poniedziałek, 18 lutego 2019

Za co szanujemy pamięć premiera Jana Olszewskiego


     Odczekałem jak Pan Bóg przykazał jeden dzień od czasu gdy zakończyła się oficjalna żałoba po śmierci premiera Jana Olszewskiego i korzystając z okazji, że moja żona już śpi, a tym samym straciła z oka swój laptop, pomyślałem, że może uda mi się napisać parę dodatkowych słów refleksji na temat osoby, służby, oraz historycznego znaczenia zmarłego Premiera. Otóż pierwsza rzecz, jaką muszę – a w tej chwili, jak sądzę, już mogę – powiedzieć, jest to, że wbrew słowom Antoniego Macierewicza, Jan Olszewski nie dość że nie był najwybitniejszym polskim politykiem ostatnich dziesięcioleci, to w ogóle jako polityk okazał się kimś zwyczajnie przeciętnym. Przyznaję, że Jan Olszewski to człowiek porządny, dobry i uczciwy, natomiast, muszę to powtórzyć, jako polityk od początku do końca swojej publicznej działalności pozostał ani lepszym, ani gorszym od całego szeregu osób, które gdzieś tam szukały swojej szansy i jeśli ją choć na chwilę znalazły, to wyłącznie dzięki wsparciu tych, którzy okazali się od niego zdolniejsi. W tym wypadku, Jarosława Kaczyńskiego. Ja oczywiście pamiętam czas, kiedy Porozumienie Centrum zostało przez Służby rozbite w pył, Jarosław wycofał swoje nazwisko z list wyborczych AWS-u i znalazł się na granicy kompletnej anihilacji, a nie kto inny jak Jan Olszewski go przygarnął, niemniej jednak w ostatecznym rozrachunku to nie Jarosław Kaczyński zawdzięcza Olszewskiemu swoją dzisiejszą pozycję, tylko Olszewski jest dziś na ustach całej Polski dzięki temu, że Lech Kaczyński w pewnym momencie uznał go za bezdyskusyjną wartość. Bez tego, dziś o Janie Olszewskim wspominano by jedynie z okazji minuty ciszy podczas kolejnego posiedzenia Sejmu.
      A mimo to, nie można zaprzeczyć, że Jan Olszewski to w pewnym sensie postać dla współczesnej polskiej historii pierwszoplanowa, jednak paradoksalnie nie dzięki jakiemuś wielkiemu sukcesowi, bo takich nie odnotował, ale prawdziwie dramatycznej porażce, którą przyszło nam nazywać Nocną Zmianą. To wtedy właśnie, zapewne całkowicie wbrew swoim intencjom, a wręcz dzięki do dziś do końca niezbadanym intencjom Janusza Korwina-Mikke, pozwolił Jan Olszewski nam, zewnętrznym obserwatorom, uzyskać już na zawsze wiedzę, kto jest kim. I dzięki tej wiedzy, potrafimy się dziś tak dobrze poruszać w tej okropnej politycznej plątaninie.
      Oto zaledwie jeden z wielu przykładów. Oglądałem w telewizji transmisję z pogrzebu zmarłego Premiera i w tłumie osób kłąbiących się przy grobie zobaczyłem charakterystyczną czapkę, a pod nią twarz Adama Słomki, i proszę sobie wyobrazić, że mimo obecności mojej wnuczki w tym momencie zakrzyknąłem: „A cóż ten skurwysyn tu robi?” Gdyby ktoś nie wiedział, skąd to wzburzenie, pozwolę sobie przypomnieć fragment sejmowego wystąpienia wspomnianego Słomki z pamiętnego czerwca 1992 roku:
      W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Słuzby Bezpieczeństwa [...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu -
[...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną... Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
      To jest Adam Słomka, ten który dziś próbuje się dopchać do rodziny Jana Olszewskiego, tak by kamery zechciały go w tym tłumie rozpoznać, natomiast w tym samym czasie jego ówczesny partyjny kolega Krzysztof Król pisze na Twitterze następujące słowa:
     W dniu pogrzebu Jana Olszewskiego odtworzyła się koalicja, która uratowała Polskę przed Kaczyńskimi i Macierewiczem w 1992 roku. Wtedy wygraliśmy 273:119. Powtórzymy ten wynik”.
     A więc to możemy z czystym sumieniem powtórzyć: Jan Olszewski, człowiek, dobry, uczciwy i porządny, tak samo jak zasłużył się dla Polski swoim pięknym przykładem właśnie owej porządności, tak samo pozwolił nam poznać prawdę o tych, którzy nas otaczają, życząc nam jedynie śmierci. I choćby za to mu wieczna chwała.
      Ale jest jeszcze coś, dla mnie akurat o bardzo niewielkim znaczeniu, natomiast być może istotne dla tych, którzy dziś, wspominając Jana Olszewskiego, odmieniają na wszelkie sposoby słowo „socjalizm”. Próbowałem odnaleźć choćby małą wzmiankę na ten temat w Sieci, jednak bez efektu. Ja sam jednak doskonale pamiętam, jak właśnie w tamtym czasie, kiedy mieliśmy szczęście żyć w czasach gdy Jan Olszewski był premierem polskiego rządu, ja, jako drobny przedsiębiorca, przez jeden krótki rok płaciłem podatek w wysokości 7 procent. Nie musiałem przy tym prowadzić książki podatkowej, nie musiałem składać deklaracji PIT, wystarczyło, że raz na miesiąc zaszedłem do Urzędu Skarbowego, powiedziałem ile przez ten miesiąc zarobiłem, wpłaciłem odpowiednią sumę do kasy i wróciłem do domu. Nie musiałem w tym czasie zbierać żadnych faktur, odliczać jakichś bezsensownych kosztów, bo to akurat nie było nikomu potrzebne. 7 procent i kropka. To jest coś, co Jan Olszewski zrobił w te niecałe pół roku, a z czym męczą się kolejne rządy do dziś.
     I jestem pewien, że to jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której on dziś jest w objęciach Pana. Mimo, że, jak mówią – mason.

      


sobota, 16 lutego 2019

O premierze, który otworzył mi oczy

      Jeszcze raz dziękuję wszystkim za cierpliwość i jednocześnie proszę o wybaczenie mi przeciągającej się ponad miarę nieobecności. Dobra jednak wiadomość jest taka, że już pojutrze będę miał komputer i wtedy wszystko postaram się nadrobić.  Dziś natomiast, dzięki uprzejmości żony, która bardzo źle znosi dzielenie się z kimkolwiek swoim laptopem, a już zwłaszcza za mną, a już zwłaszcza wtedy gdy chodzi o pisanie bloga, który jej zdaniem stanowi moją starczą fanaberię, chciałem podzielić się paroma refleksjami związanymi z odejściem śp. Jana Olszewskiego.
      Kiedy piszę ten tekst, trwają niezwykle piękne uroczystości pogrzebowe, o Zmarłym mówi właśnie ksiądz biskup Dydycz, a ja wspominam czerwiec roku 1992, pożegnalne wystąpienie Premiera przed dramatycznie skorumpowanym Sejmem i jego słowa o tym, jak wyjdzie na ulice Warszawy i będzie mógł bez wstydu spojrzeć w oczy mijanym ludziom. Niedawno syn mój przypomniał, że on do dziś pamięta, jak miał zaledwie 10 lat i ja mu pokazałem to wystąpienie, i jak bardzo ono go wówczas wzruszyło. A ja pamiętam swoje własne wzruszenie, kiedy słuchałem tamtych słów, i niemal pewność, że nie ma tak twardych serc, które by nie uległy ich sile, i już po chwili tę bolesną świadomość, jak bardzo się okazałem naiwny. Dla mnie więc Jan Olszewski to przede wszystkim ktoś, kto mi pokazał, jak bardzo te serca potrafią być zimne.
     Mija okres dwudniowych uroczystości i uważam, że tu wszystko było bardzo dobre, włącznie z zapowiedzią, że w Warszawie stanie pomnik Premiera. Wszystko było bardzo dobre.
     Niech spoczywa w pokoju.

poniedziałek, 11 lutego 2019

O tych co na obrady Okrągłego Stołu przyszli z piłą


Komputer będę miał w ciągu, mam nadzieję, paru dni, tymczasem korzystam z uprzejmości  - tak tu wygląda procedura – mojej żony, aby przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Gdy chodzi o zepsuty laptop, wciąż nie mam pewności, czy bardziej opłaci się kupowanie nowego, czy naprawa starego, zwłaszcza że swoją życzliwą pomoc zaoferował jeden z Czytelników, jak się okazuje, właściciel serwisu komputerowego. Korzystając z okazji, dziękuję mu serdecznie właśnie tutaj i jeszcze raz wszystkim tym, którzy tak serdecznie zaregowali na moją prośbę o pomoc.    


       Felieton ten piszę w wigilię 30 rocznicy zbudowania tak zwanego Okrągłego Stołu, która to konstrukcja ostatecznie, w ten czy inny sposób doprowadziła nas do tego co mamy dziś. I choć dotychczas - pomijając oczywiście sam przełom lat 80 i 90, kiedy byłem młody i głupi - na tamto wspomnienie potrafiłem jedynie ziewnąć, to dziś jestem pełen szczególnych refleksji, o tyle ciekawych, że są one bezpośrednio związane z naszą obecną sytuacją.
       Jeśli jednak ktoś sądzi, że będę tu dziś analizował popularną opinię, że to z czym mamy w tej chwili do czynienia to bezpośredni skutek tego, co nam przyniósł tamten geszeft, jest w oczywistym błędzie. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem sytuacja w jakiej się - moim zdaniem nadzwyczaj szczęśliwie - dziś znaleźli, to efekt działań osób, które, owszem, znalazły się przy Okrągłym Stole, jednak ich zaangażowanie uchroniło nas przed całkowitym zawłaszczoniem go przez środowiska, idee i osoby, które inaczej nie pozostawiłyby nam najmniejszych szans na Polskę, którą dziś z pewnymi jednak sukcesami staramy się dla siebie odzyskać.
       Kiedy obserwuję atak, jaki jest prowadzony już od dobrych kilku lat, a tak bardzo zintensyfikowany w ostatnim czasie, przeciwko wolnej Polsce, nie mogę nie myśleć, że to jest wynik tego, co się stało wiosną 1989 roku, kiedy to neoliberalnej międzynarodówce nie udało się zdobyć monopolu. Proszę sobie tylko wyobrazić, jak wyglądałaby scena polityczna na początku lat 90, a w efekcie zapewne i dziś, gdyby wówczas przy tym wyjątkowo podłym meblu nie zasiedli Lech i Jarosław Kaczyński. Pomyślmy, jak by wyglądały czerwcowe wybory, no i później tworzenie kolejnych rządów, gdyby oni - a wraz z nimi kilku innych nadzwyczajnie przenikliwych polityków - postanowiili zbojkotować ten projekt i pozostawili Polskę w rękach Michnika, Geremka, Kuronia, Wujca, Lityńskiego, Frasyniuka i całej tej bandy specjalistów od budowania Nowego Wspaniałego Świata.
      Ktoś może powiedzieć, że nic by się nie stało. Oni by sobie razem z Wałęsą wygrali te ustawione na 4 czerwca wybory, wybrali sobie ten swój komuszo-demokratyczny rząd, a my byśmy po chwili weszli na scenę i przy okazji kolejnych wyborów przejęli władzę, rozpędzili to ruskie towarzystwo na cztery wiatry  i Polska byłaby już wtedy wolna.  Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś po tych wszystkich latach wciąż wierzy w taki hipotetyczny rozwój zdarzeń, musi być słabo przytomny. Wystarczy bowiem nie tylko wspomnieć tamte wojny gangów, które toczyły się niemal bez przerwy przez całe lata 90, ale spojrzeć na naszą walkę teraz, dziś, kiedy wydawałoby się mamy niemal wszystko, a mimo to każdy dzień mówi nam, że nawet jeśli będziemy wygrywać, oni nie odpuszczą. Nigdy. I wykorzystają każdą szansę, by nas  zniszczyć.
     A więc, cieszmy się z Okrągłego Stołu, a zwłaszcza z tej jednej jego nogi, która okazała się tak pięknie przycięta.


Zapraszam do osobistego kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com

piątek, 8 lutego 2019

O solidarności na dobre i na złe

Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy odpowiedzieli na mój wczorajszy apel. To co przyszlo od Was dotychczas, wystarczy z dużą górką. Wszystko co mi zostanie, wydam uczciwie, a tych którzy nie zdążyli, proszę o to, by sobie coś zafundowali za moje zdrowie.

czwartek, 7 lutego 2019

Crash

Stało się. Po ponad dziesięciu latach ostatecznie padł mi laptop, co powoduje, że do czasu aż zdobędę fundusze na nowy, jestem w czarnej dupie pod każdym właściwie względem, i to praktycznie od zaraz. Gdyby ktoś miał życzenie mnie tu wesprzeć, będę zobowiązany. Ze wstydem, do którego właściwie powinienem się już był przyzwyczaić, przypominam swój numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.
Przy okazji, tą drogą - innej nie znam - bardzo dziękuję Adamowi z Krakowa za cierpliwą obecność.

środa, 6 lutego 2019

Pięć krótkich kawałków na przedostatni miesiąc zimy


Smutna wiadomość jest taka, że, jak się dowiaduję, „Polska Niepodległa” od tego miesiąca staje się miesięcznikiem, co oczywiście sprawi, że będę nieco biedniejszy, a z drugiej strony będę się starał te moje krótkie kawałki uczynić bardziej uniwersalnymi, co może sprawi, że one nie będą w momencie publikacji tu na blogu aż tak staaaaare. Tymaczasem jednak przesyłam tekst zaledwie sprzed tygodnia. Też oczywiście w tym zagonionym  świecie nieco zwietrzały, ale na pewno odpowiednio zabawny. Zapraszam.


Kiedy dwa tygodnie temu wysyłałem do redakcji swoje kolejne refleksje na bieżące tematy, nawet mi nie przyszło do głowy, jak bardzo słowo „bieżące” jest pozbawione znaczenia w świecie, w którym wszystko zmienia się tak szybko, że praktycznie cały świat może stanąć na głowie w ciągu zaledwie jednego dnia. Nie chcę tu oczywiście sugerować, że faktycznie doszło do owej rewolucji, ale przyznać trzeba, że naprawdę trudno się było spojrzewać, że padnie akurat na Pawła Adamowicza. Tymczasem stało się tak, że Paweł Adamowicz, a więc ktoś, kto w pewnym momencie został skreślony, i to skreślony wydawałoby się ostatecznie przez wszystkich z wyjątkiem tych opętanych myślą, że nie ma nic gorszego jak Jarosław Kaczyński, został zamordowany… no i w tym momencie okazało się, że tak zwany antypis ma nowego świętego.
To piekło zgotowała nam partia rządząca. To oni zawsze narzucają ton i język. To są ci sami politycy, którzy zabijają kijami państwo prawa i odbierają nam nasze swobody obywatelskie. To są ci politycy, którzy doprowadzili do tego języka agresji”, oznajmił na antenie stacji TVN24 znany nam skądinąd Władysław Frasyniuk. O jakim piekle mówi pan Władek, tego oczywiście przysłowiowy biały człowiek nie zrozumie, ale to oczywiście nie zmienia faktu, że stoimy po raz enty wobec zagadki nie do odgadnięcia. „Ton”, „język”, „kije”? Przepraszam bardzo, ale czy ktoś tu może zwariował?

***

Ja wiem, że ten tirowiec to w sumie drobiazg, ale biorąc pod uwagę, że o nim tu dotychczas nie było zbyt wiele, zostańmy jeszcze chwilę przy Władku. Otóż w tej samej wypowiedzi ów dziwny człowiek powiedział coś jeszcze. Komentując śmierć Pawła Adamowicza, pozwolił on sobie na znacznie dłuższą wypowiedź niż ta w temacie owych „kijów”. Posłuchajmy.
To ten człowiek, który nie zniósł presji więziennej, ale w więzieniu nasłuchał się o zdradzieckich mordach. […]To był mord polityczny. Nie wiem czy można to porównać, bo nie żyłem w tamtych czasach. Był zaplanowany. To nie jest chory psychicznie człowiek, bo wiedział kiedy uderzyć, którego dnia. O godz. 20, nożem przebija serce nie tylko Pawłowi Adamowiczowi, ale także Jurkowi Owsiakowi i nas wszystkich, którzy uczestniczyliśmy w zbiórce na rzecz WOŚP.
Boję się polityków, którzy mówią: chory psychicznie. […] Dość łatwo obciążało się człowieka chorobą psychiczną. […] To niewątpliwie emocjonalny człowiek, który miał poczucie krzywdy. Jak każdy człowiek, który siedzi w więzieniu. Ja też siedziałem w więzieniu. Natomiast do tego doszła TVP, która wzmacniała poczucie krzywdy. Jestem przekonany, że ten morderca miał przekonanie, że jest kolejnym Żołnierzem Wyklętym, który ma do wykonania ostatnią misję
Nadal partia rządząca przesyła sygnał, że z Żydami i złodziejami z Platformy trzeba skończyć.
Oczywiście każdy z nas ma tu swoje własne przemyślenia, ja natomiast się zastanawiam, co tak naprawdę chciał nam powiedzieć Władysław Frasyniuk. Czy jemu naprawdę chodziło o to, by nam powiedzieć, że Paweł Adamowicz to Żyd-złodziej i komunista? Przepraszam bardzo, ale ja prostestuję. Ktoś kto ma na nazwisko Adamowicz, nie może być Żydem.

***

Ktoś powie, że ja w tej niełatwiej sytaucji bardzo sobie ułatwiam zadanie, podpierając się osobą może nie aż tak niezrównoważoną jak przewodniczący Wałęsa, ale w sposób oczywisty podejrzaną, a może nawet współodpowiedzialną. Otóż problem polega na tym, że tu nie mamy do czynienia z pojedynczym obłędem, ale z całą serią wystąpień, które bardzo jednoznacznie wskazują na to, że przed nami plan, w który zaangażowane są osoby z różnych doprawdy stron sceny. Weźmy takiego ojca Ludwika Wiśniewskiego, dominikanina, znanego nam choćby z tego, że podczas Mszy za duszę prezydenta Adamowicza skradł show takiej nawet gwieździe jak Aleksander Hall. Ten mianowicie  święty mąż wystąpił właśnie w niesławnej audycji Moniki Olejnik „Kropka nad i”, gdzie przedstawił następującą opinię:
Musimy reagować, trzeba reagować na tego rodzaju zachowania. Nie można milczeć. Nie mogą milczeć ludzie. Ktoś ostatnio pytał mnie co robić. Wydaje mi się, że należałoby wreszcie spisywać i publikować. W takim to, a takim kościele padły takie, a takie słowa. Wypowiedział taki, a taki ksiądz. Społeczeństwo ma uczyć, także księży”.
Oczywiście moment gdy Władysław Frasyniuk wspomina coś na temat żołnierzy wyklętych w kontekście zabójstwa prezydenta Adamowicza robi odpowiednie wrażenie, tu jednak wchodzimy stopień wyżej, a ponieważ mamy do czynienia z osobą duchowną, powiedzmy, że tych stopni jest jeszcze więcej. Otóż wygląda na to, że ojciec Wiśniewski, apelując do, jak rozumiem, każdego z nas, byśmy brali udział w niedzielnych nabożeństwach z ołówkiem i kajecikiem, w którym będziemy zapisywali, co nasz ksiądz powiedział na kazaniu, lub ewentualnie wspomniał podczas modlitwy, a jeśli tylko zauważymy, że on rzucił coś niezbyt prawomyślnego z punktu widzenia osób słuchających kazania ojca Wisniewskiego z czterech pierwszych rzędów gdańskiej bazyliki, byśmy natychmiast donosili o tym do odpowiednich władz, cofnął nas wszystkich do niezapomnianego roku 1984, kiedy to bez ołówka i kajecika porządnej Mszy zwyczajnie nie było.

***

My tu sobie, jak widać, wesoło żartujemy, choć przyznaję, że w kontekstach wesołych nie za bardzo, wiele jednak wskazuje na to, że ci, którzy bardzo liczą na to, że smierć Pawła Adamowicza utoruje im drogę do zwycięstwa w nadchodzących wyborach, najpierw europejskich, potem parlamentarnych, no i wreszcie prezydenckich, zachowują się, jakby autentycznie stracili poczucie rzeczywistości. Oto portal tvn24.pl - a niewykluczone, że również znacznie szerzej dostępna właściwa telewizja - jako headline news podał informację, że „służby wiedziały o poglądach politycznych Stefana W [i nic z tym tym nie] zrobiły. O co chodzi? Otóż wedle informatorów TVN24, służby więzienne miały psi obowiązek wiedziec, i co ciekawsze wiedziały, że zabójca Pawła Adamowicza w więzieniu znielubił Platformę Obywatelską, o czym poinformował swojego wychowawcę, a co, zdaniem redaktorów stacji, stanowiło bardzo oczywisty powód, by go albo zamknąć w specjalnym ośrodku dla tak zwanych „bestii”, albo przynajmniej objąć stałą obserwacją. W końcu, jak wiemy, nie może być tak, by „po wolności” kręcili się jacyś podejrzani o to, że nie lubią Platformy Obywatelskiej. Nie może być wręcz tak, by służby nie zdawały sobie sprawy z tego, co dany obywatel sądzi na temat sytuacji politycznej w kraju, kogo popiera, a komu nie chce zaufać. W końcu od czego są służby jak nie od dbania o bezpieczeństwo państwa?
A więc powtórzmy to raz jeszcze. Niech ktokolwiek kto popiera obecną władzę, a tym bardziej nie ma zaufania do tej, która jako jedyna jest uprawniona do tego, by rządzić, ma się na baczności. Wielki Brat patrzy.

***

Zrobiło się nam jakoś smutno, na koniec więc dwa kawałki, moim zdaniem nastrajające nadzwyczaj pozytywnie. Otóż przede wszystkim, jak się okazuje żona i córka śp. Adamowicza zniosły to nieszczęście bardzo dobrze. Chwilę  bowiem po powrocie ze swojego nowego domu w Stanach Zjednoczonych do Polski obie wystąpiły przed kamerą wspomnianej stacji TVN24 i zawołały radośnie: „Paweł został zamordowany na światełku do nieba i ja proszę w tym momencie, by Jurek Owsiak kierował orkiestrą dalej, bo on zawsze obiecał, że on gra do końca świata I jeden dzień dłużej. Zwyciężymy i siema!
A zatem, siema. Miejmy nadzieję, że to piekne pozdrowienie wesprze samego Lecha Wałęsę w jego najnowszym projekcie, zapowiedzianym przez niego samego na Facebooku. Otóż ukazało się tam zdjęcie na którym Przewodniczący z nieznanym bliżej nikomu mężczyzną pozują do kamery, a pod spodem mamy informację o treści wręcz szokującej: „Planujemy wykonać skok z wysokości 50 tys. metrów”.
Z poufnych informacji dowiadujemy się, że do mieszkania Przewodniczącego wszedł człowiek przedstawiający się jako Felix Baumgarten, opowiedział mu jak parę lat temu skoczył z kosmosu na Ziemię i zaproponował, że może by tak kolejny atak przeprowadzić wspólnie. No i Lechu się zapalił. Ale czy to prawda, Diabeł jeden wie. O tak! On to wie z całą pewnością.

Czas, kiedy ukaże się moja nowa książka zbliża się nieuchronnie, tymczasem jednak polecam to co jest i czeka, a mianowicie choćby pierwszą część refleksji na temat języka angielskiego i jego nauczania. Tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/kto-sie-boi-angielskiego-listonosza/


poniedziałek, 4 lutego 2019

Jarosław Kaczyński, czyli o zwyciężaniu na koszt przeciwnika


Już po weekendzie, a tu wciąż czeka ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Zachęcam jak zawsze.       


      Gdy chodzi o Warszawę, jej losy interesują mnie wyłącznie w zakresie ściśle ogólnopolskim. A zatem, jeśli w Warszawie nie zdarzy się coś, co może mieć wpływ na losy Polski, to ja wzruszam ramionami. Poza tym, pomijając „Warszawską Gazetę”, którą szanuję, oraz kilka bardzo bliskich mi osób, Warszawa równie dobrze mogłaby dla mnie zostać zmieciona przez czy to tsunami, czy inną przysłowiową dżumę. Czemu tak? Powód jest właściwie trywialny. Otóż ile razy zdarza mi się tam zawędrować, czuję wyłącznie rozczarowanie. Przede wszystkim, moje doświadczenie jest takie, że ludzie, z którymi się spotykam, są wybitnie nieuprzejmi, a wręcz niegrzeczni, a jeśli nawet nie muszę z nimi rozmawiać, to oni mi nie pasują pod względem estetycznym. Sama Warszawa zresztą jest w moim odczuciu wyjątkowo brzydka, a ową brzydotę wybitnie podkreślają te ohydne wręcz wieżowce, które ostatnio wyrastają tam jak grzyby po deszczu, skutecznie przesłaniając to co kiedyś stanowiło o oryginalności i urodzie tego miasta. Czymś wręcz symbolicznym okazała się moja niedawna wizyta w miejscu, które z samej zasady powinno zachowywać pewną klasę, a mianowicie w indyjskiej restauracji „Bollywood” na Krakowskim Przedmieściu, która robiła wrażenie klasycznej peerelowskiej speluny, tyle że z wodnymi fajkami przy każdym stoliku, jako alibi. A więc to jest dla mnie Warszawa.
       Dlatego też, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Jarosław Kaczyński negocjował z jakimiś deweloperami postawienie w Warszawie nie jednego, ale dwóch kolejnych szklanych domów, pomyślałem sobie, że to już jest chyba bardzo dobry powód, bym stracił resztki zaufania do mojego dotychczas ulubionego polityka. Ja rozumiem słabość Kaczyńskiego do ludzi wykształconych, znających języki obce, różnego rodzaju autorytetów, to jednak żeby wpaść na pomysł z tymi szklanymi wieżami, to już chyba przesada.
       I oto kiedy tak złorzeczyłem na ten idiotyzm, zareagowała „Gazeta Wyborcza” i po raz kolejny okazało się, że Jarosław Kaczyński wyprzedza nas wszystkich o kilka długości. On, jak wszystko na to wskazuje, za przyczyną jednego zaledwie artykułu, z jednej strony pokazał nam wszystkim, jak wygląda klasyczne zwycięstwo osiągnięte w całości na koszt przeciwnika, a z drugiej zdobył serca wielu warszawian, którzy jeszcze do niedawna byli w stosunku do niego w najlepszym wypadku obojętni. Z tylu, wydawałoby się narzucających się wręcz rozwiązań, które mogłyby sprawić PiS-owi naprawdę nieliche kłopoty, wybrali redaktorzy „Wyborczej” absolutnie najgorsze. Dziś jest więc tak, że w powszechnej świadomości, Jarosław Kaczyński nie dość, że jest człowiekiem nadzwyczaj wręcz uczciwym, to jeszcze, jak się okazuje, wie, na czym polega nowoczesność i prawdziwie światowe piękno wielkich europejskich miast.
      Jak ktoś dowcipnie zauważył pewien internauta, teraz to już tylko należy czekać aż „Gazeta Wyborcza” zreflektuje się, że wybrała zły kierunek i zarzuci Kaczyńskiemu, że w nagranych rozmowach używał  knajackiego języka, mówiąc „Do stu tysięcy beczek, nie podpisze tej umowy, bo jest niezgodna z prawem”.

Gdy chodzi jeszcze o Warszawę i to co w niej ma dla mnie jakąkolwiek wartość, to muszę osobno wymienić Michała i jego sklep pod bardzo ładną nazwą Foto-Mag, w którym można kupić książki absolutnie najlepsze, w tym i moje. Serdecznie polecam. To jest tuż przy stacji metra Stokłosy.
     

sobota, 2 lutego 2019

Zdechłym dinozaurem w łeb na dobry początek weekendu


         Jak wszyscy czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, jestem wiernym sympatykiem Prawa i Sprawiedliwości i jednocześnie, co oczywiste, zaciekłym przeciwnikiem tego wszystkiego, co stanowi dla Prawa i Sprawiedliwości polityczna konkurencję, tym razem jednak chciałbym stanąć w obronie kogoś, kto zawsze w sposób nadzwyczaj dobitny reprezentował wartości mi obce, lecz dziś w bardzo moim zdaniem istotnym sporze ma bezwzględnie rację, a mam tu na myśli panią premier Ewę Kopacz. Jak się z pewnością wszyscy mniej więcej orientujemy, Ewa Kopacz została ostatnio wystawiona na falę nieznośnego wręcz szyderstwa z tego tylko powodu, że przedstawiła - przyznaję, że bardzo odważną - teorię dziejów, w której to dizozaury i człowiek współnie dzieliły swoje zajmowane przez siebie terytorium na naszej planecie. Dziś niemal wszyscy szydzą z premier Kopacz, że pomyliła się o całe 65 milionów lat, a poważni naukowcy argumentują, że owe szyderstwa są jak najbardziej do rzeczy, tymczasem ja bym chciał zwrócić naszą uwagę na pewne zdjęcie, jakie udało mi się znaleźć w Internecie, przedstawiające stan rzeczy wręcz odwrotnie w stosunku do tego, co głoszą rzekomo osoby wykształcone. Bardzo proszę:



       Jak widzimy bardzo wyraźnie na powyższej fotografii, dinozaury - rzekomo zamieszkujące Ziemię bez obecności człowieka - paliły papierosy, co, już tak na marginesie, spowodowało ich ostateczne wyginięcie. Powstaje pytanie, skąd on miały te papierosy? Odpowiedź wydaje się oczywista: musieli je otrzymać od człowieka. Nie ma takiej możliwości, by dinozaury były w stanie samodzielnie zwijać tę bibułkę wokół tytoniu, choćby ze względu na zbyt duże łapki. A zatem, powtórzmy to czemu zaprzeczyć nie możemy - papierosy dinozaorom dostarczył człowiek. A skoro tak, to nie mógł tego zrobić 65 milionów lat po tym, jak te stworzenia wyginały, ale musiał to zrobić właśnie tam i wtedy.
      Zastanawiałem się nad ową tajemnicą, gdy nagle w Internecie trafiłem na opracowanie wybitnego belgijskiego naukowca, prof. Rudo van Dijka z Uniwersytetu w Hadze, który w sposób jednoznaczny wykazał, że, owszem, to ludzie właśnie doprowadzili do wyginięcia dinozaurów, sprzedając im papierosy, a następnie zachęcając ich do tego, by je palili, i w konsekwencji wpędzając je w nałóg. A wszystko zaczęło się od tego, że mniej więcej 100 milionów lat temu do rejonów zamieszkałych przez dinozaury dotarli katoliccy misjonarze, głównie z Polski, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii z misją zapoznania ich ze słowem Bożym. Oczywiście, w tamtych czasach Jezus się jeszcze nie narodził, a zatem nie było chrześcijaństwa jako takiego, natomiast pewne symptomy tego co musiało nadejść już można było zaobserwować, a w tym wypadku właśnie propagowaną przez misjonarzy naukę o Jednym Bogu. Ponieważ wiadomo było, że dinozaury się na tego rodzaju fałszerstwo nabrać nie dadzą, w tym wypadku polscy misjonarze postanowili zachęcic dinozaury do palenia papierosów, wówczas jeszcze pod nazwą „Sport”, licząc na to, że w ten sposób dinozaury popadną w takie otępienie, że w rezultacie przyjmą ich naukę.
      Niestety, jak się okazało, dinozaury nie miały absolutnie żadnych innych planów realizowania swoich ambicji, jak tylko paląc na potęgę papierosy, co ostatecznie doprowadziło do tego, że wszystkie po kolei zachorowały albo na raka płuc, albo nad nadciśnienie, i umierając jeden po drugim, wyginęły. Co, jak mówię, każdy może sprawdzić w opracowaniach naukowycvh specjalistów nie tylko z Holandii, ale z innych ośtodków uniwersyteckich.
     I w tym momencie wróćmy może do pani premier Kopacz, która skromnie nie zabiera głosu na temat szkodliwości palenia papierosów, czy na temat jego skutków dla dinozaurów, ale zaledwie przedstawia nam symboliczny obraz członków organizacji Obywatele RP rzucających kamieniami w Jarosława Kaczyńskiego, z tą świadomością, że jeden kamień to za mało, natomiast wszystkie kamienie zebrane w ciągu nadchodzącego miesiąca powinny wystarczyć, i w tym momencie podnosi się kompletnie bezrozumna wrzawa spowodowana dziwnym przekonaniem, że kiedy po ziemi chodziły dinozaury, człowiek dopiero miał się z nich wyewoluować. Czemu mówię „bezrozumna”? Odpowiedz jest prosta. Najwybitniejsi współcześni naukowcy wykazali niezbicie, że dinozaury paliły papierosy. Ktoś im te papierosy przekazać musiał. I to nie były inne dinozaury. To musiał być inny człowiek, z tego choćby względu, że, jak już wspomniałem, dinozaury miały zbyt duże łapki, by zajmowac się skręcaniem papierosów. Ale, powiedzmy to sobie szczerze, to nie był też Donald Tusk, nie tylko dlatego, że on jeszcze w tamtych czasach nie żył, ale przede wszystkim dlatego, że on nie miał żadnego interesu w tym, by dinozaury wpędzać w nałóg. Pozostają więc, owszem, ludzie i to ludzie tacy, którzy mogli na tym skorzystać.
         Wygląda więc na to, że to prof. Van Dijk ma rację i jest całkiem prawdopodobne, że sprawdzami tego nieszczęścia byli właśnie ludzie, cuchnący naftaliną. Nie śmiejmy się więc z pani premier Ewy Kopacz, tylko spróbujmy spojrzeć na nią z życzliwością i przyjąć je uwagi w taki sposób, by czegoś się nauczyć. Dziękuję za uwagę i kończę, bo muszę już iść się walnąć zdechłym dinozaurem w łeb.

piątek, 1 lutego 2019

Dlaczego Frank Pentangeli nie zdecydował się na zwykłe dziadostwo?


       Wbrew moim nadziejom i wynikającym z niej zapowiedziom, wygląda dziś na to, że nie dam rady ukończyć przed kwietniowymi targami kolejnej książki. To znaczy, druga część „Listonosza” oczywiście jest gotowa i czeka już tylko na ruch Coryllusa, natomiast faktycznie  bardzo słabo wyglądają aktualne szanse drugiego z dwóch zapowiadanych tytułów. Czemu tak? Przede wszystkim rzecz w tym, że owe trzy tygodnie grudnia były tak intensywne, że chyba nawet gdybym miał talent pisarza Remigiusza Mroza, też bym nie dał rady. Drugi powód jest chyba jednak jeszcze ważniejszy. Otóż, jak niektórzy wiedzą, 11 stycznia urodziła mi się moja druga wnuczka i od tego czasu, dla odciążenia jej mamy, postanowiliśmy się bardzo intensywnie zaopiekować jej starsza siostrą. Spędza więc ona u nas znaczną część tygodnia i tym sposobem nawet gdybym miał talent Mroza i w dodatku był pełen twórczej energii, to też bym ją wolał spożytkować na zadawanie się z moją wnuczką.
       Myślę, że niektórzy z nas wiedzą, czy to z rodzinnych opowiadań, czy choćby z literatury i filmu, czym jest tak zwane „dziadkostwo” w sensie emocjonalnym. Ja również, wydawałoby się, miałem tego śwadomość, jednak, jak się okazuje, tak naprawdę wiem to dopiero od paru tygodni. Proszę mi pozwolić, że przedstawię ów stan rzeczy na przykładzie. Wczoraj więc z moją wnuczką byłem od rana sam na sam i wszystko zaczęło się od śniadania. Otóż wiedząc, że najpewniejszym rozwiązaniem jest jej dać kabanosa, wyjąłem z lodówki owego kabanosa, pokroiłem go w cieniutkie plasterki i zacząłem dziecko karmić. Po pewnym czasie uznałem, że może wypadałoby jej dołożyć do tego odrobinę pieczywa, wyjałem więc kromkę specjalnie dla niej przez moją żonę upieczonego chleba, pokroiłem ją na małe kwadraciki… jednak dziewczynka odwróciła główkę z pogardą. Wymyśliłem więc, że może ona się skusi na jajecznicę, którą zawsze jadła bez oporów, usmażyłem jajeczko, podałem na talerzyku, jednak ona pozostała przy kabanosie, a zimne już jajo zjadłem sam, zagryzając chlebem. Ponieważ po śniadaniu wypada się czegoś napić, poczęstowałem dziecko sokiem z pomarańczy, osobiście na tę okazję wyciśniętym - niestety na nic. W tej sytuacji, doszedłem do wniosku, że jedynym ratunkiem będzie płyn „Kubuś” do wyciskania - no wiecie, taki z nakrętką, jak pasta do zebów. Dałem jej tego „Kubusia”, odwróciłem się na chwilę by patelnię po jajecznicy włożyć do zmywarki, a kiedy wróciłem do swojej wnuczki, okazało się, że cały kubuś był rozsmarowany na krzesełku w formie fantazyjnych linii.
      I teraz przechodzę do clue. Otóż, proszę soboie wyobrazić, że przez cały ten czas, nawet powieka mi nie drgnęła z irytacji. Gdyby to było moje dziecko, pewnie bym je zabił, tu jednak jedynie się słodko uśmiechnąłem, pocałowałem dziewczynkę w paluszek, wytarłem ścierką krzesełko, dziecko postawiłem na podłodze i poszedłem się z nią bawić w skakanie po łóżku. A zatem, gdyby ktoś dotychczas nie miał tego pełnej świadomości, na tym własnie polega dziadostwo.
     To jednak prowadzi mnie do spraw mniej już poważnych. Otóż dzięki tego rodzaju dziennym zajęciom, wczorajsze wydarzenia społeczno-polityczne obserwowałem wyłącznie krótko i z doskoku. Tym samym zatem, o kolejnym wybryku tej idiotki dowiedziałem się z relacji znajomych, o polityce miłości Stefana Niesiołowskiego podobnie, a z przesłuchania przed komisją sejmową Roberta Nowaczyka obejrzałem zaledwie jakieś 20 minut, to jednak wystarczyło mi w pełni do tego, by ogarnęła mnie tak potężna fala refleksji, że starczyłaby na cały tydzień. Kto to oglądał ten wie, kto nie oglądał, niech sobie zajrzy do youtube’a, ja natomiast muszę przyznać, że już po paru minutach tego cyrku przypomniała mi się scena z drugiej części „Ojca Chrzestnego”, kiedy to FBI postanawia zniszczyć rodzinę Corleone i na przesłuchanie przed Senatem przyprowadza gangstera o nazwisku Frank Pentangeli, który wlaśnie zgodził się zeznawać jako świadek koronny przeciwko Rodzinie.  No i w momencie kiedy rozpoczyna się przesłuchanie, Pentangeli widzi, że specjalnie na okazję tego zdarzenia Michael Corleone sprowadził z Sycylii jego rodzonego brata, wyłącznie po to, by Pentangeli zobaczył, co się stanie, jeśli on się natychmiast nie zreflektuje i nie odmówi zeznań. A więc on zeznań naturalnie odmawia i zaczyna się jedna z najśmieszniejszych scen w tym ponurym przecież w gruncie rzeczy filmie.
        Oglądałem te kilka minut popisów Nowaczyka, wspominałem tamten film i tamtą scenę i pomyślałem sobie, że gdybym ja był członkiem owej sejmowej komisji i musiał być świadkiem tych wygłupów, to bym Nowaczyka zapytał, czy on oglądał „Ojca Chrzestnego”, czy pamięta tamtą scenę, ale przede wszystkim, czy pamięta, co się stało potem. Czy pamięta tę scenę, kiedy to Pentangeli już siedzi w więzieniu, odwiedza go Tom Hagen i zapewnia, że może być spokojny, bo Rodzina o wszystko i wszystkich zadba. Panowie się żegnają, a już w nastepnym ujęciu widzimy, jak Pentangeli leży z podciętymi żyłami nieżywy w wannie. I jestem bardzo ciekawy, czy gdybym - oczywiście jako członek wysokiej komisji - zadał Nowaczykowi to pytanie, on by wreszcie przestał pajacować. Myślę że by przestał i że tej kretyński uśmiech zlazłby mu z twarzy.
        Kiedy się tak zastanowić, ta polityka, mimo naprawdę wielu fajnych przygód, a często i nie bylejakich pieniedzy, to jednak ciężki kawałek chleba. To już naprawdę jest czymś o wiele przyjemniejszym zmienianie pieluch z kupą w środku. Co ja mówię, przyjemniejszym? Toż to prawdziwa frajda.



Jak donoszą mi czytelnicy, właśnie sprzedały się moje „listy od Zyty”, co z jednej strony mnie cieszy, bo przy tym poziomie zorganizowanego bojkotu tej ksiażki, to jest prawdziwy sukces. Z drugiej jednak strony, szkoda, bo to jest naprawdę coś wyjątkowego. Pozostaje mi prosić Coryllusa, by zrobić choćby niewielki dodruk. Póki co, myślę, że kilka egzemplarzy może mieć Michał w swoim Foto-Magu, a jeśli nie, to już tylko zachęcam do kupowania tego, co jeszcze jest.