Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal w opolu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal w opolu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2017

Czy Maryla Rodowicz zostanie dyrektorem do spraw rozrywki w TVP?

           Jak część z nas może zauważyła, państwowa propaganda, nie dość, że od paru dni zamęcza nas festiwalem piosenki w Opolu, to jeszcze każe nam wierzyć, że oto właśnie dzięki owemu wydarzeniu, odzyskaliśmy wreszcie ową kulturę, która kiedyś przynosiła nam tyle radości, czy choćby zwykłego poczucia satysfakcji. Na pierwszy ogień poszła oczywiście Maryla Rodowicz z ukradzionymi  biednemu Laskowskiemu „Kolorowymi jarmarkami” i, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dzieje się coś niedobrego, na Twitterze oczywiście głos zabrał minister Patryk Jaki i ogłosił co następuje: „Na złość wszystkim, Opole2017 jest naprawdę świetne. W amfiteatrze rewelacyjna atmosfera. Hejt 3RP jak zwykle pomaga”. W tym samym czasie, niesławny „Sok z buraka” przypuścił bezkompromisowy atak na Marylę Rodowicz sugerując, że skoro piosenkarka właśnie postanowiła obchodzić swoje 50-lecie na pisowskiej imprezie, to powinna się już szykować do stulecia w burdelu.
      Proszę zwrócić uwagę na to, do czegośmy przez ostatnie lata doszli. Oto mamy kolejny tak zwany „Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu”, organizowany nieprzerwanie, Gomułka, Kiszczak, czy Tusk,  każdego lata od roku 1963, na estradzie, jak niemal rok w rok od 50 lat, pląsa Maryla Rodowicz, no i, tak jak to się działo przez wszystkie te lata, z jednej strony, zalewa ją fala bezprzykładnego uwielbienia, a z drugiej równie bezprzykładnego szyderstwa, tyle że nagle się okazuje, że hejterzy i wielbiciele, nie mrugnąwszy nagle okiem, zamienili się miejscami.
     A co z nami, zwykłymi obserwatorami tego, co się dzieje to tu to tam? Otóż my mamy swoje myśli, swoje wspomnienia i swoje refleksje dotyczące tego, jak krętymi scieżkami kroczy zwykłe ludzkie obłąkanie.  
       Kiedy piszę te refleksje przypomina mi się tekst, który napisałem jeszcze 6 lat temu, kiedy to z jednej strony żałowałem tego, co nam prawdopodobnie bezpowrotnie minęło, a z drugiej strony po ciuchu liczyłem na to, że jednak może stanie się cud. No i proszę sobie wyobrazić, że cud się stał, tyle że niestety w formie parodii. Jak zawsze. Rzućmy więc proszę okiem na tamte dawne myśli.

      Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale niekoniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych.
       Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentyczną sympatią. I zgadzam się, że częśćtych wspomnień  jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej starej głowie wyrównuje, a przez to oczywiście zawsze narażona na wyśmianie. Ale też nie mam żadnych wątpliwości, że znaczna ich część, to coś naprawdę mocnego i wcale nie tak łatwego do zbicia w uczciwej dyskusji. Weźmy choćby kwestię czasu wolnego, a więc czasu, który można poświęcić na wszystko, czego człowiek sobie zażyczy. Jestem pewien, że każdy z nas, kto tamte czasy pamięta, przyzna bez dyskusji, że za PRL-u tego czasu było znacznie, ale to znacznie więcej. Pamiętam, jak ja i inni moi koledzy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, mieliśmy niekiedy w szkole okazję, czy to do narysowania, czy opisania na kartce w zeszycie, czy wreszcie do opowiedzenia własnymi słowami, jak to sobie wyobrażamy świat w roku 2000. I wspominam dziś, że w tych relacjach przede wszystkim zawsze wracała myśl, że w przyszłości nie będzie samochodów, pociągów, ani nawet samolotów, a zamiast tego ludzie będą podróżować takimi małymi rakietami. Ale również mieliśmy wtedy niemal pewność, że ponieważ pracę za ludzi przejmą maszyny, wówczas jeszcze zwane robotami – wtedy jeszcze o komputerach nie było nam nic wiadomo – przeciętny człowiek będzie pracował trzy, a maksymalnie cztery dni w tygodniu. Dziś, jak widzimy, cała ta prognoza wzięła w łeb, choćby z tego względu, że o rakietach w ogóle nie ma mowy, pociągi jeżdżą jeszcze wolniej niż wtedy, samochody stoją w korkach i poruszają się z prędkością od 0 do 15 km. na godzinę, a my pracujemy tak dużo i tak ciężko, jak nigdy dotąd. Do tego stopnia dużo i ciężko, że kiedy wreszcie przychodzi ten błogi moment bezczynności, to nie jesteśmy nawet w stanie myśleć, a co dopiero spędzać czas. Najwyżej w którymś z supermarketów.
      Ktoś powie, że to jest demagogia, bo w komunie, przez ów nieustanny brak wszystkiego, zaczynając od kolorowych pism, a kończąc na Internecie, człowiek nudził się jak pies, i już tylko wył o to, by wyjechać choć na chwilę za granicę i poczuć ową świadomość, jak miło może upływać czas. Tyle że jest to oczywista nieprawda. Jeśli idzie o mnie choćby, to jeszcze jako dziecko, czy już młody człowiek, oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby siedzieć do trzeciej nad ranem i zajmować się rozrywkami – o ile oczywiście nie pojechałem do swojego kolegi Karola do Bytomia, żeby z nim pić, gadać i słuchać muzyki – ale jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na to, że jest mi nudno. A z pewnością nie robiłem tego częściej, niż zdarza mi się to dziś. Za to właśnie dziś rozmawiam ze swoim synem, który znów, po raz kolejny, zasnął po południu, wyrzucam mu tę dramatyczną stratę czasu, a on na to mi tłumaczy, że jego wszyscy znajomi śpią po południu. Dlaczego? Bo zwyczajnie tkwią w ciągłym niedospaniu. I o to właśnie tu chodzi. Ja chodzę spać po północy, bo szkoda mi wieczoru, a przy okazji życia, a oni śpią, ile razy chce im się spać.
      Gdy idzie o spędzanie czasu bowiem, życie w PRL-u, w porównaniu z tym, co mamy dziś, było zwyczajnie fascynujące i pełne różnorakich uciech, do których jakimś cudem nie był potrzebny ani telefon komórkowy, ani youtube, ani nawet pub w piątkowy wieczór. Ale, kiedy myślę o PRL-u, być może jeszcze mocniej, niż tę niezwykłą wręcz możliwość najpełniejszego spędzania wolnego czasu, odczuwam fakt, że ludzie którzy mnie otaczali, podobnie jak ludzie, których znalem wyłącznie z telewizji, czy z radia, w swojej większości robili intelektualnie znacznie lepsze wrażenie, niż to ma miejsce dziś. Oczywiście, i wtedy i dziś, pewien typ obywateli – na obu wymienionych poziomach – mógłby zostać określony zawsze i wyłącznie tym samym epitetem, czyli „dureń”, lub „agent”, no ale przecież nie mamy też żadnego powodu, by utrzymywać, że wtedy było pod tym względem gorzej. I durniów i agentów zawsze można było grabić jak jesienne liście. Czy wspomnimy tamtą panią z kasy biletowej na dworcu kolejowym w Radomiu, czy niejakiego Ubermana z Dziennika Telewizyjnego i zestawimy ich z kultowym już Andrzejem z Działdowa, czy Maciejem Knapikiem z TVN24, różnicy wielkiej nie znajdziemy, natomiast wystarczy porównać choćby Wojciecha Młynarskiego z tamtych czasów z Wojciechem Młynarskim dziś, by wiedzieć, co się z nami wszystkimi przez te wszystkie lata podziało.
       Myślę zresztą, że Wojciech Młynarski akurat jest tu w istocie świetnym przykładem. I to ze względu na to kim był wtedy i kim jest dziś, jako człowiek i artysta, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na to, co się stało z tymi wszystkim, którzy kiedyś go cenili, a jego piosenki traktowali jak swój głos, a i dziś go cenią i uważają za jakiś tam autorytet. Aby móc bardziej dokładnie przekazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie tu przypomnieć tekst piosenki Młynarskiego właśnie, zatytułowanej „Ballada o wronach”. Proszę posłuchać:

W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...

Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie-
- a ja je lubię...

Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...

Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii -
i to ją zdobi...

Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...

I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę -
i to jest w dechę!

Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...

Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.

Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym szwarc-charakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną,

Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...

       Przypominam sobie dziś ten tekst, czytam go po raz kolejny, i zastanawiam się, czy Młynarski byłby w stanie go napisać dziś. I czy gdyby jakimś cudem był to w stanie zrobić, to czy ułożyłby go tak, by to przesłanie brzmiało właśnie w taki sposób, w jaki brzmiało wtedy. Ale zastanawiam się nad czymś jeszcze. Czy gdyby dziś Wojciech Młynarski napisał ten tekst właśnie tak, zawierając w nim dokładnie tę myśl, która go zdobiła wówczas, czy nad nim zachwycaliby się autorzy „Szkła Kontaktowego”, tak jak się dziś zachwycają nad wierszami Młynarskiego o tym, że Jarosław Kaczyński to bałwan i drobny dyktator. Ale też zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy tym tekstem i tą piosenką, gdyby ją w ogóle byli w stanie zrozumieć i polubić, zachwycaliby się ci wszyscy, którzy, tak jak ja i moi znajomi z młodości wtedy, tworzą dziś tak zwaną młodą miejską inteligencję, I we wszystkich tych wypadkach, mam na to odpowiedź jedną – nie. Ani bowiem Wojciech Młynarski nie napisałby dziś takiej piosenki – bo raz, że by zrobić tego nie potrafił, a dwa, że by nie chciał – ani w Szkle Kontaktowym by jej nie wyemitowali, ze względu choćby na fragment o „mężnym trwaniu w swym szwarc-charakterze”, zwłaszcza w sytuacji, gdy prokuratura postanowiła jednak się zabrać za Antoniego Macierewicza na poważnie, ani też ci wszyscy, którzy uchodzą za koneserów sztuki wysokiej i ambitnej, by jej nie mieli ochoty słuchać, bo nawet gdyby zrozumieli jej przesłanie – a może zwłaszcza wtedy – wiedzieliby, że to nie jest to, na co czekali.
       Proszę spojrzeć uważnie na wspomniany przeze mnie tekst Wojciecha Młynarskiego z lat, kiedy on i jego słuchacze, byli jeszcze istotami rozumnymi. Proszę się w niego wsłuchać. Proszę spróbować się zastanowić, o czym on jest. I co on nam próbował powiedzieć wtedy, kiedy podobno nie byliśmy ludźmi wolnymi. I proszę wreszcie zauważyć, jak wiele się od tamtego czasu w Polsce musiało zmienić, by wszystko to, co wówczas, dla samego Młynarskiego i dla nas, stanowiło prawdziwą wartość, nagle stało się niepotrzebnym balastem. Bo tamte czasy, cokolwiek by o nich mówić, dawały nam wystarczająco dużo wolności – i to wolności prawdziwej – byśmy potrafili znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, a na zewnątrz czas do tego, by myśleć, myśleć i myśleć. I to właśnie ta siła i ten czas pozwoliły nam zachować w sobie to człowieczeństwo, które następnie dało nam moc, by wszystko co wówczas było złe i fałszywe, odrzucić i stworzyć sobie szansę na lepsze. I niestety tę szansę zmarnowaliśmy. Jak najgorsze łachudry. Wstyd!

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i przypominam, że tylko do jutra do godziny 14 trwa akcja pod nazwą „Złotówka dla Toyahuja”. Szczegóły w notce sprzed paru dni.


niedziela, 28 maja 2017

O tym jak totalna opozycja zabiła Opole

Ponieważ Diabeł jeden wie, dlaczego, nie wklejają mi się tu dziś zdjęcia, z owej szczególnej konieczności, przedstawiam dziś kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o piosence. A do zdjęcia wrócimy, jak Bóg da, jutro


Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Opole”, natomiast wiem, jak to się stało, że o owym „Opolu” w ogóle usłyszałem. Otóż moja edukacja w tym temacie rozwijała się równolegle ze świadomością, że istnieje coś takiego, jak „Sopot”. Skoro jednak tak, to mogę też zgadywać, że do owej świadomości słowo „Opole” dotarło wraz z pojawieniem się w naszym domu telewizora marki „Szmaragd”, a na jego ekranie czegoś, co nosiło nazwę Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu.
Podobnie jak nie pamiętam początków, tak samo nie pamiętam, kiedy uznałem, że ów opolski festiwal mnie zupełnie nie dotyczy, ale i tu mam pewne podejrzenia. Wydaje mi się, że moment ten musiał nadejść wraz ze stopniowym zanikaniem PRL-u, co oznaczało też pojawienie się czegoś, co nam przedstawiano jako nową falę polskiego rock and rolla, a więc też z czasem, kiedy na tę całą piosenkę ostatecznie machnęliśmy ręką. W końcu, ile można było słuchać zespołu Lombard, czy Lady Pank, no a przede wszystkim, po co?
Mimo to, świadomość tego, że ów festiwal istnieje i że przez tych parę letnich dni w telewizji lecą polskie piosenki, miała w sobie coś pocieszającego, co dawało nam pewność, że nie wszystko jeszcze umarło. Trochę tak, jakby nagle po latach późnym wieczorem można było włączyć telewizor i obejrzeć sobie stare odcinki Doktora Kildare’a, Świętego, czy Kapitana Sowy. Z każdym rokiem było oczywiście coraz gorzej i ostatecznie okazało się, że skoro nie ma Lombardu i Kombi, to zostają już tylko jakieś pozbawione choćby śladu znaczenia gwiazdki, typu Piasek, Kayah, czy Steczkowska i tak zwana „wieczna Marylka”.
No ale Opole wciąż trwało stanowiąc jakiś cywilizacyjny pomost między tym, co szczęśliwie odeszło, a tym co podobnie nieszczęśliwie nastało.
I oto okazuje się, że wystarczyło coś tak w gruncie rzeczy abstrakcyjnego jak myśl jakiegoś Arkadiusz Wiśniewskiego, by owa, było nie było, autentyczna, tradycja przestała z dnia na dzień istnieć. Gdyby ktoś nie wiedział kim jest ów Wiśniewski, śpieszę wyjaśniać. Wiśniewski to aktualny prezydent Opola, któremu przyszło nagle do głowy, że jeśli on wypowie Telewizji Polskiej umowę o współorganizację festiwalu, to w ten sposób upadnie rząd Prawa i Sprawiedliwości i wszystko będzie tak jak było kiedyś, a tymczasem niewykluczone, że z powodu prostej niegospodarności on pójdzie zwyczajnie siedzieć. Ktoś teraz powie, że pies drapał Wiśniewskiego. To co się liczy to fakt, że wreszcie zobaczyliśmy wszyscy, jak ważna jest reforma na poziomie samorządów. I to jest prawda. Natomiast to co jest najważniejsze dla mnie, to lista artystów, których już więcej być może nie będę musiał oglądać, a więc – cytuję – „Kasia Nosowska, Audiofeels, Piasek, Michał Szpak, Grzegorz Hyży, Kasia Popowska, Kasia Cerekwicka i Kasia Kowalska”, a może wreszcie ten rynek się odetka i pojawi się ktoś na miarę choćby Marka Grechuty.


Tak jak wczoraj i jutro i pojutrze, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.

Wobec Zamętu

  Nasz e ciało składa się z około 30 bilionów komóre k, k tóre współżyją z 38 bilion ami bakterii . Każda komórka ma własne życie i swoje ...