niedziela, 28 kwietnia 2013

O niezapłaconych rachunkach i kolczyku w języku

Nie wiem, czy poniższy tekst będzie najkrótszym, jak dotychczas napisałem, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że tak – ten będzie najkrótszy. No, ale są rzeczy, które – a już na pewno na tym blogu – nie dość, że nie wymagają dodatkowych słów, to od niepotrzebnych komentarzy wręcz cierpią.
Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej przydarzyło, a ja od razu sobie pomyślałem, że byłoby najlepiej gdyby ona to mogła opowiedzieć tu na tym blogu. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, to ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię.
Proszę posłuchać, co mi opowiedziała moja młodsza córka. Postaram się być możliwie dokładny:
Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał: ‘Mamusiu, a gdzie my idziemy?’, na co ta mama zaczęła na niego ryczeć: ‘Ile razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku!!!! Co za dziecko! Co za dureń!!! Ile razy mu trzeba powtarzać najprostsze rzeczy?'”
I tak bez końca.
Zapytałem moje dziecko o coś, co akurat dla mnie zawsze stanowi kwestię podstawową – jak wyglądała ta kobieta? Na co usłyszałem: „No właśnie tak”.
A zatem tak. Jak? No tak. Ile razy trzeba powtarzać tę jedną, jedyną rzecz. Trzeba zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku.

Jutro zaczynamy kolejny tydzień. Dla wielu z nas czas wypoczynku i chwili odprężenia. Dla mnie jednak, przede wszystkim, czas bez pracy. Po prostu bez pracy. A zatem, proszę wszystkich, którzy są w możliwościach, o wsparcie tego bloga. Może uda nam się wyjechać choć na jeden dzień w góry. Powiedzmy do Rycerki. To tam, gdzie kiedyś, jeszcze w złotych latach PRL-u, kupiliśmy ten cholerny biustonosz. Dziękuję.

sobota, 27 kwietnia 2013

Być jak Tomasz Terlikowski

Nadszedł weekend, a wraz z nim kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". Myślę, że stanie się to naszym zwyczajem, no i że tak będzie dobrze.

Miałem okropny koszmar. Śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.
To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.
I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.
Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.
Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.
I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

Przypominam, że mam u siebie dobrych kilkanaście egzemplarzy zarówno Liścia, jak i Elementarza. Każdy kto zakupi oba za 60 złotych, bez dodatkowych już kosztów, otrzyma płytkę z pełnym, ponad godzinnym, zapisem naszej, a więc Kamiuszka, Gabriela, Orła i blogera Toyaha, rozmowy dla VOD Gazeta Polska o Diable. Jak mówię, 60 zł to jest cena, natomiast, jesli ktoś ma coś luźnego ponad to, bardzo proszę. I dziękuję.

czwartek, 25 kwietnia 2013

O fałszu nie do zniesienia, z nadzieją na upragnione światło

Miałem już nie pisać o wódzie, bo raz że ktoś mnie zacznie podejrzewać o to, że ja pije więcej, niż piję, a od czasu, jak któregoś dnia wpadłem na moją koleżankę Ginewrę cały śmierdzący piwem, szczególnie mi zależy, by tu nie było żadnych nieporozumień, a dwa, że wydaje mi się, że wszystko, co miałem do powiedzenia na temat uzależnień i relacji między nimi, a tak zwaną „dupą”, w jakiej się znajduje człowiek uzależniony, już powiedziałem. Więc po co się dalej popisywać?
Stało się jednak tak, że, jak już wspominałem parę dni temu, kupiłem mojej żonie i jednemu z dzieci tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”, i nie ma dnia, bym nie przeczytał czegoś jeszcze bardziej szczególnego, niż to, co mi się zdarzyło przeczytać dzień wcześniej. I oto trafiłem na tekst Piotra Skwiecińskiego o Aleksandrze Kwaśniewskim, a dokładnie o tym, jak to on chlał, kiedy był jeszcze prezydentem, no a później też, czyli mniej więcej zawsze. I jaki to wstyd i żenada dla kogoś, komu przyszło odgrywać rolę osoby publicznej.
Samego tekstu nie przeczytałem, bo mi się nie chciało, i ograniczyłem się tylko do leadu, a więc: „Kwaśniewski, czyli historia się powtarza, jako farsa. Wszystko wskazuje na to, że obserwujemy koniec Aleksandra Kwaśniewskiego. Koniec tyleż widowiskowy, co pouczający. A zarazem – nieco żenujący”. Obejrzałem sobie natomiast cztery zdjęcia, ilustrujące artykuł Skwiecińskiego. Dwa z nich przedstawiają Kwaśniewskiego nawalonego, jedno Kwaśniewskiego nawalonego być może, natomiast czwarte najprawdopodobniej trzeźwego Skwiecińskiego.
Problem jaki mam, pisząc ten tekst, jest taki, że ja używam słowa „najprawdopodobniej” bardzo świadomie. Rzecz bowiem w tym, że ja tak naprawdę nie wiem, czy na tym zdjęciu Skwieciński jest trzeźwy, czy może równie pijany, jak Kwaśniewski, tyle że to jest zdjęcie pozowane, więc diabli wiedzą, co się tam działo przed i po?
Zanim ktoś mnie spyta, czemu ja się znowu dopieprzam do ludzi, tym razem w osobie Bogu ducha winnego Skwiecińskiego, podzielę się pewnym kompleksem, który, jak idzie o tego człowieka, prześladuje mnie od kilku lat, a dokładnie od jesieni roku 2008. Jesienią owego roku udałem się mianowicie do Warszawy na tak zwane „3 Urodziny Salonu”. Wielokrotnie opowiadałem najróżniejsze przygody, które mi się podczas tego wieczoru przytrafiły, natomiast na temat jednej z nich milczałem, jak zaklęty. Otóż chodzi o to, że w pewnym momencie wpadłem na Piotra Skwiecińskiego we własnej osobie, który był pijany jak bela. On nie był pijany w taki sposób, że coś tam pokrzykiwał, poklepywał ludzi po plecach, i śmiał się głośniej, niż wypada. On był pijany tak, jak są pijani ludzie, którym pozostaje już tylko bardzo się starać, by się nie wyrzygać. On był pijany tak, jak mnie się zdarzyło jeden raz w życiu, tyle że byłem wówczas kompletnie sam i na szczęście nikt mnie nie widział.
A więc przeszedł obok mnie Skwieciński, pijany jak bela, taki biedny i skoncentrowany wyłącznie na tym, by się nie wywalić, a ja sobie myślałem, co za czort go opętał? Czemu on się tak fatalnie wystawił? Czemu on nie wziął pod uwagę tego, że jest w końcu osobą publiczną, i to go do czegoś zobowiązuje? Choćby do tego, by zadbać o to, by po latach ktoś, kto jest mu osobą całkowicie obcą, nie musiał go kojarzyć wyłącznie z kimś, kto się zawsze musi nawalić. A tak się niestety stało. Ja dziś widzę zdjęcie Skwiecińskiego pod tekstem poświęconym Kwaśniewskiemu i jego nodze i widzę go dokładnie w tym stanie, co przed pięcioma laty. Walczącego z siłami biologii, fizyki i przyrody, i walkę tę na całej linii przegrywającego.
A więc powstaje pytanie, czemu ja się znęcam nad Skwiecińskim, który – co jest bardzo prawdopodobne – ma na sumieniu tylko tyle, że lubi sobie golnąć? I to ja, a więc ktoś, dla kogo flaszka stanowi w pewnym sensie wręcz obsesję. Otóż, jak idzie o mnie, niech Skwieciński będzie sobie zwykłym pijaczkiem, człowiekiem o bardzo słabej głowie, ciężkim alkoholikiem, względnie kimś, kto się nie potrafi oprzeć – tak jak ja – miłej atmosferze. To co mnie dziś dręczy, to fakt, że on będąc jednym z wymienionych wyżej typów, a jednocześnie osobą publiczną, postanawia nagle napisać tekst wyśmiewający chlanie prezydenta Kwaśniewskiego. Przepraszam bardzo, ale to już jest wyjątkowa bezczelność. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ja widziałem Kwaśniewskiego setki razy, w tym pijanego razy trzy, natomiast Skwiecińskiego tylko raz, i to właśnie ten jeden raz.
Ale to też nie jest największy problem. To że Skwieciński, sam nie dbając w ogóle o dobrą opinię, zarzuca dokładnie to samo innym. U nich to jest, zwłaszcza ostatnio, wręcz plaga. On jest zaledwie jednym z dziennikarzy, w dodatku dziennikarzem, któremu w tej walce szczurów przypadło miejsce po stronie tak zwanej opozycji, gdzie wszystkiego jest mniej, i w znacznie gorszej jakości. To, co mnie wręcz niszczy wewnętrznie, to to, że on jest tak naprawdę zaledwie przykładem czegoś znacznie szerszego. Mam tu na myśli coś, co można określić bardzo wulgarnym zawołaniem: „A chuj tam!” Fakt, że ta obelżywość dobiegła nas ze strony tak zwanych „naszych”, jest wyjątkowo upokarzający.

Bardzo proszę wszystkich, którzy czytają te teksty i znajdują w nich czy to pocieszenie, czy codzienną inspirację do walki, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A ja mogę tylko obiecać, że te pieniądze nie pójdą na wódkę. Niestety, te czasy jeszcze wciąż daleko przed nami. Dziękuję.

środa, 24 kwietnia 2013

Dlaczego pijacy to złodzieje? Dlaczego kurwy kradną?

Moja ciocia, siostra mojej mamy, któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy sobie u nas na wsi i oglądaliśmy telewizję, rzuciła następujące zdanie: „Popatrz na niego. Obraca tymi oczami, jakby chciał cos ukraść”. Opis ten dotyczył występującego akurat przy jakiejś okazji Donalda Tuska, natomiast na mnie zrobił takie wrażenie, że do dziś go pamiętam, nawet nie ze względu na swoją celność – on faktycznie wyglądał tak, jakby akurat kombinował, żeby coś zbroić – ale przez owo słowo „ukraść”. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy, że jak to się stało, że w kulturze ludowej grzech kradzieży został uznany za coś tak strasznego, że wszedł do sfery symboli czegoś najgorszego.
Na blogu tym, ledwo co wczoraj, pojawił się nowy komentator, podpisujący się nie wiedzieć czemu Roman G, i zgłosił do mnie pretensje o to, że, chcąc dokuczyć kompozytorowi Preisnerowi, zelżyłem go od „pijaków”. Wedle argumentacji Romana G, ponieważ we wspomnianej wcześniej kulturze wiejskiej istnieje zbitka „pijak i złodziej”, ja w ten sposób tak naprawdę nie szkodzę Preisnerowi, ale samemu sobie, pokazując, że nie umiem skutecznie argumentować. Co miałem na ten temat do powiedzenia, napisałem już w kolejnych komentarzach pod tamtą notką, natomiast wciąż nie potrafię przestać myśleć o tych pijakach i złodziejach, i o tym, dlaczego te dwa pojęcia w ludowej mądrości zostały tak mocno uwypuklone.
I oto wydaje mi się, że znalazłem na ten dylemat odpowiedź. Mam bowiem bardzo silne wrażenie, że zarówno w tym wypadku, jak i w wielu innych, kiedy to nasi wieśniacy próbowali najkrócej jak się tylko da, przekazać nam coś bardzo podstawowego, stoimy przed czystą, niezwykłą zupełnie w swojej prostocie, prawdą. Z punktu widzenia ludzi żyjących w środowiskach wciąż jeszcze nieskażonych panoszącym się wokół nas kłamstwem, człowiek czyniący zło, czyni je, ponieważ uległ pokusie Szatana. I to jest początek i koniec wszystkiego. Jest Szatan i jest zło. Jest zło, ponieważ skusił nas Szatan. W jaki sposób owo kuszenie się odbyło? Tu oczywiście mogło być różnie. Dla wspomnianego wieśniaka, w sposób zupełnie naturalny, musiała być to wódka. Nie burdel, nie kokaina, nie hazard, nie banki wreszcie, ale zwykła wóda. A jeśli wóda, to zło. Jakie zło? Tu też, jak sądzę pewne cywilizacyjne ograniczenia nie pozostawiały wielkiego wyboru. Cóż złego bowiem mógł zrobić prosty wieśniak, który wpadł w alkoholizm? No, oczywiście mógł pobić żonę, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że to ona by mu wlała najpierw. Mógł z całą pewnością kogoś zabić sztachetą, tyle że wówczas równie dobrze sam mógł oberwać, więc mieliśmy w pewnym sensie pojedynek równych sił. Mógł wreszcie, jeśli był wiejskim urzędnikiem, człowieka, który zwrócił się do niego o pomoc, oszukać. Wieś jednak to tylko wieś, i urzędnik jako taki mógłby być dla nas interesujący wyłącznie statystycznie, natomiast jak idzie o tak zwane życie – to nie o niego mogło tu chodzić. Chodziło mianowicie o zwykłego pijaka i złodzieja. Właśnie złodzieja. Kogoś, kto widzi coś, co ma ochotę mieć, więc to sobie bierze.
Pisałem o tym w swoim „Elementarzu”. Dziadek mój, ojciec Mamy i wspomnianej wcześniej cioci, miał piękny brzozowy las. Kiedy byłem dzieckiem, to był też mój las, moje życie i moje szczęście. Dziadek również ten las kochał i o niego dbał. Kiedy jednak był już na tyle stary, że nie był w stanie się nim ani zajmować, ani nawet go doglądać, las ów w ciągu zaledwie paru lat został całkowicie rozkradziony w ten sposób, że okoliczni mieszkańcy powycinali na swoje potrzeby wszystkie znajdujące się tam drzewa. Opowiedziałem tę historię pewnemu góralowi, u którego swego czasu lubiliśmy spędzać część wakacji. Proszę sobie wyobrazić, że ja, mimo że się bardzo staram, nie umiem powiedzieć, jaki inny występek mógłbym opisać, by zrobić na nim takie wrażenie, jakie zrobiła na nim historia o tym skradzionym lesie. O tym złodziejstwie. No dobrze. To było niemal już dwadzieścia pięć lat temu, więc gdybym mu opowiedział o tym, jak pewna matka z Sosnowca zamordowała swoje dziecko i dzięki temu stała się ogólnanarodową celebrytką, on by pewnie coś brzydkiego mruknął pod nosem. Nie sądzę jednak, by to nim tak poruszyło, jak ta kradzież.
Czy ludzie, którzy wycięli mojemu dziadkowi las byli wszyscy pijakami? Może tak, może nie. Tego nie wiemy, i chyba nie jest to dla nas dziś bardzo ważne. Natomiast nie mam wątpliwości co do tego, że każdy z nich musiał się wcześniej w jakiś swój szczególny sposób dać zniewolić. Zniewolić przez co? Przez kogo? Oczywiście nie przez Tego Który Niesie Wolność, ale Tego Który Niesie Kajdany. To jest bardzo oczywiste. A jeśli dał się zniewolić, reszta poszła już prosto z górki. Jak to mówiliśmy będąc dziećmi – na pazurki. Prosto w objęcia grzechu.
A zatem wracamy do myśli, która stała na początku tych refleksji. Mamy grzech i mamy zło. Cała reszta, to już wyłącznie kwestia słów i sposobu jak ich użyjemy, by ten grzech i to zło opisać. No i jeszcze coś. Co tego typu rozważania mają wspólnego z podstawowym celem tego bloga, który, jak wiemy, został powołany do tego, by komentować przede wszystkim politykę? Otóż, aby to wyjaśnić, a przy okazji się usprawiedliwić, pozwolę sobie lekko zmienić ów piękny moim zdaniem w swojej prawdziwości opis, i zamiast pijaków i złodziei, dać kurwy i złodziei. Jestem pewien, ze wciąż pozostaniemy w okolicach owych prawd podstawowych.
A skoro już nam się ostatnio zgadało na temat kompozytora Preisnera, a tylu jeszcze innych czeka w kolejce, gotów jestem się z tego pijaka wycofać. Tak naprawdę, ja nawet nie mam powodu myśleć, że on pije. Podobnie, jak nie wiem, czy chleje człowiek, o którym moja ciocia powiedziała, że patrzy jak złodziej. I niech mi nikt nie mówi, że jestem mało elastyczny.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Bez tego się nie wyratujemy. Dziękuję.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Zbigniew Preisner słyszy głosy

Ponieważ bardzo ładnie nam tu wyszła poprzednia notka, będąca powtórzeniem mojego ostatniego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”, pomyślałem sobie, że ze względu na nasze wspólne sprawy, zamieszczę dziś kolejny tekst, jaki napisałem dla Piotra Bachurskiego, a który w tej sytuacji oczywiście już się okazać będzie mógł tylko tutaj. Bachurski zatem dostanie coś nowego, a my tymczasem czytajmy o Preisnerze.

Zbigniew Preisner i jego kompozytorska twórczość zajmują mnie o tyle, o ile jestem gdzieś z wizytą, i gospodarze nagle wyciągną dołączoną do „Gazety Wyborczej”, czy do któregoś z kolorowych magazynów, płytę z jego muzyką, i powiedzą: „Posłuchaj, jakie to piękne”. Poza tym, na jego temat nie wiem nic, i, prawdę powiedziawszy, kiedy przed chwilą dowiedziałem się, że ów człowiek zapowiedział pozwanie do sądu Prawa i Sprawiedliwości za bezprawne wykorzystanie jego utworu, pierwsze, co pomyślałem, to to, że ciekawe, że on jeszcze żyje.
No i okazało się, że nie dość, że żyje, to jeszcze kopie. Przy okazji wyszło coś jeszcze – jeśli wziąć pod uwagę sposób, w jaki on wymachuje tymi kopytami, można z bardzo dużym prawdopodobieństwem przyjąć też, że on chleje. I to chleje tak, że aby to wiedzieć, nie trzeba go ani widzieć, ani słyszeć. Wystarczą informacje o tym, co on zrobił, czy, co powiedział. Takie rzeczy na trzeźwo się nie dzieją.
Wiadomość, która kazała mi się zastanowić nad stanem, w jakim znalazł się Presiner, krótko mówiąc, sprowadza się do tego, że on dostał cholery na PiS za rzekome wykorzystanie jego melodii dla propagowania smoleńskich emocji, a kiedy go jednoznacznie zapewniono, że to jest jakaś plotka, on stwierdził, co następuje:
Co mnie obchodzi oświadczenie PiS? Wiem, że to było wykonywane o godz. 19.55 w czwartek, kiedy manifestacja szła z Wawelu na Rynek Główny. Mam na to świadków, moich kolegów, współpracowników, którzy to słyszeli na rogu Rynku i ul. Grodzkiej”.
A więc, jak rozumiem, było tak, że paru kolegów Preisnera siedziało 18 kwietnia w knajpie na Grodzkiej, kiedy zobaczyli ludzi z białoczerownymi flagami i usłyszeli melodię, którą rozpoznali, jako melodię Preisnera. Któryś z nich złapał za telefon i zameldował: „Ty, Zibbi. Jest 19.55, siedzimy z Kawą i Rzepą przy Rynku i Grodzkiej, obok idzie jakaś pisobolszewia i grają twój numer. No wiesz – ten wzruszający, o tym tam… no wiesz? Rób młyn”.
No i mamy to, co mamy. Presiner biega od stacji do stacji i drze mordę, że pisowcy go wciągają w ten pieprzony Smoleńsk, a on już na to rzyga, i sobie nie życzy, i jeśli oni go natychmiast nie przeproszą, to on dostanie jeszcze większej cholery i wtedy dopiero świat zobaczy, jaki wygląda apokalipsa. Na to przychodzi PiS i tłumaczy, jak dziecku, że jemu musiało się coś pomylić, ewentualnie źle usłyszał, lub ktoś go nabrał, a ten wciąż swoje: „Nic mnie to nie obchodzi. 19.55. Róg Rynku i Grodzkiej. Koledzy mówili. Żądam przeprosin”.
Wydaje się, że w tej sytuacji najprościej byłoby uznać, że Preisner od tej wódy zwyczajnie zwariował i przestać go traktować poważnie. Jak jednak uczy przykład Lecha Wałęsy – a przecież nie tylko jego – można się spodziewać, że dalej już będzie tylko weselej.

Będę szczery swoją chłopską szczerością i powiem, że w tej chwili nie mamy nic i jeśli tu mi się nie uda czegoś wyprosić, to leżymy. I tak leżymy, ale wtedy leżymy jeszcze bardziej płasko. Powiedziałbym, że jesteśmy wbici w ziemię. Bardzo proszę o zrozumienie. I dziękuję.

sobota, 20 kwietnia 2013

Jarosław Gowin - człowiek z sercem po prawej stronie

Poniższy tekst ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie”, jako kolejny z felietonów, które dzięki zainteresowaniu Piotra Bachurskiego mam okazję publikować tam od kilku miesięcy. Umieszczam go tu, raz, ponieważ zwykle dzielę się tym, co robię poza tym blogiem, a dwa, że, moim zdaniem, temat, który tu poruszyłem, z każdym dniem staje się coraz bardziej aktualny, i szkoda by było go ograniczyć tylko do jednego miejsca. Proszę o uwagę.
Jeśli ktoś powie, że w dniach po 10 kwietnia 2010 roku, demonstrowane przez oficjalną opinię publiczną żal i poruszenie, były większe, niż to, co obserwujemy dziś, kiedy to w wyniku eksplozji w Bostonie zginęły trzy osoby, nie będę się upierał i twierdził, że było inaczej. Niemniej to, co właśnie obserwuję, każe mi podejrzewać, że te różnice nie są jakoś szczególnie rażące.
Weźmy choćby jedną z pierwszych informacji, jakie do nas dotarły, kiedy już policzono straty i mniej więcej uprzątnięto teren ataku, a mianowicie, że cała kupa gwiazd amerykańskiego popu, takich jak Justin Bieber, Oprah Winfrey, czy Britney Spears wzięła udział w akcji pod hasłem „Modlitwa za Boston”. A to przecież nie wszystko. Wspomniana Britney Spears na przykład dodatkowo na Twitterze napisała: „Wysyłam moje myśli i modlitwy do Bostonu, moje serce jest z wami wszystkimi”.
Ja akurat nie przypominam sobie, żeby, skoro już mówimy o Twitterze, by taki Radek Sikorski w niedzielę 11 kwietnia napisał, że on swoje myśli i modlitwy wysyła do Smoleńska. Nie pamiętam też, żeby to zrobiła piosenkarka Dąbrowska, czy ktoś o podobnej pozycji. W ogóle, nie bardzo potrafię sobie przypomnieć nic, poza tymi biednymi ludźmi siedzącymi przed telewizorami i przecierającymi oczy ze zdumienia, widząc, jak toczy się debata, czy Wawel to dobre miejsce dla kogoś tak marnego, jak Lech Kaczyński i ta maszkara, jego żona. A tu, proszę. Łzy leją się jakby niebo się otwarło. Trzy osoby.
Ktoś powie, że to, co robię, to demagogia, że gdzie Polska, gdzie Ameryka, że Amerykanie zawsze lubili takie akcje, a my Polacy czcimy pamięć swoich zmarłych w samotności. No i dobrze. Jak już wspomniałem, jestem dziś bardzo zgodny.
Jednak nie mogę nie zauważyć, że wśród tych wszystkich reakcji na owo bostońskie nieszczęście, jest też jedna, która robi autentyczne wrażenie. Oto odezwał się minister Jarosław Gowin, ostatnio coraz częściej wymieniany, jako nowa nadzieja polskiej prawicy, i ogłosił, że „Wszyscy jesteśmy Bostończykami”.
No a ja znów nie przypominam sobie, by ów wybitny mąż kiedykolwiek po 10 kwietnia oświadczył, że „dziś wszyscy umarliśmy w Smoleńsku”. Z tego, co zdążyłem zauważyć i zapamiętać, on wówczas najczęściej albo robił miny, albo – jeśli już mu się udało zwalczyć gnuśność – to wzywał, by nie grać katastrofą, i nie szerzyć nienawiści. Czy jakoś tak.
Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się czepiam tego człowieka, bo przecież mogło być znacznie gorzej. On równie dobrze mógł zamiast tego opowiedzieć żart o podmienionych nogach, lub o pijanym generale, a jak wiemy, tego nie zrobił. No i dobrze. Niech więc i tak będzie. Od czasu, gdy Lech Wałęsa wybrał czerwonych i prawica pozostaje wciąż bez nowych bohaterów, możemy przynajmniej liczyć na Gowina. Tygodnik „Sieci” już nawet zaczął przygotowywać teren pod przyszłe zwycięstwa. Polecam. Prawdziwa fantazja. Nasi atakują.

No i jak? Dzieje się, czyż nie? Na koniec wiadomość. Otóż otrzymałem pełny – a więc znacznie wykraczający poza to, co można obejrzeć w Internecie – zapis rozmowy, jaką jeszcze w zeszłym roku ja, Gabriel i Kamiuszek odbyliśmy wspólnie z Józefem Orłem w studio „Gazety Polskiej” na temat Diabła i jego ścieżek. Mam w związku z tym propozycję. Każdy, kto zakupi u mnie komplet w postaci książki o liściu, oraz „Elementarza” za 60 złotych, bez dodatkowych kosztów pocztowych, otrzyma dodatkowo płytkę z zapisem tej rozmowy. Jeśli ktoś książek nie potrzebuje, natomiast ma ochotę na płytkę – co łaska, w pełni wystarczy. Dziękuję i polecam.

piątek, 19 kwietnia 2013

Układ otwarty! Cieszmy się i radujmy!

Tuż obok tekstu – zajmowałem się nim we wczorajszej notce – zachęcającego do tego, by, jeśli ktoś tylko jest spragniony rozrywki na wysokim poziomie, a w dodatku ma jeszcze pewne ambicje intelektualne, zechciał zaprosić do siebie artystę estradowego Ryszarda Makowskiego, a on, dzięki swojemu niewymuszonemu poczuciu humoru i miłej powierzchowności, rozrywkę ową zapewni w jednej chwili, pojawiła się informacja, że oto filmowy przebój ostatnich miesięcy, a kto wie, czy nie lat, „Układ zamknięty”, przede wszystkim bije rekordy popularności, a w dodatku otrzymał nagrodę ufundowaną przez coś, co nosi nazwę „Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej”. Nagroda nazywa się „Wektor Nadziei”, wręczony został podczas uroczystej gali, a twórcy wspomnianego filmu otrzymali go za „odwagę w dążeniu do przedstawienia prawdy o problemach, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy w starciu z bezwzględna machiną urzędniczą”.
Ja nie mam pojęcia, jak wyglądała ta gala, nie wiem, czy jej gościem honorowym był prezydent Komorowski, nie wiem nawet, czy ona przypominała w czymkolwiek galę – a może ją znacznie swoją wystawnością przerastała – która odbyła się nieco wcześniej, przy okazji premiery filmu. Nie wiem tego, i, choć pewne wyobrażenie na temat owej fety oczywiście mam, nie bardzo mnie ona interesuje. To bowiem, co autentycznie nie daje mi spać, to świadomość, że nasza patriotyczna wrażliwość i zaangażowanie są atakowane niemal z każdej strony albo przez szyderczy śmiech, albo przez tę nędzę, której niejako symbolem jest zarówno satyryk Makowski ze swoim zgnuśnieniem, jak i ten film. To jest naprawdę okropne, że po tylu latach tych wszystkich upokorzeń, okazuje się, że wybawienie przychodzi z tej właśnie strony.
Co mi się nie podoba u Makowskiego i towarzystwa, którego częścią on się stał i dziś jest jednym z prominentnych przedstawicieli, jest dosyć oczywiste, i pisałem o tym wczoraj. Co do filmu, sytuacja jest znacznie trudniejsza. Przede wszystkim, jak idzie o „Układ zamknięty”, ja z niego nie widziałem nawet owego, tak zwanego, trailera. Jak idzie o ten akurat film, jedyne, co o nim wiem, to to, że to jest jeszcze jeden produkt polskiej kinematografii lat, które powszechnie określamy jako III RP, no i oczywiście to, że wiernymi fanami filmu są prezydent Komorowski i Marek Goliszewski. Ktoś powie, że skoro ktoś taki, jak Komorowski, uważa film „Układ zamknięty” za rzecz wartościową, nam już nic więcej nie jest potrzebne. Ja jednak wciąż czuję, że to jest zbyt mało. W końcu, proszę mi powiedzieć, co ja zrobię, jak się jakimś cudem okaże, że jego ulubionym filmem nie jest „Miś”, ale „Ojciec Chrzestny” na przykład? Hę?
Proszę się jednak nie martwić. Nic nam nie grozi. Wszystko jest na swoim miejscu. Makowski odbiera telefony z propozycjami uwznioślenia przyjęć pierwszokomunijnych organizowanych przez młode prawicowe małżeństwa, a film „Układ zamknięty” jest tak samo do dupy, jak wszystko, co polska kinematografia stworzyła między rokiem 1980, a dziś, ze szczególnym naciskiem na czasy współczesne.
Skąd ja to wiem? Otóż właśnie dotarła do mnie wiadomość, że w hołubionym przez tygodnik „Sieci” – a przecież nie tylko – filmie „Układ zamknięty”, jako „ten zły”, występuje Centralne Biuro Antykorupcyjne dowodzone, jak się należy domyślać, zza pleców Jarosława Kaczyńskiego, przez Mariusza Kamińskiego. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wiadomość, pomyślałem sobie, że to jest niemożliwe. Sprawa, o której traktuje film Bugajskiego dotyczy roku 2003, a więc czasów, kiedy o istnieniu CBA nawet System nie wiedział, a więc to pewnie chodziło o jakieś CBŚ, czy co tam wtedy zajmowało się wykańczaniem ludzi, których wykończyć należało, tyle że jakimś bałwanom się coś pomyliło. Tymczasem, jak się okazuje, to jest najprawdziwsza prawda. Autorzy filmu uznali, że dla większej dramaturgicznej wiarygodności, najlepiej będzie jeśli za złego tam będzie robił Kaczyński… oczywiście nie osobiście, bo klientela owego dziwnego projektu mogłaby tego nie przełknąć, ale reprezentowany przez to straszne CBA.
I się udało. Syn mój, który oryginalnie przyniósł mi tę informacje, mówi mi, że w ten sposób ten film jest szeroko odbierany. Że to jest relacja z czasów, kiedy rządził Kaczyński, a brudną robotę wykonywało za niego CBA.
I uważam, że najprawdopodobniej taki był pierwszy cel powstania tego filmu. Pokazać najpierw, jak to było strasznie w Polsce w czasach, gdy rządził Kaczyński z bratem i z tą bandą gangsterów, a następnie pozwolić przedstawicielowi Nowej Cywilizacji w osobie prezydenta Komorowskiego, wyrazić nadzieję, że już nigdy, i takie tam…
I okay. Wielokrotnie tu miałem okazję podkreślać, że ja wszystko świetnie rozumiem. Rozumiem i akceptuję. Oni mają swoje interesy, ja swoje. Oni swoje plany – my swoje. Powiem wręcz, że ja bym się bardzo zdziwił, gdyby któregoś dnia sprawy poszły w innym kierunku, i nagle by się okazało, że ta banda morderców ma uczciwe wobec nas zamiary. To co mnie jednak okropnie martwi, to sytuacja, w której główni przedstawiciele ruchu, który wielu z nas lubi określać pojęciem Polski Walczącej, okazują się być ludźmi obłąkanymi. Zwyczajnie obłąkanymi. I proszę mi uwierzyć, że kiedy używam tego słowa, jestem pełen swej wrodzonej łagodności. Bo nie ulega wątpliwości, że jeśli oni w jednej chwili się nie doprowadza do porządku, oni zwyczajnie zatęsknią za czasami, kiedy nam się w naszej dobroduszności i dziecięcej naiwności wydawało, że to jest zaledwie głupota.

System wspierania tego bloga jest tak zorganizowany, że wszystko odbywa się tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Czemu? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, zależało mi od początku na tym, by to była pomoc, która dzieje się w kompletnej ciszy. Żeby ona była ograniczona wyłącznie do relacji między mną, a osobą, która wspiera. I, jak mówię, bez zbędnych słów. Drugi powód jest taki, że cała ta sytuacja jest dla mnie bardzo niezręczna, wolałbym, żeby jej nigdy nie było, i staram się – poza niezbędnymi apelami – o niej nawet nie wspominać. Kłopot w tym, że przez to właśnie, o tym, jak jest, wiem tylko ja. Chciałem więc poinformować, że z jakiegoś powodu – mam nadzieję, że to tylko czysty przypadek – od kilku dobrych dni, wszystko praktycznie stanęło. Przed nami tydzień, który nie mam pojęcia jak przeżyjemy. I chciałbym, żebyście to wiedzieli. I tyle. Dziękuję za obecność.

czwartek, 18 kwietnia 2013

O tym jak Rudy, Alek i Zośka trafili do burdelu

Tygodnik „Sieci”, dawniej „W Sieci” kupuję z dwóch powodów. Przede wszystkim, zarówno pani Toyahowa, jak i starsza Toyahówna bardzo nalegają na to, by w domu zawsze było jakieś tak zwane prawicowe pismo, a ja już wolę, gdy jest to „Sieci”, niż „Do Rzeczy”, czy co gorsza „Rzeczpospolita”. Drugi natomiast powód jest taki, że swego czasu zauważyłem pewną prawidłowość. Otóż, ile razy zarzucałem czytelnictwo prawicowych mediów, ów gest, w połączeniu z wcześniejszą rezygnacją z oglądania telewizji, odbierał mi choćby i minimalną codzienną porcję inspiracji, tak przecież potrzebną do prowadzenia bloga takiego jak ten.
No więc w tym tygodniu również zakupiłem numer tygodnika „Sieci” i, powiem szczerze, po raz pierwszy, z tak potężną wyrazistością, zrozumiałem, że to wszystko jest znacznie bardziej poważne i jednocześnie o wiele tragiczniejsze, niż to się mogło wydawać. I tym razem nie mam ochoty ani drwić z tej tak zawstydzająco tandetnej okładki, gdzie widzimy trzech kultowych powstańców Warszawy, Rudego, Alka i Zośkę, jak ze swoimi spluwami patrzą nam groźnie prosto w oczy i każą nam ruszać na wroga; nie mam ochoty – zwłaszcza, że tę akurat kwestię poruszyłem w swoim ostatnim felietonie dla „Warszawskiej Gazety” – znęcać się nad owymi żałosnymi próbami przeciągnięcia na naszą stronę kogoś tak doszczętnie skompromitowanego, jak Jarosław Gowin; nie chce mi się nawet tłumaczyć Łukaszowi Warzesze, że bycie dziś fanem filmów Juliusza Machulskiego, podobnie jak słuchanie Budki Suflera, jest już dawno passe, więc mógłby się nasz redaktor głupio nie wyrywać. Nawet oszczędzę Krzysztofa Feusette. A wszystko to przez jeden maleńki i skromny artykuł, umieszczony w przedniej części numeru, między informacją o tym, że ulubiony film prezydenta Komorowskiego „Układ zamknięty” już dziś cieszy się wyższą oglądalnością od nowej Szklanej Pułapki 5 oraz nowego Tarantino, i zbiera kolejne nagrody za walkę z Systemem, a zapowiedzią, że dziś właśnie w Krakowie odbędą się wielkie uroczystości poświęcone Lechowi Kaczyńskiemu. Artykuł, zatytułowany „Zaproś satyryka”, jest tak maleńki i tak skromny, że pozwolę sobie go tu zacytować w całości:
Jeśli ktoś z Państwa poszukuje występu kabaretowego, doradzamy zaproszenie znanego z naszych łamów satyryka Ryszarda Makowskiego. Był on współtwórcą kabaretu OT.TO. Współpracuje z Kabaretem Pod Egidą, Wydał autorskie płyty – „Pęc ze smiechu” i „Na ochotnika do psychiatryka”. Pogoda ducha twórcy powoduje, że jego recitale gwarantują znakomitą zabawę, ale jest w nich miejsce także na refleksję. Kontakt: rychom@netix.pl, tel. 601 81 23 81.
Jeśli ktoś sobie w tej chwili myśli, że ja znów zaczynam sobie robić jaja ze spraw poważnych, do zapewniam, ze nie tym razem. Tym razem jestem jak najbardziej poważny. I nic nie zmyślam. To, co wyżej, to tekst jak najbardziej autentyczny, zamieszczony przez redakcję „Sieci” w numerze 15 z kwietnia tego roku, w dodatku bez żadnej dodatkowej informacji, sugerującej jakikolwiek podstęp, czy może zaledwie ironię. Oni autentycznie, w pewnym momencie, zamieścili ogłoszenie, domyślam się zredagowane przez samego „satyryka Makowskiego”, wraz z jego mailowym adresem i numerem telefonu i prośbą o to, by, jeśli ktoś gdzieś urządza jakieś przyjęcie, czy to urodzinowe, czy pierwszokomunijne, czy może z okazji dobrego zdania matury, to zawsze może napisać, lub zadzwonić, a Makowski z całą pewnością przyjedzie, i dostarczy zarówno pysznej zabawy, jak i poważnych refleksji.
Powiem szczerze, że tekst ten, z mojego punktu widzenia, jest tak przygnębiający, że nie dość, że nie chce mi się go analizować, i tłumaczyć, w czym rzecz, to jeszcze czuję, że jeśli nie skończę teraz pisać tej notki, to się to dla mnie zwyczajnie źle skończy. Może więc coś opowiem. Niedawno bardzo, proszę sobie wyobrazić, dowiedziałem się, że znany przed laty piosenkarz Jerzy Połomski był, i wciąż jest, rodzinnie związany z Katowicami. Skąd ta wiadomość? Otóż spotkałem go kiedyś na dworcu w Katowicach. Stałem w kolejce po bilet do kasy, a Połomski stał przede mną, no i śmy sobie trochę porozmawiali. Od tego czasu widziałem go parę razy, no i za każdym razem sobie myślałem, że to jest bardzo szczególna sytuacja. Idzie sobie człowiek z domu do pracy, lub odwrotnie, patrzy, a tu sam Jerzy Połomski. Dziwne.
Oczywiście, dla znacznej części osób czytających ten tekst, nie dość, że sama ta historia nie jest warta większej uwagi, to niektórzy z nich nawet nie bardzo wiedzą, o kim ja w ogóle mówię. Jerzy Połomski to najstarsza staroć i naprawdę nie ma żadnego powodu, by się nim dziś zajmować. On kiedyś, owszem, był gwiazdą, ale dziś? No, bez przesady. Ani on, ani Irena Santor, ani Sława Przybylska, ani Maria Koterbska – można by wymieniać – nie są dziś już nikomu potrzebni. Ten pociąg, jak to mówią, już odjechał. Mniej więcej w roku 1990.
A mimo to, uważam, że gdyby dziś we wspomnianych Katowicach ktokolwiek z nich załatwił sobie występ w jakiejś skromnej sali, zebrałby publiczność dużo większą, niż taki Ryszard Makowski. Mimo to, jestem pewien, że każdy z nich miałby większe prawo przypomnieć Polsce swoje istnienie i zwrócić się do dawnych słuchaczy, by ją, czy jego, zechcieli jeszcze raz posłuchać. Ale też mimo to, uważam, że gdyby którykolwiek z nich, dajmy na to, wspomniany wcześniej Jerzy Połomski, stracił rozum na chwilę i pozwolił sobie na to, by w zaprzyjaźnionej gazecie opublikować tekst typu:
Jeśli ktoś z Państwa poszukuje występu piosenkarza, doradzamy zaproszenie znanego jeszcze z dawnych lat PRL-u, Jerzego Połomskiego. Był on kiedyś bardzo znanym piosenkarzem. Występował zarówno w telewizji, jak i na największych scenach w całej Polsce i zagranicą. Był wykonawcą tak znanych przebojów, jak „Cała sala śpiewa z nami”, czy „Bo z dziewczynami”. Piękny głos piosenkarza powoduje, że jego recitale gwarantują znakomitą zabawę, ale jest w nich miejsce także na refleksję. Kontakt: jurasp@netix.pl, tel. 601 81 23 81
… cała Polska najpierw spłonęła by ze wstydu, a następnie popełniła zbiorowe harakiri.
Ktoś powie, że nie mam się co tak podniecać, bo Połomski to jednak człowiek o pewnej reputacji i jemu pewnych rzeczy robić nie wypada. Natomiast Makowski? No cóż. Jak by to ująć? Makowski, to Makowski, i tyle. Jemu z pewnością wolno więcej. No i gotów jestem się z tym zgodzić. Makowskiemu wypada robić wiochę, tyle że tu wcale nie najbardziej chodzi o niego. Ja mam znacznie większy, niż z nim, problem z tygodnikiem „Sieci”, magazynem, który moja żona i córka czytają regularnie, i bardzo liczą na to, że to, iż on się w ogóle ukazuje, ma dla nas wszystkich pewne znaczenie.
Otóż ja uważam, że jak idzie o znaczenie, powinniśmy jak najszybciej zapomnieć o wszelkich marzeniach. To wszystko już dawno jest nieaktualne. Podobnie jak piosenki Marii Koterbskiej, tyle że znacznie gorzej. Bo te piosenki niektórym z nas pozwalają przynajmniej wspominać. Jak idzie o tych, którzy próbują zawładnąć naszymi emocjami, zachęcając nas do tego, byśmy za jakieś marne parę stów zechcieli sprowadzić do siebie Ryszarda Makowskiego, by nam opowiedział parę dowcipów (po stówie za jeden), oni ledwo co zaczęli, to już skończyli. Dlaczego? Dlatego, że najpierw uznali, że to na nich wszyscy czekaliśmy, a później doszli do wniosku, że to dopiero za chwilę, bo oni najpierw muszą się pozbierać. Tekst zachęcający do korzystania z kabaretowych usług Ryszarda Makowskiego, świadczy o tym, że tam w tej chwili mamy do czynienia już z czystą desperacją. Desperacją tak wielką, że nie liczy się nic. Ani przyzwoitość, ani wstyd, ani nawet pozory wstydu i przyzwoitości.
Jakież to straszne, że zapędzono nas wszystkich w takie właśnie ponure miejsce. Karnowscy ze swoimi kumplami wyciągają nagle nam tego Zośkę, Alka i Rudego i każą nam brać z nich przykład. Nam! To my mamy z nich brać przykład? Co za bezczelność!
Swoją drogą, może i tak dobrze, że skończyli na tym apelu z okładki, żebyśmy nie pozwolili i takie tam. Gorzej, gdyby tam zamiast tego dali krótką notkę: „Jeśli ktoś z Państwa interesuje się dziejami polskiego patriotyzmu, doradzamy zaproszenie znanego satyryka Ryszarda Makowskiego, który w zabawny, a jednocześnie refleksyjny sposób, opowie Państwu o tym, jak to bohaterowie naszej historii Rudy, Alek i Zośka walczyli z rudym Niemcem”.
Wygląda na to, że wciąż parę jeszcze rzeczy przed nami.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Jak na ironię, przez to, że pewnego dnia zdecydowałem się na jego prowadzenie, straciłem pracę, i skutkiem tego dziś na przykład jesteśmy praktycznie bez grosza, to jest jedyna rzecz, na jaką mnie dziś stać. Prosić o to wsparcie. Dziękuję.

środa, 17 kwietnia 2013

Wciąż nie strzelają. Niech żyje III RP!!!

Oczywiście, osoby, które na co dzień interesują się tym co się w Polsce dzieje, musiały wiadomość tę zauważyć, poza nimi jednak, nie sądzę, by to był jakiś tak zwany nowocześnie event. A, jeśli się zastanowić nad tym, co się stało, tak już bardziej na poważnie, można dojść do wniosku, że stało się coś absolutnie porażającego. Otóż prokuratura w Warszawie umorzyła sprawę namawiania przez Grzegorza Brauna do mordowania dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i TVN-u, wyjaśniając, że przede wszystkim, na poziomie intencji, a one są tu najważniejsze, do mordowania dziennikarzy nie zachęcał, a poza tym, on tak naprawdę opisywał sytuacje czysto hipotetyczne, a zatem z dzisiejszą Polska nie mające nic zgoła wspólnego.
No dobra, powie ktoś, prokuratura najpierw wszczęła śledztwo – do czego jest przeznaczona – następnie to śledztwo umorzyła – co też jej się nie tak wcale rzadko zdarza, więc o czym tu gadać? Jakiż to event mamy przed sobą? Otóż tym razem, nie chodzi o zwykłą prokuratorską codzienność. Ci z nas, którzy sprawę znają, doskonale też pamiętają atmosferę minionej jesieni. Pamiętają, jak to praktycznie nie było jednego dnia bez specjalnych medialnych relacji z Polski ogarniętej pisowskim terrorem, budowanym przez pewnego filmowego reżysera i trzech blogerów. Pamiętają ową atmosferę oni, no i pamiętam ją ja, choćby przez to, że to ja właśnie należałem do owej terrorystycznej grupy. I to ja pewnego styczniowego dnia zmuszony byłem do tego, by wybrać się aż do Warszawy i stanąć przed panią prokurator – tą samą, która dziś przyznała, że to, co usłyszała wtedy ode mnie – a przecież nie tylko ode mnie – to najprawdziwsza prawda i że owa prawda od początku była zawstydzająco oczywista.
Pamiętam więc bardzo dobrze tamtą jesienną atmosferę i pamiętam niemal każdy głos, który dochodził do mnie wówczas niemal z każdej strony, wyrażający przede wszystkim oburzenie tym co ja i mi podobni w swoim obłąkaniu robimy, ale też satysfakcję z tego, że wreszcie prawo się za nas wzięło i wreszcie nadejdzie koniec tych bezeceństw. Pamiętam to wszystko i nigdy tego nie zapomnę. A mając to w pamięci, nie przestanę z tego doświadczenia wyciągać odpowiednich refleksji.
Oto pierwsza z nich. Otóż mamm już prawie 60 lat i dotychczas z wymiarem sprawiedliwości miałem do czynienia 4 razy. Pierwszy raz, kiedy jeszcze w podstawówce z kolegami poszliśmy do parku, i jacyś chuligani wlali mojemu koledze. Rodzice tego kolegi powiadomili o tym milicję, no i skończyło się na tym, że, jako małe dziecko, musiałem gdzieś tam zeznawać. Drugi raz sam oberwałem – pisałem o tym w książce o biustonoszu – no i była z tego sprawa. Trzeci raz skradziono mi rower, a ponieważ tego było akurat w okolicy więcej, też musiałem się stawić i coś tam opowiadać. To wszystko był jednak PRL. Jak idzie o Nową Polskę, to mam w tej kwestii tylko jedno doświadczenie. Przesłuchanie w sprawie mojego udziału w spotkaniu, na którym rzekomo namawiano do mordowania reżimowych dziennikarzy.
I to, moim zdaniem jest ciekawe podwójnie. Raz, ze w ogóle cała sytuacja jest ciekawa obiektywnie, a dwa – i mnie akurat to najbardziej męczy – że ja w PRL-u brałem udział w spotkaniach, w czasie których, autentycznie, a nie zaledwie w chorych obsesjach Systemu, namawiano do mordowania nie tylko dziennikarzy, ale również tak zwanych sekretarzy i przedstawicieli służb. Powiem więcej – w czasie tych spotkań, ja osobiście wznosiłem adekwatne okrzyki. Dokładnie, chodziło o wieszanie. I daję słowo, że nie pamiętam, by ktokolwiek mnie z tego powodu wzywał na przesłuchanie. I jeszcze coś. Nie przypominam sobie, by wówczas wokół mnie pojawiały się głosy wzywające do tego, by mnie jednak wezwać. I stamtąd nie wypuścić. A więc coś, z czym przez parę dobrych miesięcy musiałem się zmagać niemal na co dzień.
I to jest właśnie owa zapowiedziana wcześniej przeze mnie refleksja. I jeśli ktoś mi powie, że ja znów bez sensu zaczynam chwalić PRL, to daję słowo, że się obrażę.

Czy wiecie, że powoli zbliżamy się do 1 500 000 odsłon tego bloga? To nastapi może juz dziś, a może jutro. Osobiście uważam to za wydarzenie. Gdyby komuś przyszło do głowy je uczcić skromnym wsparciem, będę zobowiązany. Numer konta jest tu obok. Dziękuję.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Witamy w sklepie z kolczatkami

Kolega mój, publikujący w Salonie24 bloger Grudeq, zamieścił w tych dniach notkę, która, mimo że traktująca o czymś wręcz tak oczywistym i pospolitym, że najprościej byłoby się porzygać, zrobił na mnie wrażenie piorunujące. Może, jeśli ktoś lubi tego typu zmiany miejsc, przyda się tu umieścić link do wspomnianego tekstu i zachęcić do zajrzenia do oryginału: http://grudqowy.salon24.pl/500470,nie-moge-zniesc-mysli-ze-polska-nie-mogla-byc-wielka. No ale, jeśli ktoś woli się stąd nie ruszać, opowiem krótko, o co chodzi. Otóż przy którejś z kolejnych okazji, znany nam niestety aż nazbyt dobrze dziennikarz Waldemar Kuczyński stwierdził, że dla niego Katastrofa Smoleńska nie może być niczym więcej, jak zwykłym wypadkiem, bo on nie umie sobie wyobrazić, by komuś z poważnych graczy tego świata przyszło do głowy zabić „mało ważnego prezydenta mało ważnego kraju”.
Na te słowa Grudeq przypomniał dwie historyczne wypowiedzi dwóch historycznych europejskich przywódców, a mianowicie Maragaret Thatcher i Charlesa DeGaulle, w których obaj, zupełnie niezależnie od siebie, w bardzo piękny i dobitny sposób zademonstrowali szacunek dla swoich ojczyzn. Przypomniał te wypowiedzi, wyraził swój ból z tego powodu, że nasi przywódcy – ale też nasze tak zwane elity – w najmniejszym stopniu nie odczuwają emocji tego rodzaju, by publicznie głosić wielkość Polski, a wręcz przeciwnie, przeżywają nieustanną potrzebę ekspiacji za jej nędzę i bylejakość, i podzielił się z nami refleksją, że chyba żaden inny kraj na świecie, tak jak Polska, nie uczynił z tego rodzaju manifestacji narodowego wstydu, części oficjalnego przekazu.
Tak jak mówię, dla każdego w miarę uważnego obserwatora tego, co się dzieje w naszej sferze publicznej, zarówno to, co powiedział Kuczyński, jak i wszystko to, co jego wypowiedź symbolizuje, stanowi oczywistość tak rażącą, że nie wartą nawet splunięcia. Z pewnego wręcz diabelskiego powodu, niemal od początku lat 90, wszyscy wręcz siłą jesteśmy powstrzymywani przed choćby bardzo skromnym i bardzo przelotnym poczuciem dumy z powodu tego, że jesteśmy Polakami. Dla pewnych strasznych wręcz przyczyn, doszło do tego, że pogarda dla polskości stała się do tego stopnia w dobrym tonie, że nawet w najczarniejszych czasach PRL-u, i to w środowiskach maksymalnie zbliżonych do czerwonej międzynarodówki, wywoływałaby ona w najlepszym wypadku pełne rozbawienia zdziwienie.
A zatem, to że akurat Waldemar Kuczyński uważa Polskę za gówno nie warte uwagi mnie nie dziwi. Podobnie jak nie dziwi mnie, że za gówno nie warte uwagi uważa Polskę zarówno cały szereg kumpli Kuczyńskiego, czy to z bliskich mu środowisk polityczno-dziennikarskich, jak i generalnie nasze tak zwane elity, reprezentowane choćby przez, znów tak zwaną, scenę kulturalno-artystyczną. To, co mnie jednak nieco zaskoczyło, to zadziwiająco intensywna mobilizacja opinii publicznej, która po zapoznaniu się z tekstem Grudeqa, postanowiła wesprzeć Waldemara Kuczyńskiego i w jednej chwili padła na cztery łapy, wyciągnęła grzecznie karki, poprosiła, by założyć im kolczatkę. Pod tekstem Grudeqa pojawiły się bowiem w jednej chwili komentarze, w których autorzy jednym głosem zaczęli zapewniać, że ależ Kuczyński przede wszystkim nie powiedział nic szokującego, a poza tym każde jego słowo to najprawdziwsza prawda, wszak, jak wiemy, Polska to rzeczywiście gówno, które nawet nie ma co się równać z prawdziwymi potęgami, a więc praktycznie całym światem. I to mimo niewątpliwie kilku naprawdę poważnych nazwisk, takich jak Marek Hłasko, Lech Wałęsa, Agnieszka Holland czy Wisława Szymborska.
I to właśnie uważam za prawdziwy dramat. Nie to, że ci, których los być może, jak nigdy wcześniej, zależy od łaski czy niełaski tych, którzy dziś decydują o układzie sił, uznali za stosowne się sprostytuować, ale że owa potrzeba służenia ogarnęła poziom wydawałoby się o pewnej jednak jeszcze naturalnej autonomii. To jest właśnie tak bardzo przygnębiające – że przede wszystkim System uznał za bardzo ważne, by mentalne niewolnictwo spopularyzować na każdym możliwym społecznym poziomie, no i że ten projekt spotkał się z tak powszechnym i tak dobrym przyjęciem. Rozglądam się wokoło i widzę całą kupę strasznie szczęśliwych i zadowolonych z siebie obywateli, którzy uznali, że lepiej siedzieć cicho, bo jak nam zabiorą tego Sikorskiego z jego znajomością języka angielskiego, a jeszcze nie daj Boże i Szymborską i Holland z ich pozycją w wielkim świecie, to kto wie, czy satysfakcja z tego, że oto powstało nowe centrum handlowe, potrafi wynagrodzić te straty na poziomie duchowym.
To jest bowiem prawdziwy dramat. To że ta wielka łapa tak nas zagłaskała, że już nawet nie mamy odwagi podnieść głów z nad ziemi, bo a nuż nasz pan się pogniewa i nas tak zostawi, takich samych i takich bezradnych. I myślę sobie o tym, co stało na początku owej tak przecież nieszczególnej wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego, a mianowicie o Katastrofie Smoleńskiej. Ostatnio wciąż słyszymy o tym, że dzięki pracom Zespołu Antoniego Macierewicza i my sami wiemy znacznie więcej na temat przyczyn i przebiegu owej katastrofy, a i reszta społeczeństwa zyskuje większą tego, co się stało, świadomość. A ja się już tylko zastanawiam, co będzie, gdy już wreszcie wszystko zostanie wyjaśnione i zamknięte, my zostaniemy z tą pełną już wiedzą, na którą tak długo czekaliśmy, a ona będzie tak oczywista i tak niepodważalna, że nawet Waldemar Kuczyński przyzna, że chyba faktycznie tego Kaczyńskiego zamordowano… tyle że wtedy, już w następnej chwili, doda, że skoro tak, to najwidoczniej na takie potraktowanie sobie zasłużyliśmy. W końcu on od zawsze powtarzał, że Polska to byle jaki kraj o byle jakiej historii i byle jakich aspiracjach. A my tych słów z zainteresowaniem wysłuchamy i dojdziemy do wniosku, że właściwie, jak się dobrze zastanowić, to on powiedział najprawdziwszą prawdę. Czyż właśnie tacy nie jesteśmy?

Mam wrażenie, że w ostatnich dniach ten nasz blog nieco się rozwinął, jak idzie o tę podstawową, mierzoną w liczbie odsłon, popularność. Bardzo mnie to cieszy. Zwłaszcza, że od pewnego czasu - mam nadzieję, że to tylko wina przedwiośnia, które zawsze nas wszystkich trochę osłabia - czuję okropne zmęczenie, a przez to oczywisty niepokój o to, ze nie potrafię sprostać oczekiwaniom. Tak czy inaczej, bardzo proszę tu ze mna być, no i wciąż, tak jak dotychczas, wspierać ten blog finansową pomocą. Bez niej ani przedwiosnie, ani jakakolwiek inna pora roku, czy pogoda, nie bedzie miała znaczenia. Dziekuję.

sobota, 13 kwietnia 2013

O tym jak się za nas biorą poważni państwo

Ponieważ poprzedni mój tekst został w sposób wręcz modelowy strollowany przez grupę jakichś przyjaciół Eski, którą ja rzekomo zraniłem, sugerując, jakoby książkę, którą jej sprezentowałem, ona ode mnie wyprosiła, pomyślałem sobie, że wypadałoby się zastanowić, jak działa ta cała Sieć na poziomie może nie tyle już agenturalnym, ale zwykłych emocji, na jakich – już z zupełnie innej strony – próbuje grać ów biznes, któremu opisaniu poświęciłem tyle wysiłku. Proszę bowiem się przyjrzeć do czego doszło. Ja piszę kolejny, spośród już dużo ponad tysiąca tekstów, w których apeluję do ludzi, którym zależy na sukcesie Polski, o większą szczerość, większe oddanie, i głębsze zaangażowanie, o nie uleganie terrorowi autorytetów, o wystrzeganie się kłamców i stręczycieli, i nagle się okazuje, że ja właśnie popełniłem grzech największy – zaatakowałem samą Eskę. Bo nie oszukujmy się. To całe gadanie o „prawdziwych” okolicznościach, w jakich ona dostała ode mnie moją książkę, to zwykła wymówka. Tak naprawdę, zawsze chodziło o to samo. Z jednej strony jestem ja i sukces tego bloga, a z drugiej ci wszyscy, którzy z jakiegoś powodu – w sposób i z przyczyn, których ja dotychczas nie zdołałem do końca zbadać – dostają na to jasnej cholery.
Przez te wszystkie lata, miałem okazję obserwować, jak to działa, w najróżniejszych okolicznościach, przyznać jednak muszę, że coś takiego jak wczoraj i dzisiaj mi się jeszcze nie przydarzyło. Pamiętam na przykład, jak po raz pierwszy uderzyłem w Rafała Ziemkiewicza, a potem w Waldemara Łysiaka, i jak przez to wiele osób się ode mnie odwróciło; pamiętam, jak napisałem swój dawny już tekst o Michalkiewiczu, czy o Kukizie i jak przez to zostałem potraktowany przez czołówkę naszej polskiej blogosfery, jak zdrajca; pamiętam, jak brałem w obronę prezydenta Kaczyńskiego przed atakami ze strony księdza Isakowicza-Zaleskiego za jego słowa o stosunkach polsko-ukraińskich, i co mnie za to spotkało; pamiętam wreszcie całą moją awanturę – dziś już ostatecznie szczęśliwie zakończoną – z profesorem Brodą o to, co on i jego towarzystwo zrobiło mojej córce. Pamiętam wiele, jednak nigdy – podkreślam, nigdy – bohaterem tych starć nie był ktoś tak nieważny, jak blogerka Eska. Tam zawsze po przeciwnej stronie stał ktoś, choćby pozornie, znaczący. Tymczasem dziś mój blog jest trollowany, bo ja brzydko powiedziałem o jakiejś pani spod Gliwic?
Przepraszam bardzo, ja wiem, że znów mnie czekają oskarżenia o to, że mojemu ego już zaczyna brakować miejsca na Ziemi, ale wszystko wskazuje na to, że nie chodzi o Eskę, nie chodzi o Ziemkiewicza, nie chodzi o Kukiza – chodzi wyłącznie o mnie. Z jakiegoś powodu oni wszyscy nie mogą spać z mojego powodu.
Jak widać bardzo wyraźnie, w momencie, gdy piszę te słowa, pod tekstem, w którym zarzuciłem Esce, że ona nie zrecenzowała mojej najnowszej książki na swoim blogu wyłącznie dlatego, że z jej punktu widzenia to nie był dobry interes, jest już 55 komentarzy, w większości nakręconych przez tych dwóch czy trzech, jak się domyślam, wynajętych przez Eskę trolli. A ja na to nic nie mogę poradzić. Blogspot, na którym zamieszczam te swoje teksty, uniemożliwia mi indywidualne blokowanie poszczególnych komentatorów. Ja mogę oczywiście usuwać poszczególne komentarze, jednak moje doświadczenie mówi mi, że ile razy poważę się na usunięcie komentarza, w to miejsce pojawi się 100 nowych. Pod tym względem Salon24 jest o wiele wygodniejszy. Automatycznie więc pojawia się pytanie, co mnie do cholery podkusiło, żeby pisać tu na blogspocie? Czemu tu, w miejscu gdzie jestem kompletnie bezradny?
Otóż powód był jeden. Blogspot jest amerykański i nie ma takiej możliwości, by choćby i nie wiadomo jak połączone siły Systemu uznały za konieczne go zniszczyć, nie dadzą rady. Jedyne co mogą zrobić, jak idzie o mnie, to odebrać mi nazwę toyah.pl, jednak już toyah1.blogspot.com jest nie do ruszenia. Ja oczywiście wielokrotnie ubolewałem nad tym, jak to pozostaję bezradny wobec ataków różnych wariatów i ludzi po prostu złych – ostatnio mieliśmy okazję obserwować znanego niektórym z nas Maksia Paterka podpisującego się tu jako dr3 – oto, proszę sobie wyobrazić, że ledwo co wczoraj zobaczyłem coś, co mnie z jednej strony postawiło wręcz na równe nogi, a z drugiej kazało uwierzyć, że gdyby nie ten blogspot, tego bloga już by dawno nie było. Ale jeszcze coś – to jest blog, którego nienawidzą.
Otóż jest tak, że w ustawieniach blogspotu jest funkcja, która się nazywa „spam”, i która dotychczas działała raz lepiej raz gorzej – niedawno wyleciał jako spam, zupełnie idiotycznie, komentarz Redpilla – i oto nagle zajrzałem ja na listę wszystkich ostatnio zebranych spamów i znalazłem tam całe setki komentarzy wysłanych przez użytkownika podpisanego jako „anonimowy” i będących spamem jak najbardziej autentycznym; spamem, o którym dotychczas nie miałem bladego pojęcia; spamem, przy którym akcja Abelarda Giza sprzed lat, nie mówiąc już o tych dzisiejszych głupkach, wydaje się być niegroźnym przedszkolem.
Oto mamy całą kolekcję, niekiedy bardzo krótkich, najczęściej jednak dość długich, napisanych częściowo po angielsku, częściowo po polsku, komentarzy, stanowiących tak nieprawdopodobny bełkot, tak niewiarygodny chaos, powiedziałbym wręcz, że chaos piekielny, że gdyby blogspot ich automatycznie nie usuwał – jak to już powiedziałem wcześniej – ten blog by tego nie przeżył. One by te teksty zwyczajnie pożarły. Blogspot mnie – i nas przy okazji – zwyczajnie uratował.
A ja już się tylko zastanawiam przede wszystkim na tym, dlaczego oni się postanowili zabrać akurat za ten blog? A może oni to robią na chybił trafił? No ale skoro tak, to skąd w ogóle tego typu aktywność? I jak to działa? Co to za cholera?
Nic z tego nie rozumiem. To, co widzę, to to, że ten blog nie jest zagrożony przez jakichś wariatów, czy zwykłych durniów, którzy z różnych powodów mnie nie lubią, lecz przez działania systemowe, które gdyby nie to, że blogspot mnie przed nimi chroni, już by mnie ostatecznie załatwiły. No i z tego wnioskuje, że jest wciąż bardzo dobrze. Jeśli oni aż tak mi chcą zaszkodzić, to o nich świadczy tak jak świadczy, natomiast znacznie bardziej – i z pewnością lepiej – świadczy o tym, co ja robię.
Proszę tylko rzucić okiem na to, z czym my tu mamy do czynienia, dla większej przejrzystości, tym razem po polsku – no, powiedzmy, po polsku – i zrozummy to wreszcie. On nie przepuszcza żadnej okazji:
Będzie owo kongruentny Chronos, byś finalnie wykorzystał w pełni swoje umiejętności dogadywania się z ludźmi zaś naturalny takt. Musisz ezoteryka sprawiać wprawdzie niesłychanie ostrożnie, wyjątkowo w drugiej połowie roku. Kusić będzie Cię, to co piękne natomiast twórcze. Ów fantastyczny klimat powinno się posłużyć się, tak aby nasycać się każdym rodzajem miłości. Wzrośnie wreszcie Twoje wiara aż do wielu członków rodziny. Zrozumiesz, iż chociaż możesz ezoteryka na nich polegać. Powinieneś odnaleźć czas na rokowania z wieloma ludźmi, których dotychczas zaniedbywałeś. Gdy będziesz przekazywał im swoje myśli, staraj się wystrzegać się większych emocji zaś czasem po prostu przemilcz pewne kwestie. Bez nerwów, rozmawiając o sprawach rodzinnych natomiast partnerskich horoskop migiem przekonasz się, iż szukałeś horoskop url dziury w całym. Gwiazdy sugerują mi, iż kompletny okres popełniasz ów już sam uchybienie natomiast czepiając się drobiazgów powodujesz, że problemy rodzą się same”.
Ja wiem, że za chwilę już pojawi się jakiś specjalista od Interentu i powie mi, że to nic takiego; że to się dzieje cały czas i że każdy, kto się zna na sprawie, wie, że tu w ogóle nie ma o czym gadać. Nie szkodzi. Ja pozostaję przy swoim, a więc przy owej pierwszej refleksji. Gdybym nie był chroniony przez blogspot, ten blog by się zmienił właśnie w coś takiego. I to wcale nie przypadkowo. Ja bardzo wyraźnie widzę tę rękę.
A Eska i jej obrońcy? O czym my w ogóle gadamy?

Dziś jeden z tych anonimowych komentatorów – obrońców dobrego imienia blogerki Eski - zasugerował, że to jak ja traktuje ludzi, sprawi, że „kaski nie będzie”. No właśnie, skoro już o tym mowa – a wszystko wskazuje, że niektórych z nich to akurat dręczyć musi najbardziej – bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez niego, nawet opisana wyżej akcja nie byłaby potrzebna. Dziękuję.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Na końcu, zawsze jesteśmy sami

Większość osób, jakie znam, nastawione są do życia w taki sposób, że kiedy na przykład idą ulicą, to jeśli kogoś zauważą, to raczej przez przypadek. Podniosą akurat wzrok i zorientują się, że oto coś się ciekawego stało, lub pojawił się ktoś znajomy. Jak idzie o mnie, z jakiegoś, nieznanego mi powodu, od zawsze mam tak, że chodzę z głową podniesioną i staram się przy tym zobaczyć jak najwięcej. I mimo że wiem bardzo dobrze, że to może być uznane nawet za niegrzeczne, zawsze patrzę na mijanych przeze mnie ludzi, widzę ich twarze, no a przez to też wiem, czy i oni mnie widzą, czy też, jak większość, nie widzą nic, a tym bardziej oczywiście i mnie.
Przez to moje ciągłe przyglądanie się mijanym ludziom, widzę też tych, którzy z jakiegoś powodu przyglądają się mnie. Najczęściej przelotnie i od niechcenia, ale czasem z pewną jednoznaczną intencją. Niekiedy z oczywistą złością, czy pogardą. Wtedy to – przepraszam, ale nic na to nie mogę poradzić – myślę sobie, że to jest ktoś, kto czyta mój blog, wie jak wyglądam i mnie nienawidzi. Choćby dziś, wracałem sobie z moim psem ze spaceru i nagle minęliśmy jakiegoś nieznanego mi człowieka, który spojrzał na mnie tak, jakby chciał powiedzieć: „Masz szczęście skurwysynu, że masz ze sobą tego psa”.
Wróciłem do domu, trochę sobie o tym człowieku myślałem, a potem nagle przypomniał mi się wczorajszy tekst Coryllusa, w którym on się znęcał nad Szczurem Biurowym i jego przedziwną refleksją na temat naszego wspólnego grzechu zaniedbania w stosunku do obowiązku obrony Lecha Kaczyńskiego, jeszcze zanim on został zamordowany przez System pod Smoleńskiem.
No a skoro już przypomniał mi się ten Szczur, to oczywiście od razu pomyślałem sobie o samym Igorze Janke i jego tekście – co ciekawe zamieszczonym niemal równocześnie z tekstem Szczura – w którym on wprawdzie za nic nie przeprasza, natomiast staje przed nami, jak ten dobry Starszy Brat i zachęca nas do większej aktywności na rzecz wspólnoty, jaką jest nasze państwo. I ja oczywiście od razu muszę się zastrzec, że wcale nie twierdzę, że to, iż wokół mnie pojawiają się jacyś nieznani mi ludzie, którzy, gdyby tylko mogli, to by mnie zabili, stanowi jakikolwiek argument na rzecz przyszłych zaszczytów. Nie sądzę też, żeby nawet fakt, że przez to moje blogowanie ja i moja rodzina stanęliśmy na progu ekonomicznego unicestwienia, mógł kiedykolwiek być przez mnie wykorzystany w którejś z ewentualnych mów obrończych. W końcu takie rzeczy przydarzają się ludziom bez żadnych szczególnych z ich strony zasług. A więc tu proszę na mnie nie liczyć.
Natomiast bardzo źle znoszę sytuację, gdy kiedy ja już podjąłem jednak pewne ryzyko – i to ryzyko, jak się później okazało, wcale nie małe – przychodzi do mnie ktoś, kto całe życie się bujał na płocie i mówi mi, żebym się może jednak wziął do roboty. I to w dodatku do roboty na rzecz państwa. Ja dostaję wręcz jasnej cholery, kiedy ktoś, kto ile razy ja się zgłaszałem do pracy na rzecz owego państwa, nie dość że mnie odsyłał w cholerę, to kiedy sobie wracałem do domu, robił wszystko, żeby mi więcej nie przyszła do głowy myśl, że się mogę na coś przydać, teraz nagle mi z bezczelną powagą mówi że powinienem się wziąć za siebie, bo to co dotychczas, to było zwykłe zbijanie bąków.
Nie wiem, czy mi ktoś w to uwierzy, ale mówię jak najbardziej szczerze. Ja od Igora Janke dziś ani nic nie chcę, ani też nic nie oczekuję. A już zwłaszcza gdy się zorientowałem, na co go stać, jak idzie o bezkarność w wydaniu wręcz mafijnym. Współczesna Polska, w ofercie przedstawionej przez rządy Platformy Obywatelskiej, przyzwyczaiły nas naprawdę do wszystkiego, wydaje mi się jednak, że sposób, w jaki on traktuje ten swój Salon, ani nie ma precedensu, ani też chyba nie szybko znajdzie następców. To już chyba więcej otwartości na świat, i wrażliwości na to, co wypada, a czego już może nie bardzo, można się spodziewać po „Gazecie Wyborczej”. A więc, jak mówię, gdyby Igor Janke przyszedł do mnie i chciał mi coś wspaniałomyślnie podarować, to bym mu grzecznie, ale stanowczo podziękował. Tak na wszelki wypadek, gdyby się iało okazje, że on mi chce zrobić jakąś krzywdę.
Natomiast ja sobie absolutnie nie życzę, żeby on mnie uczył, jak ja mam egzekwować swoje obywatelskie prawa i obowiązki. W dodatku na rzecz Ojczyzny. Bo to już nawet nie jest bezczelność. To jest zwykłe szyderstwo.
Ja pamiętam, jak z początkiem roku 2009, niespełna rok po tym, jak zacząłem blogować, wygrałem konkurs Onetu na Blog Roku. Ze względu na sposób, w jaki w tym konkursie blogi były prezentowane, nagroda ta siła rzeczy w pewnym sensie przypadła też Salonowi24. Wprawdzie, w czasie trwania samego konkursu, Salon24 w żaden sposób nie próbował promować uczestniczących w konkursie blogerów, niemniej w reakcji na to zwycięstwo – z tego co wiem – dotychczas jedyne takie zwycięstwo w historii Salonu24 – Igor Janke opublikował krótką notkę, w której napisał:
Proszę Państwa, jest mi bardzo miło pogratulować Blogerowi Roku w kategorii polityka. Konkurs jak wiecie organizuje Onet.pl. W tym roku najlepszym blogerem politycznym uznano Toyaha! Serdeczny uścisk dłoni Toyahu!
Toyah pisze u nas bardzo długo, dużo i często. Bywa kontrowersyjny, ale bez dwóch zdań – jest autorem niezwykle inteligentnym i ciekawym. Cieszy mnie bardzo to, że jego teksty salonowe doceniono gdzie indziej”.
I co dalej? Otóż nic. Ja rozumiem, że Igor Janke miał zawsze swój pomysł na budowanie sukcesu swojej platformy, niemniej wydaje się, że było rzeczą absolutnie oczywistą, że w tym momencie, kiedy to w konkursie Onetu, wygrał nie blog prowadzony na Onecie, ale na wówczas wcale nie tak bardzo jak dziś popularnym Salonie24, ruszy akcja promująca ów Salon pod hasłem, że oto nasi blogerzy wygrywają nawet na polu wroga. Otóż nie. Z jednej strony, a więc ze strony polskich patriotów, spadły na mnie gromy potępienia za to, że ja przyjąłem nagrodę od Onetu, a z drugiej – i tu znów pojawia się Igor Janke – cała seria administracyjnych posunięć, które miały na celu pokazanie mi, że nie mam żadnego powodu, by się szczególnie nadymać. Akcja, która ostatecznie skończyła się rok później moim odejściem z Salonu.
Zdaję sobie sprawę z tego, że głupio jest się powtarzać, ale czasem nie ma innego wyjścia. Gdybym to ja prowadził taki biznes jak Salon24, wydaje mi się, że pierwsze co bym zrobił to wyszedł naprzeciw oczekiwaniom prawicowych wyborców i na przykład zacząłbym zwycięskiego blogera maksymalnie lansować, czy wręcz zaproponowałbym mu objęcie patronatem wydanie przez niego cyklu felietonów, i wyjścia z nimi do ludzi uśpionych, zrezygnowanych, samotnych. W jakim celu? Ależ to oczywiste. Dokładnie w tym samym, o którym dziś Igor Janke pisze w swoim tekście o potrzebie obywatelskiej mobilizacji na rzecz wspierania polskiego państwa. Chodzi o potrzebę „prawdziwej odnowy – państwa i społeczeństwa”. Tak postąpiłbym ja. Igor Janke miał jednak inne zadania. I dlatego zajął się gnojeniem sukcesu jakiegoś „ciekawego” acz „kontrowersyjnego” blogera. Żeby nie podskakiwał. I znał swoje miejsce.
Coryllus wczoraj wziął się za Szczura Biurowego. Moim zdaniem nie do końca potrzebnie, choć ja nigdy nie zapomnę, jak on przyszedł na spotkanie do Ronina i prawie się pobeczał ze wzruszenia nad fragmentem mojej nowej książki, co jednak nie zachęciło go do tego, by następnego dnia na przykład skorzystać z pozycji, jaka sobie wyrobił, i zamieścić na swoim, jakże wpływowym w Salonie24, blogu krótkiej na ten temat notki. Po co? Ot tak. Dla budowania solidarności. Ja dziś natomiast rozprawiam się z Igorem Janke, który moim zdaniem znacznie bardziej od Szczura zasłużył sobie na to, by go potraktować nieuprzejmie, ale w sumie też jest zaledwie drobnym elementem nieszczęścia, które nas trapi. Rzecz bowiem w tym, że ci wszyscy mniej lub bardziej „nasi” strażnicy polskiego sukcesu i powodzenia, tak naprawdę są owym sukcesem i powodzeniem zainteresowani o tyle, o ile cała ta gadka może im się przydać, jak ładne hasło na drodze do sukcesu wyłącznie osobistego.
Weźmy taką „Gazetę Polską”. Pamiętam jak w kampanii do wyborów prezydenckich latem 2010 roku, tamta strona, a przy okazji część tak zwanych „naszych” środowisk, zaatakowała Jarosława Kaczyńskiego za, ich zdaniem, zbyt uprzejme słowa skierowane pod adresem Edwarda Gierka. Ponieważ ową krytykę uważałem za z jednej strony niesprawiedliwą, a z drugiej szkodliwą, pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdyby „Gazeta Polska”, w drodze absolutnego wyjątku, wydrukowała mój tekst, w którym brałem Kaczyńskiego w obronę, i starałem się wyjaśnić jego racje. Nie chce mi się omawiać dokładnie gehenny, jaką odbyłem z redaktorami „Gazety Polskiej”, dość powiedzieć, że to, do czego doszło, było zarówno upokarzające, jak i zawstydzające, i co najgorsze, dla obu stron. Dla mnie, bo nie wiadomo, co mi strzeliło do głowy, by się z tymi ludźmi zadawać, ale też dla nich, bo wówczas bardzo jasno pokazali, jak bardzo im zależy na tym, co publiczne.
Popatrzmy na, opisywane tu już przygody moje i Coryllusa, kiedy to wspólnie z pewnym Pawłem zapragnęliśmy przeprowadzić kampanię na rzecz prezydentury Jarosława Kaczyńskiego, zorganizowaliśmy debatę na temat Internetu, i debata ta została w najbardziej bezwzględny i brutalny sposób zniszczona przez ówczesny Sztab. I nie oszukujmy się – za tym wcale nie stała ani Kluzikowa, ani Poncylisz, ani Kowal, ale zwykli, jak najbardziej „nasi”, młodzi działacze, którzy oczywiście całym sercem robili to, do czego dziś wszystkich nas zachęca Igor Janke, a więc budowali wspólnotę, tyle że się akurat na nas „wkurwili”. O co? Bośmy nie chcieli wziąć do naszej paczki ich kumpla.
W Katowicach, mieście gdzie mieszkam, mamy i skromne struktury Prawa i Sprawiedliwości, którego zarówno ja, jak i moja żona jesteśmy dumnymi członkami, i Klub „Gazety Polskiej”, mocno z Partią związany. Klub, jak to klub, działa, i w salce przy kościele pod wezwaniem św. Piotra i Pawła organizuje regularne spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy gotowi by byli robić to, do czego nas wszystkich namawia Igor Janke – a przecież nie tylko on – a więc tworzyć swoiste „archipelagi wolności”. Niedawno mieliśmy tu samego Marcina Wolskiego, innym razem spotkanie upamiętniające postać zmarłej w Smoleńsku Natali-Świat, kiedy indziej znowu ktoś grał na gitarze i śpiewał patriotyczne piosenki jakiś nieznany mi artysta. Organizatorem tych wszystkich spotkań jest człowiek, którego znam od początku lat 90., kiedy to razem działaliśmy w Porozumieniu Centrum. Mimo że już mu kilka razy deklarowałem swoją gotowość uczestnictwa w spotkaniu, ani razu nie zaproponował mi niczego konkretnego. Niektórych czytelników tego bloga może to zdziwić, ale kiedy jestem w naszym kościele na comiesięcznej mszy za ofiary Smoleńska, nie sądzę, aby którakolwiek z osób, które tam przychodzą w ogóle miały pojęcie, że istnieje coś takiego, jak „blog Toyaha”, nie mówiąc już o nazwisku Osiejuk. Z drugiej strony, jestem pewien, że wielu z nich z prawdziwą radością i satysfakcją poczytali sobie niektóre z tych tekstów. Tyle że ich sobie nie poczytają, bo o nich nie maja pojęcia.
Czy ja mam o to wszystko pretensje? Powtarzam po raz setny. W życiu! W końcu zarówno ja, jak i Coryllus traktujemy to, jako nasze kredo: nie osiągniemy nic, jeśli będziemy liczyć na tę bandę sobków. Natomiast proszę o jedno: nie mówcie mi, że ja powinienem się bardziej zaangażować, bo Ojczyna mnie potrzebuje.
Zacząłem w pewnym sensie od Szczura Biurowego, a skończę na również blogerze, a raczej blogerce Esce – osobie zaangażowanej dla dobra Polski, jak żaden z nas. Ale najpierw stare wspomnienie. Otóż kiedyś, przed laty, mój kolega Krzysztof Wołodźko podarował mi książkę o Joannie i Andrzeju Gwiazdach i poprosił, abym tu na blogu ją zrecenzował. Dostałem tę książkę, ponieważ byłem akurat bardzo zajęty czymś innym, to tylko szybko ja przejrzałem, najlepiej jak mogłem ją opisałem i zachęciłem do tego, by ją kupować i czytać. Czemu to zrobiłem? Raz oczywiście, że Wołodźko to mój kumpel, dwa, że on mnie o to poprosił, trzy, że mi te książkę podarował, a wreszcie dlatego, że uważałem, że czym więcej osób ją przeczyta, tym lepiej dla ogółu. Otóż proszę sobie wyobrazić, że Eska właśnie jakiś czas temu poprosiła mnie, abym jej podarował swoją najnowszą książkę z dedykacją. Zrobiłem to z najwyższą przyjemnością, prosząc jednak, by zechciała mi przy okazji napisać u siebie na blogu recenzję. Eska książkę otrzymała, przeczytała i oświadczyła, że ponieważ ona jakoś nie potrafi się do tego co ja tam napisałem przekonać, zanim napisze ten swój tekst, musi ją przeczytać jeszcze raz. Kiedy się po jakimś czasie o tę recenzję upomniałem, napisała mi, że ona już ma ją napisana, ale jakoś wciąż ma ochotę zajmować się czymś innym. Kiedy któregoś dnia opublikowała ona entuzjastyczną recenzję wywiadu, jakiego udzielił Krasowskiemu Rokita, pomyślałem sobie, że nie ma co się dalej tym wszystkim przejmować, bo to wszystko jest typowe jak jasna cholera, i machnąłem na to ręką.
Rzecz w tym, że wszystko to, to jeden wspólny przekręt. Ten Janke, ten Szczur, ci działacze, ci dziennikarze, ci patrioci, ci blogerzy wreszcie, tak strasznie oddani Sprawie. Każdy z nich jest gotów naprawdę na wiele… pod warunkiem, że to on tu będzie liderował. On i jego koledzy. Okay. Skoro tak, niech będzie i tak. Tylko jeszcze raz proszę, nie mówcie mi, co mam robić. Tak jak ja Wam nie mówię, jak Wy macie realizować swoje interesy, kompleksy, czy jak tam to nazwiemy. Każdy pilnuje swego, jak zawsze.

A ja proszę wszystkich o wspieranie mojego bloga. Przepraszam i dziękuję.

środa, 10 kwietnia 2013

Być jak Henryk Sawka, czyli między nami celebrytami

Za każdym razem, gdy mija jesień, nadchodzi zima i nowy rok tuż za progiem, żona moja przypomina sobie, że trzeba kupić kalendarz do kuchni. Kiedy mówię „kalendarz”, mam na myśli zawsze to samo, czyli ową cegłę kartek do odrywania każdego ranka, na których z przodu widnieje data, natomiast z tyłu jakaś niespodzianka, czy to w postaci przepisu na ciasto, czy anegdoty o kimś sławnym, czy rysunkowego żartu.
Ponieważ osobiście nie jestem szczególnie zainteresowany ani dzienną datą, ani tym bardziej informacją, czyjeż to dziś imieniny, nie wspominając już o przepisach na ciasto, czy rysunkach Andrzeja Mleczki, czy Henryka Sawki, o tym kalendarzu nie pamiętam, a tym bardziej nie zajmuje się zdzieraniem kolejnych kartek. Jeśli dziś jednak postanowiłem się tematem zająć, to tylko dzięki mojemu dziecku, które, któregoś wieczoru, kiedy ja już spałem – pewnie po to, by mnie dowcipnie powitać z samego ranka – zostawiło mi na stole w kuchni kartkę z tego kalendarza, na odwrocie której znajdował się rysunek artysty Sawki, jak najbardziej.
W czym rzecz? Otóż na rysunku widzimy dwie osoby, jakichś wieśniaków beretach, z których jeden jest duży i chudy, drugi mały i gruby. Wieśniacy ze złożonymi do modlitwy dłońmi klęczą, a nad nimi widnieje napis: „Tak mi dopomóż blog”. Tyle.
Na wypadek, gdyby komuś się w tym momencie zaczęło w głowie rodzić podejrzenie, że ogarnia mnie paranoja, chciałbym tu przeprowadzić coś, co się w pewnych wykształconych kręgach nazywa egzegezą, a co niekiedy dla zrozumienia pewnych zjawisk może się okazać rzeczą niezbędną. Otóż moja żona, moje dzieci, a tym bardziej ja osobiście, świetnie wiemy, co to są blogi, i w jaki sposób blog może się ni stąd ni z owąd okazać zbawieniem. Nie próbujmy jednak sobie wmawiać, że jest to wiedza powszechna, a już z całą pewnością nie wśród osób kupujących pod koniec każdego roku w pobliskim kiosku Ruchu ścienny kalendarz. Skłonny jestem wręcz zaryzykować tezę, że na tysiąc osób, które z początkiem zimy, która jakoś nie chce nam minąć, kupują sobie tego typu kalendarz, jedynymi osobami, które były w stanie pojąć przekaz płynący z obrazka Sawki, byliśmy my, a więc ja i moja rodzina. A i to, wcale nie jestem pewien, czy w całości. No ale powiedzmy, ze wszyscy wiemy, co to takiego ten „blog”. A zatem, pierwszy problem, jaki ja mam z żartem Sawki, to ten, że ów żart, zamieszczony akurat w tym kalendarzu, jeśli w ogóle jest kierowany gdziekolwiek, to niemal wyłącznie do nas, w dodatku kompletnie nnieintencjonalnie. A jeśli nieintencjonalnie, to wyłącznie przez jakieś osobiste emocjonalne przeżycia samego artysty.
Skoro już wiemy, że umyślnym adresatem tego dowcipu nie mógł być ktokolwiek poza Henrykiem Sawką, z jego osobistym poczuciem satysfakcji, że oto wypluł z siebie coś, co go dręczyło, zastanówmy się nad samym sensem tego żartu. Mamy dwóch – jak się domyślam – blogerów, którzy to swoje pisanie traktują jak zbawienie, w dodatku zbawienie w sensie jak najbardziej dosłownym, a więc w sensie wybawienia. Ustaliliśmy przed chwilą, że, choćby na egzotyczność samej nazwy „blog”, żart ten dla przeciętnego odbiorcy ściennych kalendarzy jest niezrozumiały. No ale załóżmy, że ci do których ten żart dotarł, wiedzą, czym jest blogowanie, kim są blogerzy, i czemu oni wciąż piszą. Załóżmy, że słyszeli o Katarynie, o Erneście Skalskim, o Elim Barburze, Matce Kurce, o Grzegorzu Wszołku, a nawet o Janie Ferdynandzie Libickim. Jaka informacja została do nich wysłana? Że oni wszyscy to swoje blogowanie traktują, jak sprawę życia i śmierci? A niby dlaczego? Niby w jaki sposób prowadzony przez nich blog ma im pomóc w ich życiu tak, by można było choć symbolicznie ową pomoc skojarzyć z boża pomocą.
Córka moja twierdzi, że to jest żart polityczny. Że wprawdzie ona się zgadza ze mną, że jego przekaz do zwykłej gospodyni domowej nie trafi, niemniej tu chodzi z całą pewnością o to, że tacy politycy jak Libicki, Czarnecki, czy Migalski blogują, bo wiedzą, że jeśli ich nie będzie w blogosferze, nie będzie ich już nigdzie. A więc, że obrazek Sawki to prosta satyra polityczna. Otóż ja się z tą opinia nie zgadzam. Nie sadzę bowiem, żeby nawet ktoś tak głupi jak Henryk Sawka uważał, że Migalski swoje blogowanie traktuje jak zbawienie. Że on ile razy napisze kolejny tekst, modli się, by go przeczytało jak najwięcej ludzi, i żeby on się tym ludziom spodobał. Ja wprawdzie nie wiem, po co on to robi, natomiast wiem, że nie to jest powodem. Dla niego ten blog nie ma żadnego praktycznego sensu. A już na pewno żadnej praktycznej wartości.
Poza tym, wystarczy rzucić okiem na ten obrazek, by widzieć, że on nie przedstawia dwóch polityków, ale dwóch Ziutków w beretach. A więc może Sawka uznał, że blogerzy to takie wiejskie cymbały, które robią to co robią, mając nadzieję, że dzięki temu odmieni się ich życie. I tak jak osoby nie-blogujące proszą Boga o wstawiennictwo na rzecz dobrego życia, oni się modlą do tych swoich blogów? I może tu nie chodzi o Migalskiego, ale właśnie na przykład Katarynę, albo Galopującego Majora, czy Azraela? Może Sawka ma jakieś informacje, z których wynika, że pewna, znaczna część blogerów z prowadzenia blogów żyje, i to żyje tak, jak na przykład Sawka z rysowania? To by było ciekawe, bo tego, co ja na przykład wiem, jest tylko dwóch blogerów, o których to można powiedzieć z całą pewnością, a mianowicie Gabriel Maciejewski i ja. A, jeśli idzie o traktowanie powodzenia tego bloga, lub jego upadek, jako być albo nie być, to tylko jeden, mianowicie ja.
A więc, przepraszam wszystkich bardzo, ale na zdrowy rozum, zagadka żartu, jaki Henryk Sawka zamieścił w ściennym kalendarzu na rok 2013 może mieć tylko jedną sensowną odpowiedź. Ci dwaj to Gabriel i ja. Za Gabriela robi tam ten duży, a za mnie ten mały.
Ponieważ swój obrazek w pierwszym odruchu obejrzałem, a następnie wyrzuciłem, jako do niczego mi niepotrzebny, pomyślałem, że poszukam, czy go nie ma gdzieś w Sieci. Że może on ten rysunek zrobił z myślą o Internecie. Że może to jest jeden z jego obrazków onetowych. No i okazało się, że tak. Że Sawka narysował ten żart jako ilustrację dorocznego konkursu Onetu na blog roku. A więc wygląda na to, że on był zaadresowany poprawnie, tyle że jednak nie do końca sensownie. No bo popatrzmy na ludzi, którzy zgłaszają się do tego konkursu i udaje im się dojść do finału. Przecież to są głównie pasjonaci. Ktoś tam pisze o książkach, ktoś podaje przepisy na ciasta, kto inny pisze o podróżach, ktoś inny jeszcze o dzieciach; a jak sam jest dzieckiem, to o swoim zmarłym tacie. Z czego tu się śmiać? No i czemu akurat z taką intencją, by wykpić ową interesowność? Tam, gdzie tej interesowności tym bardziej nie ma.
No i w tym momencie, jak sądzę, znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. A więc mamy ten kalendarz, tego Sawkę i tych dwóch bałwanów modlących się do swoich blogów. Mamy więc to, no i oczywiście wciąż mamy potrzebę wyjaśnienia, o co poszło. Otóż, moim zdaniem, poszło o to, że Onet zwrócił się do Sawki z prośba o skomentowanie tego konkursu, a Sawka – jako zawodowiec-wyrobnik – nie namyślając się długo, zrobił coś, co mu się nasunęło na myśl, jako pierwsze. A więc coś, co musi być w pewnym sensie zarówno całą jego wiedzą na temat blogowania, a jednocześnie też obsesją. Bez sensu, bez potrzeby, bez celu, z jedną jedyną intencją: szybko zarobić parę złotych, a jednocześnie spuścić z siebie trochę tych złych emocji. No i to, muszę przyznać, udało mu się z całą pewnością. Jestem przekonany, że kiedy on już to narysował, poczuł ulgę.
W tej więc sytuacji, ja – już tylko od siebie, bo jak tam Gabriel, to już nie wiem – muszę przyznać, ze ja również odczułem ulgę. Zobaczyłem ten obrazek, przeprowadziłem cały powyższy proces myślowy i uznałem, że nie jest najgorzej. Przynajmniej najbliższe miesiące budzą nadzieję. Tak mi dopomóż blog. No i Wy. Dziękuję.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

O ruskich celebrytach, bez zbędnych słów

Próba napisania kilku krytycznych słów w temacie Juliusza Machulskiego i jego gwałtownego come-backu – gdyby ktoś nie wiedział, polskim reżyserze filmowym – w mojej sytuacji, stanowi zadanie i proste i nie proste. Z jednej strony bowiem, ja już od samego początku narażam się na zarzut stronniczości, no bo jakiejż to wiarygodności można się spodziewać po kimś, kto wręcz programowo deklaruje pogardę do wszelkiej, niemal bez wyjątku, twórczości artystycznej, jaką polskie środowiska twórcze wydały w ciągu minionych trzydziestu, powiedzmy, lat? To samo jednak, co stanowić może o słabości tej próby, ma akurat szansę stworzyć jej siłę. Rzecz bowiem w tym, że nikt mi nie zarzuci, że jeśli ja się dziś nagle biorę za Machulskiego, oznacza to, że ponieważ on się postanowił zaangażować politycznie po stronie Nowej Bolszewii, ja na przykład zdecydowałem się już nigdy w życiu nie oglądać filmu „Seksmisja”. A więc, co by nie powiedzieć, to przynajmniej jestem szczery.
Inna sprawa polega jednak na tym, że ja dziś ani nie zamierzam tępić Machulskiego za jego filmy, ani tym bardziej odnosić się jakoś bardziej szczegółowo do jego najnowszej wypowiedzi w sprawie Katastrofy Smoleńskiej. Nie mam ochoty ani na jedno ani na drugie, bo Machulski nie jest dla mnie w ogóle osobą wartą choćby splunięcia. Ja tu na tym blogu pisałem już naprawdę o wielu przypadkach artystycznego, czy czysto ludzkiego upodlenia, w tym o takich egzemplarzach, jak Zbigniew Hołdys, czy Jerzy Urban, natomiast Machulski – no, przepraszam bardzo, ale bez przesady. Ktoś powie, że tym razem on pobił pewien rekord. W końcu, wyrazić opinię, że ewentualny film na temat Smoleńskiej Katastrofy powinien stanowić polską odpowiedź na Monty Pythona i stworzyć opowieść o tym jak to „bardzo nabzdyczony i dumny prezydent średnio ważnego kraju środkowoeuropejskiego uparł się, by lądować we mgle na kartoflisku”, to z całą pewnością jest nie byle co. No i dobrze. Może i tak. Może to rzeczywiście nie byle co. Jednak, jeśli się zastanowimy, to naprawdę tego typu wypowiedzi przez minione trzy lata mieliśmy całą kupę. No więc może trzeba uznać, że nawet jeśli zarówno „Newsweek”, jak i sam Machulski, nie mogą się powstrzymać od śmiechu na wspomnienie dźwięku rozrywania tych ciał, mogliby tego nie robić akurat z okazji okrągłej rocznicy dnia, kiedy to ów dźwięk wypełnił naszą przestrzeń. Ale tu też, obawiam się, wszystko dopiero przed nami., W końcu, nie oszukujmy się, oni, podobnie jak my, się do tej rocznicy starannie przygotowywali.
A więc, jakoś nie jestem w stanie się dziś koncentrować ani na Machulskim, jako na filmowcu, ani też na Machulskim, jako padlinożercy. Jest jednak coś, co mnie w tej jego wypowiedzi – przyznam zresztą, że znam z niej tylko to jedno zdanie –poruszyło. Chodzi mi mianowicie o ów protekcjonalny ton, jaki spływa po wargach Machulskiego, gdy on coś syczy na temat „średnio ważnego kraju środkowoeuropejskiego”.
Otóż uważam to za wydarzenie niezwykle ciekawe, i okropnie wielemówiące, jak idzie o stan naszych elit, szczególnie tych o mocno rozbuchanych aspiracjach. Przyglądam się specjalnie na tę dzisiejszą okazję dorobkowi artystycznemu Machulskiego i ze zdziwieniem stwierdzam, że on w swoim życiu nakręcił aż 22 filmy. Czemu ze zdziwieniem? No bo ja myślałem, że ich było może pięć, sześć? A tu się okazuje – 22. I teraz jest tak, że z tych zapamiętanych przez mnie pięciu, czy sześciu (nie chce mi się nawet liczyć) jedyny, powszechnie określany, jako „kultowy” – w sensie znanym nam z produkcji Stanisława Barei choćby – to jest ten żałosny gniot „Seksmisja”, nakręcony zapewne tylko po to, by stanowić alibi dla odpowiedzenia dwóch (słownie dwóch) rzekomo zabawnych grepsów, w dodatku na poziomie przeciętnego amatorskiego kabaretu. Przecież nawet w tych dzisiejszych – każdy się chyba ze mną zgodzi – najbardziej żałosnych polskich komediach jest ich znacznie, znacznie więcej, i to niewykluczone, że na wyższym nieco poziomie.
A więc mamy ową kultową „Seksmisję” i jeden rzekomo sukces międzynarodowy, a mam tu na myśli plotkę, jaką sam zresztą Machulski swego czasu mocno rozgłaszał, że oto Hollywood postanowił od niego kupić scenariusz drugiej części „Killera”, aby ewentualnie zrobić z niego jakiś re-make. Oczywiście nigdy nic z tego nie wyszło, ale ja do dziś pamiętam, jak to Machulski się nadymał i kraśniał z poczucia wielkości, że co to z niego za wybitny magik, że aż samo Hollywood się nim zainteresowało.
A więc, zastanówmy się. Mamy przed sobą twórcę, który całe zawodowe życie wypełnił próbami stworzenia czegoś ważnego, i kiedy ma już za sobą owe 20 oczywiste porażki, plus dwa całkowicie złudne marzenia o potędze, i ten oto artysta przychodzi i z bezczelną pogardą mówi o Polsce – tej Polsce, która tego darmozjada przez całe dziesięciolecia żywiła, pieściła go, głaskała i stawała na głowie, żeby on miał wszystko co trzeba do zrobienia kariery – że to średnio ważny, środkowoeuropejski kraj, który, kiedy w katastrofie lotniczej stracił prezydenta, jego małżonkę i całą kupę najważniejszych osób w państwie, ma skromnie siedzieć cicho w kącie, a jeśli już chce tę tragedię skomentować, to w formie kpiny i pokornej autoironii. No bo niby kim to jesteśmy?
No i dobra. Niech będzie, że to też gówno. Dwóch godnych siebie bałwanów daje upust swoim kompleksom. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Tu jednak jest ten Machulski. Ja go parę razy miałem okazję oglądać w stanie najwyższego szpanu, i powiem szczerze, że tam nie było ani skromności, ani pokory, ani tego poczucia niższości w stosunku do tak zwanych „wielkich tego świata”, choćby wielkich tego naszego, wschodnioeuropejskiego świata. Ja, ile razy miałem okazję widzieć i słyszeć Machulskiego, czy to w telewizyjnych wywiadach, czy w czasie tych nieustannych gali, jakie ci – przyznaję, że jak najbardziej wschodnioeuropejscy – celebryci sobie regularnie urządzają, zawsze widziałem wyłącznie tę obrzmiałą, napuchniętą od wódy ruską gębę… i powiem, że było mi okropnie wstyd, że oto przed nami nasz pierwszy towar eksportowy.
No i mamy go dziś ponownie. Z okazji trzeciej rocznicy katastrofy w Smoleńsku przyłazi i tłumaczy mi, że ta moja Polska to raczej taki ruski syf. I że – jak rozumiem – przede wszystkim dlatego, że za dużo tu hołoty, który takim jak on wciąż przycina skrzydła.
Owszem. Tak jak Machulski był mi zawsze szczerze obojętny, dziś mam wobec niego bardzo poważną chęć wykonania paru poważnych gestów. Niestety, nic z tego. Ze względów ściśle technicznych pozostają tylko słowa. A więc niech będzie przekleństwo. Mam nadzieję, że któregoś dnia dojdzie do sytuacji, że jedna z tych ukraińskich dziwek, z jakiegoś powodu – obojętnie, jakiego – odgryzie mu język. I że on ani nie piśnie. Z naturalnego szacunku dla znacznie większej pozycji Ukrainy na tym naszym nędznym wschodnioeuropejskim rynku. W końcu nawet filmy mają lepsze. Nie mówiąc już o piłkarzach.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga wszystkich, a przynajmniej tych, którzy uważają, że to co robię jest na poziomie znacznie wyższym niż ten kretyn nam w swojej szczodrości wyznaczył. Dziękuję.

niedziela, 7 kwietnia 2013

O Bolesławie Marnotrawnym

Jak idzie o Lecha Wałęsę, wydaje mi się, że nie ma słów, które mógłbym uznać za zbyt dla niego okrutne czy w owym okrucieństwie niesprawiedliwe. Jak idzie o niego, jestem pewien, że on sobie zasłużył na każdy cios, który na niego spadł dotychczas, i jeszcze kiedyś spadnie. To jednak, co się dzieje wokół Lecha Wałęsy, jak idzie o jego wypowiedź na temat pederastów i ich rzekomych praw, sprawia, że czuje pewien niepokój.
I nie chodzi mi o to, że nagle Wałęsa powiedział coś sensownego, a ja natychmiast jestem mu gotów wybaczyć wszystkie niegodziwości. W żaden sposób nie mam na myśli tego, że on, jedynie przez swoją tępotę, znalazł się pod ostrzałem Systemu, i to Systemu na poziomie znacznie przewyższającym jakieś paplanie Donalda Tuska, czy Bronisława Komorowskiego, czy nawet kompletnie już zidiociałych mediów, ale Systemu w wydaniu turbo. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że Wałęsa w sposób oczywisty znalazł się na krawędzi czegoś, co, jeśli on się jakimś cudem nie zdoła uratować, musi go poprowadzić prosto w ręce Polski dziś reprezentowanej przez Prawo i Sprawiedliwość.
Dlaczego myślę, że Lech Wałęsa z sytuacji, w jaką, przez swoją – z jego punktu widzenia, głupią i nieroztropną – uwagę na temat pedałów, dał się wmanewrować, nie ma innej drogi ucieczki, jak przyznanie, że on zawsze uważał, że bracia Kaczyńscy to najwybitniejsi polscy politycy, tyle że media jego wypowiedzi źle zinterpretowały? Otóż rzecz w tym, że on tam gdzie jest, nie ma czego dłużej szukać. Nawet jeśli ci wszyscy, którzy dotychczas tworzyli nad nim ów szczególny parasol ochronny, a przy okazji robili z niego narodowego bohatera, choćby się z nim zgadzali w każdym słowie, muszą się od niego odsunąć. I nie ma co liczyć, że ów kryzys uda się jakoś przeczekać i wszystko wróci do normy. Nie. Jak idzie o jego dotychczas naturalny autorytet, Wałęsa jest już w świecie ostatecznie skompromitowany, i nie ma sposobu, by z tego wykaraskał. A w związku z tym, nikt – ani Bogdan Borusewicz, ani Radek Sikorski, ani tym bardziej Donald Tusk – niczego już nie zmieni. Tam, jak mówię, Wałęsa nie ma już czego szukać.
Ktoś powie, że tu też. Że my mu też już nie wybaczymy. Otóż wcale niekoniecznie. Moje doświadczenie, a muszę przyznać, że jest ono bardzo niemiłe, każe mi podejrzewać, że wystarczy jedno słowo Lecha Wałęsy, żeby większość z nas, w jednym niemal momencie, uznała go za kogoś, kto się nawrócił i jest gotów do skromnej najpierw pokuty, a potem wiernej służby wolnej Polsce. I nie mam wątpliwości, że on nam i jedno i drugie bez najmniejszego wysiłku ofiaruje. Nie takie sztuki już ów mąż nam pokazywał.
I jestem tego tak pewny, że nie mam już nawet siły, by apelować o opamiętanie.

Powyższy tekst, jak się chyba można było zorientować, to mój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety". Ze względu na umowę z Piotrem Bachurskim, publikuję go tu z opóźnieniem, a publikuję, bo myślę, że jest tego wart. Jeśli ktoś się ze mną zgadza, bardzo proszę o ewentualne wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 6 kwietnia 2013

O ludziach z kłódką i kluczykiem

W przedświątecznym wydaniu tygodnika „W Sieci” – tym z Panem Jezusem – znajduje się tekst, anonsowany już na samej okładce tytułem: „’Układ zamknięty’: Ten film wstrząśnie Polską”. Ów tekst to wywiad, jaki bracia Karnowscy przeprowadzili ze scenarzystami filmu, a tytuł wywiadu robi wrażenie jeszcze większe, niż zapowiedź na okładce: „Jako społeczeństwo i państwo doszliśmy do muru, do pewnej granicy. O tym jest nasz film, ‘Układ zamknięty,’
Samego wywiadu już nie przeczytałem. Trochę dlatego, że w ogóle słabo u mnie ostatnio z czytaniem tekstów gazetowych, ale głównie może przez to, że nie bardzo wierzę w to, by Piepka i Pruski, nawet i dociskani przez takie gwiazdy prawicowego dziennikarstwa, jak bliźniacy Karnowscy, byli w stanie powiedzieć mi coś choćby minimalnie interesującego. No i jeszcze coś. Co mnie może obchodzić polskie kino polityczne niemal 40 już lat po premierze „Wodzireja” Falka? No co? Że to Bugajski? Przepraszam bardzo, ale co z tego? „Przesłuchanie” akurat też widziałem zaledwie w małym fragmencie.
No ale interesować się trzeba, choćby ze względu na wspomnianą na początku zapowiedź, że oto przed nami film, który wstrząśnie Polską. No i choćby po to, by po raz enty powtórzyć prawdę, którą wydawałoby się wszyscy z nas powinni już rzygać, a której wciąż większość najwidoczniej nie zdołała rozpoznać? Co bowiem jest w stanie wstrząsnąć Polską, skoro nie wstrząsnęło nią nawet to co się zdarzyło 10 kwietnia 2010 roku? Jak można, nie mając złych intencji, przychodzić do Bogu ducha winnych ludzi, i mówić im, że oto słuchajcie państwo, za chwilę obejrzycie film, który wstrząśnie Polską? Film o czym? O tym, że Polską rządzi układ i że on jest straszny? W dodatku, jak słyszymy, oparty jest on na prawdziwych wydarzeniach, a to, jak wiemy, jest już samo w sobie nie byle czym. Tu zatem będziemy mieli coś prawie tak dużego, jak film o zabójstwie księdza Popiełuszki. I aż strach już myśleć, jakim to wstrząsem będzie dla nas wszystkich dzień premiery filmu Krauzego o zamachu w Smoleńsku.
Ja tu sobie oczywiście trochę ironizuję, jednak sprawa jest bardzo poważna. Oto niemal całe prawicowe media, od paru już lat zajmują się najpierw zapowiadaniem planów realizacji filmu o Systemie, następnie relacjonowaniem postępów w owej realizacji, a wreszcie podgrzewaniem atmosfery poprzedzającej premierę. No i proszę sobie wyobrazić, że premiera już się odbyła. Bardzo oficjalna. I oto, przy tej właśnie okazji, okazało się, że najbardziej spragnionymi zapowiadanego wstrząsu okazali się prezydent Komorowski, minister Gowin, a nawet były minister Sawicki. A przecież nie tylko oni. Premiera zgromadziła również cały kwiat polskiej kultury. Był Kazik Staszewski, Urszula Dudziak, Jan Englert, a nawet niejaka Anna Wendzikowska z całą masą koleżanek. Pojawił się nawet biznes reprezentowany przez samego Marka Goliszewskiego, a wszyscy oni fotografowali się na tle owego złowrogiego tytułu „Układ zamknięty”. Co tu zresztą dużo gadać? Wszystko można bardzo łatwo znaleźć, nomen omen, w sieci. I tam już z bliska obejrzeć sobie ten wstrząs. A jak komuś mało, to może mu się natrafić na wypowiedź samego prezydenta. Oddajmy mu głos:
Odnoszę wrażenie, że jest to film bardzo mocny i swoją istotną rolę odegra, jeśli chodzi o wywołanie refleksji u wszystkich ludzi, a szczególnie u tych ludzi, którzy mają albo miewają od czasu do czasu władzę nad innymi i mają pewną przewagę. Ten film powinni obejrzeć ludzie, którzy są zwolennikami prostej tezy, że w zasadzie na każdego coś się znajdzie i każdego można o coś łatwo oskarżyć nie ponosząc za to odpowiedzialności. To jest film o tej mrocznej stronie życia, która pewnie drzemie w każdym człowieku. Tak jak u najgorszych ludzi drzemie zawsze coś z dobra. Warta jest podkreślenia niezwykle trudna do odegrania rola pana Gajosa, który według mnie zagrał tę trudną rolę mrocznego człowieka pokazując, że nie wszystko do końca jest jednoznaczne i że warto się zastanawiać, a nawet z trudem, ale jednak szukać tego elementu, choć odrobiny, choć iskierki, czegoś lepszego w zachowaniach ludzkich”.
Przyznamy pewnie wszyscy, ze słowa te robią wrażenie. Sam reżyser był zresztą poruszony, kiedy mówił, że „mój film nie jest filmem wychwalającym naszą młodą demokrację, pokazuje złe aspekty naszej rzeczywistości, ale sam fakt, że jednak ten film zrobiłem, że mogę go zaprezentować i że zechciał przyjść pan prezydent Rzeczypospolitej, jest dowodem, że jednak żyjemy w kraju wolnym i demokratycznym”.
No a jeśli komuś i tego mało, to może już na sam koniec niech rzuci okiem na to. Powinno wystarczyć. Układ zamknięty. Swoją drogą, kto to jest ten drugi z kciukiem? Może ktoś mi powie?


Jeszcze raz dziękuję za każdy gest, jakiego mi w minionych dniach nie oszczędzono, w dalszym ciągu jednak proszę mnie nie opuszczać. Ten czas jest absolutnie najgorszy.