Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Nick Cave, czyli jak nie modlić się do Szatana

      Prawdę mówiąc, jeszcze chwilę temu nawet nie miałem świadomości, że przerwa, jaką wczoraj mieliśmy na tym blogu stanowiła z mojej strony wybryk zupełnie nie z tej ziemi, no bo spróbujmy może zgadnąć, kiedy ostatnio mieliśmy dzień bez kolejnej notki. Ja akurat tego nie pamiętam. No ale tak wyszło, że musiałem pojechać do Warszawy na koncert Nicka Cave’a, no a to musiało też spowodować to, że wczoraj rano nie było mnie na miejscu. Jestem jednak pewien, że nawet ta banda opętańców, która ostatnio nie potrafi zacząć dnia od obrzucenia mnie kolejnymi szyderstwami, jakoś sobie z tą szczególną sytuacją poradziła. A zatem zachowujemy dotychczasowy fason i głowę trzymamy  wysoko.
     Byłem więc na koncercie Nicka Cave’a w tej okropnej hali naprzeciwko stadionu Legii i muszę powiedzieć, że to czego doświadczyłem bije na głowę wszystko to, co miałem okazję widzieć w życiu, włącznie z tymi zupełnie najświeższymi prezentacjami, a więc zarówno P.J. Harvey, jak i Motorhead, Swans, czy nawet King Crimson. Myślę, że mogę nawet zaryzykowac swego rodzaju buźnierstwo i powiedzieć, że wczorajszy występ Nicka Cave’a był dla mnie czymś równie ważnym, co koncert Niebiesko-Czarnych, na który, będąc jeszcze paronastoletnim dzieckiem, udałem się ich osobistym autobusem, siedząc ramię w ramię obok perkusisty Tadusza Głuchowskiego. To co przeżyłem w miniony wtorek dorównywało rangą tamtemu doświadczeniu.
     A muszę powiedzieć, że ja doskonale wiedziałem, czego się mogę spodziewać. Artystyczne talenty Nicka Cave’a znam i podziwiam niemal od samego początku jego kariery, znam dosć dobrze kurs po jakim się owa kariera rozwija, miałem okazję oglądać na video wiele jego wystepów, poświęciłem mu nawet jeden z rozdziałów w mojej książce o piosenkach. A zatem jechałem do Warszawy w pełnym przekonaniu, że będzie dobrze i nie ma możliwości, by było inaczej. To jednak co tam się odbyło, przekroczyło wszelkie moje przewidywania, począwszy od programu, przez wykonanie, skończywszy na – a to, jak wiemy, potrafi być zmorą 90 procent koncertów – nagłośnieniu, które tak jak cała reszta było lepsze od wszystkiego, co poznałem wcześniej.
     No i to tyle, jeśli idzie o sam koncert. Teraz proponuję, byśmy sobie porozmawiali o Wierze, a więc przede wszystkim o tym, co papież Franciszek tak fanstastycznie wręcz opisał tym jednym prostym zdaniem, że kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana. A więc też o tym, co dość delikatnie, i jednak, jak się okazuje, nie do końca jasno, zaakcentowałem w tekście w książce. I może na samym początku tych refleksji, chciałem bardzo stanowczo podkreślić, że ja nie mam bladego pojęcia, czy Nick Cave jest osobą wierzącą, czy nie. Wiem na pewno, że ma za sobą okres, kiedy to znajdował się w objęciach niemal osobowego Diabła i to wszystko. To wiem na pewno. Życie, jakie prowadził w czasach współpracy z zespołem Birthday Party i jakiś czas potem, ale też pewnie i owa niezwykła muzyka, którą tworzył, jeśli miała cokolwiek wspólnego z modlitwą do Boga, to wyłącznie prośbę o ratunek. A ponieważ ona mi się do dziś bardzo podoba, to chce wierzyć, że tak to własnie było. Oni wszyscy błagali o ratunek. A zatem, czy dziś Nick Cave to nawrócony chrześcijanin, czy zaledwie poważny biznesmen, tego nie wiem, bo on wszelkich tego typu deklaracji unika jak ognia, wiem natomiast, że to co prezentuje na scenie od kilku już dobrych lat, to muzyka ściśle religijna i to w sensie jak najbardziej pozytywnym. I to zobaczyłem z całą stachurowską jaskrawością przedwczoraj na warszawskim Torwarze.
     I jeszcze raz chcę to bardzo stanowczo podkreślić. Ja nie wiem, czy Nick Cave się w ogóle modli. Możliwe, że nie. Jednak sądząc po tym, co obserwuję od pewnego czasu i widziałem w miniony wtorek, on z całą pewnością nie modli się do Diabła. Co mam na myśli, przedstawię może na przykładzie, który, mam wrażenie, się tu już wcześniej pojawił. Otóż, jak niektórzy z nas pamiętają, w styczniu zeszłego roku ukazał się album Davida Bowie’go zatytułowany „Blackstar”, a parę dni po tym, Bowie zmarł. Posłuchałem tych piosenek raz, podobnie też raz obejrzałem powiązane z nimi video clipy i więcej nie dałem rady. Dlaczego? Dlatego, że się zwyczajnie przestraszyłem, że kolejna próba zaprowadzi mnie tam, gdzie ja się dostać bardzo nie chcę. Ostatnia płyta Davida Bowie, mimo że na absolutnie najwyższym artystycznym poziomie, to jest w rzeczywistości znana nam tu troszeczkę Kraina Grzybów. A ja tam nie zaglądam.
       Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech posłucha. Otóż parę lat temu jedno z dzieci Nicka Cave’a zaćpało się i w efekcie tego poniosło tragiczną śmierć. Sam Nick Cave oczywiście przeżył to na tyle mocno, że na dłuższy czas zawiesił swoje artystyczne popisy, a kiedy już doszedł do siebie nagrał płytę pod tytułem „Skeleton Tree”, która, moim zdaniem, artystycznie – ale też, co niezwykle ważne, estetycznie – dorównuje temu, co wcześniej zrobił David Bowie, natomiast ja jej mogę słuchac w nieskończoność. To jest, jak mówię, w estetycznym wymiarze, dokładnie to samo, tyle że ja tym razem się tej muzyki nie boję. Tam jest oczywiście śmierć i nic więcej, ale nie ma Diabła. Warszawski koncert potwierdził to w pełni.
       No i jest jeszcze coś. Moim zdaniem, to co w tej chwili robi Nick Cave, to jest całkowicie naturalne przedłużenie tego, czego słuchaliśmy na początku lat 80-tych. Wczoraj była tu u mnie moja kochana synowa i ja jej puściłem jakiś stary bardzo występ The Birthday Party, a ona od razu powiedziała, że to jest przecież dokładnie to samo co Nick Cave prezentuje dzisiaj. A ja tylko dodam, że owszem, to jest to samo, tyle że tym razem całkowicie wyzwolone z mocy zła. Z tego co wiemy, paru naprawdę zdolnych kolegów Cave’a nie dało rady, on natomiast jest z nami dziś, trzyma nas mocno za rękę i jest na kursie i ścieżce. I wcale nie chodzi mi o jakieś nawrócenia, bo się na nich nie znam. Jeśli kogoś one interesują, niech sobie włączy telewizor i posłucha wywiadów z Cezarym Pazurą i Patrykiem Vegą. My tu się zajmujemy wyłącznie grzesznikami, takimi jak my sami.
       No i może na sam koniec popatrzmy sami, jak to wygląda.



A książki, wciąż i niezmiennie, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

      

wtorek, 24 października 2017

Nick Cave, czyli no i cóż że Torwar?

W związku z koncertem Nicka Cave’a, wyjeżdżam dziś na dwa dni do Warszawy, a więc kolejny tekst będzie dopiero w czwartek. Dziś natomiast, by uczcić to wydarzenie – bo jest to wydarzenie niewątpliwie – chciałbym niektórym przypomnieć, a innych zapoznać z tekstem, jaki poświęciłem owemu niezwykle utalentowanemu artyście w swojej książce „Rock and roll, czyli podwojny nokaut”.

      Kiedy piszę te refleksje, oglądam sobie jednocześnie występ Nicka Cave’a na Coachella Festival, i powiem uczciwie, że od czasu, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem go jeszcze z Birthday Party, nie miałem tak silnego poczucia, że oto mam do czynienia ze zjawiskiem artystycznym – ale też czysto ludzkim – na poziomie świadomości, co znaczy być człowiekiem obdarzonym talentami, jakiego zwykle oglądać nie mamy okazji.
      Żeby zrozumieć, do czego zmierzam, kiedy nagle wyciągam kwestię talentów wykorzystanych od początku do końca, musimy jednak wrócić do początków, a więc do czasów wspomnianego The Birthday Party. Otóż była to grupa kompletnie zaćpanych, zaprutych alkoholem, półprzytomnych Australijczyków, grających muzykę popularnie zwaną punk rockiem, ale tej jej odmiany, której cechą szczególną było z jednej strony to, że normalny człowiek, ze względu na zgiełk i wściekłość, na jakim ona była oparta, nie był w stanie jej słuchać choćby przez minutę – w końcu, jak długo można zachować cierpliwość w stosunku do żywego wrzasku, jeśli czymś przerywanego, to jazgotem gitar? –  a z drugiej, teksty, będące poezją w sensie jak najbardziej dosłownym.
      Muzyka The Birtday Party to było coś takiego, że gdyby komuś nieprzygotowanemu puścić Sex Pistols, Exploited, The Clash, Dead Kennedys… cokolwiek z tamtej strony, a kiedy ten ktoś będzie uciekał, zagrodzić mu drogę którąkolwiek z piosenek The Birthday Party, ten ktoś by natychmiast zaczął błagać, by mu natychmiast puścić „God Save The Queen”. To, jeśli idzie o muzykę. Dalej jednak mieliśmy już tylko te teksty, jak mówię, stanowiące czystą – równie trudną do zniesienia, jak sama muzyka – poezję, no a na końcu już tylko jego, Nicka Cave’a – człowieka w nieodmiennym garniturze i koszuli bez krawata, przypominającego bardziej ucznia Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych, wracającego do domu po lekcjach, niż wokalistę zespołu punk-rockowego. Pod tym akurat względem, w nim zdecydowanie więcej było Smitha z The Fall, tyle że w zestawieniu z  muzyką The Birthday Party, The Fall to było coś dla miłośników Kyley Minogue.
      The Birthday Part wyewoluowało w stronę Bad Seeds, następnie zmieniło się samo Bad Seeds, i zupełnie niepostrzeżenie okazało się, że sztuka Nicka Cave’a stała się najbardziej jednoznacznym popem, w tym sensie, że, gdybyśmy się zapytali przeciętnego czytelnika Przewodnika Inteligenta „Polityki”, czy kolekcjonera serii „Gazety Wyborczej”, zatytułowanej
„Co każdy kulturalny człowiek przeczytać powinien”, jakiej muzyki słucha, gdy już po raz 10 obejrzy „Misia” i „Seksmisję”, odpowiedziałby, że Stinga, U-2, Nosowską, Savalla i oczywiście Nicka Cave’a.
      I to jest dla mnie coś absolutnie niewyobrażalnego. Ja oczywiście rozumiem, że niezbadane są ścieżki, którymi chadza gust konsumenta, i że przy odrobinie szaleństwa, jeden czy drugi może ni stąd ni z owąd zacząć się zachwycać nawet kimś takim, jak Picasso. Jednak to, co się stało w przypadku Nicka Cave’a, stanowi dla mnie zagadkę nierozwiązywalną. Słucham jego występu na Coachella Festival i widzę dokładnie tego samego człowieka, co 30 lat temu – nawet fizycznie niemal tego samego – słyszę dokładnie tę samą dziką intensywność, co przed laty, to samo szaleństwo, co wtedy, gdy oni śpiewali „King Ink”, ani odrobinę mniej wymagające, gdy idzie o typ oddalenia od wszystkiego tego, co się nazywa popem, a jednocześnie świetnie wiem, że dziś Nick Cave to sam środek najbardziej podstawowego mainstreamu. Co to za cholera???
      Czasem sobie myślę, że ja się niepotrzebnie tak napinam, bo odpowiedź tu jest śmiesznie prosta, i doskonale się mieści w całej tej chorej logice, jaka kieruje się dziś przemysł rozrywkowy. Otóż w pewnym momencie Nick Cave postanowił się związać ze wspomnianą wcześniej Kyley Minogue, a nawet nagrał z nią jedną piosenkę, która stała się światowym przebojem. Jest więc oczywiste, że w momencie gdy on sprzedał duszę Diabłu, za uzyskane z tej transakcji pieniądze kupił sobie wszystko, co chciał, a więc sławę, uznanie, szacunek, a nawet coś, co pozornie nie jest do kupienia, a więc serca i dusze słuchaczy. I ja oczywiście biorę pod uwagę, że tak mogło być. Możliwe, że tak to właśnie działa. Wystarczy zaśpiewać piosenkę z Kyley Minogue i człowiek jest ustawiony do końca życia. Jest jednak coś, co mi każe podejrzewać, że nie o to poszło.
     Otóż krąży plotka, że Nick Cave jest człowiekiem, który nawrócił się na wiarę w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. On naturalnie jest zbyt inteligentnym człowiekiem i artystą, by się publicznie zdeklarować co do tego typu spraw, niemniej istnieje wystarczająco dużo tropów, wskazujących na to, że Nick Cave tworzy dziś sztukę szczerze religijną, i religijną tym bardziej, im mniej ostentacyjną. A jeśli to jest prawda, to ja jestem gotów założyć, że efekt tego rodzaju podejścia nie mógł być inny. To musiał być punk-rock, z całym swoim wrzaskiem, skowytem, zawodzeniem, z tym wydartym Diabłu sercem, tyle że pozbawiony tego jednego elementu, który odpychał, a mianowicie samego Diabła.
      Kończy się wspomniany koncert, jaki dwa lata temu Nick Cave dał na Coachella Festival i on właśnie wszedł w sam środek publiczności i tam odprawia tę swoją Mszę… i niczego się nie  boi, bo wie, że za nim stoi Prawda. A na scenie widzimy potężny chór dziecięcy, który tak fantastycznie uzupełnia ten chaos i nadaje mu ów święty ład. Nick Cave i The Birthday Party. Któż by się spodziewał takiego obrotu sprawy?



Moje książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjalniedzwiedz.pl. Polecam szczerze. Zamiar miałem zawsze taki, by to poszło w kierunku przedstawionym wyżej.


czwartek, 13 marca 2014

O pasji, bez której nawet do piekła nie przyjmują

Kiedy w zeszłym tygodniu polska drużyna narodowa przegrała na Stadionie Narodowym ze Szkocją, zebrani w studio telewizyjnym specjaliści od piłki nożnej zachodzili w głowę, jak to się stało, że białoczerwoni przegrali, skoro nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jeśli porównać umiejętności piłkarzy Szkocji i Polski, to Szkoci nie mają nic do gadania. No i w pewnym momencie odezwał się któryś z nich i zwrócił uwagę na to, jak grał wprowadzony przez Szkotów do gry w ostatnich minutach meczu Andrew Robertson. I nie chodziło o to, że on swoją piłkarską klasą i umiejętnościami przyćmił pozostałych graczy, że on grał tak, że najwięksi piłkarze świata mogli się tylko czerwienić, ale o to, że wiedząc, że przed nim zaledwie 20 minut zwykłego, towarzyskiego meczu, który ani niczego nie rozstrzyga, ani nawet niczego mu nie załatwia, on grał, jakby walczył o swoje życie. Wszedł na to boisko i świat dla niego przestał istnieć.
Przypomniał mi się tamten mecz i ci telewizyjni mądrale wczoraj, kiedy być może trochę na fali dyskusji tu na blogach, a trochę przez to, że ostatnio dużo słucham Nicka Cave’a i PJ Harvey, i ta muzyka nas mocno przepełnia, moja córka poinformowała mnie, że piosenkarz Maleńczuk z piosenkarką Jopek jakiś czas temu postanowili nagrać piosenkę wcześniej zaśpiewana przez Cave’a właśnie i PJ Harvey pod tytułem „Henry Lee”. Ponieważ oryginalne wykonanie plus dołączony do niego teledysk uważam za autentyczne dzieło sztuki, od razu postanowiłem sprawdzić Maleńczuka i Jopek… no i okazało się to co okazać się musiało. Żeby jednak moje wrażenia opisać, przejdę do kolejnego akapitu.
Otóż ja od wielu już lat mam bardzo silne wrażenie, właściwie przechodzące w pewność, że polscy twórcy, i to nie tylko piosenkarze, ale także reżyserzy filmowi, autorzy książek, publicyści, aktorzy, kompozytorzy w swojej pracy spełniają się w taki sposób, że czytają, oglądają, czy słuchają dzieł obcych twórców, których podziwiają, i w pewnym momencie strzelają sobie flaszkę i mówią: „Okay! To ja też tak zrobię”. Przykład z piosenką „Henry Lee” jest tu wręcz modelowy. Maleńczuk, jako artysta, że tak powiem, osłuchany, z całą pewnością zna i podziwia sztukę Nicka Cave’a, od początku znał i podziwiał piosenkę „Henry Lee”, i któregoś dnia pomyślał sobie, że a czemuż to on nie mógłby zrobić tego samego; i to nawet nie w taki sposób, że on napisze własną piosenkę o podobnej melodii, harmonii i temacie i zatytułuje ją jakimś fajnym angielskim tytułem, powiedzmy „Happines Is Easy” tak jak to robiła notorycznie inna gwiazda polskiej piosenki, czyli zespół Myslovitz, ale zwyczajnie zaprosi do współpracy którąś z polskich piosenkarek, ona będzie udawała PJ Harvey, on Cave’a i będzie szał. Co pomyślał, to wykonał, no i mamy tę Jopek i Maleńczuka, jak śpiewają Cave’a i PJ Harvey, dokładnie w ten sam sposób, w tym samym tempie, w tym samym nastroju, tyle że w tle, nie wiedzieć po cholerę, słyszymy dźwięki zrzynane bezwstydnie i bezpośrednio od Portsihead.
Tak jak ów cover jest doskonałym przykładem pewnego szczególnego upadku polskich twórców, tak jeszcze większe pewnie robi wrażenie upadek samego Maleńczuka. Człowiek, który swego czasu, niezależnie od całej kupy przeróżnych deficytów, których mu życie nie oszczędziło, był najprawdopodobniej najwybitniejszym i najbardziej oryginalnym polskim muzykiem i autorem piosenek, dziś nie jest w stanie, ani chyba też w chęciach, wyprodukować nic ponad kolejny cover, kolejnej gwiazdy, którą on podziwia. Czemu się tak dzieje? Czemu on kiedyś potrafił, a dziś już nie? Otóż ja mam na to odpowiedź prostą. Maleńczuk kiedyś miał w sobie pasję i z tą pasją żył i tworzył, a dziś jej nie ma. On wciąż zajmuje się tym co zawsze, z tego żyje i czerpie z tego jakąś tam przyjemność, ale to wszystko odbywa się na poziomie, na jakim operuje kierowniczka sklepu odzieżowego, którą jeśli zapytać o wrażenia z pracy, odpowie, że było fajnie. I to jest też poziom dziennikarza Warzechy, reżysera Smarzowskiego, literata Kuczoka, czy kompozytora Preisnera. I to wszystko.
A więc chodzi przede wszystkim o pasję. W czasie dyskusji pod tekstami na temat polskiej twórczości patriotycznej, jakie ukazały się ostatnio na tym blogu i blogu Coryllusa, wciąż wracały dwa pytania, które można by sprowadzić do wzoru „dlaczego nie artysta X, i skoro nie X, to kto?” I na to ja odpowiadałem niezmiennie, że artysta X nie, ponieważ artysta X swój talent traktuje jak kurwa swoje ciało, i że jeśli nie artysta X, to już nikt inny, bo reszta jest jeszcze bardziej zdemoralizowana. I jeśli dziś piszę ten tekst, trzeci już na ten sam temat, to nie dlatego, że nie mam nic ciekawszego do powiedzenia, ale ponieważ mam nieprzemijające wrażenie, że wielu z nas wciąż nie rozumie, w jakim miejscu znalazła się Polska, jeśli idzie o to, co w ostatecznym efekcie tworzy wielkość każdego narodu.
My wiemy, że polska piłka nożna spada coraz niżej w światowych rankingach, że polska nauka znalazła się ostatnio już nawet za państwami tradycyjnie uważanymi za cywilizacyjnie stojącymi najniżej, że polskie kino już nie tylko jest gorsze od kina brytyjskiego, czy amerykańskiego, ale od absolutnie każdego, włącznie z libijskim, czy irańskim, czy że wreszcie taki Tomasz Lis to jest zaledwie nędzna karykatura jakiegoś Waltera Cronkite’a sprzed 50 lat; wiemy nawet, że KC Louis to znakomity komik, a Abelard Giza to komik dramatycznie wręcz żałosny, z jakiegoś jednak powodu wielu z nas gotowych jest przegryźć gardło każdemu kto powie, że raper Tadek z całą swoją twórczością jest do niczego. Dlaczego? Bo przecież on jest wielkim polskim patriotą, a nam tak bardzo brakuje tych serc.
Otóż moim zdaniem problem z Tadkiem, ale również z zespołami Armia, DePress, Darkiem Malejonkiem, jego córkami, i w ogóle z całą resztą tego rynku, zarówno patriotycznego, jak i satanistycznego, jest taki, że oni robiąc to co robią, czują wyłącznie znużenie i żal, że nie udało im się zrobić kariery na jaką zawsze zasługiwali. A ponieważ żyć trzeba, coś tam od czasu do czasu dłubią.
Wspominałem o tym w jednym z komentarzy, ale powtórzę to i tu. Otóż kiedy pracowałem w szkole miałem ucznia klasycznego hiphopowca, który ze swoim bratem, również klasycznym hiphopowcem tworzyli w domu na domowym komputerze swoją ukochaną muzykę. Tworzyli tę muzykę, pisali do niej teksty, no i gdzieś to tam wrzucali, żeby ktoś jeszcze mógł tego posłuchać. Jaki to był poziom? Dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po dwóch nastoletnich zapaleńcach, którzy ani nie chcą się uczyć, ani spotykać z dziewczynami, ani czytać książek, czy chodzić do kina, ale wciąż im w głowie tylko ten hip hop. A więc z jednej strony dowodzący prostego amatorstwa, a z drugiej o takim potencjale, że trudno było tego słuchać bez wzruszenia.
Jeśli idzie o blogera Tadka, podejrzewam, że jego sytuacja jest podwójnie tragiczna. Od czasu gdy on przestał śpiewać o swoim życiu, które mu dokuczało jak kamyk w bucie, o kumplach, którzy zawiedli, czy dziewczynach, które zdradziły, a przerzucił się na żołnierzy wyklętych, stracił to wszystko, co mogło go uczynić artystą, czyli pasję. Ja nie twierdzę, że dla Tadka żołnierze wyklęci to tylko pretekst, nie oskarżam go o to, ze on tak naprawdę tę Polskę ma w nosie, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że kiedy on nagrywa kolejny klip, czy pisze kolejny tekst do kolejnej piosenki, jest – przy zachowaniu wszelkich proporcji, oczywiście – dokładnie w tym samym nastroju, w którym jest Łukasz Piszczek, kiedy wychodzi na Stadion Narodowy, by reprezentować Polskę przeciwko Szkocji. On też przecież nie chciał, żeby Polska przegrała. On też chciał zdobyć dla Polski gola.
W filmie „24 Hour Party People” jest scena, która pokazuje absolutne początki zespołu Joy Division. Przychodzą ci wtedy jeszcze młodzi chłopcy do słynnej Haciendy, żeby spróbować tam się jakoś wkręcić, i ktoś mówi perkusiście zespołu, że ma siąść do perkusji i grać, grać, grać tak długo aż się nauczy. No i on siada i gra, gra, gra i gra, czas mija, wszyscy powoli o nim zapominają, potem zaczynają wychodzić każdy do swoich zajęć, a on gra i gra i gra, i w końcu zostaje zupełnie sam, ale ponieważ kazano mu ćwiczyć, to on ćwiczy ten jeden stały najprostszy na świecie rytm aż wreszcie ktoś go zauważa i mu mówi, żeby spierdalał. No i on sobie idzie, żeby na drugi dzień wrócić i próbować od nowa.
Czytałem też kiedyś o pierwszym spotkaniu Rolling Stonesów z Dylanem, kiedy to Brian Jones, grając na harmonijce, wiedząc, że słucha go Dylan, był podobno tak zdenerwowany, że w pewnym momencie z ust zaczęła lecieć mu krew. I takich historii, gdzie widzimy, jak ludziom potrafi zależeć, jest cała masa. I mówię to o różnych ludziach, nie wyłączając z tego durni i nikczemników, bo jak wygląda prawdziwa pasja można najlepiej też zobaczyć, oglądając pierwszy lepszy występ zespołu Behemoth.
No właśnie – Behemoth i ten Nergal. Przyznaję, że już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jak ich wszystkich pochłania piekło. A w oczekiwaniu na ten piękny dzień, liczę też że w międzyczasie ujrzę ich upadek, jako artystów. I już wiem, kiedy to nastąpi. Przyjdzie bowiem kiedyś moment, że ten satanizm przestanie się sprzedawać, Nergal przeżyje cudowne nawrócenie i zacznie śpiewać chrześcijański rock. Wtedy dopiero zobaczymy, co znaczy stracić tak zwaną moc i pasję. Nie talent, ale moc i pasję.
Na koniec refleksja osobista. Wczoraj pod poprzednią notką kolega Beczka zamieścił komentarz, w którym zasugerował, że teksty które ja piszę są bardzo dobre, by nie powiedzieć najlepsze. To ja go z tego miejsca pragnę zapewnić o dwóch rzeczach: pierwsza to ta, że owszem, one pewnie faktycznie są najlepsze, druga natomiast jest taka, że ja jestem pewien, iż w momencie gdy ktoś mnie namówi, bym znów zaczął pisać bieżące polityczne komentarze, ja stracę do tej roboty serce, a ten blog w jednej chwili zejdzie do poziomu jakiegoś Krzysztofa Feusette, albo czegoś jeszcze gorszego. Bo to jest jedyny możliwy kierunek. Innego nie ma. Jest tylko tamto albo to:







Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...