Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ściana wschodnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ściana wschodnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Podzielona Polska, czyli o tym, co Radosław Markowski musi nosić na swoim spracowanym karku

 

       W opowiadaniu Roalda Dahla „Parson’s Pleasure” jest scena, w której pan Boggis, cwany oszust, zachodzi do pewnej wiejskiej chaty i orientując się, że gospodyni ma jednoznaczne antylewicowe obsesje, wie też, że ten dzień będzie dla niego bardzo udany, bo doświadczenie mu mówi, że nikogo nie da się tak łatwo wystawić do wiatru, jak zaangażowanego konserwatystę. Wystarczy wrzucić mu parę prymitywnych i odpowiednio radykalnych haseł i ma się go w kieszeni. Czytam to opowiadanie niekiedy z uczniami i za każdym razem zwracam uwagę na ten fragment w kontekście naszej tzw. podzielonej Polski, w której często czujemy się tak bardzo samotni w tłumie agresywnego anty PiS-u, że wystarczy nam raz na jakiś czas spotkać kogoś „swojego”, by mu wręcz nieba przychylić. Rozmawiałem o tym wczoraj z pewną panią z Mazowsza i proszę sobie wyobrazić, że powiedziała mi ona, że jej doświadczenia są wręcz odwrotne, bo tam gdzie ona mieszka, większość ludzi głosuje właśnie na prawicę i ona wcale nie jest jakoś szczególnie spragniona solidarności ze strony jakiegoś pana Boggisa.

      Czy mnie owo wyznanie zaskoczyło. W pewnym sensie tak, bo mieszkając na co dzień w dużym mieście, niemal automatycznie zakładam, że tak jak ja, mają wszyscy moi znajomi zamieszkujący nasz piękny kraj. Z drugiej jednak strony, wiem bardzo dobrze, że tak zwana „inteligencja z dużych miast” wraz z całą kupą jej aspirujących, zakompleksionych przyjaciół, to nie cała Polska, a wręcz zaledwie jej niewielka część. Wystarczy przecież rzucić okiem na publikowane na fali minionych wyborów mapy pokazujące, jak głosowaliśmy nie w miastach, ale w gminach, by wiedzieć, że to co nam się od lat wbija do głowy, to wyłącznie kłamliwa propaganda. Gdy chodzi o mnie akurat, to ja nawet nie muszę studiować tych map i wypytywać znajomych, jak się ma sytuacja na Mazowszu. Mnie akurat wystarczyło przyjechać na kilka dni do mojego ukochanego Przemyśla i  kupić sobie gazetę „Życie Podkarpackie” i rzucić okiem na tytułową stronę:

 


      Patrzę więc na te liczby, wyruszam na spacer wzdłuż Sanu, patrzę na mijanych ludzi, rzucam okiem na górujące nad miastem zielone wzgórze z wyrastającymi z tej zieleni pięknymi, często bardzo drogimi willami i wracam myślami do powtarzanej mi z każdej strony o podzielonej na pół Polsce, o dzikim Wschodzie i cywilizowanym Zachodzie, a potem znów patrzę na wspomnianą wcześniej mapę głosujących gmin i dochodzę do wniosku, że cała ta gadka o podzielonej na pół Polsce to zwykłe zawracanie głowy. Owszem, jest podzielony – choć akurat nie na pół – Przemyśl, jest podzielona niemal na pół Włodawa, jest jakoś tam podzielona Kielecczyzna, Małopolska, Śląsk, są wyraźnie podzielone Katowice, Wrocław, Warszawa, Gdańsk, Szczecin, czy Lublin i Białystok. Rzecz natomiast w tym, że akurat Polska nie jest podzielona w żaden sposób. Jak spojrzeć na wspominaną po raz kolejny mapę, Polska jest w swojej ogromnej większości tradycyjna, katolicka, politycznie prawicowa, natomiast faktyczny podział ma miejsce wyłącznie lokalnie.

        Ja oczywiście wiem, że zaraz przyjdzie ktoś, kto mi przedstawi obiektywne liczby, z których wynika, że tu mamy faktycznie do czynienia z podziałem pół na pół, że Nawrocki otrzymał zaledwie 300 tys. głosów więcej od Trzaskowskiego i że w dodatku, gdyby przyjrzeć się temu wszystkiemu uważniej, to kto wie, jak by ów podział wyglądał. A ja na tę okoliczność ułożyłem sobie w głowie pewien, przyznaję, że bardzo abstrakcyjny, model. Otóż wyobraźmy sobie kraj wielkości naszej Polski, gdzie jest tylko jedno miasto, o wielkości i populacji takiego Londynu, zamieszkałe w ogromnej większości przez pierwszej klasy intelektualistów, artystów, literatów, naukowców, a cała reszta to wsie i małe miasta i miasteczka, zalegane przez ludzi, których tamci traktują z najwyższą pogardą. I wyobraźmy sobie, że wyborach prezydenckich 71,02 procent mieszkańców tego wielkiego miasta głosuje na kandydata liberalnego, natomiast cała reszta kraju, też z tą samą przewagą wybiera kandydata konserwatywnego, w efekcie czego jeden albo drugi kandydat wygrywa, uzyskując o 300 tys. głosów więcej. I zastanówmy się teraz, rozważając ową jakże abstrakcyjną sytuację, jakie mamy prawo mówić, że ten abstrakcyjny kraj jest podzielony na pół. Otóż, moim zdaniem, żadnego. Dlaczego, bo to nie kraj jest podzielony. Podzielone jest owo miasto, z ogromną przewagą ludzi kulturalnych, wykształconych, inteligentnych, zamożnych i płacących podatki na całą tę zbieraninę nie wiadomo kogo, która jeśli się pojawia w owymi mieście, to tylko po to, by zwiedzić jakieś muzeum, czy pójść do teatru i zobaczyć na żywo twarz znaną jej tylko z telewizji. No i oczywiście podzielone są też wioski i miasteczka, na tych, którym jest tam gdzie są dobrze i na tych, co by bardzo chcieli kiedyś zamieszkać w tamtym dziesięciomilionowym mieście. I to jest cały podział. Reszta pozostaje jasna i błyszcząca jak złoto.

         To jest jednak tylko model, my tymczasem żyjemy w realnym świecie, wśród prawdziwych ludzi i dobrze by było się zastanowić, na czym tak naprawdę polega problem i gdzie on tak naprawdę leży. Wszechobecna propaganda próbuje nam już od wielu, wielu lat tłumaczyć nam, że problemem są ludzie starzy, niewykształceni, nieucywilizowani, rolnicy, nie znająca języków obcych małomiasteczkowa hołota, nieradząca sobie z życiem miejska biedota, zapijaczeni wiejscy durnie, wciąż pełni nieuzasadnionych żądań robotnicy, no i Kościół, Kościół przede wszystkim; problemem w ogóle jest oczywiście  tzw. ściana wschodnia, która z niewyjaśnionych przyczyn nie zechciała się przyłączyć do nowego świata, gdy była ku temu okazja i teraz się już tylko prosi, by kulturalna Polska ją w swoich cywilizacyjnych planach pomijała. Tymczasem to jest najbardziej bezczelne kłamstwo wyprodukowane przez tych, którzy tak naprawdę są tu w Polsce w potężnej mniejszości, czyli przez ową miejską inteligencję, kiedyś głównie młodą, a dziś już mocno podstarzałą i w znacznej części spauperyzowaną, i zarządzane przez nią media. To oni są tu największym problemem. To Gdańsk, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań, Szczecin się tu nagle postanowili szarogęsić, a dziś muszą nam za to co się w Polsce dziś dzieje odpowiedzieć. I dopóki tego nie zrobią, to będą musieli się z nami, ale też i z sobą, męczyć, patrząc na ten świat i nie rozumiejąc go za cholerę i ostatecznie dając się razem z tą zagadką zapakować do trumny. 




piątek, 3 stycznia 2014

O Polsce widzianej z ambony myśliwskiej w Ruskiej Budzie

Mimo różnego rodzaju pokus, zarówno merytorycznych, jak i związanych wyłącznie z autentyczną nienawiścią, jaką darzę tego człowieka, o noworocznym adresie Bronisława Komorowskiego do Narodu nie zamierzałem wspominać. Tyle wszystkiego, że podzieliłem się tu pewną refleksją z panią Toyahową, i na tym sprawę zamknąłem. Dlaczego tak? Z bardzo prostego powodu. Po tych wszystkich latach spędzonych na blogach, coś takiego, jak poczucie wstydu, nabiera szczególnych barw.
Tak się jednak stało, że za Prezydenta wziął się poseł Prawa i Sprawiedliwości Zbigniew Kuźmiuk, i zrobił to w takim stylu, że uznałem, że wyjścia nie mam.
O co chodzi? Otóż prezydent Komorowski zwracając się do nas ze swoim słowem zapowiedział, że w ramach swojej, zarówno naturalnej, jak i urzędowej, dbałości o przyszłość Kraju, on doprowadzi do tego, że Polska zostanie przecięta przez dwie linie autostrad – jedna prowadząca z Gdańska do granicy z Czechami, a druga od Warszawy do granicy zachodniej – a on już nawet ma dla obu projektów gotowe nazwy: Autostrada Solidarności i Autostrada Wolności.
Ktoś powie „idiota”, a ja nie mam nic przeciwko temu, żeby przed tą opinią z pokorą schylić czoła. Rzecz jednak w czymś daleko bardziej, w mojej ocenie, ciekawszym. Otóż proszę zwrócić uwagę na coś, co może, w relacji do całego wystąpienia Prezydenta, jest szczegółem, ale dla mnie szczegółem znaczącym. Chodzi o to, że Bronisław Komorowski, korzystając zapewne z usług nie jednego doradcy, jednym krótkim gestem, wykreślił ze swojej perspektywy całą Polskę leżącą na wschód od Warszawy. Jedną linię pociągnął z Gdańska do Zakopanego i nazwał ją „Solidarnością”, drugą z Warszawy do Berlina i nadał jej nazwę „Wolności” i poszedł witać Nowy Rok. Tak się mianowicie żyje, przynajmniej od roku 2010, na Krakowskim Przedmieściu.
I, jak mówię, ja bym się tym przejmował najwyżej trochę, no a już na pewno nie na tyle, by poświęcać temu osobną notkę, gdyby nie ten nieszczęsny Kuźmiuk. Otóż ten zacny człowiek, stojąc w obliczu czegoś takiego, nagle uznał, że on nic nie słyszał, nic nie widział, a to co wie, to wie od dawna. Co takiego? A to mianowicie, że przecież rząd Donalda Tuska nie wybuduje nam żadnych autostrad, nawet tej „z Zachodu na Wschód”.
Rzecz w tym Panie Pośle, że autostrady z Zachodu na Wschód nie będzie wcale nie dlatego, że Platforma Obywatelska to banda nieudaczników i nierobów, albo że im zabraknie czasu, ale z tej prostej przyczyny, że oni nie mają takich planów. A takich planów nie mają, bo dla nich Polska została określona dwa lata temu przez stadiony Euro 2012. I dalej tym ludziom perspektywa się rozmywa. A to co mnie martwi, to nie to, co z nich za ludzie, ale co Pan ma w głowie. I to Pan – człowiek z takim jeszcze nazwiskiem! Co za ślepota!
A więc mamy sytuację następującą. Prezydent Komorowski w swoim noworocznym wystąpieniu – z jednej strony, jak podejrzewam, przez swoje i swoich doradców krańcowe otępienie, a z drugiej, w wyniku ciężkich i nieusuwalnych już kompleksów – demonstracyjnie wręcz zapomina o całym wielkim rejonie Kraju, a ci, którzy, jako praktycznie jedyna opozycja, mają mu patrzeć na ręce, nie dość, że nic nie widzą, to nawet nie patrzą. I najwyraźniej się jeszcze tym szczycą.
Przychodzi ten furman i ogłasza: „Chciałbym, abyśmy nadali imię ‘Autostrada Wolności’ tej, która już dzisiaj prowadzi z Warszawy na Zachód, a później, by druga autostrada z Gdańska do granicy południowej przyjęła piękne imię ‘Solidarności’”, na co pojawia się poseł Kuźmiuk i bezkompromisowo gnoi Prezydenta ujawniając, że „wystarczy popatrzeć na aktualną mapę prezentowaną na stronie GDDKiA, żeby zorientować się, że autostrada A-2 do wschodniej granicy naszego kraju, być może nigdy nie powstanie”.
I, jak się domyślam, jest strasznie z siebie zadowolony, że przyłapał Prezydenta na czczych obietnicach.
Aż się prosi, by Kuźmiuka puknąć w jego najwidoczniej kompletnie już wyschniętą od tego posłowania pałę, i zwrócić mu uwagę, że przecież to jest dokładnie to, co Komorowski w swoim wystąpieniu zapowiedział – że tej akurat autostrady nie będzie nigdy, i że, co więcej, też nie ma takiego planu, a co najciekawsze, nawet nie widać dla niego najmniejszej potrzeby. Ani nie będzie autostrady, ani nie ma dla niej, choćby i symbolicznie złośliwej nazwy, jak Toruński Gościniec, czy Moherowa Ścieżka.
Wygląda na to jednak, niestety, że nawet i na to pukanie jest już dużo za późno. Tak jak na wszystko. I jedyne co nas usprawiedliwia, to fakt, że ów moment, kiedy trzeba było złożyć odpowiednio pięść – tak się to jakoś przedziwnie ułożyło – zanim się pojawił, to już przeminął. Fatalnie.

Serdecznie proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Za każdą pomoc jestem nieskończenie wdzięczny i dzięki niej pełen wciąż nowej energii.







Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...