środa, 27 lutego 2019

Sześć krótkich kawałków na ciepłe przedwiosenne dni


Jak już wspominałem, „Polska Niepodległa” przyjęła formułę miesięcznika, a zatem i tu moje wesołe kawałki będą się tu pojawiać nie co dwa tygodnie, ale co miesiąc, no ale pojawiać się, owszem, będą, więc nie załamujmy rąk. Będzie dobrze. Przed nami zestaw najnowszy.



Na początek wiadomość bardzo niedobra. Wygląda na to, że Robert Biedroń, wielka nadzieja polskiej zjednoczonej prawicy, po dość udanym debiucie na ogólnopolskiej scenie politycznej nagle walnął łbem o szklany sufit i potoczył się do poziomu swojego ukochanego Słupska. A zatem wygląda na to, że pomoc, na jaką mogliśmy liczyć ze strony tego ciekawego człowieka i jego wyborców może nigdy nie nadejść i znów sami będziemy musieli sobie poradzić z tą czarną ośmiornicą, już w najbliższym czasie, podczas wyborów europejskich. W czym rzecz? Otóż wspomniany Biedroń, po tym jak Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło swoje jedynki i dwójki na listach do Parlamentu Europejskiego, zamieścił na Twitterze następujący żart:
Myślałem że dinozaury wyginęły. Parlament Europejski to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce”.
Ja nie mam najmniejszego zamiaru kpić z tak zwanej „orientacji” Biedronia, ale obawiam się, że jemu erotyczne sukcesy, w które nie wątpię, tak uderzyły do głowy, że zapomniał, że z pewnego punktu widzenia 42 lata to wiek, szczególnie w towarzystwie, w którym on się obraca, wyjątkowo mało atrakcyjny. Ja na przykład do dziś mam w pamięci historię człowieka od Biedronia niewiele starszego, który z błyskiem w oku zapytał pewną dwudziestolatkę o to, czy ta ma chłopaka, a ona mu na to odpowiedziała: „Niech pan sobie wyobrazi że nie mam i jestem już tak zdesperowana, że gotowa jestem pójść choćby za kogoś starego. Niech on ma nawet 30 lat”.

***

Skoro wspomniałem o tak zwanych „kręgach słupskich”, wydarzyło się coś, co sprawiło, że nawet Internet, który jak wiemy jest w stanie znieść wszystko, a żeby zmusić go choćby do lekkiego wzruszenia, trzeba się bardzo, ale to bardzo natrudzić, niebezpiecznie zadrżał. Któż to taki, czyje słowa, czyj gest spowodował taką reakcję? Otóż proszę sobie wyobrazić, że z wizytą do Watykanu udali się przedstawiciele grupy o szyderczej nazwie „Nie lękajcie się” z posłanką Joanną Scheuring-Wielgus, zasadzili się gdzieś w korytarzu, gdzie ktoś im powiedział mają szansę spotkać Papieża i kiedy ten się pojawił, wręczyli mu mapę Polski, na której zaznaczyli przypadki pedofilii wsród księży. Jak widzimy na zamieszczonych zdjęciach, Scheuring-Wielgus w trakcie spotkania ma na sobie czerwoną marynarkę i jeansy. A ja sobie myślę, że jeśli pani poseł ma zamiar się rozwijać w dotychczasowym tempie, to przy kolejnej okazji powinna zaatakować Papieża topless, w czerwonych stringami. Jest szansa, że wówczas może napiszą o niej nawet w „Jerusalem Post”.

***
Skoro mowa o izraelskich mediach i o sukcesach odnoszonych przez naszych rodaków, należy zwrócić uwagę na najnowsze osiągnięcie Adama „Nergala” Darskiego, lidera satanistycznej grupy muzycznej o nazwie Behemoth. Ten z kolei, przebywając akurat z zespołem w Izraelu i  korzystając z antypolskiej histerii, dał się namówić przez lokalny portal internetowy na rozmowę, jednak zamiast rozmawiać o muzyce, czy choćby o Lucyferze, wygłosił poważną deklarację polityczną, gdzie powiedział:
Nie jestem fanem naszych polityków. Gdziekolwiek się nie pojawią, tworzą nam wrogów. Rosjanie, wszyscy nasi sąsiedzi, Niemcy, a teraz wy. Artyści muszą jeździć po całym świecie i naprawiać wizerunkowe szkody, jakie wyrządzili Polsce politycy. [...]
Trudno powiedzieć jaka jest skala antysemityzmu w Polsce. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że obecny rząd jest bardzo konserwatywny i hermetyczny i wspiera ruch nacjonalistyczny w Polsce. To nigdy nie było nic zdrowego. Jako osoba, która uwielbia poznawać ludzi z całego świata i się z nimi zaprzyjaźniać, widzę, że oni mają dokładnie odwrotny cel - żyć w izolacji”.
Pewnie niektórzy z nas wciąż pamiętają, jak ów Nergal zachorował pewnego dnia na białaczkę i jego ówczesna dziewczyna, również artystka o scenicznej ksywie Doda zorganizowała ogólnopolską zbiórkę na ratowanie życia Nergala. Po pewnym czasie Nergal wyzdrowiał i Dodę porzucił, a ja sobie myślę, że on musiał dostać cynk od samego Szefa, że to iż on żyje, to wcale nie jest zasługa Dody, ale pewnej umowy sprzed lat. A jeśli mam rację, to uważam, że on dziś już, cokolwiek robi czy mówi, wyłącznie wypełnia warunki tamtej umowy.

***

Swoją drogą, istnienie podobnych kontraktów można podejrzewać nie tylko w przypadku jawnych satanistów, ale również osób prostych, wręcz prymitywnych, co swoją drogą dziwi, biorąc pod uwagę szacunek jakim Lucyfer darzy osoby oświecone. No ale spójrzmy choćby na takiego prezydenta Wałęsę. On już od wielu lat nas zaskakuje, i to z każdą chwilą coraz bardziej, jednak to co oblepiło jego biedną głowę w ostatnich dniach, do tego stopnia przekracza wszelkie nasze dotychczasowe wyobrażenia, że przynajmniej ja osobiście zaczynam się zastanawiać, czy w tym nie biorą udziału owi „inni szatani”. Oto ledwie zakończyły się pogrzebowe uroczystości śp. premiera Jana Olszewskiego i po wszystkich stronach politycznej awantury zapanowała niezręczna cisza związana z faktem zbojkotowania przez opozycję owych uroczystości, a ten nieboraczek, z najwyższą satysfakcją, jak gdyby nigdy nic, ogłosił ową czarną listę ludzi podłych i występnych, przedstawiając ją jako listę chwały. Pisze pan Bolesław „Ciszej nad tą postacią”, a dalej już tylko wymienia kolejne nazwiska:
Premierzy: Suchocka, Bielecki, Buzek, Pawlak, Miller, Marcinkiewicz, Belka, Tusk, Kopacz
Prezydenci: Kwaśniewski, Komorowski, Wałęsa
Marszałkowie Sejmu:  Borowski, Cimoszewicz, Dorn, Kidawa-Błońska, Schetyna, Sikorski
„...I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...”. Wedle życzenia, Messer. Wedle życzenia.

***

Swoją drogą, jeśli wolno mi się jeszcze przez chwilę zatrzymać przy tym ciekawym człowieku, na tym samym facebookowym profilu, on, ni z gruszki ni z pietruszki, przytoczył cytat z Szewacha Weissa na temat polskiego bohaterstwa w czasie II Wojny Światowej:
Ja chciałbym, by młodym Żydom opowiedziano prawdę, że w wielu państwach były rządy kolaborujące z Niemcami: Francja, Norwegia, Słowacja, Węgry, Chrowacja, ale nie było polskiego państwa kolaborującego z Hitlerem! To Polska była chwalebnym wyjątkiem w Europie. Nigdy nie było żadnych polskich obozów zagłady, żadnych”.
Co jeszcze ciekawsze, owe słowa puścił Wałęsa bez żadnego komentarza. A mógł napisać, że w całej historii świata nie było nikogo, kto by tak jak on nie kolaborował z Hitlerem, albo że Weiss kłamie, bo on osobiście widział, jak z Hitlerem kolaborowali Kaczyńscy, Cenckiewicz i Chojna-Duch. Tymczasem cisza. Ani jednego marnego słowa. A ja sobie myślę, że może niech Bolesław trochę uważa, żeby przypadkiem Żydzi nie uznali, że on na starość ponownie stał się antysemitą.

***

No nic, zobaczymy jak się sytuacja rozwinie, dziś już natomiast wiemy, że wieją dobre wiatry, które, miejmy nadzieję, już niedługo nie tylko pozbawią pewne osoby pieniędzy i stanowisk, które dają im władzę, ale przede wszystkim oczyszczą nasz świat z różnych brudnych ideologii i nie mam najmniejszych wątpliwości, że antysemityzm nie będzie z nich tą najważniejszą. Oto w jednym z niedawnych wywiadów jeden z najsłynniejszych dziś światowych aktorów, laureat Oscara, Gary Oldman, wziął w obronę okrutnie tępionego od wielu lat przez liberalne środowiska kolegę aktora, Mela Gibsona:
Nie znam zbyt dobrze Mela. Wiem, że się kiedyś upił i powiedział do policjanta o kilka słów za dużo, ale przecież każdemu z nas się to zdarzało. Pieprzeni hipokryci! A czy może ten policjant, co go aresztował nigdy nie użył słowa ‘czarnuch’, lub nawet ‘pieprzony Żyd’? Pewnie że jestem tu brutalnie szczery, ale ta hipokryzja doprowadza mnie do szału. [...]
Mel Gibson mieszka w mieście rządzonym przez Żydów i uważam, że popełnił błąd, kąsając rękę, która go karmiła i dziś za to jest traktowany jak wyrzutek, lub jakiś trędowaty. Ale czy nie zdarzyło się tak, że gdzieś w swoim biurze jakiś ważny Żyd nie rzucił czegoś w stylu ‘ten pieprzony szkop’, czy ‘pieprzyć szwabów’?  Tymczasem my wszyscy chowamy się po kątach, próbując zachować polityczną poprawność i to mnie doprowadza do cholery, ta nasza hipokryzja”.
I tym wyjątkowo przyjemnym akcentem kończymy dzisiejsze wydanie „Wezwanych” i do zobaczenia za miesiąc, w jeszcze lepszych nastrojach.


wtorek, 26 lutego 2019

Z kopyta kulig rwie, czyli wciąż o aspirowaniu


      Otóż nie mogłem nie zauważyć wielkiego sukcesu, jaki osiągnęli twórcy i aktorzy filmu „Zimna wojna” podczas gali oscarowej, fotografując się z największymi gwiazdami  filmu. Mogłoby się wydawać, że zdołaliśmy się już przyzwyczaić do sposobu, w jaki Polska jest obecna w najbardziej prestiżowych miejscach na świecie, po tym jak nasza wielka gwiazda Joanna Kulig zrobiła sobie zdjęcie najpierw z Jodie Foster, a następnie z Bradem Pittem, jednak uważam, że to z czym mieliśmy do czynienia tym razem, przebiło wszystko co mogliśmy sobie dotychczas wyobrazić. Otóż proszę sobie wyobrazić, że tym razem gwiazdą wieczoru okazał się być nasz wybitny aktor Borys Szyc, który sfotografował się nie z jednym, ani nawet dwoma słynnymi aktorami, ale aż z ośmioma.
      Ktoś złośliwy powie, że to wszystko nieprawda. Zarówno Szyc, jak i Kulig wcale nie mieli okazji się realnie spotkać ze słynnymi hollywoodzkimi aktorami, a te zdjęcia były robione na tle popularnych w każdym wesołym miasteczku plansz, gdzie sie wkłada głowę w dziurę i ma się piekną pamiątkę. Otóż nie. I Szyc i Kulig, ale także reżyser naszego wspaniałego filmu, Paweł Pawlikowski, sfotografowali się również w prawdziwych oscarowych wnętrzach i zdjęcia te umieścili na swoich instagramowych profilach i naprawdę nic nie wskazuje, by to były tylko ich głowy. Oni tam byli z całą pewnością i z całą pewnością zdjęcia, które sobie zrobili są autentyczne. A zatem możemy zdecydowanie mówić o wielkim polskim sukcesie.
      Sukces ten tym większe robi wrażenie, jeśli porównamy go z tym co się wydarzyło w tym samym miejscu w roku 2015, kiedy to film „Ida” tego samego Pawlikowskiego otrzymał wprawdzie Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, natomiast, obie główne aktorki Trzebuchowska i Kulesza, nie pojawiły się na ogłoszeniu zwycięskiego filmu, bo akurat się zasiedziały w barze i zasiedziały się tak intensywnie, że nawet nie pomyślały o tym, bo strzelić sobie fotkę z którąś z hollywoodzkich gwiazd. A jak wiemy, nagrody w końcu giną w mrokach pamięci, a dobre selfie towarzyszy człowiekowi przez całe życie. Moja starsza córka na przykład, kiedy jeszcze była dzieckiem, zrobiła sobie zdjęcie z braćmi Golec i do dziś może z satysfakcją patrzeć, jak oni ją obejmują. A zatem, tym bardziej cieszy mnie sukces polskiej kultury i sztuki.
      Ponieważ, jak wiedzą dobrze czytelnicy tego bloga, nie lubię sytuacji jednoznacznych, chciałbym na sam koniec wrzucić uwagę, która może nieco ostudzić nasze emocje. Otóż jest mi bardzo przykro, ale muszę zauważyć, że zarówno pani Kulig, jak i pan Borys, nie mają tego czegoś, co wydawałoby się, że ma każdy profesjonalny artysta, a mianowicie tak zwane „emploi”. O co chodzi? Otóż na ja na przykład nie posiadam odpowiedniego emploi, co sprawia, że kiedy załóżmy, że ktoś mi robi zdjęcie, to ja w dziewięciu na dziesięć przypadków wyglądam na nich znacznie gorzej niż w rzeczywistości. Zawodowi aktorzy, piosenkarze, czy w ogóle gwiazdy, choćby nie wiadomo jak byli tępi, bezmyślni i puści, mają w sobie coś takiego, że kiedy widzą przed sobą oko kamery, następuje w nich taka transformacja, że na zdjęciu wyglądają absolutnie najlepiej. I tu nie ma znaczenia, w jakiej sytuacji zostaną przyłapani. Taki Brad Pitt sfotografował się zaledwie z Joanną Kulig, zapewne wyłącznie na potrzeby samej Kulig, oraz części polskich mediów, a i tak na tym zdjęciu wyglądał zwyczajnie jak on. Podobnie aktorzy, z którymi się nam pokazał Borys Szyc. Oni wszyscy wyszli tam absolutnie bez zarzutu, podczas gdy nasza gwiazda... przepraszam bardzo, ale jak ja na pewnym starym zdjęciu z Jarosławem Kaczyńskim i na dziesiątkach innych zdjęć, na które nie mogę patrzeć. Podobnie sprawa wygląda z Kulig, jednak ze względu na dobre wychowanie nie będę wchodził w szczegóły i wyrażę satysfakcję z tego powodu, że ona się przynajmniej powstrzymała i tej pani z boku nie zrobiła tak zwanych rogów. Poza tym, proszę sobie samemu popatrzeć.



      A zatem jest dobrze, chociaż przed nami jeszcze nieco pracy. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pani Kulig, która, jak wiele na to wskazuje, postanowiła najpierw urodzić, a potem ze swoim dzieckiem zostać w Los Angeles, za kilka lat, obracając się w towarzystwie osób od siebie nieco bardziej szykownych, nabierze takiej ogłady, że kiedy ją minie ktoś sławny, nawet nie mrugnie okiem, mając świadomość swojej wartości i wymagań, jakie owa wartość przed nią stawia.
      W przeciwnym wypadku skończy jako tak zwany „extra”. Nie mylić z „super”.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Tam gdzie rosły poziomki, czyli o kręceniu lodów


Dziś z paru względów wrócę do starego już, bo sprzed ponad już dwóch lat, tekstu. Przede wszystkim mam na głowie swoją wnuczkę i - przy całym szacunku dla Was wszystkich - wolę się nią zajmować niż blogiem, pod drugie, muszę jednak się ponownie wziąć za pisanie kolejnej książki, no i wreszcie chciałbym nieco uzupełnić wczorajszą notkę o tak zwanym "trzecim sektorze". Wprawdzie przekręt, o którym wtedy pisałem niedługo potem został rozpędzony na cztery wiatry, strona internetowa już nie istnieje i mam też nadzieję, że pieniądze, które oni zdążyli wyciągnąć od Miasta, są już też dawno wydane, a ci cwaniacy trudnią się dziś handlem dopalaczami, temat jednak pozostaje tematem, a  zatem bardzo proszę.    



      Powiem szczerze, że mimo naprawdę poważnych wątpliwości co do intencji ludzi, którzy zasypują nas kolejnymi, tym razem rzekomo rozstrzygającymi już informacjami, jakimi jesteśmy dręczeni niemal każdego dnia, wszystkie je przyjmuję z uwagą i otwartym sercem. Chodzi mi o to, że ja wiem doskonale, że po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, Polska jest w takim stanie, że nawet nie trzeba szczególnie mocno szukać, by to tu to tam znaleźć coś naprawdę ciekawego. Jednak, jak już wspomniałem, moje wątpliwości co do intencji niektórych z nas każą mi przynajmniej od czasu do czasu zachowywać dystans. Szczególnie wtedy, gdy wśród innych, pojawiają się kwestie, które ja znam jeszcze sprzed czasów, gdy Platforma Obywatelska objęła w Polsce owe tragiczne dla nas wszystkich rządy i które już wtedy bardzo mi się nie podobały. Oto wczoraj na Twitterze jeden z internautów zaczął publikować informacje dotyczące ciężkich pieniędzy, jakie warszawski Ratusz, jak wiemy, kierowany przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i całe to platformiane towarzystwo, przez minione lata wydawał na zaprzyjaźnione z władzą fundacje oraz projekty. Wśród nich na czoło wysuwają się tak zwane szkolenia i ja oczywiście to świetnie rozumiem. Szkolenia to jest coś absolutnie wyjątkowego. Pamiętam jak kiedyś pracowałem w ING Banku i jeden z dyrektorów opowiadał mi jak to spotkało go niezwykłe wyróżnienie, bo dostał skierowanie na wyjazdowe szkolenie właśnie, które normalnie kosztuje 5 tys. złotych od osoby – a jemu tę wycieczkę opłaciła firma – na którym przez tydzień on i inni uczestnicy kursu mieli się przez cały dzień w najbardziej brutalny sposób wzajemnie obrażać i starać się z tych potyczek wychodzić z tarczą, tak by pod koniec dnia już normalnie biesiadować do białego rana. Ponieważ mam już zarówno swoje lata, jak i lata zawodowej praktyki, to mam też za sobą naprawdę wiele różnych tego rodzaju opowieści i wiem, że tam gdzie są tak zwane dotacje, tam też pojawiają się natychmiast różnego rodzaju projekty, których jedyną wartością jest to, że są, że są napisane i że są napisane starannie i w miarę ciekawie. A zatem, przepraszam bardzo, ale cała lista projektów, jakie Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła wesprzeć finansowo, robi na mnie wrażenie tylko w tym sensie, że tu faktycznie widać, że owe pieniądze nie były wydawane na chybił trafił, lecz trafiały tam, gdzie trafić naprawdę powinny. A zatem, o ile we Wrocławiu niedawno na przykład Urząd Miasta wywalił 15 tysięcy złotych na coś co miało stanowić miejsce spotkań pod fontanną, projekt z którego nic nie wyszło i całość tej kasy poszła do kieszeni jakiejś lokalnej artystki, w Warszawie byle kto się na te fundusze nie załapywał. Tam wszystko szło albo do „Gazety Wyborczej”, albo do prezesa Rzeplińskiego, albo do byłego prezesa Stępnia, do córki Bronisława Komorowskiego, czy wreszcie ewentualnie do blogerki Kataryny, czyli do osób sprawdzonych i zasłużonych. No ale zastanówmy się, o co my tu toczymy bój? Czy o to, żeby miasto, zamiast dawać pieniądze Katarynie, dawała te pieniądze mnie lub Coryllusowi, lub zamiast „Gazecie Wyborczej” i organizowanym przez nią obywatelskim inicjatywom, patriotycznym projektom Jana Pietrzaka? A może o to, żeby wreszcie skończyć z tym strasznym obyczajem polegającym na tym, z pierwszy lepszy cwaniak jest w stanie wyszarpać od miasta każde pieniądze, jeśli tylko swoją opowieścią oczaruje którąś z urzędniczek, że nie wspomnę o wiceprezydencie miasta?
       Powtarzam, wiadomości, które do mnie nadchodzą z Warszawy są mi bardzo miłe i czekam na następne, jeśli jednak mam być zupełnie uczciwy, to powiem, że za tymi moimi emocjami nie stoi tak naprawdę jakikolwiek rozsądek, lecz zwykła złość i pragnienie zemsty. Ja bowiem tak naprawdę wiem doskonale, że w tym samym czasie, jak Gronkiewicz-Waltz wynagradzała dobrodziejów swojej partii, w każdym dosłownie zakątku Polski odbywało się dokładnie to samo, na nie o wiele mniejszą skalę i z podobnym moralnym wynikiem. Funkcjonujący obecnie system krążenia publicznego pieniądza jest bowiem tak zorganizowany, że nie ma mowy o jakiejkolwiek gospodarności. To jest – przykro mi to powtarzać za tym durniem Korwinem-Mikke – ale to jest w rzeczy samej koryto do którego stoi kolejka, której końca nie widać, a w niej wszystko to co najgłupsze i najmniej udane. I wcale nie chodzi tylko o jakieś nędzne, nikomu niepotrzebne szkolenia, ale o również o książki, filmy, przedstawienia teatralne i inne, często najbardziej absurdalne tak zwane „społeczne” inicjatywy.
      Tu gdzie mieszkam, jak w wielu miejscach tego typu, jest tak zwana suteryna, a w owej suterynie lokal. Kiedy się tu sprowadziliśmy, mieścił się tu punkt przedłużania włosów, potem coś, czego już nie pamiętam, a potem przez wiele lat mieliśmy tu mały i bardzo sympatyczny sklep spożywczy. Po pewnym czasie, z przyczyn jak najbardziej naturalnych, sklep upadł i przez jakiś czas miejsce stało nieczynne. I oto nagle, rok, czy dwa lata temu pojawiła się tu jakaś banda gówniarzy z rowerami, która najpierw powiesiła na drzwiach napis informujący o tym, że tam będzie galeria, pracownia, redakcja, kawiarnia i miejsce spotkań, a potem się tam wprowadziła, jednak w taki sposób, że ów punkt jest otwarty kiedy bądź, pies z kulawą nogą poza nimi tam nie zagląda, a przez szybę widać tam nieustanny bałagan i jakiegoś młodego, który na maszynie szyje koszulki z napisem Katowice. Im się nawet nie chciało tam zaznaczyć godzin, kiedy to coś będzie czynne. Firma ma też stronę internetową, którą sprawdziłem, a wygląda ona tak:www. katolove.pl. Szczerze polecam, bo tam jest wszystko, czego słowa nie potrafią wyrazić.
      Nie byłem w środku nigdy. Sąsiad spróbował, ale kiedy tam wszedł, spojrzeli na niego tak, że od razu się wycofał. A zatem, wszystko co o nich wiem, to jest to co widzę z zewnątrz. Wiem natomiast na pewno, że za tym stoi dokładnie ten sam przekręt, co w przypadku Warszawy, tyle że oczywiście na o wiele niższym poziomie i za o wiele mniejsze pieniądze. Jakaś grupa cwaniaków dowiedziała się, że miasto Katowice wspiera kulturę, założyli szkielet strony internetowej, na kartce z zeszytu w kratkę napisali coś co wyglądało jak projekt kulturalny na rzecz miasta i jego mieszkańców, z tym wszystkim udali się do Urzędu Miasta i zwrócili się o lokal i dofinansowanie. No i dostali. Dziś, często jest tak, że kiedy przed północą idę ze swoim psem na spacer, widzę jak tam się świeci światło, jeden na maszynie szyje te koszulki a reszta coś dłubie przy rozłożonych w ogólnym bałaganie laptopach. Kolega, który się zna na rzeczy, powiedział mi, że to jest fragment projektu o nazwie „Kultura za złotówkę”. Chodzi o to, że dziś jest tak, że wystarczy napisać nam byle jaki projekt, wpłacić symboliczną złotówkę, a dalej już tylko żyć za to, co miasto będzie nam co miesiąc wypłacać.
      Pamiętam, ów wspomniany wcześniej, niezwykle sympatyczny sklep o nazwie „Poziomka”. Niestety, czasy takie, że przetrwają albo wielcy, albo cwani. Przepraszam bardzo, ale świadomość tego stanu rzeczy nie bardzo pozwala mi na to, żebym się przejmował jakimś Stępniem i interesami, jakie on prowadzi z warszawskim ratuszem. Kłamstwo jest kłamstwem.





niedziela, 24 lutego 2019

Obywatel Leociak, czyli dalej jest noc


       Ponieważ wczoraj Prawo i Sprawiedliwość, jak ktoś to ładnie określił, strzeliło gola do szatni przeciwnika, nie pozostaje mi nic innego, jak przede wszystkim wyrazić swoje uznanie dla politycznych talentów Jarosława Kaczyńskiego, zadeklarować swoje niezmienne poparcie dla Dobrej Zmiany i oświadczyć, że nie mam nic przeciwko temu, by PiS sprawował w Polsce rządy tak długo aż na scenie pojawi się ktoś lepszy – na co swoją drogą bardzo liczę, i w co jednocześnie słabo wierzę. Tym bardziej jestem przekonany o słuszności swoich emocji, że wczoraj jak grom z jasnego nieba spadł na mnie tekst Coryllusa, w którym ten – nawet dla samego siebie niespodziewanie – przyznał, że z tego co ostatnio obserwuje, dochodzi do przekonania, że Prawo i Sprawiedliwość zachowa władzę przynajmniej do śmierci swojego prezesa, a kto wie, czy nie dłużej.
       To wszystko jednak sprawia, że nie będę dziś powtarzał tego wszystkiego, co już wielokrotnie miałem okazję mówić, a więc, że Jarosław Kaczyński jest najwybitniejszym polskim politykiem w ogóle, a za to wyciągnę swój tłusty palec w stronę czegoś co mnie od pewnego czasu wręcz doprowadza do białej gorączki, czyli do tak zwanego wspierania przez państwo przeróżnych inicjatyw jego obywateli. I tu też, wbrew temu, co można by było podejrzewać, nie będę się znęcał nad polskimi filmowcami, niedzielnymi artystami, bandą darmozjadów z Uniwersytetu Warszawskiego i ich antypolskimi projektami, ale zejdę do poziomu jak najbardziej lokalnego i opowiem o tym, co się dzieje na mojej ulicy.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że tuż obok znajduje się skromny adres, gdzie pod nazwą Centrum Organizacji Pozarządowych zarejestrowanych jest – słownie – trzydzieści siedem fundacji. Proszę się trzymać krzeseł:
- Stowarzyszenie Niezależna Grupa Popularyzatorów Nauki „Eksperymentatorzy”;
- Stowarzyszenie Absuradalny Kabaret;
- Stowarzyszenie Medycyny Komplementarnej i Alternatywnej „Cztery Pory Życia”;
- Bułgarsko-Polskie Stowarzyszenie Kulturalne Imienia Christo Botewa na Śląsku;
- Związek Stowarzyszeń Śląska Sieć 3 Sektora;
- Stowarzyszenie U Study Abroad;
- Terenowy Komitet Ochrony Praw Dziecka;
- Fundacja Aliter (próbowałem się dowiedzieć, co to takiego. Zero informacji. Żadnych adresów, nic)
- Śląsko-Walijskie Stowarzyszenie Red Dragon;
- Fundacja Centrum Rozwoju NoDrama;
- Stowarzyszenie Madiatorów Consensus (właśnie tak: „madiatorów”);
- Fundacja Dialogu i Narracji;
- Fundacja GoodNetwork;
- Fundacja Obywatel Sztuki;
- Pracownia Edukacji Żywej;
- Europejskie Centrum Coachów Psychologów;
- Szlakiem Kobiet;
- Stowarzyszenie Klub Sportowy Chilli.
       To jest, jak widzimy, zaledwie fragment tego, co się zorganizowało pod jednym adresem tuż pod moim okiem. Biorąc pod uwagę, że tego jest niemal czterdzieści, nie chciało mi się nawet sprawdzać, z kim mamy do czynienia. Znalazłem jednak w sobie siłę by rzucić okiem na ów sportowy klub „Chilli” i proszę zobaczyć, co mi się pokazało:
Siatkówka, taniec i wiele więcej! Chillli Katowice to drużyna LGBT skupiająca pozytywnie zakręcone osoby na punkcie sportu, w tym przede wszystkim siatkówki, ale obecnie również tenisa i tańca. Ciągle się rozrastamy, a z każdą nową osobą w naszej drużynie pojawiają się świeży zapał i oryginalne pomysły. Katowice - Gay-Lesbian-Trans-Bisexual-Hetero-Friendly”.
      A zatem, jak widzimy, przed nami jeszcze bardzo długa droga. Bo nie oszukujmy się – tu nie chodzi tylko o Katowice i o ten jeden adres. Nie chodzi też o tego kogoś, kto zamówił tabliczkę z napisem Aliter, machnął nią przed nosem jakiemuś urzędnikowi i otrzymał co chciał, ale o całą kupę wszelkiego autoramentu cwaniaków, którzy uznali, że zajdą gdzie trzeba i znajdą odpowiednie drzwi. W końcu państwo wspiera obywatelskie inicjatywy, prawda?








sobota, 23 lutego 2019

Co wyssał Jerzy Buzek z mlekiem matki?


Dziś, jak sądzę mamy całkiem dobry moment, by zajrzeć do „Warszawskiej Gazety”, gdzie wśród wielu innych ciekawych rzeczy zanjduje sie również mój cotygodnioqwy felieton. Tym razem o premierze Buzku. Również.     


       W związku ze zbliżającymi się izraelskimi wyborami i poprzedzającą je kampanią, zarówno sami Żydzi, jak i ich sojusznicy tu i tam, najwyraźniej nie mają żadnych za(c)hamowań, by walić w Polskę, jak w kaczy kuper, w dodatku robiąc to w najskuteczniejszy ze swojego punktu widzenia sposób, czyli oskarżając nas o współodpowiedzialność za Holocaust. Przy okazji zorganizowanej w Warszawie międzynarodowej konferencji na temat zagrożeń ze strony islamu, głos zabrało trzech ważnych przedstawicieli Diaspory. Najpierw amerykańska dziennikarka, żona byłego szefa Rezerwy Federalnej Alana Greenspana, Andrea Mitchell, poinformowała widzów telewizyjnej stacji NBC, że Powstanie w Getcie skierowane było przeciwko „nazistowskiemu i polskiemu reżimowi”, następnie premier Izraela Beniamin Netanjahu powtórzył znane kłamstwo, że „Polacy kolaborowali z Niemcami w mordowaniu Żydów”, by wreszcie sprawę podsumował izraelski szef dyplomacji, Israel Katz, powtarzając dawne słowa Icchaka Szamira o „antysemityzmie wyssanym przez Polaków z mlekiem matki”.
      Reakcja polskiego rządu na ów ostatni wybryk była mocna i natychmiastowa, co przede wszystkim spowodowało lawinę oświadczeń, również ze strony Diaspory, niemal jednogłośnie wyrażających oburzenie na tę bezczelność, ja jednak zwróciłem szczególną uwagę na dwa z nich, moim zdaniem równie znamienne, choć pochodzących z dwóch różnych stron.
      Najpierw odezwał się przewodniczący Amerykańskiego Kongresu Żydów, Ronald Lauder, a jego słowa, z typowym dla siebie bezmyślnym entuzjazmem, zacytowały Wiadomości TVP. Posłuchajmy tego ciekawego człowieka, jak on rzekomo broni polskiego honoru:
      Jako ktoś, kto od ponad trzydziestu lat jest bardzo zaangażowany w propagowanie polsko-żydowskiego porozumienia, mogę tylko potępić pogorszenie stosunków izraelsko-polskich. To bardzo niefortunne zarówno dla Żydów jak i dla Polaków, że nadal krążą niekorzystne i obraźliwe stereotypy, które spowodowały tyle bólu i cierpienia po obu stronach. Taki język nie powinien mieć miejsca w cywilizowanym dyskursie. Jakie to smutne, że wyniki dekad współpracy i okazywania dobrej woli są teraz zagrożone. Podejmijmy wszyscy wysiłek, aby pokonać ten kryzys, który był zwycięstwem sił nietolerancji i umysłowej ciasnoty, a także straszną plamą na społeczeństwach obu narodów”.
      Proszę spojrzeć: Lauder potępia „pogorszenie stosunków izraelsko-polskich”, „niekorzystne stereoptypy po obu stronach”, oraz „straszną plamę na społeczeństwach obu narodów”, a publiczna telewizja pieje z zachwytu nad jego wrażliwością, zamiast zapytać, czy Lauder byłby nastawiony równie pojednawczo, gdyby to polski minister zasugerował, że Żydzi sami sobie zgotowali swój paskudny los, krzyżując Chrystusa.
       Zamiast TVP, głos natomiast zabrał nasz były i niesławny Jerzy Buzek i w wywiadzie dla Onetu skrytykował premiera Morawieckiego za wycofanie się z udziału w konferencji w Jerozolimie, mówiąc, że on by tam z całą pewnością pojechał, bo „bezpośredni kontakt jest ważniejszy”, niż jakieś głupie dąsy.
      A ja sobie myślę, że jest tak niezwykłe podobieństwo w mentalności Laudera i Buzka, że zaczynam się zastanawiać nad tym, czy Buzkowi się coś w tej Brukseli porozkręcało, czy może on był zawsze taki, tylko się do dziś skutecznie ukrywa.

Jeszcze gdy chodzi o „Warszawską Gazetę”, pragnę poinformować, że w związku bankructwem „Ruchu” i faktem, że od dłuższego czasu jego właściciele Piotrowi Bachurskiemu nie płacą, ten zdecydował się zrezygnować z ich usług. Z tego tylko powodu, a nie w wyniku jakiegoś spisku ze strony Dobrej Zmiany – a takie plotki do mnie dochodzą – „Warszawskiej Gazety” już w punktach „Ruchu” nie kupimy. Polecam „Żabkę”.
   

piątek, 22 lutego 2019

O prześladowcach niezłomnych


       Nie wiem, czy o tym pisałem, czy może jeszcze nie, ale ponieważ nie wiem, to nic nie zaszkodzi nawet jeśli się powtórzę. Otóż podczas katowickich targów książki parę lat temu miałem okazję porozmawiać z sobie z Igorem Zalewskim – prowadzącym, wówczas jeszcze wspólnie z Robertem Mazurkiem, w tygodniku „W Sieci” popularną rubrykę „Z życia koalicji, z życia opozycji” i zapytałem go dlaczego on współpracuje z pismem operującym na tak niskim poziomie. I proszę sobie wyobrazić, że red. Zalewski odpowiedział mi, że, owszem, tygodnik „W Sieci” to rzeczywiście wyjątkowa nędza, natomiast trzeba im przyznać, że dobrze płacą. Dziś „W Sieci” nosi nazwę „Sieci”, a zarówno Mazurek, jak i Zalewski chyba jednak dali się ostatecznie pokonać zwykłemu poczuciu wstydu i machnęli na to żałosne towarzystwo ręką, natomiast wiele wskazuje na to, że oni tam wciąż płacą bardzo dobrze.
      Skąd dziś u mnie ta mało w końcu interesująca myśl? Otóż szedłem sobie wczoraj przez miasto i nagle zauważyłem w kiosku z gazetami najnowszy numer wspomnianego tygodnika, gdzie na okładce widzimy naszego świętego papieża Jana Pawła II, po którego z wszystkich stron sięgają opazurzone czarne dłonie, a pod ową grafiką tytuł „Grzegorz Górny ujawnia: Idzie mocny atak na naszego papieża”, oraz bardzo konkretny podtytuł: „To na Jana Pawła II ma być zrzucona wina za tolerowanie i tuszowanie skandali homoseksualno-pedofilskich w Kościele. Nagonka właśnie ruszyła”. Wydałem ciężko zarobione 6,90 zł, zajrzałem do właściwego tekstu, no i, znając dotychczasowe przemyślenia na ten temat tak wybitnych polskich religioznawców i watykanistów, jak Grzegorz Górny właśnie, czy państwo Terlikowscy, stwierdzam, że jest tak jak się spodziewałem. Otóż Kościół Powszechny, już od dziesięcioleci siedlisko homoseksualnych i pedofilskich gangów, dziś pod kierunkiem faktycznego tutti di capi, czyli w sposób oczywisty odpowiedzialnego za to nieszczęście papieża Franciszka, próbuje całą winę zrzucić właśnie na Jana Pawła II, aktualnie organizując specjalną konferencję w sprawie pedofilii w Kościele, której wynikiem ma być uruchomienie procedury dekanonizacji świętego papieża. W swoim tekście, tak jak wiele razy wcześniej, przedstawia Górny ze szczegółami owo gniazdo żmij, tyle że tym razem, zamiast atakować bezpośrednio papieża Franciszka za to, że to zło toleruje, skupia się na obronie Jana Pawła II, który rzekomo o niczym nie wiedział, nawet jak wiedział, to z dobroci serca nie chciał podejmować drastycznych kroków, a nawet jeśli je podejmował, to mu w tym przeszkadzał jego sekretarz Angelo Sodano, który tak naprawdę to wszystko organizował.
      Czego więc z publikacji tygodnika „Sieci” dowiadujemy się my? Otóż informacja jest prosta: nasz Kościół jest opanowany przez pedofilską oraz homoseksualną mafię; papież Jan Paweł II, choć ona działała tuż pod jego nosem, przez niemal 30 lat ją tolerował; próbował coś z tym zrobić Benedykt XVI, najpierw jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, a potem już jako papież, ale mu ludzie Wojtyły nie pozwolili; dziś główny adwokat tego zła, papież Franciszek, zrzucając cała winę na naszego Jana Pawła, zamierza go dekanonizować, a ostateczne uderzenie nastąpi w tych dniach, podczas owego konwektyklu w sprawie pedofilii. Przepraszam bardzo, ale czy przypadkiem tu ktoś nie oszalał?
      Zastanówmy się zatem, czemu oni to robią. Nie Górny, ale Karnowscy, jako ci, którzy Górnemu udostępniają łamy i którzy mu płacą. Dlaczego nie Górny? Otóż gdy chodzi o niego, biorę pod uwagę, że to jest zepsuty cwaniak, możliwe że z ciężką religijną obsesją. Chciałbym natomiast wiedzieć, czemu właśnie oni, w tak nieprawdopodobnie bezmyślny sposób, uznają za stosowne prześladować Kościół. Nie wiem, czy moja intuicja jest słuszna, ale mam podejrzenie, że ich to wszystko w ogóle nie obchodzi. Możliwe, że Górny, podobnie jak cwany, jest zwyczajnie głupi, dla nich natomiast wszystko zaczyna się i kończy na budżecie, jaki mają do podziału, i na tych, których dopuszczą do dziobania. Ponieważ każda redakcja musi mieć swojego watykanistę, wśród nich jest również Grzegorz Górny. „Rzeczpospolita” ma Czaczkowską, „Polityka” Szostkiewicza, „Do Rzeczy” Terlikowskiego, „Wyborcza” Turnaua, a Karnowscy Górnego właśnie, który, trudno się spodziewać, by się zajmował tą całą religią z mniej konserwatywnych pozycji od Terlikowskiego.
       Już podczas pisania tego tekstu zajrzałem na portal tvpinfo.pl i okazuje się, że oni również postanowili zaprosić Górnego, by nam opowiedział o tym, jak „Tęczowy Kościół” Franciszka prowadzi nas wszystkich w stronę piekielnych bram.
      Czy to możliwe, że oni wszyscy już tylko pilnują interesu?



czwartek, 21 lutego 2019

Szlachetna Paczka, czyli za co rekiny lubią ludzi?


      Mój stosunek do dobroczynnej inicjatywy pod nazwą „Szlachetna Paczka” był niemal od samego początku mocno ambiwalentny. Z jednej strony, dzięki przekazowi, jaki uzyskiwałem rok w rok od mojej córki, która postanowiła się w to przedsięwzięcie zaangażować, miałem przekonanie, że  to jest coś naprawdę solidnego i właściwie najbliższego temu, co sobie wyobraząmy jako autentyczną dobroczynność, a z drugiej strony, ogromne wątpliwości budziła we mnie osoba księdza Stryczka, a więc człowieka, który to wszystko stworzył i czym kierował. Mówiąc konkretnie, bardzo mi się podobał system, według którego tę ksiądz Stryczek swoją „paczkę” zorganizował, gdzie najpierw grupa w gruncie rzeczy anonimowych wolontariuszy wyszukuje w okolicy ludzi z największymi potrzebami, a następnie kolejna grupa, tym razem już całkowicie anonimowych darczyńców, owe potrzeby zaspokaja. Nie spodobało mi się natomiast bardzo to, jak w pewnym momencie nie mogłem nie zauważyć, że ksiądz Stryczek to człowiek rażąco zły i podły, człowiek, który ludźmi, którym organizuje pomoc wyłącznie gardzi, jako nieudacznikami, którzy sami sobie zgotowali swój nędzny los.
      I oto nagle, jak pewnie większość z nas wciąż to dobrze pamięta, ksiądz Stryczek został mocno zaatakowany przez, wydawało by się zaprzyjaźniony, Onet. Atak ten był tym bardziej niespodziewany, bo, jak się wkrótce okazało, przygotowywany od wielu miesięcy i zabezpieczony naprawdę solidną pracą wywiadowczą. Powiem szczerze, że kompletnie do dziś nie pojmuję, czemu System postanowił wykończyć księdza Stryczka, faktem jest jednak, że go wykończył i, jak wiele na to wskazuje, nadzwyczaj skutecznie.
     Jednak to nie wszystko. Jak wiele na to wskazuje, uderzenie w księdza Stryczka stanowiło zaledwie sposób, by uderzyć w cały jego projekt, a więc doprowadzić do upadku, ewentualnie przejęcia, „Szlachetnej Paczki”. A świadczyć o tym mogą wieści dochodzące od dłuższego czasu z Krakowa. Otóż tam się odbywa zwyczajne przeciąganie liny, przekształcającer się ostatnio w klasyczne mordobicie między ludźmi księdza Stryczka, a... no właśnie, kim? Ludźmi Onetu? Kim konkretnie? O tym że tam się szykuje jakaś znacznie grubsza sprawa, niż moglibyśmy podejrzewać, przekonał mnie dwa teksty zamieszczone w „Gościu Niedzielnym”, w których podjęta zaostała wręcz histeryczna próba ratowania pozycji zarówno księdza Stryczka, jak i jego znajomego, którego ten wyznaczył na swoje stanowisko, mianowicie innego księdza, Grzegorza Babiarza. I to też bym jednak potraktował w miarę obojętnie – w końcu nie ma się co dziwić, że „Gość Niedzielny” trzyma stronę Kościoła, nawet jeśli reprezentowanego przez jakieś dziwne towarzystwo – gdyby nie sposób, w jaki ta obrona jest prowadzona, a mianowicie w kompletnym obłędzie. Proszę spojrzeć, co wyprawia autor najnowszego tekstu, Piotr Legutko, próbując nas przekonać, że powinniśmy bronić „Szlachetnej Paczki” pod dotychczasową dyrekcją. Otóż tam nie ma słowa o przyczynie i celach tej wojny, jednego słowa o ludziach próbujących odebrać „Paczkę” ludziom ks. Stryczka – wyłącznie panegiryk na cześć ks. Babiarza, byśmy zobaczyli jaki to święty człowiek. Czego się więc dowiadujemy? Tego mianowicie, że ks. Babiarz jest „psychologiem, praktykującym psychoterapetą, neurobiologiem, ale także patrologiem, czyli ekspertem od nauczania ojców Kościoła. By ich zrozumieć, nauczył się łaciny i greki, a dla zgłębienia literatury przedmiotu opanował również niemiecki, włoski, francuski i rosyjski. Wgryzał się w komentarza Ambrozjastra do listów św. Pawła, przemierzając samotnie bezdroża Etiopii. Emocje studził... nurkując. [...] Przez pięć lat codziennie oglądał z okna swojego mieszkania Zamek Królewski na Wawelu. [...] Studiując naturę ludzkiej wolności, przekppał się przez cała masę psychologicznych eksperymentów. Szukał w nich odpowiedzi na pytanie: dlaczego ludzie, którzy wcześniej byli przyjaciółmi, nagloe stają się wrogami? Potem sprawdzał, co jest jeszcze głębiej, czy istnieje potwierdzenie wolności w świecie neurobiologii. Szukać należy z mądrymi, dlatego Zapraszał do swojego wawelskiego mieszkania profesorów, m.in. Danutę Dudek i Jerzego Vetulaniego. [...] Prof. Vetulani, choć daleki od Kościołóa, był z gospodarzem tamtych spotkań bardzo blisko związany. – Widziałem w nim człowieka – nie boję się tego powiedzieć – wierzącego, przez jego szacunek dla wartości i prawdy”.
      A o co chodzi z tą „Paczką”? Kto się tak naprawdę zasadził najpierw na ks. Stryczka, a teraz na ks. Babiarza i w jakim celu? Tego się nie dowiadujemy. Natomiast wiemy, że to jest fantastyczny facet, kumpel tego starego narkomana i aborcjonisty Vetulaniego, którego cenił za umiłowanie prawdy  i wartości, który przez pięc lat oglądał przez okno Wawel.
     Śpiewał kiedyś Bob Dylan: “‘Cause something is happening here, but you don’t know what it is, do you, Mr. Jones?” Może się doczekamy. Mam nadzieję, że już niedługo.



środa, 20 lutego 2019

Buciki


            Od pewnego czasu na lekcjach, których udzielam tu i tam, czytamy sobie kiedyś dość głośne, a dziś, jak sądzę, bardzo celowo zapomniane opowiadanie Philipa K. Dicka zatytułowane  „The Pre-Persons”. Powstało ono w roku 1974 jako odpowiedź na decyzję Sądu Najwyższego znaną pod nazwą Roe vs. Wade, legalizującą aborcję przez cały okres ciąży. Sąd uznał, że większość przepisów zakazujących aborcji stanowi naruszenie konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, a tym samym prawo do aborcji zostało ogłoszone „fundamentalnym prawem konstytucyjnym” każdej kobiety.
      No i własnie w odpowiedzi na ten wyrok Dick opublikował swoje opowiadanie. Pomysł, mówiąc krótko jest taki, że w wyniku kompromisu między ustawodawcą, a społeczeństwem reprezentowanym przez tak zwany Kościół Stróżów, aborcja jest legalna do 12 roku życia, czyli do momentu, kiedy to człowiek zostaje wyposażony w duszę, a co staje się widoczne przez to, że potrafi rozwiązywać podstawowe zadania matematyczne. Bohaterem opowiadania jest chłopczyk imieniem Walter, który, choć już osiągnął wiek ustawowy i teoretycznie aborcja mu nie grozi, żyje w ciągłym strachu przed ciężarówką aborcyjną, którą niekiedy widzi w okolicy i która zabiera niechciane przez rodziców dzieci i zawozi je do miejscowej kliniki aborcyjnej na tak zwane „poporodowe odsysanie”.
        Walter wie, że według prawa jest bezpieczny, w dodatku rodzice zapewniają go, że jest dzieckiem chcianym, jednak zarówno widok owej ciężarówki, jak i świadomość, że prawo, podobnie jak stosunek do niego jego mamy – którą traktuje jak część systemu – mogą się zmienić,  jest dla niego tak stresujący, że praktycznie nie jest w stanie normalnie funkcjonować.
       W opowiadaniu Dicka nie ma szczególnie drastycznych scen, a więc ani krwi, ani metalicznego błysku aborcyjnych urządzeń, ani nawet opisu zabiegu, poza krótką informacją, że polega on na odessaniu powietrza z płuc, no i że – to jest już zabieg szokujący bardzo pośrednio – że cała ustawa została wprowadzona w trosce o „pieniądze podatnika”. A to że ja się dziś ponownie zainteresowałem tamtym opowiadaniem sprzed lat ma dwie przyczyny. Jedna to ta właśnie, że tam faktycznie nie ma krwi, a druga, że ostatnio urodziła mi się druga wnuczka, za miesiąc będę miał już trzecią, te dzieci towarzyszą mi w tych dniach praktycznie od rana do wieczora i ja nie mam sposobu, by przestać o nich myśleć jak o ludziach, a nie owych „przedludziach”.
      Moja młodsza wnuczka urodziła się w ósmym miesiącu ciąży przez cesarskie cięcie. Miała niespełna 50 cm wzrostu i ważyła troszeczkę ponad 2 kilogramy. Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy była tak strasznie malutka, a jednocześnie tak spokojna i kochana, że aż zaniemówiłem. I własnie wtedy też pomyślałem, że ona, jeszcze chwilę temu, wedle prawa, które funkcjonuje dziś tu i ówdzie była zaledwie „przedczłowiekiem”, ale też wystarczyło tę parę minut w ciągu których ona wyszła na świat, żeby – również zgodnie z prawem – stać się nagle człowiekiem, a więc, jak rozumiem otrzymała nagle duszę. Dziś, kiedy właśnie osiągnęła wiek, w którym zgodnie z planem miała dopiero przyjść na świat, waży już ponad trzy kilogramy, jest większa, ale i tak wygląda tak jak miesiąc temu, a ja mogę się już tylko domyślać, że również dwa i trzy miesiące temu.
      Mam też drugą, starszą wnuczkę, która w maju skończy 2 lata i ona jest już naprawdę duża. A mimo to, kiedy ona tu do nas przychodzi i ją rozbieram, ściągam jej kurteczkę, czapkę, szalik, rozsznurowuję jej buciki, zakładam bardzo piękne spodnie ogrodniczki, które moja żona kupiła jakimś cudem za grosze w „starej szmacie”, i w końcu też papcie, a ona pierwsze co robi to pędzi, by się przywitać z psem, myślę sobie, że tak naprawdę ona wcale nie jest aż tak duża, ale wręcz malutka... no i zdaniem niektórych... wciąż „przedczłowiekiem”.
      Przychodzi też do nas syn z synową i z tą dziewczynką, która wciąż jest jeszcze w brzuchu, ale jej żywą obecność czuć w każdym momencie. Czasem też ją widać, jak się tam rusza i czeka na swój moment. Wtedy też się wzruszam i nie mogę się doczekać aż sobie spojrzymy w oczy. I wtedy też myślę, jak fatalnie złą metodą walki z aborcją jest to co nam aplikują owe organizacje pro-life, drukując te plakaty z zakrwawionymi szczątkami pomordowanych dzieci. Jak to jest z jednej strony przeciwskuteczne, a z drugiej świadczące o tym, że i w nich samych jest coś bardzo złego, że oni, walcząc o życie, nie potrafią na nie spojrzeć jak na coś prawdziwie świętego i pięknego, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, gdzie dłoń ma pięć palców, twarz nosek i uszka, a na głowie rosną włosy. No i gdzie są też te oczy, albo jasno niebieskie, albo ciemne, ale zawsze tak bardzo żywe i ciekawe świata. Czemu oni nie są w stanie – albo zwyczajnie nie chcą – opisać wartości tego życia, pokazując jego triumf, a nie upadek? Tego nie rozumiem.
      Parę dni temu, przyśniła mi się moja młodsza córka, które mieszka wciąż z nami i nic nie wskazuje by się to w najbliższym czasie miało zmienić, i w owym śnie dowiedziałem się, że ona jest w ciąży z którymś ze swoich znajomych. Opowiedziałem jej oczywiście ten swój sen, a ona, proszę sobie wyobrazić, odpowiedziała mi natychmiast, że nie rozumie, czemu niektóre kobiety wiadomość o tym że są w ciąży traktują niemal jak wyrok długoletniego więzienia. Twierdzi moje dziecko, że gdyby ona się dowiedziała, że jest w ciąży, byłaby najszczęśliwszą osobą na świecie. Czemu tak? Bo ona myśli, że to jest fantastyczna rzecz dać życie i móc to życie pielęgnować najdłużej jak się da. I cieszyć się nim już nie koniecznie jak życiem swojej siostrzenicy, czy bratanicy, ale swojego dziecka. Jego bucikami, szaliczkiem i czapeczką.
      Takie to zatem mam dziś refleksje, gdy myślę z jednej strony o owym systemie, o którym Philip K. Dick pisze, że służy interesom podatnika, a z drugiej naprawdę wielki wysiłek przeróżnych organizacji pro-life, które moim zdaniem powinny jak najszybciej spojrzeć na życie, którego tak bronią, nie jak na zakrwawione szczątki, lecz na te buciki, te paluszki i te oczy.


      

wtorek, 19 lutego 2019

O tym jak Lech Wałęsa pokonał pana Pikusia


Po wielu naprawdę trudnych dniach, znów znalazłem się w posiadaniu laptopa, co szczególnie ważne tego samego, który mi towarzyszył przez minione blisko 10 lat. Tu muszę skierować specjalne podziękowanie do naszego człowieka w Kaliszu, który na mój dramatyczny apel zareagował niemal jako pierwszy i zadeklarował pomoc, wprawdzie  głównie techniczną, która jednak doprowadziła do tego, że dziś jestem właścicielem pięknego Sony Vaio, który wygląda i działa jak nowy, tyle że lepszy od wszystkiego co można kupić. Jednocześnie, jeszcze raz dziękuję wszystkim Czytelnikom za ich niezwykłą ofiarność, jak się okazuje znacznie przekraczającą potrzeby, i jeszcze raz zapewniam, że żaden grosz nie zostanie zmarnowany, choćby przy okazji najbliższych intencji mszalnych.
Dziś jednak przedstawiam mocno zaległy tekst, jaki ukazał się w ostatnim wydaniu „Warszawskiej Gazety”. I to na razie tyle. Właściwy komentarz nastąpi na końcu.




     Nie wiem tak naprawdę, jaki procent z dziś już ponad dwóch miliardów użytkowników serwisu społecznościowego znanego pod nazwą Facebook, stanowią czytelnicy „Warszawskiej Gazety”, gdyby jednak to akurat miejsce owo szaleństwo szczęśliwie ominęło, chciałbym podzielić się pewną refleksją, związaną z tu już z pewnością nie dającym o sobie zapomnieć Lechem Wałęsą, dla którego ów Facebook stanowi w pewnym sensie jedyny sposób kontaktu ze światem. Jako że sam staram się wykorzystywać Facebook choćby do  popularyzowania tych tu felietonów, nie umknęła też mojej uwadze owa, jak się za chwilę będziemy mogli przekonać, bardzo szczególna aktywność naszego pana Bolesława, w ostatnim zwłaszcza czasie wręcz histeryczna.
     W czym rzecz? Otóż jest tak, że Lech Wałęsa na Facebooku udziela się już od lat, jednak od czasu gdy praktycznie zrezygnował z prowadzenia swojej prywatnej strony, na której dzielił się z nami różnego rodzaju spostrzeżeniami na najróżniejsze tematy, choćby w takim stylu:
W trybie natychmiastowym oddaję do Prokuratury tą informacje i tych co publikują w tym Tych z Torunia .
To jest nie tylko Oczernianie kłamstwami ,ale też podważanie prawdy Historycznej i mojej roli od początku od skoku przez płot i dalej .
Żyją jeszcze świadkowie z obu stron konfliktu , należy to dokładnie że szczegółami wyjaśnić .
Pojawia się po raz KOLEJNY koncepcja jakoby dowieziono mnie na strajk motorówką .
Przysięgam na wszystkie świętości , że ja w tym nie uczestniczyłem ,Więc sobowtór .
Jeśli taki scenariusz był realizowany przez służby ,są dowody i świadkowie to BYŁ WYROK ŚMIERCI NA MNIE”.
     Tamto, jak widzimy, to był układ dowolny, dziś Wałęsa jest bardziej zdyscyplinowany, no a przede wszystkim stara się swoją aktywność kierować, nie tylko na swoją wielkość, jak to miało miejsce w przypadku informacji, że wraz z niejakim Baumgartnerem zamierza pobić rekord świata w długości skoku na trasie Kosmos – Ziemia, ale też na zewnątrz, i ostatnio wrzucił do Sieci, znalezioną oczywiście w tej samej Sieci, informację o tym, że św. Jan Paweł II, kiedy jeszcze nie był papieżem, lecz skromnym Karolem Wojtyłą, kolaborował z Gestapo. Informacja ta ukazała się w formie tak zwanego mema, jeszcze sprzed lat, gdzie widzimy młodego Wojtyłę, oraz rzekomy cytat, w którym ten jakoby zachęca Polaków, by kochali swoich niemieckich oprawców, oraz wałęsowego komentarza „Bożę, to niemożliwe”. Wprawdzie w pierwszej chwili nasz Bolesław się dość szybko zreflektował, że dał się nabrać i zaczął tłumaczyć, że on zaledwie przedstawił swoją socjologiczną analizę zjawiska pod nazwą „internetowy fejk”, po czym cały komentarz usunął, ponieważ jednak Internet ma to do siebie, że nie zapomina, my swoje wiemy i żyjemy bardzo poważnymi myślami.
      Mianowicie, powinniśmy wszyscy wypatrywać z uwagą tego co przyniesie dzień jutrzejszy. Może się bowiem okazać, że przed nami prawdziwy spektakl, z którym takie taśmy to zwyczajny Pan Pikuś.



Nie wiem, czy ta moja obserwacja jest w jakikolwiek sposób wyjątkowa, czy może ktoś jeszcze zwrócił na to uwagę, ale mam wrażenie, że to co się aktualnie dzieje z Lechem Wałęsą przekracza nasze najbardziej śmiałe przewidywania. Felietony dla „Warszawskiej Gazety” piszę już od kilku dobrych lat i – na co miałem okazję się niejednokrotnie skarżyć – cykl wydawniczy owego tygodnika sprawia, że kiedy nadchodzi piątek, sobota, czy niedziela i moje wtorkowe refleksje mogą wreszcie trafić do Czytelnika, bardzo często one są już mocno czerstwe, czy wręcz nieaktualne. Wydaje mi się jednak, że to, co się nam przytrafiło dzięki szaleństwu naszego pana Bolesława, jest wydarzeniem całkowicie bezprecedensowym. Od minionego wtorku, czyli przez zaledwie tydzień, bowiem jego ogarnęło wzmożenie, któremu można by poświęcić nie jeden, nie trzy, ale nawet siedem osobnych felietonów. Kiedy obserwuję to co on wyprawia na swoim facebookowym profilu, mam nieodparte wrażenie, że tam się faktycznie dzieją rzeczy, których nie można już potraktować prostym żartem, czy złośliwością, ale już tylko poważną polityczną diagnozą.
     Otóż jestem niemal pewny, że spektakl, o którym wspomniałem na zakończenie swojego felietonu, jest bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej. To że Lech Wałęsa odstawi nam numer, który całą scenę polityczną postawi na głowie i z tej awantury najbardziej oczywiście poobijani wyjdą ci wszyscy, którzy to nazwisko przez ostatnich kilka lat traktowali jako autoryzację swojej podłości, jest dziś bardziej niż pewne. Oczywiście, może się zdarzyć, że w tym dziwnym towarzystwie znajdzie się ktoś, kto temu nieszczęśnikowi odbierze komputer i wrzuci go do jakiegoś pokoju bez klamek, ale to przyniesie tylko chwilowy efekt. Już bowiem na drugi dzień pojawi się w głównych mediach pytanie „gdzie jest Lechu”, a za tym pytaniem na ulice wylegną rozhisteryzowani zwolennicy Pana Przewodniczącego i wtedy trzeba będzie wreszcie wszystko oficjalnie ogłosić.
      Niech więc oni się tylko modlą – jeśli jeszcze potrafią – żeby to się nie stało przed wiosennymi wyborami do europarlamentu.


poniedziałek, 18 lutego 2019

Za co szanujemy pamięć premiera Jana Olszewskiego


     Odczekałem jak Pan Bóg przykazał jeden dzień od czasu gdy zakończyła się oficjalna żałoba po śmierci premiera Jana Olszewskiego i korzystając z okazji, że moja żona już śpi, a tym samym straciła z oka swój laptop, pomyślałem, że może uda mi się napisać parę dodatkowych słów refleksji na temat osoby, służby, oraz historycznego znaczenia zmarłego Premiera. Otóż pierwsza rzecz, jaką muszę – a w tej chwili, jak sądzę, już mogę – powiedzieć, jest to, że wbrew słowom Antoniego Macierewicza, Jan Olszewski nie dość że nie był najwybitniejszym polskim politykiem ostatnich dziesięcioleci, to w ogóle jako polityk okazał się kimś zwyczajnie przeciętnym. Przyznaję, że Jan Olszewski to człowiek porządny, dobry i uczciwy, natomiast, muszę to powtórzyć, jako polityk od początku do końca swojej publicznej działalności pozostał ani lepszym, ani gorszym od całego szeregu osób, które gdzieś tam szukały swojej szansy i jeśli ją choć na chwilę znalazły, to wyłącznie dzięki wsparciu tych, którzy okazali się od niego zdolniejsi. W tym wypadku, Jarosława Kaczyńskiego. Ja oczywiście pamiętam czas, kiedy Porozumienie Centrum zostało przez Służby rozbite w pył, Jarosław wycofał swoje nazwisko z list wyborczych AWS-u i znalazł się na granicy kompletnej anihilacji, a nie kto inny jak Jan Olszewski go przygarnął, niemniej jednak w ostatecznym rozrachunku to nie Jarosław Kaczyński zawdzięcza Olszewskiemu swoją dzisiejszą pozycję, tylko Olszewski jest dziś na ustach całej Polski dzięki temu, że Lech Kaczyński w pewnym momencie uznał go za bezdyskusyjną wartość. Bez tego, dziś o Janie Olszewskim wspominano by jedynie z okazji minuty ciszy podczas kolejnego posiedzenia Sejmu.
      A mimo to, nie można zaprzeczyć, że Jan Olszewski to w pewnym sensie postać dla współczesnej polskiej historii pierwszoplanowa, jednak paradoksalnie nie dzięki jakiemuś wielkiemu sukcesowi, bo takich nie odnotował, ale prawdziwie dramatycznej porażce, którą przyszło nam nazywać Nocną Zmianą. To wtedy właśnie, zapewne całkowicie wbrew swoim intencjom, a wręcz dzięki do dziś do końca niezbadanym intencjom Janusza Korwina-Mikke, pozwolił Jan Olszewski nam, zewnętrznym obserwatorom, uzyskać już na zawsze wiedzę, kto jest kim. I dzięki tej wiedzy, potrafimy się dziś tak dobrze poruszać w tej okropnej politycznej plątaninie.
      Oto zaledwie jeden z wielu przykładów. Oglądałem w telewizji transmisję z pogrzebu zmarłego Premiera i w tłumie osób kłąbiących się przy grobie zobaczyłem charakterystyczną czapkę, a pod nią twarz Adama Słomki, i proszę sobie wyobrazić, że mimo obecności mojej wnuczki w tym momencie zakrzyknąłem: „A cóż ten skurwysyn tu robi?” Gdyby ktoś nie wiedział, skąd to wzburzenie, pozwolę sobie przypomnieć fragment sejmowego wystąpienia wspomnianego Słomki z pamiętnego czerwca 1992 roku:
      W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Słuzby Bezpieczeństwa [...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu -
[...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną... Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
      To jest Adam Słomka, ten który dziś próbuje się dopchać do rodziny Jana Olszewskiego, tak by kamery zechciały go w tym tłumie rozpoznać, natomiast w tym samym czasie jego ówczesny partyjny kolega Krzysztof Król pisze na Twitterze następujące słowa:
     W dniu pogrzebu Jana Olszewskiego odtworzyła się koalicja, która uratowała Polskę przed Kaczyńskimi i Macierewiczem w 1992 roku. Wtedy wygraliśmy 273:119. Powtórzymy ten wynik”.
     A więc to możemy z czystym sumieniem powtórzyć: Jan Olszewski, człowiek, dobry, uczciwy i porządny, tak samo jak zasłużył się dla Polski swoim pięknym przykładem właśnie owej porządności, tak samo pozwolił nam poznać prawdę o tych, którzy nas otaczają, życząc nam jedynie śmierci. I choćby za to mu wieczna chwała.
      Ale jest jeszcze coś, dla mnie akurat o bardzo niewielkim znaczeniu, natomiast być może istotne dla tych, którzy dziś, wspominając Jana Olszewskiego, odmieniają na wszelkie sposoby słowo „socjalizm”. Próbowałem odnaleźć choćby małą wzmiankę na ten temat w Sieci, jednak bez efektu. Ja sam jednak doskonale pamiętam, jak właśnie w tamtym czasie, kiedy mieliśmy szczęście żyć w czasach gdy Jan Olszewski był premierem polskiego rządu, ja, jako drobny przedsiębiorca, przez jeden krótki rok płaciłem podatek w wysokości 7 procent. Nie musiałem przy tym prowadzić książki podatkowej, nie musiałem składać deklaracji PIT, wystarczyło, że raz na miesiąc zaszedłem do Urzędu Skarbowego, powiedziałem ile przez ten miesiąc zarobiłem, wpłaciłem odpowiednią sumę do kasy i wróciłem do domu. Nie musiałem w tym czasie zbierać żadnych faktur, odliczać jakichś bezsensownych kosztów, bo to akurat nie było nikomu potrzebne. 7 procent i kropka. To jest coś, co Jan Olszewski zrobił w te niecałe pół roku, a z czym męczą się kolejne rządy do dziś.
     I jestem pewien, że to jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której on dziś jest w objęciach Pana. Mimo, że, jak mówią – mason.

      


sobota, 16 lutego 2019

O premierze, który otworzył mi oczy

      Jeszcze raz dziękuję wszystkim za cierpliwość i jednocześnie proszę o wybaczenie mi przeciągającej się ponad miarę nieobecności. Dobra jednak wiadomość jest taka, że już pojutrze będę miał komputer i wtedy wszystko postaram się nadrobić.  Dziś natomiast, dzięki uprzejmości żony, która bardzo źle znosi dzielenie się z kimkolwiek swoim laptopem, a już zwłaszcza za mną, a już zwłaszcza wtedy gdy chodzi o pisanie bloga, który jej zdaniem stanowi moją starczą fanaberię, chciałem podzielić się paroma refleksjami związanymi z odejściem śp. Jana Olszewskiego.
      Kiedy piszę ten tekst, trwają niezwykle piękne uroczystości pogrzebowe, o Zmarłym mówi właśnie ksiądz biskup Dydycz, a ja wspominam czerwiec roku 1992, pożegnalne wystąpienie Premiera przed dramatycznie skorumpowanym Sejmem i jego słowa o tym, jak wyjdzie na ulice Warszawy i będzie mógł bez wstydu spojrzeć w oczy mijanym ludziom. Niedawno syn mój przypomniał, że on do dziś pamięta, jak miał zaledwie 10 lat i ja mu pokazałem to wystąpienie, i jak bardzo ono go wówczas wzruszyło. A ja pamiętam swoje własne wzruszenie, kiedy słuchałem tamtych słów, i niemal pewność, że nie ma tak twardych serc, które by nie uległy ich sile, i już po chwili tę bolesną świadomość, jak bardzo się okazałem naiwny. Dla mnie więc Jan Olszewski to przede wszystkim ktoś, kto mi pokazał, jak bardzo te serca potrafią być zimne.
     Mija okres dwudniowych uroczystości i uważam, że tu wszystko było bardzo dobre, włącznie z zapowiedzią, że w Warszawie stanie pomnik Premiera. Wszystko było bardzo dobre.
     Niech spoczywa w pokoju.

poniedziałek, 11 lutego 2019

O tych co na obrady Okrągłego Stołu przyszli z piłą


Komputer będę miał w ciągu, mam nadzieję, paru dni, tymczasem korzystam z uprzejmości  - tak tu wygląda procedura – mojej żony, aby przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Gdy chodzi o zepsuty laptop, wciąż nie mam pewności, czy bardziej opłaci się kupowanie nowego, czy naprawa starego, zwłaszcza że swoją życzliwą pomoc zaoferował jeden z Czytelników, jak się okazuje, właściciel serwisu komputerowego. Korzystając z okazji, dziękuję mu serdecznie właśnie tutaj i jeszcze raz wszystkim tym, którzy tak serdecznie zaregowali na moją prośbę o pomoc.    


       Felieton ten piszę w wigilię 30 rocznicy zbudowania tak zwanego Okrągłego Stołu, która to konstrukcja ostatecznie, w ten czy inny sposób doprowadziła nas do tego co mamy dziś. I choć dotychczas - pomijając oczywiście sam przełom lat 80 i 90, kiedy byłem młody i głupi - na tamto wspomnienie potrafiłem jedynie ziewnąć, to dziś jestem pełen szczególnych refleksji, o tyle ciekawych, że są one bezpośrednio związane z naszą obecną sytuacją.
       Jeśli jednak ktoś sądzi, że będę tu dziś analizował popularną opinię, że to z czym mamy w tej chwili do czynienia to bezpośredni skutek tego, co nam przyniósł tamten geszeft, jest w oczywistym błędzie. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem sytuacja w jakiej się - moim zdaniem nadzwyczaj szczęśliwie - dziś znaleźli, to efekt działań osób, które, owszem, znalazły się przy Okrągłym Stole, jednak ich zaangażowanie uchroniło nas przed całkowitym zawłaszczoniem go przez środowiska, idee i osoby, które inaczej nie pozostawiłyby nam najmniejszych szans na Polskę, którą dziś z pewnymi jednak sukcesami staramy się dla siebie odzyskać.
       Kiedy obserwuję atak, jaki jest prowadzony już od dobrych kilku lat, a tak bardzo zintensyfikowany w ostatnim czasie, przeciwko wolnej Polsce, nie mogę nie myśleć, że to jest wynik tego, co się stało wiosną 1989 roku, kiedy to neoliberalnej międzynarodówce nie udało się zdobyć monopolu. Proszę sobie tylko wyobrazić, jak wyglądałaby scena polityczna na początku lat 90, a w efekcie zapewne i dziś, gdyby wówczas przy tym wyjątkowo podłym meblu nie zasiedli Lech i Jarosław Kaczyński. Pomyślmy, jak by wyglądały czerwcowe wybory, no i później tworzenie kolejnych rządów, gdyby oni - a wraz z nimi kilku innych nadzwyczajnie przenikliwych polityków - postanowiili zbojkotować ten projekt i pozostawili Polskę w rękach Michnika, Geremka, Kuronia, Wujca, Lityńskiego, Frasyniuka i całej tej bandy specjalistów od budowania Nowego Wspaniałego Świata.
      Ktoś może powiedzieć, że nic by się nie stało. Oni by sobie razem z Wałęsą wygrali te ustawione na 4 czerwca wybory, wybrali sobie ten swój komuszo-demokratyczny rząd, a my byśmy po chwili weszli na scenę i przy okazji kolejnych wyborów przejęli władzę, rozpędzili to ruskie towarzystwo na cztery wiatry  i Polska byłaby już wtedy wolna.  Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś po tych wszystkich latach wciąż wierzy w taki hipotetyczny rozwój zdarzeń, musi być słabo przytomny. Wystarczy bowiem nie tylko wspomnieć tamte wojny gangów, które toczyły się niemal bez przerwy przez całe lata 90, ale spojrzeć na naszą walkę teraz, dziś, kiedy wydawałoby się mamy niemal wszystko, a mimo to każdy dzień mówi nam, że nawet jeśli będziemy wygrywać, oni nie odpuszczą. Nigdy. I wykorzystają każdą szansę, by nas  zniszczyć.
     A więc, cieszmy się z Okrągłego Stołu, a zwłaszcza z tej jednej jego nogi, która okazała się tak pięknie przycięta.


Zapraszam do osobistego kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com

piątek, 8 lutego 2019

O solidarności na dobre i na złe

Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy odpowiedzieli na mój wczorajszy apel. To co przyszlo od Was dotychczas, wystarczy z dużą górką. Wszystko co mi zostanie, wydam uczciwie, a tych którzy nie zdążyli, proszę o to, by sobie coś zafundowali za moje zdrowie.

czwartek, 7 lutego 2019

Crash

Stało się. Po ponad dziesięciu latach ostatecznie padł mi laptop, co powoduje, że do czasu aż zdobędę fundusze na nowy, jestem w czarnej dupie pod każdym właściwie względem, i to praktycznie od zaraz. Gdyby ktoś miał życzenie mnie tu wesprzeć, będę zobowiązany. Ze wstydem, do którego właściwie powinienem się już był przyzwyczaić, przypominam swój numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.
Przy okazji, tą drogą - innej nie znam - bardzo dziękuję Adamowi z Krakowa za cierpliwą obecność.

środa, 6 lutego 2019

Pięć krótkich kawałków na przedostatni miesiąc zimy


Smutna wiadomość jest taka, że, jak się dowiaduję, „Polska Niepodległa” od tego miesiąca staje się miesięcznikiem, co oczywiście sprawi, że będę nieco biedniejszy, a z drugiej strony będę się starał te moje krótkie kawałki uczynić bardziej uniwersalnymi, co może sprawi, że one nie będą w momencie publikacji tu na blogu aż tak staaaaare. Tymaczasem jednak przesyłam tekst zaledwie sprzed tygodnia. Też oczywiście w tym zagonionym  świecie nieco zwietrzały, ale na pewno odpowiednio zabawny. Zapraszam.


Kiedy dwa tygodnie temu wysyłałem do redakcji swoje kolejne refleksje na bieżące tematy, nawet mi nie przyszło do głowy, jak bardzo słowo „bieżące” jest pozbawione znaczenia w świecie, w którym wszystko zmienia się tak szybko, że praktycznie cały świat może stanąć na głowie w ciągu zaledwie jednego dnia. Nie chcę tu oczywiście sugerować, że faktycznie doszło do owej rewolucji, ale przyznać trzeba, że naprawdę trudno się było spojrzewać, że padnie akurat na Pawła Adamowicza. Tymczasem stało się tak, że Paweł Adamowicz, a więc ktoś, kto w pewnym momencie został skreślony, i to skreślony wydawałoby się ostatecznie przez wszystkich z wyjątkiem tych opętanych myślą, że nie ma nic gorszego jak Jarosław Kaczyński, został zamordowany… no i w tym momencie okazało się, że tak zwany antypis ma nowego świętego.
To piekło zgotowała nam partia rządząca. To oni zawsze narzucają ton i język. To są ci sami politycy, którzy zabijają kijami państwo prawa i odbierają nam nasze swobody obywatelskie. To są ci politycy, którzy doprowadzili do tego języka agresji”, oznajmił na antenie stacji TVN24 znany nam skądinąd Władysław Frasyniuk. O jakim piekle mówi pan Władek, tego oczywiście przysłowiowy biały człowiek nie zrozumie, ale to oczywiście nie zmienia faktu, że stoimy po raz enty wobec zagadki nie do odgadnięcia. „Ton”, „język”, „kije”? Przepraszam bardzo, ale czy ktoś tu może zwariował?

***

Ja wiem, że ten tirowiec to w sumie drobiazg, ale biorąc pod uwagę, że o nim tu dotychczas nie było zbyt wiele, zostańmy jeszcze chwilę przy Władku. Otóż w tej samej wypowiedzi ów dziwny człowiek powiedział coś jeszcze. Komentując śmierć Pawła Adamowicza, pozwolił on sobie na znacznie dłuższą wypowiedź niż ta w temacie owych „kijów”. Posłuchajmy.
To ten człowiek, który nie zniósł presji więziennej, ale w więzieniu nasłuchał się o zdradzieckich mordach. […]To był mord polityczny. Nie wiem czy można to porównać, bo nie żyłem w tamtych czasach. Był zaplanowany. To nie jest chory psychicznie człowiek, bo wiedział kiedy uderzyć, którego dnia. O godz. 20, nożem przebija serce nie tylko Pawłowi Adamowiczowi, ale także Jurkowi Owsiakowi i nas wszystkich, którzy uczestniczyliśmy w zbiórce na rzecz WOŚP.
Boję się polityków, którzy mówią: chory psychicznie. […] Dość łatwo obciążało się człowieka chorobą psychiczną. […] To niewątpliwie emocjonalny człowiek, który miał poczucie krzywdy. Jak każdy człowiek, który siedzi w więzieniu. Ja też siedziałem w więzieniu. Natomiast do tego doszła TVP, która wzmacniała poczucie krzywdy. Jestem przekonany, że ten morderca miał przekonanie, że jest kolejnym Żołnierzem Wyklętym, który ma do wykonania ostatnią misję
Nadal partia rządząca przesyła sygnał, że z Żydami i złodziejami z Platformy trzeba skończyć.
Oczywiście każdy z nas ma tu swoje własne przemyślenia, ja natomiast się zastanawiam, co tak naprawdę chciał nam powiedzieć Władysław Frasyniuk. Czy jemu naprawdę chodziło o to, by nam powiedzieć, że Paweł Adamowicz to Żyd-złodziej i komunista? Przepraszam bardzo, ale ja prostestuję. Ktoś kto ma na nazwisko Adamowicz, nie może być Żydem.

***

Ktoś powie, że ja w tej niełatwiej sytaucji bardzo sobie ułatwiam zadanie, podpierając się osobą może nie aż tak niezrównoważoną jak przewodniczący Wałęsa, ale w sposób oczywisty podejrzaną, a może nawet współodpowiedzialną. Otóż problem polega na tym, że tu nie mamy do czynienia z pojedynczym obłędem, ale z całą serią wystąpień, które bardzo jednoznacznie wskazują na to, że przed nami plan, w który zaangażowane są osoby z różnych doprawdy stron sceny. Weźmy takiego ojca Ludwika Wiśniewskiego, dominikanina, znanego nam choćby z tego, że podczas Mszy za duszę prezydenta Adamowicza skradł show takiej nawet gwieździe jak Aleksander Hall. Ten mianowicie  święty mąż wystąpił właśnie w niesławnej audycji Moniki Olejnik „Kropka nad i”, gdzie przedstawił następującą opinię:
Musimy reagować, trzeba reagować na tego rodzaju zachowania. Nie można milczeć. Nie mogą milczeć ludzie. Ktoś ostatnio pytał mnie co robić. Wydaje mi się, że należałoby wreszcie spisywać i publikować. W takim to, a takim kościele padły takie, a takie słowa. Wypowiedział taki, a taki ksiądz. Społeczeństwo ma uczyć, także księży”.
Oczywiście moment gdy Władysław Frasyniuk wspomina coś na temat żołnierzy wyklętych w kontekście zabójstwa prezydenta Adamowicza robi odpowiednie wrażenie, tu jednak wchodzimy stopień wyżej, a ponieważ mamy do czynienia z osobą duchowną, powiedzmy, że tych stopni jest jeszcze więcej. Otóż wygląda na to, że ojciec Wiśniewski, apelując do, jak rozumiem, każdego z nas, byśmy brali udział w niedzielnych nabożeństwach z ołówkiem i kajecikiem, w którym będziemy zapisywali, co nasz ksiądz powiedział na kazaniu, lub ewentualnie wspomniał podczas modlitwy, a jeśli tylko zauważymy, że on rzucił coś niezbyt prawomyślnego z punktu widzenia osób słuchających kazania ojca Wisniewskiego z czterech pierwszych rzędów gdańskiej bazyliki, byśmy natychmiast donosili o tym do odpowiednich władz, cofnął nas wszystkich do niezapomnianego roku 1984, kiedy to bez ołówka i kajecika porządnej Mszy zwyczajnie nie było.

***

My tu sobie, jak widać, wesoło żartujemy, choć przyznaję, że w kontekstach wesołych nie za bardzo, wiele jednak wskazuje na to, że ci, którzy bardzo liczą na to, że smierć Pawła Adamowicza utoruje im drogę do zwycięstwa w nadchodzących wyborach, najpierw europejskich, potem parlamentarnych, no i wreszcie prezydenckich, zachowują się, jakby autentycznie stracili poczucie rzeczywistości. Oto portal tvn24.pl - a niewykluczone, że również znacznie szerzej dostępna właściwa telewizja - jako headline news podał informację, że „służby wiedziały o poglądach politycznych Stefana W [i nic z tym tym nie] zrobiły. O co chodzi? Otóż wedle informatorów TVN24, służby więzienne miały psi obowiązek wiedziec, i co ciekawsze wiedziały, że zabójca Pawła Adamowicza w więzieniu znielubił Platformę Obywatelską, o czym poinformował swojego wychowawcę, a co, zdaniem redaktorów stacji, stanowiło bardzo oczywisty powód, by go albo zamknąć w specjalnym ośrodku dla tak zwanych „bestii”, albo przynajmniej objąć stałą obserwacją. W końcu, jak wiemy, nie może być tak, by „po wolności” kręcili się jacyś podejrzani o to, że nie lubią Platformy Obywatelskiej. Nie może być wręcz tak, by służby nie zdawały sobie sprawy z tego, co dany obywatel sądzi na temat sytuacji politycznej w kraju, kogo popiera, a komu nie chce zaufać. W końcu od czego są służby jak nie od dbania o bezpieczeństwo państwa?
A więc powtórzmy to raz jeszcze. Niech ktokolwiek kto popiera obecną władzę, a tym bardziej nie ma zaufania do tej, która jako jedyna jest uprawniona do tego, by rządzić, ma się na baczności. Wielki Brat patrzy.

***

Zrobiło się nam jakoś smutno, na koniec więc dwa kawałki, moim zdaniem nastrajające nadzwyczaj pozytywnie. Otóż przede wszystkim, jak się okazuje żona i córka śp. Adamowicza zniosły to nieszczęście bardzo dobrze. Chwilę  bowiem po powrocie ze swojego nowego domu w Stanach Zjednoczonych do Polski obie wystąpiły przed kamerą wspomnianej stacji TVN24 i zawołały radośnie: „Paweł został zamordowany na światełku do nieba i ja proszę w tym momencie, by Jurek Owsiak kierował orkiestrą dalej, bo on zawsze obiecał, że on gra do końca świata I jeden dzień dłużej. Zwyciężymy i siema!
A zatem, siema. Miejmy nadzieję, że to piekne pozdrowienie wesprze samego Lecha Wałęsę w jego najnowszym projekcie, zapowiedzianym przez niego samego na Facebooku. Otóż ukazało się tam zdjęcie na którym Przewodniczący z nieznanym bliżej nikomu mężczyzną pozują do kamery, a pod spodem mamy informację o treści wręcz szokującej: „Planujemy wykonać skok z wysokości 50 tys. metrów”.
Z poufnych informacji dowiadujemy się, że do mieszkania Przewodniczącego wszedł człowiek przedstawiający się jako Felix Baumgarten, opowiedział mu jak parę lat temu skoczył z kosmosu na Ziemię i zaproponował, że może by tak kolejny atak przeprowadzić wspólnie. No i Lechu się zapalił. Ale czy to prawda, Diabeł jeden wie. O tak! On to wie z całą pewnością.

Czas, kiedy ukaże się moja nowa książka zbliża się nieuchronnie, tymczasem jednak polecam to co jest i czeka, a mianowicie choćby pierwszą część refleksji na temat języka angielskiego i jego nauczania. Tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kto-sie-boi-angielskiego-listonosza/