czwartek, 30 września 2010

Jeżeli - ciąg dalszy

Nie wiedzieć czemu, w tym informacyjnym bagnie, jakie nas zalewa – od niedźwiedzi panda, przez pijanych nauczycieli, po nową fryzurę Joanny Muchy – pojawił się nagle temat tzw. dopalaczy, a więc chemicznych środków powszechnie i jak najbardziej legalnie sprzedawanych dzieciom w dużych polskich miastach, dla zarobku i ze zwykłego, pierwotnego pragnienia śmierci. Piszę „nie wiedzieć czemu”, bo w rzeczy samej ten typ informacji, w świecie niemal już nierzeczywistej zabawy i zidiocenia, nie wiadomo ani czemu ma służyć, ani też do kogo ma być faktycznie adresowany. Ktoś niezorientowany mógłby przypuszczać, że oto problem, który każdy normalnie myślący i w miarę uważny obserwator życia zna od lat doczekał się wreszcie odpowiedniego potraktowania ze strony polskiego państwa i że właśnie cały ten czarny biznes zostaje zlikwidowany, a jego właściciele postawieni wobec bankructwa. Na ten jednak temat nic nie wiadomo. Jeśli już, to jest wręcz odwrotnie. Informacja jest bowiem taka, że sprawa jest trudna, a – jak sami zainteresowani, czyli ci mordercy z rozbawieniem zaświadczają – perspektywa pozostaje też raczej bez zmian. Może więc chodzi o to, by o tym niezwykle interesującym zjawisku poinformować społeczeństwo i zachęcić kogo trzeba do obywatelskiej aktywności? Nie sądzę, choć na ten temat jeszcze będzie. Nie sądzę, bo jak wszystko na to wskazuje, coś takiego jak obywatelska inicjatywa już dawno w Polsce zostało wytępione, i to też wcale nie przypadkiem. Jeśli więc jakiś mądrala w telewizji informuje, że dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie społecznego sprzeciwu wobec tych sklepów, on sam musi wiedzieć, że zwyczajnie pieprzy trzy po trzy, a poza tym, nie ma pojęcia o czym mówi. I o tym też będzie później. A zatem i adres też jest nie bardzo znany.
Coś jednak na rzeczy być musi. Bo temat jest zbyt poważny i zbyt przy tym ponury, żeby sobie tak media miały teraz przez parę dni poużywać. Czy rzeczywiście? Otóż zaryzykuję tezę, że niekoniecznie. Może być po prostu tak, że temat dopalaczy pojawił się wyłącznie dlatego, że na niego przyszła kolej. Dokładnie tak samo jak w pewnym momencie uwaga opinii publicznej została zaabsorbowana stadionem w Bydgoszczy, czy tym chłopcem spod Przemyśla, którego rodzice nakarmili muchomorem, przyszła pora na dopalacze. Ktoś powie, że to nie są żarty, że to nawet nie jest kwestia jakieś pojedynczej tragedii, która zawsze może liczyć na odpowiednią publiczność, lecz tu mamy do czynienia z problemem systemowym. Że tu chodzi o życie narodu. Że tu w grę wchodzi coś co mamy za oknem. Niewykluczone że niedługo wszyscy. Że pewien typ wrażliwości wymaga, żeby tego akurat problemu nie wykorzystywać dla tak nędznych celów jak władza.
I znów. Może i tak jest. Nie mam tu żadnej pewności, ale zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że rozmowy o wrażliwości i odpowiedzialności stanowią już tylko pieśń przeszłości na każdym możliwym poziomie. Od czasu jak się okazuje, że nawet smoleńska katastrofa i tak straszna śmierć tylu ludzi potrzebowały zaledwie paru dni, by całe zło tego świata stanęło pewnie na obie nogi, a dziś widok tego porzuconego samolotu nie budzi w znacznej części społeczeństwa emocji większych, niż wiadomość o tym, że jutro prawdopodobnie też będzie padać, powinniśmy zapomnieć o tym co jeszcze wypada, a co już nie. A zatem, mam podejrzenie, że te dopalacze to temat na dwa, trzy dni i tyle wszystkiego. Że za te dwa czy trzy dni będzie dokładnie tak jak było dotychczas – kolejne sklepy będą powstawać, kolejne odmiany tej trucizny znajdą swoich nabywców, a kolejni biznesmeni zarobią kolejne pieniądze. Psy pozostaną psami, sądy pozostaną niezależne i niezawisłe, prezydent będzie pełnił swoją służbę, no i może też już z pielgrzymki do Smoleńska wrócą pani Komorowska z panią Komorowską, a Donald Tusk z panią Małgosią udadzą się na kolejny wypoczynek.
A ja cały czas myślę o tych dopalaczach. Dzień w dzień jadę do pracy i z okien tramwaju widzę ten sklep, na którym stoi jak byk niezwykle dobitny napis, że przede mną rozrywka na wyciągnięcie reki, a nawet jest podany – wielki niemal tak jak to słowo ‘dopalacze’ – numer telefonu, na który mogę zadzwonić, jeśli albo mi się nie chce, lub nie jestem w stanie się ruszyć z domu. Mijam ten sklep, nie widzę co jest w środku, poza jakimiś przebijającymi się przez zaciemnione szyby iskierkami świateł, i tylko ten napis ‘dopalacze’ mówi mi, że to nie jest kolejny sex shop, lub salon gier, ale narkotykowy salon dla starszej i młodszej młodzieży szkolnej.
Mogę się oczywiście mylić i niedługo okaże się, że nasze państwo właśnie teraz, kiedy pisze te słowa, podejmuje szereg bardzo zdecydowanych i przemyślanych czynności mających na celu likwidację tego nieszczęścia. Że tak, jak przy naszej kompletnej nieświadomości, urzędnicy prezydenta rozpisywali bardzo precyzyjny plan usunięcia krzyża sprzed Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, dziś też ktoś w jakimś gabinecie zbiera się, żeby już niedługo cały ten podły biznes rozgonić na cztery wiatry. Ja tu jednak nie jestem po to by się karmić złudzeniami, ale by drżeć ze strachu. Szczególnie gdy tak wiele wskazuje na to, że w momencie gdy przestanę się bać – nastąpi ostateczny koniec i tego państwa i tego narodu. Siedzę więc tu dziś i myślę sobie, że najprawdopodobniej moje niedawno tu formułowane obawy, że wobec oczywistej secesji państwa polskiego, jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby brać sprawy w swoje ręce, mają jak najgłębsze podstawy. Bo jeśli tak ma wyglądać Polska, a więc ma być państwem chaosu, bezprawia, powszechnej nędzy i zwycięstwem tych, którzy potrafią sobie poradzić, to ja bym nie chciał być w skórze ani tych którzy dziś rządzą, ani tych co im tę władzę gwarantują. Bo natura chaosu nie wytrzymuje. Po prostu.
O co mi chodzi? O nic konkretnego. Jeszcze nie. Ale pofantazjować można, prawda? Otóż ja mam troje dzieci. Załóżmy, że moja najmłodsza córka – która jest osobą, jak już kiedyś wspominałem, wyjątkowo niezależną i czasem beztroską – zacznie korzystać z oferty firmy dopalacze.com i od tego umrze. Ponieważ jest tak, że ja widziałem jak ona się rodzi, i może też trochę z tego powodu ją bardzo kocham i nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niej żyć, jeśli zdarzy się, że ona od tego świństwa umrze, to ja jestem sobie akurat w stanie wyobrazić, że ja zorganizuję się tak, że pójdę do tego sklepu, o którym wspomniałem i ich wszystkich powystrzelam. A ponieważ już wtedy prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, pojadę do Warszawy, zaczaję się na jakiegoś ministra i go też rozwalę, Tak jak robią ludzie na tych amerykańskich filmach o ludziach, którzy zostali doprowadzeni do tego stanu, że po prostu niszczą ten świat, bo im przestało zależeć. Mogę też zrobić tak, że zadzwonię na ten numer, który widnieje na szybie sklepu, zamówię by mi ktoś przywiózł do domu coś mocnego, a jak ten ktoś się u mnie w domu pojawi, to mu poderżnę gardło i zrzucę go na pysk z balkonu.
Przepraszam, czy ktoś może ma pretensje, że zaczynam przesadzać? Że mnie ponosi? A niby czemu? Przecież od samego początku mówimy o niczym innym jak śmierci. I to nie byle jakiej, ale usankcjonowanej przez państwo, które zobojętniało.
A więc ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego ci wszyscy, którzy albo dziś w Polsce rządzą, albo ci, którzy im w tym rządzeniu pomagają, albo ci, którzy uciekają się do najbardziej bezwzględnych zabiegów, żeby zachować status quo, mają tak strasznie mało wyobraźni. Przecież to naprawdę nie jest takie trudne. Zwłaszcza że to tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ja sobie tylko lubię pofantazjować. Mi wystarczy fantazjowanie. Ale nie można zapominać, że to państwo – państwo w obecnej sytuacji tak strasznie egoistyczne i bezmyślne – doprowadziło wielu ludzi do stanu, który naprawdę niczego już nie może gwarantować.
Oglądamy ostatnio angielski serial o Tudorach. Głupio patrzeć, jak Anglia – ta piękna, niezwykła, dumna Anglia, którą tak podziwiamy – wyrosła na tak strasznej zbrodni i takim kłamstwie. Toyahowa patrzy jak Henryk VIII pewnego dnia postanowił ściąć ileś tam zupełnie niewinnych osób, bo mu tak wyszło z obliczeń, że w ten sposób będzie mu się lepiej królowało, i mówi, że z tego punktu widzenia, to co oni dziś zrobili w Smoleńsku jest jak najbardziej zrozumiałe. Dla takiego Henryka, cóż miałby znaczyć jeden samolot, choćby aż tak ważny? Patrzymy na tę Anglię sprzed stuleci i myślimy sobie, że myśmy tacy okrutni nigdy nie byli. Te tłumy oblizujące się na widok egzekucji – to takie niepolskie. Takie nie nasze. Ciekawe. Też tak mi się wydaje, że my to jednak co innego. My nie. Ale kto wie?
Jednego jednak możemy być pewni. Nasza dzisiejsza władza, to nie władza królewska. Co by o nich nie mówiły te panie, które patrzą rozanielonym wzrokiem na Donalda Tuska i jego przybocznego Grasia, ani jeden ani drugi to jednak ani Henryk ani Cromwell, i choćby dlatego powinni zdecydowanie znać swoje ograniczenia. A jeśli ich nie znają, to będą się mogli któregoś dnia bardzo nieprzyjemnie zdziwić. Ten rodzaj nonszalancji nie może im do końca uchodzić na sucho. Nawet jeśli Polacy to nie Anglicy, tylko taki sobie skromny i łagodny lud, który bardziej żyje marzeniami niż twardymi faktami. Bo nie tylko ja mam dzieci. I nie tylko ja je tak bardzo kocham. I jeszcze raz. Czemu to jest tak trudno pojąć?

środa, 29 września 2010

Zawodowcy

Przy okazji dyskusji, jak przetoczyła się przez ten blog i zainteresowane okolice, przypomniał mi się w pewnym momencie program Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, w jakim swego czasu miałem przyjemność i zaszczyt wziąć udział. Gdyby ktoś nie pamiętał, Pospieszalski znalazł na moim blogu notkę, w której zaprezentowałem trzy zdjęcia Lecha Kaczyńskim z piłkarskim szalikiem, gdzie Prezydent przekłada ten szalik w dłoniach w taki sposób, by w końcu pięknie zaprezentować dumny napis ‘Polska’. Wspomniana notka dotyczyła faktu, że media pokazały tylko jedno zdjęcie z całej serii – zdjęcie na którym Lech Kaczyński trzyma przed sobą szalik z odwróconym napisem – i w ten sposób zaszczepiły w umysłach wielu informację, że nasz prezydent jest baranem, który nawet nie potrafi prawidłowo rozłożyć piłkarskiego szalika.
Pospieszalskiego poza samymi zdjęciami zainteresowało coś jeszcze. Otóż widząc, że cała manipulacja została na tym skromnym blogu ujawniona, Agora – jak się okazuje właściciel owej serii zdjęć – zażądała, by one zostały z tego blogu usunięte, co w obawie przed konsekwencjami prawnymi administracja Salonu24 skwapliwie uczyniła. Jan Pospieszalski uznał, ze ten przykład cenzury, przykrywany tą niby-wymówką prawną, zasługuje na spopularyzowanie, i zaprosił mnie do swojego programu. A konkretnie do jego edycji dotyczącej właśnie manipulacji.
Do debaty zostało zaproszonych jeszcze czterech znanych specjalistów, reprezentujących cztery bardzo mądre dziedziny zycia publicznego: filozof Jan Hartman, polityk Ludwik Dorn., specjalista od wizerunku Eryk Mistewicz i dziennikarz Michał Karnowski. Mojej wypowiedzi, w której miałem właściwie tylko przedstawić sytuację, i która trwała zaledwie parę minut, od początku do samego końca towarzyszyły nieustanne szyderstwa i dogadywania ze strony Hartmana, pomruki Mistewicza, znudzone spojrzenie Dorna i nerwowe wyczekiwanie Karnowskiego, że on też chce coś powiedzieć. Kiedy już wreszcie przestałem gadać, nikt – ani jeden ani drugi, ani żaden z nich – nie skomentował sprawy zdjęć inaczej jak albo przez kpiny, że mi się coś pomieszało w głowie (Hartman), lub przez kompletny brak zainteresowania (Dorn), czy wreszcie przez typowe rozkraczanie się na płocie Karnowskiego, kiedy to on uznał za stosowne poinformować wszystkich, że jego zdaniem jest tak, ale też trochę i tak, a w sumie jeszcze inaczej, bo w ogóle przecież bywa różnie.
To co mnie uderzyło, to fakt, że żaden z nich nawet nie mrugnął okiem ani na to kłamstwo mediów – kłamstwo wcale nie byle jakie, bo jedno z tych, które wieloletnią nienawiść do Lecha Kaczyńskiego wzniosło na poziom jeszcze wyższy niż dotąd – ani na to, że osoba tak wybitna i ustosunkowana, ktoś kto w mediach występuje niemal codziennie, jak Jan Hartman nie pozwala spokojnie dokończyć wypowiedzi komuś kto być może w całym swoim życiu ma te dwie minuty, do korzystania z nich nie jest ani zawodowo ani faktycznie przygotowany, a jeśli za to swoje mądrzenie się dostaje jakieś pieniądze, to tylko dlatego, że o nie grzecznie prosi. A więc nie dość, że żaden z nich nie uznał za stosowne powiedzieć Hartmanowi, żeby się zamknął i przestał dogadywać, bo to mu przynosi wstyd, to jeszcze doszedł do wniosku, że problem powszechnej manipulacji ani nie jest problemem powszechnym, ani w ogóle ciekawym. I Michał Karnowski wśród nich.
Czy mnie to oburza? Owszem, bardzo. Czy dziwi? Ani trochę. Dlaczego? Dlaczego, że ja świetnie wiem, że oni wszyscy – wszyscy jak jeden mąż – to są w ten czy inny sposób kumple, i jeśli kiedykolwiek podejmą decyzję, by się zachować choć minimalnie niestandardowo, to wcześniej się zorientują, czy przypadkiem nie sprawią przykrości koledze. Ja ich widziałem przez kilka minut w telewizyjnej kawiarni przed programem. To są kumple, a my dla nich wyłącznie czymś co przeszkadza. System tworzy intrygę, która ma zniszczyć polskiego prezydenta, a społeczeństwo ogłupić i sprowadzić do roli tępych trybików w maszynie? Polskie państwo przestaje istnieć, a władza idzie w ręce lokalnych sitw i pojedynczych grup interesów? Jaki system? Jaka intryga? Co za trybiki? Jakie sitwy? I w ogóle co to kogo obchodzi? Jakiegoś blogera? Bez znaczenia. Jak będzie trzeba, to się zainteresujemy. Jak będzie trzeba.
Przypomniał mi się ten program i ten przykład kompletnej przepaści, jaka zionie między tymi dwoma światami, gdy otrzymałem informację, że na portalu wpolityce.pl ukazał się tekst autorstwa Michała Karnowskiego, gdzie ten beszta mnie za to, że miałem czelność przeprowadzić rozmowę z byłym członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego http://www.wpolityce.pl/view/2212/Dziwny_wywiad_blogera_o_kulisach_pracy_sztabu_Jaroslawa_Kaczynskiego.html. Za co konkretnie? Czy może za to, że rozmowa sugeruje, że praca sztabu była bezużyteczna i przeciwskuteczna, podczas gdy Karnowski uważa, że to nieprawda? Nie. Czy może dlatego, że w tej rozmowie są jakieś kłamstwa i bzdury, których Karnowski nie może znieść i chciał zaprotestować? Absolutnie nie. W jego tekście nie ma jednego słowa na ten temat. A może poszło o to, że ta rozmowa jest przeprowadzona w sposób rażąco niekompetentny z dziennikarskiego punktu widzenia, i poczucie zawodowej estetyki nie dało Karnowskiemu spokojnie zasnąć? Tam o tym też nic nie ma. A więc o co chodzi? Jedyny argument jaki pada przeciwko samemu wywiadowi to ten zamieszczony już w samym tytule, a więc to że on jest „dziwny”, no i chwilę dalej, że to nie jest wywiad, lecz „wywiad”. Dlaczego? Tego już nie wiadomo.
Jest jednak coś, co, poza cytowaniem fragmentów moich i pawłowych wypowiedzi, Karnowski zechciał powiedzieć od siebie. To mianowicie, że on wie, dlaczego ja przeprowadziłem i opublikowałem ten wywiad. Otóż poszło o to, że ja jeszcze w czasie kampanii zamieściłem na swoim blogu wpis, który miałem nadzieję, że zostanie przedrukowany przez Gazetę Polską, a skoro przedrukowany nie został, a wybory zostały przegrane, to ja uznałem, że to wina Gazety Polskiej. Bo gdyby red. Sakiewicz w ramach walki o demokrację ten wpis zamieścił, Jarosław Kaczyński byłby dziś prezydentem. I dlatego właśnie dziś – chyba z tej zemsty na Sakiewiczu – wypuszczam tego naszego Pawła, żeby walił w Kluzik, Jakubiak i Poncyliusza.
Ja już pomijam kompletny idiotyzm argumentacji przedstawionej przez Karnowskiego. Pomijam absurdalność zarzutu, że ja uważam, że wybory rzeczywiście zostały przegrane przez brak mojego głosu w Gazecie Polskiej. Każdy kto zna historię mojej wymiany z Gazetą Polską najpierw dotyczącej ich oczekiwań wobec mnie, a następnie moich wobec nich, świetnie wie, jak było i o co poszło. Poza tym nie widzę najmniejszego powodu, żeby udowadniać jakiemuś dziennikarzowi, że nie jestem kretynem. Nie zależy mi. Chodzi o coś innego. Załóżmy bowiem, że ja rzeczywiście uznałem, że gdyby mój tekst broniący Jarosława Kaczyńskiego przed zarzutami Gazety Polskiej został przez Gazetę opublikowany, nie mielibyśmy dziś jako prezydenta tego Komorowskiego. Załóżmy, że ja faktycznie mam coś z głową. Jaki to jednak daje Karnowskiemu powód, żeby mnie poszturchiwać i kazać swoim czytelnikom się zastanowić, czy Toyah jest „pozbawionym emocji obserwatorem czy kimś, kto chce poprzez anonimową rozmowę dowieść swoich racji”. I jakie to ma znaczenie dla oceny mojej postawy ludzkiej, czy dziennikarskiej, czy ja wyrażam emocje, czy może – wręcz przeciwnie – chcę dowieść swoich racji? I co to wreszcie jest za kretyński dylemat??? I wreszcie, jak nędznie bylejakim trzeba być już nie tylko dziennikarzem, ale uczestnikiem zwykłej rozmowy, by wygadywać takie bzdury, tak kompletnie po nic?
Oto zawodowcy. Idą, cholera zawodowcy. Przez ten czas mojego blogowania miałem okazję kilku z nich poznać, nawet nie jako dziennikarzy, bo tych znają wszyscy, ale jako ludzi. I Semkę i Sakiewicza i Karnowskiego i Mistewicza i Ziemkiewicza, i paru jeszcze innych. Nie będę się tu nad nimi znęcał, bo raz że już to parokrotnie robiłem, a dwa, że tu już nawet nie chodzi o moje prywatne pretensje do ludzi, na których kiedyś wydawało mi się, że możemy liczyć. To są bowiem nasi zawodowcy. Cholerni profesjonaliści.
Wczoraj poszła informacja, że Ryszard Kalisz – jak z tego co sam mówi wynika, wybitny prawnik – podczas posiedzenia jakiejś komisji zadał pytanie Zbigniewowi Ziobro mniej więcej tak sformułowane: „Panie ministrze, dlaczego okłamał pan posłów”. Jak można sobie w normalnej głowie ułożyć takie pytanie? Jak można na takie pytanie w ogóle odpowiedzieć? Jeśli Ziobro powie, że nie okłamał, Kalisz mu powie, że on nie pytał „czy”, ale „dlaczego”. A jeśli Ziobro mu powie na przykład: „bo lubię kłamać”, to co Kalisz – powtarzam raz jeszcze, wybitny podobno prawnik – z tej odpowiedzi będzie miał? A czego on się dowie, jeśli Ziobro mu powie, że on kłamał, bo coś mu takiego wpadło do głowy i nie mógł się powstrzymać? Jaką wiadomość uzyska, jeśli Ziobro na to pytanie, pokaże mu język i powie „bo tak”? Kiedy usłyszałem tę informację o wymianie między Kaliszem a Ziobro, pomyślałem sobie, że gdyby to o mnie chodziło, to ja bym Kaliszowi powiedział, że najpierw może ja mu zadam na przykład pytanie, dlaczego on poprzedniej nocy odbył stosunek homoseksualny z posłem Wenderlichem. Tak bym zrobił ja. Niestety, Ziobro postąpił tak jak oni zawsze robią, a więc zaczął Kaliszowi nie wiadomo po co grodzic sądem i w ten sposób tylko dał TVN-owi powód do kpin.
Obawiam się, że poziom zawodowstwa prezentowany przez Kalisza, a i niestety w tym wypadku przez Zbigniewa Ziobro, jest taki jaki jest, z jednej strony dlatego że oni najczęściej są po prostu beznadziejnie kiepscy, a z drugiej – przypadek Ziobry – za bardzo zatopieni w rutynie i im się zwyczajnie już nawet nie chce. Nam tu na blogach wciąż zależy. My tu na blogach mamy wciąż to nasze życie i z niego korzystamy pełnymi garściami. Jesteśmy wolni i silni. Weźmy takiego Michała Karnowskiego. On czyta ten blog i wie, że minęły całe lata od czasu gdy on jeszcze tak potrafił. A i to w najlepszym dla niego układzie. On to wie i go trafia szlag. Tylko, przepraszam bardzo, cóż nas jego emocje – lub racje – mogą obchodzić?

niedziela, 26 września 2010

Paweł: Ta kampania to była fikcja

Wywiad, który przedstawiam poniżej, chodził mi i Pawłowi – naszemu człowiekowi w sztabie – po głowach już od dłuższego czasu. I pewnie nigdy by nie został przeprowadzony, spisany i dziś opublikowany, gdyby nie fakt, że od kilku dobrych tygodni publiczna przestrzeń wypełnia informacja, że Jarosław Kaczyński, dzięki niezwykle udanej i skutecznej pracy swojego sztabu, osiągnął znacznie lepszy wynik wyborczy, niż faktycznie na to zasłużył, a jeśli dziś robi wrażenie osoby z tego niezadowolonej, to może to wyłącznie świadczyć o tym, że z tej żałoby w jakiej się pogrążył, stracił rozum. To nieznośne kłamstwo jest na dodatek starannie podsycane przez niektórych prominentnych członków jego sztabu, oczywiście nie bezpośrednio, ale przez cały szereg niedopowiedzeń i aluzji, których główne przesłanie jest właśnie takie: Nikt nie wie, co się z tym biednym Jarosławem dzieje.
O swoich powodach, w samym już wywiadzie, mówi sam Paweł. Jeśli idzie o mnie, na mnie największe wrażenie zrobiła rzecz z pozoru błaha, ale wydaje mi się idealnie symbolizująca cały ten okropny plan. W rozmowie w TVN24, Joanna Kluzik Rostowska została spytana przez Monikę Olejnik, czy ona zgadza się, że posłowie Platformy Obywatelskiej są chamscy wobec kobiet, tak jak to twierdzi Jarosław Kaczyński. Jeśli ktoś myśli, że Kluzik odpowiedziała wymijająco, że ona akurat nie ma złych doświadczeń, ale skoro Prezes tak mówi, to może coś tam widział – jest w głębokim błędzie. Ona jednoznacznie i bez żadnej dyskusji powiedziała, że o jakimkolwiek chamstwie nie ma mowy. W Sejmie wszyscy są razem, grzeczni dla siebie, uprzejmi, i wręcz zaprzyjaźnieni. A więc – Prezes zwyczajnie bredzi.
To co ona powiedziała już potem, w rozmowie z Mazurkiem dla Rzeczpospolitej, wyłącznie cały ten plan – lub w najlepszych dla nich razie, bezmyślność – potwierdza. Bo jeśli na pytanie, co się dzieje z Kaczyńskim, Kluzik uważa za konieczne odpowiedzieć, że ona naprawdę nie ma pojęcia, to znaczy, ze zarówno ona, jak i całe to towarzystwo, które prowadziło kampanię prezydencką na rzecz Jarosława Kaczyńskiego na nic lepszego od tego wywiadu nie zasługuje. No i jeszcze wczoraj wywiad Prezesa dla Rzeczpospolitej, gdzie on mówi co takiego: Dwa miliony głosów, a oni się zastanawiali przez całe dni, jak ma wyglądać ulotka wyborcza. I o tym między innymi opowiada nam Paweł


Opowiedz może proszę najpierw, jak to się stało, że w ogóle zostałeś członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego? Czy to że od początku wspierasz jego projekt i przywództwo wystarczyło?
Dzięki znajomościom. Jak zresztą każdy. Chciałem pomóc, wiedziałem, że się przydam, poszukałem kontaktów – no i mnie polecono.
Więc jak to wyglądało? Przychodzisz. Przedstawiają cię i co się dzieje?
Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy…
Chcesz powiedzieć, że weszła i zwyczajnie powiedziała, żebyście sobie poszli?
Właśnie tak. Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.
No i co? Czekałeś aż oddzwoni, czy jak?
Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.
Praca, czyli co?
W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, 3 studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty.
Ale oni coś tam robili, czy nie?
No, nie bardzo. Albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.
No a Poncyliusz, albo Kluzik przychodzili tam, żeby się dowiedzieć co się dzieje?
Skąd! Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu…
A co ci się nie podoba z tym call center? Przecież wszyscy byli zachwyceni.
Byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osob dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.
No dobra. Pojechaliście do tego call center.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa - do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.
No ale ja pamiętam, że ten pierwszy wiec, ze względu na powódź, miał się wyłącznie sprowadzać do koncertu-zbiórki właśnie na powodzian?
No tak. Tyle że najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci że tak brzydko powiem „z górnych szczebli drabiny społecznej”.
Dobra. Więc dzwonisz.
W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił.
Skąd wiesz, że ze sztabu? I że w ogóle zniechęcił.
Jakubiak powiedziała, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.
A więc jest wiec…
To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.
Słyszałem, że tam nic nie było w ogóle słychać.
Zero. Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił kandydat słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece.
Z tego co opowiadasz o sytuacji wewnątrz sztabu, wynika, że inaczej być nie mogło.
Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.
Dobra. Lećmy dalej.
Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto - o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej. Dobre!
Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.
No ale, jak patrzymy na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to jednak wszystko jakoś działało, i to nawet nienajgorzej. Sam tam byłem, i pomijając opisywane już przeze mnie zamieszanie z tą naszą debatą, nie wyglądało to najgorzej.
Tak. Jakoś. Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie…
O tak! To też nasz Antek zauważył. Strasznie się wściekał, że to jest kompletna porażka…
Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media.
Media na to chyba nawet nie zwróciły uwagi…
Nie wiem. Może ich to zwyczajnie nie obchodziło. Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.
Przesadzasz.
Nie wiem. Może. Ale tak sobie wtedy pomyślałem.
Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się 6 osobowa grupa, poza od czasu do czasu przenoszeniem krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, który najwyraźniej czuł się dzięki takim pustym zadaniom spełniony. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida…
Co to jest Batida?
No, tam obok jest taka kawiarnia i był plan, żeby ją wykorzystać na rzecz kampanii. No więc, kiedy mu powiedziałem, że Jakubiak zgodziła się bym się tym zajął, on się normalnie obraził…
O co?
No nie wiem. Że coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami, chyba. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera, cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.
Potwierdzam. Byłem, słyszałem.
No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób.
Co się dziwisz? Miała się zacząć o 15.30, zaczęła się o 16, ale i tak cud, że do niej doszło.
Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało.
O ile wiem, ich nawet i tak za bardzo w telewizji nie pokazywali.
No bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem,... to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.
To ta nasza
Tak. Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem I-szej tury. I o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na stronie www.jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą.
Wiedziałem, że tam się coś niedobrego dzieje. Ale rozmawiałem z Kluzik i ona obiecała, że będzie miała na wszystko oko.
Ona nie mogła mieć na nic „oka”, bo była wciąż umordowana swoją pracą, i tyle tylko, że w tamten czwartek pokazała się w sztabie i oni pewnie uznali, że skoro ona się z nami zna, to lepiej nie robić kłopotów. Zresztą sam widziałeś. Ona była zmęczona i przygnębiona. Rozmawiała z nami, patrząc od niechcenia w komórkę. Nie bardzo obchodziło mnie co mówi, miałem co innego na głowie, ale zapamiętałem coś co zrobiło na mnie duże wrażenie. Ona powiedziała ci na koniec tej rozmowy, że ma już dość, że jest zmęczona, i że już nie może się doczekać, aż znów wróci do domu o normalnej porze i zrobi dzieciom kolację... zresztą wciąż teraz o tym gada w telewizji. Zapamiętałem to, bo gdyby padło to z ust „zwykłej” kobiety, to byłaby to bardzo piękna, i zdrowa reakcja. Ale powiedziała to szefowa sztabu! Demonstrując tak całkowicie psychiczne i motywacyjne rozbicie i to w połowie drogi, bo wciąż jeszcze przed drugą turą, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie może się udać. No i jeszcze ten Poncyliusz. Pamiętasz, jak on do nas podszedł i bez zwykłego „dzień dobry” czy „przepraszam” zapytał ją o coś, i bez słowa poszedł. Ty mu nawet powiedziałeś „dzień dobry” i wysunąłeś dłoń, a on nic. Polityk, cholera. Przecież jego pierwszym, i najprostszym obowiązkiem jest się uśmiechać do nieznanych sobie ludzi i ściskać im te dłonie. Tak po prostu. Zresztą nie ważne...
Był zajęty. Miał sprawy.
Jasne, że miał sprawy. Tyle że my to rozumiemy, ale ludzie, których on spotyka na co dzień mogą mieć to w nosie. A skąd wiesz, czy to nie jest jego stały styl? I skąd wiesz, co sobie o tego typu stylu myślą ci, którzy są mniej wyrozumiali?
Niech ci będzie.
Wyście się rozglądali ciekawie po sali, podczas gdy ja siedziałem wkurzony i napięty. Pierwszy rzut oka na salę debat uświadomił mi zaraz po wejściu, że ludzie od Jakubiak zbojkotowali nie tylko umieszczenie debaty na stronie www, ale i sama debatę. Sala nie była w ogóle przygotowana…
To już kiedyś opowiadałem.
No to ja jeszcze dodam parę obrazków. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.
Obrazili się i tyle.
Niech się obrażają, ale tu chodziło nie o nich. Ja myślę, że im tak naprawdę w ogóle nie zależało na wyniku tych wyborów. Że on był gdzieś tam daleko na horyzoncie myśli, a tymczasem ważniejsze na co dzień było to całe łażenie i lansowanie się. Ale Piotr Pałka - ten który debatę prowadził – chłopak też jakoś w moim wieku był rewelacyjny. Naturalny, niezepsuty, młody dziennikarz.... no i blogerzy, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Na debatę przyszło około 20 osób…
Było więcej.
Niech będzie, że więcej. Ale i tak, zważywszy na brak informacji na stronie www, na wczesną godzinę (w Warszawie pracuje się zwyczajowo do 17tej) było świetnie. Po części w której pytania zadawał Prowadzący...
Dobra. O tym ja już pisałem na blogu. Opowiadaj dalej.
To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.
Powiedz mi tylko, czemu ci tak zależało, żeby w ogóle dziś zacząć o tym mówić? Rozmawialiśmy przecież wiele razy wcześniej, i zawsze zgadzaliśmy się, że nie ma co w tej kampanii więcej grzebać.
Gdy zrezygnowałem z pracy w sztabie, obiecałem sobie że to co tam widziałem nie ujrzy światła dziennego. Wstyd, więc nie ma o czym opowiadać. I tak było do chwili gdy Marek Migalski swym otwartym listem rozpoczął jeden z najcięższych ataków medialnych na osobę Jarosława Kaczyńskiego jakie pamiętam. Na człowieka bez którego PiS nie przetrwa roku. Atak o tyle wyjątkowy, że już właściwie nie na to co on mówi, ale jak mówi i że w ogóle mówi. Atak w którym chodzi o pokazanie, że to jest człowiek szalony, opętany nienawiścią, wynikającą z głębokiej depresji po stracie brata. I gdyby zasadę „o rodzinie tylko w rodzinie” złamał sam Migalski, mimo wszystko, poseł niższej rangi, zdania bym nie zmienił. Ale nie mogłem zachować się inaczej, gdy pożywki dla mediów swymi komentarzami dostarczyła i Elżbieta Jakubiak, która przedłużyła atak na Prezesa tekstami o konieczności debaty wewnętrznej - ciekawe, że prowadzonej na zewnątrz. Na pomoc, niestety nie Prezesowi, a zawieszonej za nielojalność koleżance, przybyła posłanka Kluzik, podważając u Olejnik, stanowisko Prezesa w sprawach tak fundamentalnych jak współpraca rosyjsko-niemiecka. Ich nielojalność każe mi dziś mówić. Po to by pokazać, kim są ludzie, którzy dali przyzwolenie mediom by uderzyć w ich szefa. Chciałem pokazać, że ci co dziś błyszczą w mediach, mając się za pokrzywdzonych, są autorami porażki Jarosława Kaczynskiego, który przez takich ludzi mógł wygrać tylko dzięki bożej pomocy i wbrew swemu sztabowi.
No ale przecież Jarosław Kaczyński osiągnął wspaniały wynik. Porównaj to z prognozami z czasów jeszcze sprzed paru miesięcy. Porównaj to z notowaniami samego PiS-u.
Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie. I popatrz dziś, jak oni z tą ohydna satysfakcją pokazują te migawki z czasu kampanii, te z gibającym się Migalskim, z tym idiotycznym kwiatkiem w zębach. Ty myślisz, że komu się to spodobało? Ilu ludzi uznało, że to jest to czego oni chcą. Jakieś, przepraszam dziwadło w kolorowych szmatkach żrące kwiatki!
No ale ty nie narzekałeś na Migalskiego, ale na tych studentów w sztabie w Hotelu.
No ale to wszystko to był sztab. I ci studenci i Jakubiak i Migalski. To właśnie ten sztab organizował kampanię. To sztab wymyślał strategię. Przecież nie możemy wymagać od Kaczyńskiego, żeby on sobie to wszystko sam ułożył. Wybory prezydenckie to wielkie przedsięwzięcie, którego prowadzenie kandydaci na całym świecie zlecają osobom zaufanym, i które to w razie wygranej kontynuują swoją pracę na wysokich stanowiskach u boku zwycięzcy. To wszystko działa jak naczynia połączone. Nawet nie chce mi się tego tłumaczyć.
No ale chyba widział co się dzieje?
Wcale nie musiał widzieć. Każdy ma swoje zadanie. A jeśli idzie o Kaczyńskiego, to nie zapominajmy, że to że on w ogóle wystartował w tych wyborach, to był gest wręcz nieludzki. Wygranie tych wyborów to był ich obowiązek. A jeśli chcesz mówić o jego winie, to ona mogłaby się ewentualnie sprowadzać tylko do tego, że akurat im kazał poprowadzić tę kampanię. Mówię ci to wszystko, żeby każdy kto to przeczyta, wiedział jak słuszną decyzję podjął Kaczyński zawieszając Jakubiak i wyrzucając Migalskiego... ale też właśnie jak bardzo się z tą decyzją spóźnił. Mówię ci to, by pokazać że ponad interes partii, i lojalność wobec lidera, oni wybrali swój interes, swoje ambicje i wzajemną lojalność względem siebie. I że to kryterium koleżeństwa w przypadku posłanki Kluzik, już teraz doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, że zamiast lojalności względem prezesa własnej partii, wybrała lojalność względem wiceprezesa partii opozycyjnej, Grzegorza Schetyny! Mówię ci to żeby pokazać, że w kontaktach z PO podczas prac sztabowych, osoby te najwyraźniej przejęły sposób myślenia i zachowania tych pierwszych. Poprosiłem cię też wreszcie o tę rozmowę, by ten kto to czyta, zrozumiał, że względem PiS-u media stosują zasadę kija i marchewki. Bo gdy podczas kampanii PiS szedł w złą stronę, mówiono o świetnych wynikach Kaczyńskiego... aż w końcu przegrał wybory. Teraz gdy Kaczyński wrócił na dobrą drogę, i stara się wszystko poukładać i odbudować dawną pozycję, gdy PiS zwiera szeregi, próbuje się go z tej drogi odwieść, insynuując załamanie nerwowe depresje, niepoczytalność – tłumacząc tym wszystkim aktualnie słabe wyniki w sondażach. I oni wiedzą co robią. Bo gdy w PiS pierwsze skrzypce grał Kurski, Ziobro, czy Macierewicz, partia ta miała i Rząd i Sejm i Prezydenta. Ale wtedy ktoś wymyślił, że tych ludzi trzeba wysłać do Brukseli, tak by nie było komu pilnować polskiego podwórka. Wyjechali, a ich miejsce zajęli ludzie, którzy dobrze bawili się w czasie kampanii... Jasna cholera, popatrz, oni przebrani za dzieci kwiaty grali na gitarach i śpiewali piosenki podczas gdy pisowscy wyborcy wciąż byli pogrążeni w żałobie i szoku po utracie swego Prezydenta! Potrafisz to pojąć?! A teraz zbratani tą wspólną dobrą zabawą, uderzyli w Kaczyńskiego w sposób absolutnie bezpredecedensowy. Dla takich ludzi nie ma miejsca w pierwszych szeregach tej partii, bo ona przez takich ludzi słabnie, i traci zdezorientowanych takim zachowaniem wyborców. Nie ma w nich szczególnie miejsca dla polityków, którzy, choćby jak Joanna Kluzik-Rostkowska, publicznie oznajmiają, że nie widzą wielowiekowej już przecież współpracy rosyjsko-niemieckiej. I że jeśli Jarosław Kaczyński tak twierdzi to dlatego, że wpadł w jakieś niedobre psychiczne kłopoty. Bo to jest groźne już nie tylko dla samego PiS-u, ale jak pokazuje historia jest groźne dla Polski.
Tośmy sobie pogadali.
Owszem. Dziękuję.
To ja ci dziękuję

sobota, 25 września 2010

My psy

W cudownym komiksie dla dzieci Charlesa M. Schultza zatytułowanym Peanuts, a w Polsce znanym jako Fistaszki, jest taka scena jak pada deszcz, i Linus w desperacji postanawia wypowiedzieć zaklęcie : „Rain, rain, go away, come again some other day”, i … deszcz w jednej chwili przestaje padać. W pierwszej chwili chłopczyk jest zaledwie zaciekawiony, ale kiedy przy kolejnej próbie, sytuacja się powtarza, wpada w panikę i zaczyna płakać, że on z pewnością jest czarownicą i kiedy świat się o tym dowie, to go spali. Przychodzi Lucy i oczywiście nawet go nie próbuje pocieszać. Wręcz przeciwnie, bardzo ją to bawi i wciąż mu każe powtarzać eksperyment. No a on płacze. Taka to historyjka.
Przypomniała mi się ona wczoraj, kiedy włączyłem tefauenowskie Fakty i pokazała się informacja z mojego punktu widzenia absolutnie porażająca. Otóż, jak się okazuje, pewien policjant został zelżony przez chuliganów słowami ‘pies’ i ‘pała’, poczuł się obrażony i podał ich do sądu o znieważenie. W odpowiedzi, sąd – TVN puścił odpowiednią wypowiedź rozbawionego sędziego – ogłosił, że słowa ‘pies’ i ‘pała’ nie obrażają, że pretensje policjanta są nieuzasadnione, i sprawę oddalił. TVN w związku z tym przygotował dłuższy reportaż, w którym tak jak tylko ci ludzie potrafią, z jednej strony całą sytuację wykpił, zamienił ją w cyrk i zabawę, a z drugiej zasugerował, że niech policjanci się uspokoją, bo im się od tego dobrobytu już w głowie przewraca. Żeby udowodnić swoją tezę, że wszystko to głupstwo i bzdura, dziennikarze TVN-u pokazali, jak to język polski potrafi być giętki i, gdy trzeba, potrafi najróżniejsze pojęcia zastępować opisem zastępczym. Że na przykład na adwokatów mówi się ‘papugi’ – w tym momencie na ekranie pojawił się odpowiedni ptak – a oni w ogóle nie mają o to pretensji. Na kontrolerów ludzie mówią ‘kanar’ i w tym momencie puszczono wypowiedź jakiegoś kontrolera, i ten powiedział, że jemu to w ogóle nie przeszkadza. I tak po kolei, wyciągano z przepastnych kieszeni języka polskiego jakieś nic nie znaczące epitety i próbowano dowodzić, że w gruncie rzeczy, to wszystko jest nieważne. Na końcu, zaprezentowano jakąś panią z miotłą, którą ona sobie włożyła między nogi i zaczęła z nią wywijać fikołki, a następnie kazano jej powiedzieć, że ona jest cieciem i uważa, że tak jest w porządku. Dla podsumowania całego wywodu, wrócono do ‘psa’ i ‘pały’ i wesoły komentator powiedział, że wprawdzie ‘pies’ to nic takiego, bo to miłe zwierze, natomiast ‘pała’, faktycznie, może brzmieć niemiło, zwłaszcza w ustach jakiegoś „buraka”. No ale z drugiej strony – w tym momencie na ekranie pojawił się prawdziwy burak – czy na buraka wolno powiedzieć „ty buraku”? Chyba nie. Lepiej może „ty barszczu”. I zobaczyliśmy talerz z zupą. Koniec. Śmiech.
Czemu mnie ten reportaż poraził? Przede wszystkim dlatego, że ja sobie od razu pomyślałem o tym policjancie, który chcąc zapewnić nam jakiś spokój i porządek, zatrzymał paru bandytów, a kiedy oni nazwali go ‘psem’, on poczuł się dotknięty i zgłosił tę sprawę do prokuratury. Jestem głęboko pewien, że gdyby on – ten policjant – był rzeczywiście kimś takim, jakim go opisuje kultura popularna, machnąłby na tego ‘psa’ ręką. A dla lepszego samopoczucia ruszył by w miasto, tu by komuś wpieprzył, tu by od kogoś wziął łapówkę, kupił sobie flaszkę i wypił po pracy. On natomiast, czując się, jak najbardziej słusznie, funkcjonariuszem państwowym, uznał, że są rzeczy ważniejsze niż jego ból czy obojętność. Że tu chodzi o szacunek do państwa. On zresztą najprawdopodobniej, tak jak my, ogląda w telewizji amerykańskie filmy o policjantach i wie, że tam, w jakimś Teksasie czy Nowym Jorku, kiedy policjant mówi, że podejrzany ma położyć ręce na kierownicy, następnie lewą ręką powoli sięgnąć do stacyjki i wyjąć kluczyki, następnie te kluczyki wolnym ruchem mu podać przez uchylone okno, to on nie żartuje, a ostatnią rzeczą jaką zatrzymany kierowca może zechcieć zrobić, to mu powiedzieć – „Ty psie”. I biedny, pomyślał, że w Polsce też pewien cywilizacyjny zapis obowiązuje.
To pierwszy powód. Drugi natomiast jest taki, że zarówno sąd, jak i redaktorzy TVN-u – stacji bądź co bądź bardzo ważnej i wpływowej - w konflikcie między wspomnianymi bandytami, a policjantem, którego oni nazwali ‘psem’ wzięli stronę bandytów. Jedyne wytłumaczenie tego zachowania jakie mi przychodzi do głowy, to takie, że oni najprawdopodobniej sami, mrowiąc o policji, używają epitetu ‘psy’. Mam bardzo mocne podejrzenie, że zarówno redaktor przygotowujący ten reportaż, podobnie zresztą jak wcześniej słuchany sędzia, i tak samo jak cały w najszerszym znaczeniu tego słowa tefaunowski establishment, policji bardzo nie lubią, policją pogardzają, z policjantów szydzą, a jak o nich wspominają, to nie tylko używają słowa ‘psy’, ale do tego jeszcze dodają przymiotnik ‘jebane’. Dlaczego? Znów z dwóch powodów. Przede wszystkim, większość z nich, czy to duchowo, czy faktycznie, tkwią wciąż w Polsce peerelowskiej i kiedy myślą o policjantach, widzą przed sobą milicjanta z pałą, a to co słyszą, to tylko kawały o „psie z dwoma chujami”. Dla nich policja, podobnie jak wojsko, ojczyzna, patriotyzm, państwo, ład, flaga, Kościół, to są symbole PRL-u i oni o tym wszystkim nawet nie chcą słyszeć. Druga, jak mi się zdaje, przyczyna tego typu podejścia ma już bezpośredni związek z tym co się dzieje dziś. Oni zdecydowanie muszą czuć, że policjanci są bardzo niepewnym elementem tego, co im przeszkadza dobrze i bezpiecznie egzystować. Oczywiście, póki co, policja jest posłuszna. Jak trzeba zabezpieczyć mecz – to na policję można liczyć. Jak się im powie, żeby postawili barierki na Krakowskim Przedmieściu, to je postawią, a nawet sami zgodzą się tam postać, jak ma iść jakaś demonstracja Solidarności, to oni pomogą powstrzymać bardziej energiczny atak. Z drugiej jednak strony, świetnie zdają sobie sprawę z tego, do jakiego stanu doprowadził polską policję system, który oni wspierają i tworzą. Oni wiedzą, że policjanci, podobnie jak nauczyciele, górnicy, robotnicy w najróżniejszych firmach produkcyjnych, inne branże mundurowe, cierpią tę sama biedę i w ten sposób tworzą tę drugą Polskę. Polskę której oni nienawidzą, która jest im obca, a której na codzień się boją. Parę dni temu w dodatku, widzieli ich, jak protestują pod ich urzędami w Warszawie i jestem pewien, że na ten widok zalewała ich krew.
Co ma do tego Linus z jego niefortunnym zaklęciem? Otóż ja parę dni temu, kompletnie nie mając pojęcia, że gdzieś w Polsce jakiś policjant poczuł się obrażony przez paru bandytów, a polski sąd mu powiedział, żeby spadał na drzewo, napisałem tekst własnie o tym, jak to dzisiejsza Polska, Polska, którą nam ufundował ten bezwzględny i niszczący System, systematycznie niszczy nasze państwo. Jak to najpierw kompletnie rozbito władzę z jej autorytetem, rządzenie sprowadzono do czegoś, co nazwałem „wiecznymi wakacjami”, a całość odpowiedzialności za życie publiczne scedowano na skorumpowane i niekompetentne samorządy, zlikwidowano wojsko, a teraz próbuje się zdemolować policję. Pisałem więc o tych ‘psach’ i o tych ‘palach’ i apelowałem, żebyśmy chociaż nie dawali się wciągnąć tę brudną grę. I oto zaledwie po paru dniach, System pokazuje nam otwarcie i oficjalnie, co on na ten temat myśli. Tak otwarcie i tak oficjalnie, że gdyby któregoś dnia TVN swoje logo przyozdobił znaczkiem CHWDP, naprawdę niewiele by to zmieniło. A więc, czyżbym był czarownikiem???
Chyba jednak nie. Deszczem naprawdę nie jest łatwo kierować. Podobnie jak mgłą, choć akurat tu podobno zaobserwowano pewne postępy. Co do naszego życia politycznego, nie trzeba być cudotwórcą, żeby widzieć ich wszystkie czyny i zamierzenia, jak w kalejdoskopie. To naprawdę żadna sztuka. Człowiek się budzi rano i jeśli tylko nie jest nieprzytomny po minionym wieczorze, słyszy każdy ich krok. Każdy oddech. Widzi każdy cień. I wie że nic go już nie zaskoczy.

piątek, 24 września 2010

Dupa, czyli poemat radosny

Jeśli ktoś ogląda w miarę regularnie sztandarowy program telewizji TVN24 zatytułowany Szkło Kontaktowe, z pewnością zauważył, że ogólny poziom audycji zaczyna zdecydowanie dryfować ku czemuś, co mogłoby stanowić karykaturę Radia Maryja, tak jak je widzą jego wrogowie. A więc karykatura karykatury – to jest mniej więcej punkt, do którego doszli autorzy, a może przede wszystkim wychowankowie Szkła. Kilka dni temu ogromne na mnie wrażenie zrobił telefon od słuchaczki, która bez słowa wstępu, roztrzęsionym z emocji głosem, zaczęła wykrzykiwać coś mniej więcej takiego: „Grzesieńku!!! Kochany, najukochańszy panie Grzesieńku!!! Grzesiunieczku! Jak ja pan kocham!! Błagam pan! Niech pan już więcej na tak długo nie znika, bo my bez pana nie umiemy żyć. Jak ja pana kocham!!! Panie Grzesieńku! Ja nawet do pana list miłosny napisałam. My tu wszyscy tak na pana zawsze czekamy…” I takie tam. Słowo daję. Nie przesadzam. Miecugow, jak dobry ksiądz, atak ten z ciepłym uśmiechem przetrzymał, sprytnie się zarumienił – swoją drogą też ciekawe, że ich tam nauczyli rumienić się na zawołanie – i spokojnie już przeszedł do dalszego znęcania się nad posłem Czarneckim.
Tam zresztą ostatnio wszystko dzieje się na opisanym, lub zbliżonym do opisanego poziomie. O ile jeszcze jakiś czas temu, przynajmniej część osob dzwoniących do Szkła, lub ślących tam esemesy, starała się to co przekazują zamykać w ramach jakiejś, choćby najgłupszej, myśli, dziś niemal wszyscy ci, którym się tam udaje wejść – bełkoczą. Najzwyczajniej i po prostu bełkoczą. Doszło już do tego, że nawet czołowy intelektualista Szkła Kontaktowego – człowiek symbol – niejaki Andrzej z Działdowa, dzwoniąc wczoraj do redaktorów, nie był w stanie nawet jednego zdania sformułować tak, żeby on miało początek i koniec i żeby zawierało chociaż drobny ślad myśli. Innej niż tej, że Kaczyński jest głupi. To był już wyłącznie pełen ciężkiej udręki wysiłek, mający na celu jedno – żeby w ciągu przydziałowej minuty wystękać jeden skromny apel o to, by Jarosław Kaczyński odszedł z polityki. Biorąc pod uwagę fakt, że on najprawdopodobniej dzwoni do nich nie z żadnego Działdowa, tylko zza drzwi obok, jest to wydarzenie o znaczeniu w pewnym sensie symbolicznym.
Autorem prawdziwego przełomu jednak jest nowy gość programu Jerzy Iwaszkiewicz, dotychczas znany z pisania kronik towarzyskich dla kolorowych czasopism. W pewnym sensie Iwaszkiewicz przypomina znanych powszechnie staruszków, takich jak Władysław Bartoszewski, Tadeusz Mazowiecki, czy Kazimierz Kutz, którzy osiągnęli wiek, czy może stan umysłu, który umożliwia im już tylko obsesyjne powtarzanie jakichś chorych zaklęć. To co go od nich natomiast różni to fakt, że on jest trochę bardziej w tym szaleństwie zaawansowany. Podczas gdy każdy z nich przynajmniej stara się tworzyć wrażenie myśliciela, czy to demonstracyjnie mrucząc pod nosem, wzdychając, czy choćby robiąc miny, Iwaszkiewicz na ten akurat element machnął ręką, i już tylko się zapluwa. W tym właśnie aspekcie stanowi idealny nabytek dla Szkła Kontaktowego w jego najnowszym wydaniu.
Kiedy oglądałem kolejne z tych już najświeższych wydań Szkła, myślałem w pierwszej chwili, że to jest część jakiegoś niezrozumiałego dla mnie planu. Że tak jak cały program TVN24 przekształcił się ostatnio w coś co można by było nazwać ‘trybuną ludu’ w wersji hard, z elementami cyrku i kabaretu, tak i też największy skarb państwa Walterów musiał się zmienić w taki sposób, żeby nie stracić tej części publiczności, która dla tego projektu zawsze była najcenniejsza. A więc – dramatycznie obniżyć poziom. Dziś wydaje mi się coraz bardziej, ze to nie jest żaden plan, lecz wyłącznie nieunikniony upadek. Wiele wskazuje na to, że przez najbliższe tygodnie Szkło Kontaktowe – jedyny, przypominam, program telewizji TVN, który nadawany jest siedem dni w tygodniu, za każdym razem przez niemal godzinę, co go czyni najważniejszą i najpoważniejszą ofertą programową tego towarzystwa – będzie się staczał, aż w końcu ktoś postanowi, że dotychczasowa formuła się wyczerpała i Grzegorz Miecugow zacznie tam rzucać strzałkami do tarczy, lub jeżdzić na łyżwach, z sufitu będzie się na niego sypało się konfetti, a treść esemesów będą odczytywała dziwki w bikini. Najlepiej te, które dziś występują w tefauenowskiej reklamie o pastylkach na zwiększoną erekcję.
Myśl ta przyszła mi do głowy też wczoraj, kiedy to nagle Tomasz Sianecki przedstawił pewne absolutnie niezwykłe zdarzenie, kiedy to w Sejmie do Jarosława Kaczyńskiego podeszło, nie wiadomo skąd i jak, dwoje małych dzieci i zaczęły go najzwyczajniej w świecie przepytywać a konto posłanki Muchy – gdyby ktoś nie kojarzył, to ta ślicznotka, której Platforma utworzyła specjalny fundusz na fryzjera. Nie wiem, co to za dzieci, natomiast jest oczywiste, że one były odpowiednio pewne siebie i znakomicie do tego wywiadu przygotowane. Jak się panu podoba posłanka Mucha? Kaczyński, po raz pierwszy od dawna uśmiechnięty, najwyraźniej zadowolony, że może sobie porozmawiać z dwojgiem małych dzieci, odpowiada, że jemu jest trudno powiedzieć, bo to sprawa gustu, choć wie, że wielu osobom ona się podoba. Ale czy panu się podoba? No nie wiem, ja już jestem starszy pan – mówi Kaczyński – a pani Mucha mogłaby być moją córką. A myśli pan, że ona byłaby dobrym prezydentem? Kaczyński się śmieje i odpowiada, że w tej sytuacji to on już myśli, że ona bardziej jest ładna, niż dobra jako prezydent, i że ona jakoś nie słyszał, żeby ona kiedykolwiek powiedziała coś politycznie znaczącego. A więc, sympatycznie, grzecznie i wesoło. I w tym momencie wyskakuje Jerzy Iwaszkiewicz i zaczyna się dławić, że co to za chamstwo, że jak tak można, że to niby Mucha jest głupia, czy jak? I że Kaczyński jeszcze raz udowodnił, że jest zwykłym „kmiotem” i że zdaniem Iwaszkiewicza „temu panu” i tak chyba od pewnego czasu poświęca się za dużo uwagi, i że on chciał powiedzieć, że jeśli idzie o niego, to on uważa, że to czy Mucha jest ładna czy nie, nie ma znaczenia, natomiast on ją od dawna z uwagą obserwuje i to jest osoba niezwykle mądra, a jej polityczne diagnozy go zwyczajnie powalają.
Uważam – choć oczywiście nie mam na to żadnych dowodów, a tylko przeczucia – że cała ta akcja z dziećmi wypuszczonymi na Kaczyńskiego była zorganizowana przez TVN. Nie wiem też, kim te dzieci były, choć nie zdziwiłbym się gdyby się okazały prawnukami Iwaszkiewicza, czy samego Waltera. Tak czy siak, mam bardzo silne wrażenie, że TVN zaplanował, że dzieci wciągną Kaczyńskiego w rozmowę na temat tej dziwnej kobiety, on – albo dlatego, że jest w żałobie, lub po prostu strącił rozum – coś im odburknie i je przegoni, albo, jak usłyszy nazwisko Muchy, zacznie ją oskarżać o zamordowanie swojego brata, albo przynajmniej ją obrazi, że jest głupia i się nie nadaje. Mogło też być tak, że ktoś kto sprokurował całe to wydarzenie, spodziewał się, że Jarosław Kaczyński na dźwięk nazwiska Muchy zacznie się głupkowato uśmiechać i wygłaszać jakieś szarmanckie teksty, co też będzie można skutecznie przeciwko niemu wykorzystać. Obojętne, w tym czy w innym wypadku, zawsze można by na najbliższe dwa tygodnie rozdmuchać kolejną medialną akcję pod tytułem „Kaczyńskiego - cham i idiota”.
Tymczasem Jarosław Kaczyński ani tych dzieci nie zlekceważył, ani nie dał się wciągnąć w dyskusję na temat urody Joanny Muchy, ani tym bardziej w żaden sposób jej bezpośrednio nie obraził. Jedyne co zrobił, to powiedział, że ona się nie nadaje na prezydenta. A więc coś, z czego sprawę musi sobie zdawać nawet ona sama, choćby wyrażając zgodę na to, by ją jej partyjni koledzy wystawiali dzień w dzień jako kiełbasę wyborczą dla aspirujących wieśniaków. I wszystko w jednej chwili trafił szlag. Jarosław Kaczyński wyszedł na sympatycznego, inteligentnego starszego pana, który może być zmęczony całym światem, ale nie małymi, grzecznymi dziećmi. I kiedy Iwaszkiewicz z Sianeckim coś bredzili na temat tego, że jak można było tak paskudnie potraktować kobietę, to każdy normalny człowiek, który oglądał tę scenę, widział wyraźnie, że oto mamy do czynienia z porażką, jakiej dawno TVN nie zaliczył.
Jeszcze dziś z pewnym niepokojem zaglądałem do Internetu i do telewizji, żeby zobaczyć, czy przypadkiem tematem dnia nie jest jednak kwestia stosunku Jarosława Kaczyńskiego do pięknych i mądrych kobiet i tego, w jakim stopniu ten stosunek jest wynikiem po-smoleńskiej traumy, a na ile stanowi przedłużenie reakcji na zdradę Joanny Kluzik-Rostkowskiej i nienawiści do imienia Joanna. Nic. Cisza. Dodatkowo jeszcze odezwał się poseł Halicki, i w ogóle nie wiadomo już o czym gadać.
Ciekawe, co tam się u nich dzieje? Smoleński problem z cała pewnością dręczy ich niemiłosiernie, i oni już pewnie wiedzą, że tu już nic się nie da zrobić. Fakt że Donald Tusk wciąż nie wraca z Grecji też o czymś świadczy. Wieczne wakacje Prezydenta, problem Palikota, a nad tym wszystkim te nieustannie zadowolone twarze polityków PiS-u – to ich musi zwyczajnie i po prostu rozkładać na części. I na to wszystko ani już nie pomoże pełna mobilizacja antypisowskiej opozycji, ani pełne pogotowie mediów. Mam bardzo głębokie przekonanie, że to wszystko zaczyna w sposób naturalny karleć. To wszystko zwyczajnie marnieje.
Dziś na wp.pl przeczytałem rozmowę z jakąś nową gwiazdą polskiej politologii, która powiedziała, że ona zupełnie nie rozumie, dlaczego PiS wystawił w warszawskich wyborach Czesława Bieleckiego. On nie jest człowiekiem PiS-u, w dodatku znany jest z tego, że krytykował Kaczyńskiego, a ponieważ zarówno ona, jak i wszyscy inni, wiedzą, że Jarosław Kaczyński jest mściwy i nienawidzi każdego, kto ma inne zdanie niż on, ona staje wobec tej decyzji bezradna, i uważa że jedyne wyjaśnienie, to takie, że PiS już po prostu nie ma ludzi. W pierwszej chwili, czytając te szczególną analizę, pomyślałem sobie tylko, że gdyby ten rodzaj zawodowstwa prezentowali inżynierowie, nauczyciele, policjanci, szewcy, piekarze i masarze – ten świat by już dawno zginął. A tu – proszę! Teraz jednak sobie myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. Oni zwyczajnie gonią w piętkę.

czwartek, 23 września 2010

Gdy po pomoc można iść już tylko do Dona Corleone

Trzeba Wam wiedzieć, że moje najmłodsze dziecko jest w pewnym sensie bardziej wyjątkowe, niż pozwalają na to tzw. standardy. Pamiętam na przykład jak ona miała dwa lata i pobierano jej z ręki krew. Ponieważ ona jest mało żylasta, a pielęgniarka przeprowadzająca zabieg była mało kompetentna, cała procedura trwała chyba z dwie minuty, aż w końcu ta biedna kobieta nie wytrzymała nerwowo, natomiast moja córka…nawet nie zwróciła na te męki uwagi. Wiele lat późnie, pamiętam, jak okazało się, że to nie było chwilowe otępienie małego dziecka, lecz stała tendencja, kiedy najmłodsza Toyahówna wróciła ze szkoły i zakomunikowała wszystkim, że „siedmiu się na nią rzuciło, żeby jej odebrać butelkę z wodą”, ale ona nie dała. To była chyba czwarta, a może jeszcze trzecia klasa. W piątej klasie po dwóch miesiącach nauki ona miała 32 jedynki.
Czemu piszę o moim najmłodszym dziecku? Otóż powód jest taki, że jej absolutnie ulubionym filmem od pewnego czasu jest Ojciec Chrzestny, a zwłaszcza scena początkowa, kiedy to Don Corleone mówi do Bonasery” „Bonasera, Bonasera, dlaczego traktujesz mnie tak bez szacunku?” A ja dziś będę pisał o Ojcu Chrzestnym właśnie.
Dziś więc zatem będzie o Ojcu Chrzestnym. Sukces tego filmu, a wcześniej tej powieści pozostaje tajemnicą. Można oczywiście powiedzieć, że to jest po prostu bardzo dobry film, a ksiązka też niezwykle ciekawa. No, ale ciekawych książek i świetnych filmów jest cała masa, natomiast Ojciec Chrzestny jest tu wciąż na tym tle zupełnie szczególny. Można powiedziec, że to chodzi o Marlona Brando, lub o Ala Pacino, albo może nawet i o Roberta DeNiro. No tak. Ale oni grali w wielu filmach. Nawet Marlon Brando. W Ojcu Chrzestnym natomiast jest coś takiego, że nawet ktoś taki jak moja najmłodsza córka jest w stanie go oglądać dziesiątki razy, za każdym razem z tym samym zachwytem… no i tym czymś jeszcze. Czymś takim mianowicie, co zmienia całe nasze życie.
Ktoś mi powie, że powinienem uważać na najmłodszą Toyahównę, bo jeśli ona czuje taki pociąg do świata przemocy, bardzo szczególnego prawa i pokręconej sprawiedliwości, to może bardzo dobrze oznaczać, że z nią jest coś nie tak. I ja tu muszę przyznać, że istotnie, z moja najmłodszą córką jest cos nie tak. Dokładnie tak samo nie tak, jak ze mną i z całą pewnością wieloma osobami czytającymi te słowa. Problem polega własnie na tym, że z nami wszystkimi jest zdecydowanie coś nie w porządku. Jeśli przez porządek mamy rozumieć świat, w którym przyszło nam zyć, to fakt że ona nagle uważa, że to co zostało przedstawione w Ojcu Chrzestnym to świat, który dla niej stanowi piękne i czyste odejście od chaosu, musi oznaczać, że mamy z nią pewien problem. Jest to problem mianowicie, któremu na imię ‘niespełnienie’, lub, jeśli ktoś woli – ‘brak’.
Sytuacja w jakiej dziś znajduje się nasza Polska, robi , mówiąc delikatnie, wrażenie. Piszemy tu wszyscy o wielorakich aspektach tej kondycji niemal codziennie. Co słychać dziś, jeśli idzie o bardzo drobny fragment tego wielkiego nieszczęścia? Prokurator Parulski niespodziewanie ogłosił, że szczątki polskiego samolotu na smoleńskim lotnisku leżą kompletnie niezabezpieczone. Szok! Na TVN-owskim pasku biegnie napis, że podobno ostatnio znaleziono tam kolejne ludzkie szczątki. Dowiadujemy się też, że są dowody na to, że tuż po katastrofie Rosjanie metodycznie niszczyli resztki samolotu. Jak nas informuje rosyjska strona tej zbrodni, dalszych dokumentów już nie będzie, tyle że oni jeszcze nam przedstawią końcowy raport. Podobno jednak nie powinniśmy się martwić, bo to – jak twierdzi rzecznik naszego rządu – czy ten samolot jest zabezpieczony, czy nie, nie ma praktycznego znaczenia dla sprawy, bo i tak mniej więcej wszystko wiadomo, a wczoraj w telewizji Stefan Niesiołowski zapewnił, że teoria o zamachu jest równie absurdalna, jak myśl o tym, że naszego prezydenta zabili Marsjanie. Okazuje się, że wbrew pozorom, Rosjanie też nie zasypują gruszek w popiele. Wielu z nich na przykład pracuje w naszej sprawie również w soboty i w niedziele, co może oznaczać, że niektórzy z nich będą musieli odpuścić sobie cerkiew. Do Smoleńska po raz sto dwunasty wyruszają polscy archeolodzy. Tym razem podobno już na sto procent. A to wszystko, jak mówię, jedna tylko sprawa. Poza tym Donald Tusk jest na urlopie okolicach Grecji, natomiast Sejm szykuje się na przyjęcie kolejnego legislacyjnego ataku rządu. Ale to pewnie dopiero, jak Premier opali sobie jeszcze ostatni palec u lewej nogi.
Sukces Ojca Chrzestnego, jak mi się wydaje, leży w tym, że jego główna teza była taka, że jeśli idzie o świat zewnętrzny, to on właśnie mniej więcej zawsze jest taki. A więc pełen kłamstwa, bezprawia, niesprawiedliwości, występku, zbrodni – zbrodni niemal systemowej. Świat widziany oczami Dona Corleone i ludzi, którzy wybrali jego przyjaźń, był w dodatku światem całkowitego moralnej mustki, w którym nie tylko słowo i gest nic nie znaczyły, ale równie bez znaczenia był człowiek, do którego to słowo czy gest należały. A zatem, świat zastany przez Corleone to był świat chaosu i upadku. Mam wrażenie, że gdyby Ojcu Chrzestnemu opowiedzieć o tym, co się stało w Smoleńsku, on by tylko wzruszył ramionami, rozłożył ręce, westchnął i pokiwał w zamyśleniu głową. Ten niezwykły konflikt między wszystkim tym co reprezentowała i w co wierzyła Rodzina, a tą przedziwną cywilizacją z którą ona musiała się zmierzyć, było idealnie widać na przykładzie już może nawet nie początkowej rozmowy Dona z Bonasera, kiedy to padły te klasyczne już dziś słowa: „Czemu nie przyszedłeś do mnie?”, ale zdarzenia nieco późniejszego, kiedy to Hagen pojawił się w Hollywood by załatwić u Woltza pracę dla Johnnego. Siedzi Hagen naprzeciwko tego zepsutego do szpiku kości producenta i mu mówi: „Niech pan zrozumie. Mój klient obiecał tę rolę Johnnemu na ślubie swojej córki. Co więcej, Johnny jest sierotą, więc mój klient czuje w stosunku do niego jeszcze większy obowiązek Poza tym, on jest jego ojcem chrzestnym. Rozumie pan? On trzymał małego Johnnego do chrztu na rękach, a dziś mu tę rolę obiecał. Dla Sycylijczyków taka obietnica to świętość”. A kiedy Woltz mówi: „Ja znam wszystkich najważniejszych prawników w Nowym Jorku, a o panu nie słyszałem”, Hagen mu skromnie odpowiada „Mam tylko jednego klienta”.
Wydaje mi się, że moje najmłodsze dziecko, a przecież nie tylko ona, patrząc na tę scenę czują takie emocje, ponieważ w świecie autentycznego chaosu i bezprawia, kłamstwa i bezczelnej arogancji, pogardy i podłości, tamci ludzie świecą przykładem wręcz nadludzkiej harmonii. Wspomniałem wyżej o jednym drobnym aspekcie naszej polskiej rzeczywistości, której symbolem jest ten gnijący w smoleńskim błocie samolot z biednymi resztkami białoczerwonej szachownicy, i całe bezczelne kłamstwo otaczające ten ponury obraz. I oto mamy jeszcze to dziecko. Kogoś kto urodził się już w tej Polsce i wszystko co wie – wie z opowiadań i ze swojego niezwykle zabawnego przekonania o swojej spostrzegawczości i nieomylności ocen. Co ona ma myśleć, kiedy patrzy na ten samolot i słucha kłamstw, które System sączy w jej niewinne ucho? Co mamy myśleć my? Można więc myśleć sobie tak i owak, ale jeśli gdzieś tam nagle, w tym bólu i w tek samotności, pojawi się myśl o tym, że trzeba iść do Ojca Chrzestnego, nikt nie powinien się dziwić.
Bo problem polega na tym, że przynajmniej w teorii, świat cywilizowany jest zbudowany tak, że każdy ma do wypełnienia swoją rolę i lepiej lub gorzej stara się tę rolę wypełniać. Nad tym wszystkim stoi państwo, które w ramach owej cywilizacyjnej umowy, zobowiązuje się dbać o to, żeby ten świat działał i żeby go nic nie psuło. Niektórzy na ten system mówią – prawo i sprawiedliwość. Jest więc czymś absolutnie oczywistym, że w momencie gdy państwo zaczyna sobie swoje obowiązki lekceważyć, do głosu dochodzą ludzie i ich tak straszliwie zlekceważone emocje. Właśnie wtedy pojawia się też samosąd, lincz, nienawiść, a zaraz obok to wieczne pragnienie porządku. Jak to wygląda w moim wypadku? Liczyłem na to, że po katastrofie w Smoleńsku to całe zło się rozpłynie. Że to ogrom tego nieszczęścia stworzy coś prawdziwie dobrego – tymczasem on stworzyło zło jeszcze większe. Wierzyłem że Bronisław Komorowski nie zostanie prezydentem, bo to człowiek zły, podły i głupi – na nic. Dziś patrzę, jak podbudowane tym wielkim sukcesem siły zła tryumfują, tonąc w zupełnie nowym poczuciu całkowitej i wiecznej bezkarności. A nad tym wszystkim unosi się opalona twarz Premiera, która nam mówi z uśmiechem, że my się nie liczymy. A ja już tylko za Morrisseyem powtarzam: „Proszę umrzyj”.
Ale ja już jestem stary i złośliwy. Co natomiast może myśleć dziecko, które nagle to wszystko zobaczyło i skamieniało? Najmłodsza Toyahówna prosi mnie, żebym jej puścił angielski dokument The End o gangsterach z East Endu i informuje mnie z ta typową dla siebie przekorą, że ona uważa, ze gangsterów nie powinno się wsadzać do więzienia. Że oni są okay. Biedne małe dziecko. Cóż ona wie?

Z miłością i nędzą tego świata - Kolagen

Dzisiejszy wpis ma charakter jak najbardziej specjalny. Otóż, jak zdążyłem w ostatnich dniach zauważyć, okres wspomagania tego bloga pomaleńku, w sposób zupełnie naturalny, dobiegł końca i obecnie mamy sytuację taką, że – z wyjątkiem najbardziej okazjonalnych gestów – wróciliśmy do punktu wyjścia. Wpłat praktycznie nie ma.
W związku z powyższym, postanowiłem usunąć numer konta, który od pewnego czasu wisiał na tej stronie, i pisać dalej – jak kiedyś, za dobrych starych czasów – w sposób jak najbardziej bezinteresowny. Przede wszystkim jednak, bardzo pragnę podziękować wszystkim tym, którzy przez najbardziej dramatyczne miesiące pomagali nam przeżyć. Nie ma takich słów, które mogłyby wyrazić powagę tej pomocy, poza może tymi, że bez niej, bylibyśmy dziś w kompletnie innym miejscu.
Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję. Jeśli komuś przyszło do głowy, żeby za to co tu czyta, płacić, i tego zdania nie zmienił – niewątpliwie będzie mi miło. Ale, jak mówię, ten czas, zarówno w sposób naturalny, jak i już niedługo – mam nadzieję, ze faktyczny – dobiegł końca.
Po raz kolejny więc wszystkim, ktorzy nam dali przeżyć najgorszy czas dziękuję.
Dla Was wszystkich, dziś tekst, z którego jestem bardzo dumny. Uważam, ze to jest jeden z najlepszych wpisów na tym blogu. Trochę o kolagenie, ale i nie tylko przecież. Dla Was.


Moja starsza córka, jak może niektórzy wiedzą, studiuje biotechnologię, a jest to nauka, z mojego punktu widzenia, tak kosmicznie obca i abstrakcyjna, że nie mam sposobu, żeby choć w przybliżeniu nawiązać z nią kontakt na poziomie ściśle zawodowym. Na szczęście, jak wszystkie moje dzieci, jest ona bardzo mądra i wyrozumiała, więc ile razy porusza wobec mnie tematy związane z chemią białek, lub z genetyką molekularną bakterii, stara się przemawiać do mnie jak do dziecka, żebyś, tatusiu, wszystko zrozumiał. W ten sposób, rozmowy z moją córką są dla mnie zawsze bardzo pożywne i wzbogacające. Przychodzi ona do mnie i pyta, na przykład: „Czy ty wiesz, dlaczego oczy…?”, albo „Czy zauważyłeś, że kiedy człowiek…?” i tak dalej w tym kierunku. A ja wiem, że wszystko co ona mi powie, będzie bardzo ciekawe.
Dziś, moja córka opowiedziała mi o kolagenie. Mam nadzieję, że większość z nas mniej więcej wie, co to jest ten kolagen i do czego on ma służyć, ale na wszelki wypadek, bardzo ogólna informacja. Kolagen jest to białko, które znajduje się w ludzkiej skórze i sprawia, że ta skóra nie jest pomarszczona, lecz gładka. Niestety, jest też tak, że, najczęściej z wiekiem, tego kolagenu ubywa i starsi ludzie dostają na przykład zmarszczek. Takie życie.
W tej sytuacji, przemysł kosmetyczny wymyślił, że będzie produkował kremy z dodatkiem kolagenu i sprzedawał je kobietom za ciężkie pieniądze, żeby one sobie owe kremy wcierały i przez to ich skóra stawała się piękna, czyli gładka. Otóż moja córka powiedziała mi, że problem z kolagenem jest taki, że on złożony jest z trzech łańcuchów, a więc przez to jest zbyt duży, żeby przeniknąć w głąb skóry. W tej sytuacji, zdając sobie sprawę z utrudnień, przemysł farmaceutyczny wymyślił, że należy te łańcuchy jakoś pociąć i rozdrobnić, i tym sposobem umożliwić penetrację. Ogłosił też przy tym, że kiedy już ten pocięty kolagen zostanie wchłonięty przez pomarszczoną skórę, już tam w środku ulegnie reaktywacji i zacznie skutecznie działać.
Córka moja twierdzi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć, że do tej reaktywacji nie ma prawa dojść. Zniszczony kolagen w tych warunkach nie jest w stanie się odbudować, a więc to całe nacieranie, smarowanie i wklepywanie tej mazi jest absolutnie nieskuteczne. Z kolagenem, czy bez, krem który sobie pomarszczone panie kupują, daje tylko taki efekt, że te ich zmarszczki nawilża i przez to sprawia, że kiedy sobie po nich przejadą równie pomarszczoną dłonią, to poczują ten aksamit, który – już zaglądając do innej beczki – mogą skutecznie skosztować, pijąc któryś z jogurtów, czy smarując chleb masłem. Ot i cała filozofia.
Któryś z bardziej intelektualnie posuniętych i cynicznych czytelników tego bloga powie mi, że się zajmuję głupstwami, bo każde dziecko wie, że reklamy kłamią. Oczywiście, samo już takie podejście bardzo mi się nie podoba, bo uważam, że nie ma nic bardziej wstrętnego, niż popisywanie się swoją przenikliwością w stosunku do człowieka, który chce sobie zwyczajnie ponarzekać. Ale w tym akurat wypadku, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ja bowiem doskonale wiem, że reklamy kłamią i że to jest fakt aż nudny w swej oczywistości. Wiem jeszcze coś więcej. Że to nieludzkie namawianie ludzi zagrożonych rakiem, lub zawałem serca, do tego, by sobie poszli do apteki i kupili pastylki, lub ewentualnie do spożywczego i nabyli któryś ze wspomniany tu już aksamitnych jogurtów, cuchnie ewidentnym kryminałem. I to, że ten świat, który wielu z nas tak bardzo imponuje, postanowił ten proceder autoryzować, jest strasznym grzechem. I że, prędzej czy później, natura ludziom odpowiedzialnym za to kłamstwo, jeszcze zdąży zademonstrować, jak można się naprawdę bać.
Ale dziś chodzi mi po głowie tylko ten kolagen. Kiedy widzę te gładkie fryzury i te pięknie skrojone garnitury. Gdy słucham tych słów, tak pięknie sklejonych zwykłym kłamstwem. Kiedy przyglądam się tym twarzom wykrzywionym w tryumfalnym poczuciu przynależności. Kiedy oglądam te rzędy równych, białych zębów, sączących wiadomość o tym, że oto udało się zrobić następny krok. Gdy widzę tych zdrajców, puchnących z dumy, że wyczuli odpowiedni moment, żeby być tam, gdzie podejmowane są decyzje, myślę sobie, że zbliża się coś niezwykle spektakularnego. Parę razy ostatnio zastanawiałem się, jak to się dzieje, że niektórzy z nas podejmują wybory absolutnie wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale – o zgrozo – naturze. Że akceptują zło i w jednej chwili w nim toną tak głęboko, że nie mają już stamtąd możliwości wyjścia. Jak to jest?
Dziś już wiem. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który każe niektórym wierzyć, że można zatrzymać czas. Że, jeśli tylko się człowiek postara, to – zapewniając sobie tę odrobinę codziennej satysfakcji – przy okazji i powstrzyma naturę. To jest ten kolagen. I proszę mi wierzyć. Jeśli dziś myślę o przemyśle, to z całą pewnością nie o przemyśle farmaceutycznym.

środa, 22 września 2010

Wieczne wakacje, czyli o państwie które umiera

Przypominam sobie, jak jakiś czas temu ukazała się informacja, że zaginęła jakaś dziewczynka, i ponieważ przepadła jak kamień w wodę, wszyscy się bardzo martwią i teraz chodzi o to, żeby jej szukać. Jak powiedział mistrz Vonnegut – zdarza się. Oczywiście, wraz z wiadomością o zaginięciu, pojawił się też rysopis dziewczynki i wszystkie możliwe dane dotyczące tego, co ona wychodząc z domu miała nas sobie. Otóż z tego opisu zapamiętałem jedno. Dziewczynka ubrana była w koszulkę, czy może bluzę z napisem CHWDP. Zapamiętałem bardzo mocno ten fakt, a oprócz niego pewnego rodzaju szok, kiedy zdałem sobie sprawę, że ów rysopis rozsyłają na całą Polskę nie rodzice zagubionego dziecka, lecz właśnie policja. Dokładnie ta sama policja, której zarówno sama dziewczynka, jak i firma, która jej tę sprzedała, jak i prawdopodobnie też dziś już zrozpaczeni rodzice, kiedy jeszcze nic złego się nie działo, kazali – co tu długo mówić – wypierdalać. Zdarza się.
Niedawno jechałem tramwajem, a naprzeciwko mnie siedział chłopak. Powiem zupełnie szczerze, że nie wyglądał jakoś szczególnie niemiło. Owszem, miał na głowie bejsbolówkę, standardowo workowate spodnie, ale poza tym nie robił złego wrażenia. Co ciekawe miał ze sobą laptopa w futerale i spokojnie patrzył przez okno na przesuwający się obok świat. Uderzyła mnie koszulka. Firmowa, zdecydowanie nie domowej roboty, ze specjalną metką koszulka, na której widniał wizerunek okapturzonego chłopaka, obok niego klasyczny już napis CHWDP, a poniżej trzy linijki tekstu: „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie wiem”, czy jakoś tak. Jeszcze poniżej zdecydowane słowa „Śmierć donosicielom”. Obok nas siedziała jakaś dziewczyna, a ja walczyłem ze sobą by go nie spytać, czy gdybym ja w tym momencie poderżnął mu gardło i, korzystając z przerażenia pozostałych pasażerów, spokojnie sobie wysiadł na najbliższym przystanku i zniknął w tłumie, a ta dziewczyna zgłosiłaby się na policję i powiedziała im, jak ja wyglądałem i gdzie poszedłem, to jego zdaniem ona byłaby ta zła, czy ta dobra? A czy gdyby ten mądrala jednak jakoś przeżył, a lekarz który by go badał spytał, gdzie go boli, to by puścił parę z ust, czy by dalej milczał jak grób?
No i w ogóle, zacząłem sobie myśleć, czy gdybyśmy już te wszystkie psy z naszej okolicy przegonili, to wokół zapanowałby wreszcie święty spokój, czy może dopiero wtedy zaczęłyby się kłopoty. Przyglądam się od pewnego czasu naszej Polsce – tak mniej więcej od trzech lat – i widzę bardzo wyraźnie, jak powoli, ale bardzo systematycznie, polskie państwo przestaje istnieć. W tym momencie mógłbym właściwie zacząć pisać zupełnie osobny tekst, lub – jeszcze lepiej – całą nową serię tekstów, lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – zmienić ten blog w powódź żalów nad ginącym państwem, ale i tak mi tu już Ksiądz powiedział, że to co ja piszę, zatrzymało świat w miejscu i nawet na horyzoncie nie widać światła, więc pozostanę chyba tylko przy lekkim zwróceniu naszej uwagi na to co widać tak bardzo wyraźnie. Państwo ginie. Stary już dość plan środowisk neo-liberalnych mający na celu przesunięcie całej sfery publicznej na poziom lokalny ma się, jak wszystko na to wskazuje, świetnie. Proszę zwrócić uwagę, jak ostatnio zmienił się kształt informacyjnych programów choćby telewizji TVN24. Jeśli przez cały dzień nie mówi się o Jarosławie Kaczyńskim i jego psychicznej chorobie, całość przekazu wypełniana jest czymś, co można zatytułować „Prosto z Polski”. Prowadzący wesoło wędrują po tym niebieskim studio, albo w pojedynkę, albo w parach, a czasem nawet w kupie, żartują, śmieją się, czasem się przekomarzają, a śliczne dziewczyny od pogody lśnią swoimi błyszczącymi ustami. Wczoraj oglądałem wieczorny program podsumowujący dzień i jeśli pierwsze parę minut dotyczyły polityki ogólnokrajowej, cala już reszta to była wyłącznie zabawa, plotki i drobne sensacje.
Donald Tusk jest znów na urlopie, niewykluczone że Bronisław Komorowski też, i proszę zwrócić uwagę, że to nie ma żadnego znaczenia. I tak wszystko co rozstrzyga o tym, czy jeśli człowiek wyjdzie na ulicę, to zostanie natychmiast zalany wodą, lub przejedzie go jakiś pijany kierowca, rozstrzyga się na poziomie najbardziej lokalnym. Gdzieś ktoś jechał autostradą pod prąd i w związku z tym TVN poświęcił temu wydarzeniu cały długi reportaż, w którym najróżniejsi eksperci od motoryzacji radzili ludziom, co mają robić jeśli nagle przed nimi pojawi się samochód, którego miało tam nie być. Nie jest niemożliwe, że dziś ze względu na duże zainteresowanie społeczne, w studio pojawią się psychologowie i powiedzą nam jak można sobie z tą sytuacją poradzić psychicznie. A co poza tym? Cokolwiek. Albo chuligani gdzieś w Polsce zdewastowali kolejny stadion, jakiś uczeń zasztyletował swoją koleżankę, gdzieindziej ktoś odkrył ludzi zjadających bezpańsko włóczące się psy, w jakiejś wsi zawaliła się karuzela, a jak komuś się zrobi zbyt smutno, to się dowie, że w Poznaniu oddano do użytku nowy stadion, wystąpił Sting, a dźwięk podobno był znakomity.
Rosjanie odesłali nam resztki tego co odesłać zamierzali, samolot gnije na błocie smoleńskiego lotniska, a rząd podobno zastanawia się gdzie by tu znaleźć jakieś wolne pieniądze, żeby kupić odpowiednio dużą płachtę brezentu, żeby te szczątki jakoś przykryć. Choć, jak twierdzi rzecznik jeszcze podobno istniejącego rządu, może się to okazać niepotrzebne, bo i tak już z tej pogiętej blachy niczego nowego się nie dowiemy. Donald Tusk ma niedługo wrócić z urlopu, planów Prezydenta nie znamy i znać zresztą nie musimy, bo jakie to w ogóle może mieć znaczenie? Tyle wszystkiego, że jest jeszcze ten PiS i sondaże, które mówią, że od kwietnia wzrosła liczba obywateli, która nie jest do końca zadowolona z tego, ze Lech i Maria Kaczyńscy zostali pochowani na Wawelu.
Państwo przestaje istnieć. Powszechna opinia jest taka, że Wojsko Polskie pełni już wyłącznie funkcję reprezentacyjną, a jeśli gdzieś jeszcze jacyś żołnierze biegają i strzelają, to za amerykańskie pieniądze w Afganistanie i w paru innych mniejszych regionach świata. Nie ma więc rządu, nie ma polskiej polityki międzynarodowej, nie ma polskiej polityki narodowej, nie ma w kraju wojska, z wyjątkiem tych kilku żołnierzy patrolujących na wschodzie granicę Unii Europejskiej. No i zbliżają się wybory samorządowe, które pozwolą zorganizować życie na dwóch poziomach, a więc na poziomie przygotowań do Mistrzostw Europy i lokalnej księgowości, że tak to ujmę bardzo delikatnie.
O ile się nie mylę, jest też policja. I powiem szczerze, że nie wiem jak to się stało, że policja wciąż istnieje. Chodzą policjanci po ulicach, jeżdżą swoimi samochodami, spisują kraksy drogowe, dzielnicowi snują się po jakichś melinach, siedzą na komisariatach i od czasu do czasu do czasu przyjmą nas w sprawie jakieś drobnej interwencji, no i oczywiście, jeśli gdzieś odbywa się jakiś mecz piłkarski, idą się bić z bandytami. Z całą też pewnością, jeśli ktoś gdzieś kogoś zamorduje, albo odpali bombę, natychmiast pan komendant kogoś na miejsce przyśle. Ale przynajmniej są. Co do tego nie ma wątpliwości. Biedni, bez sprzętu, samochodów, pozbawieni szkoleń, zwykłego papieru, ograniczeni tysiącem idiotycznych przepisów, skorumpowane znienawidzone psy.
I daję słowo, że nie wiem, jak to się stało, że oni wciąż jeszcze żyją. Że nie zostali wyparci przez mafię, przez miejskie firmy ochroniarskie, przez prywatne agencje ochrony, czy wreszcie przez jakąś lokalną obywatelską milicję. W sytuacji gdzie już naprawdę wszyscy sobie starają się jakoś radzić, czy to z powodzią, czy z dziurawymi drogami, czy z ogólnym syfem, zamiast ich zwyczajnie rozwiązać i– tak jak to się stało w przypadku wojska – zostawić tych kliku ładnie wyszykowanych chłopców w mundurach do obsługi uroczystych mszy, wciąż im się daje jakieś pozory przydatności.
Daję słowo, że przy wszystkich zastrzeżeniach co do ich ogólnego poziomu i zawodowej i moralnej kondycji, ja bym im proponował dać na razie święty spokój. Niech jeszcze trochę nam pobędą. Bo, jak mówią, po nich już tylko pozostaną jacyś napakowani łysi debile z tatuażem na łydce i kolczykiem w nosie. Albo, dla lepszej części społeczeństwa, telefon do Urzędu Miasta i coś, co już nas nie będzie musiało w ogóle interesować.
Wielokrotnie wielu z nas lubiło sobie w takich sytuacjach przypominać pierwszą scenę z Ojca Chrzestnego, kiedy to Don Vito Corleone mówi” „Bonasera! Bonasera! Czemu nie przyszedłeś prosto do mnie? Czemu potraktowałeś mnie tak bez szacunku?” Lubimy te scenę i każdy z nas świetnie wie, co za nią stoi. Jaki model organizacji społeczeństwa. Jednocześnie jednak nie udaje nam się dojrzeć całego nieszczęścia, jakiego wynik te właśnie słowa stanowią. Ale przypomina mi się dziś inna rozmowa – również filmowa – znacznie zabawniejsza, a jednocześnie chyba jeszcze bardziej wyznaczająca nowe kierunki. W klasycznym dziś już Pulp Fiction Vincent skarży się swojemu dealerowi, że koś mu porysował karoserię jego pięknego, wypasionego samochodu, i mówi mniej więcej tak: „Takich to ja bym, kurwa, zabijał. Żadnych sądów, kurwa. Normalna egzekucja”.
Więc to jest też przyszłość. Kiedy już z murów zniknie ostatni napis CHWDP, a cała władza przejdzie w ręce tak zwanych samorządów, obudzimy się. Z oczami szeroko zamkniętymi.