czwartek, 5 grudnia 2019

Czy polskie lewactwo marzy o elektronicznych owcach?


       Jeszcze zanim ogólnopolska debata na temat konieczności wprowadzenia do języka polskiego całej serii form żeńskich, dotychczas normalnym ludziom nieznanych, nabrała rozpędu, pamiętam jak gdzieś na Twitterze, czy może na Facebooku, pewna moja znajoma pochwaliła się, że jej synek zapytał ją, czemu mama jest kierowcą, a nie kierowczynią, z sugestią, że jej dziecko jest bardzo mądre. Ponieważ owo pytanie, a już zwłaszcza chwalenie dziecka za tego typu przenikliwość, wydało mi się bardzo osobliwe, żartobliwie sprowadziłem sprawę do absurdu, sugerując, że „kierowca” to jest w sposób oczywisty forma żeńska, a zatem to tata raczej powinien funkcjonować jako kierowiec, a nie mama jako kierowczyni. Mój żart nie został skomentowany ani przez moją znajomą, ani w ogóle przez nikogo, więc na długie miesiące zostałem z nim sam na sam, a kiedy już temat zyskał ogólnopolską popularność, zdziwiłem się tylko, że cała dyskusja sprowadza się wyłącznie do kwestionowania owej dziwnej nowomowy, zamiast skupić się na wyszydzeniu całej tej zabawy językiem, który ze względu na swoją szczególną nieregularność, kompletnie się do niej nie nadaje. No i wciąż wracał do mnie tamten, moim zdaniem, bardzo celny przykład z ową „kierowcą”.
        Mijały na tej bezsensownej przepychance kolejne tygodnie i oto wczoraj trafiłem na jakiś – w tej chwili już niestety nie pamiętam konkretnie o jakiej treści – komentarz posłanki lewicy, Anny Żukowskiej i uznałem, że nadarzyła się znakomita okazja do tego, by przedstawić wspomnianą „kierowcę” bardziej szeroko. I proszę sobie wyobrazić, że pani Żukowska w ogóle nie zrozumiała sensu tego przykładu, tylko poinformowała mnie, że słowo „kierowca” to forma męska, natomiast – i tu się okazało, że dziecko mojej znajomej wykazało jednak prawdziwie rewolucyjne wyczucie – kobieta kierowca to kierowczyni, podobnie jak kobieta sprawca to sprawczyni. Ponieważ zrobiło się grubo, natychmiast wymyśliłem coś wydawałoby się bardziej przejrzystego i zaproponowałem, że w tej sytuacji, kobieta owca – to będzie owczyni...
       I w tym momencie rozgorzało prawdziwe piekło. Najpierw  w takiej oto kwestii, że słowo „owca” jest  rodzaju żeńskiego, a ja powinienem wrócić do podstawówki, bo najwidoczniej nie uważałem na lekcjach, no a potem już ruszyła lawina. Na mój portal zleciało się niemal całe twitterowe lewactwo, szydząc ze mnie, że jestem skończonym bałwanem, który nie wie, że owca to dziewczyna, a chłopiec w owej relacji to baran. Kiedy poziom zidiocenia osiągnął granice absurdu, postanowiłem naciągnąć tę gumkę jeszcze bardziej i poinformowałem zainteresowanych, że ja występuję w tej debacie jako obrońca tych wszystkich owiec, które jeśli idzie o płeć nie potrafią określić się jednoznacznie, a przy homofobicznych nastrojach polskiego społeczeństwa popadają w depresję i często zmuszone są popełnić samobójstwo.
      Wszystko zgodnie z przewidywaniami. Moi nowocześni antagoniści zaczęli mi zupełnie na poważnie tłumaczyć, że ponieważ polski język jest dla owiec językiem obcym,  w tej sytuacji moja misja traci sens, no a przy tym oczywiście w dalszym ciągu na moją głowę wylewało się szyderstwo sprowadzające się do stwierdzenia, że oto „prawactwo się samozaorało”.
      W tym momencie, zwłaszcza że już za chwilę zaczynał się mecz Liverpoolu z Evertonem, pomyślałem, że machnę na to wszystko ręką i rzeczywiście machnąłem. I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwo przestaliśmy świętować, moja córka poinformowała mnie, że z komentarzem do mnie zawitał nie kto inny jak sam przewodniczący Włodzimierz Czarzasty i powiedział coś, co mnie już kompletnie rozbiło: „Zabolało, Krzysiu? Lewica pozdrawia”. Na co ja napisałem Czarzastemu coś, co właściwie powinienem powtórzyć i tu, a mianowicie:
      Wiesz, Włodku, za co ja szanuję Jarosława Kaczyńskiego? Za to, że on nie spędza wieczorów na dogadywaniu internautom na Twitterze. Gdyby on na starość zwariował i zaczął to robić, to ja bym w jednej chwili pieprznął tym całym PiS-em i zanurzył się w błogiej prywatności”.
      On mi oczywiście jeszcze próbował tam coś odpyskowywać, ale ja, wiedząc też, że już za chwilę dyskusja skręci na temat tego durnia Kaczora, który nie wie nawet, co to Twitter, wyłączyłem się i postanowiłem zająć się swoimi sprawami. Tam oczywiście, z tego co widzę, szajba trwa na całego, ja natomiast faktycznie mam w głowie naszego Prezesa. Popatrzcie Państwo, jak to się przedziwnie wszystko ułożyło. Z nich wszystkich jedynie on zachował do samego końca pozycję całkowicie wyprostowaną, którą w pewnym sensie nawet symbolizuje ten jego niemal po proboszczowsku wypięty brzuch i to spojrzenie, z jednej strony tak bardzo dobroduszne, a jednocześnie niosące w sobie tę z trudem skrywaną nutkę pogardy dla tych, co jak najbardziej ją widzą. Tu jest ten Tusk, ta Żukowska, ten Schetyna, te wszystkie Kukizy, te Korwiny, ta cała pryszczata Konfederacja, nawet ten Trump – można wymieniać – a z drugiej strony już tylko on. Myślę dziś o nim i nagle już wiem, że tak to właśnie ze mną jest. Ja go od zawsze szanuję za to, że on, jako jedyny, nie uległ. Bo gdyby i jego ogarnęła ta chwila słabości, to byłby jak oni wszyscy, tyle że może nieco bardziej zdolny. A ja bym te jego zdolności miał już dawno głęboko w nosie.

       





wtorek, 3 grudnia 2019

Na co komu Banaś?


        Nie wyobrażam sobie wprawdzie, by był tu ktoś, kto by nie znał nazwiska Banaś, albo komu nazwisko Banaś kojarzyło się wyłącznie z niegdysiejszym piłkarzem Górnika Zabrze, Janem Banasiem, na wszelki wypadek jednak przypomnę, że dziś mówimy o byłym ministrze finansów, a aktualnie szefem Najwyższej Izby Kontroli, Marianie Banasiu. Gdyby dalej ktoś nie wiedział, co z nim jest nie tak, spieszę wyjaśnić, że niesławna stacja TVN24, tuż po tym jak ów Banaś został skierowany przez Prawo i Sprawiedliwość na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, wyszperała w jego temacie jakieś kompromitujące zachowania, no i dziś, zgodnie z Konstytucją nie ma takiej ludzkiej siły, która, poza jego wolną i nieprzymuszoną wolą, mogłaby go z owej funkcji odwołać.
       Muszę oczywiście przyznać, że – swoją drogą głównie medialna – walka o to, by Banasia zmusić do rezygnacji z zajmowanego stanowiska jakoś tam mnie zajmuje, natomiast są dwie kwestie, które w tym całym zamieszaniu uważam za autentycznie warte uwagi. Otóż przede wszystkim nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że nasza opozycja, co by o niej nie mówić, składająca się jednak z ludzi choćby politycznie doświadczonych, w ramach starań o odzyskanie władzy, nie była w stanie zaproponować niczego lepszego niż powtarzanie w nieskończoność jednego nazwiska, którego przede wszystkim większość Polaków nie zna, a które, nawet gdyby ktoś tam je rozpoznał, wywołałoby w nim co najwyżej wzruszenie ramion.
        Wraca tu wspomnienie niejakiego Misiewicza. Jest mi dziś bardzo trudno sobie przypomnieć, ile to miesięcy, czy może i lat ów Misiewicz był wałkowany na wszystkie możliwe strony, w jednym jedynym celu, by doprowadzić do upadku rząd Prawa i Sprawiedliwości, wiem natomiast, że jedynym tego widocznym efektem i tak było zaledwie to, że ów Misiewicz stał się bohaterem filmu Patryka Vegi, i podobnie jak ów film, ostatecznie odszedł w wieczne zapomnienie. Czy jest naprawdę tak bardzo trudno wyciągać wnioski? Czy to jest naprawdę takie trudne zrozumieć, że to wszystko wcale tak nie działa?
      No ale pojawia się w tym wszystkim coś znacznie ciekawszego. Otóż ja nie jestem w stanie wyjść z podziwu dla ludzi, którzy na dźwięk nazwy Najwyższa Izba Kontroli stają na baczność. Przepraszam bardzo, ale co to jest takiego szczególnego, że na widok tych trzech literek NIK, wszystkim nam po plecach przechodzi dreszcz szacunku. Wystarczy przecież zastanowić się nad samą tą nazwą, nad każdym z jej trzech członów, żeby dojść do wniosku, że to jest chyba jakiś żart. Jaka „izba”, jakiej „kontroli” i „najwyższa” w jakiej, przepraszam, konkurencji? Mamy przed sobą jakiś ciężki komunistyczny twór, którego jedyną realną zasługą w całej ostatniej historii Polski – czy nawet nie zasługą, ale zaledwie widocznym efektem istnienia – jest to, że media parę razy podały informacje o tym, że oni gdzieś tam coś skontrolowali, a następnie ogłosili. I to wszystko. Poza tym – zero. Nic. Przed nami się rozciąga jakaś kompletna fikcja, z kompletnie fikcyjną nazwą i udaje, że coś znaczy. I w tym wszystkim nagle pojawia się ów Banaś, który został tego czegoś prezesem i przez sam fakt piastowania tak rzekomo ważnego stanowiska, staje się osobą wręcz nietykalną, a to wszystko na wypadek, gdyby źli i skorumpowani politycy chcieli go z tej pozycji usunąć. Przepraszam jeszcze raz, ale co złych i skorumpowanych polityków obchodzi jakaś izba kontroli, choćby i najwyższa? Oni nie wystraszyli się trybunałów, sądów, prokuratorów, policji, służb jawnych i niejawnych, tu i w Brukseli, a mają się nagle zacząć bać jakiejś „izby kontroli”. Przecież to jest jakaś komedia.
        No i nagle pojawia się ten Banaś jako jakieś fatum, z którym jeśli Polska sobie nie poradzi, to możemy zacząć wygaszać oświetlenie. Otóż jeśli idzie o moje zdanie, to bardzo proszę wszystkich ekscytujących się tą kampanią o opamiętanie, a tych, którzy decydują o tym i o owym, o to, by tego całego Banasia zostawili w spokoju. Niech on sobie tam tej całej swojej izbie prezesuje, a jeśli mu będzie szczególnie zależało, to można mu to stanowisko przydzielić dożywotnio i w tej samej chwili o tym czymś zapomnieć. Przynajmniej do czasu aż Patryk Vega nakręci swój sześćdziesiąty siódmy film, tym razem oczywiście zatytułowany po prostu „Burdel pod Banasiem”.





poniedziałek, 2 grudnia 2019

Co tam panie nowego w książkach?


      Kolejna notka, do jakiej zdążyliśmy się tu przyzwyczaić, będzie, mam nadzieję, jutro, dziś natomiast chciałbym poinformować, że warszawskie targi mamy za sobą, no i przy tej okazji podzielić się paroma dość ciekawymi refleksjami. Otóż przede wszystkim, to co na mnie zrobiło wrażenie pierwsze i największe, to to, że chyba nigdy wcześniej – przynajmniej gdy chodzi o sobotę i niedzielę – tak wielu obcych ludzi nie zatrzymywało sie przy naszym stoisku i tak wielu nie kupowało naszych książek, nie mając wcześniej pojęcia o ich istnieniu. A to by świadczyć musiało o tym, że to co od wielu już lat dzieje się na rynku książki – dziś o tym na swoim blogu pisze Coryllus – zaczyna czytelnikom wychodzić uszami i wreszcie zaczyna się pojawiać zjawisko, dotychczas bardzo widoczne na rynku muzycznym – ludzie pragną czegoś innego. Sobota i niedziela – a to są z reguły dni, kiedy spotykam się z czytelnikami – to jest oczywiście czas bardziej obfity, nie przypominam sobie jednak, by wcześniej zdarzyło mi się sprzedać aż tyle książek osobom zupełnie mi nieznanym. Oni podchodzili, zatrzymywali się, patrzyli na tę naszą ledwie trzymającą się na tym malutkim stoliku ofertę, zadawali pytania, no i kupowali. Ale byli też, co ciekawe, i tacy, którzy, kiedy im zaczynałem opowiadać o tym, kim jesteśmy i o czym piszemy, kiwali głowami i informowali mnie, że oni to dobrze wiedzą i własnie dlatego przyszli.
       W tym roku moja osobista sytuacja była o tyle trudna, że z tych początkowo dziewięciu książek, które wydałem w Klinice Języka, zostały już tylko cztery, siłą rzeczy więc sprzedaż była nadzwyczaj ograniczona. A mimo to końcowy wynik miałem o wiele bardziej udany, niż przed rokiem, by już nie wspominać o wiosennych targach katolickich. No ale jest jeszcze coś. Otóż przez cały czas pojawiali się czytelnicy, którzy pytali o sprzedane już „39 wypraw na dziewiąty krąg” i było ich tylu, że Gabriel zmuszony był obiecać, że po Nowym Roku zamówi dodruk. Co być może jeszcze bardziej ciekawe, jeden z czytelników był tak zawiedziony, że postanowiłem mu znaleźć tę książkę na Allegro, obiecując, że tam ona pewnie będzie i to nawet tańsza, a tymczasem okazało się, że owszem, była, tyle że w cenie 96 zł. I to zrobiło na mnie kolejne wrażenie, szczególnie w odniesieniu do niedawno przeze mnie znalezionej w sklepie „Stokrotka” słynnej książki  o życiu rodziny Terlikowskich, za sześć złotych z groszami.
       No i na koniec jeszcze coś. Otóż nasz kolega Michał, który prowadzi bardzo piękną księgarnię w Warszawie pod nazwą „Foto Mag”, wyszperał gdzieś dwa ostatnie egzemplarze „39 wypraw” oraz pięć zupełnie już zapomnianego zbioru felietonów „O siedmiokilogramowym liściu”, przyniósł je na ten nasz stolik, a ja nawet się nie zorientowałem, kiedy i jeden i drugi tytuł zostały kupione. 
      Powtarzam więc, wygląda na to, że coś się zmienia i niewykluczone, że w efekcie tej zmiany ten dziś tak nieduży stolik będzie trzeba zdecydowanie powiększyć. I to jest z mojego punktu widzenia wiadomość znakomita.