poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Być jak Krystyna Pawłowicz

Od kilku już dni, a dokładnie od dnia, kiedy posłanka Pawłowicz, w którejś ze swoich licznych wypowiedzi, zamiast formy „wziąć”, użyła błędnej formy „wziąść”, a następnie zaczęła się w swoim stylu bronić, prowadzę rozmowy z moim synem, który próbuje mnie przekonać, że Pawłowicz to idiotka. Jeśli mam być szczery, okazji do tego, by sobie na Krystynę Pawłowicz ponarzekać – ponarzekać, a nie popluć, bo my tu, jak wiemy, sami PiS-owcy – mieliśmy tu więcej i to już znacznie wcześniej. Z jakiegoś powodu jednak, ostatnie wystąpienie Pani Profesor przelało czarę goryczy, no i mamy to co mamy: Internet pokłada się ze śmiechu, media rżą, moje dziecko się piekli, a ja mu tłumaczę, że nie ma racji.
Powiem szczerze, że nie do końca wiem, z czego moja obrona prof. Pawłowicz wynika, bo ja sam, niemal od pierwszego dnia, kiedy o jej istnieniu się dowiedziałem, uważam, że wszystko co ona robi, mogłaby robić inaczej. Przede wszystkim, moim zdaniem, to że ona wciąż się udziela na Facebooku, czy Twitterze – obojętne – w jej sytuacji, a więc sytuacji osoby wybitnie, że tak powiem, spontanicznej, jest wyjątkowo bez sensu. Poza tym, co może jeszcze istotniejsze, ja faktycznie gotów się jestem zgodzić z moim dzieckiem, że ona zachowuje się, jakby się kompletnie nie kontrolowała. Pod pewnym względem, prof. Pawłowicz przypomina Stefana Niesiołowskiego, z tą różnicą, że szaleństwo Niesiołowskiego jest zdecydowanie częścią planu, podczas gdy szaleństwo prof. Pawłowicz – zakładając, że mamy faktycznie do czynienia z szaleństwem – jest całkowicie poza jakąkolwiek kontrolą. Szaleństwo Pawłowicz stanowi zjawisko tak szczególne, że, w moim odczuciu, nawet prezes Kaczyński staje wobec niego bezradny.
I tu dochodzimy do sedna rzeczy, a więc do mojej argumentacji, gdy idzie o spór między moim synem a mną. Otóż jest tak, że przez czas, który nam pozostał do wyborów, Platforma Obywatelska najprawdopodobniej skompromituje się do tego stopnia, że być może nie przekroczy pięcioprocentowego progu i do Sejmu zwyczajnie się nie dostanie. W wyniku tego Prawo i Sprawiedliwość obejmie w Polsce władzę na tyle absolutną, że to z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, będzie wyglądało na żart. I ja dziś, oglądając dość regularnie telewizję i czytając prawicowe media, widzę niemal codziennie ludzi, którzy przez najbliższe lata będą stanowili podstawę tak zwanego reżimu. Widzę tych wszystkich Mastalerków, Czarneckich, Karnowskich, Warzechów, Gowina, nawróconych Ziobrę i Poncyliusza, starych działaczy PiS-u, którzy z różnych powodów dzielnie trwali przy Prezesie, czy deszcz, czy pogoda, tych wszystkich starych i nowych posłów i senatorów, którzy tak naprawdę wszystko mają głęboko w nosie, poza tym, by nie stracić nic z tego, co im się dotychczas udało zdobyć… i nagle sobie uświadamiam, że na tle tego całego cwaniactwa, Krystyna Pawłowicz robi wrażenie czegoś autentycznie czystego. Dlaczego? Bo ona niemal jako jedyna nie kłamie. Bredzi, pluje, wypisuje te swoje głupstwa w sieci – ale ani jej w głowie kłamać.
Ja oczywiście wiem, co mi w tym momencie powie większość osób czytających tę notkę, a mianowicie to, że ona jest głupia. No dobra, przyjmijmy, że Pawłowicz jest głupia – co do czego, swoją drogą, osobiście wcale nie jestem przekonany – jednak, przepraszam bardzo, kto w tej sytuacji nie jest głupi? Poseł Kalisz? Poseł Czarnecki? Gowin? Premier Marcinkiewicz? Giertych? Ekspert Markowski? Posłanka Mucha? Ksiądz Sowa? Szejnfeld? Zalewski? Radek Sikorski? A może głupi nie są redaktorzy Miecugow, Morozowski i Wróbel? A może mądra jest red. Arletta Zalewska z TVN-u, która swego czasu zrobiła tu na tym blogu karierę pytaniem skierowanym do Mariusza Kamińskiego: „Hałs jor politikal partaj kolt?” A może mądrzy są ci wszyscy redaktorzy, którzy notorycznie używają formy „żeśmy”, lub „dwoma”, kiedy mówią o dwóch „partaj”, a kiedy przyjdzie im stworzyć zdanie na żywo, okazuje się, że ono jest pozbawione orzeczenia? Kto nie jest głupi, kiedy głupia jest Krystyna Pawłowicz?
Ktoś mi teraz powie, że no dobra, oni wszyscy są głupi i beznadziejni, ale Pawłowicz się bardziej wystawia i dlatego o niej mówimy. Na to ja od razu odpowiadam, że przede wszystkim to nieprawda, że ona jest bardziej eksponowana. Pawłowicz mamy okazję podziwiać tylko przy okazji jej kolejnego ekscesu, tak jak to miało miejsce w przypadku owego nieszczęsnego „wziąść”, i nie ma mowy, by ją zaproszono do studia telewizyjnego i skonfrontowano z kimkolwiek. Gdy chodzi o innych, my ich oglądamy dzień w dzień, od rana do wieczora, czy jako komentujących polityków, czy komentujących politologów, czy komentujących dziennikarzy, czy komentujących aktorów i sportowców. I przepraszam bardzo, ale nie raz i dwa, kiedy miałem okazję oglądać jednego czy drugiego, byłem przekonany, że mam do czynienia nie tylko z bandą durniów, ale jeszcze aż nazbyt często z bandą zdemoralizowanych zboczeńców.
Przed nami więc staje prof. Krystyna Pawłowicz – kobieta zdecydowanie szczególna, a ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że ona jest jedną z naprawdę już ostatnich osób na tej scenie, która pozostała zwykłym człowiekiem. Pamiętam, jak w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy wszyscy starali się być na swoim miejscu, a ona została wypatrzona przez kamerę TVN24 w tłumie na rynku Starego Miasta, jak szła z jakąś koleżanką i coś tam sobie wesoło podjadały. Poproszono ją o komentarz, a ona od razu porównała atmosferę tego dnia do atmosfery dnia, kiedy w Warszawie był papież Jan Paweł II. No i oczywiście po raz kolejny została wyszydzona. A ja już wiem, że to jest pani, która, jeśli ją spytają, czy tak, czy nie, odpowie tak, lub nie. Jeśli ją poproszą o opinię, ona opinię przedstawi i nikogo nie odeśle do rzecznika prasowego partii. Nie będzie kręcić, nie będzie się nikomu podlizywać, nie będzie walczyć o to, by dobrze wypaść przed kamerą. Kiedy patrzę i słucham Krystyny Pawłowicz, to myślę sobie, że ona się zachowuje dokładnie tak, jak ja bym się zachowywał, gdyby mi przyszło być na jej miejscu – z całkowita pogardą dla zwyczajów panujących w tamtej przestrzeni. I nie bałbym się nikogo. Siedziałbym Sejmie, gdybym zgłodniał, wyciągnąłbym kanapkę z kurczakiem i ją zjadł popijając coca-colą, a gdyby ktoś mi powiedział, że nie wypada, to bym powiedział, żeby mi nie przeszkadzali, bo jem. A gdyby ktoś mi zwrócił uwagę, że się nie mówi „wziąść”, tylko „wziąć”, tym bardziej bym używał niepoprawnej formy, żeby jednego durnia z drugim wyprowadzić z równowagi. A gdyby któryś z dziennikarzy zapytał mnie, czemu się tak zachowuję, zapytałbym go, czemu on się na mnie głupio patrzy, i robiłbym to na tyle konsekwentnie, że w końcu zaczęliby się mnie bać. Tak jak się dziś boją Krystyny Pawłowicz.
Uważam, że to jest moment równie dobry jak każdy inny, by podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu, że potrafi docenić człowieka.

Moje książki dostępne są na stronie www.coryllus.pl. Bardzo gorąco zachęcam.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Kto mu dał tę siekierę?

Poniżej mój najnowszy tekst z „Warszawskiej Gazety”. Gorąco zachęcam.

Kiedy z Kamiennej Góry dotarła do nas ta straszna wiadomość o śmierci dziesięcioletniej dziewczynki zaatakowanej siekierą przez Samuela N., myślę, że nie tylko ja zwróciłem uwagę na imię napastnika. Gdyby on miał na imię Sebastian, lub Damian, ewentualnie Patryk, czy choćby Denis, uznalibyśmy pewnie, że mamy do czynienia z jeszcze jedną ofiar z takim sukcesem ostatnio kwitnącego rynku dopalaczy, która się nażarła pasty do czyszczenia podłóg, czy szamponu dla psów i nagle zamiast dziesięcioletniego dziecka ujrzała Golema, no i stąd to okropne nieszczęście.
Tymczasem usłyszeliśmy to imię i już wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej brat Samuela będzie miał na imię Jonatan, jego siostra Merab, ojciec Nabal, a matka Abigail. Lub jakoś podobnie. I że za tym całym nieszczęściem wcale nie muszą stać dopalacze – nie tym razem – ale tak zwani Świadkowie Jehowy. A zatem czyste i proste opętanie.
Od razu muszę się tu zastrzec, że ja wcale nie zamierzam sugerować, że jeśli ktoś jest Świadkiem Jehowy ma takie same szanse, by się któregoś dnia rzucić z siekierą na niewinne dziecko, jak pierwszy lepszy satanista, narkoman, czy wyborca Platformy Obywatelskiej. W żadnym wypadku. Chcę tylko powiedzieć, że moim zdaniem Szatan to ktoś, kto nie lubi tracić okazji i raczej sobie nie pozwala, by ją głupio tracić. Tym też sposobem, odpowiednio nastawiona grupa Świadków Jehowy ma naprawdę bardzo małe szanse obrony przed tego typu atakiem.
Oczywiście, niemal jako pierwsza na to nieszczęście i pojawiające się z każdym dniem coraz to nowsze informacje zareagowała „Gazeta Wyborcza” i zasugerowała, że tak naprawdę prawdziwym sprawcą owej okrutnej zbrodni są katoliccy sąsiedzi rodziny N., którzy przez swój typowy brak tolerancji i szacunku dla kulturowej i religijnej odmienności, najpierw skuli serca rodziców Samuela lodem, a następnie jego samego, przez szyderstwo i wzgardę, doprowadzili do takiej desperacji, gdzie on już nie widział innego sposobu obrony, jak przez ślepą agresję.
I ja oczywiście umiem sobie wyobrazić sytuację, gdzie Bogu ducha winne dziecko z prowincji imieniem Samuel, któremu wiara nie pozwala ani przyjmować życzeń z okazji urodzin, ani śpiewać z innymi dziećmi kolęd ani nawet wycinać razem z nimi ozdoby na choinkę, cierpi ową straszna samotność, która go ostatecznie pcha do zbrodni. Tyle że moje doświadczenia są takie, że jeśli dzieci czują się naprawdę samotne, to nie dlatego, że mają na imię Samuel i są Świadkami Jehowy. Mój syn Antek miał w przedszkolu kolegę Rubena i koleżankę Kesję i to były dzieci wyjątkowo lubiane. Podobnie jak lubiany był on, również wśród dzieci, dla których jego imię było podobnie egzotyczne, jak wspomniany Ruben.
Bo nie oszukujmy się. To nie ludzie wkładają innym ludziom do ręki tę siekierę, a już na pewno nie jedne dzieci innym dzieciom. To Ten Który Nie Przepuszcza Żadnej Okazji, pierwszy mieszkaniec Kręgu nr 9.

Więcej na temat działalności TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji znaleźć możan w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

sobota, 29 sierpnia 2015

Jak być grzecznym na ostatnim stopniu szafotu

Pewnie, gdybym nie miał ostatecznej pewności, że najbliższe wybory wygra Prawo i Sprawiedliwość, i to wygra w sposób bezwzględny, poniższy tekst by nie powstał. Sytuacja jest jednak taka, że każdy kolejny dzień prowadzi Platformę Obywatelską do praktycznej anihilacji, poza nimi, na scenie politycznej nie ma nikogo, a zatem nie ma też powodu, bym sobie dziś akurat nie zaszalał.
Stało się zatem tak, że – jak się należy domyślać, za podpuszczeniem Jarosława Kaczyńskiego – Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości podjął decyzję, by w najbliższej kadencji posłami Prawa i Sprawiedliwości nie zostali Jacek Kurski i Marcin Mastalerek. I wbrew temu, co niektórzy z nas mogą podejrzewać, ja z tym, co się stało nie mam najmniejszego problemu. Gdy chodzi o Kurskiego, to ja wciąż pamiętam jego wywiad dla Mazurka w czasie, kiedy wielu – w tym najwidoczniej on sam – uważało, że jest już po PiS-ie, gdzie ten nagle uznał za stosowne szydzić z Kaczyńskiego, że nie ma karty kredytowej, prawa jazdy i żony i jestem pewien, że Kaczyński ów wywiad też czytał. Ale jestem też pewien, że czytając ten wywiad, Kaczyński zwrócił uwagę na fragment, w którym Kurski stwierdził jednoznacznie, że za gwarancję posłuszeństwa Kaczyński „jedynkę” na listach wyborczych da każdemu. A zatem, tu zdziwienia nie ma.
Gdy chodzi o Mastalerka sprawa jest wbrew pozorom jeszcze prostsza. Z informacji, które do mnie dochodzą wynika, że ten z kolei – tu przyznaję, że go kompletnie nie rozumiem – prowadząc kampanię Andrzejowi Dudzie Jarosława Kaczyńskiego traktował jak szmatę. Nie odbierał od niego telefonów, traktował obcesowo, krótko mówiąc wpadł w nastrój, w którym się poczuł wręcz wiceprezydentem. A więc i tu, wszystko jest jasne, czyż nie?
To co mnie natomiast zastanowiło, to fakt, że już nazajutrz po ogłoszeniu przez Kaczyńskiego decyzji, zarówno jeden jak i drugi położyli pokornie uszy po sobie i ogłosili, że dla nich wszystko, co mówi Prezes, stanowi wykładnię ostateczną, nawet jeśli jego decyzje każą im przez kolejne cztery lata grzecznie siedzieć w poczekalni. A sam Mastalerek już na sam koniec dorzucił prawdziwy hit w postaci stwierdzenia, że PiS to taka partia, gdzie problemów nie omawia się na zewnątrz (sic!). I to jest oczywiście nowość. Pamiętamy przecież wszyscy, jak się dotychczas rozwiązywało tego typu konflikty wewnątrz PiS-u. Zainteresowane osoby – i tu Jacek Kurski stanowi przykład wręcz fantastyczny – ile razy dochodziło do kolejnego kryzysu w partii, natychmiast albo zakładały własne ugrupowanie, albo wstępowały do założonego chwilę wcześniej, no a przede wszystkim natychmiast pojawiały się we wszystkich dostępnych telewizjach, by pluć na PiS, a przede wszystkim jego prezesa. I oto nagle mamy do czynienia z autentyczną rewolucją. W łeb dostaje dwóch czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości… i nagle się okazuje, że im ani w głowie choćby zmarszczyć czoło. Obaj są i ideowi i lojalni i wierni do, jak to ładnie określił Marcin Mastalerek, ostatniego stopnia szafotu. Dlaczego? Przecież to jest jasne. Oni nie są głupi. A już na pewno nie na tyle, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że jeszcze dwa miesiące i w Polsce nie będzie jakiejkolwiek politycznej władzy poza Prawem i Sprawiedliwością. I to prawdopodobnie na wiele lat.
I tu niestety kończą się żarty i pojawia się poważne towarzystwo, ci mianowicie, którzy mieli to szczęście, by, nawet jeśli się im coś głupiego przytrafiło, to nie na tyle dużego, by zdecydować już dziś o ich losie. Mam tu na myśli takie gwiazdy polskiej prawicy, jak Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin, Adam Bielan, Marek Jurek, czy Jerzy Polaczek, ale też i tych, jak choćby Ryszard Czarnecki, którym poza lojalnością i tak nigdy nic nie pozostawało. Im akurat żadna krzywda się nie stała.
I dziś jest tak, że, choć oczywiście ich zachowanie cieszy mnie niemal tak samo mocno, jak perspektywa wielkiego zwycięstwa, prawdę powiedziawszy, los Mastalerka i Kurskiego mam w nosie. Powiedzmy, że obaj dostali za swoje, a przy okazji Prezes pokazał, po co on tam jest, jako „ten trzeci”. Ja dziś jednak tak naprawdę widzę tylko tych co z tego starcia wyszli z tarczą i dziś zadają szyku jako zwycięzcy. To oni niosą nam wyzwolenie. A ja już tylko mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie czas, kiedy będziemy się modlić, by oni nam zeszli z oczu. W jednej chwili.

Jak zawsze serdecznie polecam moje książki, które są niezmiennie do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.



piątek, 28 sierpnia 2015

Czy Tomasz Lis wie, o czym prezydent Duda będzie rozmawiał w Berlinie?

Pod sam już koniec skutecznie przemilczanego przez media wywiadu prezydenta Dudy padły słowa, moim zdaniem, ostatecznie rozstrzygające kwestię rzekomego wydawania przez wówczas jeszcze posła Andrzeja Dudę publicznych pieniędzy na prywatne podróże do Poznania i z powrotem. Oto dokładnie to, co Prezydent powiedział:
Ja się zajmowałem w Poznaniu działalnością poselską. Nie prowadziłem tam zajęć dydaktycznych. Nie miałem tam zajęć ze studentami”.
No i w tym momencie popatrzmy raz jeszcze na to, co napisał „Newsweek”:
Andrzej Duda przez kilka lat łączył mandat poselski ze stanowiskiem wykładowcy na poznańskiej Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji. Praca na uczelni wymagała wizyt w Wielkopolsce. Przyszły prezydent latał tam i nocował, a za jego przeloty oraz hotele płacił Sejm. Na ten cel w latach 2012-2014 wydał w sumie 11 tys. złotych. Duda jako wykładowca zarobił w Nowym Tomyślu w sumie ponad 280 tys. zł.”.
A teraz rzućmy przez chwilę okiem na mapę. Oto okazuje się, że z Poznania do owego Nowego Tomyśla jest mniej więcej tak samo daleko jak z Poznania do Leszna, czy do Gniezna, z Nowego Tomyśla do Zielonej Góry, Z Lublina do Radomia, z Radomia do Kielc, a z Katowic do Krakowa, Częstochowy, czy Cieszyna.
„Newsweek” tymczasem wyciąga Dudzie przeloty do Poznania i hotele w Poznaniu – dyskretnie nie wspominając o przelotach do Łodzi, Gdańska, Rzeszowa, Lublina, czy Wrocławia – za które musiał płacić polski podatnik, tyle że, kiedy już przechodzi do rzeczy, sprytnie nie pisze o Poznaniu, lecz o Wielkopolsce. No bo wiadomo – on te dwieście kawałków, z których wysępił jedenaście, zarobił właśnie w Wielkopolsce.
W którymś z niedawnych komentarzy zasugerowałem, że poseł Andrzej Duda miał szczęście, że nie był związany z Uniwersytetem Śląskim w Cieszynie, bo mogłoby się zdarzyć, że dziś Tomasz Lis machałby mu rachunkami za hotel w Katowicach. W końcu, z Katowic do Cieszyna jest jeszcze bliżej niż z Poznania do Nowego Tomyśla.
A zatem, skoro, jak widzimy, znaleźliśmy się na poziomie kiepskich żartów, czas przejść do spraw poważniejszych. Oto wśród głosów komentujących wypowiedź prezydenta Dudy dla TVP, pojawiają się i takie, które sugerują, że skoro on się czuje tak mocno, powinien pozwać Springera do sądu, a wtedy nie dość że poleci Lis, a z nim cała reszta owych reżimowych hejterów, to jeszcze cała Polska się przekona, że tak zwany „przemysł pogardy” rzeczywiście istniał. Nie przekonała się przy okazji z aferą Kingi Dudy i aktora Karolaka, przekonają się teraz. Ja oczywiście prezydentowi Dudzie nie muszę niczego doradzać, choćby dlatego, iż jestem przekonany, że on i jego ludzie mają swój rozum i że ani im w głowie schodzić tak nisko. Zwłaszcza, że, jak wszyscy chyba wiemy, kiedy się jest czy to szefem rządu, czy państwa, czy w ogóle osobą wpływową, tego typu sprawy załatwia się w zupełnie inny sposób.
Mam nadzieję że wszyscy jeszcze pamiętamy redaktora naczelnego dziennika „Fakt” Grzegorza Jankowskiego. Niewielu z nas jednak wie, że ów Jankowski, będąc wielkim polskim patriotą i gorliwym przyjacielem Prawa i Sprawiedliwości, był jednocześnie bliskim przyjacielem niemieckiego prezesa Axela Sprngera i jego zaufanym człowiekiem w Polsce. W to trudno uwierzyć, ale owa przyjaźń była tak wielka, że ten był nawet świadkiem na Jankowskiego ślubie. Mało też kto wie, że bardzo bliskim przyjacielem Jankowskiego był wielki polski patriota i gorliwy przyjaciel Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Warzecha i to wyłącznie dzięki tej przyjaźni Warzecha przez tyle lat zachowywał u Springera swoją pozycję. Oni wszyscy tworzyli towarzystwo na takim poziomie umiłowania Ojczyzny, że w panującej w branży powszechnej opinii, Prawo i Sprawiedliwość swoje zwycięstwo w roku 2005 w znacznym stopniu zawdzięczało Jankowskiemu.
Dziś w „Fakcie” nie pracują już ani Jankowski ani Warzecha. I czy ktoś może sądzi, że to przez to, że w pewnym momencie niemieccy właściciele tytułu zorientowali się, że tam się utworzyła jakaś grupa dywersyjna? A może Warzecha któregoś dnia sobie niebezpiecznie zażartował z Donalda Tuska i ten skutecznie podał Springera do sądu? Czy ktoś sądzi może, że przez te kilka dobrych lat, czy to prezydent Komorowski, czy premier Donald Tusk próbowali zejść do tego poziomu, by dyskutować z Jankowskim lub z Warzechą? Jeśli tak jest, to proszę się opamiętać. Tak to się u nas – a pewnie i nie tylko u nas – ewentualnie załatwia sprawy na poziomie sporu bloger vs. bloger, czy bloger vs. dziennikarz. W przypadku „Faktu”, kiedy sprawy zaczęły przybierać z punktu widzenia władzy wymiar niebezpieczny, podczas jednego ze swoich spotkań z kanclerz Merkel Donald Tusk rzucił parę słów i to wystarczyło, by najpierw poleciał Warzecha, a potem on. Skąd to wiem? Wiem i już. Niech się red. Skwiecińskiemu nie wydaje, że tylko oni są tacy sprawni.
A zatem Lisa niech sobie pozywa Reduta Dobrego Imienia, albo jakiś pobożny obywatel. Jestem pewien że każdy coś tam dla siebie znajdzie. Jeśli natomiast chodzi o kogoś takiego jak prezydent Andrzej Duda, on ma swoje własne sposoby. O czym z całą pewnością niedługo się przekonamy. Podobnie jak Tomasz Lis z córką, żoną, kochanką, psem i grupą sympatyków.

Jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Szczerze polecam.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Kto kontroluje Twittera, kontroluje IV RP

Być może część z nas tamto wydarzenie jeszcze pamięta, jednak uczony doświadczeniem, które mi mówi, że zasadniczo nikt nie pamięta nic, chętnie przypomnę. Otóż kiedy w październiku roku 2008 w wypadku samochodowym zginął znany austriacki polityk prawicowy Jörg Haider, w reakcji na tę śmierć dziennikarz Piotr Najsztub wyraził publiczny żal z tego powodu, że do tego typu szczęśliwych zdarzeń nie dochodzi u nas w Polsce. Ja na Najsztuba oko miałem oczywiście już wcześniej, jednak ta akurat wypowiedź zrobiła na mnie wrażenie do tego stopnia szczególne, że od tego czasu, ile razy przychodziło nam się frasować zalewem owego zbydlęcenia, to on mi służył jako punkt odniesienia. Nie Żakowski, nie Kuczyński, nawet nie Palikot, ale właśnie on – Piotr Najsztub z tą swoją szczególną refleksją.
I oto, proszę sobie wyobrazić, wiele wskazuje na to, że ową pozycję Najsztub właśnie utracił, a nasz sukces polega na tym, że to my, polska patriotyczna prawica, pozbawiliśmy go owego tytułu. Jak wiemy, wczoraj rano w Bedford w stanie Virginia podczas kręcenia reportażu dla lokalnej telewizji zostali zastrzeleni 24-letnia dziennikarka Alison Parker i towarzyszący jej kamerzysta 27-letni Adam Ward. Parker z Wardem kręcili reportaż, kiedy podszedł do nich człowiek z pistoletem i oboje zastrzelił, ciężko przy okazji raniąc kobietę, z którą Parker akurat rozmawiała. Oczywiście, informacja o owej tragedii w jednej chwili dotarła do spędzającego swój kolejny dzień na Twitterze towarzystwa i na profilu niejakiego Marcina Makowskiego, doszło do następującej wymiany. Makowski – z tego co czytam, szanowany dziennikarz prawicowy – reagując na tę straszną wiadomość, „zaćwierkał”: „W Virginii szaleniec z bronią otworzył ogień do ekipy dziennikarzy podczas wejścia na żywo. Przerażające”, i poniżej zamieścił odpowiedni link, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak to dokładne wyglądało. I tu w jednej niemal chwili pojawiła się inna prawicowa dziennikarka, nazwiskiem Irena Szafrańska i zareagowała następującą refleksją: „A jeśli to był ichniny ‘Lis warzywo’? Trudno się chłopu dziwić”.
Wszystko rozumiemy, prawda? „Lis warzywo”, to bardzo typowy dla tych państwa żart na temat programu telewizyjnego „Lis na żywo”, natomiast reszta jest już jak najbardziej poważna. Chodzi o to, że jeśli ta biedna, śliczna dziewczyna żyła emocjami dla Szafrańskiej obcymi, to w sumie nie stało się nic szczególnie oburzającego. Konsekwentnie, jak rozumiem, jeśli to był „ichniny” Cezary „Trotyl” Gmyz, to chłopu dziwić się należy i powinien dostać czapę. Konsekwentnie też, powinniśmy więc przyjąć taka perspektywę, że do zdrajców należy strzelać. Bez sądu. Na gwizdek Ireny Szafrańskiej. Takie mamy czasy i nie ma co kwękać.
A więc mamy tę Szafrańską i choć nie wydaje się, by jej pozycja w branży stanowiła dla nas szczególne zagrożenie, wystarczy przyjrzeć się jej aktywności na wspomnianym Twitterze, by zrozumieć, że ona jest zdecydowanie częścią znanych nam skądinąd archipelagów czegoś tam, i to częścią na tyle istotną, byśmy z jej powodu mieli dziś kłopot. Nie oni. My.
A żebyśmy dostali pełny obraz tego, z czym mamy do czynienia, to ja może przypomnę pewno zdarzenie sprzed dwóch lat. Oto na tym samym co dziś Twitterze spotkali się dwaj wybitni prawicowi dziennikarze Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette, by porozmawiać na temat blogera Toyaha i jego publicystyki. Po chwili do rozmowy włączyła się Irena Szafrańska i zaapelowała do osób kontrolujących rynek myśli prawicowej, by podjęli bardziej skuteczne kroki na rzecz usunięcia z owego rynku wspomnianego Toyaha. Dlaczego? Bo ten „kompromituje polską prawicę”. Dokładnie wyglądało to tak:
http://osiejuk.salon24.pl/501887,boeingiem-pod-zebro-czyli-niepokorni-napadaja
Dziś zrobiliśmy wszyscy naprawdę wielki krok do przodu. Proszę bardzo:



A ja dla towarzyszki Szafrańskiej mam najświeższą informację: ten „chłop”, z tego co pokazują, to taki bardziej ciemny po twarzy, no i podobno był zły na tę Alison, że ona brzydko mówiła o Murzynach. Obawiam się, że on jednak z Platformy. W razie wątpliwości, proponuję konsultacje z Najsztubem.

Przypominam, że wszystkie moje książki są dostępne od rana do nocy w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam szczerze.


środa, 26 sierpnia 2015

Czy Tomasz Lis wszedł na równię pochyłą?

Dziś tylko z doskoku.
Przed chwilą w wywiadzie dla TVP prezydent oświadczył, że „nigdy nie prowadził żadnych zajęć ze studentami w Poznaniu”.
Czy można zatem przyjąć, że ktoś ma dziś problem?

wtorek, 25 sierpnia 2015

O strażnikach teraźniejszości i czarusiach z trotylem

Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że gdy chodzi o Facebooka i Twittera, na mnie liczyć nie można. Oczywiście nie będę się wdzięczył zapewniając, że ja w ogóle nie mam pojęcia, o co chodzi, niemniej fakt jest faktem, że o tym, co się dzieje na jednym, czy drugim, dowiaduję się niemal wyłącznie od moich dzieci. Tak też, nie skądinąd, jak od mojego syna, słyszę o aktywności, jaką na Twitterze prowadzi wybitny prawicowy dziennikarz Cezary „Trotyl” Gmyz, a skoro on, to i inni. Z tego co słyszę, oni wszyscy tam siedzą od rana do wieczora i w praktyce ograniczają się do wzajemnych szyderstw i obrażania się. Z tego, co mi niemal codziennie opowiada mój syn, wynika, że tam jest nieustanny ruch, który do niczego nie prowadzi, z którego dokładnie nic nie wynika i którego jedyny sens sprowadza się do tego, by pod pozorem organizowania prawicowej burzy mózgów, tworzyć zgiełk nie do wytrzymania i nic więcej.
Ktoś mi powie, że to nic takiego, bo tak właśnie wygląda Internet, a to w Internecie właśnie wykuwa się dzisiejsza polityczna rzeczywistość. To w końcu dzięki Internetowi Andrzej Duda został prezydentem i to dzięki Internetowi cała Polska już wie, że osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej były naszym wspólnym nieszczęściem i wstydem. To wreszcie tam są dziś „drukowane” wyniki październikowych wyborów, a wraz z nimi nadzieja na lepszą przyszłość.
W tej sytuacji zajrzyjmy do mediów głównego nurtu, czyli po naszej stronie do tygodnika „W Sieci”. Również od mojego syna dowiedziałem się przed momentem, że ktoś starannie wyliczył, że z piętnastu ostatnich okładek tygodnika, jedenaście z nich przedstawia Andrzeja Dudę, a pozostałe karykaturalne fotomontaże wybranych polityków Platformy. I to, jak rozumiem, jest wspomniana burza mózgów, tyle że na poziomie dla bardziej intelektualnie zaawansowanej części elektoratu.
I znów ktoś mi powie, że nic nie szkodzi, bo przede wszystkim wiele wskazuje na to, że to jest kierunek, który niesie zwycięstwo, no a poza tym oni też mają i Lisa i Wołka i Żakowskiego, a jak tych zabraknie – zawsze się znajdzie jakiś Kuczyński, przy którym nawet nasz „Trotyl” traci swój naturalny urok. I to jest oczywiście argument dość mocny, tyle że obciążony jednym bardzo poważnym, a dla nas niestety, decydującym błędem. Otóż na tym poziomie walka faktycznie jest już dawno rozstrzygnięta i efektem owego rozstrzygnięcia jest to, że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje władzę. Rzecz jednak w tym, co będzie po, a tu straszna – prawdziwie wstrząsająca – wiadomość jest taka, że my tu nie mamy dosłownie nic. Cała propaganda – czy, jak pewnie my byśmy woleli to określać – społeczna edukacja znajduje się w rękach trzech ośrodków: Agory, Onetu i Grupy ITI. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że my przez te wszystkie lata próbowaliśmy tworzyć jakieś think tanki, jakieś ośrodki myśli republikańskiej, jakieś archipelagi wolności, efekt tego niestety jest taki, że na końcu zostają Agora, Onet i ITI.
W swoim wczorajszym tekście Coryllus przypomniał dwie anegdoty. Pierwsza z nich opowiada o polskim dziedzicu, panu Stempowskim, który do prowadzenia swoich interesów z zasady zatrudnia Żydów. Zwyczaj przy tym ma taki, że kiedy któregoś dnia któremuś z nich zdarzyło się popełnić jakieś ciężkie błędy w zapisach księgowych, pan Stempowski wzywa go do siebie i rozmowę rozpoczyna od słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, stawiając biednego Żyda w sytuacji bez wyjścia.
Druga z kolei mówi o pewnym żydowskim kupcu, który (i tu już zmuszony jestem uciec do cytatu) „każdą transakcję z gojami wyznania katolickiego zaczynał od słów – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, a jeśli nie był pewien żarliwości ich wiary, chwalił piękno polskiej flagi i ronił łzy nad losem udręczonej Ojczyzny. Potem, zmiękczywszy w ten prosty sposób serca klientów, przechodził do rzeczy”.
Coryllus ma tu swoje refleksje, natomiast ja swoje – może i nie tak głębokie i uniwersalne, ale moim zdaniem warte uwagi. Otóż proszę sobie wyobrazić, że przy okazji uroczystego ogłoszenia nowej ramówki na kolejny sezon, telewizja ITI opublikowała niezwykły wręcz spot – spot o kręceniu spotu na temat nowej oferty telewizji. Ja wiem, że wielu z nas nie ma ochoty otwierać zamieszczanych tu linków, tym razem jednak bez tego nie damy rady. To trzeba zobaczyć. Żeby zrozumieć, jak się tworzy przyszłość, to trzeba zobaczyć. No i proponuję zwrócić uwagę na pewien ciekawy szczegół. Czy ktoś tu może widzi choćby ślad polityki?

http://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/za-darmowe-wyzywienie-zrobimy-wszystko-tak-powstawal-spot-tvn,1451554.html?playlist_id=12799

Przepraszam wszystkich bardzo, ale ponieważ przez najbliższe dni będę się musiał skupić na nowej książce, którą musimy przygotować do druku, jest bardzo możliwe, że nie dam rady pisać codziennie. Zachęcam do odwiedzania strony www.toyah.pl i do kupowania dotychczas wydanych książek. Stamtąd droga jest prościusieńka.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Czy na Czerskiej stanie pomnik Lecha Kaczyńskiego?

Wydaje się, że jako pierwszy – co nie powinno dziwić – hasło to rzucił Adam Michnik, z okazji inauguracji prezydenta Dudy, życząc mu, by był jak Lech Kaczyński, którego szanowali wszyscy, bez względu na miejsce, jakie zajmowali na polskiej scenie politycznej. Gdyby ktoś myślał, że przesadzam, proszę, oto cytat:
Prezydent Duda powoływał się na dziedzictwo prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Lech Kaczyński był człowiekiem skromnym. Nigdy nie powiedział o sobie: ‘jestem człowiekiem niezłomnym’. To inni mogli o nim tak mówić. Dlatego szanowali go również jego polityczni przeciwnicy. Życzę prezydentowi Andrzejowi Dudzie, żeby zapracował na taki szacunek”.
Ktoś powie, że Michnik jest bezczelny i to bezczelnością zdecydowanie bardziej spektakularną, niż ta, której mieliśmy okazję doświadczać w minionych latach, również w jego wykonaniu, i to oczywiście będzie prawda. Rzecz jednak nie w tym, co mówi Michnik, ale w tym, że – co już zaznaczyłem na początku tej skromnej bardzo notki – on rzuca zaledwie hasło. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, że dokładnie od dnia, gdy prezydent Duda został zaprzysiężony, a „Gazeta Wyborcza” opublikowała oświadczenie Michnika, głosy twierdzące, że prezydent Lech Kaczyński był prezydentem, który przez to, że potrafił łączyć, a nie dzielić, był szanowany przez wszystkich, mnożą się jak przysłowiowe króliki.
I znów ktoś powie, że to jest bezczelność niewyobrażalna. I tu też niewątpliwie będzie miał rację. W końcu, żeby najpierw kogoś – z zimną krwią i wedle wcześniej starannie przygotowanego planu – zabić, następnie wygłaszać na jego pogrzebie laudację, i wreszcie zachęcać tych co przeżyli, by, jeśli chcą żyć długo i szczęśliwie, kierowali się przykładem zmarłego, trzeba się czuć bardzo pewnie.
Niedawno obchodziliśmy urodziny Marii Kaczyńskiej – gdyby ktoś nie pamiętał, chodzi o tę samą Kaczyńską, która nosiła za swoim mężem kanapki w reklamówce i to było strasznie śmieszne – i ton komentarzy był jednoznaczny: oto wspominamy kobietę, którą kochali wszyscy. A wczoraj w telewizji TVN24 wystąpił polityk Platformy Obywatelskiej nazwiskiem Makowski, który stwierdził, że Lech Kaczyński nigdy by nie postąpił tak jak prezydent Duda w sprawie referendum? Dlaczego? Bo był człowiekiem uczciwym i odpowiedzialnym.
A zatem, coś się niewątpliwie dzieje.
Ponieważ zatem wygląda na to, że ton przekazu w mediach będzie się utrzymywał na poziomie, z jakim mamy do czynienia dziś, aż do końca października, muszę uciec się do zabiegu, którego bardzo nie lubię, ale do którego niekiedy jestem zwyczajnie zmuszony. Chodzi mi o wracanie do fragmentów starych notek. Specjalnie dla was. Po to, byście wiedzieli, że od tej części waszej historii nie uciekniecie i spalicie się razem z nią w piekle.
Oto, kiedy jeszcze był z nami, prezydent Kaczyński zaplanował wizytę w Bielsku-Białej, i przy tej okazji „Gazeta Wyborcza” (http://wyborcza.pl/1,76842,5793027,Prezydent_w_Beskidach__Ale_o_co_chodzi_.html) zamieściła duże kolorowe zdjęcie Prezydenta z głupkowatą, oczywiście, miną, a pod spodem podpis: „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje". Niżej, artykuł niejakiej Ewy Furtak z lokalnej „Gazety”, w którym czytam:
Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale – jak powiedziano ‘Gazecie' w Urzędzie Miasta – akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Po tym sugestywnym początku, następuje dyskusja internautów, i tu już najbardziej reprezentatywne dla całości wypowiedzi. Poprawiłem tylko, co bardziej irytujące błędy językowe i literówki.

***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach też są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga „zaprotestuje”....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi ‘Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz’.
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by ty k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd!
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!! Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi. Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem. Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie. Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu. Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do ‘czachojebów’. Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.


I to wszystko na dziś. Prawie. Pozostaje jeszcze przypomnieć słynną myśl Abrahama Lincolna: „Nie da się robić durniów z wszystkich zawsze”.

Jeśli ktoś jest zainteresowany, rzeczywiście pełną relację z tamtych czasów, można uzyskać, kupując moją książkę „O siedmiokilogramowym liściu”. Dzis już niestety tylko pod adresem toyah@toyah.pl, jako że właściwy nakład został wyczerpany.




sobota, 22 sierpnia 2015

Orwell napada od Machu Picchu

Przedstawiam kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Powinien być na dzisiejszy dzień, jak znalazł.

Było tak, że w „Rzeczpospolitej” ukazał się tekst niejakiego – słowa „niejakiego” używam szczerze i bez złośliwych intencji, bo o nim rzeczywiście słyszę po raz pierwszy – Tomasza Krzyżaka, poświęcony osobie i publicznej aktywności, w odróżnieniu od Krzyżaka znanego nam wszystkim, księdza Sowy. Tekst jak tekst, tyle że może mniej ciekawy od tych, które przyzwyczailiśmy się czytać w „Rzeczpospolitej”, no i napisany w sposób, który wskazywałby na to, że Tomasz Krzyżak dopiero wkracza w tak zwane „profesjonalne dziennikarstwo”, i to wkracza bardziej z rekomendacji, niż z powodu autentycznej pasji i naturalnego talentu.
Czy tekst Krzyżaka, pomijając jego wymiar formalny, zawiera jakieś szczególne informacje na temat księdza Sowy, których sami byśmy nie znali i które mogłyby nas w jakiś sposób zainspirować? Nie. Zero. Tam nie ma nic, czego każdy z nas by już wcześniej o Sowie nie wiedział i to nawet nie na poziomie plotek, ale prostych faktów, takich jak ten, że Sowa nie lubi PiS-u i jest zaprzyjaźniony z politykami Platformy Obywatelskiej.
Stało się jednak tak, że ksiądz Kazimierz Sowa, przeczytawszy w weekendowej „Rzeczpospolitej” ów tekst, dostał ciężkiej cholery i napisał do właściciela tytułu Hajdarowicza list, w którym go poinformował, że on sobie takich tekstów jak tekst Krzyżaka nie życzy:
Grzegorz, jeśli kiedyś będziesz się zastanawiał czy można napisać artykuł o kimś nie zamieniając z ‘bohaterem’ tekstu ani jednego słowa (choć gość mieszka parę przecznic od autora) to podpowiem ci: genialni dziennikarze pracujący w Twojej gazecie potrafią jeszcze więcej. Wiedzą co kto myśli, nawet co powie i dlatego nie muszą tracić czasu na takie pierdoły jak sięganie do źródeł”.
Odpowiedź od Hajdarowicza nadeszła natychmiast:
Kaziu, przykro mi że mam takich ludzi w redakcji, pozostaje mi mieć nadzieje, że jak najszybciej sami zmienią pracę i wyniosą się z mojej spółki do godniejszej, takiej która wydaje 2 ‘rzetelne’ tygodniki ze stałe malejącym nakładem :) im szybciej tym lepiej (!) pozdr z Machu Picchu”.
Ksiądz Sowa zareagował na to następująco:
Grzegorz nie przejmuj się niczym, bo nie ma co. Niepotrzebnie ci głowę zawracałem. Odkrywaj Peru!”.
No i znów Hajdarowicz:
Wracam 2.09, może w euforii do tego czasu wyniesie się do Wróbla, on zbiera takie towarzystwo, właśnie leżę wycięty, bo wlazłem i zlazłem (ku rozpaczy zaczadzonych) z Wayna Picchu”.
Na koniec Sowa:
Stary! Ja też to zrobiłem parę lat temu! Niezły wyczyn, ale must have!
A więc tak oto wygląda nowomowa w wydaniu III RP. Tak wygląda to kłamstwo, o którym pisał George Orwell w swojej słynnej powieści. Dwóch kumpli rozprawia sobie o egzotycznych podróżach, a świat jaki znamy dobiega końca.
Prezydent Duda objął urząd, na co „Gazeta Wyborcza” piórem swojego naczelnego złożyła mu życzenia, by zasłużył sobie na szacunek Polaków, tak jak Lech Kaczyński. Oto Euroasia w wersji turbo.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki, z wyjątkiem pierwszej „O siedmiokilogramowym liściu”, której nakład jest już wyczerpany. Kilka ostatnich egzemplarzy mam u siebie, więc jeśli ktoś sobie życzy osobistą dedykację, proszę o kontakt na adres mailowy toyah@toyah.pl.


piątek, 21 sierpnia 2015

Humans of Przemyśl, czyli Toyahowa powraca

No więc, zupełnie nieoczekiwanie Toyahowa napisała kolejny tekst. Jeszcze parę takich, to ją wyślemy na swoje. Czyż nie?

Skończył się mój kilkutygodniowy pobyt w Przemyślu. Zawsze, zawsze, od najmłodszych lat wyjeżdżam stąd z płaczem. Serio. Tęsknię za Przemyślem w każdej minucie każdego dnia i marzę o tym, żeby w końcu, kiedyś kupić bilet w jedną stronę. Ja chcę być Przemyślanką!
Dlaczego?
Przemyślanie, jesteście fajni! Nawet o tym nie wiecie, bo myślicie, że tak jest wszędzie. Nie, nie jest.
Od półtora tygodnia jeżdżę moim nowym – starym rowerem po Przemyślu (http://osiejuk.salon24.pl/662762,toyahowa-pisze-do-michnika). Trochę brakuje tu ścieżek rowerowych, fakt, więc muszę wybierać między jechaniem po ulicy a jechaniem po chodniku. W moich, na co dzień rodzinnych, Katowicach, jest to wybór między awanturą z kierowcami a awanturą z przechodniami; zwykle wybieram tę drugą opcję, bo przechodnie mają do dyspozycji tylko parasole i torebki, można ujść z życiem.
Nawykowo w Przemysłu też wybieram chodniki.
Nigdy nie zdarzyło się dotąd by ktoś miał pretensje, jadę chodnikiem wzdłuż Sanu. Mogliby! Powinni nawet, co ja tu robię na ich promenadzie w moim stroju bułgarskiego kulomiota! Przepraszam!, wołam z odległości około dwóch metrów . Dziękuję, mówię każdemu mijanemu. Oj przepraszam, a czemu pani nie dzwoni? Jak mogę dzwonić na panią na moście? A wie pani, jeden taki kiedyś na mnie wjechał i musiałam iść na operację. Jeden taki wjechał, poszła na operację i dalej wesoło schodzi na bok? Zjeżdżam z drogi panu jadącemu z naprzeciwka : a co pani, zmieścimy się przecież. Oni się uśmiechają! Pozdrawiamy się mijając! Pcham rower pod przekaźnik ulicą Tatarską, kto był ten wie. Na górze ludzie : dawaj pani dawaj! Lepiej, proszę pana, żeby ten widok był tego wart bo tu zaraz wykituję. E tam, wszyscy pójdziemy do piachu. Fajnie, ale ja nie chcę dzisiaj. Pogadane. Dopycham, zjeżdżam Zielonką w dół, jakaś para prowadzi rowery pod górkę. Lepiej w dół niż w górę, wołam nauczona już trochę przemyskich zwyczajów. Uśmiechają się, machają.
Ludzie z Przemyśla, jacy wy jesteście fajni!
Zostawiam rower pod targiem, idę na zakupy. O, a pani wyszykowana już na wesele ja dopiero w przyszłym tygodniu. O a jak pani się udało wydać córkę za mąż, ja mam dwie i nic. Pani, moje też jakieś takie niechętne były ale zięć dobry się udał. Sprzedający ma na sobie koszulkę z logo Polonii Przemyśl: a gdzie takie można kupić? A chce pani? Chcę, wprawdzie mój Dziadek był za Czuwajem, ale może się nie dowie. Coś wam nie poszło z tym Jarosławiem we środę, może dokopiemy Resovii w sobotę? A był pan na meczu? E, ja cały czas w robocie.
Przemyski targ, przemyska obsesja: PIEROGI, PIEROGI, PIEROGI. Mam wrażenie, że rozmowy o pierogach unoszą się upalnym szeptem w powietrzu: pani, a z tego byłyby pierogi? Nakleiłam setkę z borówek wczoraj, o ja sobie dzisiaj zrobię, z kaszą pani próbowała?
W Przemyślu jest kilkanaście małych garmażerii gdzie na zapleczu klei się pierogi i sprzedaje pyszne, naprawdę tanio. Dać pani ciepłe czy zimne? Nie zna pani z soczewicą? Proszę skosztować
Na targu pomidory. Ale jakie! Olbrzymie twarde mięsiste, mniejsze, malusieńkie i moje odkrycie sezonu: małe podłużne żółte, pycha! Pomidory kupujemy jednak u źródła: w firmowym sklepie przy szklarni. Przemiły ogrodnik opowiada o nich z czułą fascynacją właściwą tylko prawdziwym profesjonalistom. A chce pani zobaczyć szklarnię? Czy chcę! Moi lwowscy przodkowie ze strony taty mieli ogrodnictwo na Piekarskiej przez trzy pokolenia a ich nazwisko było znakiem firmowym. Czy ja chcę zobaczyć szklarnię! Skąd pan wiedział? W szklarni pani Ogrodnikowa, Katowiczanka; szczęściara, udało się pani zamienić Katowice na Przemyśl! Rozmawiamy chwilę o wspólnych miejscach w Katowicach. Wie pani, ja trochę tęsknię za Katowicami.
Rankiem wdrapujemy się z Wujkiem na Kopiec Tatarski zobaczyć mgły nad miastem. Idzie facet, wygląd niedbałego intelektualisty, rozmawia chwilę z naszym jamnikiem szorstkowłosym, zna się na psach, to widać, opowiada o swoim wyżle. Czy tam na górze są jakieś butelki? Nie chce mi się wchodzić bez sensu. Nie, nie ma, mówimy i dopiero teraz widzę, że facet wyjmuje z koszy puszki, zgniata i pakuje do plecaka, dosłownie na moment przed przyjazdem miejskich śmieciarzy, fachowiec. Gdzie na świecie facet zbierający puszki jest bystrym, inteligentnym, miłym panem? Co za miasto ten Przemyśl! Co za ludzie!
Pani sprzedająca lody w Krasiczynie. Paulinko, mówi do wnuczki Wujka, dam ci drugi wafelek to nie pobrudzisz sobie rączek. Trzymaj ostrożnie.
Pani Koziołowa, dawna sąsiadka moich Dziadków i matka sporej gromadki wakacyjnych kompanów sprzed lat. Spotykamy się na cmentarzu: jak ona wszystko pamięta, jak ona opowiada! A co u Krzyśka Marianowego? Mój Andrzej już cztery i pół roku nie żyje a taki był dobry dla mnie, wnuki to już nie to samo: wszystko zajęte swoimi sprawami.
Msze święte to trochę osobny temat, pamiętamy jak Piotr Wierzbicki pisał, że w kościele nie ma szarego człowieka. Przemyślanie są i tam bardziej kolorowi : ustępowaniu sobie miejsca nie ma końca, a machanie po twarzy wiechciami pierwocin zbóż i owoców w Matki Boskiej Zielnej przyjmują z uśmiechem mimo dość bezlitośnie długiego kazania w Kaplicy krasiczyńskiego zamku. (35* , brak miejsc siedzących a potem była jeszcze litania, pozdro dla księdza Proboszcza!)
Jedziemy taksówką z moimi malinami (letnia obsesja, nawet z tym nie walczę). O, nareszcie otworzyli ten wodny plac zabaw, eeee Przemyśl to dziadostwo, miał być basen. Jak pan może tak mówić?! Jest tyle fajnych miejsc w Przemyślu: kopiec na górze, San na dole, promenada na Franciszkańskiej, lody na Kazimierzowskiej, wyciąg krzesełkowy czasem działa a dla nastolatków Galeria Sanowa, chociaż oni chyba wola swojski Leżajsk nad Sanem. Wie pan, w moim mieście niedziele są martwe, niech pan nie grzeszy narzekaniem. Skoro pani tak mówi… Przekonałam go! Dzień wart wstania z łóżka!
Inny taksówkarz, walę w ciemno 6 sierpnia: dziękuję panu to idziemy teraz oglądać Dudę. Och ten Duda, cała nadzieja w nim, może wreszcie… A wie pan, ja mu napisałam na fejsbuku, że go kocham, bo tak jest. Och pani to jest.
Ach, ludzie z Przemyśla: jest jeszcze mój Wujek, ale moje amatorskie pióro nie jest w stanie Mu sprostać. Na razie nie.

Przypominam że nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.coryllus.pl



czwartek, 20 sierpnia 2015

A imię Jego Samuel

Tak jak to ostatnio zdarzyło nam się tu kilka razy, bieg zdarzeń nas wyprzedził i dziś, zamiast trzymać się z góry zamierzonego tematu, musimy powiedzieć coś wręcz straszliwie nieoczekiwanego.
Oto ledwie wczoraj, w samo południe, w miejscowości Kamienna Góra, 27-letni niejaki Samuel N. zaatakował siekierą kompletnie sobie obcą 10-letnią dziewczynkę. Dziewczynka oczywiście umarła, jej rodzice, którzy wedle doniesień medialnych, byli świadkami nieszczęścia, znajdują się, tak jak to zwykle przy tego typu okazjach bywa, pod opieką psychologa, natomiast my, oniemiali obserwatorzy, zachodzimy w głowę, co to takiego tak naprawdę się tam stało.
Mamy bowiem owego zamieszkałego w Kamiennej Górze Samuela N, który pewnego dnia udaje się do sklepu, kupuje siekierę i w piękne letnie południe wyrusza na tak zwane miasto, by… no właśnie, by co? Tego już nie dowiemy się nigdy.
A ja, jak zwykle, kompletnie bezradny, siedzę tu, wystukuję te słowa i najchętniej bym po raz kolejny powiedział coś na temat TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, ale tym razem jednak chodzi mi po głowie coś kompletnie innego. Oto, jak wszyscy widzimy, zabójcą jest 27-letni Samuel N., mieszkaniec Kamiennej Góry, pięknego miasteczka niedaleka Wałbrzycha, a ja się już tylko zastanawiam, jak to było, kiedy on się rodził w tym Wałbrzychu w roku 1988, pod sam koniec PRL-u, a jego rodzice uznali, że mu dadzą na imię Samuel. Nie Wojciech, nie Antoni, nie Damian, nie Grzegorz, nie Bogdan, nie Staszek, nie Sebastian, nie Jan, nawet nie Allan, czy Denis, ale właśnie Samuel. I w tym samym momencie myślę sobie, że skoro ci rodzice gdzieś tam dziś są, to ja bym już tylko chciał spojrzeć im w oczy i zapytać, jak to było z tym Samuelem. Skąd ten pomysł i czy oni widzą jego konsekwencje.
Nie czuję się najlepiej pisząc ten tekst, no ale co mam zrobić, kiedy przed nami wyzwania, których zwyczajnie nie znamy? Bardzo liczę na zrozumienie.

Więcej na ten temat w księgarni na stronie www.coryllus.pl

środa, 19 sierpnia 2015

Co Artur Rojek spotkał na rozstaju dróg

Mija już drugi tydzień, jak zakończył się organizowany od wielu już lat z autentycznym sukcesem tu przez Artura Rojka „Off Festival”, a ja wciąż mam w głowie ów smutny fakt, że z powodu tak zwanego braku funduszy ominęła mnie od miesięcy oczekiwana przyjemność posłuchania na żywo Arto Lindsaya… ale przy okazji może jeszcze coś, co w normalnych warunkach by mnie pewnie w ogóle nie zainteresowało, a co tu akurat nie dało mi najmniejszej szansy. Zacznę jednak może od początku.
Oto, kiedy na może nie tak bardzo pobliskim, ale zdecydowanie w zasięgu dłuższego spaceru, lotnisku trwał ów festiwal, ja odbywałem tradycyjny, późnowieczorny spacer z moim psem, i nagle usłyszałem ni to buczenie, ni to warczenie, ni to zaledwie ponury pomruk, który wypełnił całą moją przestrzeń. W pierwszej chwili uznałem, że może z którejś z sąsiednich ulic za chwilę wyłoni się ów znany nam wszystkim pomarańczowy samochód czyszczący jezdnię z całodziennego syfu, potem pomyślałem, że to jednak pewnie gdzieś niedaleko jacyś młodzi mają głośną imprezę w klimacie techno, tyle że ów dźwięk, w sobie tylko znany sposób, zmienił się tym razem nie w dudnienie, lecz w ten bardzo szczególny pomruk. Jednak im bliżej byłem domu, wiedziałem, że to musi być Rojek i jego „Off”. Wszedłem na klatkę, zamknąłem za sobą drzwi, a ów pomruk został ze mną. Wlazłem na piętro, zapaliłem światło, wyszedłem na balkon i już wiedziałem na pewno, że to w rzeczy samej jest „Off” i to coś, czego zidentyfikować nie potrafię.
Zadzwoniłem więc do swojego dziecka, które było na miejscu i zapytałem, kto to w tej chwili gra tak, że całe miasto jest wypełnione ponurym warczeniem, a on mi powiedział, że to pewnie jest coś, co się nazywa Sun O i jest gwiazdą wieczoru.
Otóż przyznaję bardzo chętnie, że już wcześniej słuchałem zespołu Sun O, wyłącznie jednak w projekcie niegdysiejszego bigbitowca, Scotta Walkera, zatytułowanym „Soused” i znów przyznaję, że byłem zachwycony. Poza tym jednak, mówiąc bardzo krótko, ja zawsze wiedziałem, że Sun O to są normalni, najbardziej klasyczni sataniści, podczas swoich występów tradycyjnie przebrani w habity i kaptury i regularnie i w sposób najbardziej podstawowy odstawiający swoją czarną mszę z jakimiś kadzidłami i zaklęciami. Powtarzam. Ja Sun O dotychczas znałem z projektu Walkera – owszem dość niebezpiecznego, że tak to ujmę, jednak mimo wszystko przynajmniej muzycznego – jednak ponieważ ów pomruk nad moim miastem zrobił na mnie wrażenie, zajrzałem do youtube’a i ich odpowiednio sprawdziłem. I proszę sobie wyobrazić, że to co tam można znaleźć to nie jest nic więcej jak tylko ów pomruk. To nie jest w żadnym wypadku tak, że nocne powietrze plus odległość tak zniekształciły dźwięk, że z tego występu został tylko ów pomruk. Nie. Tam od początku był tylko pomruk. Plus, co mi już później zrelacjonowała moja córka, od czasu do czasu przenikliwy wrzask. No i oczywiście te kaptury, te habity te kadzidła i ta msza.
Każdy kto miał okazję czytać moją książkę o muzyce wie, że mój stosunek do tak zwanej „muzyki satanistycznej” jest dość ambiwalentny z tego prostego powodu, że dla mnie tak naprawdę cały rock, poczynając od Beatlesów, a kończąc na Amy Winehouse i Kapeli ze Wsi Warszawa to satanizm w wymiarze absolutnie podstawowym, a więc tak naprawdę to, z czym zostajemy na samym końcu my słuchacze, to jakość i nic więcej. Ja nie mam najmniejszej ochoty zastanawiać się, jakie intencję stały na początku twórczości takich zespołów jak Black Sabbath, King Crimson, czy One Direction, bo odpowiedź tak czy inaczej już i tak znam. To co mnie interesuje, to wyłącznie muzyka, którą traktuję z bezwzględnym i najbardziej brutalnym egoizmem.
Kiedy jednak szedłem przez moje miasto z psem i nagle posłyszałem ów pomruk, a potem się dowiedziałem, że on był dokładnie taki sam na początku jak i na końcu, uznałem, że tym razem Rojek nie zapanował. Tym razem on stracił orientację. I to niezależnie od tego, co on sobie myśli na temat życia. Tym razem nie zapanował.
No i właściwie chwilę później też dowiedziałem się, że obok Sun O na festiwalu „Off” w Katowicach – podkreślam, że wydarzeniu niezwykle cennym i potrzebnym – pojawił się – ja zdaję sobie sprawę z tego, że kultowy i legendarny – zespół The Residents, a więc coś, na czym w sposób jednoznaczny i bezpośredni bazują autorzy czegoś, co my tu znamy jako „Kraina Grzybów”. I oni też w tym roku wystąpili w Katowicach. Na zaproszenie Artura Rojka.
Po co piszę ten tekst? Powody są dwa. Pierwszy to ten, by zwrócić uwagę na fakt, że Artur Rojek, z powodów, o których nawet nie chcę myśleć, w tym roku na „Offa” zaprosił dwa projekty, przy których Nergal z tą swoją żałosną komercją jest aniołkiem w błękitnej sukience i wianuszkiem na łbie. A tak postępować nie wolno. Nawet jeśli on jest jedynie głupim artystą, który wierzy, że sztuka to coś, co istnieje ponad wszelkimi uprzedzeniami. Drugi natomiast jest taki, by pokazać coś, czego nie pokona żadne zło zarówno tego, jak i tamtego świata. Oto parę dni temu dowiedziałem się, że człowiek którego znałem jeszcze kiedy byłem dzieckiem i dzięki któremu miałem okazję – opisałem to w swojej książce – niemal na drugi dzień po debiucie, wysłuchać pierwszej płyty „Led Zeppelin”, żyje i jak najbardziej tworzy. Podobnie jak rok, dwa, czy trzy lata temu, również w tym roku i w roku następnym nie usłyszymy go na Rawie Blues, bo jak wiemy, System – w każdym swoim wymiarze – wszystko trzyma za mordę stalową ręką. Mówię o muzyku, z tego co dziś słyszę, absolutnie wybitnym, nazwiskiem Adam Banach. Niech on więc nam dziś zaśpiewa, nawet jeśli tylko po to, by przepędzić to zło, które nas na chwilę obezwładniło.

Wszystkie warte dziś uwagi książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Możliwe, że kiedyś to się zmieni, póki co jednak wszystko jest tu.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Czy na Czerskiej drukują już zaproszenia?

Ani się obejrzeliśmy, gdy minął kolejny tydzień, a my jesteśmy do tyłu z felietonem dla „Warszawskiej”. Serdecznie zachęcam.

Mam nadzieję, że przynajmniej część z nas pamięta, jak już po tym, gdy prezydent Kaczyński zginął w Smoleńsku i jego wielka idea stworzenia tu w naszej części Europy koalicji państw zjednoczonych wokół spraw dla nas wręcz żywotnych, w sposób oczywisty i naturalny umarła wraz z nim, w Gruzji, a więc kraju bezpośrednio dla Polski sojuszniczym, doszło do wyborów, gdzie stawką było to, czy Gruzja pozostanie niepodległa, czy wpadnie w łapy Moskwy. Mam też nadzieję, że wciąż pamiętamy – bo to jest coś, czego zapomnieć nie można – jak owe wybory wygrała partia o, w opisywanym przez nas kontekście, szyderczej nazwie „Gruzińskie Marzenie”, na której czele stał najbogatszy człowiek w Gruzji i jeden z najbogatszych ludzi na świecie, w sposób jednoznaczny przedstawiciel imperialnej polityki Władimira Putina, Bidzina Iwaniszwili.
Ale mam też nadzieję, że wielu z nas wciąż pamięta cały kontekst tamtych wyborów i jego upiorną wręcz symbolikę. Informowały o tym również najbardziej oficjalne media, jak to ów Iwaniszwili, od czasu, gdy kilka lat wcześniej wrócił z Moskwy do Tbilisi, zamieszkał w wielkim szklanym pałacu na wzgórzu, skąd miał widok na całe miasto i przez lata, bardzo cierpliwie i w milczeniu, czekał na moment, gdy będzie mógł zejść na dół i poczuć ów „zapach napalmu o poranku”.
No i przyszedł ten dzień, partia prezydenta Saakaszwilego doznała bolesnej porażki i z tej właśnie okazji do Tbilisi udał się sam Adam Michnik, by wspólnie z „gruzińskimi przyjaciółmi” świętować owo „zwycięstwo nad faszyzmem”. Nie wiem, jak inni, ale ja do dziś pamiętam i już nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy w „Gazecie Wyborczej” ukazała się korespondencja wspomnianego Michnika z Tbilisi, gdzie ten, pełen radosnego uniesienia, opisywał radość na ulicach miasta, szczęśliwe twarze młodych dziewcząt i chłopców i cytował ich słowa wyrażające satysfakcję, że ów faszystowski koszmar zgotowany Gruzinom przez prezydenta Saakaszwilego się skończył. „Widziałem gruziński cud; widziałem Tbilisi, miasto w stanie łaski” – pisał Michnik, po to, by w tym wzruszeniu zajechać na to tbiliskie wzgórze i przeprowadzić rozmowę z owym pogromcą faszyzmu. Pamiętam to i tego już nie zapomnę.
Dziś, kiedy Andrzej Duda objął swój urząd, ten sam Adam Michnik ogłosił, że dla Polski nastały czasy trudne i niebezpieczne, bo oto w naszej części Europy powstaje kolejna, obok Rosji Władimira Putina i Węgier Victora Orbana, faszystowska dyktatura. A ja sobie tylko myślę, że tam na Czerskiej nastroje od lat są takie, że gdyby nagle jakimś szatańskim cudem okazało się, że wspomniany Bidzina Iwaniszwili odkrył w sobie jakieś polskie korzenie i za pięć lat polityczną władzę w Polsce przejął jego ruch o nazwie „Polskie Marzenie”, Adam Michnik, Jarosław Kurski i Seweryn Blumsztajn jako pierwsi pospieszyliby z gratulacjami, a „Gazeta Wyborcza” uczciłaby owo wyrwanie Polski z łap faszyzmu specjalnym wywiadem z nowym prezydentem.

Przypominam uprzejmie, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Jeden grosz dla premier Kopacz, czyli 6 września grillujemy

Jak to już nie jeden raz bywało, na dziś miałem przygotowany temat nieco inny, jednak stało się tak, że szedłem z psem do parku i na wysokości stadionu AWF-u ujrzałem wielki billboard Platformy, a na nim napis: „STOP FINANSOWANIU PARTII Z BUDŻETU”.
Dolna część billboardu podzielona jest na dwie równe części, gdzie po lewej stronie stoi informacja „PO – MY JESTEŚMY ZA”, a po prawej „PIS – ONI SĄ PRZECIW”.
Przyznam, że kiedy to zobaczyłem, mało z wrażenia nie wpuściłem psa pod samochód. Bo zastanówmy się proszę, co takiego oni nam przy pomocy tego przekazu chcą powiedzieć? Że za czym oni są i przeciwko czemu jest PiS?
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wśród wyborców Platformy Obywatelskiej są takie umysły, dla których jest jasne, że Platforma jest za stopem, podczas gdy PiS przeciwko stopowi i oni akurat znakomicie sobie podczas głosowania 6 września poradzą, natomiast dla każdego normalnie myślącego człowieka przekaz tu jest jednoznaczny: Platforma jest za finansowaniem, natomiast PiS przeciw. I to jest z mojego punktu widzenia oczywiste.
W tej sytuacji, ja właśnie podjąłem decyzję, żeby nie brać udziału w referendum, z tego prostego względu, że mój postulat nie jest w pytaniach referendalnych uwzględniony. Ja jestem bowiem za tym, żeby partie były dalej finansowane z budżetu, z jednym wyjątkiem, mianowicie Platformy Obywatelskiej. Na nich niech się składają ich wyborcy deklarując jeden procent z podatku, z jednoczesnym oświadczeniem, że zgadzają się na to, by ich pieniądze były wyrzucane w błoto.

Przypominam, że moje książki są dostępne w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Życzysz mi śmierci, a sam jesteś rudy i masz POpaprane dzieci

Zwrócono mi uwagę na tekst Daniela Passenta, w którym ten, reagując na skierowany pod adresem „Gazety Wyborczej” apel prezydenta Dudy o niepodgrzewanie i tak już bardzo wrogiej atmosfery politycznej w Polsce, zaapelował z kolei do Prezydenta, a przy okazji i do nas wszystkich, którzy na niego głosowali, byśmy walkę z nienawiścią zaczęli od siebie. Jako argument za tym, że to raczej my powinniśmy się rozliczyć ze swoich grzechów, przedstawił Passent wybór cytatów z jednego tylko numeru tygodnika „W Sieci”, w których reprezentowana przez Passenta strona politycznej walki jest traktowana nieładnie, by nie powiedzieć chamsko.
Cytatów jest zbyt dużo, bym je miał tu za Passentem wszystkie powtarzać, więc może pozostanę przy kilku, mam nadzieję, że zdaniem Passenta, najbardziej parszywych, a moim, jedynie żałośnie głupich:
„Bredzisław. PO już zdecydowała, iż robi z niego wioskowego głupka. Wreszcie znaleźli dla Bredzisława idealną rolę”.
„Tusk zaszkodził Polsce dużo bardziej niż drobny złodziej i moim zdaniem jego miejsce jest więzieniu”.
„[Kopacz] udaje Miss Polonia jeżdżącą po kraju w poszukiwaniu osób łykających jej czerwone jak PRL-owskie agitki spoty”.
Naturalnie biorę pod uwagę możliwość, że wrażliwość Passenta gorzej znosi inne wypowiedzi niepokornych redaktorów, jak na przykład te, w których ci szydzą z nazwiska Tomasza Wołka, czy o Giertychu mówią „pan Gie”, jednak, jak mówię, nie chce mi się tu cytować całego doniesienia Passenta i przedstawiam to, co moim zdaniem jest tam najmocniejsze. Ale też nie chce się zbyt długo skupiać na tekście Passenta, ponieważ ja sam na tym blogu, bez jego łaskawego udziału, już od wielu miesięcy zwracam uwagę na fakt, że tygodnik „W Sieci” przez ten swój głupi i żałośnie tandetny kabaret kompromituje nas wszystkich. Ale nie tylko to. Ja już bowiem od kilku dobrych miesięcy przedstawiam pogląd, że owo prymitywne chamstwo – z jednej i z drugiej strony zresztą – ma swoje jedyne źródło w przekonaniu polityków i mediów, że czytelnicy i telewidzowie to banda durniów, do których nie dotrze żadna propaganda, o ile nie będzie ona przekazywana na odpowiednio niskim poziomie. A zatem, my problem owej tak zwanej „nienawiści” mamy tu załatwiony dość skutecznie.
Natomiast jest też jednocześnie tak, że my wciąż nie mamy rozstrzygniętego problemu nienawiści prawdziwej, takiej gdzie wszystko się zaczyna tam, gdzie kabaret już dawno się skończył. I z tego też względu ja zachęcam Daniela Passenta, a przy okazji wszystkich tych, których jego tekst napełnił pewną satysfakcją, żeby oni akurat się modlili, by ci durnie z tygodnika „W Sieci” nie przestali chichotać, bo te ich wygłupy, jeśli komukolwiek zaszkodzą, to tylko nam, których oni szczerze nienawidzą. Właśnie nienawidzą. Nie uważają nas za wiejskich głupków, nie obrzucają nas tanimi szyderstwami, nie wyśmiewają nas z powodu naszych nazwisk, ale życzą nam już tylko śmierci.
Pamiętam bardzo dobrze, jak jeszcze zanim umarł – swoją drogą, przypominam Danielowi Passentowi, że on w rzeczy samej od pięciu lat nie żyje – prezydent Kaczyński udał się z wizytą do Bielska-Białej i z tej okazji lokalna „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, a pod owym tekstem na portalu gazeta.pl głosy czytelników. Proszę uprzejmie:
„Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie”;
„Nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu – niepotrzebnie się tu pcha – bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki – no i bardzo dobrze – spieprzaj, dziadu, do mamusi”;
„Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala – stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje – większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!”;
„Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi. Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli”;
„Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do ‘czachojebów’. Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla”;
„Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!”.
I mam oczywiście nadzieję, że Daniel Passent nie powie mi tutaj, że podczas gdy on cytuje poważnych przedstawicieli prawicowych mediów, ja się znęcam nad jakimiś internautami, bo wówczas przede wszystkim będzie on mi musiał wytłumaczyć, kto tam u nich na kogo wpływa bardziej, czytelnicy na nich, czy oni na czytelników, ale też zawsze będę mógł przypomnieć zdarzenie sprzed lat, kiedy to w wypadku samochodowym zginął prawicowy austriacki polityk Jörg Haider, a kumpel Passenta Piotr Najsztub skomentował to zdarzenie refleksją, że czemu to u nas w Polsce nie dochodzi do takich przypadków.
A więc choć wiem, że tamtych komentarzy nie pisał ani Passent ani nawet Najsztub, ale też ani nie mam oczywiście pojęcia, ani też nawet nie umiem sobie wyobrazić, co za typ człowieka mógł za nimi stać, to, gdy chodzi akurat o ostatni z nich, to, owszem, mogę spekulować. Oto ledwo wczoraj rozmawiałem z bliskim kolegą, który mi opowiedział o całkowicie przypadkowym spotkaniu z pewnym miłym, starszym panem, tu w Katowicach. Proszę sobie wyobrazić, że ów pan z kolei opowiedział mu o tym, jak jeszcze pięć lat temu, po ciężkim wypadku, trafił nieprzytomny do szpitala na odział intensywnej terapii i kiedy odzyskał świadomość, pierwsze co się dowiedział, to to, że w Smoleńsku rozbił się samolot i prezydent Kaczyński nie żyje. I wówczas pan ów, wedle swojej własnej relacji, na ową wiadomość zareagował taką radością, że niemal w jednej chwili poczuł, że ozdrowiał. Kolega mój, zanim jeszcze zdążył się porządnie oburzyć, zapytał, za co ów pan tak bardzo nie lubił prezydenta Kaczyńskiego, że wiadomość, iż ten nie żyje, aż tak go uradowała, na co ten odpowiedział, że za to, że on kiedyś do pewnego człowieka zawołał „Spieprzaj dziadu!”.
Koniec. To wszystko. A my się tylko możemy domyślić, że to pewnie wtedy rozległo się to strasznie zabawne „bęc!”.
I to już faktycznie wszystko. Prawie. Na koniec mam bowiem jeszcze serdeczną prośbę do tych wszystkich z nas, którzy wciąż jeszcze przedstawiają się jako niepokorni, za to już niedługo będą nazywani dziennikarzami reżimowymi. Błagam, opamiętajcie się. Zrozumcie wreszcie, że z prawdziwą nienawiścią nie wygracie. Nawet jeśli okaże się, że mieliście rację uważając nas za idiotów, to zanim my zaczniemy na dobre rżeć, oni wyjdą na ulice i zaczną strzelać. A jak przyjdzie na nas wszystkich czas, spłoniecie razem z nimi.

Nakład książki „o liściu”, w której opisałem tamte czasy, został już sprzedany, natomiast kilka egzemplarzy mam jeszcze u siebie w domu. Jeśli ktoś miałby ochotę na egzemplarz autorski z osobistą dedykacją, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


piątek, 14 sierpnia 2015

Pociąg do pracy, czyli jak zabić głód za 2,60

Czekają kolejne notki, tymczasem po Polsce jeździ premier Kopacz wraz ze swoimi ministrami, gada, gada i gada i nie ma sposobu, by się zająć tak zwaną robotą. Oto ledwie wczoraj usłyszeliśmy z ust tej niezwykłej kobiety, że ponieważ każde nasze słowo na temat głodujących dzieci to woda na młyn rosyjskiej propagandy i samego Władimira Putina – swoją drogą, od pewnego już czasu, nieprzyjaciela Polski – powinniśmy się powstrzymać od jakichkolwiek narzekań i zacząć wspierać władzę w jej działaniach na rzecz zachęcania reszty z nas, którzy zamiast ruszyć do ciężkiej pracy, się obijają, którzy nie rozumiemy, że bez pracy nie ma kołaczy, że tylko pracą ludzie się bogacą i że wreszcie, kto nie pracuje ten nie je, byśmy zakasali rękawy i wzięli się do roboty.
Oczywiście sytuacja, wobec której nagle stanęliśmy, nadaje się idealnie do tego, by do tego tępego łba wbić ową tak ładnie wyrażona przez artystę Kazika prawdę, że jeśli ktoś się tu akurat ma wstydzić, to nie ten co widzi, ale ten co robi, jednak ponieważ zawsze jest tak, że przychodzi ktoś jeszcze i prosi o dowody, proponuję tekst z tego bloga aż sprzed pięciu lat, a ostatnio zamieszczony w mojej książce o tym, który nie przepuszcza żadnej okazji, odpowiednio zatytułowany „Ja was widziałem o świcie w tramwaju…”.


Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.
Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tam gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie nie byli przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.
Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?
Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji, jaką dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami nasz kolega LEMMING. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak to dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.
Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz, by przeżyć dzień.
Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam nasz przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osób w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!
Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważnych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.
Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusu, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.
Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedzą, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.
I myślę, że oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a jak idzie o wolną przedsiębiorczość, to właśnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy akurat wczoraj do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą, co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to też kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.

Wspomnianą wyżej książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, podobnie jak inne, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Terrorysta Jacek - amabasador naszej wolności

Kiedy wydawało się, że nic nie będzie w stanie przyćmić najświeższego sukcesu III RP w postaci awansowania Polski do ścisłego finału w konkursie, w którym główną nagrodą miała być montażowni słynnego brytyjsko-hinduskiego Jaguara, okazało się, że Słowacy mogą się z tym autkiem wypchać. Bo oto, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wszystkich wiadomość, że my tu w „tym kraju” doczekaliśmy się naszego własnego terrorysty, i to terrorysty nie byle jakiego, bo terrorysty-samobójcy, w dodatku islamskiego – niejakiego Jacka. Żadnego Dżeka, ale autentycznego Jacka. Nasze poczucie dumy zostało wprawdzie nieco osłabione przez fakt, że ów terrorysta, zanim wysadził się w powietrze, od kilku już lat mieszkał w Niemczech, to stamtąd został zwerbowany przez Dżihad, a gdy chodzi o związki z Polską, to one bardziej przypominały sentymenty gwiazdy „Agory”, niejakiej Schwesta Ewy, no ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że dziś we wspólnej Europie nikt już nie jest samotną wyspą, z całą pewnością możemy poczuć ów dreszcz emocji.
Ale jest jeszcze jeden element wart uwagi, gdy staramy się uszanować nasz wkład w wytyczanie kierunków rozwoju światowej cywilizacji, a sprawę, najlepiej jak tylko można było oczekiwać, w telewizji TVN24 naświetlił niejaki Bogusław R. Zagórski, „arabista, dyrektor Instytutu Ibn Chalduna, wykładowca Collegium Civitas”. Rzecz w tym, że, zdaniem owego Zagórskiego, w tym wypadku, sukces Polski jest tym większy, że jedyne u nas środowiska na tyle sfrustrowane, by móc się zaangażować w jakikolwiek terroryzm, to związani ze środowiskami kibolskimi „prawdziwi Polacy”, a więc ludzie, którzy jeśli nawet zgodzą się podkładać bomby i ścinać głowy niewiernym, to w ostatniej kolejności w imię Allaha. A więc znów faszyzm, niestety.
Ale tym większą satysfakcję możemy odczuwać z faktu, że na owym bezrybiu udało nam się wychować nie dość że autentycznego, szanowanego w świecie arabskim, dżihadzistę, to dżihadzistę jednego z bardziej znanych w świecie.
Przepraszam za być może zbyt podniosły ton, ale moim zdaniem jest to sukces, który śmiało możemy porównać do europejskiej prezydencji Donalda Tuska.

Tym wszystkim, którym spodobał się powyższy felieton przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do nabycia dwa zbiory tekstów z tego bloga. Szczerze polecam.

środa, 12 sierpnia 2015

O zerach, po których nic nikomu

Ponieważ upały tak mnie osłabiły, że nie jestem w stanie myśleć nawet o perspektywach, jakie się rozciągają przed Marcinem Kędryną, proponuję poczytać sobie tekst stanowiący jeden z rozdziałów mojej książki „o bananach”. Swoją drogą, bardzo przewrotnie w temacie ostatnich dni.

Możliwe że widziałem go już wcześniej – kto wie czy nie w tych pieprzonych Niemczech dziesięć lat wcześniej – ale jak idzie o prawdziwe, świadome przeżycie, to ananas w mojej świadomości pojawił się dopiero wtedy, gdy w Katowicach otwarto sklep Future 2, która to nazwa wbrew pozorom, a z pewnością zgodnie z lokalną tradycją, czytana była po niemiecku.
Tam było wszystko... No, może przesadzam. Może nie wszystko. Ananasy natomiast były z całą pewnością. Ananasy, kokosy, i to dokładnie takie same jak ten z filmu „Nocny Kowboj”, który biednemu Ratso wypadł z okna. A trzeba pamiętać, że to był zaledwie początek. To coś bowiem szybko padło i zostało przejęte przez dzieci starego Wiatra, czy może jego kumpla Pastusiaka, w postaci tak zwanego Empiku, natomiast w rożnych innych miejscach zaczęły się pojawiać – wprawdzie jeszcze bez galerianek, ale już robiące jak najbardziej solidne wrażenie – klasyczne już galerie handlowe, gdzie taki kokos z Future Zwei to był naprawdę żart. I z tego właśnie zaciągu powstał też potężny sklep o nazwie Geant.
Był rok 2000 i wtedy jeszcze, chyba siłą rozpędu po słodkich latach PRL-u, powodziło nam się zupełnie nie najgorzej. W ogóle, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że tamten właśnie rok miał swoją moc symboliczną. Ja na przykład zacząłem wtedy pracować w szkole i niemal pierwszą rzeczą jaką poznałem, to była karta kredytowa Citi Banku. Do pokoju nauczycielskiego weszli ci wystrojeni akwizytorzy i wszystkim nauczycielom dali po jednej karcie ze zdjęciem i jakimiś paroma tysiącami w środku. A potem wszystko już poszło szybko. I to nawet niekoniecznie jak idzie o Citi Bank.
A zatem, był rok 2000, któryś z weekendów, wzięliśmy dzieci i, jak przystało na nowoczesną rodzinę, udaliśmy się na zakupy do wspomnianego Geanta. Pamiętam że kupiliśmy wtedy strasznie dużo najróżniejszego towaru, za naprawdę ciężkie pieniądze, no i w momencie kiedy już po zapłaceniu za ten wózek opuszczaliśmy kasę, podeszli do nas sklepowi ochroniarze... i nas wszystkich najzwyczajniej w świecie aresztowali. Oczywiście żona moja, osoba która do dziś żyje na tym poziomie obywatelskiego napięcia, że gdy tylko w którymś ze sklepów zapiszczy jej bramka, robi na cały sklep taką awanturę, że skutkiem tego znają ją już wszystkie agencje ochroniarskie w mieście, postawiła się dzielnie ochronie postawić... niestety na próżno. Zostaliśmy otoczeni, bez słowa wyjaśnienia zaprowadzeni na zaplecze sklepu i zamknięci w jakiejś klitce z kamerą pod sufitem.
Pytaliśmy się oczywiście, przekrzykując płacz dzieci, o co chodzi, ale wciąż dostawaliśmy jedną odpowiedź: „Dowiedzą się państwo w stosownym czasie”. No i wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu, do celi przyszedł jakiś umyślny, przyniósł paczkę kredek i poinformował nas, że oto któreś z naszych dzieci naderwało folię, w którą kredki były zapakowane, i że w związku z tym mamy zapłacić 11 złotych i sobie te kredki zabrać.
Poszliśmy więc do kasy, kupiliśmy te kredki, żona moja je natychmiast – jak to ona – demonstracyjnie wyrzuciła do kosza, wróciliśmy do domu, a ja – pamiętając jeszcze z dawnych czasów zwyczaj, że z wszelkimi pretensjami idzie się prosto do Komitetu Wojewodzkiego PZPR i korzystając ze swoich wrodzonych umiejętności literackich – napisałem ładny list do „Gazety Wyborczej”. „Gazeta Wyborcza” zareagowała natychmiast. Zadzwoniła do nas jakaś kobieta, umówiła się z nami na spotkanie, myśmy jej wszystko opowiedzieli, no i z tego zrobiła się afera o skali porównywalnej chyba tylko z wtedy jeszcze zaledwie się rodzącą aferą Rywina.
Po pewnym czasie dostaliśmy telefon z dyrekcji Geanta i zaproszono nas na spotkanie. Poleźliśmy tam we dwójkę, obok nas siedziała przedstawicielka „Wyborczej”, przed nami jakiś Francuz, tłumaczka i ktoś jeszcze, no i Francuz – nie wdając się w szczegóły – zapytał nas, co chcemy za to, że nas tak potraktowano. Dziś sobie myślę, że to cośmy wtedy zrobili, zwłaszcza biorąc pod uwagę lata, które nastały, stanowiło błąd największy. Było jednak tak, że mając przed sobą tego Francuza, który z trudem ukrywał pogardę dla grupki biednych Polaków, którzy chcą go naciągnąć na jakieś grosze, właściwie równocześnie wymyśliliśmy, że nie weźmiemy od niego ani grosza. I kiedy Francuz zapytał nas, co chcemy, ja mu powiedziałem, że on chyba oszalał sądząc, że ja będę za niego myślał. Niech sam kombinuje. On wtedy wyjął czek, napisał na nim jedynkę z trzema zerami i podsunął mi go pod nos. Wtedy powiedziałem mu, że nawet jeśli on tam zacznie dopisywać kolejne zera, to nic z tego nie będzie, bo, jak to powiedział – inna sprawa, że mocno bez sensu – Mickey Rourke w filmie „Rok Smoka” pewnemu Chińczykowi, nas Polakow nie da się przekupić. No i proszę sobie wyobrazić, że on mnie wtedy zapytał, ile ja sobie tych zer życzę.
To właśnie wtedy nawaliłem. Zamiast mu coś tam rzucić, ja mu powiedziałem, żeby sobie ten czek wsadził i kombinował dalej. No i on wreszcie zapytał, czy może dzieci by coś chciały. Zabawkę, albo coś podobnego. No i tak się więc ostatecznie stało, że któregoś dnia, pojawił się u nas w domu specjalny kurier i przyniósł naszym dzieciom ogromne pudła z zabawkami plus dla każdego osobisty list z przeprosinami od firmy Geant. Trochę głupio, przyznaję, przynajmniej jednak mam satysfakcję, że on do dziś, kiedy jest tak nudno, że już nie ma o czym gadać, wspomina ten swój pobyt w Polsce, gdzie spotkał bardzo dziwnych Polaków. Polaków, dla których honor znaczył więcej niż jego portfel.
Geanta dziś już nie ma. Na jego miejscu jest coś co się nazywa Real. My już jednak tam bywamy bardzo rzadko. Czasem tylko wybierzemy się na krótko, by kupić flaszkę po mocno okazyjnej cenie, słoik indyjskiego sosu – też taniej niż choćby w takim Tesco – lub ciasteczka dla psa. I tylko sobie czasem myślę, że szkoda że mój ojciec nie dożył tych czasów. On, jako ostatni na tym świecie prawdziwy liberał, byłby zachwycony. Przynajmniej na początku. Tyle dobrego, że papieża doczekał.

Z informacji, jakie dostaję od Coryllusa, wiem, że nakład książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” , z której pochodzi powyższy tekst, jest już niemal na wyczerpaniu. Dodruk póki co nie jest planowany. Proszę więc nie tracić okazji. Ta i inne moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 11 sierpnia 2015

O tym jak razem z Michnikiem tępiłem faszyzm

Muszę się przyznać do pewnej manipulacji. Otóż kiedy w reakcji na swoją rowerową przygodę pani Toyahowa napisała dziś już dość tu popularny tekst i on ją, przyznamy wszyscy, że bardzo nieskromnie, zachwycił, ona w jednej niemal chwili zapragnęła, bym ja go umieścił tu na naszym blogu. Prośba ta była o tyle dla mnie dziwna, że dotychczas, mimo moich naprawdę szczerych wysiłków, moja żona – bo o niej oczywiście tu mowa –zarówno Salonem24, jak i moim tu pisaniem, nie wykazywała dotychczas większego zainteresowania. Ja wiem, że niektórym jest w to trudno uwierzyć, ale takie są fakty. Dla niej, zarówno moje teksty na blogu, jak i moje książki, nigdy nie stanowiły treści życia. A co dopiero coś tak bez znaczenia, jak jakiś Salon24? Każdy w końcu jakoś żyje, prawda? No i kiedy spotkała ją owa przygoda, ona siadła i napisała swój tekst, i poczuła, być może pierwszy raz w życiu, co to znaczy odnaleźć w sobie talent pisarski.
No i niemal w jednej chwili pojawił się problem. Bo co to ma znaczyć, że my tu, czy tam, spotykamy się od siedmiu już lat, kiedy nagle moja żona pisze tekst całkowicie poza tematem i podstawowym sensem tego miejsca, i mówi: „To daj go tam na tym swoim blogu”? A niby na jakiej zasadzie? Z jakim przesłaniem? Wedle jakich to reguł?
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż kiedy tak się zastanawiałem, wedle jakiego klucza ta w sumie nicnieznacząca historia o Przemyślu i jego, jak to ostatnio przyjęło się określać, „humans”, ma się znaleźć na tym blogu, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi wykorzystać tu „Gazetę Wyborczą” i fakt, że tekst Toyahowej – zresztą jak najbardziej za moim podpuszczeniem – został tam właśnie opublikowany. Pomyślałem sobie bowiem, że jeśli ja jakimś cudem połączę ową czystą – w sposób oczywisty wybitną – literaturę ze zjawiskiem pod nazwą „Wyborcza”, możemy przeprowadzić bardzo ciekawy eksperyment i przy jego okazji powiedzieć coś dla nas wszystkich niezwykle ważnego. No i w tym momencie powstał tytuł mojej notki „Toyahowa pisze do Michnika”, który, jak już dziś wszyscy wiemy wywołał furię, jakiej to miejsce nie widziało od czasu gdy jeszcze wiele lat temu opublikowałem tu tekst zatytułowany krótko i zwięźle „Kukiz”.
W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, naszym wspólnym nieszczęściem – zwłaszcza w przededniu przejmowania pełnej politycznej władzy w kraju – jest to, że większość z nas nie ma bladego pojęcia, czym tak naprawdę jest „Gazeta Wyborcza”. Wiemy oczywiście, że to jest „gówno”, że Michnik to brat Michnika, że oni kłamią, że manipulują, a nawet i to – i to już bezpośrednio od byłego ich pracownika Cichego – że to jest zwykła żydowska i antypolska agenda, natomiast nie zauważamy, że przy tym wszystkim, „Gazeta Wyborcza” to jest samo jądro tego, czym jest minione 25-lecie tak zwanej „polskiej wolności”. „Gazeta Wyborcza” to jest projekt, który zaanektował całość tego, co powszechnie rozumie się, jako Polskie Państwo. Był czas, kiedy ich łapczywość stała się tak wielka, że można się było obawiać, że oni wchłoną również Polski Kościół… na szczęście, i przyznajmy to, że jak najbardziej naturalnie, bez sukcesu.
Faktem jest natomiast to, że III RP to „Gazeta Wyborcza”, i nie zmienią tego żadne zaklęcia w rodzaju tych najświeższych, że oto Michnik się wystraszył Dudy i to stąd te wszystkie jego dzisiejsze zachowania. Dla „Gazety Wyborczej” i jej opiekunów, wrogiem nie jest ani Kościół, ani Duda, ani Kaczyński, ani nawet jakiś kibic Legii Warszawa; dla Michnika i tych, którzy mu płacą, wrogiem jest faszyzm, oczywiście, że ze szczególnym uwzględnieniem faszyzmu polskiego, ale jednak przede wszystkim faszyzm.
Ja do dziś pamiętam, jak w Gruzji doszło do zmiany władzy i prezydent Saakaszwili został odsunięty od władzy przez w sposób bezdyskusyjny człowieka Moskwy nazwiskiem Bidzina Iwaniszwili, a Adam Michnik pojechał do Tbilisi i nadał stamtąd wzruszającą korespondencję, w której opisywał, jak to naród gruziński został uwolniony od faszystowskiego jarzma i jak owa wolność jest witana przez rozradowaną młodzież na ulicach stolicy. Ja to pamiętam do dziś. Cały wolny świat załamywał ręce nad tym, że po kilku latach nadziei na wolność i niepodległość, Putin odebrał niepodległej Gruzji przyszłość, a „Gazeta Wyborcza” triumfowała, że „faszyzm nie przeszedł”. Jaki faszyzm? Gdzie? Skąd? No i wreszcie, co z tym Putinem? A czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
I tak to było zawsze i tak to jest dziś. Andrzej Duda wygrywa wybory i Adam Michnik ogłasza, że niestety faszyzm wciąż triumfuje. Tu Orban, tam – trzeba przyznać, że nagle i dość niespodziewanie – Putin, no a tu znowu ten Duda. I to jest początek i jednocześnie koniec zarówno samej analizy, jak i przekazu. Faszyzm! Ale też to tu właśnie jest cały sens tego, co przyjęliśmy określać mianem III RP. Nawet gdy chodzi o kwestie tak pozornie odległe od tego co najważniejsze, jak jakieś in vitro. Chodzi o walkę z faszyzmem, a na czele tego ruchu stoi „Gazeta Wyborcza”. Praktycznie jedyne polityczne, kulturalne i propagandowe III RP. Nie oszukujmy się, proszę. Jeśli bowiem Polska jest dziś tak straszliwie wewnętrznie skonfliktowana, że w wielu domach podczas niedzielnych obiadów panuje przykra cisza, to bezpośrednia przyczyną, owszem, jest to co nam w głowach zasiała poprzedniego wieczoru telewizja, ale na pierwszym miejscu tego wszystkiego stoi „Gazeta Wyborcza” i jej walka z faszyzmem.
No i w końcu dochodzimy do tekstu, jaki moja żona napisała, wysłała jako list do rzeszowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, a oni jej go wydrukowali. Czy oni to może zrobili w ramach wspomnianej walki z faszyzmem? No, nie żartujmy. W końcu tych szpalt ileś tam jest i trzeba je czymś wypełnić. Nie będzie o rowerach, to będzie o złodziejach w supermarketach. A jeśli o złodziejach było wczoraj, to dziś damy coś o matematycznym geniuszu z Rymanowa, lub Leżajska. W ramach walki z faszyzmem natomiast z całą pewnością zostały zorganizowane niedawne obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, kiedy to Wojciech Waglewski przedstawiał swój muzyczny projekt, Jerzy Owsiak z bandą półprzytomnych durniów ogłaszali swój jedyny patriotyzm, a my płakaliśmy ze wzruszenia, patrząc, jak wreszcie Polska staje się gestem i znakiem. I oczywiście nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło, że coś tu śmierdzi.
Pewien niepokój dopiero się pojawił, gdy moja żona opublikowała tekst w rzeszowskiej edycji „Gazety Wyborczej” o swoich rowerowych przygodach.
I tu już będę wracał do samego początku tej opowieści. Otóż ja świetnie wiedziałem, że tak to będzie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że kiedy napiszę, że Toyahowa opublikowała list w „Gazecie Wyborczej”, to wtedy, w jednym momencie, i na mnie i na nią, rzuci się cała sfora polskich patriotów, którzy jedyne co wiedzą to to, że Michnik to Żyd.
Jednak również i z nimi sobie jakoś poradziliśmy. Co jednak będzie z Polską? No, to jest prawdziwa zagadka.

Wszystkich zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a tych, którzy wciąż czują się przygnieceni bezkresem mojej kolaboracji, chętnie jeszcze dobiję czymś ekstra:
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35017,18113025,Powiedz__o_czym_teraz_myslisz__i_pozwol_na_zdjecie_.html.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Toyahowa pisze do Michnika

Zgodnie z przedwczorajszą obietnicą, przedstawiam list, jaki moja żona napisała do rzeszowskiej gazowni i przez co, niespodziewanie zupełnie, została nieodwołanie kolejnym pisarzem. Miejmy nadzieję, że na dobre.

Kocham Przemyśl, rodzinne miasto mojej Mamy. Nie mieszkałam tu nigdy na stałe, ale przyjeżdżam od urodzenia: najpierw do moich Dziadków, teraz do Wujka. Najpierw z Rodzicami, potem z narzeczonym, mężem, z dziećmi, ostatnio - sama.
W tym roku przyszedł mi do głowy pomysł zwiedzania moich ulubionych okolic na rowerze. Przemyśl - miasto turystyczne, jaki problem?
I tu się zaczyna opowieść.
„Wypożyczalnia rowerów ul. Sanocka 8a” - taka płachta wisi na płocie hotelu Accademia. Ok, poszukamy gdzie to. Faceci w piwiarni przy hotelu mówią, że to musi być przy lodowisku. Pani przy lodowisku (tor gokartowy; sennie i pusto) mówi, że ten pan, o tamten, będzie wiedział, ale trzeba obejść ogrodzenie, wyjść z powrotem na ulicę i tam wołać. Pan nie reaguje na wołanie, szukam dalej. Na nowym wodnym placu zabaw gwarno i wesoło; zaczepiam pana, najwyraźniej z obsługi: „Jakie rowery, on nic nie wie. Może na Polonii”.
Polonia. Dużo rowerów, wyraźnie należących do piłkarzy, przyszłych i obecnych.
Pani z obsługi nic nie wie: może w tamtej budzie? Tam, gdzie opony?
Poszukamy budy. I opon też poszukam, ja chcę pojeździć po przemyskich ścieżkach rowerowych! Ja chcę szlakiem twierdzy Przemyśl!
Są opony, jest pan, miły jak wszyscy poprzednio, i pomocny. A tak, tu stała taka buda, ale już jej nie ma. Była buda, nie ma budy, co robi reklama na płocie nawet go nie pytam, on ma swoje opony.
Hotel Accademia, recepcja. Przepraszam pana, gdzie w Przemyślu można pożyczyć rower? Hmmm (zakłopotanie)... Nigdzie.
A kupić? Jakiś komis? W ostateczności lombard?
A tak, jest lombard na 3 Maja.
Dobra, są wakacje, mój czas nic niewart, idę.
W lombardzie jest rower!!! Zielony!!! Ja go chcę! Można zobaczyć?
No przecież pani widzi.
Ale przez małą szybkę, ja go chcę kupić, muszę zobaczyć z bliska, przejechać kawałek, to używany rower.
Żeby się przejechać trzeba zapłacić. Nie, nie zapłacę dopóki się nie przejadę; robi się nerwowo. No dobra, pani rzecz sprzedać, moja kupić nie kłóćmy się, czy można to siodełko obniżyć? Można, jak pani ma klucz. Aha, więc wyglądam na kogoś kto zasuwa po mieście z kluczami rowerowymi po kieszeniach. Nie, nie mam klucza. To ja może przyjdę jutro jak będzie jakiś pani zmiennik? Dobra, to jutro.
Ekscytacja przygnała mnie pod lombard o 9 rano, jest zmiennik. Fajny, pomocny, obniża siodełko, śmiejemy się z braku wypożyczalni rowerów w Przemyślu. Mogę się przejechać, zostawiam plecak i dalejże po chodniku ulicy 3 Maja. Nie ustaliliśmy odległości, na jaką mogę się oddalić od lombardu i na pewno nie powinnam była odjeżdżać na ponad 50 metrów, ale czy 50, może 70 metrów to za dużo na testowanie roweru? Cholera, za dużo.
Facet z lombardu dogania mnie dość szybko. Eeeeeej proszę pani, co pani, wracamy do sklepu zawołałem policję. Przepraszam pana, chciałam sprawdzić przerzutki, ja chcę kupić ten rower. Co mi pani przepraszam, na policję! Prowadzi pani ten rower do sklepu i tam porozmawiamy z policją. Jak można było tak daleko odjechać! Facet jest tak zły, że zaczynam się go bać. Eskortuje mnie przez chodnik ulicy 3 maja. A tam u pana w sklepie został mój plecak. Co mnie pani plecak obchodzi, idziemy na policję. Jego nie, mnie tak, w plecaku jest kasa na rower, karty, dokumenty, cudze klucze do mieszkania i moje nowe okulary słoneczne warte ze dwa takie rowery.
A co pan powie policji jak już przyjedzie?
Że pani chciała ukraść rower.
A ja powiem, że wcale nie chciałam, zobaczymy co z tym zrobią. Wracamy do sklepu z cholernym rowerem, plecaka nie widać. Aha, został aresztowany przez faceta z lombardu. A mogę sobie z niego wyjąć telefon? Nie! Jak przyjedzie policja! No i super, niech przyjedzie jak najszybciej.
Wychodzę przed sklep, chodzę tam i z powrotem, to się chyba nie dzieje naprawdę. Drzwi lombardu się otwierają, facet prawie rzuca mi plecak: Miłego dnia! Tak powiedział, serio.
Dzwonię do rodziny, opowiadam co się właśnie zdarzyło. Poważnie? Dobrze, że nic ci się nie stało, co to za wariat jakiś.
Ale ja chcę rower.
Parę numerów powyżej lombardu, na 3 Maja jest! Używane rowery, serwis sprzedaż, stoją jacyś młodzi faceci na ulicy, rozmawiają, fajni. Ma pan może jakieś używane rowery? Nie, w tej chwili nie mam. Oj, a gdzie w Przemyślu można wypożyczyć rower? Ja wypożyczam! O jak super, i pożyczyłby mi pan? Tak, 50 zł dziennie. 50? Pan żartuje? Nie, serio. A jak mi pani połamie przerzutkę? To są górskie rowery! A jak panu nie połamię to też 50? Też. I ma pan klientów na to? Mam. O kurde co za frajerzy.
Chyba chciał się mnie pozbyć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wypożyczy roweru za 50 zł dziennie.
Spaceruję dalej. Jest lombard przy Grunwaldzkiej! Oj, tylko złoto i biżuteria, pech.
Jest jeszcze jeden! Jest rower!!! Jest fajna, naprawdę fajna dziewczyna. A mogę się przejechać, bo przed chwilą facet mnie prawie położył na ulicy? Na pewno mogę? Mogę. Jadę.
Rower ok, ale nie w moim typie, crossowy. Jadę nad San i z powrotem. Dziękuję, to ja się jeszcze zastanowię; może do Tesco? Jasne przecież nie musi pani brać. W trakcie rozmowy rower tanieje, o jak fajnie.
Rynek. W rynku sklep sportowy, same plecaki, kurtki. Bardzo miła pani mówi mi, że rowery to o, tam, na Fredry. I na Mickiewicza, za dworcem, tam też coś jest.
Na Fredry bardzo mi się podoba, sklep prowadzą bardzo mili pasjonaci, rozmawiamy chwilę; mają używaną damkę bez przerzutek i jakiś inny rower, bez koła. Zastanawiam się przez chwilę, czy wolę bez koła, czy bez przerzutek, co mi uświadamia, że determinacja zaczyna powoli panować nad rozsądkiem. Dziękuję, do widzenia.
Mickiewicza. O tak, na Mickiewicza jest super! Krzątają się bardzo mili faceci, uśmiechnięci, pomocni. Są używane rowery. Damki z przerzutkami. Mogę się przejechać, ale czy na pewno, bo wie pan jeden taki dzisiaj rano. Mogę. Francuski rower Peugeot bardzo mi się podoba, trochę cienkie koła, ale jest ok. Potargujemy się trochę? A, to z szefem. Szef trochę spuszcza, to ja idę do bankomatu.
Przepraszam was, Panowie z Mickiewicza, że nie wróciłam z bankomatu. Serio byliście super, ale pomyślałam idąc po gotówkę, że tamten crossowy jest trochę tańszy, ma więcej przerzutek i może się nauczę jeździć w skłonie.
Wracam na Grunwaldzką. O, wróciła pani do mnie; skoro tak spuszczam jeszcze dwie dychy tylko niech pani nie zapomni o tym wariacie napisać.
No to napisałam, nie tylko o nim.

http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,18507394,przemysl-to-sie-nie-moglo-dziac-naprawde-list-czytelniczki.html

Przypominam, że nakład mojej książki „Marki dolary banany i biustonosz marki Triumph”, w której między innymi opisałem początki mojej kolaboracji z „Gazetą Wyborczą” jest już prawie wyczerpany. Proszę się pospieszyć. I ta i inne książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl