sobota, 27 lutego 2010

O golfie, nożach i obłędzie



Przez te już za parę dni dwa lata, przydarzyło mi się na tym blogu już grubo ponad 500 wpisów i już też ponad milion odwiedzin. Odwiedzin, jak rozumiem, mających na celu czytanie, jakieś tam przeżywanie, i wreszcie komentowanie tych wszystkich wpisów. Skoro już wspomniałem o tych komentarzach, nie mogę też nie zauważyć, że większość moich wpisów, szczególnie ostatnio, komentowana jest w sposób bardzo szeroki i aż strach pomyśleć, jakby sytuacja wyglądała, gdybym z zasady nie usuwał stąd tzw. trolli. To przecież przede wszystkim oni, jak już się rozpędzą, nabijają te liczniki. A więc, nie mam najmniejszego powodu, by u progu tego mojego trzeciego roku pobytu w Salonie narzekać, czy tym bardziej martwić się tym, że komuś jest tu nudno. A więc z dumą i radością ogłaszam – jest fantastycznie!
Przy okazji nadchodzącej rocznicy, mam też jednak pewną refleksję bardziej merytoryczną. Kiedy czasem zaglądam do wpisów wcześniejszych, wprawdzie nie widzę najmniejszego powodu, żeby się ich wstydzić, jednak widzę też wyraźnie, jak bardzo przez te wszystkie miesiące moje zainteresowanie przesunęło się ze spraw doraźnych na kwestie bardziej ogólne, i jak bardzo też te wszystkie refleksje stały się niekiedy ciężkie w odbiorze. Jak coraz rzadziej zaczęły się tu pojawiać kolejne nazwiska i proste oceny i jak bardzo ten blog stał się, że tak powiem, prywatny, czy wręcz konfesyjny.
Szczerze powiem, że ta sytuacja bardzo mi odpowiada. A odpowiada do tego stopnia, że – choć oczywiście czasem inspirację nadchodzą z najbardziej plugawych i prostackich rejonów – na samą myśl o tym, że miałbym pisać kolejny tekst o Magdalenie Środzie z jednej strony, czy Sebastianie Karpiniuku z drugiej, z Moniką Olejnik po środku, i po raz kolejny załamywać ręce nad podłością antypolskiej propagandy, czuję szczery niepokój. No ale, jak mówię, niekiedy dzieje się tak, że tego mięsa, które wypełnia przestrzeń tuż przy samej ziemi, nie sposób nie zauważyć, a i też nie jest łatwo zlekceważyć. Jest czasem tak, że choć bardzo chcemy się wznieść ponad to co uważamy za bzdurę i pokazać jak po prostu jesteśmy lepsi od tego życia, wiemy jednocześnie, że w pewnym momencie ta nasza wyniosłość staje się zwykłym pięknoduchostwem, lub – jeszcze gorzej – dowodem poważnego zblazowania.
Za parę więc dni miną te dwa lata, a ja nie widzę żadnej możliwości, żeby ta prawdopodobnie już rocznicowa notka nie została ściągnięta właściwie na samo dno przez temat szczególny i szczególnego tematu tego bohatera. Otóż ona musi być o Mirosławie Drzewieckim. Wszystkich tych, którzy cenią moje pisanie za ten jego prywatny wymiar, mogę zapewnić, że bardzo z tym Drzewieckim walczyłem. Jednak uległem. Proszę mi wybaczyć. Obiecuję, że szczerze postaram się choć trochę tu porozpychać.
Telewizja wciąż pokazuje ten amerykański pałac Drzewieckiego, to pole golfowe, te palmy i wreszcie jego samego, jak siedzi sobie w słońcu na werandzie z co chwilę wyłażącym zza kadru komediantem Drozdą, i mówi, że Polska to dzicz, polityka to gnój, a on i tej Polsce i tej polityce swojej krzywdy nie wybaczy nigdy. Oglądam też dziś rozmowę z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem i dowiaduję się następujących rzeczy: Drzewiecki wprawdzie nie jest już ani ministrem, ani skarbnikiem Platformy Obywatelskiej, ale za to wciąż jest zawodowym posłem, posłem otrzymującym comiesięczną pensję, wciąż otoczonym ciepłą przyjaźnią swoich partyjnych druhów, tyle że już na niemal pięciomiesięcznym urlopie. No i słyszę coś jeszcze. Otóż jak Mirek wróci z urlopu, pan premier przeprowadzi z nim poważna rozmowę. Dlaczego? Za co? Za niepotrzebne słowa. Za nie właśnie. W końcu Mirek już poniósł najbardziej dotkliwą karę. No a poza tym, proszę nie zapominać, że Mirek przeżywa ciężkie chwile, jest rozgoryczony i trzeba Mirka zrozumieć. Ale, tak czy inaczej, na razie jest na urlopie, ale pan premier już wkrótce go do siebie poprosi i zapyta Mirka o to, co on sobie naprawdę myśli. Pan premier musi to zrobić, bo, jak wszystkim świetnie wiadomo, Platforma Obywatelska to partia, dla której nie ma lepszych i gorszych, ważniejszych i mniej ważnych. Tam każdy wie, że litości dla ewentualnego występku nie ma i być nie może. Tylko niech no Mirek wróci z urlopu. Wtedy pan premier mu powie.
Otóż chciałem wszystkich poinformować, że Wasz wierny korespondent zdobył pewne informacje, które całą tę sytuację stawiają w zupełnie nowym świetle. Rozmowa premiera Tuska mianowicie z panem posłem Mirkiem odbyła się już wczoraj drogą telefoniczną i oto jej pełny zapis. Specjalnie dla Salonu 24. Przez wzgląd na wrażliwe ucho Administracji, pewne fragmenty rozmowy zostały wykropkowane.

 — Mihek? Cześć. To ja, Donnie.
 — Czego?
 — Poznajesz mnie?
 — Ci się, k…, pytasz? Przecież mi się, k…, wyświetliłeś, nie?
 — I co tam pohabiasz?
 — A co cię to, k…, obchodzi?
 — Nic. No tak pytam. Bo, wiesz, wszystko mi się wali na głowę…
 — Przyda ci się. Mam nadzieję, że się nie podniesiesz.
 — Nie, no, stahy, nie wygłupiaj się. Musimy pogadać.
 — Sp… . Nie mam czasu. I w ogóle zadzwoń później, bo teraz gram. Jest Drozda i paru kumpli i nie mam czasu sobie jęzora strzępić.
 — Ja wiem. Przephaszam, ale trzeba coś ustalić, boś, no wiesz, tak poleciał z tym, no wiesz, no że ta Polska to dziki khaj…
 — Powiedz im, żeby się odp… .
 — No, jak mam im to powiedzieć? Poza tym to nie ja będę gadał, tylko Paweł.
 — Jaki Paweł?
 — No, Graś.
 — Jaki, k…, Graś? Co ty bredzisz?
 — No wiesz, phoszę cię, zawsze tak mówisz. A on cię uważa za przyjaciela.
 — Powiedz mu, żeby się odp… . Moim kumplem jest Teddie Drozda, a nie jakiś niemiecki cieć. No dobra, ale mów co masz gadać, bo muszę lecieć na pole.
 — No chodzi właśnie o to, co powiedziałeś z tym dzikim khajem. No i w ogóle że cię nie ma.
 — Mam was w d… .
 — No ale zhozum. Mi tu mówią, że mam Cię wyrzucić z pahtii i takie tam.
 — Nawet nie próbuj, bo wam tak przyj…, że się nie pozbieracie.
 — No, pewnie, że nie. Nie bój się…
 — To ty się, k…, nie bój. Ja się nie boję. Ja mam tu, k…, słoneczko.
 — No więc, pewnie, że cię nie wyrzucimy, tylko chodzi o to, żebyś przyjechał i się pokazał. No że wiesz. Że niby muszę, z tobą przephowadzić poważną hozmowę.
 — Tyś chyba oszalał! Nigdzie nie jadę. Gadaj se z kim chcesz. Ja nie mam czasu.
 — No ale, widzisz. Oni tu ci wyliczyli, że cię nie ma już pięć miesięcy, a ta pensja poselska ci cały czas… No wiesz przephaszam, że o tym mówię, ale to tak nie może być. Jeszcze mam na głowie Sikorskiego z Bronkiem. Oni się bez przerwy żrą, i ja nie wiem co robić.
 — Ty wiesz, co ja ci powiem? Odp… się od moich pieniędzy. I nie zawracaj mi głowy.
 — Błagam. Przyjedź choć na jeden dzień. Spotkamy się, potem się da komunikat, żeśmy pogadali i będzie dobrze.
 — Zobaczę. Jak będę miał czas. A wy tam nic nie próbujcie. I jeszcze raz mówię. Odp… się od moich pieniędzy.
 — No to co Paweł ma powiedzieć? Dziś ma być u Piaseckiego w TVN-ie.
 — No to już jest, k…, przesada. Dzwonisz do mnie, przeszkadzasz mi w grze, pier… mi coś o jakimś Pawle, i jeszcze chcesz, żebym ci mówił co masz robić.
 — No nie, chodzi o to, że niby… no… kiedy możesz przyjechać? Żeby o tej poważnej hozmowie coś powiedzieć.
 — Przecież mówię, że nie wiem. Niech mu powie, że za dwa tygodnie. A później się zobaczy.
 — Dobha. Dziękuję ci, stahy. Zobaczysz, że będzie dobrze. To powiemy że za dwa tygodnie, okay? Powiemy jeszcze, że Kaczyńscy ci mamę zamohdowali, dobrze?
 — Może być. A teraz spi…, bo nie mam czasu.

Kiedy już niemal wszystko sobie wyjaśniliśmy, muszę jeszcze wspomnieć o dwóch wydarzeniach. Wczoraj w Szkle Kontaktowym, pokazał się na pasku z esemesami następujący tekst: „Lepiej grać w golfa niż rozwalać wózki golfowe”. Rozumiem. Na froncie wciąż spokój. Mam jednak silne przekonanie, że już niedługo uwagi tego typu zmienia się w ich nową, zmodyfikowaną wersję – Lepiej być gangsterem i złodziejem niż kartoflem. I tego się akurat już nie mogę doczekać. Bo to będzie poziom, który nam wszystkim bardzo pięknie udowodni, że front traci rozum. A z tym rozumem – równowagę. I że dalej już nie ma nic.
I jeszcze jedna informacja. Dziś rano, też w TVN-ie, pokazali rozmowę z Pawłem Moczydłowskim, byłym specem od więziennictwa, i człowiekiem, którego wszyscy znamy z każdej możliwej strony, który stwierdził, że dopóki polska policja nie zadba o odpowiedni pijar (właśnie tak powiedział – pijar), takie historie jak morderstwo na Woli będą się zdarzały, bo młodzi ludzie są sfrustrowani, mają kłopoty emocjonalne i najbardziej im teraz potrzeba zrozumienia. Ja oczywiście nie mam pojęcia, czy Moczydłowski był ostatnio na Florydzie i nie mam też większych powodów, żeby sądzić, że był. Jednak jakoś mi się to wszystko dziwnie pod koniec tych dwóch lat układa.
A skoro tak nam dobrze też się ułożyło z wczorajszym konkursem, to mam już kolejny. Proszę o komentarze na temat tego, co łączy te trzy dzisiejsze zdarzenia. Za najciekawszy komentarz, oczywiście nagroda. I oczywiście kolejne jajo.

piątek, 26 lutego 2010

Cała władza w ręce Rad!



Dziś w telewizji zobaczyłem, jak prezydent Kaczyński z samego rana przyjął Małysza i powiedział mu parę miłych słów. Dlaczego tak mnie to zainteresowało, że postanowiłem o tym wspomnieć? Otóż dopiero co wczoraj zastanawiałem się, o której dziś rano Lech Kaczyński zabierze się do pracy. Wracaliśmy wieczorem z Toyahową z bardzo poważnej uroczystości, zdążyliśmy tylko zobaczyć, jak samochód z Prezydentem skręca w stronę Warszawy i wtedy właśnie sobie pomyślałem, że miał ciężki dzień. Najpierw był w Kijowie na imprezie Janukowycza, wieczór spędził w Katowicach, spać się położy pewnie grubo po północy… Ciekawe, o której wstanie jutro?
Poszło o to, że z okazji 70 rocznicy tzw. polskiego uchodźctwa na Węgrzech, prezydent Kaczyński zdecydował się nadać odznaczenia dwóm bohaterom, jak to ładnie zostało określone, trzech narodów – polskiego, węgierskiego i żydowskiego. Pośmiertne już oznaczenia zostały przyznane – Order Orła Białego, polskiemu politykowi, działaczowi niepodległościowemu i patriocie Henrykowi Sławikowi, a Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Józsefowi Antallowi seniorowi – węgierskiemu politykowi, który po klęsce wrześniowej w roku 1939, wraz ze Sławikiem organizował pomoc dla polskich i żydowskich uchodźców. Szacuje się dziś, że Sławik z Antallem uratowali w czasie wojny od 5 do 15 tysiecy Polaków i Żydów.
Przyznaję, że do dzisiejszego dnia, o Henryku Sławiku miałem pojęcie raczej słabe. Tyle że gdzieś tam parę lat temu wspomniano o nim jako o polskim Wallenbergu, ale to wszystko. Nazwisko Antall już, owszem, znam dobrze, ale też tylko dlatego, że jego syn – József Antall junior był na początku lat 90-tych premierem Węgier. Natomiast, jak mówię, cała reszta była dla mnie równie obca, jak tysiące innych, zapewne równie ważnych zdarzeń z historii i Polski i Europy, a które, czym bardziej świat zmierza ku końcowi, a w naszej Polsce jedyną eksponowaną osobą, która zdaje się dbać o porządną politykę historyczną jest Lech Kaczyński, tym bardziej i tym szerzej stają się wyłącznie zadrukowaną stroną w książkach do historii.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są tacy, szczególnie tu w Salonie24, którzy na to moje przyznanie się do takiej niewiedzy żachną się i złożą wyrazy ubolewania. Mimo to ja wiem też świetnie, że takich jak ja, ludzi znających historię Polski, a przy tym dzieje polskiego bohaterstwa i patriotyzmu tak bardzo pobieżnie, jest mnóstwo i, niestety, coraz więcej. Jak więc zatem dobrze, że od czasu do czasu choćby, polski prezydent zabierze publicznie głos na tematy związane z tym co działo się tak dawno już temu, i opowie tym którzy będą chcieli go posłuchać, o tym co wiedzieć powinni. Dobrze, nawet gdyby z tego przekazu pozostała w głowach ludzi jedna jedyna informacja. Że kiedy Sławik umierał w cierpieniach pod niemieckim butem, do końca bohaterski, do końca – mimo ciężkich tortur – chroniący bezpieczeństwo swojego towarzysza Antalla, zdołał tylko krzyknąć: „Jeszcze Polska…”.
Byliśmy z Toyahową na tej uroczystości i wszystko się odbywało bardzo poważne. Mnóstwo policji, mnóstwo ochrony, bramki do wykrywania metalu, ale też sytuacja nie była byle jaka. Mieliśmy tu bowiem, oprócz prezydenta Kaczyńskiego, również prezydenta Węgier, László Sólyoma (prezydenta Węgrzy, podobnie jak my, mają z prawdziwej, porządnej, tradycyjnej prawicy), był nasz Arcybiskup Metropolita Zimoń, byli posłowie, senatorowie i cała kupa najróżniejszych lokalnych polityków i działaczy. A więc okazja jak mało która. Były tez przemówienia, były te ordery, były podziękowania, a wnuczka Antalla seniora wygłosiła swoje podziękowania pięknie po polsku.
No i było też oczywiście wystąpienie naszego prezydenta. László Sólyom swoje odczytał z kartki i trzeba chyba przyznać, że choć bardzo miłe i życzliwe dla Polski i dla naszych, dziś tak okropnie zlekceważonych, stosunków, nie zrobiło większego wrażenia. Może trochę też przez ewidentną chrypkę, może przez węgierską tłumaczkę, a może on w ogóle jest taki.. Trudno powiedzieć, ale przecież nawet go tu w Polsce nie za bardzo znamy. Natomiast Lech Kaczyński, jak to u niego zwykle bywa, po prostu – jak to mówią moje dzieci – wymiatał! Mówił jak zwykle bez kartki, bardzo ładnie to wystąpienie skonstruował, podał mnóstwo niezwykłych informacji, ładnie nawiązał do naszej – w pewnym sensie wspólnej – polskiej i węgierskiej, politycznej sytuacji, a kiedy powiedział ostatnie zdanie, wywołał prawdziwy entuzjazm. Dobrze było patrzeć i słuchać jak przemawia taki prezydent!
Jednak muszę tu w tej chwili przyznać, że prawdziwym powodem, dla którego piszę ten tekst, nie jest Prezydent i to co stanowi o jego sile. Ja nie bywam na przyjęciach, rautach, spotkaniach, galach. Nawet nie bywam na partyjnych zebraniach, za co PiS przepraszam. Takie życie, taka aura. A zatem, w związku z tym, że nie bywam, nie znam też ludzi. Dla mnie siłą rzeczy polityka, dziennikarstwo, media, życie publiczne, to jest to co oglądam w telewizji. A więc jak idzie o tzw. elity, najniższy poziom jaki zdarzyło mi się obserwować wyznacza z jednej strony red. Warasiński, z drugiej poseł Karpiniuk, a z boku do tego jeszcze czasem doskoczy Szymon Majewski. Jak już jednak idzie o tak zwane elity lokalne, samorządowców, drobnych partyjnych działaczy – jestem kompletnie niezorientowany. I myślę sobie dziś, że to chyba bardzo dobrze, bo prawdopodobnie, gdybym więcej się pokręcił po tych okolicach, pozostałyby mi tylko spacery do parku. A przecież szkoda tych wszystkich emocji.
Stało się więc wczoraj tak, że obok tego wszystkiego, tej powagi, tych wzruszeń, tych emocji, działy się też rzeczy, które mnie autentycznie przygnębiły. Ponieważ impreza była w dużym stopniu lokalna, wśród zaproszonych gości, była cała gromada samorządowców i partyjnych działaczy z okolic. Pamiętam jak jeszcze dość niedawno pokazywali w telewizji, jak swoją rocznicę z wielkim hukiem obchodziła młodzieżówka Platformy, czyli tak zwani Młodzi Demokraci. I mogliśmy popatrzeć, jak nagle spod kupy śmieci wychodzi takie towarzystwo, że nagle zaczynamy rozumieć, dlaczego poseł Wegrzyn, czy wspomniany wyżej Karpiniuk osiągają w naszej polityce status gwiazdy. Już kiedy staliśmy w kolejce do tych bramek, wokół nas kręciły się takie męty – i w dodatku wyglądało na to, że wszyscy ze wszystkimi świetnie się znają – że wpadliśmy w autentyczną panikę. Nawoływali się, machali do siebie, robili zdjęcia swoimi i-phonami, a niekiedy wyglądali tak, że aż człowiekowi robiło się głupio, że postanowił na starość wciąż interesować się polityką.
Oczywiście, nie chcę tu powiedzieć, że uroczystość była przez nich zdominowana. W żadnym wypadku. Na ogół wszystko się toczyło jak w filharmonii, lub w teatrze, a więc jak najbardziej standardowo. Tyle że akurat w takim dniu, w którym nagle się okazuje, że do miasta zawitała wycieczka szkolna z 23 Gimnazjum im. Dobromira Pomysłowego, adres: Pcim Dolny, ul. Na Bateryjce 5 (dziękuję Pradziadkowi za inspiracje i łaskawe upoważnienie) i w programie wycieczki było odchamianie się. W dodatku jeszcze, ci gimnazjaliści wchodzą do teatru już po tym jak się przedstawienie zaczęło, bo się zasiedzieli w McDonaldzie.
Nie jest wesoło. Autentycznie nie jest wesoło. Istnieje bardzo silna obawa, że w momencie kiedy – zgodnie z zapowiedziami jaśnie oświeconych reformatorów –cała władza w Polsce zostanie przekazana lokalnym strukturom i samorządom, pozostanie nam już naprawdę tylko gra w tysiąca. Bo jak te gwiazdy już się wezmą za politykę wydawniczą – a to że się za nią zabiorą, nie ulega wątpliwości – to już nawet książek normalnych nie będzie można czytać, lecz wyłącznie ich osobiste wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Szopienicach..
A więc dla rozweselenia, jedna historia, a przy okazji zagadka. Siedzimy sobie, rozglądamy się z zaciekawieniem po tej menażerii, i nagle za plecami słyszymy coraz wyraźniejsze paplanie. Zbliża się jakichś dwóch i drą mordy tak, że słychać ich na całej sali. Wiecie, jak jest w takich miejscach. Ludzie siadają w fotelach, na scenie kwiaty, fortepian, tu arcybiskup, tam za chwilę przyjdą prezydenci… Siedzi się cicho, a jak już się gada, to bardzo przyciszonym głosem. A tu słychać jak nadchodzą jakieś szychy. I gadają na cały głos. Zwłaszcza jeden. Z informacji, która w tym momencie jest już publiczna, wynika, że to Poseł RP. Toyahowa zwraca się szeptem do mnie: „Obejrzyj się, co to za kretyn”. Oglądam się. Nie widać, zasłania go kamerzysta. Ale gada. Głównie o swojej poselskiej stronie internetowej. Oglądam się, żeby tego buraka zobaczyć. Na nic. Ale gada. A przed nim kamerzysta. A on gada jak nakręcony. Toyahowa mnie trąca: „No zobacz, co to za idiota?”
No i wreszcie jest. Mamy go. Jest. Stoi jak malowany i nawija do jakiegoś swojego kumpla. I to jest zagadka. Kto to taki? Dla zwycięzcy jajo z niespodzianką.

czwartek, 25 lutego 2010

Pętelka



Już parę dni minęło i w tym czasie pojawiło się kilka innych tematów, jednak wciąż mi chodzi po głowie to co przeczytałem we wtorek w Rzeczpospolitej. Mam na myśli artykuł o tym jak to Polacy tracą pieniądze na dentystę. W sumie, to dość ciekawa sytuacja. Moje zainteresowanie tym tematem jest – jak można było już zaobserwować na tym blogu – na tyle duże, że można by było sądzić, że ja mam z zębami jakiś ciężki kompleks. Tymczasem, nic podobnego. Wprawdzie nie jest tak, że jak idzie o uzębienie wyglądam jak Burt Reynolds, ale owszem – nie narzekam. Również nie jest tak, że naszą rodzinę opieka dentystyczna jakoś szczególnie dużo kosztuje. Na szczęście, pod tym względem, jest jako tako. Mimo to jednak, problem opieki stomatologicznej w Polsce doprowadza mnie do autentycznej rozpaczy. To na co dzień. A dziś jeszcze czytam ten artykuł http://www.rp.pl/artykul/2,438073.html.
Otóż okazuje się, że po pierwsze, z wyliczeń wynika, że Polacy wydają na dentystę co najmniej 6 mld złotych rocznie. Co najmniej. Ponadto wyliczono, że tylko jedną trzecią część tej sumy dotychczas pokrył NFZ. Resztę musieliśmy wysupłać z naszych kieszeni osobiście. Czytamy w Rzeczpospolitej:

Coraz więcej gabinetów stomatologicznych zawiera stałe umowy z bankami: można wziąć w nich kredyt na leczenie zębów. Oprocentowanie: ok. 1 proc. miesięcznie.
  — Wydatki pacjentów na leczenie prywatne będą coraz wyższe – przewiduje Andrzej Cisło, odpowiedzialny za stomatologię w Naczelnej Radzie Lekarskiej (NRL). – Narodowy Fundusz Zdrowia coraz bardziej ogranicza wydatki na stomatologię. To sprawia, że kolejki do leczenia rosną. Rośnie też odpłatność pacjentów nawet w tych gabinetach, które mają umowy z NFZ.
Dlaczego tak? Z różnych względów, ale również dlatego, że, jak podaje autorka artykułu, od tego roku nie będziemy już mogli współfinansować zabiegów dentystycznych. Przepisy są takie, że albo będzie za darmo, albo będziemy płacić sto procent. I oczywiście nie trzeba być profesorem uniwersytetu we Florencji, żeby wiedzieć, że gabinety dentystyczne staną teraz na głowie, żeby jednego zabiegu nie zrobić za darmo. Podobnie zresztą jak NFZ, żeby maksymalnie zaoszczędzić.
No ale są kredyty, czyż nie? Banki są po to, by pomagać. Niedawno otrzymałem na przykład telefon z mojego banku, że jeśli dam im 90 złotych miesięcznie, to oni, mojej żonie i dwojgu dzieciom, zapewnią bezpłatną opiekę medyczną. I to w takim gabinecie, gdzie nie trzeba będzie stać w kolejce. Ja już jestem niemal przyzwyczajony do tego, że po każdym z tych tekstów, często z moim zmartwieniem, a czasem i z bólem, zostaję niemal kompletnie sam. Ta sytuacja powtarza się tak często, że właściwie niekiedy zastanawiam się, czy w ogóle warto. Ale tym razem proszę, niech ktoś zechce zrozumieć, w jakiej sytuacji znalazła się nasza Polska. Bezpłatne – w tym sensie, że opieka zdrowotna w Polsce jest finansowana ze składek – leczenie w Polsce jest zapisane w Konstytucji. I nie jest to jakiś szczególnie szczodry gest ze strony rządzących. To jest kwestia cywilizacyjna. I nagle dochodzi do tego, że dzwonią do nas banki i jakby nigdy nic, oferują nam bezpłatne i bezkolejkowe leczenie. Dla całych rodzin. O ile oczywiście w rodzinie nie ma więcej niż dwoje dzieci. Wtedy to trzecie dziecko sobie postoi. A podana niemal oficjalnie – choć jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy się nie chce drażnić ludzi, trochę jednak od kuchni – informacja głosi, że jeśli nie w tym roku, to na pewno w przyszłym, ten kredyt jednak będziemy musieli wziąć. Tak by zdążyć przed Euro 2012.
Przyznaję ze wstydem, że raz zostałem pochwalony tu przez blogerkę Rudecką. Było to jeszcze na początku mojego blogowania, kiedy w swoim wpisie wyraziłem pewną nostalgię za czasami PRL-u. Oczywiście, jak to zwykle często tu w Salonie bywa - i wcale nie dotyczy to najbardziej jej – ona zrozumiała dokładnie tyle z tego co ja napisałem, co chciała, lub co ją podnieciło. Ale przyznaję, że czasem, kiedy wspominam PRL, a jeszcze przy okazji wyjrzę za okno, ogarnia mnie niepokój wręcz egzystencjalny. Dziś jest tak, że myślę o tych zębach i przypominam sobie, jak, jeszcze w czasach szkolnych, w każdej szkole był gabinet dentystyczny i każde dziecko musiało co chwilę tam chodzić, żeby dać sobie w czymś podłubać. To właśnie z tamtych czasów wciąż tak dobrze pamiętam kwestie typu: „dół lewa szóstka plomba”. To właśnie z tamtych, PRL-owskich czasów, wiem co to jest ubytek i co to jest fleczer. I to pewnie przez tamte PRL-owskie czasy nie muszę dziś chodzić do dentysty. Kto wie też – ale o to trzeba byłoby spytać już fachowców – czy to nie przez tamte PRL-owskie czasy, moje dzieci jakoś sobie też pod względem zdrowia radzą.
Od Toyahowej dostałem pod choinkę książkę o świętych grubasach, żarłokach i w ogóle o świętych, jakich mieliśmy w dawnych, dawnych jeszcze czasach. Piękna lektura. Mógłby ją sobie przeczytać na przykład Antoni Dudek, żeby zobaczyć jak to się robi, jeśli to co się robi, robi się z sercem. Czytam więc tam, że zakonnicy w średniowiecznych klasztorach jedli dużo, bo raz że mieli, dwa że lubili, a trzy że panicznie bali się, że może przyjść klęska i będzie głód. Jedli oni jednak głównie jedzenie w postaci papki, a to z tego powodu, że nie mieli najczęściej zębów. No ale to akurat jest oczywiste. W końcu, kto, poza miejscowym kowalem, miał o nich dbać?
Czytam dziś tekst w Rzeczpospolitej i wracam raz za razem do tego cytowanego już tu Cisło:

  — Skutki przyjdą bardzo szybko. Pacjenci będą mieli coraz mniejszy dostęp do bezpłatnego leczenia zębów. Coraz większa liczba lekarzy, którzy do tej pory leczyli także publicznie, przejdzie do sektora prywatnego – przewiduje Cisło.
Jego zdaniem jest też coraz większe niebezpieczeństwo podziału sektorów leczenia na publiczny i prywatny, z różnymi metodami leczenia i poziomem finansowania.  — To byłoby fatalne dla pacjentów, wprowadzałoby nierówności, upośledzałoby biedniejszych – mówi Cisło”.
Koło się zamyka. Historia robi pętelkę. A ja na koniec jeszcze pozwolę sobie jeden cytat, z piosenkarza i poety Jana Wołka. Z pamięci: „Mówią mi, że los to guzik, przedmiot głupi i niewielki/Jak odpadnie, pozostanie zawsze coś na kształt pętelki”.

środa, 24 lutego 2010

O lanserach i ekspertach



Antoni Dudek porusza się po obrzeżach polskiej polityki właściwie od samego początku nowej Polski. Naturalnie nie jako polityk, bo bycie politykiem jest wbrew pozorom fachem bardzo trudnym i ryzykownym, lecz jako historyk i komentator. Jak to się stało, że zwróciłem uwagę na Dudka właściwie już na samym początku jego aktywności? W końcu po tak zwanej prawicowej strony polskiej sceny politycznej zawsze kręciło się całe mnóstwo publicystów, politologów, socjologów i historyków, którzy mieli ambicje uczestniczenia w tym, co się tu dzieje. Faktem jest też jednak, że niewielu z nich tak jak Antoni Dudek, potrafiło powiedzieć tak niewiele przy użyciu tak wielu słów i zrobić tak mało, przy pomocy tak wielu gestów. Wydaje mi się, że gdyby Dudek był na tyle odważny, by spróbować swoich sił w polityce nie jako komentator, ale jej bezpośredni uczestnik, to, jako przedziwna hybryda Jana Marii Rokity z Kazimierzem M. Ujazdowskim, mógłby nawet odnieść pewien sukces. Owa rokitowa część symbolizowałaby pełną agresji bezużyteczność, natomiast ta druga strona ukazywałby go nam jako takiego ładnego, stonowanego, kulturalnego chłopca o ujmującej bardzo powierzchowności. Zresztą – czyniąc tu zastrzeżenie, że Rokita to istotnie przypadek zupełnie wyjątkowy – zamiast Ujazdowskiego, mógłby tam stać równie dobrze dowolny inny polityczny lanser. Jarosław Gowin, Paweł Zalewski, Rafał Dutkiewicz, czy nawet arcybiskup Życiński. To jest dokładnie to samo powietrze. Czemu więc Antoni Dudek nie wybrał polityki? Tego nie wiem. Efekt jest taki, że istnieje on dokładnie tak jak by istniał i wtedy, i że nie ma z niego żadnego pożytku, dokładnie tak samo jak by nie było go wtedy. Tyle że dziś bardziej irytuje. Jak wieczny kibic, który jedyne co wie, to to że on by to wszystko zrobił tak samo, tyle że dużo lepiej.
Wróć. Jest jeszcze coś, co by różniło Dudka – polityka od Dudka – komentatora. Prawdopodobnie jako polityk, nie byłby profesorem. Tyle że to też słaba pociecha. W końcu we współczesnej Polsce zostać profesorem może każdy, byleby tylko pokazywał się odpowiednio często w telewizji i wystarczająco wyraźnie swoje ambicje sformułował. Myślę, że gdyby ktoś zechciał opublikować listę świeżo upieczonych profesorów III RP, to mielibyśmy większą kupę śmiechu, niż przy studiowaniu zestawu laureatów literackiej, lub pokojowej nagrody Nobla. I wcale niekoniecznie ze względu na osobę Magdaleny Środy.
Nie został jednak Antoni Dudek politykiem. Nie poszedł śladem innych prawicowych intelektualistów swojego pokolenia i został tam gdzie dziś go możemy spotkać. Ciekawe dlaczego? Człowiek o takim temperamencie, wydawałoby się, poza polityką musi się wyłącznie dusić. Myślę sobie, że może poszło o to, że w czasach kiedy te losy się decydowały, on był na tyle pryncypialny, że nie chciał iść ani do Unii Demokratycznej, ani do Unii Wolności, ani tym bardziej do komuchów. Z kolei gdzie indziej też jakoś nie pasowało. Bo to i straszno jakoś i przede wszystkim niepewnie. A jak już przyszły lata najnowsze, to go już ani w PiS-ie ani w Platformie nie chcieli. A więc pozostały te publikacje, a z publikacjami jak wiemy, to już w ogóle trzeba uważać, bo papier oczywiście wszystko zniesie, ale pamięć ludzka już może nie darować. A skończyć jak Michalkiewicz czy jakiś Miszalski? Kto by chciał?
Ktoś mnie spyta, dlaczego tak się uparłem, żeby wysyłać Dudka do polityki? Dlaczego nie chcę, żeby on był tym kim jest, a więc komentatorem, historykiem, lub zwyczajnym ekspertem? Otóż Dudek przeszkadza mi w roli, którą sobie upatrzył, na tej samej dokładnie zasadzie, jak przeszkadza mi wspomniana tu niedawno Natasza Urbańska jako piosenkarka bluesowa, lub Cezary Pazura jako standing comedian. Czy Antoniemu Dudkowi, i nam wszystkim przy okazji, byłoby lepiej, gdyby on występował w TVN24 i się intelektualnie przepychał z posłem Neumanem, lub przesłuchiwał w którejś z komisji skorumpowanych biznesmenów? Pewnie też nie. W końcu, jak sami mieliśmy okazję zobaczyć, nawet Janowi Rokicie niczego to nie zagwarantowało. Problem jednak jest taki, że ja na punkcie historyków mam pewien kompleks.
Otóż, wbrew pozorom, o których niektórzy świetnie wiedzą, a ja nie będę się tu w nie wgłębiał, do historyków mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Nie ma chyba takiej dziedziny życia, poza chirurgią oka i grą na gitarze, która budziłaby we mnie taki szacunek. Sprowadźcie mi dowolnego historyka i każcie mu opowiadać o czymkolwiek, a ja nie ruszę się z pokoju, dopóki nie powie mi on, że to już koniec. I nie musi być to nawet ktoś obeznany ściśle z jakimiś wydarzeniami historycznymi, kto mi będzie podawał przeróżne daty i interpretował wydarzenia, które gdzieś tam kiedyś doprowadziły albo do wojny, albo do pokoju. Może to być nawet ktoś taki jak ów człowiek, który w 1979 roku wygrał Wielką Grę z Chopina, a dziś we Wproście opowiada o nim takie rzeczy, że włosy stają dęba na głowie. Rzeczy, które on wie, których my nie wiemy, a które wszystkie nasze wyobrażenia przewracają do góry nogami. Więc może to być nawet i on.
Ale może to być ktokolwiek, kto tylko zna się na tym co działo się dawno temu i co w naszej wyobraźni zdążyło przybrać bardzo określony kształt, i kto przychodzi i mówi nam, że owszem, trochę tak, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ktoś coś gdzieś, to musimy tez wiedzieć, że to nie było wszystko takie oczywiste. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy okazję rozmawiać z pewnym angielskim historykiem o królu Henryku VIII i tych jego żonach, i jak powoli okazywało się, że cały tamten świat, który wydawał się być taki prostu i oczywisty, był w gruncie rzeczy, jeśli nie kompletnie inny, to z pewnością znacznie ciekawszy. Nawet postać wręcz symboliczna, czyli cesarz Kaligula, w ustach kogoś kto się na tamtych czasach zna, staje się kimś, o kim naprawdę warto posłuchać. Czy wszyscy historycy są tacy wybitni i nieomylni i przede wszystkim zgodni? Oczywiście że nie. Ale z całą pewnością większość z nich wie, że jeśli w jednym miejscu w roku, dajmy na to 1678, działo się jedno, to w drugim, w tym samych czasie, przy udziale innych osób, miały miejsce wydarzenia równie istotne. I raczej niewielu z nich patrzy na historię, jak dziecko, które zobaczyło paczkę chrupek i nie może się już skupić na niczym innym.
Antoni Dudek, postanowił w Salonie zabrać głos na temat historii powstawania rządu Prawa i Sprawiedliwości. Przeczytałem i ten wpis Dudka, i wcześniej kilka jego komentarzy na blogu Migalskiego, i pomyślałem sobie, że gdyby jakikolwiek historyk w ten sposób opowiadał o jakimkolwiek wydarzeniu z przeszłości, to chyba każdy wolałby sobie kupić gazetę, albo włączyć telewizor. Przynajmniej byłoby na co popatrzeć. W 2005 roku PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został wybrany prezydentem. Oczywiście, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach się dzieje, zwycięstwo było zbyt niskie, żeby zagwarantować PiS-owi samodzielne rządzenie, a – co już może trochę ponadstandardowe – wściekłość opozycji i establishmentu tak wielka, że nawet stworzenie sensownej koalicji było niemożliwe. Można wręcz sądzić, że jedynym inteligentnym rozwiązaniem było oddanie przez PiS władzy Platformie, lub komukolwiek i natychmiastowe rozwiązanie się. Jak wiemy, przez dwa lata Jarosław Kaczyński z trudem utrzymywał władzę, którą otrzymał w powszechnych wyborach, i w końcu, kiedy – o czym Dudek może już nie pamiętać – połączone siły opozycji, mafii i mediów, postanowiły odwoływać ministra po ministrze, podał rząd do dymisji. To są fakty historyczne. Co na ten temat do powiedzenia ma historyk Dudek? Jego jedyna refleksja jest taka, że Lepper to obciach, Giertych to nędza, a Kaczyński, zamiast próbować utrzymać władzę, miał rozwiązać parlament. I mówi o tym takim tonem, jakby ta refleksja wyszła mu z matematycznego równania. A więc przychodzi do nas historyk z dorobkiem i naukowymi tytułami, i opowiada nam rzeczy, które wie każda głupia baba na targu, a nawet każdy student politologii, czy dziennikarstwa.
Oto cała refleksja Antoniego Dudka na temat tego, co się działo w Polskiej polityce między końcem roku 2005, a jesienią roku 2007. Dudek ani się nie zastanawia, jaka była sytuacja polityczna, społeczna i medialna w Polsce w tamtym czasie. Jakie były szanse i jakie było ryzyko. Jego nie obchodzi zupełnie, jakie były możliwości rozwoju sytuacji w przypadku rozwiązania parlamentu i nowych wyborów. Jego nie interesują ani ludzie, ani konflikty między nimi, ani społeczny kontekst dla tych konfliktów. On nie bierze pod uwagę na przykład takiej możliwości, że kolejne wybory mogła wygrać Samoobrona i LPR na przykład, i że w efekcie takiego rozwoju zdarzeń, Polska dostałaby po głowie tak, że by się już nie podniosła. Więcej. Jego takie dyrdymały w ogóle nie interesują. Dudka nie interesuje historia. On wie tylko tyle, że Lepper i Giertych to kupa wstydu i trzeba było jakoś inaczej. A jak mu mądrzejsi od niego blogerzy zwracają uwagę, że się głęboko myli, to im odpowiada, że owszem, to ciekawe, ale on jednak pozostanie przy swoim zdaniu. I to jest intelektualista i historyk!
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby Antoni Dudek w ten sam sposób, co o naszej współczesnej polityce, chciał opowiadać o polskiej polityce międzywojennej, o wojnach angielsko-francuskich, o Cesarstwie Rzymskim, o Rewolucji Francuskiej, o Drugiej Wojnie Światowej, o jakiejkolwiek historycznej sytuacji, to by przez ewentualnych słuchaczy został potraktowany wzruszeniem ramion, albo jeszcze gorzej – podejrzeniem, że z niego historyk jak z wiejskiego znachora chirurg ortopeda. Powiem więcej. Gdyby się nagle okazało, że Antoni Dudek jest specjalistą od życia i twórczości wspomnianego już tu Fryderyka Chopina, to zapewne jedyne co by nam z błyskiem w oku powiedział, że Chopin miał cienkie palce i chorował na gruźlicę. Ale nie ulega też wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był takim politykiem jak Antoni Dudek historykiem, to dziś nie byłby wybitnym przywódcą opozycji i prawdopodobnie przyszłym premierem, ale by występował w Superstacji z Piotrem Semką w jakichś chorych turniejach dla idiotów.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po co ja w ogóle zajmuję się kimś takim jak Antoni Dudek. Otóż problem jest zawsze ten sam. Polskie życie publiczne zostało z jednej strony opanowane przez bandę wyrachowanych kombinatorów, a z drugiej strony przez inną bandę, tak zwanych niezależnych ekspertów. Kombinatorów mam w nosie. Oni przynajmniej wiedzą, czego chcą i robią to co robią najlepiej jak potrafią. Pies ich drapał. Gorzej jest z tak zwanymi ekspertami. Oni w najlepszym wypadku są dokładnie tak samo mądrzy jak każdy z nas, a jeśli któryś z nich ma jakąś choćby minimalnie ekspercką wiedzę na jakikolwiek temat, to i tak ją natychmiast chowa głęboko pod kocem swoich politycznych histerii. Bez względu na to, czy to jest jakiś socjolog z uniwersytetu, czy historyk z instytutu, czy politolog z jakiejś innej ważnej instytucji, czy ekonomista z najwybitniejszych gospodarczych think-tanków, czy dziennikarz z niezależnej gazety, w momencie kiedy dostanie pytanie na temat polityki, jedyne co jest w stanie z siebie wydusić, to konstatację, że Kaczyński, Lepper i Rydzyk to dno.
To nie jest wiedza. To taniec z gwiazdami. Normalni ludzie czegoś takiego nie tolerują. I stąd te słowa.

wtorek, 23 lutego 2010

Czekając na Mdisho z plemienia Mwanumwezi



Tak wyszło, że musimy wrócić do problemu prawa i sprawiedliwości i tego, jak dobrzy ludzie są jednego i drugiego spragnieni. Wydawało mi się – tak zresztą jak wydaje mi się za każdym razem, kiedy zamieszczam tu kolejny wpis – że wszystko co chciałem powiedzieć, powiedziałem wystarczająco szczerze i jednoznacznie, by nie prowokować nieporozumień, jednak – też podobnie jak za każdym razem – okazało się, że wciąż musimy stawać przed jakimiś niedomówieniami. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że te wpisy bardzo rzadko są konstruowane na poziomie prostych stwierdzeń i opisów i tego akurat ani nie żałuję, ani też nie zamierzam zmieniać. Jeśli ktoś pragnie poczyczytać o tym, że niskie podatki są lepsze od wysokich, że kara śmierci jest lepsza niż jej brak, że komunizm jest równie zły jak faszyzm, a Wojciech Jaruzelski to nie bohater, ale zdrajca, to ma wystarczająco dużo okazji sobie poużywać na innych blogach. Jak idzie o ten blog, to ja tak to sobie już tu planuję, że byłoby mi bardzo niezręcznie narażać się na zarzut, że jestem zbyt trywialny. Jeśli już muszę wybierać, to zdecydowanie bardziej wolę brak zrozumienia, niż choćby jedno wzruszenie ramion.
Bywa jednak tak, że czasem to co chcę przekazać, zostaje niezrozumiane w sposób bardziej bolesny, niż ma to miejsce na co dzień. Albo nawet nie tyle bardziej, co akurat nie przez tych, którzy i tak przeważnie niewiele rozumieją, ale przez tych do których te słowa są kierowane bardziej niż do innych. A więc przez tak naprawdę dobrodziei tego bloga. Ludzi, z myślą o których ten blog jest prowadzony, do których jest przede wszystkim adresowany, dla których w gruncie rzeczy cały czas powstaje i którymi się żywi, by nie powiedzieć pasożywi. Wtedy to autentycznie boli.
Z tego typu doświadczeniem miałem do czynienia kilka razy, i za każdym razem, blog ten opuszczała kolejna grupa zawiedzionych prawicowców, którzy dochodzili do wniosku, że jednak – wbrew wszelkim dotychczasowym znakom – jego autor, nawet jeśli nie zdrajca, to po prostu idiota bez śladu podstawowej wrażliwości. Zaczęło się, o ile sobie dobrze przypominam, od paru tekstów o Wołyniu, a skończyło się ostatnio bardzo, na tekście o prawie i sprawiedliwości reprezentowanym – wbrew powszechnym gdzie niegdzie przekonaniu – nie przez bandy idiotów wrzeszczące: „CHWDP”, lecz przez wymiar sprawiedliwości, rozumiany jako policja, prokuratura i sądy, działające w ramach praworządnego państwa. Konkretnie poszło o wyrażone przeze mnie przekonanie, że w sytuacji, gdy wspomniane bandy idiotów, ze wspomnianym hasłem na swoich sztandarach, wypowiadają temu państwu wojnę, to sprawiedliwość i prawo nie powinny być akademickim pustosłowiem, lecz praktycznym gestem. A jeśli ów praktyczny gest pozostaje z różnych – gównie cywilizacyjnych względów – nierealizowalny, to niech przynajmniej ten jak najbardziej naturalny postulat pozostanie zaledwie w postaci słowa. Choćby słowa.
No więc kiedy i te noże w dworcowych kioskach i ci idioci w kapturach i ta warszawska Wola i ten tak zawstydzająco bezbronny wobec tak zimnej, tak bezmyślnej i tak niewytłumaczalnej agresji policjant i ta jego biedna rodzina, stały się nagle jedną i tą samą częścią jednego i tego samego problemu, nie powiedziałem przecież nic ponad zupełnie oczywiste stwierdzenie, że jeśli można wartościować życie – a wierzę, że można – to zginąć miał agresor, a nie jego ofiara. Że w świecie prawdziwej sprawiedliwości i skutecznie egzekwowanego prawa, coś takiego jak grom z jasnego nieba jest rozwiązaniem, w moim pojęciu, pięknym w swojej naturalności. Nie chciałem otwierać debaty na temat złego poziomu wyszkolenia polskiej policji; nie planowałem dyskutować skuteczności wprowadzenia kary śmierci; nie miałem najmniejszego zamiaru prowadzić rozważań odnośnie legalizacji posiadania broni. Chciałem tylko, widząc jak tradycyjnie rozumiane prawo i sprawiedliwość zostają ośmieszone, powiedzieć, że to z czym mamy do czynienia – to już najprawdziwsza wojna. A skoro w tej wojnie jesteśmy aż tak bezbronni – i, jak wszystko na to wskazuje, bezbronni pozostaniemy – niech choćby pojawi się to słowo. I cóż w tym takiego groźnego?
A groźnie przecież mogłoby być. Jeden z moich ulubionych autorów, Roald Dahl, pisał głównie dla dzieci. Oprócz tych książeczek, z których niemal wszystkie zdobyły sławę wręcz modelową (w tym roku, oparty na jego historii Fantastyczny pan Lis, otrzymał dwie oscarowe nominacje), wydał Dahl dwie książki autobiograficzne i całą kupę krótkich opowiadań dla dorosłych. Kiedy miał 22 lata, jako przedstawiciel Shella wyjechał do Afryki, i kiedy wybuchła II Wojna Światowa wstąpił do wojska i już tam został. Mieszkał Roald Dahl w Tanganice, która będąc wcześniej niemiecką kolonią, w chwili wybuchu wojny była pełna Niemców, a więc siłą rzeczy wrogów. Kto chce, niech sobie kupi wspomnienia Dahla z tych czasów wydanych pod tytułem Going Solo. Ja tylko tu opowiem pewną historię, która dla tego o czym tu dziś piszę, może mieć znaczenie kluczowe. Otóż w momencie wybuchu wojny, służący Dahla, Mdisho, pierwsze co zrobił, to porwał należący do Dahla pamiątkowy, arabski, pięknie inkrustowany miecz, popędził do jedynego Niemca jakiego znał i, nie zadając mu żadnych pytań, wpadł do jego domu i obciął mu głowę. Dahl bardzo barwnie i z niezwykłym przejęciem opisuje ten akt. Mdisho, niemal całkowicie nagi, z mieczem w dłoni pędzi cztery godziny przez nocną Afrykę z jednym zamiarem. Wypowiedzieć wojnę Niemcom. Swoją prywatną wojnę, która go obchodzi tylko o tyle, o ile słyszał od samego Dahla, że jest wojna i Niemcy są źli. Wie też – z własnego doświadczenia i z nauk, jakie odebrał od swojego ojca – że kiedy jest wojna, naczelną zasadą jest zabić wszystkich przeciwników, zanim oni się zorientują co się dzieje. Dla niego nie istnieją ani traktaty, ani umowy, ani zasady, ani jakiekolwiek reguły. Jedyna zasada jest taka, że wroga należy zabić zanim on zabije nas.
Bardzo ciekawa jest rozmowa, jako przytacza Dahl. Kiedy Mdisho dowiaduje się, że szykuje się wojna, cieszy się bardzo, bo pochodzi z plemienia Mwanumzezi, a jak pisze Dahl, „Mwanumzezi przez setki lat byli największymi wojownikami we Wschodniej Afryce, podbijając wszystkich, włącznie z Masajami”. Podekscytowany Mdisho wrzeszczy: „Uderzmy pierwsi. Weźmy ich przez zaskoczenie, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi”. Dahl mu na to tłumaczy, że tak się nie da, że dopóki wojna nie zostanie oficjalnie wypowiedziana, należy czekać: „Co do wojen, mamy bardzo ścisłe zasady”, mówi. „U nas jest tak, że nikt nie może zabić nikogo, dopóki sędzia nie dmuchnie gwizdek i mecz się oficjalnie nie zacznie”. I na to Mdisho wybucha śmiechem: „Przecież to jest niepoważne, panie! Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
Mogłoby więc być groźnie. I obawiam się, że wielu tych, którzy przeczytawszy wpis o zamordowanym policjancie i bandycie, który przeżył, doszli do wniosku, że kiedy postulowałem, by siedemnastoletniego nożownika zabić jak psa, zanim w on ogóle ten swój nóż wyciągnął, miałem na mysli przyszłe rozwiązania prawne. Że sugerując, że sprawiedliwość byłaby wtedy, gdyby to ten bandyta został zdmuchnięty z powierzchni ziemi, a nie policjant, otwieram dyskusję na temat kary śmierci, prawa do posiadania broni, poszerzania praw policjantów, i ograniczania przypadków ewentualnych pomyłek. Że ja chcę rozmawiać o wyszkoleniu, o wychowaniu i o tym co dobre, a co złe. A więc mogło być groźnie.
Ale nie będzie. Ani bowiem nie jesteśmy wojownikami, ani nawet nie chcemy nimi być. Jesteśmy poważni i eleganccy, często wykształceni i współtworzymy współczesną cywilizację. Ani nie strzelamy do innych ludzi, ani nie przebijamy ich nożem, ani tym bardziej nie obcinamy im głów. A już z całą pewnością nie wszyscy. Nie wszyscy bowiem jestem zwierzętami, prawda? My, najpierw czekamy na gwizdek, i kiedy on już zabrzmi, wtedy tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę, osądzamy przed naszymi sądami i wsadzamy do więzień. Przynajmniej mamy taki plan. A że się czasem nam się to nie udaje i że ponosimy przy tym pewne straty? No cóż. Taka jest cena cywilizacji. I ja wcale nie ironizuję. Jeśli ktoś myśli, że ja ironizuje, nich się puknie w czoło i zacznie wreszcie myśleć. Ja podkreślam jak najpoważniej jeszcze raz. Cywilizacja ma swoją cenę. I ja już dawno zdążyłem się z tym pogodzić.
Wczoraj przeczytałem, że w 2000 roku, czyli już wtedy kiedy nawet u nas otwierały się poważne perspektywy cywilizacyjne, w Stanach Zjednoczonych dwóch wybitnych psychiatrów przeprowadziło siedemdziesięciominutową terapię na dziesięcioletniej dziewczynce nazwiskiem Candace Newmaker. Dziewczynka była niegrzeczna i nie chciała się podporządkować poleceniom swojej macochy. A więc macocha skierowała ją na ową terapię. Psychiatrzy zawinęli dziecko w koc i kazali się mu z koca uwolnić, jednocześnie uniemożliwiając jej to brutalną siłą. Plan był taki, że jeśli ona chce być grzeczna, musi się najpierw ponownie narodzić. Nie chce mi się o tym pisać. Jak kto chce sobie poczytać, wszystko jest w wikipedii. Powiem tylko, że po siedemdziesięciu minutach tych tortur, to dziecko zadusiło się swoimi wymiotami i umarło.
I teraz jest tak, że jeśli ja powiem, że było by sprawiedliwie, a przy tym i prawo by nie zostało upodlone, gdyby zanim ci psychiatrzy dotknęli tego dziecka, do tej ich kliniki wpadł wojownik z plemienia Mwanumzezi z pięknym, inkrustowanym obrazami z życia Proroka mieczem i poobcinał im łby, przyjdą tu nie tylko uczeni psychiatrzy, by mi tłumaczyć, jak po polsku nazywa się tzw. ‘attachment therapy’ i o co w niej chodzi. O nich już mam swoje zdanie i oni akurat nie są mi już do niczego potrzebni. Gorzej, że obok nich pojawią się wrażliwi prawicowcy i zaczną się nade mną użalać, że ja już kompletnie zdziczałem i że przez to jest im smutno. A po nich pojawią się nowi dyskutanci i otworzą rozmowę na temat błędów w psychiatrii i nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. A po nich przyjdą jeszcze inni, i zaczną debatować o tym, jak to Ameryka pod Obamą jeszcze bardziej upada, a Tusk jest idiotą. No i, w podsumowaniu tego wszystkiego, pojawi się w Salonie szyderczy wpis o brzydocie dworca kolejowego w Katowicach.
W tej sytuacji wszystkim tym, którym ta wiedza może być przydatna, mam do przekazania jedno. Ja w dalszym ciągu będę tu pisał to na co mam ochotę. I nie jesteście w stanie tego zmienić, choćbyście na mnie nasłali dziesięciu dzikich murzynów z arabskimi mieczami. Zwłaszcza że oni akurat trzymają tu moją stronę.

niedziela, 21 lutego 2010

Babilon z gwiazdami



Nie tak dawno temu wspominałem tu, że większość moich znajomych i przyjaciół, to ludzie ode mnie mądrzejsi, zdolniejsi, a przy tym często po prostu osoby wybitne. Dzięki temu układowi, ludzie którzy bliżej mnie nie znają, mogą niekiedy sądzić, że to światło, które niekiedy widzą, to moje własne światło i moje osiągnięcia. Tymczasem fakt jest taki, że to jest wyłącznie odbicie. W pewnym sensie, wszystko co robię, to pasożytowanie na osiągnięciach ludzi ode mnie wybitniejszych, a świetnie widać choćby to tu, na tym blogu, który jest jaki jest, w dużym stopniu nie dzięki temu co ja tu piszę, ale choćby dzięki komentarzom, które są tu uprzejmie umieszczane. A i to nie tylko. Pamiętam jak na urodzinach Salonu24, parę osób powiedziało mi, że ten blog jest dla nich czymś szczególnym przez zdjęcie Grzegorza Przemyka, które go zdobi niemal od początku. Rozumiecie, o co mi chodzi? To jest właśnie owa kwestia zasług, o których piszę. Ale weźmy choćby moją rodzinę. Moją żonę i dzieci. Szkoda że ich nie znacie. Oni są tak niezwykli, że gdybym dziś jeszcze spróbował zrobić karierę, i mógł, zamiast mojego CV, przedstawić ich, z całą pewnością byłbym dziś zupełnie gdzie indziej, niż jestem teraz. I to jest też to właśnie, co chcę powiedzieć, wspominając o sobie, jako o swego rodzaju pasożycie.
Właśnie otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, który zarówno zachwycił mnie swoją treścią, jak i zawartością że tak powiem obrazkową, no i – jak to często bywa – zainspirował mnie do tego, by napisać ten tekst. I to jest też bardzo interesujące, jeśli idzie o to co napisałem na początku. Wczoraj wieczorem zobaczyłem powtórkę programu telewizyjnego zatytułowanego Babilon, a raczej jego fragment. Jak to często z tego typu programami u mnie bywa, od razu pomyślałem sobie, że muszę coś na ten temat napisać u siebie na blogu… i nagle zrozumiałem, że nie dam rady. Że wprawdzie materia z którą mam do czynienia, bardzo często wydaje się być tak skomplikowana, że robi wrażenie wręcz nie do ogarnięcia, jednak w ostateczności zawsze udaje się znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak w tym wypadku, to co zobaczyłem i usłyszałem było tak kosmiczne, że choć bardzo chciałem coś na ten temat powiedzieć, to ani nie wiedziałem jak to zacząć, a tym bardziej jak skończyć i co z tego w ogóle wyciągnąć. A więc machnąłem ręką na te panie i to co one zrobiły ze swoim życiem.
I w tym momencie dostałem ten mail. Pozwolę sobie najpierw zacytować, a następnie pokazać ten obrazek:

…dla obrony przed nastrojami buzie uśmiechnięte na obrazku Ci przesyłam. I jest w tym ukłon mój dla polityki i dla konserwatyzmu specjalnie, bo jak konserwatystą nie być, kiedy na to photo popatrzysz? Oto kampania się nam zaczyna, prezydenta nowego szukamy, kandydaci niby są, nowi i aktualni, ale takiego jak dawniej bywało nawet ze świecą nie znajdziesz! Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca? A była to wiedza z pierwszej ręki, a nie tam jakieś miraże…
No i teraz to „photo”:
Kiedy przeczytałem ten tekst i obejrzałem zdjęcie, pomyślałem sobie najpierw, że gdybym ja umiał w ten sposób skomentować coś takiego, to ten jeden wpis mógłby mi dać tytuł Blogera Roku równie zasłużenie, jak cała reszta tych wpisów. I poczułem zazdrość. Ale już po chwili, wszystko zaczęło się dziać tak jak to zwykle się tu dzieje i pomyślałem, że jednak napiszę tekst o tych feministkach z programu Babilon. Najpierw o samym programie. Pomysł jest taki, że TVN24 na kanapie sadza pięć ambitnych kobiet o jeszcze bardziej ambitnych publicznych postawach i pozwala im gadać na bieżące tematy. Skąd taki pomysł.? Podejrzewam, że chodziło o to, że ponieważ według pewnych koncepcji mądre kobiety mają w sobie taką niezwykła umiejętność komentowania i oceniania świata w sposób zwykłemu człowiekowi niedostępny, to tego typu panel, z pewnością ubarwi i uwzniośli naszą debatę. Wystarczy tylko tak tę prezentację zorganizować, żeby każda z zaproszonych kobiet miała tytuł profesorski, albo przynajmniej była pracownikiem uniwersytetu, i wszystko zagra jak trzeba. Z jakiś powodów, co do których mam swoje podejrzenia, ale wolę się nimi nie dzielić, przedsięwzięcie to skończyło się tym, że PiS prawdopodobnie w obliczu nieuchronnej kompromitacji swojego wizerunkowego skarbu, jakim są kobiety, wycofał swoją przedstawicielkę z tego towarzystwa, a to co zostało, to cztery wystrojone idiotki prowadzące niby-poważną dyskusję na poziomie znanym z dowcipów o blondynkach. I to jeszcze tych najbardziej dowcipów bezwzględnych.
O co poszło wczoraj? Znam tylko fragment, ale o ten fragment właśnie mi chodzi. Cztery panie gadały o polityce, zapewniając się nawzajem jedna przez drugą, jak to te wszystkie komisje je śmieszą i nudzą, i jak one już nic z tego nie rozumieją, i jak już tego wszystkiego mają dość, i że to chyba trzeba być mężczyzną, żeby zajmować się takimi bzdurami, gdy w pewnym momencie prowadzący program dziennikarz, powiedział, że ponieważ on się naturalnie zgadza, że normalny człowiek nie jest w stanie zajmować się czymś tak żenująco niskim i nudnym, jak polityka, to on by zaproponował rozmowę o prawdziwych aferach, a mianowicie o aferze seksualnej Tigera Woodsa. Pierwsza w panikę wpadła filozofka Środa i profilaktycznie – z pogardą na twarzy i ze szczerą dumą – oświadczyła, że ona w ogóle nie wie kto to ten Woods. Ponieważ prowadzący program nie ustępował, trzeba było zająć stanowisko. I okazało się, że w zgodnej opinii wszystkich zgromadzonych w studio filozofek, prawniczek i literatek, to co zrobił Woods, to żadna afera i one by nawet postulowały, żeby w Polsce było więcej takich właśnie afer, a nie jakichś hazardów, bo przynajmniej byłoby normalnie, a nie tak pruderyjnie. Żadna z nich – podkreślam, żadna – nie wyraziła ani oburzenia, ani zdziwienia, ani nawet większego zainteresowania sprawą Woodsa. Wręcz przeciwnie, wszystkie zgodnie poinformowały, że one nie widzą ani problemu, ani tym bardziej sensacji i że te Woodsowe przeprosiny są kompletnie zbędne i nikomu niepotrzebne. No i że to całe gadanie o seksoholizmie to zwykła propaganda, rozpuszczana przez zainteresowane finansowo branże. Żeby sprawę zamknąć, literatka Kofta, na nieopatrzną uwagę Marciniaka, że panie, w odróżnieniu od mężczyzn, z całą pewnością są wierne, obraziła się i oświadczyła uroczyście, że ona sobie wyprasza i w ogóle nie życzy, żeby mówić na nią, że jest wierna… i dalej już nie patrzyłem.
Kiedy minął pierwszy szok, zacząłem się zastanawiać, dlaczego żadna z tych kobiet nie uznała za stosowne odnieść się do postępowania Woodsa, nie dość że z pogardą, to w ogóle z jakimkolwiek zainteresowaniem? Czy to możliwe, że każda z nich w gruncie rzeczy uważa, że to co zrobił Woods jest całkowicie naturalne, a więc jak najbardziej do przyjęcia? Czy jest prawdopodobne, że one w gruncie rzeczy uważają, że – tak jak to zasugerowała Kofta – wierność to obciach? Czy wreszcie jest możliwe, że gdybym ja podszedł do Magdaleny Środy i najpierw klepnął ją w pupę, a potem złapał za biust, to ona by w najlepszym wypadku poczuła rozczarowanie, że jest atrakcyjna wyłącznie dla katolickiej prawicy?
Patrzę dziś na zdjęcie Kwaśniewskiego wśród tych policjantek i myślę, że znam już odpowiedź na wszelkie pytania dotyczące naszych feministek, które mnie męczą dziś i mogą męczyć w przyszłości. One – co wiem skądinąd – nie mają zaufania ani do PiS-u ani do PO. Dla nich wzorem prezydentury nie jest ani to co oferuje Lech Kaczyński, ani to co reprezentuje Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski, ani nawet Andrzej Olechowski. Gdyby to od nich zależało, to one by załatwiły sprawy tak, by dożywotnim prezydentem był Aleksander Kwaśniewski i nikt inny. A więc człowiek, którego znamy wszyscy aż za bardzo i to z każdej możliwej strony. Trochę pijak, trochę intelektualista, trochę brutal; ktoś kto i potrafi zażartować i zakląć i zatańczyć, wyrzygać się, i jak trzeba to może nawet i dać po pysku. Ale też człowiek, którego tak pięknie opisał w mailu, o którym pisałem, mój zdolny kolega. Pozwolę sobie przytoczyć tę refleksję raz jeszcze:

Kto by się dzisiaj tak zbliżyć do ludu i munduru potrafił, kobiety uszanował, ramieniem opiekuńczym ogarnął i tak czule rozpoznał jak biją serca?
Po co o tym wszystkim piszę? Po co po raz kolejny narażam się na zarzut, że jak idiota oglądam telewizję i to jeszcze na najniższym możliwym poziomie? Otóż uważam, że to musi zostać powiedziane. Może nie tyle w interesie tego bloga i jego czytelników, ale w obronie wszystkich kobiet, które są dumne ze swojej kobiecości, w tym tych trzech, z którymi mieszkam i z których czerpię ile mogę; i w obronie tych wszystkich dziewczyn i pań, które komentują na tym blogu i tak go pięknie ozdabiają. TVN24, prawdopodobnie w intencji demokratyzowania przestrzeni publicznej i wyrównywania szans, postanowił pokazać światu, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn. Że – wręcz przeciwnie – to one mogą stanowić przykład rozsądku, przenikliwości i intelektualnej wrażliwości. I w związku rozejrzał się wokoło, zorganizował grupę najgorszych możliwie idiotek, zakomunikował, że to co przed nami to sól tej ziemi, i z ich udziałem stworzył program, za który kobiety jakie znam i z którymi mam przyjemność się spotykać, rozmawiać i spędzać czas, powinny podać ITI do sądu. Bo uważam, że jest swego rodzaju, jeśli nawet nie przestępstwem, to bardzo poważnym występkiem uruchomić oficjalnie przekaz, który sączy w publiczną przestrzeń jedną informację: baby to kretynki.
Bo równie dobrze TVN24 mógłby uruchomić program rozrywkowy, gdzie główna zabawa polegałaby na tym, że banda wypasionych byczków w garniturach goniłaby po studio bandę pań z tytułami naukowymi, w kozaczkach i mini spódniczkach, one by piszczały, a panowie w krawatach usiłowaliby by im ściągnąć majtki. Program by miał tytuł Babiniec, Babilon, albo Gdzie diabeł nie może, a gdyby ta formuła się przyjęła, to możnaby nawet rozszerzyć tę ofertę i stworzyć coś co by się nazywało na przykład Babilon Intelektualny i wtedy mogłyby tam wystąpić te najbardziej szanowane filozofki, socjolożki, politolożki i prawniczki.
Ja rozumiem, że filozofki Robson i Środa byłyby zachwycone. Ich sprawa. Ja nie. I stąd ten tekst.

sobota, 20 lutego 2010

Gwiazdy na progu nerwowego załamania



Wczoraj wieczorem, kiedy Justyna Kowalczyk po raz kolejny na tej Olimpiadzie nie zdołała udowodnić, że jest najlepszą biegaczką świata, przypomniałem sobie, jak po jej największych sukcesach medalowych któryś z dziennikarzy zapytał ją o pieniądze, jakie ona dzięki swojemu talentowi zarabia. Kowalczyk z takim nerwowym błyskiem w oku powiedziała, że jest ich akurat tyle, żeby miała czym płacić za leczenie, kiedy skończy karierę. Mocne, prawda?
Wczoraj też dowiedziałem się, że Petra Majdic, kiedy biegła po swój brązowy medal w sprincie, miała złamane cztery żebra i uszkodzoną opłucną. Wieczorem Hanka pokazała mi na youtubie dekorację tych medalistek. Majdic była tak obolała, że nie umiała nawet unieść tego swojego pięknego medalu. Ani nie umiała unieść rąk do góry, ani w ogóle się za bardzo cieszyć. Przypuszczam, że wszyscy wiedzą, jak boli złamane – lub choćby tylko stłuczone – żebro. I że domyślają się, co to jest opłucna. Ona, biegnąc z czterema złamanymi żebrami, zdobyła ten brąz, na mecie padła z wymęczenia i może bólu (choć tego nie wiem – w końcu oni mają tam coś z pewnością lepszego niż Apap) i została wyniesiona na rękach przez któregoś z członków słoweńskiej ekipy.
Moja córka emocjonuje się bardzo sportem. Podobnie jak mój teść i jeszcze paru znajomych. Bardzo sportem też podnieca się Salon24. Proszę uprzejmie. Wasza sprawa. Widocznie jest to Wam do czegoś potrzebne. Ja akurat wolę już patrzeć na żrących się polityków. Oni od tego najwyżej zwariują. Ale przecież wiadomo, że zwariować można od wszystkiego. Nawet od muzyki czy seksu. O – seksu! Po biednej Kowalczyk, która najwyraźniej jest już tak roztrzęsiona, że na zmianę tylko płacze z żalu albo krzyczy z radości, oglądałem program w TVN24, jak co wieczór podsumowujący dzień. Zaczęło się oczywiście od „naszej Justyny”, potem była polityka, a na końcu, jako klamrę chyba, pokazano nam Nataszę Urbańską. Kim jest owa Urbańska? Nie bardzo wiem. Ja ją znam wyłącznie dzięki jej mężowi, Januszowi Józefowiczowi – tancerzowi, choreografowi, reżyserowi i znanemu bufonowi, który w młodości obejrzał film All That Jazz i uznał, że w końcu czemu nie, że on właściwie też tak może. A jeśli dziś pamiętam tego Józefowicza to wyłącznie przez wspomniany już tu parę razy jego wywiad (ja tu mam obsesję porównywalną z obsesją niektórych na punkcie „profesury” Bartoszewskiego), w którym on opowiadał jak za komuny kradł w sklepach w Szwecji, bo nie mógł znieść tego upokorzenia, że ci Szwedzi mają tyle pieniędzy, a on musi dziadować.
A więc mamy tę żonę Józefowicza i cały ten seks, czyli Nataszę Urbańską. TVN24, podsumowując miniony dzień, wysłało do Urbańskiej ekipę, żeby opowiedziała nam wszystkim, co u niej słychać. Jeśli ktoś myśli, że ja żartuję, to zapewniam, że nie. Sprawa jest jak najbardziej poważna. Otóż swego czasu Natasza Urbańska wzięła udział w sztandarowym programie TVN-u pod tytułem Taniec z gwiazdami, którego idea polega na tym, że znani ludzie z telewizji tańczą z zawodowymi tancerzami i chodzi o to, żeby zatańczyć jak najlepiej i wygrać trofeum. Otóż ta Urbańska wystartowała w konkursie, ale miała tego pecha, że obok niej wystąpiła aktorka Mucha (M jak miłość) – a więc sam Wojewódzki, a nie jakiś Józefowicz – i jej to trofeum sprzątnęła spod nosa. Okazuje się więc, że po tej porażce Natasza Urbańska wpadła w taką depresję, że zamknęła się w sobie na całe długie miesiące. Dziś TVN24, który chyba czuje, że z tą Muchą jakoś nie bardzo wyszło, próbuje Urbańskiej wynagrodzić ten ból. A więc jedzie do niej, robi z nią ten niezwykły reportaż i pokazuje ją ludziom w takim świetle, jakby to nie była jakaś telewizyjna gwiazdka, ale co najmniej, zdemolowana przez dawne – jeszcze pracujące w butach CBA –żona Czarka Pazury.
Co jest niezwykłego w tym reportażu? Przede wszystkim jest on nadawany nie w osobnym programie o polskich filmach, gwiazdach i serialach, lecz w podstawowym programie informacyjnym i jest przy tym długi jak cholera. Nie liczyłem im czasu, ale tak na moje oko, to trwało pewnie z 15 minut. Możliwe że mniej, ale robiło wrażenie czegoś zdecydowanie za długiego. No i zawartość. Okazuje się, że Natasza Urbańska, po tym ciosie, jaki otrzymała od Muchy, była w takim stanie, że aż musiała wyjechać do Brazylii, żeby się tam uspokoić. Wróciła i powoli zaczęła odbudowywać swoją pozycję artystyczną. Oglądamy więc tę Urbańską jak siedzi, jak chodzi, jak patrzy, jak odgarnia włosy, jak się uśmiecha, no i też jak płacze. Bo ona oczywiście wciąż pamięta tamten dzień, pamięta tamte łzy, więc i pewnie jeszcze dziś sobie czasem popłacze. Tyle że jest już silna i wie, że cele też są już nowe. Zwłaszcza że ona nie jest byle kim. To nie jest już byle jaka gwiazdka, W komentarzu TVN24 sugestia jest jednoznaczna. Urbańska będzie podbijać świat. Ona w Polsce osiągnęła już „wszystko co mogła osiągnąć”. Tu już na nią nie czeka nic ciekawego. Ona się podniosła i teraz jest wolna i silna jak wiatr. Oto wiadomość dnia. Ze Natasza Urbańska w Polsce już osiągnęła wszystko. Przepraszam bardzo za to porównanie, ale to chyba już niemal jak Justyna Kowalczyk. Czyż nie?
Po co o tym piszę? Ot tak. Jest sobota, postanowiłem jak najdłużej nie włączać telewizji, szczególnie że wiem, co tam się w tej chwili dzieje, więc sobie piszę. Poza tym, przypominam, zacząłem od Kowalczyk a nie od żony peerelowskiego gwiazdora kradnącego po sklepach. A wbrew pozorom, problem wcale nie jest taki mały. Mam bowiem wrażenie, że bardzo powoli, ale niezwykle skutecznie, uwaga publiczna – jak za najlepszych komunistycznych lat – zostaje odciągana od tego co ważne na to co kompletnie bez znaczenia. I uważam, że to bardzo dobrze. Pisałem już o tym, że sytuacja jest taka, że nic nie jest za darmo. Jeśli ma wygrać Polska, to ktoś musi zidiocieć. Trudno. Może kiedyś przyjdą czasy, że będziemy mogli się zacząć wygrzebywać z tego nieszczęścia, ale dziś sprawy pozostają w rękach wspomnianych też już tu owych 10%. Cała reszta niech już może faktycznie zajmuje się karierą Nataszy Urbańskiej, względnie zagryza wargi patrząc, jak Justyna Kowalczyk zbiera na przyszłe leczenie.
Bo to jest blog polityczny. I więc też tekst jak najbardziej polityczny. Ostatnio zdarza mi się coraz częściej spotykać ludzi, dotychczas niezwykle zainteresowanych polityką, może nawet – patrząc na ich emocje – bardziej niż nawet ja, i słuchać jak mówią, że to wszystko nie ma sensu i że to wszystko robi się już po prostu nudne. Ż ich polityka przestaje interesować. No więc dobrze. Jest dobrze. Wszystko się układa jak należy. Wiem wprawdzie, że Ksiądz wolałby, żeby to wszystko się odbywało bardziej świadomie, bardziej jak Pan Bóg przykazał. Ale przecież, zgodzi się z mną Ksiądz, że Pan Bóg nie może wszystkiego robić za nas, prawda?

piątek, 19 lutego 2010

O idiotach (bez cenzury)



Syn mój dziś przyszedł do mnie z taką oto sprawą, że gdzieś usłyszał, że zaledwie 10 procent społeczeństw to ludzie skutecznie myślący, a reszta – to mniej lub bardziej tępy tłum. W związku z tą informacją on chciał też wiedzieć, czy zasada tych 10 procent dotyczy również jego znajomych na uczelni. Kiedy dowiedział się, że owszem, tyle że może nawet i bardziej, pokiwał głową ze zrozumieniem i opowiedział nam parę historii, które go w tej kwestii natchnęły. Zwykłe historie, jakich każdy nauczyciel zna dziesiątki.
Trochę się zdziwiłem, ponieważ wydawało mi się, że i mu o tym kiedyś opowiadałem, ale też że nawet jeśli coś przegapiłem, to i tak jest rzeczą zupełnie oczywistą, że kiedy Pan Bóg stwarzał człowieka, to nie dał mu tej przysłowiowej ryby, ale zaledwie wędkę i mózg wystarczająco duży, by ten potrafił sobie z nim poradzić. I że naprawdę nie sposób od Niego oczekiwać, by nam te nasze mózgi nieustannie nakręcał. Zwłaszcza gdy sami notorycznie i jak najbardziej w sposób grzeszny o tym nakręcaniu zapominamy. No ale oczywiście wszystko co miało zostać potwierdzone, zostało potwierdzone, a co wymagało wyjaśnienia uległo wyjaśnieniu. No i jesteśmy gdzie jesteśmy.
Chodzą mi po głowie ci idioci od czasu gdy siedemnastoletni bandyta i jego kolega zamordowali policjanta na warszawskiej Pradze. Dziś jeszcze w dodatku odbył się ten piękny, wzruszający i uroczysty pogrzeb, na którym Prezydent wygłosił podniosłe przemówienie, więc tym bardziej nie mogę się za bardzo skupić na innych rzeczach. Wciąż myślę o tych idiotach. Najprzeróżniejszych. Mało tego. Dziś też otrzymaliśmy wiadomość, że inni idioci, którzy dopiero co zasztyletowali piętnastoletnio dziewczynę gdzieś na wsi pod Warszawą, zostali przez policję ujęci i siedzą pod kluczem. I myślę sobie i o tych dwóch z Pragi i o tych czterech z tego jakiegoś Konika, czy czegoś podobnego, i próbuję sobie wyobrazić ich, jak siedzą na tych więziennych pryczach, drapią się po swoich zakutych łbach i mruczą pod nosem, że co, kurwa, ja to pierdolę, ale mi odjebało, kurwa, nie wiedziałem, kurwa, i co to, kurwa, teraz będzie?
Słucham przemówienia prezydenta Kaczyńskiego nad trumną policjanta, który miał tego pecha, że w ten lutowy poranek trafił na dwóch debili, którzy nawet nie widzą potrzeby, żeby w ferie sobie dłużej pospać, i myślę sobie, że w ostatnich chwilach swojego życia musiał prawdopodobnie się bardzo zdziwić, tak jak by się musiał zdziwić każdy zwykły człowiek na widok aż tak czystej i otwartej głupoty. Słucham tego przemówienia i widzę żonę tego biedaka i jego dzieci, i nie mogę przestać myśleć o tych durnych pałach – i z tego Konika i z tej Pragi, jak siedzą z pewnością teraz, wyłamują sobie swoje poobgryzane brudne paluchy i klną.
Mówią niektórzy, że oni nie są głupi. Że to w ogóle nie jest kwestia głupoty, ale czystego zła. Bardzo bym chciał żeby to oni, ci którzy mi tłumaczą, że to nie głupota, lecz zło, mieli rację. Chciałbym bardzo, żeby wszystkie od dziś napływające do nas informacje potwierdzały tylko fakt, że ci chłopcy byli naturalnie chamscy, niesympatyczni, wredni dla swoich sąsiadów, agresywni na co dzień, i że kiedy kupowali te swoje noże w tej swojej budce Ruchu, to je kupowali w szczerym zamiarze wykorzystania ich przeciwko komuś, a nie tak sobie, bo fajne, kurwa, te noże. Jednak obawiam się, że to ja mam rację. Że oni je właśnie sobie kupili, bo były fajne. A później już tylko z nimi łazili po mieście, wozili się tymi samochodami, i cały czas czuli jak je mają i jak one bardzo się im mogą przydać, kiedy czas pozwoli. Obawiam się, że z jednej strony głaskali te ostrza i te rękojeście, a z drugiej byli – normalnie – tacy jak większość ich kolegów. Raz weseli, raz smutni, raz w dobrym nastroju, bo jest jak w porzo, a innym razem wściekli, bo coś nie pasi.
Obawiam się, że to jednak głupota. Ci kretyni z Konika zasztyletowali tę biedną dziewczynę, bo ich zdenerwowała. Bo coś im powiedziała, co im się nie spodobało, albo właśnie chcieli, żeby im coś powiedziała, a ona milczała, a może zaczęła głupio beczeć i ich to rozstroiło nerwowo. No a mieli ten nóż, który sobie tak starannie wybrali spośród całej tej fantastycznej oferty, więc tak jakoś, kurwa, wyszło. Słyszę, że ten siedemnastoletni bandyta z Pragi, który zamordował interweniującego policjanta miał ładny uśmiech.
W zeszłym tygodniu byłem z moją córką w Warszawie na tej onetowskiej gali. Spaliśmy w hotelu. Kiedy zeszliśmy w piątek rano na śniadanie, obok nas przy stoliku siedziało dwóch gangsterów. Absolutnie niezwykłych, a jednak ewidentnych i prawdziwych gangsterów. Nie wyglądali jak gangsterzy z filmów, a więc jak swoje własne karykatury, lecz raczej jak gangsterzy z sali sądowej. Jak ludzie, których nagle widzimy w telewizji i się nagle dziwimy, że ależ tak, oni wprawdzie są inni niż na obrazku, ale oczywiście, jak najbardziej to oni właśnie. Siedzieli przy tym swoim stoliku, jedli serek – bo to piątek – i się do siebie nie odzywali. W ogóle nie było żadnej rozmowy. Siedzieli w tych klapkach i jeansach do pół łydek, nie bardzo młodzi, ale i nie starzy, jedli i nic nie mówili, a ja wiedziałem, że gdyby coś im się u nas nie spodobało, to mogli by coś nam niedobrego powiedzieć, bo to byli na sto procent zdecydowanie źli ludzie, ale wiedziałem, że nas nie zabiją. Tego byłem pewien. Gdyby zamiast nich siedziało dwóch gimnazjalistów w kapturach, to bym się bał jak cholera. A tak, byłem spokojny. Każde z nas wcinało swoje bułki z serem i było git.
Nie boję się ludzi złych. Boję się ludzi głupich. Boję się idiotów w dresach, gówniarzy w kapturach o rozbieganych oczach i trzęsących się dłoniach. Nie wytatuowanych gangsterów z rewolwerem w szufladzie, lecz idiotów z kolczykami wbitymi koło oka i nożem w kieszeni za 12 złotych i 90 groszy z czerwoną rączką. Nie boję się niesympatycznych i wiecznie nieuśmiechniętych byków w czarnych beemach. Boję się rechoczących idiotów w tanich dresach i koszulkach z napisem CHWDP. Boję się ponurych idiotów. Ale również wesołych i sympatycznych idiotów w normalnych jeansach i marynarkach. Uśmiechniętych, grzecznych nawet niekiedy bardzo idiotów, nawet bez noży w kieszeni. Idiotów. Może i czasem dobrych ludzi bez jakichkolwiek złych intencji na co dzień.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym pokazano fragment posiedzenia tzw. komisji naciskowej. Okazało się, że, jak zwykle, najciekawsze było to, jak Andrzej Czuma i ów poseł Platformy Obywatelskiej od tańca na rurze, wspólnymi siłami szydzili z posłanki Marzeny Wróbel, która jak wiemy jest gruba, brzydka i w ogóle wygląda jakby była ze wsi. Nowością okazało się to, że akurat przesłuchiwany Jarosław Kaczyński wstawił się za panią poseł i poprosił posłów Platformy, żeby zachowali szacunek „w stosunku do damy”. Komentując tę zabawną bardzo sytuację, obecny w studio TVN24 Marek Przybylik zapytał: „A to Jarosław Kaczyński uważa posłankę Wróbel za damę?” Redaktor Sianecki właściwie nie zareagował.
Skąd się wziął ten akapit. Nie wiem, powiem szczerze. Tak jakoś mi wpadło do głowy, żeby na koniec dać tu jakąś taką bardziej polityczną klamrę. W końcu to blog polityczny.

Ten kraj



Kiedy pisałem tekst o starszych ludziach, których polskie państwo traktuje z tak okropnym lekceważeniem – tak właśnie, lekceważeniem – nie spodziewałem się, że zrobi się tak smutno. Oczywiście świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że sytuacja gdy ludzie, w jakiś tam sposób podsumowujący swoje życie, z jednej strony skazani są na wegetację w kolejkach do przychodni zdrowia, a z drugiej na bezsensowne kręcenie się wśród kolorowych półek w supermarketach, nie jest bardzo zachęcająca do żartów. Mimo to, naprawdę nie było moim zamiarem przedstawiania Polski jako kraju aż tak smutnego. No a tak to jednak wyszło. Bardzo niesprawiedliwie.
Mam wrażenie, że wspominałem już tu na tym blogu o filmach, które dla BBC od wielu lat kręci Michael Palin, i w których przedstawia swoje wędrówki po najdalszych zaułkach naszego pięknego świata. Na wszelki wypadek opowiem kim jest Palin. Otóż przez wiele lat był on podporą słynnej grupy Monty Pythona. Oprócz tego był również znakomitym pisarzem i aktorem. Ostatecznie zajął się tymi swoimi podróżami i od wielu lat wszystkim ciekawym świata dostarcza impresji, w moim odczuciu, absolutnie niemożliwych do przebicia. Stosunkowo niedawno, Michael Palin przyjechał ze swoją ekipą do naszej części Europy i zrealizował serię filmów przedstawiających życie w krajach, które do niedawna były traktowane jako najbardziej dziki wschód. Filmy zostały wydane na trzech płytach DVD i wspólne zatytułowane New Europe. Oglądamy więc obrazki i z dawnej Jugosławii i z Rumuni, Bułgarii, Mołdawii, dawnego NRD, Czech, Słowacji, krajów bałtyckich, także z Turcji, no i oczywiście z Polski.
Dziś po raz któryś już postanowiłem sprawić sobie przyjemność i obejrzałem film, który Palin nakręcił właśnie o Polsce. Kiedy oglądam Palina, jak opowiada o świecie, który on niejednokrotnie ogląda po raz pierwszy w życiu, z prawdziwym zaskoczeniem i z taką naszą typową, polską satysfakcją, którą zawsze czujemy, kiedy mówią o nas dobrze, stwierdzam dwie rzeczy. Przede wszystkim film o Polsce jest w tej kolekcji jednym z najdłuższych i najpełniejszych, a oprócz tego właściwie wyłącznie dla nas sympatyczny. Przez całą tę godzinę, kiedy Michael Palin pokazuje nam miejsca i ludzi, których tu spotkał, nie ma ani jednej chwili, żeby on się na naszą Polskę krzywił, albo z Polski podśmiewywał, czy choćby patrzył na to co tu widzi z przymrużeniem oka. Wędruje Palin od Gdańska, przez Elbląg, Poznań, Warszawę, Jasną Górę, Nową Hutę, aż po Białkę Tatrzańską i w stosunku do tego co widzi, a później nam przedstawia, zachowuje wyłącznie albo pełny szacunek, albo wręcz dziecięcą radość z tego, że zdarzyło mu się spędzić przyjemne chwile w bardzo przyjemnym miejscu i wśród miłych bardzo ludzi.
A nie jest wcale tak, że formuła filmu, który on nakręcił w tej części Europy była taka, by wszystko było sympatyczne i radosne. I wcale nie mam tu koniecznie na myśli tej krótkiej wizyty na Słowacji, gdzie jedyną godną zauważenia rzeczą dla Palina była grupka pijanych i głupkowatych wieśniaków zarzynających świnię, co zresztą doprowadziło do oficjalnego protestu słowackiej ambasady w Londynie. Palin bowiem nie jest prostackim propagandzistą, który dostaje od Unii Europejskiej zlecenie na Europę Wschodnią i pokazuje, jak to nam pięknie się wspólna Europa rozszerza. Ale też nie jest kimś takim, kto – jak typowy Brytyjczyk, czy Niemiec, czy Francuz – przyjeżdża tu, do tego dzikiego kraju, i drapie się po głowie, zdziwiony, że tu mieszkają normalni ludzie. Palin to człowiek niezwykle inteligentny, wrażliwy i przede wszystkim bardzo ciekawy tego co widzi. A więc pokazuje wszystko. I ludzi sympatycznych i mniej sympatycznych, i mądrych i głupich, i miejsca wesołe i kolorowe, ale również smutne i pełne złych wspomnień. Przedstawia sceny wzniosłe i w gruncie rzeczy pełne najgorszego głupstwa. Pokazuje prawdziwy, wielobarwny świat, jaki wszyscy znamy i którego się czasem tylko domyślamy.
No może z wyjątkiem tej nieszczęsnej Słowacji. Choć i tu, nie wydaje mi się, żeby było bardzo niesprawiedliwie. Mnie się osobiście to świniobicie podobało. I ci ludzie byli mili i weseli i okolica była sympatyczna. Tyle że to był tylko jeden krótki epizod i oczywiście Słowacy mieli ambicje większe. Tyle że inne kraje, które przedstawia Palin też mogłyby mieć pretensje. Turcy o te idiotyczne walki wielbłądów, Niemcy z NRD o to, że dużą część filmu Palin poświęca na fabrykę misek klozetowych, Rumuni o Cyganów, Czesi za te kompletnie wykpione Karlove Vary, Bułgarzy za transwestytę, a nawet Serbowie za tę wojnę. Nie Polacy. Przez tę godzinę bowiem, nie ma jednego – jak mówię – nawet przymrużenia oka. Przez całą godzinę widzimy zwykły fajny kraj.
Więc mamy tę Polskę. Przyjeżdża Palin do Częstochowy, udaje się na Jasną Górę i, kiedy moglibyśmy się spodziewać choćby delikatnego mrugnięcia, widzimy obrazy, a z nim komentarz, który równie dobrze mógł powstać na zamówienie samych Ojców Paulinów. Chodzi po Warszawie i nawet kiedy mówi o tym co mu tu przeszkadza – jak choćby Pałac Kultury, czy ta trochę gdzieniegdzie ruska architektura – to i tak pozwala to przykryć komentarzowi Moniki Richardson, która zapewnia go, że Polska to kraj ludzi zdolnych i pracowitych. Po prostu. Jedzie w te Tatry i chleje z góralami, z góralami się bawi i nawet robi sobie piękne zdjęcie z dziewczynami w kolorowych góralskich strojach. I z jakiegoś powodu, w odróżnieniu od tego co zobaczył na tej Słowacji, nie przeszkadza mu ani ta wóda, ani ci wieśniacy, ani te ich wieśniackie zwyczaje. Jeździ Palin po Polsce i w każdej minucie tego co tak widzimy, widzimy też, jak on mógłby tu równie dobrze zostać na zawsze.
Jak idzie o mój stosunek do Polski, zawsze uważałem, że jest w niej coś takiego, czego osobiście nie umiem ani pokazać, zaśpiewać, ani opisać, ani narysować, ani nawet za bardzo sobie pomyśleć, a co sprawia, że w moim pojęciu, nawet jeśli to nie jest najwspanialsze miejsce na Ziemi, to ja nic o tym nie wiem. Ale może właśnie też dlatego, że nie potrafię ani tego nazwać, ani konkretnie pokazać, ile razy ktoś obcy, dla kogo Polska jest czymś egzotycznym, przyjeżdża tu i kręci w zachwycie głową, odczuwam satysfakcję, bo ta reakcja pozwala mi wierzyć, że mam co do Polski rację. Kiedy mój kolega, Michael, piętnaście lat temu sprowadził się tu z całą rodziną z Londynu i postanowił zostać tu na zawsze i dziś mówi mi, że dzień, w którym on podjął tę decyzję, to najlepszy dzień w jego życiu, rozumiem go, a jednocześnie jestem mu wdzięczny, że on podziela mój punkt widzenia. Podobnie kiedy w filmie Palina o Polsce Kevin Aiston obsypuje moją Polskę komplementami, jakich ja bym osobiście sformułować nie potrafił, to i mu się nie dziwię i jestem mu jednocześnie zobowiązany za tę mimowolną solidarność.
Cóż takiego jest w tej Polsce i w tych ludziach, co budzi taką sympatię? Często wręcz sympatię bezkrytyczną. Jak mówię, ja tego nie wiem. Ale czuję to wszystkimi swoimi zmysłami. Patrzę na moją Polskę, słucham jej głosu, i nawet kiedy przede mną rozciągają się wyłącznie te szpitalne korytarze, te wspomniane tyle razy w poprzednim wpisie smutne buteleczki z moczem, kiedy słyszę człapanie starych, biednych ludzi, o których ta sama Polska ma tak bardzo niskie mniemanie, myślę sobie, że to jest miejsce i tak absolutnie wyjątkowe i nie do zastąpienia. Ale też tym bardziej, gdy widzę i tych staruszków i, po drugiej stronie kadru, tych wszystkich napakowanych swoją żenującą, prowincjonalną energią idiotów, którzy się tu nagle rozsiedli i poczuli się jak ryby w wodzie, wiem, że ta sama Polska, którą ja kocham, a którą oni wszyscy tak lubią, będzie musiała prędzej czy później za to wszystko, co tak głupio przegapiła odpowiedzieć. Bo to akurat też się jej należy. Ostatnio jakby nawet bardziej niż kiedykolwiek.

czwartek, 18 lutego 2010

Fińktańki atakują



Kiedy Donald Tusk uznał, że dla ratowania Partii powinien zawiesić swoje marzenia o prezydenturze na kołku, bo w przeciwnym wypadku nie zostanie mu ani jedno ani drugie, wiadomo było, że dla Lecha Kaczyńskiego droga do drugiej kadencji stanęła otworem. Sytuacja Prezydenta przypomina dziś trochę to, co się przydarzyło niedawno w Melbourne Andy Murrayowi, kiedy podszedł do niego Nadal i poinformował, że niestety to już koniec. Nawet nie wiadomo było, jak tu się cieszyć.
A więc, kiedy Donald Tusk wycofał się z kandydowania, i po stronie Platformy na placu boju zostało tylko tych dwóch smutnych polityków-inaczej, można już było tylko czekać aż zjednoczone siły antypisowskiej histerii wezmą się do roboty i spróbują rozhuśtać tę łódkę tak, że za moment wszyscy się od tego porzygają. Kto by się jednak spodziewał, że to oni się pochorują jako pierwsi? Czy błędem było to, że na pierwszą linię frontu skierowano samego Romana Giertycha? Może i tak, choć nie sądzę. Poziom zdenerwowania po stronie III RP jest już tak wielki, że czy to będzie Giertych, Miller, Schetyna, czy Jaruzelski, efekt będziemy mieli jeden i ten sam – uniesione w zdziwieniu brwi i ręce same składające się do oklasków.
Mamy jednak Romana Giertycha, więc siłą rzeczy to on tu musi być chwilowym bohaterem. W gwizdek Giertych dmuchnął wprawdzie już chwilę temu, ale wciąż wszyscy biegają w kółko jak należy, i jak należy oczywiście, debatują nad tym, czy Jarosław Kaczyński rzeczywiście planował wsadzić żonę Schetyny do więzienia, po co, pod jakim pretekstem, i jakież to na to dowody trzyma w swojej złotej skrzynce były minister edukacji. Wczorajszy dzień był pod tym względem wręcz koncertowy. Najpierw Giertych, potem Schetyna, po Schetynie Cimoszewicz, po Cimoszewiczu Kwaśniewski, a w międzyczasie podobno jeszcze Andrzej Lepper i Leszek Miller z Adolfem Hitlerem na swych krasnoarmiejskich ustach. Nam oczywiście pozostaje ani na te idiotyzmy reagować, ani nad nimi debatować, ani nic nie wyjaśniać, ani oczywiście nic nie prostować. Należy tylko czekać i napawać się rozwojem sytuacji. Z tym niezwykłym dreszczykiem, jaki daje świadomość, że najlepsze zawsze przed nami.
Ale można się też pośmiać. Tym którzy są albo zbyt zajęci aby sami kombinować, albo nie dość zorientowani, proponuje taki eksperyment. Proszę sobie wyobrazić taki obraz. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego. I takiego jakiego znamy i takiego jakiego nam pokazują media. A więc Kaczyńskiego uważnego, inteligentnego, przewidującego, podejrzliwego, wręcz nieufnego, a drugiej strony Romana Giertycha, który szczególnie w sytuacji, w jakiej znajdował się rząd PiS-u przez te pamiętne dwa lata, jest jedną z ostatnich osób, z jakimi Kaczyński będzie rozmawiał otwarcie i szczerze. I nagle, przychodzi do nas ów właśnie Giertych i opowiada, jak to premier Kaczyński brał go „wielokrotnie” na stronę i opowiadał, jak on będzie wsadzał do więzienia żonę Schetyny. Wyobraźmy więc sobie, jak trzy lata temu – po raz kolejny zaatakowany przez napływ samotności – Jarosław Kaczyński dzwoni po Giertycha, prosi go do siebie, polewa mu jakiegoś soczku, czy wina, stawia na stole tu chrupki, tu orzeszki, i zaczyna się skarżyć, że sam wiesz Romek, jak to jest ciężko, kiedy człowiek wreszcie ma okazję sobie porządzić, a tu mu różni tacy brużdżą. Ale wiesz, stary, mam tu taki plan, żeby ich wszystkich wydusić hakami i będzie git. Czy nie sądzisz Romek, że gdybyśmy tak ty i ja zapuszkowali żonę Schetyny, to on straci głowę i Platforma się rozpadnie? Tylko nie mów nikomu. Ty mi pomożesz – ja ci pomogę. Jak Leszek zostanie na drugą kadencję, to może nawet u Juszczenki Katedrę we Lwowie ci załatwi.
I jak już wylał swoje żale przed Giertychem, Jarosław Kaczyński wsiada w auto i pędzi do Ministerstwa Rolnictwa, prosto do Leppera. Siada za biurkiem i słuchaj Andrzej, daj no jakiej herbaty, bo nie wytrzymam. Ja już z nimi nie umiem. Ty wiesz co oni mi chcą zrobić? I Leszkowi? Mamie? Ale ja ci, stary, powiem w zaufaniu. Ja mam na nich wszystkich takie kwity, że by ci oko zbielało. Na wszystkich. Lisa, nie Lisa, Tuska, nie Tuska. Każdy z nich już jest załatwiony. Mariusz mi dał. Tylko, Andrzejku, proszę cię, nie mów nikomu. A ja ci obiecuję, że jak Leszek wygra drugą kadencję, to pogadam ze Zbyszkiem, żeby ciebie i Staszka nie tykał. No wiesz, wasze laski – wasza sprawa.
Przypominam – mówimy o Jarosławie Kaczyńskim. O tym Jarosławie Kaczyńskim. Oto obraz, który zjednoczone think tanki Platformy Obywatelskiej i ITI, z pomocą Prawdziwych Patriotów znad Jasnej Góry postanowiły przedstawić społeczeństwu z nadzieją, że ludzie złapią się za głowy i krzykną: „Ależ tak! Tylko Bronisław Komorowski!”
A więc to był ten żart. To były te jaja. I to jest właśnie idealny moment, żeby się uśmiechnąć.

środa, 17 lutego 2010

O ludziach z buteleczką w kieszeni



Dochodzą do mnie wieści, że tygodnik Wprost, który, co by o nim nie mówić, jakoś tam znalazł swoje, czasem nawet i dobre, miejsce nie tylko w moich myślach, już niedługo ma dołączyć do całej tej palety post-PRL-owskiego nieszczęścia, obok Polityki, Newsweeka, Przekroju, Gazety Wyborczej, Onetu, telewizji TVN24, czy czego tam jeszcze nie wymyślimy. Tak jak stało się to wcześniej z Newsweekiem i jak to się od czasu do czasu dzieje z różnymi innymi tytułami, czy nazwiskami, które zanim zdążą się na dobre rozgościć w naszych sercach, wpadają w otchłań kłamstwa, lub choćby zwykłego krętactwa. Akurat w tym wypadku zawód mój jest stosunkowo umiarkowany, choćby z tego względu, że cała historia Wprostu i wszystkie te wygibasy, które jego właściciele i redaktorzy wykonywali przez tyle lat, nie pozwalają naprawdę na wiele więcej niż taki bardzo skromniutki żal. A więc wyposażony w ten żal, i czekając na TEN dzień, kupiłem sobie kolejny numer Wprostu i przeczytałem artykuł, może sam w sobie dość bylejaki, ale za to poruszający problem potężny. Bardzo dobrze go już przedstawia sam początek tekstu:

Dlaczego emeryt brytyjski po zjedzeniu jajek na bekonie idzie łowić pstrągi, emeryt francuski po wypiciu kawy zmierza w stronę placu Pigalle, a emeryt polski robi siusiu do buteleczki i idzie stać w kolejce do przychodni zdrowia?
Oczywiście, ja wiem, że te banialuki o placu Pigalle i pstrągach to dokładnie takie same ploty, jak dziewięćdziesiąt procent tego, co Wprost oferuje nam co tydzień. Jednak nie da się ukryć że coś na rzeczy jest. Choćby ta buteleczka z moczem. I choćby dla niej właśnie wypadałoby się nad całością pochylić. Bo nie chodzi o to, że emeryt brytyjski, dzień w dzień, po zjedzeniu jajek idzie na ryby, a emeryt francuski pije kawę i pędzi na dziwki, bo to nieprawda. Emeryt francuski z emerytem angielskim siedzą pewnie po całych dniach w domu i oglądają sport w telewizji, albo opalają nogi w ogródku. Chodzi o co innego. A mianowicie o to, że francuski, angielski, a i niemiecki emeryt żyją sobie cały rok jak porządni emeryci, a jak przyjdzie zima, a oni akurat nie lubią marznąć, wykupują wycieczkę do Kenii i lecą z innymi staruszkami oglądać zebry. I chodzi o to też, że to w tym samym właśnie czasie, polski emeryt sika do wspomnianej butelki, albo czeka z tą butelką w kolejce w przychodni, albo wreszcie wydaje swoją emeryturę na lekarstwa, które sobie powinien kupić w związku z zawartością tej butelki. A kiedy przychodzi zima, siedzi w domu i ogląda telewizję, natomiast do Kenii jeżdżą wypasione byczki ze swoimi wypasionymi kochankami lub żonami i swoimi wypasionymi dziećmi. Do Kenii, do Tajlandii, ewentualnie – to już ci mniej biedniejsi – do Egiptu. I to jest właśnie problem. To jest to coś, co niektórzy określają powiedzeniem: „Świat stanął na głowie”.
Dalsza część artykułu we Wproście jest taka sama jak sam początek. Brawurowo zahaczony temat i mniej lub bardziej – najczęściej jednak mniej – udane próby dotarcia do odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tak jak jest. Nie chcę mi się wgłębiać w spekulacje redaktora Wprostu, bo i nie za bardzo rozumiem to, co on tam pisze, a to co rozumiem i tak nie bardzo mi pasuje. Wszystko tam bowiem odbywa się dokładnie tak samo, jak to zmuszony jestem obserwować z coraz większym obrzydzeniem od dwudziestu już lat. Mądrzy analitycy, wyciągając jak króliki z kapelusza kolejne, nic nikomu nie mówiące liczby, wyliczenia i teorie, swoimi fantazjami, powiązanymi zawsze bardzo ściśle z ich politycznymi afiliacjami, wyłącznie przykrywają prawdziwe dramaty. A problem jest taki, że to wcale nieprawda, że, jak pisze mądrala z Wprost,polski emeryt ma emeryturę relatywnie równie wysoką, a może nawet wyższą, niż emeryt na przykład francuski, a mimo to go na podobne przyjemności nie stać. Faktem jest, że wielu polskich emerytów zupełnie spokojnie mogłoby spędzać swoje ostatnie lata na safari w Afryce, tyle że po pierwsze nikomu na tym, by im to po ludzku zaproponować nie zależy, a co gorsza, nawet gdyby im zależało, to ci staruszkowie i tak muszą ewentualne pieniądze na Afrykę, przeznaczyć na lekarstwa i wizyty u kolejnych lekarzy. I, jak już wspomnieliśmy, do Afryki za niego pojedzie choćby ekonomiczny ekspert z Wprostu.
I w ten sposób udało mi się dotrzeć do tego, co przede wszystkim chciałem tu napisać. A mianowicie do tej buteleczki. Mam bardzo silne przekonanie, że społeczna filozofia polskiego państwa ma ludzi starszych niemal w pełnej pogardzie. Jak idzie o ludzi starszych, nasze państwo robi wrażenie, jakby dbało wyłącznie o to, by polski staruszek żył jak najdłużej. Jakie to życie będzie, to już nie ważne. Ma żyć długo i za to długie życie regularnie płacić ze swojej emerytury. Tak jakby ktoś kompletnie obłąkany wyobraził sobie, że nie po to państwo płaci starym ludziom ciężkie pieniądze za nicnierobienie, żeby nic z tego nie mieć. A więc jak ten cel osiąga? Prosto bardzo. Opiera się przede wszystkim na tworzeniu z emerytów klienteli gabinetów lekarskich i firm farmaceutycznych. Czuję to bardzo mocno, że jeśli polskiemu państwu zależy na ludziach starszych , to wyłącznie w taki sposób, żeby im dostarczyć poczucie, że powinni troszczyć się o swoje zdrowie, a mają przy tym wierzyć, że nic oczywiście nie jest za darmo. Bo trudno przecież sobie wyobrazić, żeby zapewnienie im odpowiednich badań, odpowiednio zbalansowanych recept i najbardziej skutecznych lekarstw na wszelki możliwe choroby nic nie kosztowało. To właśnie w przypadku ludzi starszych, państwo działa najskuteczniej. Za ich emeryturę robi im wszelkie badania i za tę emeryturę trzyma ich całymi tygodniami w szpitalach, tylko po to, żeby, kiedy już stamtąd wyjdą, wiedzieli, jak bardzo są chorzy, albo choćby tylko zagrożeni nowymi chorobami, i jak bardzo powinni na siebie uważać. I żeby, broń Boże, nie chodziły im po głowie jakieś dziwne myśli o egzotycznych wyprawach, czy innych przyjemnościach. I to jest prawdziwe polskie nieszczęście. Nie te liczby, o których pisze Wprost, lecz tzw. filozofia człowieka i tego czym on jest.
Ktoś mi powie, że to co tu piszę jest równie płytkie, jak te wszystkie liczby, mające udowodnić, że to właśnie w nich jest odpowiedź na wszelkie problemy. Przypomni mi ktoś, że przecież są starsi ludzie – i to jest ich wcale niemało – którzy dzięki Bogu jakoś nie chorują i że są też starsi ludzie – i też ich jest nie tak znowu niewiele – których i bez comiesięcznych wydatków na zdrowie, nie stać na wyjazd nie tylko do Kenii, ale nawet do Pobierowa. Tyle że ja o nich świetnie wiem i nawet kilku z nich znam. Ale też chcę bardzo mocno podkreślić, że ta symboliczna butelka z moczem nie jest ani przyczyną, ani skutkiem. Ta butelka z moczem jest wyłącznie fragmentem całości, która to całość dotyczy już naprawdę wszystkich. Ona mianowicie stanowi jedyną prawdziwą, autentyczną, namacalną ofertę. Dzisiejsza Polska jest tak skonstruowana, że – przy tej całej swojej biedzie, która dotyka większość społeczeństwa – jeśli są jakieś programy, promocje, przyszłościowe rozwiązania, zachęty, to one są wyłącznie kierowane do młodzieży, studentów, bezrobotnych, przedsiębiorców, a nawet zepsutych i kompletnie bezużytecznych lanserów. Proszę spojrzeć na telewizyjne reklamy. Czy one coś chcą od staruszków? Czy one im oferują szklankę zimnego piwa, a może jogurt na wzmocnienie, telefon z aparatem 3 megapixele, a może choćby pakiet programów sportowych za złotówkę? Mowy nie ma. W najlepszym wypadku – w najlepszym! – pastylkę na zbyt częste sikanie.
Jak idzie o ludzi starszych, to oni naprawdę od polskiego państwa dostają tylko bezpłatne badanie na osteoporozę i bilet na tramwaj, żeby mogli dojechać do właściwego lekarza. A zatem, efekt jest taki, że jeśli któremuś z nich brakuje prawdziwej uwagi, to tak naprawdę, jeśli zachoruje, to może się równie dobrze cieszyć. Bo w końcu, jak długo można łazić po supermarkecie i zaczepiać dziewczyny rozdające śmierdzący ser w kawałkach?

poniedziałek, 15 lutego 2010

O Solidarności bezwstydnej



Zbigniew Romaszewski obraził się i wystąpił z PiS-u. Dlaczego? Wygląda na to, że pierwszą przyczyną było to, że został przez partię, z którą dotychczas się utożsamiał, ukarany. Za co został ukarany? Za to, że w tzw. sprawie senatora Piesiewicza, z punktu widzenia wrażliwości reprezentowanej przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, zajął stanowisko tak drastycznie kuriozalne, że osoby nawet najbardziej oddane legendzie Romaszewskiego, wręcz usłyszały, jak im opadają ręce. Dlaczego więc Zbigniew Romaszewski się obraził? Ta kwestia akurat jest najbardziej oczywista i w pewnym sensie nawet zrozumiała. Romaszewski jest osobą zbyt ważną i poważną, i to nie tylko dla PiS-u, by pozwalać sobie na tego typu upokorzenia, jak partyjna nagana. A więc odchodzi. Problem pozostaje jeden. Czemu on – taki człowiek – pozwolił sobie na tak żałosny i tandetny gest jak obrona senatora Piesiewicza? A więc czemu uznał za stosowne osobiście, bez żadnego nacisku i żadnego w gruncie rzeczy powodu, się wykluczyć?
Dziś słucham rozmowy, jaką z Romaszewskim przeprowadza jeden z dziennikarzy telewizji TVN24, którego zasługi dla medialnego kłamstwa są tak znaczące, że odruchowo zapomniałem jego nazwiska. I ten oto dziennikarz pyta Senatora o partyjną dyscyplinę. I na to Zbigniew Romaszewski odpowiada w sposób, który jest szokujący nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że naprawdę, z punktu widzenia kogoś takiego jak Romaszewski innego rozwiązania, jak wystąpienie z klubu, nie było. Otóż Romaszewski odpowiada mniej więcej tak: „Dyscyplina owszem. Tyle że nawet dyscyplina ma swoje granice”. I teraz pozostaje tylko dodać jedno „A granicą jestem ja”. Tego akurat Romaszewski nie powiedział. A szkoda, bo powinien. Przynajmniej byłoby uczciwie. I prawdziwie. Jednak nie mówi. Mówi co innego. Dyscyplina owszem, ale nie w sytuacji kiedy na szali stoi los człowieka uczciwego, moralnie nieskazitelnego, prawdopodobnie dobrego kolegi senatora Romaszewskiego, który najpierw angażuje się w zachowania, według wszelkich znanych cywilizowanemu światu standardów, kompromitujące, a następnie, zamiast wstąpić do klasztoru, bredzi coś o tym, że nigdy nikogo nie skrzywdził, a jedynie popełnił grzech nieroztropności. I to jest to, co mnie i zadziwia i smuci. Dlatego że to jest Romaszewski, a więc dla mnie nie byle kto.
Dlaczego dla Zbigniewa Romaszewskiego kwestia obrony dobrego imienia swojego kolegi, Krzysztofa Piesiewicza była tak istotna, że postanowił – wraz zresztą z innymi dobrymi swoimi kolegami i kolegami Senatora – postawić na szali cały swój autorytet i tym samym, jednym szybkim i krótkim gestem, go zmarnować? Jak to się stało, że Zbigniew Romaszewski przez tyle ciężkich lat potrafił znaleźć w sobie tyle siły moralnej, a przecież i siły fizycznej, że nic go nie złamało, a ugiął się w sytuacji pozornie tak prostej? Nie wiem i powiem szczerze, boję się wiedzieć. Jest mi naturalnie bardzo przykro, że wystąpił z klubu i że tym samym praktycznie otworzył sobie drogę do politycznego niebytu. Oczywiście, może jeszcze wstąpić do Platformy, jak Mężydło, ale to naprawdę nic nie zmieni. Ta przykrość i ten żal i tak pozostanie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że gdyby PiS – w końcu projekt, z którym i ja czuję się blisko – tolerował coś takiego, taki upadek, naraziłby się na stratę jeszcze większą. Bo po drugiej stronie tego wstydu jest Krzysztof Piesiewicz – zaćpany autorytet w sukience. Czyli coś, co znieść już jest naprawdę trudno.
Tak trudno, że nawet nie chce się znać odpowiedzi.