piątek, 31 marca 2017

Czy Związek Nauczycielstwa Polskiego to niebezpieczna sekta?

      Jak wszyscy już z całą pewnością doskonale wiemy, przewodniczący Broniarz zwołał na dziś wszystkich nauczycieli, polecił im przeprowadzić w swoich szkołach strajk, a oni, jak to oni, polecenie karnie wykonali. Na moment wprawdzie pojawił się dylemat, co zrobić, by zmusić uczniów do zwagarowania i jak ukarać tych, co zwagarować nie chcieli, no ale ktoś ostatecznie wpadł na pomysł, że najbardziej opornymi zajmą się księża, którym, jak wiemy, strajkować nie wypada, no i w ten sposób jedni i drudzy zobaczą, co znaczy ustawić się poza społeczeństwem. No i kiedy piszę ten tekst, szkoły w całej Polsce strajkują, a dobrzy ludzie zachodzą w głowę, jak to się stało, że komuś tak podejrzanemu, jak Broniarz, stojącemu na czele organizacji tak dramatycznie niewiarygodnej jak Związek Nauczycielstwa Polskiego, udało się tak skutecznie najpierw doprowadzić tę akurat grupę zawodową do stanu aż takiego bezwładu, a następnie do miejsca, gdzie oni wszyscy będą robić wszystko, co im się każe. Powie im się „siad” - usiądą; zawoła „leżeć” - położą się; rozkaże „skacz” - będą skakać; „daj głos” - zaczną skandować hasła. Dowolne.
Ktoś mnie zapyta, czemu mnie to dziwi. Otóż z dwóch powodów. Przede wszystkim, ja naprawdę chciałbym wierzyć, że moi koledzy nauczyciele, choćby dzięki temu, że mają codzienny kontakt z osobami od siebie często inteligentniejszymi i mądrzejszymi, a często też bardziej sprytnymi, zdążyli się przynajmniej nauczyć tej jednej, uniwersalnej wręcz i tak znakomicie opanowanej przez każde w miarę przytomne dziecko, zasady, że - pardon me french - „dobra ściema podstawą wychujki”.
Drugi powód jest jeszcze bardziej oczywisty. Otóż, o czym miałem tu już okazję parokrotnie wspominać, wśród moich bliskich znajomych znajduje się też wybitny, bardzo doświadczony psychoterapeuta, i to od niego właśnie się dowiedziałem, że nie istnieją pacjenci tak trudni terapeutycznie, jak nauczyciele właśnie. I to wcale nie dlatego, że oni akurat są najbardziej psychicznie zdemolowani, ale dlatego, że pozostają całkowicie odporni na najbardziej nawet przebiegłe terapie. Z jego to opowieści zrozumiałem, że nauczyciele, jak nikt inny, właśnie przez to, że doskonale znają wspomnianą wyżej zasadę „skutecznej wychujki”, w całkowicie naturalny sposób są uodpornieni na różnego typu manipulacje.
Tymczasem, jak widzimy, akurat oni, jak chyba żadna inna grupa zawodowa w Polsce, dają się prowadzić bez słowa protestu na przysłowiową rzeź, i to w dodatku przez kogoś tak jednoznacznie słabego, jak przewodniczący Broniarz. A zatem, wygląda na to, że pozostaję bezradny i to bezradny od bardzo dawna. Proszę może poczytać sobie mój artykuł sprzed dziś już niemal siedmiu lat, gdzie, mimo kompletnie innych czasów, znajdowałem się dokładnie w tym samym miejscu co dziś. Może któremuś z Państwa przyjdzie jakaś mądra myśl do głowy. Zapraszam do dyskusji.



Niniejsza notka powstawała w bólach i bardzo niechętnie. Czy to dlatego, że – absolutnie wyjątkowo – przy jej narodzinach po raz pierwszy brała udział pani Toyahowa, czy może dlatego, że sam miałem co do niej mnóstwo bardzo poważnych wątpliwości – nie wiem. Fakt jest taki, że po raz pierwszy w życiu piszę coś, co do czego mam przekonanie, że to moje pisanie może nie mieć najmniejszego sensu. Co do samej Toyahowej, ona w momencie jak powiedziałem, że jednak spróbuję, w ogóle uznała, ze jestem samobójcą.
Ciekawe jest przy tym to, że tak naprawdę, to ja przedstawiłem teoretyczne podstawy pomysłu, by zamiast wylewać te żale, pójść coś zjeść, albo popatrzeć, co dają w telewizji. Otóż właśnie to powiedziałem mojej żonie, kiedy przed momentem jeszcze sobie spokojnie rozmawialiśmy, że jakikolwiek tekst tu na blogu na ten temat nie ma najmniejszego sensu, ponieważ większość czytających osób problemem się nie zainteresuje, część go nie zrozumie, a część – ta, która się zainteresuje i go zrozumie jak najbardziej – dostanie cholery i odstawi pierwszej klasy trolling.
Jednak nie wytrzymałem. Myśl o tym, że są rzeczy z mojego punktu widzenia wołające o pomstę do nieba, a jednocześnie tak strasznie lekceważone, nie dawała mi spokoju do tego stopnia, że – jak widać – siedzę i piszę, co mi siedzi na sercu. Tak się złożyło, że wczoraj jeszcze kupiliśmy „Rzeczpospolitą”, a w niej znaleźliśmy artykuł o tym, co minister Hall robi, by nikt nie powiedział, że ona nic nie robi. Niedawno wspomniałem o pomyśle Ministerstwa – jak się zdaje już zaklepanym – że bieżący rok szkolny będzie trwał tydzień dłużej, co oznacza, że w czerwcu przyszłego roku dzieci będą wagarowały, a nauczyciele będą siedzieli w pokojach nauczycielskich i wypełniali dzienniki, nie przez trzy tygodnie ale aż przez cztery. Najnowsza informacja – przekazana jak najbardziej starannie przez red. Lisickiego – jest taka, że od września tego roku polscy nauczyciele dostaną kolejną podwyżkę, a pani Toyahowa – bo przecież nas to przede wszystkim interesuje – zamiast dotychczasowych 4200 zł. będzie dostawała 4500.
To jest właśnie to, co najpierw sprawiło że zaczęliśmy sobie gadać, potem kazało nam uznać, że nawet nie warto się pieklić, a w rezultacie jednak zmusiło już mnie osobiście, by zaryzykować i siąść do tego tekstu. Bo o co chodzi? Od czasu gdy ministrem edukacji została kobieta przedstawiająca się jako żona Aleksandra Halla, dochodzą do nas wieści, że jakoby pani Toyahowa, pracując w szkole – i to szkole nie byle jakiej – od wielu, wielu lat, jako nauczyciel dyplomowany (gdyby ktoś nie wiedział, wyżej się już nie da), zarabia dwa razy więcej, niż zarabia. Z najnowszych danych opublikowanych właśnie przez „Rzeczpospolitą” – za informacją płynącą z MEN-u – wynika, że od tego roku pensja mojej żony będzie wynosiła nie 2200, ale już ponad 4500 złotych. Co więcej, jak się okazuje, to tylko nam się wydawało, że te 2200 to jest coś realnego. Dane Ministerstwa pokazują wyraźnie, że to nie było 2200, ale 4200, natomiast my jesteśmy bezczelnymi kłamcami. Co w sytuacji nauczycieli, którzy, jak całe społeczeństwo od lat świetnie wie, są głupimi leniami i pasożytami, jest grzechem szczególnym. I jestem przekonany, że taki jest właśnie efekt zamieszczanych tego typu komunikatów. Ludzie czytają, że nauczyciel w Polsce za swoją nędzną pracę – 18 godzin w tygodniu, 8, czy 9 miesięcy w roku – dostaje 4500 zł i wciąż narzeka, a w tym momencie jedyne co im chodzi po głowie, to to, by jednego z drugim wziąć na bok i im zwyczajnie wpieprzyć.
I w tym momencie chciałbym wrócić do moich wstępnych obaw dotyczących potencjalnych reakcji na tego typu wpis. Chodzi mianowicie o to, że najpewniej większa część osób czytających kolejne żale jednego jeszcze z nauczycieli, wzruszy na nie ramionami, dokładnie tak jakby wzruszyła ramionami na tekst pisany przez lekarza, czy górnika. Inni pomyślą sobie, że no tak, władza jak zwykle kłamie, a ludzie głodują – nic nowego. Inni z kolei dostaną cholery, że oto mamy kogoś, kto pracuje cztery godziny dziennie, przez 8 miesięcy w roku, w dodatku jeszcze przez ten nędzny czas albo drąc mordę na dzieci, albo dla odmiany bezmyślnie gapiąc się w okno, i ma czelność narzekać, że za to swoje nieustanne opieprzanie się, dostaje „tylko” 2200 złotych. Że wam, skurwysyny, nawet stówa miesięcznie za to co robicie się nie należy!!! A więc po co w ogóle sobie i innym zawracać głowę?
Otóż sprawa jest daleko bardziej poważna. Bo, jak można się spodziewać, tego typu problemy co nauczyciele, ma cała tzw. budżetówka. Wciąż słyszymy narzekania płynące od lekarzy, policjantów, kolejarzy, pracowników administracji państwowej, że nikt nawet nie wie, jak oni są niesprawiedliwie traktowani przez państwo. I narzekania te stały się już tak powszednie, że obchodzą one wyłącznie samych ich autorów. Policjanci krzyczą, że mają ciężko, na co nauczyciele mówią, żeby się zamknęli i najpierw zaczęli łapać złodziei. Zaczynają płakać urzędniczki w ZUS-ach, na co większość społeczeństwa na to reaguje wyłącznie hasłem: „Dobrze wam, suki!” Z pretensjami przychodzą kolejarze i natychmiast słyszą, że może zamiast marudzić, niech lepiej umyją ten syf, który zalega w tych ich pociągach. Lekarze i pielęgniarki podnoszą krzyk, że muszą harować za grosze, a na to każdy z nas gotowy jest opowiedzieć dziesiątki fascynujących historii o swoim znajomym lekarzu i o tym, co pielęgniarka potrafi zrobić z chorym człowiekiem. A na to wszystko odzywa się władza i przedstawia dane, z których wynika niezbicie, że w ciągu ostatnich dwóch lat wszyscy oni otrzymali podwyżki w wysokości 100, 200, czy 1000 procent – obojętne. I znów, jeśli ktokolwiek z nich powie, że to nieprawda, cała reszta wzruszy ramionami i powie, że „oni wszyscy wciąż tak gadają”.
Nie znam się na lekarzach, czy górnikach. Natomiast świetnie się znam na nauczycielach, i gdyby tylko ktokolwiek chciał ze mną na ten temat pogadać, jestem zawsze gotowy. Wiem zatem bardzo dobrze, że to właśnie wśród nauczycieli reżim cieszy się największym poparciem. To właśnie nauczyciele, mimo swojej nędznej sytuacji, gotowi są oddać życie za to, by minister Hall w dalszym ciągu, i to do końca świata, zajmowała się ich sprawami. Oni z jednej strony jej pasjami nienawidzą, a z drugiej strony, na jeden gwizdek, pójdą za nią w ogień. Jest to sytuacja doskonale absurdalna, a mimo to świetnie znana, może nie samej Hall, bo ona akurat może nie wiedzieć nic, ale tym, którzy Hall płacą. Oni doskonale wiedzą, że najpierw posłuszeństwo, a później wręcz miłość, można zdobyć biorąc człowieka za mordę i traktując go wyłącznie jak szmatę. Ta metoda została świetnie sprawdzona w skali globalnej przez całe lata reżimu sowieckiego, ale również na skromnym poziomie rodziny. Wystarczy tu przypomnieć sobie choćby kampanię pod tytułem „Bo zupa była za słona”.
O tak! Rodzina. To świetny przykład. Siedzą sobie ludzie na przyjęciu, a wśród nich pan i pani. Pani ma oczy zapuchnięte od łez, pod okiem ledwo widoczny ślad jakiegoś starego siniaka, pan ją trzyma czule za rękę, nazywa ‘koteczkiem’, a wszystkim dookoła opowiada, jakie go szczęście w życiu spotkało, że trafił na tak cudowną kobietę. Ta pani go słucha i najchętniej by mu poderżnęła gardło, tyle że jest ktoś jeszcze, kogo ona gotowa jest nienawidzić jeszcze bardziej – tego, kto powie jedno złe słowo na jej męża. Dlaczego? A skąd mam wiedzieć? Nie jestem psychologiem, leczy tylko głupim nauczycielem.
Jestem przekonany, że ludzie którzy rządzą Polską świetnie znają ten mechanizm. Nawet jeśli, podobnie jak ja, nie wiedzą jakie są jego źródła, znają go znakomicie i potrafią idealnie egzekwować. I myślę sobie, że kiedy Ministerstwo Edukacji Narodowej wydaje komunikat następującej treści: „Średnia pensja stażysty wzrośnie w stosunku do września 2009 z 2287 do 2447, nauczyciela kontraktowego z 2538 do 2716, mianowanego z 3293 do 3523, a dyplomowanego z 4208 do 4502”, to ta informacja, wbrew wszelkim pozorom, nie jest kierowana najbardziej do społeczeństwa, żeby albo pokazać mu, jak rząd dba o nauczycieli, lub by je na tych nauczycieli napuścić, lecz przede wszystkim do samych nauczycieli. Żeby im powiedzieć, że właśnie ich los się znacznie poprawił, a jeśli myślą, że nie, to niech wypierdalają, bo i tak nie mają nic do gadania. I słyszący to nauczyciele najpierw drętwieją ze zdziwienia, potem z grozy, a potem już tylko siedzą w milczeniu i szepcą: „Tak, kochanie. Wiem, kochanie.”
Oto nasza Polska. Lubimy ostatnio narzekać, że gdzie człowiek nie spojrzy, to pełny chaos. Otóż nie. Tu nie ma mowy o jakimkolwiek chaosie. Tu wszystko jest jak najbardziej pod kontrolą. Podejrzewam, że nawet ci bandyci w szalikach, którzy rozpieprzyli w Bydgoszczy swój piękny, świeżo-wybudowany stadion, tez są pod kontrolą. Ich każdy pojedynczy oddech jest świetnie rozpoznany, nazwany i odpowiednio wykorzystany. Jak? To już temat na inną rozmowę.


Już jutro jadę do Warszawy, by się w ramach Targów Wydawców Katolickich spotykać z Czytelnikami. Będę wraz z Coryllusem całą sobotę w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem, na stoisku nr 99, no i jednak najprawdopodobniej również w niedzielę, od początku do samego końca. Wszystkich bardzo gorąco zapraszam.



czwartek, 30 marca 2017

Prosimy do tablicy - część 3

Od wczoraj w kioskach jest do nabycia kolejny numer naprawdę bardzo dobrego tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny odcinek moich kawałków na bieżące tematy. Polecam serdecznie, natomiast dziś, zgodnie ze zwyczajem, z myślą o tych, którzy nie mieli okazji, przedstawiam tekst z poprzedniego numeru.



Kiedy już Polska zdążyła zapomnieć o zamordowanej przez pisowskiego ministra Szyszkę wiewiórce, a sukces Donalda Tuska w Brukseli został unieważniony przez jeden bukiet kwiatów, jakim Jarosław Kaczyński powitał powracającą do Polski premier Szydło, zbrojne oddziały politycznej opozycji wpadły w panikę. Na ratunek pospieszył niejaki Jędrzej Bielecki z „Rzeczpospolitej”, podając całkowicie zmyśloną informację, jakoby Marine Le Pen zaproponowała Jarosławowi Kaczyńskiemu współpracę w „demontażu Unii Europejskiej”, a antyrządowe media uczepiły się owej wiadomości jak pijany płotu. Tłumacząc się ze swojego kłamstwa Bielecki wyjaśnił, że wprawdzie Le Pen nie proponowała Kaczyńskiemu współpracy w demontażu Unii, natomiast jak najbardziej chciała mu ją zaproponować, więc wszystko jest w porządku. Oczywiście, że wszystko jest w porządku. A my już tylko możemy powiedzieć, że wprawdzie nic nam o tym nie wiadomo, by Bielecki napastował seksualnie małe dzieci, ale wystarczy rzucić okiem na jego twarz, by wiedzieć, że mógłby. Prawda?

*

W ogóle coraz częściej można odnieść wrażenie, że wbrew opinii popularnej zwłaszcza w kręgach ludzi kulturalnych i inteligentnych, twarz to jest jednak wyraz czegoś skrywanego głęboko w ludzkim sercu. Weźmy takiego posła Szczerbę. Człowiek pokazuje się w telewizorze, a wszyscy zgromadzeni przed telewizorami widzowie natychmiast sięgają po przeciwsłoneczne okulary, by nie oślepnąć od tego spojrzenia. Nic zatem dziwnego, że w pewnym momencie zagrożony został byt stacji TVP Info, bo politycy Prawa i Sprawiedliwości ogłosili strajk z jednym żądaniem: „Albo my albo Szczerba”, no i zdrowie obywatela wygrało. Mimo że o sprawie poinformowała sama Wirtualna Polska, Szczerbie nie udało się poruszyć serc kolegów z partii i Sejm wciąż pracuje.

*

Swoją drogą, czy nie zauważyli Państwo, że ostatnio w ogóle jakby nasza opozycja skapcaniała. I tu już nie chodzi o tak aktywnych dotychczas partyjnych działaczy, jak Sławomir Nitras, czy Agnieszka Pomaska, ale o najbardziej twardy elektorat Partii Miłości, czyli artystów estradowych. Nawet ktoś tak od zawsze wybitny, jak Zbigniew Hołdys, zamiast walczyć z faszyzmem, poszedł do kina na nowy film Scorsesego i popadł w zadumę, którą wyraził słowami: „Gdzie był Bóg?” Czyżby po raz kolejny potwierdzała się opinia, że niektórzy ludzie na starość dziecinnieją? Dowiemy się tego z całą pewnością za parę lat, kiedy Hołdys zada na Twitterze pytanie: „Jak robi koza?” i sam sobie z satysfakcją odpowie: „Beeeee”.

*

Skoro mowa o dzieciach, zaktywizował się natomiast sławny syn Zbigniewa Hołdysa imieniem Tytus, i postawił publicznie pytanie, ile dni urlopu miał prezydent Andrzej Duda od początku kadencji. Doceniając starania pana Tytusa, należy się jednak obawiać, że to nie jest dobry sposób na pocieszenie ostatnio wyjątkowo psychicznie roztrzęsionego elektoratu jednoczącej się w bólach opozycji. W końcu, ile to takiego Tytusa kosztuje, by zamiast coś pieprzyć o urlopach, wziąć przykład ze swojego utalentowanego taty i rzucić publicznie, że „Duda to chuj”.

*

Mój Boże, jak strasznie zrobiło się nudno! I to w momencie, gdy naprawdę wydawało się, że po wielkim sukcesie Donalda Tuska w Brukseli, oni wszyscy wyjdą na ulicę otwierać szampany. A tu zapanowała niemal grobowa cisza. Stacji TVN24 udało się ściągnąć do studia Janusza Zemke oraz Mariana Piłkę z prośbą, by skomentowali jakąś wypowiedź ministra Waszczykowskiego. Zemke wyraził opinię, że Saryusz-Wolski nie miał szans na objęcie stanowiska prezydenta Europy, natomiast Marian Piłka zadeklarował, że Wolski jest osobą obcą mu ideowo, program się skończył, a prowadzący rozmowę Piotr Marciniak poszedł do toalety i się pobeczał.

*

Zdecydowanie więcej szczęścia miał redaktor Kraśko w stacji TVN24 BIS, który posadził obok siebie byłego posła Ruchu Palikota Andrzeja Rozenka, dziś reprezentującego partię o nazwie „Biało-czerwoni”, oraz byłego posła Prawa i Sprawiedliwości Michała Kamińskiego, aktualnie w partii o nazwie „Europejscy Demokraci”. Obaj politycy, zgodnie jak Polak z Europejczykiem, szybko doszli do konsensusu i wspólnie oświadczyli, że Polska stoi dziś tylko przed jednym problemem: podczas gdy trzeba się szybko decydować, czy chcemy być na wschodzie, czy na zachodzie, PiS nas pcha na wschód. No a w związku z tym, przy najbliższym głosowaniu w Sejmie, każdy porządny człowiek powinien na stanowisko premiera poprzeć kandydaturę Grzegorza Schetyny. A my się już tylko zastanawiamy, czy naprawdę bez Kazimierza Marcinkiewicza nie można w tym kraju liczyć na to, że będziemy się wreszcie mogli trochę pośmiać?

*

Na szczęście po serii występów w programach TVN, kiedy wydawało się, że znów nam słynny Kaz zniknie na dłuższy czas, pomocną dłoń wyciągnął red. Robert Mazurek i przeprowadził z Marcinkiewiczem długą rozmowę na luźne tematy. Kiedy jednak pojawił się temat słynnej Isabel i opublikowanej przez nią ostatnio książki, Marcinkiewicz dostał cholery i poinformował Mazurka, że „gówno go to obchodzi”. Mazurek szybko zmienił temat i zapytał Marcinkiewicza, co go w takim razie obchodzi, na co ten pochwalił się, że mimo dojrzałego wieku, pragnie się rozwijać intelektualnie i w związku z tym zaczął się właśnie uczyć języka rosyjskiego. „Jeżdzę na wschód i to mi się przydaje”. I to jest oczywiście jakaś wiadomość. Jedni się nauczą niemieckiego, inni rosyjskiego, no i jest szansa, że w końcu wreszcie jakoś uda się nam zaczerpnąć powietrza.

*

Ciekawe dokąd się w dalszej kolejności uda Leszek Balcerowicz po tym, jak dopiero co, po zakończeniu swojej misji na Ukrainie, wrócił do kraju. Zapytany przez dziennikarzy o swoje osiągnięcia, odpowiedział, że „najważniejszym zadaniem, jakie miał do wykonania, było przygotowanie raportu z propozycjami reform, a odpowiedni dokument został przygotowany i przekazany władzom”. Jednocześnie Balcerowicz pochwalił ukraiński rząd za „ustabilizowanie budżetu oraz systemu bankowego, oraz za walkę z korupcją”. A może w takim razie już go nigdzie nie wysyłać, tylko zacząć szykować na prezydenta Warszawy? W końcu ktoś musi to całe bagno wysuszyć, a kto się lepiej do tego nadaje niż strategiczny doradca rządu Ukrainy?

*

No wreszcie jest coś naprawdę fantastycznego. Oto proszę sobie wyobrazić, że dwie posłanki Nowoczesnej, Rosa i Lieder, zainicjowały akcję pod nazwą „Posadź drzewa”, która z jednej strony miała stanowić odpowiedź na zbrodniczą w stosunku do polskich drzew działalność ministra Szyszki, a z drugiej pomóc Nowoczesnej wrócić na sondażowe pozycje sprzed sylwestrowego kryzysu. W związku z tym obie panie zwróciły się do warszawskiego ratusza o wyznaczenie terenów, gdzie one będą mogły sadzić te swoje drzewka. Niestety, jak się okazało, w tym samym czasie na identyczny pomysł i przy identycznej motywacji, wpadł wiceprezydent Warszawy, niejaki Olszewski, a więc naturalnie Ratusz prośbę Nowoczesnej zlekceważył. Jednocześnie też PSL wystartował z podobną akcją pod tytułem „Drzewo dla Polski”. Wprawdzie polityk Nowoczesnej Paweł Rabiej zaapelował, by „w kwestii wydawania zezwoleń na sadzenie drzew władze stolicy nie wykazywały się opieszałością”, jednak znając asertywność prezydent Warszawy, możemy się spodziewać, że zarówno PSL jak i Nowoczesna będą mogli sobie najwyżej posadzić coś u siebie w doniczce i w ramach retorsji nie poprzeć kandydatury Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera rządu.

*

No i wreszcie, już na sam koniec, musi się pojawić sam Grzegorz Schetyna. Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, już niedługo w Sejmie kandydat Platformy Obywatelskiej na premiera wygłosi najważniejsze przemówienie w życiu, w którym „skrytykuje rządy Prawa i Sprawiedliwości” i dzięki temu stanie się prawdziwym liderem opozycji. Wszyscy mamy nadzieję, że do tego dojdzie. W końcu skoro nie może być mądrze, nich przynajmniej będzie wesoło. Byleby nie za wesoło. Z takim Schetyną nigdy nic nie wiadomo. Ponieważ do dziś wszyscy pamiętamy, jak niedawno, w reakcji na uwagę Jarosława Kaczyńskiego, że on bierze pod uwagę możliwość, że Schetyna wierzy w to co mówi, ten o mało nie spadł z fotela ze śmiechu, życzymy mu, by sobie tego bon motu podczas swojego wystąpienia nie przypomniał, bo się jeszcze biedaczek zadławi i zostaniemy już tylko sami z Petru i Kukizem.



Od dziś w warszawskich Arkadach Kubickiego odbywają się Targi Wydawców Katolickich, na których jesteśmy i my. Stoisko Kliniki Języka oznaczone jest numerem 99 i znajduje się na samym końcu pasażu. Zapraszam. Dziś i jutro na Czytelników czeka Coryllus, natomiast ja będę podpisywał książki w sobotę i być może w niedzielę. Zapraszam.


środa, 29 marca 2017

Czy bez Andrzeja z Działdowa Platforma Obywatelska odzyska władzę?

      Ponieważ od czasu jak TVP została przejęta przez rząd Dobrej Zmiany i tak zwany antypis został zmuszony do tego, by się nieco w swoich ambicjach ograniczyć, ostatecznie zrezygnowałem z usług telewizji TVN24. W związku z tym wszystkie informacje dotyczące tego, co oni do nas mówią, czerpię z Sieci, a konkretnie z Twittera, gdzie nic z tego, co tam się godnego uwagi dzieje, nie przechodzi niezauważone. No ewentualnie, przyznaję, niekiedy, by zorientować się w bieżącym stanie rzeczy, zaglądam do portalu tvn24.pl i to głównie stamtąd pozyskuję wiadomość, że gdzieś w Berlinie, czy w Brukseli doszło do ataku terrorystycznego, lub że ewentualnie w Łodzi jakiś ksiądz pobił dziecko, które postanowiło zaprezentować się w kościele z puszką piwa.
      Z tych samych zatem źródeł dowiaduję się, że od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość uzyskało niczym nie skrępowany dostęp do mediów, telewizja TVN24, z naprawdę nielicznymi wyjątkami, służy w chwili obecnej wyłącznie do utrzymywania w publicznej przestrzeni takich trupów, jak Włodzimierz Cimoszewicz, czy Jerzy Buzek. Z tego co udało mi się zauważyć, stacja TVN24, kiedy wszyscy mający jakiekolwiek znaczenie politycy i komentatorzy przenieśli się do TVP Info, TVN, aby wypełnić swoje 24 godziny jakimiś twarzami, musi się zdać na tych, o których w przeciwnym wypadku normalnie odbierający świat człowiek, by już dawno skutecznie zapomniał. Stąd też tam nie ma dnia, by obok wspomnianych Cimoszewicza i Buzka, nie pojawili się Michał Kamiński, Roman Giertych, Andrzej Rzepliński, Robert Biedroń, Marek Belka, Ryszard Kalisz, Leszek Balcerowicz, Jerzy Wenderlich, Marek Jurek, Janusz Zemke, Andrzej Olechowski, Ludwik Dorn, Kazimierz Marcinkiewicz, Ryszard Bugaj, Lech Wałęsa, Jan Rokita, Aleksander Smolar, Dariusz Rosati, Aleksander Kwaśniewski, czy któryś z artystów, jak Daniel Olbrychski, czy Agnieszka Holland.
      Kierownictwo stacji eksploatuje wręcz do porzygania te wszystkie gnomy, tak jakby autentycznie wierzyło, że oto przed nami intelektualne kadry, które w odpowiednim momencie przejmą stery władzy. Mało tego. Obserwując to, co się tam wyprawia, można odnieść wrażenie, że oni autentycznie uwierzyli, że zapoznając naród z tym, co Zemke z Holland mają do powiedzenia, czas owego przejęcia nie dość, że uczynią bardziej realnym, to jeszcze go znacznie przybliży. A ja muszę przyznać, że tego ich planu nie jestem w stanie przejrzeć. Autentycznie nie jestem w stanie pojąć, jak oni mogli sobie wyobrazić, że dzięki tego typu reklamie uda im się ów projekt sprzedać. Przecież to się nie może udać. To już prędzej Kurski zmieni nazwę Wiadomości TVP na „Dziennik Telewizyjny” z oryginalną muzyką Wojciecha Kilara, wygrzebie z jakichś postubeckich spółek tych wszystkich Stefanowiczów, czy Woźniaków, posadzi ich przed kamerami zamiast Holeckiej i Adamczyka, każe im robić tak zwany przekaz dnia i wzbudzi tym autentyczny entuzjazm. I daję słowo, że nie może być inaczej, jeśli a konto polityki rządu Prawa i Sprawiedliwości, Andrzej Morozowski będzie nadal przepytywał Ryszarda Kalisza, a Monika Olejnik Andrzeja Olechowskiego.
      No dobra, przyznaję, że widzę dla nich jeszcze jedną szansę. Niech oni w cholerę zamkną cały ten interes i wyłącznie między 22 a 23 nadają powtórki Szkła Kontaktowego z minionych 12 lat. Codziennie, z wszystkimi telefonami od Andrzeja z Działdowa, oraz esemesami od Marii z Piły, z każdym kolejnym żartem, każdym rozsznurowanym butem i krzywo zapiętym guzikiem Jarosława Kaczyńskiego, tak wieczór w wieczór przez kolejne miesiące i lata. Może gdzieś w okolicach roku 2025 coś drgnie i wtedy wystarczy, że z orędziem wystąpi Ryszard Bugaj i będzie można przejąc władzę. Inaczej nic z tego.



Już jutro w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców katolickich, na których, jak co roku, będziemy. Gdy chodzi o mnie osobiście, przyjadę do Warszawy w sobotę rano i zostanę do wieczora. Co w niedzielę, tego jeszcze nie wiem, ale na pewno wcześniej dam znać. Zapraszam.

wtorek, 28 marca 2017

Czy Joanna Lichocka lubi ministra Waszczykowskiego?

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, co znaczna część sympatyków Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie, zupełnie naturalnie, rządu Beaty Szydło, myśli sobie o ministrze Waszczykowskim i jaką przyszłość dla niego planuje, gdyby jednak kogoś interesowało moje zdanie, pragnę tu stanowczo zadeklarować, że jeśli już miałbym kontestować to, co się w ramach tego projektu dzieje, to Witold Waszczykowski nie mieściłby się nawet w pierwszej dwudziestce. Ktoś powie, że ponieważ wszyscy znają moją przewrotność, w owej deklaracji nie ma nic dziwnego, i ja tu od razu muszę złożyć kolejną deklarację. Owszem, ile razy widzę, że wokół czy to jakiegoś wydarzenia, czy choćby pojedynczej osoby zaczyna się zbierać grupa ludzi, która mówi dokładnie to samo, podpierając się dodatkowo dokładnie takimi samymi argumentami, w sposób naturalny wolę się trzymać od nich z daleka. Podobnie jest oczywiście w przypadku Waszczykowskiego. Ja go mam na oku właściwie od pierwszej chwili jak się pokazał publicznie i nie mogłem nie zauważyć, że wrogość jaką on zaczął budzić po wszystkich właściwie stronach politycznej sceny była co najmniej irracjonalna. Jasne, że on nigdy nie robił wrażenia kogoś szczególnie sympatycznego, a jego wypowiedzi zbyt często wskazywały na to, że on się zupełnie nie liczy z tym, co sobie o nim pomyśli iluś tam dziennikarzy, polityków, czy nawet wyborców, dla mnie jednak to ani przez chwilę nie był wystarczający powód, by się na niego zżymać, a tym bardziej odwracać się do niego plecami. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że ja sobie nie przypominam, by on kiedykolwiek powiedział nieprawdę, lub zachował się głupio, czy nieprzyzwoicie. Niedyplomatycznie, owszem. Nieprzyzwoicie, nigdy.
      Jednak nie to jest pierwszy powód, dlaczego dziś Waszczykowskiego postanowiłem bronić. Rzecz w tym, że jeśli mam wskazywać na ludzi związanych z obecnym obozem władzy, których w najlepszym dla nich wypadku nie toleruję, to Waszczykowski nie stanowi dla nich jakiejkolwiek konkurencji. Weźmy choćby wspomnianego tu ledwo co Jarosław Gowin, o którym nawet nie mam ochoty myśleć, a co dopiero po raz kolejny pisać. Bardzo źle również znoszę ministra Glińskiego, czy rzecznika rządu Bochenka. Uważam też, że nie zaszkodziłoby szefem Kancelarii Premiera uczynić kogoś, że tak powiem, bardziej lotnego od Beaty Kempy, a ministrowi Błaszczakowi zdecydowanie odradzić występy w telewizji, tak by nie daj Boże wyborcy nie zorientowali się w końcu, że on nie dość, że ich traktuje jak ostatnich durniów, to jeszcze się tym chwali. Bardzo też bym był szczęśliwy, gdyby, skoro oni już muszą być posłami, do reprezentowania partii w trakcie telewizyjnych debat, zamiast redaktor Lichockiej, czy posła Żalka, Prawo i Sprawiedliwość wystawiało choćby puste wiadro. A tuż już miejsca by zabrakło, gdybym miał wspominać całą tę bandę niepokornych jak jasna cholera dziennikarzy, zaczynając od Marcina Wolskiego, przez Stanisława Janeckiego, a kończąc na Witoldzie Gadowskim. To oni bowiem wszyscy moim zdaniem stanowią prawdziwy problem Prawa i Sprawiedliwości, a nie minister Waszczykowski. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że gdy chodzi o Waszczykowskiego, cokolwiek on zrobi lub powie, nie ma takiej możliwości, byśmy mu mogli zarzucić, że on nas traktuje jak zbieraninę ciemnych ludków, że już nie wspomnę o tym, że przynajmniej nie wygląda, jak znaleziony w bramie menel.
      Waszczykowski to człowiek nieznośnie poważny i niech nikt się nie łudzi, że kiedy on do nas będzie mówił, to choćby na chwilę ową powagę zechce zastąpić nędzną kokieterią. Dziś wszyscy jeden przez drugiego dostają cholery na Waszczykowskiego za to, że ten, kiedy już wszystko rzekomo układało się tak pięknie, ni stąd ni z owąd wyskoczył z pretensjami do Brukseli o sfałszowanie niedawnych wyborów na Przewodniczącego Rady Europejskiej. I nie chodzi mi tu wcale ani o ten cały, mniej lub bardziej zorganizowany „antypis”, ale o tak zwanych „naszych”, którym gapienie się w tę całą politykę, do tego stopnia poprzestawiało klepki we łbach, że gotowi są wręcz twierdzić, że Waszczykowski jest zwyczajnie „głupi”. I pomyśleć tylko, że jeszcze tak niedawno dla każdego z nas to, co właśnie oficjalnie powtórzył minister Waszczykowski, stanowiło jak najbardziej oczywistą oczywistość. Proszę mi pozwolić przypomnieć tu komentarz naszego wybitnego kolegi Orjana, który tuż po owym fałszerstwie napisał co następuje:
Moim zdaniem, Tusk jest uzurpatorem. Dowód mieści się w pytaniu: ile głosów otrzymał w wyborach Saryusz-Wolski. Powinien mieć w protokołach szczytu 1 głos za (Polski). Jeśli w dokumentach szczytu nie ma takiego wyniku, to znaczy, że wybory nie odbyły się.
Drugie pytanie: ile głosów za, ile przeciw (tu powinno być przynajmniej 1), ile wstrzymujących się zostało zapisane w protokole wyborczym szczytu za Tuskiem. Brak któregoś ustalenia w protokole = wyborów nie było.
Polska nie podpisała konkluzji szczytu. Kwestia, czy wybory należały do szczytu, czy nie należały, ergo brak konkluzji na skutek wyboru nie wpływa, jest tylko interpretacją. Wyborów nie ustala się z interpretacji, lecz z protokołu wyniku wyborów.
W byle spółce z o.o. sąd KRS nie wpisałby takiego ‘wyboru’ Tuska do rejestru. To jest szwabska hucpa, a nie krool Europy.
Czy są argumenty przeciwne? Ale proszę darować sobie argumenty oparte na sile i przewadze. W końcu nie na nich ma polegać demokracja. Raczej inny ustrój”.
      I jeszcze to:
Czy ktoś potrafi podać wiarygodne źródło opisujące przebieg ponownego ustanowienia Tuska?
Celowo piszę ‘ustanowienia’, bo tam - zdaje się - w ogóle nie doszło do wyborów, co - gdyby tak istotnie było - samo w sobie byłoby urągowiskiem w miejsce demokracji tak drogiej Niemcom i Timermansom wszelkiego lotu.
Otóż nie ma mowy o wyborach wtedy, gdy nie dopuszcza się głosowania na wszystkich kandydatów konkurujących między sobą. Tymczasem, tam - to akurat zdaje się pewne - nie głosowano o wybór między Tuskiem a Saryuszem Wolskim. Już to wystarczy, aby zakwestionować, iż Tusk został wybrany. Jest ‘ustanowiony’, ale nie jest wybrany.
Z kolei samo ‘ustanawianie’ Tuska miało - ponoć - taki przebieg, iż zapytano, kto jest przeciw? Na to podniosła się tylko jedna, polska ręka - przeciw. Dalej nie pytano. Stąd wynika, iż 27 głosów za Tuskiem należy do kategorii Urban legends przy czym ‘Urban’ należy pisać z dużej litery.
Ten moment także składa się na pyrrusowy wymiar sukcesu Tuska. To nie jest zwycięstwo, ale solidna, niemiecka instalacja.
Jednak w skali długookresowej Niemcy jeszcze nigdy niczego nie wygrali tak skierowaną solidnością. Natomiast Pyrrusem nie ma się co zajmować”.
      A więc, czy są argumenty przeciwne? Czy argumentem przeciwnym jest może to, że Waszczykowski jest głupi, bo szkodzi realizacji misternego planu, który ma Polsce zapewnić zwiększone wpływy w przekręcie , który się nazywa „Wspólna Europa”? A może argumentem jest to, że skoro znaleźliśmy się w tak znakomitym towarzystwie jak owa banda uzurpatorów kierowana wspólnie i w porozumieniu przez Timmermansa, Junkera i Tuska, powinniśmy się dostosować i przynajmniej przestrzegać podstawowych reguł dyplomacji? A może tam jest jeszcze coś, o czym nie wiem? Otóż z mojego punktu widzenia, najgorsze co byśmy zrobili, to przejście do porządku dziennego nad owym przekrętem, czy, jak to ładnie określił nasz kolega, „Pyrrusem”.
      Ja nie mam złudzeń, że od naszego gadania ta skamielina choćby stęknie. Mowy nie ma. Dlatego oczywiście polski rząd powinien robić to co do niego należy, mając w perspektywie kolejne potyczki, z których ta, o której dziś rozmawiamy, wcale nie musi być najgorsza. No i mieć na uwadze fakt, że jeśli z następnych wyborów nie wyjdziemy wzmocnieni, nikt nam tego nie wybaczy, a śmiechu, jaki się rozlegnie wokół, nic nie zagłuszy. No a już z całą pewnością powtarzanie sobie, że to wszystko przez Waszczykowskiego, co nie umiał powstrzymać języka, kiedy sytuacja tego wymagała.


Przypominam, że już pojutrze w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, w których planuję brać osobisty udział. Jak się dziś wydaje, jedynie w sobotę, no ale tym bardziej zapraszam wszystkich, którzy mieliby przyjemność się spotkać. Proszę wypatrywać szczegółów, czy to tutaj, czy na blogu Coryllusa.

poniedziałek, 27 marca 2017

Peter Sutcliffe, człowiek którego zdradził diabeł

Już wkrótce ukaże się kolejny numer miesięcznika „Polska bez cenzury”, w którym przyszło mi regularnie zamieszczać różne kryminalne kawałki, a zatem dziś może tu na blogu umieszczę tekst, który znalazł się w wydaniu poprzednim, o takim jednym Sutcliffe’ie. Bardzo się starałem, żeby to nie była jeszcze jedna okazja do głupich dreszczy. Polecam.


      Niejednokrotnie zastanawialiśmy się, czemu jedna piosenka, znacznie lepsza i ciekawsza od drugiej, nie budzi tak wielkiego zainteresowania, jak tamta? Czemu film zdecydowanie wybitniejszy od innego nie jest tak nagradzany, jak tamten? Czemu książka naprawdę znakomita nie jest tak popularna, jak jakieś oczywiste badziewie? Czemu historyczne wydarzenie o naprawdę wielkiej mocy nie może się równać z czymś zupełnie nieważnym, natomiast z jakiegoś powodu popularnym? Czemu wreszcie człowiek naprawdę wybitny w swojej dziedzinie pozostaje całkowicie nieznany w porównaniu z kimś, kto owszem, coś tam w życiu zrobił, jednak naprawdę nic choćby w połowie tak znaczącego?
      Przypomniałem sobie ów dylemat przy okazji historii Brytyjczyka nazwiskiem Peter William Sutcliffe, który zapisał się w historii, jako tak zwany Rozpruwacz z Yorkshire. Ów przydomek „Rozpruwacz” zdobył Sutcliffe z tej oto okazji, że w latach 1975-1980 z niezwykłą brutalnością zamordował co najmniej 13 kobiet i co najmniej siedem zamordować usiłował. Ponieważ większość z jego ofiar trudniła się prostytucją, a brutalność, z jaką Sutcliffe działał, bardzo przypominała to, co znamy z historii słynnego Kuby Rozpruwacza, media natychmiast skojarzyły go z owym prawdziwym bohaterem nie tylko wiktoriańskiej Anglii.
      Tymczasem wydaje się, że to czego dokonał tamten człowiek, nie może się nawet równać z dokonaniami Petera Sutcliffe’a. Przede wszystkim musimy pamiętać, że ów do dziś nie zidentyfikowany człowiek grasujący po Londynie w roku 1888, zamordował te pięć biednych kobiet w ciągu jednego tylko roku, a potem rozpłynął się w londyńskiej mgle i świat o nim już nigdy nie usłyszał. Sutcliffe natomiast nie pozwolił o sobie zapomnieć przez pięć długich lat, no i na sumieniu miał znacznie więcej ofiar, niż jego słynny rodak. A zatem skąd ta niesprawiedliwość w traktowaniu obu. Czyżby poszło o to, że każdy z nich miał piar na innym poziomie?
      Ja mam tu oczywiście swoją teorię, która sięga znacznie dalej i głębiej niż tylko do odwiecznych praw rządzących rynkiem kultury popularnej, które z całą pewnością miały tu coś do powiedzenia, a więc choćby i te związane z podejrzeniem, że owe pięć tak zwanych „kanonicznych” morderstw z roku 1888, nie stanowiły indywidualnego gestu jednego pomyleńca, lecz tworzyły część ogólnego rytuału satanistycznego, którego nieodłączną częścią była ówczesna Anglia. I moim zdaniem to właśnie te same siły, które wydały wyrok na tamte kobiety, dbają o to, by ich dzieło tworzyło również współczesną historię człowieka. Inna sprawa, że sposób w jaki brytyjska policja owemu Sutcliffe’owi dała wręcz wolną rękę, by robił co mu przyjdzie do głowy też nie stanowi powodu do szczególnej dumy. A zatem, nawet jeśli Sutcliffe będzie nazywany dalej Rozpruwaczem z Yorkshire, nigdy nie zostanie bohaterem ludzkiej świadomości. Dziś więc zrobimy ten wyjątek i porozmawiamy o nim.
      Urodzony w roku 1946, dorastał w typowej angielskiej robotniczej rodzinie. Jak wielu jego kolegów, kiedy skończył 15 rok życia, rzucił szkołę i potem, przez kolejne lata, trochę pracował, trochę był z pracy wyrzucany, a trochę się snuł po mieście bez celu. W 1974 roku poślubił dziewczynę nazwiskiem Sonia Szurma. Dzieci nie mieli, natomiast Sonia pracowała jako nauczycielka i to właśnie dzięki jej pracy, Sutcliffe’owie kupili dom i nikt ani przez chwilę nie przypuszczał, że oto tuż obok rodzi się coś tak strasznego. Wedle relacji ludzi, którzy go znali, w żadnym momencie swojego życia nie wysyłał Sutcliffe jakichkolwiek sygnałów, że dzieje się z nim coś złego.
      Pierwszego ze swoich wielu ataków Sutcliffe dokonał już w roku 1969, kiedy to uderzył napotkaną przypadkowo prostytutkę w głowę zawiniętym w skarpetkę kamieniem. Policja bardzo łatwo wpadła na trop Sutcliffe’a, ponieważ jednak kobieta nie chciała się angażować w sprawy karne, sprawa została natychmiast zamknięta. Po sześciu latach, Sutcliffe zaatakował niejaką Annę Rogulską uderzając ją młotkiem w głowę i rozcinając jej nożem brzuch. Kobieta przeżyła, jednak już nigdy nie odzyskała zdrowia. Krótko potem, dokładnie w ten sam sposób, zaatakował Olivię Smelt, bijąc ją młotkiem w głowę i kalecząc nożem, jednak i ona szczęśliwie przeżyła. Kolejną ofiarą Sutcliffe’a została przypadkowo napotkana dziewczynka, 14-letnia Tracy Browne, która mimo, że pięciokrotnie uderzona w głowę młotkiem, zdołała uciec i przeżyła. Co ciekawe, podała też policji wręcz fotograficzny rysopis Sutcliffe’a, którego policja jednak ani wtedy, ani nigdy później, nie uznała za godny zainteresowania i mimo że Sutcliffe przez długie pięć lata kręcił się im niemal pod nogami, pozwoliła mu bezkarnie działać.
      Dopiero za czwartym razem Sutcliffowi udało się doprowadzić swoje czarne dzieło do końca. Wilma McCann została najpierw dwukrotnie uderzona w głowę młotkiem, a następnie ciężko okaleczona, w wyniku czego zmarła. W roku 1976 Sutcliffe zamordował kobietę nazwiskiem Emily Jackson, najpierw tradycyjnie pozbawiając ją młotkiem przytomności, następnie wielokrotnie raniąc śrubokrętem w szyję, piersi i brzuch. Parę miesięcy później ofiarą Sucliffe’a padła 20-letnia Marcella Claxton. Sufcliffe uderzył ją w głowę młotkiem, jednak z niewiadomego powodu, zostawił żywą. W lutym roku 1977 Sutcliffe najpierw zatłukł na śmierć niejaką Irene Richardson, a następnie rozczłonkował jej ciało. Dwa miesiące później jego ofiarą padła Patricia Atkinson, prostytutka z Bradford.
      Po kolejnych dwóch miesiącach Sutcliffe zamordował 16-letnią Jayne MacDonald z Leeds i to wydarzenie miało znaczenie szczególne z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że Jayne była młodą dziewczyną, w żaden sposób nie związaną z prostytucją, strach padł już na wszystkie kobiety. Druga natomiast rzecz to ta, że Sutcliffe zabił Jayne przez pomyłkę i, jak sam wielokrotnie twierdził, tu jest mu z tego powodu „cholernie przykro”. Jayne MacDonald pracowała jako sprzedawczyni w sklepie, a w sobotę 25 czerwca, jak zwykle, poszła ze znajomymi do baru. Tam poznała 18-letniego chłopaka, z którym się zaprzyjaźniła. Wspólnie spędzili resztę wieczoru, około 1.30 rozstali się, chłopak poszedł do domu, a Jayne na postój taksówek. Ponieważ akurat taksówek nie było, zdecydowała, że wróci do domu na piechotę. No i tam właśnie wytropił ją Sutcliffe i sądząc, że widzi jakąś późną dziwkę, zaszedł ją od tyłu, uderzył młotkiem, kiedy upadła, zaciągnął ją i na pobliski plac zabaw, tam uderzył ją jeszcze raz, zdarł z niej ubranie, kilkanaście razy ranił nożem w pierś i w plecy, a następnie poszedł do domu.
      Miesiąc później Sutcliffe ciężko poranił Maureen Long, jednak czymś spłoszony, zostawił ją, by zmarła. W październiku ofiarą Sutcliffe’a padła prostytutka z Manchesteru, Jean Jordan. Los tej biednej kobiety jest dla nas szczególnie poruszający i to nawet nie przede wszystkim dlatego, że tego, co jej uczynił Sutcliffe, nie powstydziłby się nawet Rozpruwacz londyński, ale przez to, że ta właśnie historia niesie ze sobą przekaz tak głęboki, że ona sama starczyłaby za osobną opowieść. I choć, jak już wspomnieliśmy, w przypadku Sutcliffe’a nie mamy w żadnym wypadku do czynienia z zabójstwami rytualnymi, tu akurat pojawia się coś, co być może przez swego rodzaju magiczność, robi jeszcze większe wrażenie i daje jeszcze więcej do myślenia.
      Jak już wspomnieliśmy, sposób, w jaki Sutcliffe potraktował ciało Jean, w niczym nie przypominało, owszem, bardzo brutalnych, jednak wciąż pozostających w owym szczególnym standardzie, wcześniejszych czynów. A wszystko zaczęło się tak że Sutcliffe wynajął prostytutkę, najpierw wręczył jej nowiusieńki banknot pięciofuntowy, następnie wsadził ją do swojego samochodu, wywiózł w odludne miejsce i tam zadał jej kilkanaście ciosów młotkiem w głowę, zwłoki zaciągnął w krzaki i wrócił do Leeds. Po pewnym czasie uświadomił sobie, że zapomniał zabrać banknot, który jako całkowicie nowy i pochodzący z najświeższej wypłaty, jeśli wpadnie w ręce policji, łatwo doprowadzi go do zguby. Przestraszony czekał na wiadomości, a kiedy minął tydzień i nie pojawił się ślad informacji o zamordowanej prostytutce, postanowił wrócić do ciała Jane i odebrać swój banknot. Przyjechał więc na miejsce, odnalazł Jane i pierwsze co zrobił, to przeszukał jej torebkę. Niestety banknotu nie znalazł. Zaczął więc przeszukiwać ubranie, no i tam oczywiście również pięciu funtów nie było. Czy to w wyniku niespotykanego aktu opętania, czy tylko strachu przed czymś, czego zrozumieć nie potrafił, uznał, że znajdzie swój banknot nawet jeśli będzie musiał rozerwać ciało Jane na strzępy, co zresztą uczynił. Na koniec jakimś znalezionym w pobliżu kawałkiem szkła odciął Jane głowę i tam również nie znalazłszy banknotu, cały roztrzęsiony, wrócił do Leeds. Oczywiście w końcu policja znalazła owe pięć funtów, który Jane starannie schowała w małej bocznej kieszonce torebki, okazało się przy tym, że Sutcliffe przecenił profesjonalizm policji i mógł działać dalej.
      14 grudnia Sutcliffe zaatakował prostytutkę z Leeds nazwiskiem Marilyn Moore. Szczęśliwie ofiara przeżyła i przekazała policji jego rysopis, wciąż bez efektu. W styczniu roku 1978 Sutcliffe znów zaatakował. Tym razem jego ofiarą padła Yvonne Pearson, 21-letnia prostytutka z Bradford. Jej ciało zostało znalezione dopiero po dwóch miesiącach pod wyrzuconą na śmietnik kanapą. Również w styczniu, Sutcliffe zamordował 18-letnią prostytutkę nazwiskiem Helen Rytka. W roku 1978 uderzył jeszcze tylko raz, zabijając niejaką Verę Millward.
      Minął rok zanim zaatakował ponownie. W kwietniu 1979 roku zamordowana została 19-letnia urzędniczka Josephine Whitaker, stając się jednocześnie pierwszą z ostatnich sześciu ofiar Sutcliffe’a, nie prostytutek, lecz zwyczajnych kobiet. 1 września zamordowana została Barbara Leach, 20-letnia studentka. W kwietniu 1980 roku Sutcliffe został zatrzymany za jazdę po pijanemu. Czekając na rozprawę, zabił kolejne dwie kobiety, 47-letnią Marguerite Walls oraz 20-letnią studentkę Uniwersytetu w Leeds, Jacqueline Hill. Przypuścił jeszcze trzy kolejne ataki, na szczęście wszystkie trzy kobiety przeżyły.
      Wreszcie, 2 stycznia 1981 roku, Sutcliffe został zatrzymany, kiedy jechał samochodem w towarzystwie 24-letniej prostytutki, Olivii Reivers. Ponieważ okazało się, że tablice samochodu są sfałszowane, Peter Sutcliffe został ostatecznie aresztowany i wreszcie sprawdzony bardziej dokładnie.
      Czy to przez wyrzuty sumienia związane z wręcz skandalicznymi zaniedbaniami policji, czy też z naturalnego poczucia oburzenia ogromem tych zbrodni, mimo wielokrotnie potwierdzonego faktu, że Sutcliffe jest jednoznacznie obłąkany, brytyjski sąd uznał go za osobę w pełni świadomą swoich czynów, skazał go na wielokrotne dożywocie i wpakował prosto do więzienia. Już na samym początku swojego pobytu w Parkurst na wyspie Wight, niejaki James Costello wbił Sutcliffe’owi w policzek potłuczony kubek, oszpecając go do końca życia. Jednak już w roku 1984, kiedy okazało się, że nie da się dłużej ukrywać prawdy, ostatecznie Sutcliffe trafił do legendarnego szpitala psychiatrycznego Broodmoor. Jednak nawet i tam, nie mógł się czuć bezpiecznie. Najpierw niejaki Paul Wilson próbował Sutcliffa udusić kablem od słuchawek, niestety jego krzyki usłyszało dwóch innych pacjentów i Sutcliffe przeżył. Krótko potem, człowiek nazwiskiem Ian Key zaatakował Sutcliffe’a zwykłym długopisem marki Pelikan, wybijając mu jedno oko i uszkadzając drugie. Zapytany, czemu to zrobił, powiedział: „Jemu te dziewczyny podobno kazał zabić Bóg. Ja go chciałem zabić na życzenie Szatana”.
      22 grudnia 2007 roku Sutcliffe został ponownie zaatakowany, kiedy to niejaki Patrick Surdeda rzucił się na niego z kuchennym nożem, próbując wydłubać mu drugie oko. I tym razem jednak Sutcliffe miał szczęście i nóż jedynie rozciął mu policzek. 17 lutego 2009 roku lekarze dali się przekonać opinii publicznej, że Sutcliffe już jest całkowicie zdrowy i może opuścić szpital, co oczywiście oznaczało powrót do więzienia i na co sam zainteresowany nie miał najmniejszej ochoty. Po wieloletniej jednak batalii, w roku 2016, Sutcliffe został ostatecznie przewieziony do więzienia Frankland w Durham i z tego co wiemy, dziś, poza normalnymi dolegliwościami wieku starczego, martwi go głównie to, że to drugie oko mu ostatnio niebezpiecznie nawala i że kiedy zupełnie oślepnie, nie będzie mógł oglądać telewizji, co pod koniec życia stało się dla niego podstawową rozrywką.
      A my kończąc to wspomnienie możemy już tylko się po raz kolejny zadumać nad potęgą tak zwanego pijaru. W końcu, nie oszukujmy się: to że sława takiego Kuby Rozpruwacza zdążyła przyćmić kogoś takiego, jak Peter Sutcliffe, stanowi rażącą niesprawiedliwość. I tego faktu nie usprawiedliwia nawet fakt, że londyńskiemu rozpruwaczowi nie dane było pójść do więzienia i przeżyć tam aż tyle ciekawych przygód.


Przypominam że już w najbliższą sobotę pojawię się w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich, organizowanych każdego roku w Arkadach Kubickiego. Najprawdopodobniej będę tam tylko w sobotę, no ale jeśli porządnie powieje, kto wie czy nie zostanę do niedzieli. Proszę wypatrywać szczegółowych informacji, no i korzystać z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl

niedziela, 26 marca 2017

Interes wartości, czyli dekalog Jarosława Gowina

       Opowiadałem to już tu kiedyś, ale tak wyszło, że muszę tę historię opowiedzieć raz jeszcze. Otóż pewnego dnia, przed wielu, wielu laty, kiedy jeszcze z Katowic do Krakowa jeździło się pociągiem, a marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość odzyska kiedykolwiek władzę, były wyłącznie marzeniami, zdarzyło mi się być we wspomnianym Krakowie i jakimś niezbadanym cudem losu, tuż po wyjściu z dworca kolejowego, wlazł mi w drogę nie kto inny, jak wówczas minister w rządzie Platformy Obywatelskiej, a dziś minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ już wtedy byłem zaledwie starszym panem, który ostatnie czego pragnie to wziąć udział w jakimś bezsensownym happeningu, obszedłem Gowina z godnością, natomiast przyznaję, że ból jaki odczuwam do dziś w związku z tym, że, wykorzystując ową niezwykłą okazję, nie kopnąłem go przynajmniej w tę walizeczkę na kółkach, którą za sobą ciągnął, nie opuszcza mnie do dziś.
      Nie poczułem się zatem ani trochę lepiej, kiedy w tych dniach dotarła do mnie wiadomość, że ów Gowin udzielił wywiadu Radiu Zet i komentując zgłoszenie przez Platformę Obywatelską wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło, oraz wyznaczenie Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera, oświadczył ni mniej nie więcej, jak to mianowicie:
Lubię i szanuję Grzegorza Schetynę, ale polityka jest kwestią wartości interesów, a nie osobistych sympatii, bądź antypatii. Czy to znaczy, że w tym wypadku interes przeważa? I wartości przeważają i interes przeważa. Również interes Polski. […] Natomiast ja nie należę do tych polityków, którzy uważają, że moralne triumfy są tożsame z politycznymi sukcesami. Ja wolę mieć polityczne sukcesy nawet wtedy, kiedy nie mam poczucia wielkiego moralnego triumfu”.
      Mam nadzieje, że wszyscy dokładnie zapoznaliśmy z ową eksplozją myśli, wbrew pozorom dopiero w ostatniej kolejności politycznej. Oto mamy człowieka, który stając wobec wyboru: wartości, czy interes, najpierw oświadcza, że on osobiście zamierza bronić „wartości interesów”, następnie poproszony o jasną deklarację, czy w zastanej sytuacji on wybiera wartości, czy interes, odpowiada, że w jego ocenie przed wartościami stoi interes, a nad interesem wartości, by wreszcie oświadczyć, że dla niego ostatecznie polityczny sukces jest większą wartością niż triumf moralny.
      Ponieważ w moim odczuciu, w tym z czym mieliśmy to nieszczęście zapoznać się chwilę temu, mieści się całe zło współczesnego świata, nie pozostaje mi nic innego jak zaapelować do władz Prawa i Sprawiedliwości, by nie oglądając się na nic, wywaliły Gowina na zbity pysk zarówno z rządu, jak i w ogóle z całej tej przestrzeni, która kojarzy się publicznie z Prawem i Sprawiedliwością. Nawet jeśli ów gest będzie oznaczał upadek rządu i kolejne osiem lat w opozycji, korzyści jakie dzięki temu uzyskamy – choćby to były zaledwie korzyści moralne – znacznie przewyższą spustoszenia, jakie obecność tego gnoma czyni w obozie Dobrej Zmiany. Powiedzmy to sobie jasno. Ten człowiek to czyste zło i ja wcale nie jestem pewien, czy od czasu, gdy tu się jeszcze miał okazję kręcić Bronisław Gieremek, Polska doznała tego rodzaju upokorzenia.

Zapraszam niezmiennie do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i z góry gratuluje dobrego wyboru. Przy okazji chciałbym poinformować, że w już w najbliższą sobotę przyjeżdżam do Warszawy na organizowanie dorocznie w arkadach pod Zamkiem Targi Wydawców Katolickich. Jeśli nie wystąpią jakieś nieoczekiwane okoliczności, będę na stoisku wyłącznie w sobotę. Natomiast już w kolejny weekend, również w Warszawie, będę się spotykał z Czytelnikami na kolejnych targach targach, tym razem zarówno w sobotę jak i niedzielę. O szczegółach będę informował na bieżąco.





sobota, 25 marca 2017

Casting na nowego naczelnego "Newsweeka", czyli o repolonizacji Łukasza Warzechy

Znów przed nami piękny weekend, a zatem cieszmy się Bożym Dziełem, a ja przy okazji polecam swój najnowszy felieton w „Warszawskiej Gazecie”. Serdecznie zachęcam do czytania całości numeru. Od wczoraj w kioskach.

      Powiem uczciwie, że od pierwszej chwili, kiedy to Niemcy ze Springera w roku 2003 zaczęli się instalować w Polsce z dziennikiem „Fakt”, na jego naczelnego wzięli sobie Grzegorza Jankowskiego, a następnie zaczęli w sposób wręcz bezczelnie otwarty robić kampanię wyborczą PiS-owi, czułem że za tym muszą stać jakieś wyjątkowo ciemne interesy na poziomie zbliżonym do wcześniejszej akcji ostatecznej anihilacji SLD. Moich podejrzeń nie osłabiły ani dochodzące do mnie informacje, że Jankowski to patriota, jakiego Polska nie widziała, że czołowym felietonistą dziennika został Łukasz Warzecha i że dla niemieckiego właściciela tytułu walka o zwycięstwo PiS-u stanowi cel równie pierwszorzędny, jak codzienne wyszukiwanie kolejnych okrwawionych ciał, które będzie można dać na okładkę i dobrze sprzedać. Ową nieufność tym łatwiej sobie ceniłem, im częściej obserwowałem sposób, w jaki Niemcy dbają o pozostałą część rynku, organizując przeciwko Polsce oddziały, które ostatecznie zmiotą ze sceny wszystko, co się rusza i próbuje mówić po polsku. To wtedy też mój stosunek do takich twarzy Springera jak Warzecha, Karnowski, Gmyz, Mistewicz, czy Majewski, uzyskał postać, jakiej się trzymam do dziś.
      Prawda bowiem jest taka, że bez względu na to, czy oni tkwili tam przez całe lata wierząc, że służą polskiej sprawie, czy świadomie realizowali pewien plan, który dziś już jest chyba jasny dla wszystkich, oni dziś nie mają prawa wypowiadać się na temat wolności mediów, oraz etyki dziennikarskiej. A o mojej racji doskonale świadczy to, co się wyprawia już nie tyle na poziomie tego nędznego, dziennikarskiego wyrobnictwa, co w skali znacznie poważniejszej, a więc wyznaczanej przez takich ludzi, jak były członek zarządu Springera, Jerzy Karwelis, czy – również dziś już były – naczelny „Forbesa”, Kazimierz Krupa. Otóż ja nie potrafię tolerować owej eksplozji rzekomego wzburzenia wobec prowadzonej przez Springera polityki. Kiedy bowiem słyszę, jak nie tylko Karnowscy, czy Gmyz, ale również ci, którzy swego czasu z pełnym zaangażowaniem współtworzyli długofalową politykę koncernu, próbują mi wmówić, jak to za ich czasów panowała słodka wolność i szacunek dla dziennikarskiej niezależności, to nie mam najmniejszych wątpliwości, że im się w głowach wszystko poodwracało dokładnie w tym samym momencie, kiedy ich odcięto od źródła często wręcz niepojętych dla normalnego człowieka nagród.
      Pozostaje na koniec rozwiązać jeszcze jedną zagadkę, tę mianowicie skąd nagle u nich, a szczególnie u Karwelisa i Krupy – pamiętajmy, że ludzi ze ścisłej springerowskiej nomenklatury – dzisiejsza aktywność. Otóż, jak donoszą zaprzyjaźnione jaskółki, Axel Springer jest już w pełni gotowy, by pozbyć się owych ton niepotrzebnego mu do niczego papieru, natomiast ci świetnie wiedzą, że zbliża się czas dzielenia budżetów. Mnie jednak najbardziej zachwyca lojalne milczenie Warzechy i Jankowskiego. Osobiście stawiam, że kolejnym naczelnym „Newsweeka” zrobi się któregoś z nich, natomiast czołowym felietonistą w miejsce Hołdysa wstawi się młodego Koterskiego, i tym samym nastąpi inauguracja IV RP.


Wszystkich zainteresowanych wymagającym czytelnictwem, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jest wszystko, co komuś kto lubi sobie dobrze poczytać jest na dziś potrzebne.

piątek, 24 marca 2017

PIT 2031, czyli festiwal wybuchających mózgów

      Późniejszym już nieco wieczorem, kiedy atmosfera po ataku przed brytyjskim parlamentem się odrobinę uspokoiła i można było zacząć liczyć na bardziej konkretne wiadomości, włączyłem telewizor na TVN Info, niestety trafiłem na Rafała Ziemkiewicza, jak wspólnie z jakimś drugim niepokornym redaktorem próbowali nas zabawiać, no a w tej sytuacji nie pozostało mi już nic innego, jak, licząc na to, że może przynajmniej TVN24 tradycyjnie organizuje tak zwane wydarzenie dnia, po dłuższej przerwie zajrzeć do tej niszy. Niestety i tam trwało codzienne szczucie, tyle że tu rej wodzili Grzegorz Miecugow oraz Tomasz Jachimek. Akurat zadzwonił telefon i proszę sobie wyobrazić, że jakiś pan z Gdańska – swoją drogą, ciekaw jestem, czy każące ramię boskiej sprawiedliwości spadnie najpierw na Amsterdam, czy Gdańsk – wyraził podejrzenie, że całe to gadanie o sukcesach ministra Morawieckiego to zwykłe oszustwo, ponieważ u niego w Gdańsku na zwrot podatku czeka się w tym roku ponad dwa miesiące, podczas gdy za rządów Platformy to było zaledwie parę tygodni. A skoro tak, to jego zdaniem, problem polega na tym, że państwo nie ma mu z czego oddać, bo akurat musi uzupełniać budżet 500+, a zatem on bardzo prosi Miecugowa, by zorganizował w redakcji odpowiedni ruch na rzecz wyjaśnienia owego przekrętu.
      I teraz, proszę sobie wyobrazić, Miecugow, zamiast wyjaśnić temu biedakowi, że przede wszystkim te budżety nie działają tak jak u niego w domu, gdzie bierze się z jednej kupki i przekłada na drugą, no a po drugie ustawowy termin w takich sytuacjach wynosi 3 miesiące, najpierw obiecuje mu, że powiadomi swoich kumpli z redakcji ekonomicznej TVN-u o tym, jak rząd dobrej zmiany obraca pieniędzmi w Gdańsku, by następnie opowiedzieć swoją historię. Otóż okazuje się, że parę lat temu, przez swoje gapstwo, Miecugow zapłacił zbyt duży podatek i nie dość, że za uruchomienie całej procedury zwrotu owej nadpłaty, musiał zapłacić aż 400 zł, to jeszcze na swoje pieniądze musiał czekać 3 miesiące. Wyobrażają Państwo sobie? Trzy miesiące! Ta banda nierobów w Urzędzie Skarbowym, zamiast siąść i zrobić Miecugowowi odpowiedni przelew, gapiła się przez trzy miesiące w te papiery i dumała nie wiadomo nad czym.
      Ja na temat intelektualnych możliwości Miecugowa mam swoje zdanie od czasu gdy najpierw przeczytałem jego wynurzenia na temat tego, że jego zdaniem człowiek po śmierci zamienia się w krzesło, ewentualnie dowolny inny przedmiot, a następnie – i to już ostatecznie – kiedy w rozmowie na temat ludzi żyjących w stanie wegetatywnym wyraził zdziwienie, że oni „nawet nie potrafią sobie zrobić herbaty”, a zatem biorę pod uwagę, że on w tym co robi i mówi jest absolutnie szczery. Z drugiej strony, kiedy obserwuję to, jak się zachowują inni przedstawiciele ostatecznie już ginącego reżimu, co do nas mówią, co ich denerwuje, a co wzrusza, czy jakie im przychodzą do głowy żarty i kąśliwości pod adresem rządu, czy wreszcie sposoby, by utraconą władzę odzyskać, myślę sobie, że to, o czym dziś postanowiłem opowiedzieć, to jest część bardzo starannie obmyślonego planu. Jest bardzo prawdopodobne, że któryś z nich – możliwe nawet, że sam Miecugow – dowiedziawszy się z ust najlepiej poinformowanych, czyli od samego Jarosława Kaczyńskiego, że minister Morawiecki daje PiS-owi czas co najmniej do roku 2031, postanowili urządzić taką prowokację, że niby dzwoni do „Szkła Kontaktowego” ktoś z Gdańska i opowiada, jak to urząd Skarbowy wstrzymuje wypłaty nadpłaconego podatku, no i w ten sposób lud zechce się łaskawie oburzyć i wyjść na ulicę. Ja wiem, że to brzmi bardzo nieprawdopodobnie, ale kto wie, jakie myśli im się w tych zahukanych głowach kotłują? Kto wie?
      Właśnie się dowiaduję, że Tomasz Lis, przerażony zapowiedzią, że mu pisowcy będą repolonizować media, zaapelował do nas na Twitterze, żebyśmy z większym niż dotychczas zaangażowaniem kupowali jego „Newsweek”. Nie żartuję. To się dzieje naprawdę. To jest dokładnie to, co on tam napisał: „Ludzie, ratunku! Kupujcie moją gazetę, bo nie będzie nas stać na tatuaże”. Przed nami prawdziwy festiwal eksplodujących mózgów. Zakładamy peleryny przeciwko promieniowaniu kosmicznemu, na oczy zakładamy ciemne okulary i trzymamy się foteli.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Przypominam, że niedawno uruchomiliśmy drugi nakład „Listonosza”, ponieważ jednak tym razem jest on stosunkowo niewielki, zachęcam do pośpiechu.

czwartek, 23 marca 2017

David Rockefeller nie żyje, czyli z kwiatami na dziewiąty krąg

Jak już pewnie wszyscy słyszeli, w wieku 101 lat został wzięty do piekła David Rockefeller. Czemu zmarł ktoś, kto najwyraźniej miał obiecane, że będzie żył wiecznie, tego oczywiście nie wiemy. Może po prostu zwyciężyła materia nad duchem, co wbrew pozorom, w tym akurat wypadku mogłoby stanowić wiadomość dobrą, a może po prostu owa obietnica, jak wiele innych tego pochodzenia, okazała się zwykłym kantem. Fakt jest natomiast taki, że po 101 latach zgłoszono się po duszę Rockefellera i wchodzimy wszyscy w nowy czas. Z tej więc okazji chciałbym przedstawić fragment mojej książki zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg” i zachęcić do jej kupowania. Naprawdę warto. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok po prawej stronie i dalej już postępować wedle instrukcji.

      ...Podobnie bowiem, jak to mieliśmy okazję obserwować w przypadku rodziny Kennedych, można niekiedy odnieść wrażenie, że nad Rockefellerami od lat również wisi coś, co robi wrażenie ponurej klątwy i to klątwy, która niesie w sobie nieszczęścia niekiedy wręcz niewyobrażalne.
      Zupełnie niedawno, bo niespełna rok temu w czerwcu 2014 roku, Richard Rockefeller, prawnuk Johna D. Rockefellera, syn Davida Rockefellera seniora, i były prezes Rockefeller Brothers Fund Inc. zginął w wypadku lotniczym. Jego jednosilnikowy turbośmigłowy Piper PA-46-500TP Meridian tuż po starcie wzbił się w powietrze, a potem zahaczył o drzewa przy budynku i spadł na ziemię. Samolot Rockefellera był napędzany silnikiem turbinowym, droższym i lepszym od silnika tłokowego wykorzystywanego w większości prywatnych samolotów. Wyposażony był też w kabinę ciśnieniową umożliwiającą loty na wysokości 9100 metrów, jego zasięg wynosił 1 850 kilometrów, maksymalna prędkość 482 kilometrów na godzinę, a jego cena wynosiła ponad 2 miliony dolarów.
      Lotnisko Westchester County, w pobliżu którego doszło do tragedii, obsługiwane jest przez największych przewoźników, między innymi American Delta, JetBlue i United. Zdecydowana większość lotów to loty prywatne i komercyjne, zaczynając od małych samolotów po firmowe odrzutowce. Wedle danych jak najbardziej oficjalnych, od 1982 roku w obrębie lotniska miało miejsce 36 wypadków. W dziewięciu przypadkach pasażerowie odnieśli obrażenia, a 18 osób poniosło śmierć, w tym właśnie on – Richard Rockefeller.
      Jednak owa fatalna seria zaczęła się już w roku 1951, kiedy to Winifred Rockefeller, córka Percy-ego Avery Rockefellera, jednego z wówczas najbogatszych finansistów i przemysłowców na świecie, ze strony mamy wnuczka Jamesa Jewetta Stillmana, niezwykle zamożnego prezesa National City Bank, zamknęła się z dwiema córeczkami w garażu, włączyła silnik samochodu i zadusiła spalinami siebie i obie dziewczynki.
      Niespełna dziesięć lat później, w roku 1961, Michael Rockefeller zginął w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach podczas swojego pobytu w Nowej Gwinei, gdzie zajmował się zbieraniem miejscowych dzieł sztuki. Michael, zaledwie 23 letni syn Nelsona Rockefellera, w owym czasie gubernatora stanu Nowy Jork, a potem aż wiceprezydenta, wraz z holenderskim antropologiem Rene Wassingiem spływał dwunastometrową łodzią, kiedy w odległości 5 kilometrów od brzegu łódź ugrzęzła na mieliźnie, a następnie się wywróciła. Będący z Rockefellerem w łodzi dwaj lokalni przewodnicy popłynęli wpław po pomoc, kiedy jednak po dwóch dniach Rockefeller z Wassingiem zorientowali się, że dryfują bez szans na ratunek, Rockefeller powiedział: „Myślę, że mi się uda” i sam począł płynąć w kierunku brzegu. Wassing został wprawdzie uratowany następnego dnia, ponieważ jednak łódź znajdowała się wówczas już około 19 kilometrów od brzegu, ocenia się, że Rockefeller albo zmarł z wyczerpania, albo został pożarty przez krokodyle. Inna teoria, wcale zresztą nie traktowana aż tak niepoważnie, jak by można było podejrzewać, głosi, że Rockefeller dopłynął jednak do brzegu, gdzie ostatecznie został zabity przez tubylców, a następnie zjedzony.
      Również tajemnicą owiana jest śmierć samego Nelsona Rockefellera, który w roku 1979 zmarł w swoim domu w obecności swojej 25-letniej asystentki Megan Marshack. Jak głosi wersja oficjalna, w pewnym momencie Rockefeller doznał ataku serca. Marshack zadzwoniła wówczas do swojej przyjaciółki, dziennikarki Ponchitty Pierce, która z kolei wezwała pogotowie. Kiedy jednak dopiero po całej godzinie pomoc nadjechała, okazało się, że Rockefeller już nie żyje. Wedle wersji nieoficjalnej, Rockefeller miał z Marshack romans, a atak serca nastąpił podczas upojnie przeżywanego zbliżenia między owym staruszkiem i jego młodą przyjaciółką. Czwórka najstarszych dzieci Rockefellera wydała jednak wspólny komunikat, w którym stwierdziła, że w wyniku prywatnego dochodzenia rodzina doszła do przekonania, że ojciec i tak nie miał szans na to, by zostać wyratowany, a zarówno Marshack jak i jej przyjaciółka działały najlepiej jak tylko potrafiły. Sekcja zwłok, w wyniku braku zgody ze strony rodziny, nigdy nie została przeprowadzona.
      Rok przed śmiercią Nelsona, jego brat John Rockefeller III zginął w wypadku w pobliżu rodzinnej posiadłości, kiedy prowadzony przez niego samochód czołowo zderzył się z innym samochodem.
       Jednak najbardziej publicznie dyskutowany skandal z udziałem nazwiska Rockefellerów to zdarzenie, w którym Rockefellerowie nie brali najmniejszego udziału. Oto w roku 1978 pewien niespełna 30-letni Niemiec nazwiskiem Christian Gerhartsreiter poznał przebywające na wakacjach w Niemczech amerykańskie małżeństwo Elmera i Jean Kelln, a następnie, twierdząc, że Kellnowie zaprosili go do siebie do Kalifornii, uzyskał amerykańską wizę
      Kiedy przybył do Stanów, oczywiście do żadnych Kellnów się nie zgłosił, natomiast zmienił nazwisko na Chris Gerhart i wstąpił na uniwersytet. Chcąc uzyskać amerykańskie obywatelstwo, świeżo poznanej 22-letniej Amy Jersild Duhnke opowiedział historię, jak to boi się wrócić do Niemiec, bo po powrocie natychmiast zostanie wysłany na wojnę do Rosji, ona oczywiście mu uwierzyła i natychmiast zgodziła się wyjść za niego za mąż, on natomiast już na drugi dzień z ledwo co uzyskaną zieloną kartą ruszył w drogę.
      W połowie lat 80-tych doszło do zaginięcia pewnego małżeństwa nazwiskiem Jonathan i Linda Sohus. Ponieważ Gerhartsreiter, tym razem używając nazwiska Christopher Chichester, zamieszkiwał w pensjonacie prowadzonym przez matkę owego Jonathana Sohusa, Didi, lokalna policja w ramach prowadzonego przez siebie dochodzenia, na Gerhartsreitera zwróciła uwagę, jednak ponieważ ten poinformował policjantów, że Sohusowie wyjechali na wakacje do Europy, a podstaw by mu nie wierzyć za bardzo nie było, przez wiele lat nie działo się nic. Dopiero w roku 1994 na podwórzu domu, w którym Sohus mieszkał ze swoją żoną, a który sąsiadował z pensjonatem matki Sohusa, znaleziono zakopane kości, zidentyfikowane następnie jako należące do Sohusa. Stwierdzono również, że ofiara została najpierw dwukrotnie uderzona ciężkim narzędziem, następnie sześciokrotnie zraniona nożem, po czym jej ciało zostało poćwiartowane na trzy części. Gerhartsreiterowi wciąż nie postawiono jakichkolwiek zarzutów.
      I wtedy to właśnie, w roku 1995, Gerhartsreiter wpadł na pomysł, by znaleźć dla siebie wreszcie jakieś naprawdę poważne nazwisko, natychmiast zapoznał niejaką Sandrę Boss i oświadczył się jej jako ni mniej ni więcej, tylko Clark Rockefeller...

Reszta tej historii, jak już zostało powiedziane, w mojej książce, "39 wypraw na dziewiąty krąg". Polecam.

środa, 22 marca 2017

Wezwani do tablicy część 2

Od dziś w kioskach najnowszy numer tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny odcinek moich kawałków na tematy bieżące. Tymczasem dla tych, którzy albo nie zdążyli kupić numeru poprzedniego, albo do których nasz tygodnik jeszcze nie dociera, przedstawiam tekst wcześniejszy. Przy okazji chciałbym poinformować, że na portalu papug.pl mozna czytać mój niepublikowany tu tekst o Teatrze Powszechnym. Polecam i miłej zabawy.

Miniony tydzień kończy się pod znakiem dwóch kompletnie nieznaczących dla naszych losów wydarzeń, a mianowicie strajku grupy kobiet przeciwko opresyjnej polityce Prawa i Sprawiedliwości, oraz wyboru Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Demonstracje kobiet odbyły się we wszystkich większych miastach Polski, natomiast w Warszawie doszło do spektakularnego wydarzenia, a więc pojawienia się wśród zebranych samej Krystyny Jandy. Jak się dowiadujemy, każda z obecnych na demonstracji pań miała okazję zrobić sobie z Jandą zdjęcie i wymienić się refleksjami na temat przeprowadzonych aborcji. Ze względu na dużą liczbę obecnych, wydarzenie przedłużyło się do pełnych 30 minut.

*

W imieniu samczej części społeczeństwa, do protestujących pań zwrócił się ze specjalnym adresem Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar i oświadczył, że „w czasie prezydentury Donalda Trumpa mogą być zagrożone prawa obywatelskie”. My oczywiście, mając w świeżej pamięci kilka innych ciekawych wystąpień pana rzecznika, bardzo jesteśmy zaniepokojeniu stanem świadomości, w jakim on się znalazł, natomiast jesteśmy przekonani, że naród amerykański przyjął jego słowa z wdzięcznością.

*

Nie mamy wprawdzie żadnych informacji na temat ewentualnego udziału w strajku kobiet artysty estradowego Dawida Podsiadły, natomiast, owszem, ów wybitny intelektualista skomentował wybór Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poproszony przez Onet o wyrażenie swojej opinii na ten temat, Podsiadło odpowiedział dwoma słowami: „Duży chuj”. Jesteśmy pod wrażeniem i przewidujemy, że już niedługo lewicowe środowiska Nowego Jorku zorganizują naszemu artyście tournée po największych klubach w mieście i już tylko apelujemy do Amerykanów o czujność. Wąsik, jaki ostatnio Podsiadło rzucił sobie na wargę, może wśród męskiej części publiczności wywołać zamieszki.

*
Żeby owo szczególne święto uczcić jakimś mocnym akcentem, wspomnijmy może wywiad, jakiego brytyjskiej telewizji ITV udzielił nie kto inny, jak nasz poseł do Parlamentu Europejskiego, sam Janusz Korwin-Mikke. Dziennikarze stacji zapytali Korwina o jego opinie na temat inteligencji kobiet, a ten wygłosił krótki, utrzymany w charakterystycznym dla siebie stylu, wykład na temat prostego związku między niższym wzrostem kobiet, a ich niższą inteligencją. I pewnie nie byłoby z tego katastrofy, bo on nie powiedział nic szczególnie kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że z jednej strony, brytyjscy dziennikarze od samego początku byli na Korwina przyczajeni, a z drugiej, on sam, przy swojej oczywistej językowej bezradności, nie miał wobec nich żadnych szans. Swoją drogą, ciekawe, że człowiek podobno tak inteligentny, jak Korwin zgodził się na aż tak oczywistą prowokację. Czy to możliwe, że on akurat jest jednak mniej inteligentny od typowej kobiety?

*

Kiedy obserwuję reakcje naszych polityków na to, co się stało 9 marca w Brukseli, czyli przeprowadzony wbrew opinii Polski wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, mam wrażenie, że gdy chodzi o ową rzekomo niższą inteligencję kobiet, Janusz Korwin-Mikke myli się na całej linii, a nawet najgłupsze gimnazjalistki zapłakują się na śmierć, że już nigdy nie znajdą w miarę normalnego męża. Oto Grzegorz Schetyna niemal na jednym oddechu najpierw wyszydził PiS za zorganizowanie w Brukseli akcji, która od początku nie miała szans powodzenia, a następnie zapowiedział złożenie w Sejmie wniosku o odwołanie rządu premier Szydło. Kiedy świat wstrzymał oddech, zapowiedział kolejny krok, czyli zorganizowanie w maju wielkiej manifestacji przeciwko dopiero co odwołanemu rządowi PiS.

*

Kiedy wydawało się, że kobiety już zupełnie odpadły z tej szczególnej konkurencji, pojawiła się dziennikarka tygodnika „Polityka”, Ewa Siedlecka i podczas jednego ze swoich występów w radiowej stacji TOK FM stwierdziła ni mniej ni więcej, jak to, że prezydent Andrzej Duda „został jak to się ładnie mówi, przecwelony przez PiS”. Oczywiście, Siedlecka została natychmiast odpowiednio przez opinię publiczną napiętnowana, a tym samym zmuszona do złożenia publicznych przeprosin, mnie natomiast bardziej interesuje to, skąd ona, było nie było dama, zna więzienną grypserę. I jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy to ta, że ona zbyt wiele czasu spędza w towarzystwie prawdziwych samców, takich jak Wiesław Władyka, Tomasz Wołek, Jacek Żakowski, czy wreszcie Tomasz Lis, i to oni jej tam zapewnili odpowiednią edukację.

*

No właśnie. Tomasz Lis. On również oderwał się na chwilę od telewizora i postanowił podzielić się z nami na Twitterze polityczną refleksją, tym razem jednak na temat Jarosława Kaczyńskiego: „Przed chwilą widziałem napad szału pana Kaczyńskiego w Sejmie. Mam bardzo mocne wrażenie, że to chory, bardzo chory człowiek”. Nam w tej sytuacji pozostaje się już tylko zadumać i zapytać Pana Redaktora: „Hmmm… ujrzał Pan Kaczyńskiego w napadzie szału i odniósł pan wrażenie, że on jest bardzo chory?Takie właśnie pan odniósł wrażenie, i było ono silne? Rzeczywiście, wygląda na to, że sytuacja jest jeszcze poważniejsza, niż miało to miejsce poprzednim razem”.

*

Swoją drogą nie jest ostatnio łatwo przewidzieć z całą pewnością, czy mamy do czynienia z wariatem, czy oszustem. Oto „Gazeta Polska”, po niemal dwudziestu pięciu latach obecności na rynku, ogłosiła rewolucję i zaczęła się ukazywać w technikolorze. Kiedy jednak zaprezentowała swój nowy slogan: „Bez Resortowych Dzieci”, zaniepokojeni czytelnicy przypomnieli, że pozyskany właśnie przez redakcję felietonista Matka Kurka to przecież syn sekretarza PZPR. Zapewniam wszystkich czytelników „Gazety Polskiej”, że nie ma powodu do zmartwień. Sam zainteresowany już dawno poinformował, że choć stary Wielgucki faktycznie był komunistą, to nigdy na trzeźwo, no a przede wszystkim mama chodziła do kościoła i działała w Solidarności. Ufff! Nawet ja odetchnąłem z ulgą.

*

Patrzcie tylko państwo, jak się te losy plotą. Ledwo Donald Tusk został na kolejne dwa i pół roku wyznaczony przez Angelę Merkel do szefowania Radzie Europejskiej, złośliwi internauci opublikowali w sieci mem, na którym widzimy zatroskaną twarz Prezydenta Europy, a pod spodem podpis: „Powiedzcie dziadkowi, że zachowałem się jak trzeba”. Najwyższy czas, by coś wreszcie zrobić z tym cholernym internetem. Nie po to unijna propaganda inwestuje wszystkie siły i środki w to, byśmy zrozumieli sens porażki pisowskiej dyplomacji, by ktoś to miał unieważnić jednym żartem.

*

My tak tu sobie wciąż żartujemy, a przecież są sytuacje naprawdę bardzo poważne. Oto jedna z nich. Już po odtrąbieniu przez wszystkie główne polskie media dyplomatycznej porażki rządu premier Szydło, niemiecki dziennik „Die Welt” napisał co następuje: „Wybór Tuska tylko umożliwi prezesowi PiS zintensyfikowanie kampanii przeciwko Unii i ostateczną zemstę Warszawy za tę porażkę. Czy warto było za taką cenę wybierać przeciętnego szefa RE?” Takie pytanie zadaje sobie niezależna niemiecka prasa, ja natomiast mam pytanie od siebie. Czy naprawdę, jeśli nie życzymy sobie korzystać z usług niemieckich dziennikarzy, nie pozostaje nam ju z nic innego, jak tylko zwracać się po opinie albo do Pawła Kowala, albo Andrzeja Stankiewicza?

*

Miałem nadzieję skończyć poważnie, tymczasem, jak już tyle razy wcześniej, okazało się, że za każdą chwilę poważnej refleksji musimy odpokutować godziną szyderstwa. Oto w ramach próby generalnej przed wielkim ogólnopolskim strajkiem nauczycieli, część rodziców w Gdańsku kazała swoim dzieciom zwagarować z lekcji i zamiast do szkoły udać się do Ratusza na spotkanie z prezydentem Adamowiczem. Ten z kolei, w trosce o to, by młodzież przez fanaberie dorosłych nie straciła nic z tego, co im daje szkoła, zorganizował im naukę, gdzie ci udawali uczniów, a on nauczyciela. Tematem lekcji był rola pieniądza w życiu człowieka i sposoby na jego skuteczne zdobywanie. W kluczowym punkcie swojego wykładu profesor Adamowicz powiedział co następuje: „Pieniądze biorą się z pracy. Wbrew pozorom, nie biorą się z wygranej w totolotka”. Jak donoszą źródła zbliżone do Ratusza, młodzież nie potrafiła znaleźć słów, by wyrazić swoją wdzięczność z powodu owego uzyskanego od Adamowicza kawałka wiedzy, natomiast zwróciła się do władz Gdańska, by przy okazji kolejnych antyrządowych protestów, zechciały się z nią podzielić szczegółami owej oferty.


Jak zawsze zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia również i moje książki. Polecam gorąco.