaczyński, każąc usunąć swoje nazwisko z tego towarzystwa, praktycznie skazał się na polityczny niebyt? Ależ gdzie tam! Tu chodzi tylko o to, by Gawronik opowiedział, jak to Kolasiński go oszukał, i mógł dalej prowadzić swoją opowieść. I Robert Mazurek ma czelność sugerować, że dzięki rozmowie, jaką on przeprowadzil z Gawronikiem, Polacy dowiedzą się czegoś na temat początku naszej pięknej transformacji. Co za tupet!
Dzisiejsza Polska została zbudowana na zbrodni, kradzieży i politycznej przemocy. Z tego co się wtedy działo nie wiemy nic, natomiast domyślamy się wszystkiego. Z ludzi, którzy byli świadkami tamtych czasów z tarczą wyszedł jedynie Jarosław Kaczyński plus maleńka grupa jego najbliższych, wiernych przyjaciół. Robert Mazurek sugeruje, że on to wszystko wie. I żeby tego dowieść przeprowadza rozmowę z Aleksandrem Gawronikiem, jedną ze swoich słynnych rozmów, między Joanną Kluzik-Rostowska, a Karolem Karskim, czy może Jackiem Kurskim, żeby pokazać, jaki z niego ostry wojownik, a z polityków krętacze. A ja sobie myślę, że to wielka szkoda, że nie żyje Walerian Pańko, bo prawdopodobnie dziś i z nim by Mazurek pogadał i się z niego pośmiał. Zwłaszcza gdyby, co uważam za niewykluczone, stał Pańko dziś przy Jarosławie Kaczyńskim. Nie wiecie, o kim mówię? Rozumiem. Też jest o nim w Elementarzu. W końcu to elementarz, a więc coś co warto przestudiować. Jeśli chce się mieć choćby podstawowe pojęcie o tym dziwnym świecie. Od Mazurka się bowiem tego nie dowiemy. A więc jeszcze jeden fragment:

Pańko, Walerian – Poseł ze Śląska w wyborach 1989. Pierwszy „solidarnościowy” szef NIK-u. tych. Zginął w wypadku samochodowym w roku 1991. W samochodzie, oprócz kierowcy, jechała też jego żona. Kierowca i ona wyszli z wypadku niemal bez zadrapania. Walerian Pańko został rozbity na miazgę. Do dziś nie umiem zrozumieć, jak oni potrafią robić takie cuda. Lubiłem Pańkę. No ale to były takie czasy, że lubiło się wszystkich. Do pewnego momentu nawet Michnika.

Tradycyjnie zachęcam wszystkich do kupowania obu moich książek, i tamtej o Liściu i tej o wszystkim, a jeśli komuś spodobał się powyższy tekst, proszę o uprzejme wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 24 maja 2012

Z punktu widzenia pewnego labradora

Nie mam najmniejszego pojęcia, ile z osób, które przychodzą tu na ten blog, by sobie coś tam poczytać i być może się odpowiednio nakręcić na resztę dnia, posiada w domu zwierzę. Wiedzieć tego oczywiście nie mogę, ale zakładam, że jest ich parę. W końcu, wbrew powszechnie sączonej propagandzie, ludzie, którzy identyfikują się z prezentowanymi tu emocjami, to osoby jak najbardziej zwyczajne, i statystycznie ani w jedną ani w drugą stronę nie odbiegające od ogólnopolskiej średniej, więc również, jak idzie o tak zwany inwentarz, wszystko powinno wyglądać jak najbardziej zgodnie z krajową średnią.
Osobiście, przez niemal całe swoje dotychczasowe życie, jakiegokolwiek zwierzęcia w domu nie posiadałem, lub nie posiadałem prawie. Czynię tu to zastrzeżenie ze względu na pewną rybkę rasy gupik, która, owszem, towarzyszyła mi w dzieciństwie przez dokładnie jeden dzień. A było tak, że któregoś razu zapragnąłem mieć rybkę. Rodzice sprawili mi więc akwarium, dali mi pieniądze na zakup owej rybki, plus konieczne dodatki, ja się udałem do sklepu z rybkami – jeśli ktoś myśli, że w PRL-u sklepów z rybami nie było, jest w ciężkim błędzie – i dokonałem odpowiedniego zakupu. Po przyniesieniu mojego gupika do domu, wrzuciłem ją do akwarium, po niej do akwarium wrzuciłem jakieś ziele, a na koniec nasypałem jej jedzenia, żeby sobie jadła. Niestety, nie minął nawet ten jeden dzień, kiedy rybka zdechła. Później wytłumaczono mi, że ryby to tak głupie stworzenia, że dopóki mają jedzenie, to jedzą. Nie są w stanie przestać. Jedzą, jedzą, aż umrą z przejedzenia. I to właśnie zdarzyło się mojemu gupikowi. Ja go zasypałem grubą warstwą tego jedzenia, a on uznał, że to po prostu trzeba jeść. Przykro mi z tego powodu bardzo do dziś.
Tak czy inaczej, więcej już żadnego zwierzęcia nie miałem. Oczywiście jednak znałem mnóstwo ludzi, zarówno z rybkami, jak i z kotami i oczywiście psami, więc jakieś tam pojęcie na temat posiadania w domu zwierzaka miałem. Na przykład, kiedy chodziłem do liceum, byłem straszliwie zakochany w pewnym absolutnie zjawiskowym dziecku imieniem Jola. Otóż owa Jola mnie osobiście nie bardzo chciała, natomiast miała psa wilczura, z którym musiała co wieczór wychodzić na spacer, a że często nie miała z kim, a mieszkała niedaleko, dzwoniła po mnie, a ja chętnie jej i jej psu towarzyszyłem. Pies Joli mnie lubił i ile razy znalazłem się obok jego nosa, on mnie obwąchiwał w okolicach krocza, na co Jola nieodmiennie wołała: „Zostaw go”. No cóż…
Pamiętam też, chodziłem do jednych państwa na lekcje i tam też był wilczur – taki duży, włochaty – który straszliwie śmierdział i wciąż mi przynosił piłkę, żebym mu rzucał, a kiedy nie chciałem, to na mnie warczał. Gdzie indziej był z kolei kot, który nieustannie chodził tam i z powrotem po biurku, po tych wszystkich książkach, zeszytach i kartkach, a ponieważ był cudownie asertywny, nie było sposobu, żeby go stamtąd wypędzić. Znów w innym domu, nie można było siadać na kanapie, bo kanapa należała do kota, który tam nieustannie sikał i kanapa była wiecznie mokra. A więc moja uczennica zawsze mnie ostrzegała: „Niech pan tam nie siada, bo tam kot sika”.
Oczywiście, zawsze był pies u nas na wsi. No ale on się nie liczy, bo, jak wiadomo, wiejskie psy są trzymane nie po to, by przynosiły piłkę i sikały na dywan, lecz odstraszały intruzów, więc siedzą przy budzie, dostają raz na jakiś czas coś do miski, i to wszystko. Tyle wszystkiego, że mają przynajmniej imię.
Psa – rudego foxterriera – jeszcze jako śliczna panienka, miała pani Toyahowa. Nienawidziłem go z wielu powodów. Przede wszystkim przez to, że ile razy szliśmy na spacer, nie można było siąść nawet na sekundę, bo on natychmiast przybiegał i szczekał jak opętany, żeby nie siedzieć, tylko iść. Stał przed nam i tępo szczekał. Straszne! Poza tym, kiedy już moi przyszli teściowie uznali, ze niech już będzie jak jest, i mogłem tam przychodzić na obiad, to po obiedzie zawsze padało sakramentalne zdanie: „Kto pójdzie z psem?”… no a ja oczywiście nie miałem wyjścia. Pies nazywał się Agat i skończył tak jak żył. Głupio. Rzucił się kiedyś, jak jakiś idiota, na dwa przechodzące wilczury, i one go zjadły. Zwyczajnie. Ot tak.
W zeszłym roku, moja najmłodsza córka kończyła 18 lat, i w związku z tym, już od mniej więcej roku zapowiadała nam, ze jej koleżanki zaplanowały jej na tę osiemnastkę kupić labradora. No i że on się będzie nazywał Syriusz. Przede wszystkim zaprotestowałem przeciwko temu Syriuszowi, uważając, że to imię jest głupie i pretensjonalne, no a poza tym i tak wiadomo, że w wszyscy będą na niego wołać „Serek”, albo jakoś tak, więc – po co? Dziś zresztą on się nazywa Marshall, a i tak wszyscy do niego mówią „Piesku”. Tyle jeśli idzie o imię. Gorzej było z samym psem. Przez to, że ja z psami nie miałem wcześniej żadnych bliższych relacji, a poza tym nie czułem do nich jakiegokolwiek sentymentu, bardzo mocno protestowałem. No ale, wiadomo jak to jest z dziećmi. No i w końcu przyszedł ten dzień, ów labrador do nas zawitał, i dziś waży ponad 50 kilogramów.
Kiedy piszę te słowa, on śpi. Leży tu pod nosem i śpi. Dokładnie tak samo, jak spał godzinę temu i dwie godziny temu, i identycznie jak będzie to robił przez kolejne parę godzin. W końcu jednak się obudzi i, merdając ogonem, przyjdzie i zapyta grzecznie: „Czy chciałbyś mi porzucać kaczkę?”, na co ja mu odpowiem, że nie teraz, i on pójdzie znów spać. Później zaczną się schodzić dzieci, no i z pracy tez wróci pani Toyahowa. No i on będzie bardzo szczęśliwy, bo on – podobnie jak ja – lubi gdy wszyscy są w domu. Pewnie dlatego, że w momencie kiedy wraca moja żona, pada sakramentalny rozkaz: „Wyłącz te ryki” i ja natychmiast muszę wyłączyć mojego Coltrane’a, a ja podejrzewam, że – choć on oczywiście jest bardzo zgodny, cierpliwy i przyjazny – Coltrane’a też nie lubi. A zatem, wróci moja rodzina, najmłodsza Toyahówna rzuci się obok niego na podłogę i zacznie się z nim całować, młodszy Toyah poklepie go po karku i zapyta, co słychać, natomiast moje starsze dziecko zacznie go oglądać, czy mu się nic nie stało w łapę, i czy nie ma kleszczy.
No ale – najważniejsze – wróci pani Toyahowa i zacznie z nim rozmawiać. Opowie mu, co się zdarzyło w pracy, zapyta go, jak minął dzień, czy wszyscy byli dla niego dobrzy, czy jak był w parku, to się rzucił na jakiegoś zwolennika Platformy Obywatelskiej, będzie do niego mówiła „Kochanie”, prosiła go, by się do niej przytulił, a ona mu zda relację z tego, co słuchać w necie.
I właśnie o panią Toyahową mi tu chodzi. Jak wiemy mniej więcej wszyscy, czasy są nienajlepsze. Człowiek nie zna ani dnia ani godziny. Kiedy dzwoni dzwonek do drzwi, to w sposób naturalny zaczynamy się zastanawiać, kto to taki, i czego od nas może chcieć. Kiedy przychodzi listonoszka, mamy nadzieje, że to, z czym ona dziś przychodzi, to nie jest list z któregoś ze współcześnie tak bardzo aktywnych urzędów… no i w ogóle, ze to nie jest coś, czego w żaden sposób nie potrzebujemy do szczęścia. Swoją drogą – ciekawa rzecz. Ile razu ona przynosi jakiś list za potwierdzeniem odbioru, pierwsze co robi, to pyta: „Odbiera pan?” Tak jakby doświadczenie jej mówiło, ze szansa jest pół na pół. Ciekawe. Powiem szczerze, że tego akurat, że to wszystko pojdzie w tę stronę, wcześniej się nie spodziewałem. A zatem – nie jest lekko. W związku z tym, że u nas w domu to ja zajmuję się wszystkim tym, co jest związane z zewnętrznym bezpieczeństwem rodziny, moja żona ma tylko jedno życzenie. Ona nie chce wiedzieć nic, i życzy sobie, by jej nie przynosić jakichkolwiek – dla, bezpieczeństwa, jakichkolwiek – wiadomości. Poza tym, pewnie przez świadomość nieustannego zagrożenia, robi wrażenie osoby raczej niezadowolonej. A zatem, od pewnego czasu w naszym domu panuje taki zwyczaj, by zanim ona wróci do domu, wszystko było wysprzątane i poukładane. No i żeby była cisza. Jeśli ktoś się na tym poziomie zagapi – nie jest dobrze.
I otóż proszę sobie wyobrazić, że od czasu, jak mieszka z nami ten pies, wszystko się bardzo, ale to bardzo, zmieniło. Pani Toyahowa wraca do domu z pracy, i w momencie gdy ona staje w drzwiach, przed nią stoi pies i merda ogonem. A ja jestem pewien, że gdyby ona się go zapytała – inna sprawa, że akurat to robi – „Co słychać, Piesku?”, a on by umiał mówić, to by jej odpowiedział: „Jest okay. Tak jak było wczoraj, i tak jak będzie jutro. Bo każdy dzień jest moim ulubionym dniem. I jestem szczęśliwy. I cieszę się, że cię widzę. Dobrze że jesteś”. A więc zrobiłby coś, czego ja na przykład nie robię prawie nigdy. Inna sprawa, że on nawet tego mówić nie musi. Bo to widać. Widać, słychać i czuć, jak mówi znana piosenka. A więc, żona moja jest dzięki temu psu szczęśliwa. Jest przez niego szczęśliwa, bo dla niej pies to ktoś taki, kto przynosi wyłącznie dobre wieści. To – przepraszam za patos, ale tak to wygląda – dostarczyciel dobrej nowiny. Nowiny, która polega na tym, że oto wszystko jest na swoim miejscu. I nie ma powodu, by się martwić. A ja już tylko się zastanawiam nad jednym. Czy to możliwe, że psy – że nasz pies – mają duszę? I czy one są zwyczajnie głupie, czy może wiedzą coś więcej i koniecznie chcą nam o tym powiedzieć?
To już koniec. Ktoś się pewnie zapyta, po jasne licho ten tekst? Czy ja już może z tych zmartwień zwariowałem? Możliwe. W końcu, kto może tego typu rzeczy wiedzieć? Natomiast bezpośredni powód jest inny. Otóż Elementarz się tak dobrze sprzedaje, że bardzo liczę na to, iż to co się udało dotychczas na nim zarobić, pokryje koszta druku, a później - kto wie? W dodatku, pojawiła się niespodziewana szansa tak zwanego sponsoringu, więc w ogóle nie jest najgorzej. A zatem, zacząłem myśleć o nowej książce, może gdzieś tak w jesieni. Pomyślałem sobie, że będzie się nazywała „Mój PRL”, i oparta będzie na zwykłych wspomnieniach z tamtych lat, oczywiście z odpowiednim nawiązaniem do tego co się tu dzieje dziś. I jeśli będzie polityczna, to wyłącznie w takim stopniu, w jakim to jest konieczne. A tekst o psach to zaledwie przymiarka. Może być?
Tak czy inaczej. Proszę ze mną zostać.


środa, 23 maja 2012

Zapraszamy na dziewiąte piętro

Muszę się tu przyznać, że niemal od zawsze miałem pewien kompleks, który sprowadzał się do tego, że ile razy musiałem przechodzić obok jakiegokolwiek państwowego urzędu, nieodmiennie wolałem nadłożyć drogi, niż znaleźć się w jego bezpośredniej bliskości. Czy to był Urząd Miejski, czy budynek policji – a wcześniej milicji – albo sądu, czy może ZUS-u, czy wreszcie Urzędu Skarbowego, świadomość kontaktu z przedstawicielem państwa pełniącym funkcje urzędnicze, powodowała że drętwiałem. Autentycznie drętwiałem.
Ktoś pomyśli, że to musi być z całą pewnością wynik jakiegoś dawnego incydentu, który zapisał się bardzo negatywnie w mojej podświadomości, a który związany był właśnie z moją wizytą w którymś z tych miejsc. Otóż nie bardzo. Szukam bardzo mocno w mojej pamięci czegoś znaczącego, i nie znajduje niemal nic. Owszem, pamiętam jak wiele lat temu Urząd Skarbowy przeprowadził u mnie i u pani Toyahowej kontrolę rachunków, i zakwestionował je wszystkie – wyłącznie z zakupem magazynu „Life”, który był mi potrzebny do lekcji wyłącznie ze względu na pewien szczególny artykuł. I nie było takiej siły, żeby tym dwóm kobietom wytłumaczyć kwestie zupełnie podstawowe. Jednak nawet i wtedy, odwołałem się do Izby Skarbowej i znaczną część tej sprawy wygrałem. A więc, nie sądzę, żeby o to chodziło. Poza tym, wydaje mi się, że mój lęk przed Urzędem jest absolutnie pierwotny w stosunku do tego, co mnie kiedykolwiek spotkało, czy nie spotkało z jego rąk.
Oczywiście, zawsze bałem się milicjanta. To fakt. Milicjant zawsze, bez jednego wyjątku, budził we mnie lęk. Kiedyś, pamiętam – opisałem zresztą ten wypadek w Elementarzu – potrąciła mnie wyjeżdżająca z postoju taksówka, a ponieważ uderzyła mnie lusterkiem, i to lusterko się zniszczyło, taksówkarz kazał mi za nie zapłacić, twierdząc, że jestem pijany i się na jego lusterko zatoczyłem. Oczywiście zapłaciłem, bo alternatywa była taka, że on zwróci się o arbitraż do milicjanta, jak się domyślałem, swojego kolegi z pracy. No ale tu, jak widzimy, sprawa miała charakter bardzo szczególny, i nie sądzę, by to, że na widok milicjanta truchlałem, przeniosło się na moją dzisiejszą obsesyjną niechęć do zaglądania do Urzędu Miejskiego na przykład, czy choćby do tej pani z Administracji, która zajmuje się moim czynszem za mieszkanie. A więc – trzeba się chyba zgodzić co do tego, że problem ma wymiar mocno irracjonalny, o ile nie uznać, że strach przed państwem akurat jest zawsze jak najbardziej racjonalny.
I oto z czasem, w owej, wyżej opisanej sytuacji, moje życie zaczęło zmieniać się w taki sposób, że coraz częściej dochodziło do tego, że nie potrafiłem nie zauważyć, że kiedy staję wobec jakiegokolwiek – powtarzam, jakiegokolwiek – zagrożenia, jedynym ratunkiem okazuje się być któraś z państwowych agencji. I tylko ona. Właśnie tak.
Faktem jest, że kiedy zaczynałem pisać ten tekst, nie to miałem na myśli, ale ponieważ właśnie w tej chwili przyszło mi to do głowy, proszę posłuchać. Otóż tak się składa, że jestem klientem firmy o nazwie Telekomunikacja Polska S.A. Wprawdzie ostatnio, jak słyszę, coś takiego już nie istnieje, i jest już tylko Orange, proszę pozwolić mi się jednak trzymać starych nawyków. A więc swój domowy telefon mam w Tepsie, i w związku z tym stosunkowo często dzwonią oni do mnie z najróżniejszymi ofertami, których cel jest jeden – bym zechciał o parę miesięcy przedłużyć z nimi umowę. Zgadzam się zawsze, bo co mi to szkodzi, skoro innych planów i tak nie mam. System jest stały. Dzień dobry, tu Telekomunikacja Polska. Czy chciałby pan płacić niższe rachunki? Ja mówię, że jak najbardziej. Oni zapowiadają, że przyjdzie kurier z umową, Kurier przychodzi ja podpisuję i interes się kręci. I tak jest stale od lat.
Pewnego razu jednak, po jednej z tych wymian, otrzymałem telefon z Tepsy z pytaniem, czy ja faktycznie planuję wycofać się z umowy. Powiedziałem, że nie, na co oni mi powiedzieli, że to dobrze, bo właśnie otrzymali pismo od firmy, która się nazywa Tele Polska, która ich poinformowała, że od przyszłego miesiąca to oni będą się mną zajmować. Z dalszej części tej rozmowy dowiedziałem się, że oni tego typu spraw mają ostatnio dużo, ponieważ owa Tele Polska tak własnie działa. Dzwonią ci państwo do klientów Tepsy – często ludzi starszych, którzy nie są na tyle czujni, by wyłapywać różnego tego typu sztuczki – przedstawiają się nie jako Tele Polska, lecz Telekomunikacja Polska, i patrzą, co się stanie. Jak idzie o mnie, przyznaję ze wstydem – trafili i mnie. Dziś mam tak, że oni mi każą zapłacić jakieś 350 zł, a ja, ponieważ płacić ani nie chcę, ani nie mam z czego, od rana do wieczora otrzymuję jakieś telefony w sprawie tych pieniędzy od jednej z wielu firm windykacyjnych.
I oto słyszę od swoich znajomych, że mam machnąć na nich ręką i walić prosto na policję. Że mam pójść na najbliższy posterunek i złożyć doniesienie o oszustwie. Oczywiście bez żadnych gwarancji sukcesu, jednak przynajmniej z nadzieją, że ktoś się normalnie tą sprawą zajmie. Mówią mi znajomi, że policja znajduje się w tego typu sytuacji prawnej, że jeśli człowiek tam przyjdzie i powie, że ktoś gdzieś go skrzywdził, oni mają psi obowiązek sprawą się zająć. A to, w mojej sytuacji, oznacza, ze nawet jeśli się okaże, że ja i tak będę musiał te trzy stówy stracić, to ta pieprzona Tele Polska – której praktycznie, jak się okazuje, jedynym pomysłem na biznes jest to, by się podszywać pod Telekomunikację Polską, i w ten sposób naciągać na 350 złotych jakichś mniej uważnych, takich jak ja, jeleni – swój kłopot mieć będzie. I nic ich przed owym kłopotem nie uratuje. Bo Polskie Państwo działać musi. Ledwo, ledwo, na ostatnich już obrotach – ale jakoś tam działać musi.
A więc złamię się, pokonam ten swój strach przed urzędem, i tam pójdę. Pewnie trafię na jakiegoś tępego glinę, który musi tam siedzieć i się użerać z ludźmi, którzy akurat są mniej więcej w tej samej sytuacji co on, i mu wszystko opowiem. A on będzie musiał wyciągnąć ten druk i go wypełnić moimi zeznaniami. I nadać sprawie bieg. Będzie musiał to zrobić, bo pracuje dla Polskiego Państwa i ma w związku z tym swoje obowiązki.
Pójdę tam też dlatego, że mam już swoje pewne doświadczenie, które mi mówi, że państwowy urząd, to przynajmniej ludzie. Zwykli ludzie, z którymi można rozmawiać. I mieć nadzieję, że ten glina, jak usłyszy moją historię, to powie: „Patrz pan, kurwa, do mnie też w zeszłym tygodniu dzwonili!” Tak się ostatnio złożyło, że dwa razy pod rząd musiałem odbyć wizyty w dwóch miejscach, które z pewnego punktu widzenia stanowią najniższy poziom piekła. A mam tu na myśli ZUS i Urząd Skarbowy. Poszło o to, że z powodu nieuregulowanej składki zusowskiej na tak zwane ubezpieczenie społeczne, otrzymałem od tych państwa pismo, w którym poinformowano mnie, że wszczęta wobec mnie została odpowiednia procedura. Napisałem więc do nich prośbę o możliwie najniższy wymiar kary, na co oni mnie zaprosili do siebie. Polazłem tam, i proszę sobie wyobrazić, że zostałem skonfrontowany z pewną panią, która odbyła ze mną rozmowę. Nie będę wchodził w szczegóły, bo nie o szczegóły tu chodzi, powiem tylko, że kiedy ja jej powiedziałem, że nie mam pieniędzy, to ona autentycznie wyglądała na kogoś, kto rozumie, co ja do niej mówię, i te moje słowa trzyma w pamięci. Nie żeby coś już tam w mojej sprawie kombinowała, ale tyle że słyszała, co do niej mówię. Choć tyle.
Za chwilę do niej wrócę. Jednak na moment skoczę nieco do przodu. Otóż kobieta z ZUS-u poprosiła mnie, żebym zaszedł do Urzędu Skarbowego, wziął od nich jakieś papiery, i jej przyniósł. Oczywiście, najlepiej by było gdyby już jutro, no ale jak się nie da, to można później, tyle że mam wcześniej zadzwonić. A więc dziś właśnie poszedłem do tego Urzędu Skarbowego. I proszę sobie wyobrazić, ze tam przyszło mi rozmawiać z dwiema kolejnymi paniami, i każda z tych rozmów wyglądała dokładnie tak jak rozmowa w ZUS-ie. One wiedziały, co ja do nich mówię i przez jedną chwilę nie dały mi jednego powodu, bym się musiał denerwować. Wprawdzie tym razem, kwestia mojej osobistej nędzy nie była w ogóle poruszana, ale też nie o to mi tu chodzi. Chcę tylko powiedzieć, że rozmawiałem z kimś, kto słucha, rozumie i wie. Tylko tyle.
Ktoś mi powie, że jestem głupi i naiwny. Że ja nie wiem, co człowiekowi potrafi zrobić ZUS i Urząd Skarbowy. Zwłaszcza jak wejdą w zmowę. Tyle że to nieprawda. Ja to akurat wiem świetnie. Ja znakomicie wiem, od czego oni są, i na co ich stać. Tyle że ja dziś w ogóle nie o tym mówię. Ja chcę napisać parę słów wyłącznie o tym, że jeśli zabraknie Polskiego Państwa, to będziemy mieli do czynienia już tylko z łysymi łbami z prywatnych firm ochroniarskich z tatuażami na karkach, z idiotkami z kolczykami w nosie, pracującymi za pięć złotych za godzinę dla jakichś ponurych firm windykacyjnych, czy z równie biednymi dziewczynami zatrudnianymi przez kolejne banki, które wiedzą tylko tyle, co im pozwoli się zobaczyć na ekranach swoich komputerów. I wtedy dopiero zobaczymy, jak wygląda sytuacja bez wyjścia. Wtedy dopiero zobaczymy, jak wyglądała tamta siekierka i jak wygląda ten kijek.
Tam gdzie dziś troszeczkę pracuję, podobnie jak w wielu nowowybudowanych biurowcach, są bardzo eleganckie windy. Żeby dojść do jednej z nich, trzeba mieć specjalną magnetyczną kartę, później przez chwilę – a więc przy wejściu do windy i przy wyjściu z niej – nie jest potrzebne nic, natomiast dalej, bez karty już ani rusz. Karta jest nawet potrzebna, żeby wejść do ubikacji, i żeby z niej wyjść. Tak to wszystko w owej korporacji jest zorganizowane. Otóż mnie się wydaje, że to jest kierunek, w którym zmierzamy. Żeby wszystko funkcjonowało w oparciu o tę kartę. Żeby dojść do tego, gdzie człowiekowi do szczęścia będzie potrzebna tylko specjalna karta, a jego jedynym zmartwieniem będzie to, czy ta karta jest aktywna, czy może z jakiegoś powodu nagle nie. A zatem, obawiam się, że na końcu tej drogi zastaniemy sytuację, kiedy nie będzie już nawet potrzeby organizować czegoś takiego jak Biuro Obsługi Klienta, czy Dział Windykacji, z tego prostego powodu, że tam nikt nawet nie wiedziałby co ma robić i po co.
A zatem, w czasach, które modlę się, by nigdy nie nadeszły, będzie tak, że jeśli ktoś będzie miał gdziekolwiek jakieś nieuregulowane sprawy – w cale nie koniecznie chodzi o pieniądze, ale o cokolwiek, nawet nie wykupioną prenumeratę codziennej gazety, czy nie zrobione zakupy – jego karta nie będzie aktywna. I wtedy nawet nie będzie się miał jak wysikać.
A zatem, to właśnie o to mi chodzi, kiedy z takim rozrzewnieniem myślę o tych trzech kobietach, z którymi dopiero co miałem do czynienia. Mnie wcale nie chodzi o to, że ja sobie roję, iż któraś z nich okaże się tak wszechmocna, że mi coś umorzy, lub coś przesunie na termin późniejszy. Może się zupełnie spokojnie okazać – i pewnie tak to właśnie będzie – że żadna z nich nie ma tu ani mocy, ani choćby i szczególnej chęci. Ja w ogóle nie o tym mówię. Mój problem polega na tym, że ja wiem, iż każdy z tych zdychających państwowych urzędów, czy instytucji, to są już ostatnie bastiony normalności, którą rozumiemy jako stan, gdzie naprzeciwko człowieka stoi drugi człowiek. Choćby nie wiadomo jak zły, zdemoralizowany, czy głupi.
Urząd. Przez tyle długich lat, najpierw czarnego PLR-u, a potem tego czegoś, co nawet nie wiadomo jak określić, ów urząd coraz bardziej się stawał jakimś mrocznym widmem biurokratycznego terroru, na usługach totalitarnego państwa. I oto nagle wygląda na to, że, zupełnie niepostrzeżenie, owo państwo, wraz z tym swoim urzędem, przestały istnieć, a zostały zastąpione przez system, w którym nikt od nikogo już nic nie chce, a jeśli nawet chce, to i tak za bardzo nie wiadomo po co. Zostały tylko te urzędniczki, ci policjanci, ci jacyś sędziowie, którzy już tylko patrzą, jak tu nie wylecieć na out. I, jak mówię, ja od nich niczego nie oczekuję. Oni z całą pewnością, jak przyjdzie co do czego, będą robić dokładnie to co do nich należy. Natomiast ja będę miał tylko tę jedną satysfakcję: że kiedy już będę spadał, to znajdzie się wśród nich ktoś, kto mnie poprosi, bym chociaż powiedział, jak to jest. Ot tak na przyszłość. Żeby i oni wiedzieli, na co mają się szykować. I ja to nazywam solidarnością.

Przypominam, że Elementarz już tylko przez ten tydzień jest w niższej cenie. Od przyszłego tygodnia rozpocznie się wysyłka zapłaconych egzemplarzy, no i dalsza sprzedaż, po 30 zł. za książkę. No i, naturalnie i z tradycyjnie, proszę o wspomaganie bloga. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.


wtorek, 22 maja 2012

Don Paddington: Przedmowa

Jak mnie informują źródła zaprzyjaźnione, Elementarz jest już w druku, i do końca tygodnia będzie gotowy. Przez ten czas jeszcze cena jednego egzemplarza w księgarni Coryllusa – i tylko tam – będzie wynosiła 20 żłotych plus przesyłka, a więc naprawdę niewiele. Od przyszłego tygodnia wszystko co już zostało kupione będzie sukcesywnie wysyłane, natomiast rzeczywista cena książki wzrośnie do 30 żłotych plus przesyłka. Daję słowo – ta książeczka to naprawdę coś specjalnego. Nie bujam.
Słowo wstępne zgodził się napisać nasz Ksiądz, Don Paddington, który też był pierwszym jej czytelnikiem. Trochę przez swoją wrodzoną próżność, trochę na zachętę, ale też po to, byśmy już teraz – i to niezależnie od celu, w jakim on w ogóle powstał – mogli poczytać sobie ten niezwykle interesujący tekst, przedstawiam go tu na blogu. Proszę czytać i się cieszyć każdym słowem.


Żył kiedyś w Polsce człowiek, który się nazywał Józef Zaremba. Dzisiaj jest postacią całkowicie zapomnianą, choć swego czasu był słynnym konfederatem barskim, o którym nawet pieśni układano:

Drewiczowe oczy
Drewiczowe oczy
Już nie będą poglądować,
Skąd Zaremba kroczy.

Ów Zaremba był marszałkiem konfederacji w Wielkopolsce i jako rzetelny żołnierz, porządnie zalazł za skórę wojskom rosyjskim (którymi dowodził wspomniany w piosence, osławiony dla swego okrucieństwa pułkownik Iwan Drewicz), oraz koronnym (pod wodzą wówczas generała, późniejszego hetmana i targowiczanina Franciszka Ksawerego Branickiego). Dzielny ten szlachcic, kochając żarliwie Pana Boga, wolność i Ojczyznę, gotów był w ich obronie krew przelewać, a będąc – w odróżnieniu od choćby Kazimierza Pułaskiego – przeciwnikiem pomysłu detronizacji Stanisława Augusta, do końca miał nadzieję, że król opamięta się i ruską kuratelę odrzuciwszy, do Barskiej Konfederacji przystanie.
Konfederacja, jak wiadomo poniosła klęskę, konfederackie majątki zostały ograbione, sami zaś konfederaci albo uciekli za granicę, albo zostali zesłani na Syberię, albo też – w nadziei zachowania wolności i środków do życia – poprosili króla o przebaczenie. W gronie tych, którzy o łaskę suplikowali, był też Józef Zaremba i część jego ludzi. Gołębiego serca monarcha, do prośby byłego marszałka wdzięcznie się przychylił, przebaczenia nie odmówił, chętnych konfederatów z jego oddziału do służby swojej przyjął, bądź u innych Panów protegował, a samego pana Józefa intratnym starostwem, oraz generalskim patentem uposażył, tudzież w czasie licznych audiencji rękę królewską do ucałowania łaskawie był mu podawał. Był to też czas, kiedy pan Zaremba – zapewne w ramach cywilizowania siebie samego – zdjął kontusz i przywdział frak, zgolił sumiaste wąsy, a podgoloną czuprynę przykrył fikuśną peruką. Minusem całej tej sytuacji było tylko to, że pospólstwo – zwłaszcza pospólstwo warszawskie, dziwnie w owym czasie pro konfederackie – przeklinało Zarembę i nawkładało mu od zdrajców. Oczywiście, od pospólstwa rozsądniejsi, a dużo znaczący stołeczni Panowie, panu Józefowi – jak to ładnie ujął Jędrzej Kitowicz – „winszowali, iż z honorem i ocaleniem partyi swojej, zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające.”
Czy Zaremba był zdrajcą? Oczywiście, że nie! On był tylko zmęczonym żołnierzem, który w pewnym momencie dostrzegł, że dłużej nie można „fanatycznie” opowiadać się, za tzw. imponderabiliami, bo po pierwsze nic to nie daje samym imponderabiliom, a po drugie, jest to osobiście groźne dla niego i dla jego rodziny. Można więc domniemywać, że rozsądkiem powodowany, pan Józef powiedział sobie mniej więcej coś takiego: „Pieprzyć to wszystko! Niech tam nawet diabeł rządzi, byleby było dobrze!” – a potem ucałował królewską rękę i obstalował pudrowaną perukę.
Napisany przez Toyaha „Twój pierwszy elementarz”, jest książką traktującą właśnie o tym, co się dzieje z krajem i ludźmi ten kraj zasiedlającymi, gdy na sposób Zaremby myśli już nie jeden człowiek, a nawet tysiąc, czy milion spośród tych ludzi, ale po prostu większość z nich. Uprzedzam, że nie dowiemy się tego z poszczególnych, quasi encyklopedycznych haseł, z których ta książka się składa. Dopiero, kiedy przeczytamy całość poczujemy – właśnie tak: poczujemy, a nie zrozumiemy – że jest coś takiego w glebie i powietrzu co sprawia, że jesteśmy jak oblepieni jakąś wstrętną mazią. Toyah mówi o tej mazi jako o tzw. Systemie, t.j. „plazmie niemożliwej do określenia, opisania, a tym bardziej do dotknięcia”.
Ów System, to efekt, emanacja działania diabła, któremu – powodowani pragnieniem jakiegoś dobra – jak Zaremba pozwoliliśmy i pozwalamy rządzić: bo jesteśmy bezradni, albo leniwi, albo lekkomyślni, albo chciwi, albo...
Oczywiście, sposób rozumienia owego dobra może być różny u różnych ludzi, zawsze jednak sednem tego układu jest to, iż władzę sprawuje TenKtóryNigdyNieOpuszczaPodobnychOkazji. A my jesteśmy nim zauroczeni: bo taki nowoczesny; i sprawny; i pragmatyczny. Owo zauroczenie powoduje, że w pewnym momencie przestajemy mówić o personaliach, bo ważniejsze wydaje się nam rozwiązywanie problemów (zapominając, że nie da się rozwiązać jakiegokolwiek złożonego problemu, w oderwaniu od personaliów), albo wstydzimy się odwołać do wartości uniwersalnych, bo skuteczniejsze i nowocześniejsze wydaje nam się zastosowanie tzw. standardów demokratycznych bądź europejskich. I ciągle się łudzimy (a Toyah owo złudzenie w niniejszej książce skutecznie rozwiewa), że diabeł i jego emanacja nam coś – jakieś dobro – dają, w postaci np.: świętego spokoju, życiowego komfortu, zawodowego, lub towarzyskiego sukcesu, skutecznej organizacji, czy jeszcze skuteczniejszych procedur. Tak naprawdę, System może nam tylko zabrać, a za to, co nam się wydaje, że nam dał i tak trzeba będzie drogo zapłacić.
A propos zapłaty: Józef Zaremba, korzystając – dzięki królewskiej łasce – ze spokojnego i dostatniego życia, zapragnął któregoś dnia zażyć kąpieli. A tak się akurat złożyło, że stolarz z jego majątku w Rozprzy, znając upodobania swego pana, wykonał dla niego będącą wówczas w wyższych sferach swego rodzaju przebojem, specjalną wannę, służącą do tzw. kąpieli termicznych. Pan Józef rozradowany, że jest tak bardzo cool, nie zwlekając, kazał sobie w tym olśniewającym wynalazku tęże termiczną przyjemność przygotować. Niestety, albo wanna owa miała jakąś konstrukcyjną wadę, albo – co bardziej prawdopodobne – nieumiejętnie się z nią obchodzono, dość, że pan Zaremba poparzył się w tej kąpieli do tego stopnia, że nawet księdza dobrodzieja z sakramentami nie doczekał i zmarł w wielkich mękach.
Był to Rok Pański 1774. Jak donosi nieoceniony Jędrzej Kitowicz, król Stanisław August dowiedziawszy się o śmierci Zaremby żałował go bardzo i miał powiedzieć co następuje: „O Boże! Jak niedościgły jesteś w wyrokach swoich; jak wiele masz rodzajów śmierci dla człowieka!”
Co zrobił król wypowiedziawszy powyższe poruszające zdanie? Wszystko wskazuje na to, że poszedł podziwiać wdzięki jednej ze swych licznych metres – słowem: nie przejął się zbytnio.
Książka Toyaha jest zaś świadectwem wielkiego przejęcia i równie wielkiego pragnienia, byśmy wiedzieli, przeciwko czemu należy występować i byśmy za nasze błędy nie musieli zbyt drogo płacić.

I tyle. Jeszcze raz zachęcam. No i proszę nie zapominać o samym blogu, bo jeśli mam być szczery, ta inwestycja mnie zrujnowała. Mam nadzieję, że się odkuję, jednak póki co, jest ciężko. Dziękuję wszystkim.

niedziela, 20 maja 2012

I jeszcze dwa listy

Proszę sobie wyobrazić, że oto dziś przychodzę do Was z absolutną rewelacją. Otóż, dzięki swoim słynnym kontaktom, wszedłem w posiadanie dwóch listów. Jeden, to ten, jaki Janusz Palikot przed kilkoma tygodniami wysłał do lubelskiej Kurii odnośnie swojej chęci wystąpienia z Kościoła Katolickiego, no i oczywiście odpowiedź na ów list ze strony samej Kurii. Postanowiłem oba listy tu opublikować, bo, jak sądzę, one w sposób zupełnie idealny, pokazują nam – ogólnie rzecz biorąc – cała Drogę, całą Prawdę i całe Życie, a przy tym, jak idzie o szczegóły, niosą nam tę nadzieję, jaką daje pewność, że są wciąż w tym świecie miejsca, których „moce piekielne nie przemogą”.
Uważam, że gest, na jaki niedawno poważył się Janusz Palikot, pozwolił nam – jak najbardziej wbrew intencjom jego autora – zobaczyć, czym jest Święty Kościół Powszechny, i w jaki sposób Jego wielkość sięga daleko poza nasze wyobrażenia o tym, co ważne, a przy okazji, co potężne, a co małe. Proszę posłuchać:
Szanowny Panie Budzik!
Niniejszym informuję Pana, że nie jestem już członkiem kościoła katolickiego. Decyzję o swojej apostazji podjąłem świadomie i samodzielnie, i traktuję ją jako nieodwołalną.
W związku z powyższym, oczekuję również od samego kościoła, że moja osoba nie będzie figurowała dłużej w dokumentach będących w tego kościoła posiadaniu, a sam ów kościół, przez Pana reprezentowany, zechce wydać w tej sprawie odpowiednie publiczne oświadczenie.
Wprawdzie nie wydaje mi się, bym swoje oczekiwania wobec reprezentowanej przez Pana religijnej organizacji musiał podbudowywać jakimkolwiek uzasadnieniem, niemniej pragnę oświadczyć, że, w moim rozumieniu, kościół do którego wstępowałem kiedyś, jeszcze jako niemowlę, a więc kościół tak wybitnych chrześcijan jak ksiądz Tischner, czy papież Wojtyła, dziś już nie jest tym samym kościołem. Konsekwentnie więc uważam, że dziś nie ma w nim miejsca dla ludzi o mojej wrażliwości. Dla ludzi takich jak ja nie ma miejsca w kościele, w którym pierwsze skrzypce wiodą tacy osobnicy jak abp. Michalik, czy ojciec Rydzyk.
W związku z powyższym, jeszcze raz wyrażam wobec Pana oczekiwanie, by zechciał podjąć skuteczne kroki na rzecz ostatecznego doprowadzenia do tego, kiedy to ja, Janusz Palikot, nie będę już dłużej – choćby i tylko w sensie formalnym – publicznie traktowany jako przedstawiciel kościoła katolickiego. Nie życzę sobie dłużej funkcjonować jako osoba ochrzczona, a w swoim czasie nawet przyjmująca tak zwane ‘sakramenty’, i przez to, w sposób jak najbardziej sztuczny i wymuszony, budować autorytet organizacji, z którą nie czuję już więcej najmniejszych związków, a co więcej, do której nie mam najmniejszej sympatii.
Pozostając w przekonaniu, że mój wniosek zostanie przez Pana pozytywne rozpatrzony, kreślę się z poważaniem,
Janusz Palikot
Precz z dyktaturą kleru!
A teraz odpowiedź Kurii:
Panie! Uspokój się Pan. To jest zwyczajnie nie do zrobienia. To jest wbrew prawom fizyki.
Z poważaniem,
Budzik”.
I to wszystko na dziś. Jeśli komuś ten tekst zaimponował, i czuje się choć odrobinę lepiej wobec nadchodzącego tygodnia, bardzo proszę o wspomaganie tego bloga. Numer konta tuż obok. Dziękuję.

O pewnej książce, i o Ojcu który Swoich dzieci nie zostawia

Jak to już wcześniej zapowiadałem, Elementarz idzie do druku już w najbliższy poniedziałek. Oczywiście dziś wszystko trwa zaledwie chwilę, niemniej i tak pewnie, zanim cały nakład trafi do księgarni Coryllusa, upłynie kilka dni. Do tego więc czasu, można składać zamówienia na tę naprawdę bardzo dobrą – co potwierdzam własnym honorem – książkę, za całe dziesięć złotych mniej. Kiedy już jednak ona zostanie wydrukowana, wszystko stanie się jak najbardziej publiczne, a więc i cena będzie musiała wzrosnąć. A zatem, zachęcam. Proszę pamiętać – to już tylko parę dni.
Teraz, skoro już to co przyjemne mamy za sobą, pozwolę sobie na kilka słów autentycznie dramatycznych. Przez to, że całe nasze zainteresowanie przez te ostatnie dni zostało skierowane na tę książkę, a dochód z jej sprzedaży to wciąż melodia przyszłości, kondycja, w jakiej znajduje się jej autor i jego rodzina, sięgnęła kamienistego dna. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak zwrócić się z apelem do wszystkich przyjaciół tego bloga: Proszę o finansowe wsparcie. Mam nadzieję, że to się już wkrótce skończy, ale póki co – jesteśmy w tak zwanym dole.
Aby nie zostawiać Was tak bez niczego, przesyłam fragment Elementarza, który został napisany ledwo co dziś, a dzięki cierpliwości człowieka, który nam tę książkę składa, dostałem tę szansę, by wstawić go do niej już w ostatniej chwili. A dla nas wszystkich – już dziś. Bardzo na czasie:

Apostazja

Pisałem o tym na blogu, ale myślę, że jest to nienajgorszy moment, by kwestię tę przypomnieć. Otóż któregoś dnia, w telewizji TVN24, wystąpił satanista Nergal i wspomniał coś na temat tego, że on swoją pierwszą gitarę otrzymał od rodziców z okazji Pierwszej Komunii Świętej. Obudował on oczywiście tę informację dyskretną aluzją, że niby to kiedyś doszło do takiego oto paradoksu, że Kościół uświęcił Szatana. Jednak ledwo Nergal skończył swój popis, pojawił się mój syn, i powiedział co następuje: „Skoro on jest ochrzczony, to znaczy, że jest Dzieckiem Bożym, i tego już nie zmieni”. Kiedy byłem młodszy, termin „apostazja” w powszechnym obiegu nie istniał. Poza studentami teologii, czy może bardziej ambitnymi licealistami, o apostazji nie słyszał nikt. Dziś nagle, kiedy Polska wkroczyła w ten swój być może najdziwniejszy w całych jej dziejach okres, okazuje się, że niedługo o tym, czym jest apostazja będzie wiedziała nawet owa para wieśniaków, siedząca na ławeczce i wpatrująca się w leżące na drodze gówno. Sytuacja jednak wciąż pozostaje taka, jaka była zawsze. Tego co jest, nikt już nie zmieni. Nawet Janusz Palikot ze swoimi Zastępami. Ze swojego kościoła mogą występować co najwyżej sataniści. Co najwyżej kibice piłkarscy mogą zmieniać drużyny, którym kibicują. Dorastające dziewczynki mogą zmieniać muzyczne zainteresowania. Dzieckiem Bożym zostaje się na zawsze. I Messer to czuje. Stąd to wycie.

czwartek, 17 maja 2012

Wszystkie dzieci prezydenta

Nie wiem, kto to zauważył przede mną. Oczywiście z całą pewnością moja żona, ale mam wrażenie, że jeszcze ktoś, tyle że już z osób znacznie bardziej publicznych. Może ostatecznie to jednak dobrze, że nie pamiętam, bo bym musiał żyć w świadomości, że przyszło mi się zgodzić z kimś, z kim wołałbym bym akurat się nie zgadzać. O co chodzi? O prasę bulwarową, proszę sobie wyobrazić, a konkretnie o to, że są pewne sytuacje, gdzie gdyby nie właśnie prasa bulwarowa, nasza sytuacja jaki idzie o stopień poinformowania o tym, co się wokół nas dzieje – jak najbardziej na poziomie podstawowym i bardzo poważnym – byłaby bez porównania gorsza.
Akurat nie wiem, czy to, iż mnóstwo naprawdę istotnych informacji można znaleźć wyłącznie w gazetach takich jak „Fakt” i na portalach typu „Pudelek”, jest wynikiem jakieś zewnętrznego planu, o naturze którego nie możemy mieć pojęcia, czy może stanowi to z punktu widzenia Systemu przykry, ale niestety nieunikniony skutek uboczny istnienia kultury popularnej w wymiarze zupełnie najniższym. Możliwe, że za tymi publikacjami stoi jakiś bardzo przemyślny zamiar, jednak póki co, wydaje mi się, że oni zwyczajnie nie wymyślili dotychczas na to sposobu. Po prostu. Skoro bulwar musi istnieć, on musi istnieć w tej, a nie innej formie, i z tym, a nie innym bagażem. A więc, od czasu do czasu, właśnie tam – tam, bo gdzie indziej byłoby zbyt niebezpiecznie – możemy ujrzeć takiego Donalda Tuska, jak gdzieś tam, z dala od zgiełku, robi z siebie idiotę, Bronisława Komorowskiego w stanie wskazującym na kompletny brak kontaktu z rzeczywistością, a którąś z uwielbianych przez całą Polskę gwiazd estrady w towarzystwie, dajmy na to, ukraińskich gangsterów.
No właśnie – ukraińskich gangsterów. Swego czasu, dokładnie w czasie, gdy Weronika Marczuk-Pazura znalazła się w polu zainteresowania CBA, a jednocześnie wszystkie reżimowe media utulały ją sobie do serca po to, by cała Polska dowiedziała się, jaka ona jest mądra, biedna i porządna, nie kto inny właśnie jak wspomniany „Pudelek” opublikował fantastyczne zdjęcie Pazury, gdy, w towarzystwie najbardziej podejrzanej kupy napakowanych byków z zasłoniętymi jak należy oczami, wystawia swoje, w cywilizowanym świecie zwykle skrywane pod spódniczką, wdzięki. Podziwialiśmy to zdjęcie, łapiąc się jednocześnie z nasze biedne głowy, i już wiedzieliśmy, ile sensu jest w owym publicznym robieniu z Pazury poważnej bizneswoman.
No i dowiedzieliśmy się przy tej okazji jeszcze czegoś. Że prędkość i dynamika, z jaką dzisiejsza Polska zsuwa się do poziomu Ukrainy, czy być może wręcz Rosji, osiągnęły przyspieszenie dotychczas chyba niespotykane nawet na galach, o których można sobie regularnie poczytać w magazynie „Viva”.
I oto dziś, moja żona, która – jak już wspomniałem – śledzi każdy ich ruch, jaki się pojawia w tamtych rejonach, pokazała mi coś, co znalazła w "Fakcie", co oczywiście trzyma poziom wyznaczony przez Weronikę Pazurę, a co jednak, ponieważ ta sytuacja dotyczący już wyłącznie nas, Polaków – bez zbędnego pośrednictwa ludzi stamtąd – autentycznie mnie poraziło. Wygląda bowiem na to, że zrobiliśmy właśnie kolejny krok w stronę tej otchłani.
I na tym chyba już skończę. Proszę tylko rzucić okiem na poniższe zdjęcie, a następnie spokojnie wyłączyć komputer i skupić całą swoją uwagę na tym, co na zewnątrz. Bo niewykluczone, że oni już podeszli pod same okna. I teraz już mamy tylko dwie możliwości: albo tu wlezą i ostatecznie zaprowadzą swoje zwyczaje, albo coś im spadnie na łby i je porozwala. W proch. Proszę spojrzeć. Oto przed nami ona. Maria Wiktoria. Ona sama.



Elementarz już tuż-tuż

Gdyby ktoś był zainteresowany, Elementarz prawdopodobnie trafi do druku w ciągu kilku dni. Treść jest już ostatecznie zamknięta i wszystko co miało być, już tam jest. Liczba zamówień na książkę przekroczyła nasze najśmielsze wyobrażenia. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie myśleć o dodruku. Planowałem – tak by kto ciekawy, mógł mieć jakieś pojęcie – policzyć, ile udało mi się tam zamieścić owych przeróżnych haseł, niestety, mam już swoje lata, więc kiedy doszedłem do dwustu, straciłem i rachubę i siły, i dałem spokój. Wygląda mi jednak na to, że będzie tego jakieś dwa razy więcej.
Daję słowo, że to jest naprawdę świetna książka. Gdyby nie to, że już ją czytałem, to bym sam sobie kupił dwa egzemplarze. Jeden do czytania, a drugi, żeby stał na półce i cieszył oko tą piękną okładką z przeznakomitym obrazem Marka Kamieńskiego. Zwłaszcza, gdy jeszcze przez parę dni cena będzie wynosić głupie 20 złotych za egzemplarz.
To jest książka o Trzeciej RP, ale tak naprawdę o wszystkim. O całym naszym świecie. Zaczyna się od Abigail i Brittany Hensel – cudownych syjamskich bliźniaczek z pewnej amerykańskiej wioski, a kończy na Sławomirze Żarskim – pewnym bardzo wyjątkowym księdzu. A więc i tu i tu religijnie. Jednak już w samym środku, o samej religii nie za dużo. Natomiast jest trochę spraw kryminalnych. Proszę posłuchać:

BOGUCKI – Ryszard. W roku 1992, kiedy Lech Wałęsa już był prezydentem, a Andrzej Lepperowi dopiero zaczynała się rodzić w głowie myśl, że on zasługuje na znacznie więcej, niż proste posłowanie, Bogucki był już rozchwytywanym młodym przedsiębiorcą i właścicielem jedynego w Polsce czarnego Ferrari Testarossa. Za „szczególne zasługi dla gospodarki i prężne wejście w branżę hotelarską” przyznano mu prestiżową nagrodę „Srebrnego Asa Polskiego Biznesu”. Później, pewnie po to by nadążyć za branżą i zachować pozycję na rynku, Bogucki zatrudnił się jako płatny zabójca. Dziś siedzi za zabójstwo niejakiego „Pershinga”. Zostało mu jeszcze jakieś 10 lat. Jego obrońcą był Leszek Piotrowski. Można by pokusić się o taką refleksje, że wynik jest dwa do dwóch. Piotrowski i Lepper nie żyją, Bogucki i Wałęsa jakoś ciągną.


środa, 16 maja 2012

Kupa nie śmierdzi

Ponieważ Elementarz jest w tej chwili właściwie jedyną moją rzeczywistością, chciałem najpierw przeprosić za to, że nie mam siły napisać nic nowego, spoza tematu – to znaczy, napisać coś mógłbym, tyle że nie na tyle poważnego, żeby móc przy tym zachować czyste sumienie – a poza tym poprosić o przyjęcie tych paru dodatkowych uwag. Otóż książka się sprzedaje. Będzie drukowana, jak mnie zapewniają, lada chwila, natomiast już pojawiły się zamówienia na kilkadziesiąt sztuk.
Poza oczywistą satysfakcją, pojawiły się też jednak zmartwienia. Przede wszystkim, tym razem całość pieniędzy uzyskanych ze wstępnej sprzedaży musi pójść na pokrycie długu, jaki zaciągnąłem na druk książki. Tym razem, nikt nie już był taki szczodry, jak człowiek, który mi pomógł przy Liściu, i uprzejmie poinformował, że może poczekać.. I niestety słusznie. Z pieniędzmi bowiem, jak wiemy, żartów nie ma. A więc jeszcze przez jakiś czas będę musiał gryźć ziemię. Dodatkowo, ponieważ rozliczenia są robione w przedziale miesięcznym, najbliższe dwa tygodnie, to będzie prawdziwy horror.
W związku z powyższym, wciąż bardzo proszę każdego, kto jest w możliwościach, o stałe i bezpośrednie wspieranie tego bloga. Inaczej nie damy rady. Jeszcze nie dziś. Dziękuję.
Druga sprawa związana jest z poprzednią notką, w której ogłosiłem zamknięcie tego swojego książkowego projektu. Jak wiemy, napisałem parę słów komentarza, zaprezentowałem piękną – prawda, że piękną? – okładkę i zacytowałem jeden króciutki fragment z Elementarza. Tu akurat wszystko przebiegło na spokojnie, natomiast w Salonie24 doszło do bardzo ciężkiej awantury, która swoją skalą mnie najpierw przytłoczyła, a później kompletnie psychicznie rozbiła. O co poszło? Otóż o anegdotę z małym dzieckiem pytającym księdza, czy zrobił kupę. Okazało się, że wrażliwość części z czytelników jest tak wielka, że na dźwięk słowa kupa oni akurat reagują ciężkim omdleniem. Mniej więcej tak jak ten młody ojciec, któremu żona mówi, by zmienił dziecku pieluchę, a on się pyta: „Co? Żebym się porzygał?” No i odpowiedzialność za to została podarowana mi i mojemu chamstwu.
Historia tego dziecka i tych słów: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest w naszym domu kultowa od wielu już bardzo lat. Znamy ją wszyscy, przypominamy ją sobie i pozwalamy, by jej niezwykła głębia inspirowała nasze gesty i słowa. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że – jak być może każdy, kto miał okazję zajmować się maleńkim dzieckiem, wie – dla dziecka, które jeszcze musi chodzić z założoną pieluszką, a z drugiej strony już czuje pewien tu obowiązek, pytanie „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” jest pytaniem wręcz rytualnym. No bo weźmy takiego kilkunastomiesięcznego chłopczyka, który nagle zorientował się, że zrobił kupę, a wie, że to jest trochę nie w porządku. Siedzi więc , nomen omen, skupiony na tej kupie, milczy i czeka, co dalej. Oczywiście, jest ten moment zawstydzenia, ale wiadomo też, że za chwilę przyjdzie mama lub tata, i wszystko na czysto załatwią. Tyle że najpierw będą musiały paść te słowa: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?”
Dlaczego historia opowiedziana mi kiedyś przez mojego kolegę, a w moim Elementarzu powtórzona przeze mnie z myślą o tych wszystkich, którzy lubią sobie podumać na poziomie bardziej zaawansowanym, jest moim zdaniem tak fantastyczna? Otóż uważam że kontakt, jaki nawiązał się między tym dzieckiem, a siedzącym tak strasznie samotnie w tym konfesjonale księdzem jest wręcz kosmiczny. Moim zdaniem, nie ma większej solidarności w cierpieniu niż solidarność zademonstrowana w ten właśnie sposób przez to dziecko. Moim zdaniem, ów chłopczyk, zanurzony w tej ciszy pustego kościoła, stojąc przed tym konfesjonałem i przed tym milczącym i tak smutno bezczynnym księdzem, chciał, na ten swój kompletnie dla nas nie do pojęcia sposób, pokazać mu, że jest z nim. Że go rozumie, że chce go wesprzeć. I wsparł go tak jak go zawsze wspierali jego rodzice, a więc absolutnie najpiękniej – pytaniem: „Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” Jak przyjaciel przyjaciela.
Czemu, ktoś teraz spyta, przypomniałem tę historię w związku z tym moim, okropnie bezcelowym już chyba, użalaniem się nad bezczynnością polskiego Kościoła wobec tego, co źli ludzie wobec Niego planują? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, co zaznaczyłem na samym początku owej notki, nie chciałem już więcej pod adresem księży i biskupów kierować jednego, marnego słowa. I dlatego, że, jak mówię, uważam to trochę za bezcelowe, a po drugie, przez to, że ja naprawdę im nieustannie zawdzięczam znacznie więcej, niż potrafię dać. A mimo to wiedziałem też, że nie mogę w tej książce się nie wyżalić. A więc wyżaliłem się. Właśnie przez tę przypowieść o dziecku ofiarującym księdzu swoją solidarność.
Drugi powód jest taki, właśnie już w prostym związku z tą solidarnością, że wydało mi się, że dziś, kiedy ten nasz Kościół często jest tak okropnie przytłoczony, tak straszliwie zawstydzony swoją potęgą, a jednocześnie tak nieprzyjemnie pełen wyrzutów sumienia, porównywanie go do tego dziecka, które z jednej strony wie, że zrobiło źle, a z drugiej nie bardzo nawet wie, dlaczego i jak mogło się zachować inaczej, i już tylko tak siedzi „i nic nie mówi” – będzie porównaniem idealnym.
I oto nastąpiła reakcja, której się nie spodziewałem. Otóż została tylko ta kupa. Kał. Smród. Gówno. But w psim gównie. A więc coś, co jeden z komentatorów nazwał Freudem. Człowiek słyszy słowo kupa, i odruchowo patrzy, czy przypadkiem w coś nie wdepnął. Rozmawiałem o tym wszystkim z Don Paddingtonem i on mi powiedział dwie bardzo ciekawe rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy jest się księdzem, to takie historie nie robią większego wrażenia, bo każdy z nich zna dziesiątki lepszych. Druga natomiast związana była z refleksją bardziej ogólną. Chodzi mianowicie o to, że przez ostatnie lata, straciliśmy to co było zawsze najcenniejsze – umiejętność spokojnego, realnego odbierania rzeczywistości. Kiedyś to potrafiliśmy robić świetnie; dziś tkwimy już tylko w nieustannym zaplątaniu, patrząc tylko, co nam zaraz spadnie na głowę. I to jest bardzo niedobre.
A ja już tylko do tego mogę dodać jedno. To nie kupa śmierdzi. To śmierdzą nasze dusze. I nie ma co zaglądać pod buty. Tam nie znajdziemy tego czego szukamy.
Proszę więc kupować Elementarz. Tam jest wszystko czego możemy potrzebować. A przy okazji, proszę nie zapominać o tym blogu. Dziękuję.

poniedziałek, 14 maja 2012

Toyah: Twój pierwszy elementarz

No więc udało się. Jest nowa książka i czeka na druk. Zanim się doczeka, Coryllus dał mi jeszcze trochę czasu, by to tu to tam coś podczyścić, ale jak mówię – książka jest gotowa. Zatytułowana jest „Twój pierwszy elementarz” i stanowi coś, co można nazwać alfabetem Toyaha.
Początkowo taki nawet miał być tytuł, ale nagle przyszedł mi do głowy ten elementarz, no i tak już zostało. Myśl była taka, by przedstawić całą garść refleksji na temat tego wszystkiego, co nas spotkało przez minione już ponad 20 lat, a czasem i dłużej, w formie właśnie swego rodzaju ksiązki adresowej, lub katalogu firm. I żeby tam byli wszyscy. I blogerzy i artyści i politycy i dziennikarze i zdrajcy i bohaterowie. Wszyscy. Żeby to było i pouczające i ciekawe, a jednocześnie i smutne i śmieszne i straszne i wszystko na raz. I żeby to można było czytać i do śniadania i do obiadu i do snu i w pociągu i w parku na ławce, a nawet – ot tak, ponieważ akurat leżało i się otworzyło na ciekawej stronie. Żeby ci co wiedzą, mogli sobie przypomnieć, a ci co nie wiedzieli – żeby się dowiedzieli. I już wiedzieli. Żeby to była książka, którą warto mieć.
Niestety, czasy takie, że o wszystko trzeba walczyć samemu, czasem wręcz w cieniu. Że nikt nie pomoże. Wręcz przeciwnie. Że niektórzy staną na głowie, by zepsuć coś, czego psuć zwyczajnie nie wypada. No, ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę, niekiedy tylko taka walka jest czegokolwiek warta.
A zatem, jeszcze raz. Książka wreszcie jest. Nazywa się: „Twój pierwszy elementarz” i jeszcze przez jakiś czas kosztuje zaledwie 20 złotych. Tylko w księgarni u Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. No i, właśnie w ramach tej zachęty, proponuje mały fragment. Pierwszy z brzegu:
Kościół w PolsceWobec tego, co nasi księża i biskupi dla nas zrobili przez te wszystkie lata, mógłbym się oczywiście zamknąć, jednak jakoś głupio tak zupełnie siedzieć i się nie odzywać. Opowiem więc zabawną anegdotę. Opowiadał mi kolega, jak to pewnego dnia poszedł z dzieckiem do kościoła, i kiedy przechodzili obok konfesjonału, jego syn zatrzymał się i zaczął się przyglądać siedzącemu w środku księdzu. Stał tak i patrzył na tego księdza, a ksiądz – akurat bez przydziału – siedział i patrzył na dziecko. Tkwili więc tak, wpatrzeni w siebie, w końcu syn kolegi się odezwał: „A ty co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kupę zrobiłeś?” Otóż ja się trochę czuję tak, jakby nasi biskupi zrobili kupę. Uważam że pora się ruszyć.






niedziela, 13 maja 2012

O błękitnym turbodoładowywaniu i palącym smaku Komunii

Gdyby ktoś mnie poprosił, bym jak najkrócej opisał swoje najbardziej istotne wspomnienie jak idzie o prezydenturę Lecha Wałęsy, prawdopodobnie powiedziałbym, że wciąż mi chodzi po głowie ów obraz, kiedy to widzę prezydencką kaplicę, za ołtarzem stoi ksiądz Franciszek Cybula, w pierwszym rzędzie siedzą Wałęsa i Wachowski, gdzieś trochę dalej Drzycimski, a obok Drzycimskiego któryś z wezwanych na poranne przesłuchanie ministrów.
Ktoś kto jest zbyt młody, by te czasy pamiętać – dziś pytałem o to Coryllusa, i on przyznał, że nie bardzo wie, o czym ja w ogóle mówię – prawdopodobnie czyta te słowa jak jakąś abstrakcję, natomiast dla mnie jest to wciąż bardzo żywe wspomnienie. Spróbuję bardzo krotko opowiedzieć, o co chodziło. Otóż prezydent Wałęsa miał tego swojego kapelana – księdza Franciszka Cybulę, swojego najważniejszego ministra – Mieczysława Wachowskiego i rzecznika prasowego – Andrzeja Drzycimskiego. O ile sytuacja nie wymagała tego, by Wałęsie towarzyszył tylko Wachowski, cała ta czwórka wszędzie poruszała się razem. Wałęsa, tych dwóch, no i ksiądz. Skąd ja wiem, jak wyglądało w tej kaplicy? Otóż zwyczaj był taki, że każdego dnia, z samego rana, Wałęsa wzywał do siebie któregoś z ministrów, czy szefów którejś z państwowych instytucji, opieprzał go za to, że źle pracuje, a wszystko to nagrywała specjalna ekipa, zatrudniona przez Wałęsę po to, by rejestrować każdy jego krok. Następnie materiał był puszczany w wieczornych wiadomościach.
Zanim jednak dochodziło do bezpośredniego spotkania z ministrem, wszyscy schodzili na dół do kaplicy, i uczestniczyli w porannej Mszy Świętej. To o tych właśnie nabożeństwach swego czasu wspominał Mieczyslaw Wachowski, opowiadając, jak to on je bardzo lubi, bo może wtedy sobie „pojeść komunię”. Wspomniane Msze również były filmowane, a następnie, choćby w drobnym fragmencie, pokazywane w telewizji. Żeby każdy wiedział, że Lech Wałęsa, to człowiek bardzo religijny.
Powiem szczerze, że dla mnie zawsze największą zagadką z tej grupy był ksiądz Cybula – oficjalny kapelan Lecha Wałęsy. Przede wszystkim dlatego, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się stało, że on był przy Wałęsie zawsze. Wałęsa spotykał się w jakiejś bardzo oficjalnej sytuacji z kimś równie oficjalnym, a obok Wałęsy już był ksiądz Cybula, i go nie opuszczał nawet na krok. Ale było coś jeszcze. Ksiądz Cybula nigdy chyba się nie odezwał. Z nim nigdy nie ukazał się żaden wywiad, żadna choćby króciutka rozmowa. Ja przez te wszystkie lata, chyba nawet nie zdążyłem się zorientować, jaki ten ksiądz ma w ogóle głos. To jedno. Druga rzecz była taka, że on robił wrażenie osoby wręcz karykaturalnie niesympatycznej. Nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie spojrzał z jakimś weselszym błyskiem w oku. Był wiecznie ponury i zimny jak skała. A przez to, że siłą rzeczy kojarzył się bardziej z urzędem niż z kościołem, robił wrażenie przebranego za księdza urzędnika. I ja, powiem szczerze, zawsze się go bałem.
Oczywiście, była jeszcze cała ta polityczna część prezydentury Wałęsy, a więc prześladowanie opozycji, kwestie związków Wałęsy ze służbami, ten nieszczęsny Wachowski, o którym powstawały wręcz legendy. A na tym tle postać księdza Cybuli robiła wrażenie jeszcze bardziej złowieszcze.
Ponieważ właśnie jestem w trakcie pisanie tej nowej książki, potrzebowałem w pewnym momencie poszukać czegoś na temat dzisiejszych losów księdza Franciszka Cybuli, byłego kapelana prezydenta Wałęsy. Niestety tu akurat panuje dość jednoznaczna nędza. Co dziś robi ksiądz Cybula – nie wiadomo. Najbliżej jak udało mi się sięgnąć, to wywiad, jakiego on udzielił portalowi Opoka jeszcze w roku 2009, zatytułowany „Jestem zwykłym księdzem”, w którym opowiada on, że pracuje gdzieś na jakiejś parafii w Sopocie no i że dla niego wzorem księdza jest ksiądz Wojtyła. Ale są też i wspomnienia. I oto, ksiądz Cybula poproszony o wyjaśnienie, czemu on stał się w praktyce kolejnym prezydenckim urzędnikiem, odpowiada w ten oto sposób:„Prezydent chciał, abym był z nim wszędzie, nawet na konferencjach prasowych. Buntowałem się, nie chciałem w nich uczestniczyć. – Szefie, to jest źle odbierane – przekonywałem. A on: chcę mieć zawsze duchowe wsparcie.
Przed jednym z prestiżowych spotkań powiedział mi: nie mam dziś weny. Ja na to: włączam więc turbodoładowanie niebieskie. Zacząłem się modlić. Przerwałem modlitwę, gdy otrzymywał owacje na stojąco. Połączenie sił duchowych z jego intuicją, oryginalnym podejściem do wielu spaw, dawało efekty zaskakujące. Gdy rozmawiałem o tym z prof. Franciszkiem Gruczą, językoznawcą, germanistą, mówił o nim, on i jego koledzy po fachu: Das ist eine politische Tier – to jest polityczne zwierzę”.
Trochę przydługi ten cytat i wcale nie wiem, czy w całości potrzebny. Bo tak naprawdę chodzi mi tylko o jeden fragment. Mianowicie o tego „Szefa”. Dla mnie świadomość, że kapelan prezydenta Wałęsy zwracał się do niego per „Szefie” jest autentycznie porażająca. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Ksiądz Cybula zwraca się do Wałęsy, by go ze sobą wszędzie nie ciągał, bo to jest publicznie źle odbierane, na co Wałęsa mu tłumaczy, że mowy nie ma, bez dyskusji, ksiądz ma być i kropka! Na co Cybula – jakoś tym razem, słowo „ksiądz” mi nie przeszło przez gardło – prosi, „Ale, Szefie!”, na co Wałęsa: „A co z niebieskim tubodoładowaniem?” No i sprawa załatwiona.
Franciszek Cybula w wywiadzie dla Opoki nie wspomina, jak się do niego zwracał Wałęsa. W ogóle, mało już mówi. Tym bardziej też nie opowiada, jak wyglądała na przykład taka spowiedź, i czy, kiedy on karmił Wachowskiego opłatkami, to Wachowski był wyspowiadany, czy mówił Księdzu, żeby dawał tę komunię i nie robił cyrku. No i, może nie mniej ważne – czy on do Wachowskiego też się zwracał per „Szefie”?
Myślę o tej całej przedziwnej sytuacji, i nie mogę przestać myśleć, że oto mamy za sobą 2000 lat Kościoła, a ksiądz Franciszek Cybula jest jednym z tego Kościoła kapłanów. Że być może, teraz, kiedy ja pisze ten tekst, on tam siedzi na tej swojej sopockiej parafii i wspomina, jak to miał kiedyś swego szefa. Nie jakiegoś proboszcza, biskupa, czy papieża, a może nawet i bezpośrednio Jezusa Zmartwychwstałego, ale samego Lecha Wałęsę.
I nagle przychodzi mi do głowy myśl taka oto, że, jak nam wiadomo, minister Wachowski to był z pewnością wesoły człowiek. I czy w tej sytuacji nie jest przypadkiem możliwe, że ta spowiedź, nad którą przez chwilę się tak zadumałem, nie wyglądała tak, że to Cybula przychodził do Wachowskiego, który – już najedzony tymi komuniami – siedział sobie w konfesjonale, a Cybula klękał i mówił „Ostatni raz spowiadałem się wczoraj rano”?
Na co Wałęsa odwracał się od telewizora i krzyczał do swojego duchowego przewodnika: „Ciszej tam, bo za cholerę nic nie słychać!”

Powyższy tekst jest bardzo rozbudowaną refleksją, opartą o coś co już niedługo będziecie mogli znaleźć w mojej nowej książce. A na razie, sza! Póki co, bardzo proszę o mnie pamiętać, być tu ze mną, i w miarę możliwości wspierać ten blog finansowo. No i przypominam – wciąż jest do kupienia Liść. Dziękuję.

piątek, 11 maja 2012

To jest film o Lechu Kaczyńskim

Nie umiem powiedzieć, czy to jest coś bardzo dziwnego, czy może zupełnie oczywistego, ale nie przypominam sobie, by sowiecki, czy rosyjski totalitaryzm został kiedykolwiek w kulturze popularnej pokazany w sposób choćby w połowie tak wyrazisty – by nie wspominać o jakiejś jednoznaczności – jak zbrodnie hitlerowskich Niemiec. Oczywiście, są książki czy filmy, popularnych nawet autorów, z których możemy się dowiedzieć, jak to za wiele naród rosyjski będzie jeszcze musiał odpowiedzieć, jednak wspomniana oszczędność jest tu wręcz uderzająca. Niezwykle znaczącym faktem na przykład jest choćby ten, że chyba najbardziej solidny dokument na temat zbrodni komunizmu „The Soviet Story” tylko teoretycznie stanowi produkcję brytyjską. Tak naprawdę bowiem, zarówno sam reżyser, jak i większość zaangażowanych w produkcję osób to Łotysze, i wydaje się, że nawet pieniądze przeznaczone na produkcje tego wybitnego w sposób oczywisty dzieła poszły właśnie z Łotwy. No ale wiadomo – Łotysze, jak wiemy, to pierwsi pomocnicy Hitlera, prawda?
Kiedy już więc jakiś czas temu dowiedziałem się, że Gruzja postanowiła użyć wszystkich swoich politycznych i finansowych możliwości, by historia owej pamiętnej samotnej wojny z Rosją o Osetię została spopularyzowana w świecie za pośrednictwem dużej hollywoodzkiej produkcji, z poważnymi hollywoodzkimi gwiazdami, wiedziałem świetnie, że z tego prawdopodobnie nic nie wyjdzie, a jeśli nawet, to ostatecznie i tak oni sami będą musieli sobie ten film nakręcić. To już prędzej Rosjanie zrobiliby w wersji na rynek amerykański film o ataku Gruzji na Moskwę, i wywalczyliby dla tego obrazu nominację do Oskara, niż ktokolwiek z branży zgodziłby się zaangażować w gruziński projekt choćby dolara. No i film, jak się okazuje, powstał i w dodatku ma, skromną bo skromną, jednak światową dystrybucję. Zatytułowany jest równie skromnie „Pięć dni w sierpniu”, jako prezydent Saakaszwili występuje Andy Garcia i pod każdym względem ów film stanowi typową amerykańską superprodukcję, w najlepszym słowa tego znaczeniu.
Poszliśmy na to z młodym Toyahem przedwczoraj wieczorem. Akurat dla tego o czym chcę dziś pisać, nie jest to całkiem najważniejsze – choć nie widzę też powodu, by ten fakt lekceważyć zupełnie – ale należy od razu powiedzieć, że jest to film znakomity. Jeden z najlepszych amerykańskich filmów tego gatunku, jaki miałem okazję oglądać w całym swoim życiu. Tam jest wszystko, a więc dźwięk, obraz, akcja, napięcie, strach, humor, wzruszenie – wszystko czego można oczekiwać, kiedy się idzie do kina dla czystej ludzkiej przyjemności. Film jest fantastycznie sfilmowany, świetnie zagrany, doskonale – co ostatnio jest rzadkością wręcz chroniczną – opowiedziany. Nie jest ani za długi, ani za krótki, jednocześnie skromny i wystawny, jest w nim nawet piękna piosenka w wykonaniu Katie Melua, i, co być może najważniejsze, nie jest w żaden sposób tak prostacki, jak możnaby się było spodziewać po filmie o Gruzji nakręconym przez kogoś, kto o Gruzji nie wie nawet tego, że to nie jest to samo co Georgia w USA.
No i niestety, część tej tajemnicy zostaje już wyjaśniona na kończących film napisach. Podobnie jak to miało miejsce przy okazji „The Soviet Story” – powtórzę, filmu najwyższej klasy – również ”Five Days of August” zostało niemal w całości wyprodukowane przez ludzi, którzy na sprawie się znają i, co najważniejsze, sprawę mocno i szczerze przeżywają. Reżyserem jest Fin, a reszta nazwisk, to albo nazwiska gruzińskie, albo kojarzone raczej z byłymi republikami nadbałtyckimi. Jak idzie o Amerykanów, to mamy tylko świetnego Garcię, Van Kilmera i jeszcze parę osób, w tym – jak się dowiaduję – Sharon Stone, która dorzuciła do tego projektu okrągły milion swoich jak najbardziej dolarów. A więc, możemy to powiedzieć raz jeszcze – to sami Gruzini zadbali o swój narodowy i historyczny interes. I to zadbali bardzo skutecznie.
Byłem z moim synem wczoraj na tym filmie, i oprócz nas, na sali była tylko jedna osoba. W ten sposób chciałbym przejść do głównego powodu, dla którego w ogóle piszę te słowa. Otóż nawet jeśli znam, to akurat w tej chwili nie potrafię sobie przypomnieć bardziej wyrazistego przykładu na to, jak wiele potrafi zrobić propaganda, lub jej kompletny brak, a więc prosta i czysta cisza. Mamy przed sobą film, w najgorszym wypadku równie bestsellerowy jak każda tego typu amerykańska produkcja, film na który w normalnej sytuacji by szły tłumy, i okazuje się, że jakimś cudem o nim nie wie nikt. A jeśli ktoś akurat wie, to wie coś jeszcze – że to jest najprawdopodobniej jakaś beznadziejna, wykonana na potrzeby chwili, polityczna chała. Ktoś powie, że właśnie tak jest – ten film to w sposób oczywisty beznadziejna, wykonana na potrzeby chwili, polityczna chała. Tyle że nawet jeśli tak jest, to nie ma żadnych wątpliwości, że w nie większym stopniu, niż każdy inny tak zwany dramat polityczny. Nie w większym stopniu niż którykolwiek z najbardziej wychwalanych filmów gatunku w historii kina. A już na pewno mniej niż takie dzieła sztuki filmowej, jak choćby „Lista Schindlera”, czy „Szeregowiec Ryan”. A zatem, tu wcale nie poszło o to, że mamy do czynienia z głupim produkcyjniakiem. Tu bowiem sytuacja jest dokładnie taka, z jaką mamy do czynienia, słysząc choćby szyderstwa na temat wtrącania się Kościoła do seksu, o ile oczywiście nie chodzi o Kamasutrę i religie Wschodu.
Jest jednak w tym akurat filmie coś jeszcze. Otóż Gruzini zrobili film przez który oddali hołd Polsce na takim poziomie, jakiego nie udało się dotychczas zdobyć żadnemu naszemu autorowi. Film „Five Days of August” to film w jedynie trochę mniejszym stopniu o Polsce niż o Gruzji. To film, który, jeśli uwzględnić to nasze, tak typowe polskie, pragnienie bycia pierwszym gościem na weselu, powinien nas napełnić dumą wręcz nieporównywalną z niczym, co nas ze strony sąsiadów spotkało wcześniej. Kiedy czytam recenzje z tego filmu, głównie oczywiście przedstawiane w Internecie, spotykam pełen ukrytej satysfakcji zarzut, że kiedy pojawia się scena słynnego wiecu na placu w Tbilisi, tam są niemal wyłącznie flagi gruzińskie, a o tym że tam jest prezydent Kaczyński wiemy wyłącznie stąd, że w pewnym momencie widzimy jakiegoś pokazanego od tyłu wyłysiałego kurdupla. No i owszem – to jest to co widzimy, tyle że przede wszystkim, polskich flag jednak tam trochę widać, a poza tym na początku mamy jednoznaczną dedykację reżysera dla prezydenta Kaczyńskiego, natomiast już na samym końcu absolutnie porażające – ze względów o których potem – dokumentalne nagranie wystapienia Prezydenta na konferencji prasowej właśnie w Tbilisi. A to wystarczy w pełni, by wiedzieć, że w filmie głównie o tym, że kiedy Gruzja stanęła na progu politycznej anihilacji, przy całkowitej bierności cywilizowanego świata, to właśnie głos Lecha Kaczyńskiego który ją uratował, jest pokazany. Ten sam zresztą głos, który jego samego pare lat później zaprowadził do grobu. Co do tego nie może być wątpliwości. I to jest też film o tym. Podkreślę raz jeszcze – film w sposób jednoznaczny i klasyczny – świetny.
Jak mówię, podczas projekcji, na sali były trzy osoby, w mainstreamowych mediach na temat filmu – cisza, czytam notkę o filmie w Wikipedia, a tam powtarzająca się z pełnym satysfakcji uporem informacja, że film spotkał się w świecie z jak najgorszym przyjęciem, że jest nieobiektywny i ordynarnie antyrosyjski, słyszę głosy polskich komentatorów, a tam głównie zgiełk, że oto kolejna pisowska propaganda za pieniądze tego idioty Saakaszwilego, no i że oczywiście film jest żenująco slaby. Ale też przypominam sobie sam film i kolejne jego sceny, i nagle przypominam też sobie ten czas dziś już sprzed wielu lat, kiedy w Gruzji szalała zbrodnia, a Polska tonęła z jednej strony w obojętności, a z drugiej w szyderstwie, że co ten Kartofel tam się pcha na tę Gruzję? Film, zanim jeszcze słychać głos prezydenta Kaczyńskiego, zawiera dokumentalne ujęcia z wypowiedziami osób – starców, dzieci, ale też i ludzi ani młodych ani starych – którzy ściskają w rekach zdjęcia zamordowanych podczas ataku Rosjan swoich bliskich, i łamiącym się ze wzruszenia głosem, mówią, kogo stracili, a ja sobie przypominam tamtą atmosferę w Polsce, kiedy cała ta Gruzja i te ich dziwne problemy były niczym w porównaniu z coraz bardziej rosnącą potrzeba upokorzenia Prezydenta. Patrzę na ten film, który – oczywiście nie w sposób bezpośredni – pokazuje wręcz wołanie o to, by w tej ciszy, jaka zapadła na całym świecie w obliczu tych nieludzkich zbrodni – zabrał głos polski prezydent Lech Kaczyński – głos, co na tym filmie widać zupełnie jasno, wielkiego światowego przywódcy – i przypominam sobie ten rechot o pijanym snajperze. I znów patrzę na ekran… i widzę tych snajperów. I przyznaję. To prawda. Niektórzy z nich są bardzo pijani.
Przypominam sobie tamte miesiące, kiedy Gruzja stała nad przepaścią, ale też już po, kiedy to Lech Kaczyński zostawał niekwestionowanym przyjacielem Gruzji zwycięskiej, i wiem, że on dziś akurat najwięcej otrzymuje właśnie od nich. Nie od nas. Od Gruzinów. I to oni go dziś najbardziej opłakują. I to jest już wiadomość straszna. Przez jakieś zabójcze opętanie, nienawiść do Lecha Kaczynskiego doprowadziła nas do tego, żeśmy nagle, najzwyczajniej w świecie polubili Putina. Przedwczoraj na Wirtualnej Polsce doszło do bardzo ciekawej manipulacji. Otóż przeprowadzili oni sondaż wśród internautów, z którego wynikło, że 64 procent Polaków nie ufa Putinowi, natomiast 30 procent chciałoby, byśmy mieli takiego własnie prezydenta. Oczywiście te 30% robi pewne wrażenie, natomiast wyszło na to, że dla Wirtualnej Polski to wciąż za mało, a zatem wyniki tych badań podsumowali oni następującym zdaniem: „Głosów krytykujących nowego-starego prezydenta Rosji jest tylko garstka. Zdecydowana większość Internautów WP zazdrości Rosjanom tak charyzmatycznego przywódcy”. A więc to jest oczekiwany kierunek. To w tę stronę powinniśmy iść.
Niedawno miałem okazję rozmawiać z pewną bardzo bliską nam osobą – katolikiem, człowiekiem jak najbardziej wychowanym tradycyjnie, w miłości do Polski, który mi powiedział, że jeśli z jakiegoś powodu Platforma Obywatelska przestanie istnieć, on będzie glosował na SLD, albo na Ruch Palikota. A ja wiem jeszcze coś. Że oto, jeśli zabraknie też Palikota i Millera, to on poprosi, by polskim prezydentem został własnie Putin. Przynajmniej zna języki i umie grać na fortepianie. Byleby nie Kaczyński. Byle nie on.
Boże! Chroń Gruzję!

Powyższy tekst wcześniej opublikowałem w Salonie24. Zrobiłem tak ze względu na jego dość interwencyjny charakter i pragnienie, by dotarł do tych, którzy są od nas daleko. Inna sprawa, że tu akurat i tak wisiało co innego. Tak czy inaczej, wklejam go dziś i tu, a wszystkich zwyczajowo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.