Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Forum Obywatelskiego Rozwoju. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Forum Obywatelskiego Rozwoju. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lutego 2021

Czy Zenek Martyniuk okaże się polskim Tomem Jonesem?

         Wspominany tu niejednokrotnie Bob Greene opisał swego czasu historię pewnej starszej pani nazwiskiem Charlotte Hybl z Illinois, której numer telefonu nieszczęśliwie był identyczny z numerem agencji świadczącej tak zwany „seks przez telefon”, z tą różnicą, że owa agencja miała siedzibę w Kalifornii  i od pierwszego dnia, gdy rozpoczęła swoją działalność, na numer pani Hybl, głównie porach nocnych, zaczęła wydzwaniać banda zboczeńców, dla których nie było żadnej różnicy między sekwencją „213” i „312”, gdy ich naczelnym pragnieniem było się – pardon me french – spuścić. Pani Hybl, chcąc się dowiedzieć kim jest agencja, która przyczyniła się do jej kłopotów, i podjąć odpowiednie kroki, przeprowadziła odpowiednie śledztwo, w wyniku którego dowiedziała się, że ów nieszczęsny numer telefonu jest zamieszczany w magazynie „Hustler”. Udała się więc do najbliższego kiosku, wzięła z półki egzemplarz pisma, otworzyła, ale, jak pisze Greene, natychmiast musiała go zamknąć, ponieważ nie była w stanie znieść tego, co tam zobaczyła.

       Co było dalej, jest oczywiście szalenie ciekawe, ale ponieważ dla tematu dzisiejszej notki nie ma najmniejszego znaczenia, powiem tylko , że kiedy wczoraj chciałem włączyć sobie mecz Igi Świątek, z nieznanego mi powodu przed moimi oczyma pojawił się aktualnie nadawany program telewizji TVN24, a ja po zaledwie minucie wsłuchiwania się w to co mnie z tamtej strony zaatakowało, musiałem, podobnie jak pani Hybl przed laty, natychmiast przełączyć ów kanał na teraz już nie pamiętam co, ale daję słowo, że to mógł być nawet któryś z oferowanych przez NC+ kanałów pornograficznych. A teraz mogę jedynie zapewnić wszystkich, że nawet wtedy gorzej by nie było.

         Czemu w ów dziwny sposób zaczynam dzisiejszy felieton? Rzecz mianowicie w tym, że to co ujrzałem i usłyszałem, gdy na moim ekranie pojawiła się telewizja TVN24, w jednej chwili kazało mi się zadumać nad tym, co nam dziś daje publiczna telewizja oraz prezes Kurski osobiście, a już w następnej chwili uznać za stosowne, by powrócić do spraw poruszonych w notce wczorajszej i problem tam ledwie skromnie zaznaczony, nieco poszerzyć. A sprawa, co powinniśmy w tym momencie przyjąć do wiadomości, jest nadzwyczaj poważna. Otóż chodzi o to, że w takim roku 2007, wspomniana telewizja publiczna, rządzona przez śp. Andrzeja Urbańskiego, człowieka jak najbardziej związanego z PiS-em oraz przede wszystkim z jeszcze żyjącym prezydentem Kaczyńskim, nie miała żadnej praktycznej możliwości by nie wziąć udziału w akcji „Schowaj babci dowód”, która w ciągu zaledwie kilku tygodni doprowadziła do upadku rządu Prawa i Sprawiedliwości. Dziś, jak czytam tu i ówdzie, owa czarna akcja była indywidualną inicjatywą pewnego skromnego człowieka, który tak naprawdę miał na sercu wyłącznie zachęcenie nas wszystkich do tego byśmy porozmawiali z naszymi babciami, opowiedzieli im kto jest kim na politycznej scenie i namówił je do udziału w wyborach, i w związku z tym rozesłał on drogą esemesową owo hasło, powodując, że ono stało się bardzo popularne i doprowadziło do społecznego przebudzenia i odsunięcia PiS-u od władzy. Rzecz jednak ma się zupełnie inaczej, a ja, jeśli twierdzę, że to wiem, to dlatego, że byłem wówczas na miejscu i doskonale pamiętam co się wówczas działo.

      Otóż w momencie gdy Jarosław Kaczyński złożył dymisję swojego rządu, a prezydent rozpisał przyspieszone wybory, pozycja Prawa i Sprawiedliwości jako zwycięzcy była niekwestionowana. Wedle wszystkich sondaży, Platforma Obywatelska nie miała najmniejszych szans, by przejąć władzę, no i w tym momencie do akcji wkroczył Leszek Balcerowicz z projektem Forum Obywatelskiego Rozwoju – jak dziś już wiemy, o oryginalnej nazwie Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau – i w ciągu wspomnianych paru tygodni uruchomił ruch, który w sposób absolutnie bezprecedensowy zmienił kształt polskiej sceny politycznej. Na czym owa akcja polegała? Otóż plan był taki, by w obliczu nadchodzącej nieuchronnie kompromitującej porażki Platformy Obywatelskiej, niemal rzutem na taśmę, zachęcić do udziału w wyborach ludzi młodych, polityką kompletnie niezainteresowanych, nie mających pojęcia kto jest kim, ale za to lubiących Internet i dobrą zabawę, i namówić ich do głosowania przeciwko PiS-owi.

       Dziś czytam tu i ówdzie, że ani Leszek Balcerowicz, ani jego Forum, ani tym bardziej ogólnopolskie media, w tym publiczna telewizja, nie miały z tym nic wspólnego, ale ja doskonale pamiętam – bo byłem tam i wszystko z dużą uwagą obserwowałem – jak w październiku roku 2007 ruszyła akcja „Zmień kraj – idź na wybory” i przez kolejne tygodnie, gdy chodzi o tak zwaną kampanię wyborczą, nie istniało nic innego. Owa akcja – zachowując wszelkie pozory wyłącznie profrekwencyjnej – zdominowała cała przestrzeń publiczną, włącznie z Internetem oraz jak najbardziej wszelkimi innymi mediami, do tego stopnia, że nawet w czasie ciszy wyborczej każdy zainteresowany mógł usłyszeć wezwanie „Schowaj babci dowód”.

       Jak mówię, dziś prawie nikt już tego nie pamięta, ale ja mam wciąż mam przed oczyma choćby ową internetową stronę koalicja21pazdziernika.pl – po której dziś już wyłącznie pozostał link do firmy, którą ja wyprodukowała, o nazwie pzl.pl – która wedle wszelkich znanych nam estetycznych wzorów dostarczanych przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przy wsparciu wszelkich możliwych organizacji, w tym jak najbardziej Forum Obywatelskiego Rozwoju, prowadziła nie tylko akcję „Zmień kraj, idź na wybory”, „Parlament – zrób to sam”, ale jak najbardziej również „Schowaj babci dowód”. Gdy chodzi o Internet, wówczas nie było nic innego. Owa strona – ta pstrokacizna, te kolory, ta zabawa, te jaja wreszcie – to był hit, którego nie było w stanie przebić nic.

         Córka moja, wówczas jeszcze studentka, powiedziała mi, że jej koleżanki i koledzy nie mówią o niczym innych jak o wyborach, a ich zainteresowanie ogranicza się jedynie do dwóch kwestii: trzeba iść na wybory i trzeba głosować na wszystkich tylko nie na PiS, bo to są jacyś komuniści, ewentualnie faszyści, albo po prostu banda wariatów. No i w końcu doszło do owych wyborów, w których, jak się następnie dowiedzieliśmy z tych czy innych sondaży, wzięło udział o trzy czy cztery miliony więcej osób poniżej trzydziestego roku życia niż zwykle, i Prawo i Sprawiedliwość sromotnie owo starcie przegrało.

         W tym momencie proponuję, już na zakończenie, wrócić do kwestii owego hasła „Schowaj babci dowód”. Dziś słyszę, że z tym nic do czynienia nie miał ani Leszek Balcerowicz, ani ogólnopolskie media, w tym publiczna telewizja, ale był to zaledwie projekt jednego skromnego internauty, który je wymyślił i uruchomił całą akcję. Otóż, przepraszam bardzo ale trzeba być kompletnym idiotą, by uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją. Owo hasło dziś pozostaje praktycznie jedynym wspomnieniem po tamtym przekręcie. Dziś nikt z nas nie pamięta ani hasła „Zmień kraj idź na wybory”, ani „Parlament – zrób to sam”, ani nawet owej nazwy „Koalicja 21 października”, natomiast chowanie dowodu osobistego babci jak najbardziej. I czy naprawdę jest tu jeszcze ktoś, kto uwierzy, że za tym stał jakiś jeden biedaczek, który tylko chciał sobie zażartować?

       Telewizja. Staram się dziś znaleźć jakieś ślady owej akcji sprzed lat i przyznaję, że jest ciężko. Wszystko na co udało mi się trafić, już jakoś tam przedstawiłem, natomiast faktycznie pozostaje telewizja – telewzja państwowa jak najbardziej. Otóż, jak dziś czytam tam gdzie jeszcze cokolwiek przeczytać można, pojawiła się wówczas kwestia ukarania owej telewizji za to, że do samego końca kampanii, a nawet o dwa dni dłużej, zachęcała ona nie tyle do samego uczestnictwa wyborach, ale do odsunięcia od władzy Prawa i Sprawiedliwości. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, wszyscy zainteresowani poza nie liczącym sie już PiS-em ogłosili, że żadnych zakłóceń nie było i na kolejne osiem lat Polska wpadła w łapy mafii.

         Telewzja. Oglądałem wczoraj Wiadomości TVP i przyznaję, że gdy idzie o propagandę, było to już mistrzostwo świata. Szczególnie podobał mi się fragment gdy wyszydzono jakąś bidulę z TVN24, która swego czasu informowała widzów, że piłkarz Ronaldo strzelił dwa gole i w ten sposób jako jedyny piłkarz w historii zdobył dwa „tak zwane hat-tricki”, zwłaszcza gdy ja wciąż pamiętam tekst z portalu wpolityce.pl braci Karnowskich, gdzie wciąż jak najbardziej aktywny dziennikarz portalu, Aleksander Majewski podał co następuje:

Znany portorykański śpiewak, gitarzysta i kompozytor, Jose Feliciano nie żyje. Jak poinformowała policja i lokalne media, w czwartek w wypadku samochodowym . Muzyk miał 78 lat. Pozostawił żonę i czterech synów. Według informacji podanych przez policję i prasę do wypadku doszło przed świtem w czwartek. Samochód, którym Feliciano jechał sam, uderzył w słup wysokiego napięcia. Jose Feliciano urodził się w 1945 roku. Ociemniały od urodzenia, już od najmłodszych lat grał i śpiewał w klubach Harlemu i Greenwich Village. Jego właściwa kariera rozpoczęła się występem na Newport Folk Festival w 1964 r. Tam został po raz pierwszy zauważony przez szeroką publiczność, krytyków i wydawnictwa płytowe. Jego bogaty repertuar tworzyły piosenki…”.

         A zatem, jak widzimy, tak zwane zidiocenie rozkłada się zasadniczo równo. Ja jednak chciałbym dziś zadeklarować, że w obliczu tego z czym mamy do czynienia dziś, oraz w związku z zagrożeniami jakie przed nami, chciałbym oświadczyć, że w moim przekonaniu, jedyna nadzieja jaka obecnej chwili stoi przed Polską leży w publicznej telewizji. Jeśli ją stracimy, stracimy wszystko i nikt tego nie wie lepiej niż choćby Leszek Balcerowicz ze swoim FOR-em. Przyszedł czas gdy media są wszystkim, a poza nimi nie ma nic, o czym znakomicie świadczy choćby fakt dożywotniego zakazu zamieszczania przez Donalda Trumpa jakichkolwiek komentarzy na Twitterze. Powiem zupełnie szczerze, że dziś jestem w takim nastroju, że gotów jestem uznać, że TVP to dziś jest już ów Ostatni Kowboj. Z Kirkiem Douglasem jak najbardziej.

         A ja sobie już na sam koniec przypominam przepiękny film „Marsjanie atakują”, gdzie na sam koniec okazuje się że ostatnią bronią ludzkości przed ową dziczą jest Tom Jones i jego piosenki. My wprawdzie Toma Jonesa nie mamy i mieć nie będziemy, ale mam nadzieję, że Zenek na to akurat wyzwanie nam wystarczy. Bo jeśli nie, to jesteśmy w czarnej dupie.



 

 


piątek, 12 lutego 2021

O Latającym Cyrku Borysa Budki

 

Rzecz zupełnie niezwykła, ale nie minął tydzień, jak napisałem swój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”, który dziś akurat trafił do kiosków, a na Facebooku powstał drobny spór co do autorstwa owego niesławnego hasła „Schowaj babci dowód”, które, jak się okazuje, należy do jakiegoś przypadkowego przygłupa, a z którym Platforma Obywatelska, a tym bardziej Leszek Balcerowicz ze swoim FOR-em, nie mają nic wspólnego. Jak słyszę, wybory w roku 2007 Prawo i Sprawiedliwość niemal rzutem na taśmę przegrało, nie przez międzynarodową akcję, prowadzącą do tego, by do lokali wyborczych ściągnąć z najzwyklejszej łapanki  jakieś cztery miliony dzieciarni, ale dzięki dowcipnemu żarcikowi nikomu nie znanego internauty. Ponieważ ja jednak byłem na miejscu, ową akcję przeżyłem bardzo osobiście i pamiętam ją nadzwyczaj dobrze, bardzo chętnie przedstawiam wspomniany felieton i tutaj – z tą samą radosną nadzieją, że dziś to coś jest nie do powtórzenia. I Bogu dzięki.

 

 

        Szczerze powiedziawszy, pomijając informacje wskazujące na to, że wedle wszelkiej dostępnej wiedzy, kolejne wybory parlamentarne, jakie powinniśmy nam się wydarzyć za niespełna trzy lata, ponownie wygra Prawo i Sprawiedliwość i nie ma takiej siły, który by była w stanie to zmienić, niezbyt uważnie obserwuję to co się dzieje na naszej politycznej scenie. W związku z tym, kiedy się dowiedziałem, że Platforma Obywatelska przygotowuje tak zwane „wejście smoka” w postaci czy to ogólnopolskiej konwencji, czy może zaledwie relacjonowanego przez telewizję TVN24 wystąpienia Borysa Budki, które najpewniej zmieni układ naszej politycznej sceny, wzruszyłem na tę wiadomość ramionami i skupiłem się na informacjach związanych z „bestią ze wschodu”, czyli zapowiedzią zimy zimą.

     Tymczasem, jak się dowiaduję, ów „smok” faktycznie się pojawił i to w dodatku z dwiema głowami: głową Borysa Budki i głową Rafała Trzaskowskiego. Stanęli mianowicie obaj panowie na prowizorycznie skonstruowanej scenie i wygłosili na zmianę, każdy po jednym przemówieniu, transmitowaną przez wspomnianą telewizję informację na temat swoich planów na najbliższe kilka lat i w tym samym momencie wokół rozległ się szyderczy śmiech, który nie chce zamilknąć nawet teraz, kiedy piszę ten tekst.

         A ja się zastanawiam, jak to się dzieje, że od tylu lat, ludzie, jak by nie było profesjonalnie zajmujący się polityką i to na poziomie absolutnie najwyższym, walcząc – nie ukrywajmy przecież tego – o przeżycie, nie są w stanie wymyślić nic ponad coś aż tak nędznego. I nie chodzi mi tylko o to, co na temat owego wystąpienia sądzę ja, czy inni komentatorzy reprezentujący w ten czy inny sposób, nawet jeśli nie rządzące Prawo i Sprawiedliwość, to zwykłe prawo i jak najbardziej zwykłą sprawiedliwość, ale w ogóle cała praktycznie opinia publiczna. Patrzę na telewizyjne migawki z owej niezwykłej wprost prezentacji i przypominam sobie rok 2007, kiedy to zbliżały się przyspieszone wybory parlamentarne i walcząca o władzę Platforma Obywatelska wyprodukowała klip, gdzie na mniej więcej takiej samej jak dzisiejsza scenie, dwóch z jej pierwszoplanowych polityków, Aleksander Grad i  Cezary Grabarczyk, z kamiennymi minami przewrócili jeden stolik i dwa krzesła, zachęcając w ten sposób wyborców, by nie głosowali na PiS.  Jak wiemy, w tej sytuacji, prawdopodobnie w reakcji na dramatycznie spadające wyniki sondaży, prowadzenie kampanii wyborczej Platformy przejęło niemieckie Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau, zarejestrowane w Polsce przez Leszka Balcerowicza pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju, i startując z akcją „Schowaj babci dowód” w ciągu zaledwie kilku tygodni skutecznie doprowadziło do porażki Prawa i Sprawiedliwości i przejęcia na długie osiem lat władzy przez Donalda Tuska i tak zwany „Układ Trójmiejski”.

        Patrzę dziś na Borysa Budkę i Rafała Trzaskowskiego, jak ci, bez choćby nawet i tych głupich krzeseł, próbują powtórzyć tamten manewr i myślę sobie, że tu akurat stary Marx miał rację. Historia wraca w formie parodii.    



 

     

czwartek, 21 sierpnia 2014

Oddają babci dowód: wszystkie ręce na pokład!

Naprawdę nie trzeba ani specjalnie uważnie obserwować naszej sceny politycznej, ani tym bardziej być tu jakimś szczególnym ekspertem, by wiedzieć, że najpewniej dzisiejszy rok jest ostatnim, kiedy, nie tylko Platforma Obywatelska, ale też przy okazji jej szef, Donald Tusk, odgrywają w tej przestrzeni jakąkolwiek rolę. Czas rządów tych niesłychanych wręcz szkodników – a używając określenia „szkodników”, i tak staram się być bardzo grzeczny i umiarkowany – dobiega końca, a ja sobie myślę, że byłoby bardzo źle, gdyby komukolwiek z nas przyszło do głowy uważać, że to się dzieje dzięki wspólnemu narodowemu wysiłkowi, lub co gorsza, dzięki wyjątkowo skutecznej pracy polityków, członków i przyjaciół Prawa i Sprawiedliwości.
W czym rzecz? Otóż wczoraj rozmawiałem ze znajomym, który jest bardzo dobrze ulokowanym w tak zwanych „źródłach dobrze poinformowanych” i który powiedział mi, że wedle powszechnie przyjętej opinii, podwójne zwycięstwo PiS-u i Lecha Kaczyńskiego w roku 2005 było prawdopodobnie w znacznej mierze zasługą największego i najbardziej od lat wpływowego dziennika „Fakt” i osobiście jego naczelnego redaktora Grzegorza Jankowskiego. Dzięki temu, że niemiecki Axel Springer uczynił redaktorem naczelnym największego polskiego dziennika, a następnie przez wiele lat utrzymał na tej pozycji, człowieka otwarcie deklarującego się, jako polski patriota i człowiek tak zwanej „prawicy niepodległościowej” i dzięki temu, że ów „patriota” cały swój redaktorski wysiłek włożył w to, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało tamte wybory, udało się nam zdobyć te co najmniej kilkaset tysięcy dodatkowych głosów, i zwyciężyć.
Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie chcę tu pisać o Jankowskim, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ci, co go znają osobiście, lub tylko o nim słyszeli od osób lepiej zorientowanych, to co mają wiedzieć, i tak wiedzą, tyle że to akurat nie ma tutaj dla nas żadnego znaczenia. Ja bowiem nie chcę pisać o Jankowskim, ale o tym, w jaki sposób kreuje się społeczne emocje i jak ów proceder potrafi wpływać na losy nie tylko pojedynczych ludzi, ale całych społeczeństw. Jak mówię, wedle opinii osób poinformowanych, zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005 było w pewnym bardzo istotnym stopniu było zasługą polityki niemieckiej grupy Axel Springer. Co to dla nas znaczy? Nie wiem, ale i to dziś nie jest prawdziwym problemem.
Pamiętam tamten czas, bo bardzo wówczas kibicowałem zarówno Prawu i Sprawiedliwości, jak i samemu Lechowi Kaczyńskiemu, ale też – dokładnie z tych samych przyczyn – pamiętam jesień roku 2007, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory, a Polska na tak wiele lat trafiła w łapy owego gangu, któremu na imię Platforma Obywatelska. Pamiętam tamte dni i pamiętam, jak jeszcze może trzy tygodnie przed wyborami dla każdego w miarę zorientowanego w sytuacji obserwatora sceny politycznej było czymś absolutnie oczywistym, że Platforma Obywatelska tych wyborów nie wygra. Dziś oczywiście, czy to skutkiem naturalnego wypierania z pamięci faktów dla nas niewygodnych, czy przez równie naturalny upływ czasu, już nie pamiętamy tamtej sytuacji, ale było tak, że niemal do ostatnich dni przed wyborami, zarówno sondaże, jak i osoby je komentujące, wskazywały, że czy to przez bardzo złą kampanię Platformy, czy przez jakieś tam jednak przywiązanie wyborców do obecnej władzy, Platforma tych wyborów nie wygra.
A jednak wygrała. Jak to się stało? Czy może Axel Springer zmienił redakcję „Faktu”? A może sam redaktor Jankowski uznał, że ta Polska jest jednak do niczego i nie warto w nią dłużej inwestować? Nic podobnego. Rzecz w tym, że pojawiła się osobna siła, która nadzwyczaj agresywnie i skutecznie zdominowała polski rynek opinii, przysparzając, wedle bardzo skromnych szacunków, Platformie Obywatelskiej jakieś 3 milionów dodatkowych głosów, głównie młodych, dotychczas kompletnie niezainteresowanych polityką, ludzi, bez których Donald Tusk ze swoją ferajną byliby nikim. Co to takiego? Już wyjaśniam.
Oto krótko po tamtych wyborach, Jacek Żakowski, reżimowy dziennikarz i komentator, przedstawił tekst, w którym napisał następujące słowa:
Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.
W ten sposób ów tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy”. To jedno zdanie bowiem ukazuje cały początek owego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym właśnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym właśnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część, którą i ja tworzę – jest w Polsce odsunięta poza nawias tego właśnie społeczeństwa i tego narodu.
Myślę, że każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie coś innego. Natomiast ja mam w głowie, i to szczególnie dzisiaj, dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007. Oto przed kilku już laty zwróciłem uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie „Fundacja Karola Adenauera”. Pewien ze znanych w Sieci komentatorów napisał tak:
Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKA http://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.html daremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl. Kliknąłem z ciekawości – i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.pl podaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że 'jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz'. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięciosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta”.
Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można na przykład wejść na stronę owego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idź na wybory”, czy „Schowaj babci dowód”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko, co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
Ja na przykład na stronę FOR zajrzałem, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie państwa, ale tego, co na tym państwie pasożytuje i, co to państwo doprowadza do kompletnej ruiny. I znów czytam tamten tekst Jacka Żakowskiego, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to, co nam zgotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. Z reprezentowanego przez Żakowskiego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w tej rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to, co nam się daje, albo zniknąć.
Tego jednak nie zrobimy. Ani jednego, ani drugiego. Natomiast powinniśmy, jak zawsze zresztą, uczyć się na doświadczeniach. A doświadczenia są takie, że istnieją bardzo potężne siły, które gdzieś obok nas rozgrywają swoje interesy, a my z ich perspektywy mamy być tu albo zaledwie statystami, albo, w najlepszym wypadku, robotnikami na tej czarnej plantacji. Jak ta nasza wiedza i nasza roztropność ma się realizować w praktyce? Moim zdaniem wystarczy, że będziemy mieli oko na takiego Leszka Balcerwicza, a więc oryginalnie drobnego komunistycznego uniwersyteckiego pachołka, potem wiceministra w postkomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego, potem jakiegoś niedomytego pracownika naukowego na SGH, w następnej kolejności grabarza zdychającego postPRL-u w postaci Unii Wolności, a dziś, od kilku już lat autentycznego „kingmakera”, o wciąż nie do końca rozpoznanej proweniencji. Popatrzmy na Leszka Balcerowicza dziś, a więc człowieka, który w roku 2007 doprowadził do zwycięstwa Donalda Tuska i jego czarny gang, a dziś, bardzo dyskretnie, niemniej jak najbardziej stanowczo i bezlitośnie, ów projekt ostatecznie grzebie. I pamiętajmy: Leszek Balcerowicz to nie jest byle kto. Leszek Balcerowicz to ktoś, kogo nam przysłała tamta strona i to przysłała nam nie bez przyczyny. Leszek Balcerowicz wreszcie to nie mąż właścicielki prywatnej firmy o nazwie Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, a przynajmniej nie przede wszystkim. To głównie, a z naszego punktu widzenia, wyłącznie, emisariusz sił, które nas prowadzą do zwycięstwa. Jeśli chcemy, by to zwycięstwo było jednak nasze, dbajmy o to, by o tym ani na moment nie zapomnieć.

Powyższy tekst ukaże się wprawdzie dopiero jutro w wydawanym przez Piotra Bachurskiego tygodniku "Polska Niepodległa", oraz w Salonie24, ale specjalnie dla przyjaciół tego bloga wklejam go już dziś. Powiem szczerze, że mam w tym swój interes. Otóż tak się jakoś stało, że na mój wczorajszy "urodzinowy" apel o wsparcie reakcja okazałe się dosłownie zerowa. Pomyślałem więc, że jeśli spróbuję się Wam trochę podlizać, może coś z tego wyjdzie. No ale zobaczymy. Bardzo w każdym razie proszę!

sobota, 18 sierpnia 2012

O pewnym czarnym Forum i jego honorowych gościach

Im dłużej obserwuję wszystko to co się dzieje wokół afery Amber Gold, tym większe mam przekonanie, że opinia publiczna pozostaje pod niezwykle istotnym wpływem grupy, dla których właściciel tego przedsięwzięcia, a więc niejaki Marcin Plichta, jest postacią wręcz świętą. Czemu oni tak bardzo hołubią ewidentnego oszusta, kogoś w kto w normalnie działającym politycznym i prawnym systemie już dziś odbywałby długoletni wyrok więzienia? Otóż moim zdaniem owo zauroczenie związane jest z czymś co ja osobiście nazywam liberalną zarazą, a dla nich stanowi normalny porządek tego świata.
Co mam na myśli, kiedy piszę o hołubieniu kłamcy i oszusta? O co mi chodzi, kiedy wspominam o traktowaniu przez niektórych afery Amber Gold jako idealnej okazji, by rozreklamować filozofię, którą możnaby określić zawołaniem „Nikt nikomu nie kazał”? Otóż rzecz w tym, że jeśli pominąć typowe przepychanki miedzy zwolennikami obecnej władzy, a jej przeciwnikami, na placu boju pozostaje praktycznie tylko jedna ściśle ideologicznie motywowana grupa. Mam na myśli tak zwanych właśnie liberałów, czy bardziej precyzyjnie – neoliberałów. Oczywiście, to tu to tam pojawi się ktoś, kto wspomni coś o obowiązku solidarności, o potrzebie współczucia, o ludziach słabych i bezradnych, jednak każdy tego typu głos natychmiast ginie zawstydzony w zgiełku wspomnianego wyżej hasła.
Stan obywatelskiej świadomości, o którym piszę uważam za przekleństwo naszych czasów. Bo z czym tak naprawdę mamy do czynienia? Z jednej oto strony stoją ludzie, którzy zwyczajnie nie wytrzymali i znaleźli się na progu fizycznego unicestwienia – to tu znajdziemy też znaczną część klientów Marcina Plichty – a z drugiej, wszystkich tych, którzy mimo że, tworząc ten nasz świat, mieli zwykły, ludzki obowiązek zadbać nie tylko o swój indywidualny los, ale również o to, by nikt w tym systemie nie został pokrzywdzony, ten swój obowiązek przez czysty egoizm zlekceważyli, a teraz wzruszają ramionami i mówią: „Nikt nikomu nie kazał”.
Nie sposób aż uwierzyć, że w cywilizacji, gdzie wydaje się rzeczą naturalną pomóc wstać komuś, kto upadł, zachowało się tak dużo przedstawicieli tego szczególnego gatunku, który wierzy, że ludzie się przewracają w sposób całkowicie naturalny i trudno się nimi wszystkimi zajmować. Zwłaszcza że przecież, jeśli takiemu ciamajdzie pomożemy raz czy drugi, on w końcu zacznie się specjalnie wywalać, wiedząc, że zawsze jakoś to będzie.
No własnie. To jest ów argument ostateczny. Życie jest ciężkie, każdy stara się jak może, a w związku z tym wiadomo, że na każdym kroku czyhają pułapki – trzeba uważać. Parę dni temu wystąpił w telewizji Leszek Balcerowicz – skądinąd popularnie znany jako główny twórca projektu o nazwie Forum Obywatelskiego Rozwoju, który jesienią 2007 roku umożliwił bezkarne funkcjonowanie oszustów takich jak Marcin Plichta – i oświadczył, że nie może być tak, by państwo w stosunku osób oszukanych przez Plichtę czuło jakikolwiek obowiązek. Dlaczego? Otóż dlatego, że jeśli ludzie nauczą się takiej nieodpowiedzialności, to będą na lewo i prawo ulegać najróżniejszym oszustom, a potem zwracać się do państwa o rekompensatę. A państwo, jak wiemy, ma psi obowiązek się samoograniczać. Dla dobra wspólnego. No powiedzmy… częściowo wspólnego.
Proszę zobaczyć, co tak naprawdę nam mówi Leszek Balcerowicz – należy to powtórzyć raz jeszcze – ojciec chrzestny obecnego systemu. Państwo nie ma absolutnie żadnych obowiązków poza tym jednym, by dbać o jak najlepsze możliwości działania dla tak zwanego wolnego rynku. Nawet jeżeli na to być wolny rynek, na którym najlepiej będą sobie radzić oszuści tacy jak Plichta. A jeśli zorganizuje się system w taki sposób, że każdy kto slaby i głupi będzie regularnie wykorzystywany przez mądrych i silnych, w końcu zdecydowana większość tych bałwanów tak zostanie wyćwiczona, że każdy sobie jakoś lepiej lub gorzej będzie umiał radzić. No a jeśli nadal gdzieś po kątach będą się kręcić jakieś niedorajdy, no to już trudno. Niech zdychają.
I to jest tak naprawdę zasługa Marcina Plichty, nie do przecenienia dla skutecznej edukacji społeczeństwa. Weźmy samego Leszka Balcerowicza. On nie lokował swoich oszczędności u Plichty. Dlaczego? Bo jest przezorny i zabezpieczony. On wie, że na takich Plichtów trzeba uważać. A czemu więc, jako człowiek o jednak znaczącym przecież publicznym autorytecie, pomysłodawca słynnego licznika odmierzającego wysokość długu publicznego, który nam załatwił sam minister Rostowski, nie wystąpił gdzie trzeba i nie ostrzegł tych mniej od siebie sprytnych? No a jakże tak? A niby dlaczego miał to robić? Ludzie sami mają wiedzieć. Raz się ich ostrzeże, następnym razem bez odpowiedniego przewodnika, jeden z drugim kroku nie zrobi. Co tam kroku? Palcem w bucie nie kiwnie. Bo to, panie, wszystko homo sovieticus! No a poza tym, co jest nie tak z samym Plichtą? Proszę popatrzeć. Państwo nawet nie musiało uruchamiać zwyczajowych procedur, żeby on się wyłożył. Sam rynek go zniszczył. Czyż to nie jest piękne?
A więc tak to działa. To jest w tej chwili, jak się wydaje, główny nurt polskiej mysli politycznej. Ów szczególny neo-liberalizm w moskiewskim wydaniu. Określony ostatecznie tą jedną, kompletnie obłąkaną myślą: „Nikt nikomu nie kazał”. A ja w tej sytuacji mam dla nich wszystkich na koniec jedno tylko życzenie. Tylko to jedno. Niech zdechną w nędzy. A zdychając, zdążą jeszcze tylko na koniec sobie pomyśleć, że coś, cholera, w pewnym momencie musieli zawalić.

Ponieważ ja już mam to wszystko za sobą, pozostaje mi tylko zwrócić się – już po raz kolejny – o wsparcie dla tego naszego bloga. Jeśli tylko macie z niego jakąś satysfakcję i sami jeszcze zipiecie, będę wdzięczny za każdy gest. No i zapraszam jutro na Krakowskie Przedmieście pod Namiot Solidarnych o 16.00. Będę tam z Coryllusem i będziemy wspólnie zadawać szyku.


sobota, 11 kwietnia 2009

Coming-out, czyli o tych, co wychodzą

Piszę w Salonie od ponad roku, udało mi się tu zamieścić już ponad 300 tekstów i – wbrew argumentom niektórych z moich przyjaciół – bardzo sobie to miejsce chwalę. Przyznaję, mogę być w tym momencie mało obiektywny. Moja pozycja w Salonie jest bardzo komfortowa. Teksty, które piszę są bardzo szeroko czytane, niemal każdy z nich jest uprzejmie przez Administrację umieszczany wysoko na głównej stronie, a co najważniejsze, dla wielu osób moje refleksje stanowią bardzo wyraźne źródło satysfakcji. Cóż można chcieć więcej?
Oczywiście, przez to, że moje poglądy są bardzo wyraźne, a temperament niekiedy zbyt bezpośredni, oprócz całego szeregu przyjaciół, mam tu też sporą grupę przeciwników, czy wręcz wrogów. Ludzi których irytuję, którzy mnie nie znoszą, którzy wręcz uważają mnie za durnia i chama. Oczywiście, wolałbym żeby wszyscy mnie kochali, ale wiem też, że wszystko ma swoją cenę, a natura jest taka, że czym kto jest bardziej otwarty, tym bardziej naraża się na atak. I w sumie może to i lepiej. Każda burza zawsze przynosi czystsze powietrze i piękniejsze zapachy. Więc, myślę sobie, że niech o tak pozostanie. Walczymy o prawdę, prawo i sprawiedliwość i niech się ziemia trzęsie.
Jest też jednak tak, że wśród osób, które tu na moim blogu spotkałem w ciągu tych kilkunastu miesięcy pojawiły się też charaktery na tyle dla mnie egzotyczne, że mimo całej mojej otwartości i cierpliwości, nie umiałem ich konsekwentnie tolerować. Byli to ludzie, którzy oczywiście najczęściej mnie i moich poglądów nie znosili, ale przy tym odniosłem wrażenie, że ostatnia rzeczą, na jakiej im zależało była rozmowa. Oni nie pisali, żeby mnie o coś spytać, żeby czegoś się dowiedzieć, nie żeby mnie przekonać, nawet nie po to, żeby mi powiedziec, że ich zdaniem jestem idiotą i że mną gardzą. Nie mogłem nie odnieść wrażenia, że ich jedynym celem było odnalezienie u mnie takiego punktu, w który jeśli uda się im trafić, sprawią mi przykrość. Ich jedynym zamiarem było przeprowadzenie takiej akcji, żeby mnie wyprowadzić z równowagi. Jeśli więc ktoś się zorientował, że moje związki z moją rodziną są szczególnie silne, albo nieustannie pozdrawiał moją żonę, albo składał kondolencje moim dzieciom, albo walił w mój dom w dowolny inny sposób. W momencie jak napisałem najpierw bardzo emocjonalny tekst o Grzegorzu Przemyku, a później o Annie Walentynowicz, znaleźli się tacy, którzy sprytnie doszli do wniosku, że tu mogę mieć pewne kompleksy i zaczęli notorycznie szydzić z udręczenia Przemyka i z wykształcenia pani Walentynowicz. Kiedy wreszcie kto inny zauważył, że mam szczególne uczucia w kwestii mojej Ojczyzny, od tego momentu uznał, ze może być bardzo skuteczne używanie w komentarzach pod moimi tekstami określenia ‘polaczkowie’. I tak to sobie szło po obrzeżach mojego blogowania.
Kiedy zacząłem tu pisać, przez pierwsze miesiące trzymałem się twardo zasady, że rozmawiam ze wszystkimi, nikogo nie lekceważę, a tym bardziej nikogo stąd nie wyrzucam. Jak jest dzisiaj, kto tu bywa w miarę regularnie, wie. Wycinam wszystkich, którzy zachowują się podle, a przede wszystkim nieuczciwie. Wszystkich tych, którzy nie mając argumentów, albo nie potrafiąc ich skutecznie zaprezentować, uciekają się do najbardziej prymitywnej kpiny i szyderstwa, i też nawet nie po to, żeby zabłysnąć, ale wyłącznie w celu spuszczenia z siebie nadmiar najbardziej złych emocji. Więc ci już tylko mogą czytać co tu piszę, a jak chcą mi dokuczyć, to albo robią to u siebie, albo po różnych obcych blogach. Czasem tam zaglądam i na te szczególne typy trafiam.
Często się zastanawiałem, skąd się bierze ten właśnie typ? Co za człowiek, realny, żywy człowiek za tym czymś stoi? Jak powstaje ten rodzaj zła i zgłupienia? Czytałem te komentarze, niekiedy miałem okazję czytać dłuższe wpisy, i w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie większość z tych moich dziwnych znajomych, to zwykli wariaci. Tacy nocni szaleńcy, którzy nie mają nic innego jak tylko ten komputer i poczucie, że właśnie dzięki niemu istnieją w świecie rzeczywistym. Choćby tylko z tego względu, że jest to jedyne miejsce, gdzie ktokolwiek w ogóle ma ochotę z nimi rozmawiać. A że nie chcą pokazać, jacy są biedni i samotni, to robią się tak beznadziejnie agresywni. Ale też od razu przyszło mi do głowy, że własnie przez to, że Internet ma to do siebie, że jesteśmy tu wszyscy anonimowi, na dodatek nasze charaktery są wielokrotnie przetworzone przez tę niezwykła sieć, to tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, kim w rzeczywistości jesteśmy, ile w nas jest zła, ile dobra, ile prawdy, ile kłamstwa i na ile w ogóle ten obraz jest choć trochę autentyczny.
Jednak poza Internetem, jest też świat ludzi żywych, i tam, bez większych kłopotów, każdego dnia mogę znaleźć postaci, które – nawet jeśli tylko w wersji karykaturalnej – krążą to tu to tam w tym moim już dziś Salonie. Ile razy uda mi się – w tak zwanym realu – albo usłyszeć, albo przeczytać opinię, która mnie powali na oba kolana w ten właśnie, absolutnie niepowtarzalny sposób, w jaki mnie wyprowadzają z równowagi autorzy tych zupełnie najgorszych komentarzy, oprócz zwyczajowego osłupienia, czuję też pewną satysfakcję. Bo właśnie wtedy mam wrażenie, że oto nauczyłem się czegoś nowego. A jednocześnie coś bardzo starego się potwierdziło.
Wczoraj, Rzeczpospolita zdecydowała się opublikować wyznania Jacka Żakowskiego na temat Donalda Tuska, Platformy i wielkiego rozczarowania, jakie Żakowski czuje po niemal już półtorarocznych rządach tej szczególnej ekipy http://www.rp.pl/artykul/288563.html. Nie przeczytałem tekstu Żakowskiego z dwóch względów. Raz, ze wiedziałem mniej więcej na tyle na ile mi to było potrzebne, co on napisze. Po drugie, przeczytałem pierwszy akapit i – przynajmniej jeśli idzie o Żakowskiego – intensywność tego, co się tam znalazło wystarczyła mi na jakieś trzy lata. No i jeszcze jedno. W tych paru zdaniach, nagle ujrzałem wspólny podpis, wspólne logo tych wszystkich przedziwnych blogerów, którzy przewinęli się przez tę stroniczkę, by ostatecznie zniknąć gdzieś w sieci, jak najdalej ode mnie.
Żakowski zaczyna swój tekst tak:
„Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.”
W ten sposób ten tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy.” To jedno zdanie ukazuje cały początek tego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym własnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym własnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część którą i ja tworzę – jest przez pełen bardzo istotny fragment publicznej opinii w Polsce odsunięta poza nawias tego własnie społeczeństwa i tego Narodu. Myślę, ze każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie cos innego. W ostatnich jednak tygodniach zwróciłem uwagę na dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które najpierw doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007, a dziś do tego zdenerwowania, które demonstruje Jacek Żakowski w swoim tekście. I które – jedno i drugie – wyrzuca mnie i wielu podobnie myślących poza nawias tego co publiczne.
13 grudnia zeszłego roku, na swoim blogu, rewizor http://niepoprawni-pl.salon24.pl/106573.html zwrócił uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie Fundacja Karola Adenauera. Zaczął swój wpis w ten sposób:
Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKA http://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.html daremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl Kliknąłem z ciekawości - i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.pl podaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że „jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz”. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięciosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta".
Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można poczytać oryginalny wpis rewizora, można też wejść na stronę tego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idzie na wybory”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
Więc przeczytałem tekst rewizora, zajrzałem na stronę FOR, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie Państwa, ale tego, co na tym Państwie pasożytuje i, co to Państwo doprowadza do kompletnej ruiny. A dziś, czytam tekst Jacka Żakowskiego w Rzeczpospolitej, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to co nam przygotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. On właściwie równie dobrze mógł swoje żale sformułować następująco: „Jesteśmy rozżaleni i zawiedzeni. Pomogliśmy wam dokonać tego zamachu i przejąć władzę, a wy? Co daliście nam w zamian? Tylko wstyd i nieustanny lęk”. A też już wiem, ze to jest własnie źródło tego, z czym mammy do czynienia tu w Salonie. To właśnie stąd wzięli się ci wszyscy, którzy mnie i podobnych do mnie tak bardzo nienawidzą. Oni właśnie zostali stworzeni przez ten plan i to przekonanie, że tu w Polsce jest miejsce tylko dla niektórych, że cała reszta jest jak gdyby poza tym, co Żakowski nazywa „ogólnonarodowym wysiłkiem”. Z tego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to co nam się daje, albo zniknąć.
Ale jest też w tym wszystkim coś bardzo pocieszającego. Oto zaczął się ten szczególny coming- out. Po Żakowskim przyjdą następni. I będą mówić. I wreszcie dojdzie do tego, że ci wszyscy, którzy się dali tak fatalnie oszukać, zrozumieją. A wśród nich, również ci najbardziej obrzydliwie zmanipulowani publicyści z tego naszego wspólnego Salonu, o których wspomniałem na początku tego tekstu. Ci, którzy tyle serca wkładają w to, żeby bronić coś, czego się bronić nie da, żeby pluć na tych, na których pluć nie wypada, z których wielu, utraciwszy już wszelkie argumenty, wyłącznie potrafią nienawidzić. Oni już niedługo, wszyscy się otrząsną i zobaczą, co to się stało. Jak fatalny udział wzięli w czymś, co pod względem czystego zła jest zjawiskiem zupełnie wyjątkowym.
I to już będzie niedługo. Czego sobie i Wam wszystkim życzę przy okazji tych wielkich Świąt Zmartwychwstania Naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...