czwartek, 31 maja 2018

O kulturach takich i owakich


     Ponieważ Coryllus wczoraj zachwycił się najnowszym numerem tygodnika „Sieci”, w te pędy pobiegłem do pobliskiej Żabki i nabyłem jeden egzemplarz w celu przeprowadzenia odpowiednich badań. Wbrew jednak oczekiwaniom, które się już pewnie pojawiły, większej relacji nie będzie. Wszystko jest bowiem jak było, z tym może wyjątkiem, że dwa podstawowe wywiady, z tych, które obok tradycyjnych felietonów, tworzą cotygodniową ofertę tygodnika, stanowiąwyłącznie bezczelną  reklamę autorów i ich książek. Pierwszy z nich, to rozmowa z Bronisławem Wildsteinem na temat jego nowej książki zatytułowanej „O kulturze i rewolucji”, drugi natomiast to z pozoru portret rodzinny posła Jana Marii Jackowskiego, a tak naprawdę zachęta do nabywania jego – dziś już trzytomowego, jak się okazuje – dzieła pod tytułem „Bitwa o Polskę”.
     Poza tymi dwiema rozmowami, zwróciłem jeszcze uwagę na fantastycznie przenikliwą analizę Jana Marii Rokity, w której autor dowodzi, że „ani bitwa o premie, ani bitwa o pieniądze dla upośledzonych nie mogą się skończyć dobrze dla rządzącej ekipy ani jej szefa” (gramatyka oryginalna).
      A zatem jak dotychczas zero zdziwień. Jest natomiast coś, co mnie faktycznie zaskoczyło. Otóż jak pewnie niektórzy z nas zauważyli, w TVP Info zaczęto ostatnio pokazywać trzech „naszych” Murzynów, a to w tym jak rozumiem celu, by udowodnić światu, że nie dość, że kolorowi są w Polsce bardzo dobrze traktowani, nie dość, że są w Polsce szczęśliwi, to jeszcze wszyscy jak jeden mąż popierają Dobrą Zmianę. W związku z tym więc, kiedy po dłuższej przerwie otwierałem tygodnik „Sieci”, byłem niemal pewien, że przynajmniej jeden z nich został zatrudniony przez Karnowskich, jako kolejny stały felietonista, w dodatku jeden z tych z największym i najbardziej kolorowym zdjęciem. Tymczasem, nic z tego. Czyżby więc jeszcze nie czas, czy może zaprotestowały tak zwane „jastrzębie”? Zanim się dowiemy czegoś bliżej, proponuję innego Murzyna, prosto z dawnej stolicy, przedstawionego znakomitym piórem mistrza Wiecheckiego w kolejnym fragmencie jego pięknej powieści „Cafe Pod Minogą”.

Pani Serafina, krzątająca się za bufetem, spojrzala na drzwi i krzyknęła:
- Jezus, Maria, Murzyn idzie!
Pan Aniołek wstał od stolika i podbiegł do wejścia robic honory domu, wołając po drodze:
- Sabcia, załóż deski na wystawę, bo nam się cała Starówka tu zleci.
Weszło dwóch panów w bryczesach i skórzanych kurtkach. Jeden miał czarną twarz i łypał wesoło białkami oczu.
Przywitawszy gości, Pan Konstanty wyskoczył na ulicę pomóc pannie Sabci zamykać, a pan Konfiteor, wskazując Murzynowi stolik pod lustrem, zawołał  – Panie ‘dziewiątka hebanowa’, siadaj pan tu, zaraz resza towarzystwa nadleci.
Usadowiwszy egzotycznego gościa trumniarz usiłował zabawiać go rozmową.
- W nieutulonem żalu pozostaje się cała rodzina Aniołków, a także samo ja, sąsiad przez ścianę, żeśmy małpy nie mogli dla pana szanownego przygotowić, albo chociaż papugi po polsku z nadzieniem. Małpy nie można było dostać, papugie co prawda mamy w klatce na bufecie, ale w charakterze rozrywki umysłowej i twarda by była, bo sztuka jest wiekowa, jeszcze za ojca pana Aniołka jeden kataryniarz ją tu przepił. Z drugiej strony przykro nam jest, bo wiemy, że dzikie faceci inszy smak mają aniżeli naturalne.
Murzyn spoważniał, błysnął zębami i odpowiedział porywczo:
- Z kogo że pan tu humorsytyczną drakie odstawiasz, panie szanowny, jaki że ja dzik jestem, o wiele dwadzieścia pięc lat w Warszawie mieszkam. Małpy ani papugi cholery za żadne pieniądze do ust bym nie wziął, formalną zakąską tak jak i pan się posługuję.
- A w takim razie przepraszam i widzę, że z pana szanownego leguralny warszawiak, chociaż w kolorze żałobnem”.

Wprawdzie Wiecha nie mamy, ale są inne, niemal równie znakomite książki. Wystarczy wpisać adres www.basnjakniedzwiedz.pl i żyć nie umierać. Polecam.


środa, 30 maja 2018

Czytajcie Stefana, Dziewczęta!


      Wczoraj jedna ze znajomych pań na Facebuku, ogromnie przejęta celnością owych spostrzeżeń, zamieściła następujący fragment tekstu opublikowanego na portalu o nazwie forumemjot
     Tak jak Kaczyński nie ukradł żadnego księżyca, tak nigdy nie stworzył żadnego Porozumienia Centrum ani PIS. Cały byt polityczny obecnej Polski został skomponowany przez służby jak i agentury, a to podobnie do bytu innych ugrupowań: Unia Wolności, ZChN, kukizy, petru czy palikoty. Mechanizm jest prosty: W takie sztucznie stworzone monstra polityczne wsadza się później lub wcześniej fizyczne postacie, które mają się tam jakoś rządzić jako polityczni figuranci.
     Tak było faktycznie przez cały okres PRL i po Okrągłym Stole. Do Solidarności – sztucznie stworzonej z polecenia KGB – wsadzono Bolka Wałęsę, do Unii Wolności nieudacznika Mazowieckiego, do ZChN – po pertulbacjach – Chrzanowskiego, który był mętem żydowskim podającym się za endeka”.
      Ponieważ portale takie jak wspomniane forumemjot powstają ostatnio jak grzyby po przysłowiowym deszczu, próbowałem owej pani tłumaczyć, że nie ma takiej prowokacji, jak to co ona właśnie z takim zapałem linkuje, no i po dość długiej wymianie udało mi się przynajmniej uzyskać tyle, że znajoma moja przyznała, że ona tak naprawdę wcale nie jest w tak pesymistycznym nastroju, a zaledwie przedstawia tak zwane „worst scenario”.
      Faktem jednak pozostaje, że – wiem, że pisałem tu o tym już wcześniej – mamy naprawdę duży problem zarówno z owymi prowokatorami, ale co gorsza, z ludźmi, którzy czują się dopiero wtedy dobrze, gdy strach przed tym, co nam robią Żydzi, łapie ich za gardło tak, że tracą oddech.
      W tej sytuacji pomyślałem sobie, że naprawde nie byłoby źle, gdyby udało nam się choć na chwilę odkleić od tych czarnych i zdecydowanie podsycanych przez złych ludzi emocji. I stąd właśnie proponuję dziś mały fragment jednej z moich ukochanych jeszcze w pięknym peerelowskim dziciństwie książeczek. A co to za książeczka, niech pozostanie zagadką, zwłaszcza dla tych młodszych, a jednocześnie, jak się domyślam najbardziej politycznie rozedrganych, czytelników.

      Lekko fiołkowy koniec nosa świadczył o żywym interesowaniu się swego właściciela produkcją wszelkiego typu zakładów rektyfikacyjnych.
      Gościnny był pan Konstatnty również bardzo. Kiedyś, korzystając z nieobecności żony, która wybrała się do Gdyni na Święto Morza, sympatyczny restaurator, wypiwszy jako środek zapobiegawczy przeciwko tęsknocie litr czystej wyborowej, wprowadził w barze ciekawą innowację w postaci bezpłatnej konsumpcji dla wszystkich chętnych.
      Cafe ‘Pod minogą’ przeżyła wówczas okres najwspanialszego swego rozkwitu. Dzień i noc wszystkie stoliki były zajęte, Za oblężonym bufetem królował rozpromieniony pan Aniołek, rozdając na wszystkie strony potrawy i napoje.
      Niestety okres ten trwał bardzo krótko. Gdy po trzech dniach pani Stefania wróciła do baru, nie zastała ani jednej pełnej butelki, ani cienia zakąski.
      Na środku sklepu w srebrzystej trumnie, obstawiony u wezgłowia zdjętymi z bufetu sztucznymi palmami, spoczywał jej małżonek. Obok w trumnie znacznie skromniejszej chrapał pan Celestyn Konfiteor, właściciel sąsiadującego z barem zakładu pogrzebowego.
      Jak się odbyyło przebudzenie, nie lubi pan Aniołek mówić, faktem jest, że od tej pory pani Serafina nigdzie już nigdy nie wyjeżdżała ku żalowi uczestnikow pamiętnego dnia Święta Morza ‘Pod minogą’.
      Pan Konstanty nie lubił mówić o owym przebudzeniu, tym niemniej wspomnienie tego święta hołubił w duszy jako jeden z najbardziej świetlanych obrazów przeszłości”.

wtorek, 29 maja 2018

Siedem kawałków na wesoły początek tygodnia


Myślę, że nie zaszkodzi jeśli dziś wrzucę tu moje krótkie kawałki, jakie od dłuższego już czasu publikuję w „Polsce Niepodległej”, z nadzieją, że dostarczę Czytelnikom odrobinę radości. A zatem, zapraszam.

Jak wiemy, przez część Warszawy przeszedł tak zwany Marsz Wolności i to wydarzenie dało okazję ludziom takim jak Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak, czy Andrzej Seweryn na wykaraskanie się ze swoich norek i zabranie głosu w publicznej debacie na tematy polityczne. Jak zawsze ostatnio, przez swój nadzwyczajny dar komiczny, największe wrażenie zrobił aktor Olbrychski, ogłaszając, co następuje:
To co funduje nam PiS, wygląda po prostu na PRL-bis. Bo po Gomułce i Gierku pojawił się nowy Pierwszy Sekretarz przodującej partii o zapędach jeszcze bardziej autorytarnych niż jego niedawni poprzednicy. Natomiast przejawia on niebywały talent w niesieniu po prostu i krzewieniu zła”.
Ja oczywiście mam świadomość, że sam tekst bez dźwięku, nawet uwzględniając to „niesienie po prostu”, to zaledwie cień oryginalnego wrażenia, ale dla wszystkich nieusatysfakcjonowanych mam wiadomość naprawdę przednią. Otóż telewizja TVN24, anonsując owo wystąpienie, przedstawiła naszą gwiazdę jako Rafała Olbrychskiego. Biorąc pod uwagę fakt, że, co by nie mówić, pan Daniel, to jednak historia polskiego kina, a jego syn, poza niedzielnym epizodem w roli piosenkarza, to głównie ktoś, kto ma sprawę za zaatakowanie pracownika wodociągów siekierą, pan tatuś musiał być naprawdę wzruszony. Nie ma bowiem nic piękniejszego, jak świadomość, że nasze dzieci osiągnęły większy komercyjny sukces od nas.

***

Swoją drogą, to bardzo ciekawe, jak Daniel Olbrychski, człowiek, który swoją wielką karierę artystyczną rozpoczął jeszcze za Gomułki, a największe sukcesy zarejestrował za Gierka, i z tego co pamiętamy, przez cały ten czas nawet jednym słowenm nie pisnął, że coś mu się w Polsce nie podoba, dziś nagle ogłasza, jakimi to podlecami musieli być jeden i drugi, że jeśli się dali wyprzedzić, to tylko komuś tak złemu jak Jarosław Kaczyński. Oczywiście to jest dziś absolutnie niemożliwe, ale dla samego śmiechu warto sobie pomyśleć, jaki to byłby figiel, gdyby minister Ziobro ogłosił, że od przyszłego roku, każdego 10 kwietnia, przez wszystkie miasta i wsie Polski będą przechodzić obowiązkowe pochody z niebieskimi flagami Prawa i Sprawiedliwości, a obecność każdego obywatela  będzie obowiązkowa, a my byśmy mogli sprawdzić, czy maestro Olbrychski byłby wówczas równie zdyscyplinowany, jak mu się to zdarzyło w złotych latach 70.

***

Jak mówię, to jest oczywiście czysta utopia, bo to i nie ta władza, nie to społeczeństwo, no i przede wszystkim nie te media. Wbrew temu co bredzą ci komedianci, wolność mamy niekiedy wręcz w dramatycznym przesycie, a najlepszy dowód na to przedstawił ostatnio internetowy portal o nazwie Wirtualna Polska. Otóż, jak wiemy, ostatnie dwie powszechnie znane osobistości, Zbigniew Boniek oraz Jarosław Kaczyński, trafili do szpitala z ortopedycznymi problemami wymagającymi operacji. O ile sprawa operacji kolana, jaka przeszedł Boniek, przez media przeleciała jak meteoryt i zniknęła w mrokach zapomnienia, kolano prezesa Kaczyńskiego jest eksplowatowane w sposób absolutnie kuriozalny, w dodatku przy wykorzystaniu zagrań typu „Prezes strasznie cierpi, otwieramy szampana”. I oto wspomniana Wirtualna Polska poinformowała, że oto dostęp do szpitala w którym przebywa Kaczyński został na pół godziny ograniczony ze względu na alarm bombowy i przy okazji przeprowadziła odpowiedni reportaż, w którym opisała wściekłość zgromadzonych przed szpitalem  ludzi, którzy przez jakiegoś kacyka z kolanem nie są w stanie odwiedzić swoich bliskich. A ja sobie myślę, że to jest naprawdę coś, co można nazwać „latającymi mediami”. Mieliśmy już i helikoptery i drony i dziennikarstwo śledcze, ale żeby wykonać taki numer, jak z tym alarmem bombowym, to jest już naprawdę wyższa szkoła jazdy.

***

Swoją drogą, czy w dowód uznania dla właścicieli Wirtualnej Polski za ich wkład w propagowanie słodkiej, niczym nie wzruszonej wolności, nie warto by było im udzielić jakiegoś szczególnego finansowego wsparcia? Oto, jak się dowiadujemy, w zeszłym roku całkowity przychód firmy wyniósł 301 849 380 zł, zadeklarowana strata natomiast osiągnęła pułap niemal 330 milionów złotych. Mówi się ostatnio bardzo dużo o tym, jak to zagraniczne sieci handlowe drenują nasz budżet z każdej możliwej złotówki, a rząd zastanawia się, jak tych cwaniaków zmusić do tego, by się jednak wzięli w garść i przestali udawać, jacy są strasznie biedni, a tymczasem okazuje się, że to wcale nie chodzi tylko o te hipermarkety. Oto patrzymy na to logo Wirtualnej Polski i nagle sobie uświadamiamy, że ona jest naprawdę wirtualna. I to jeszcze jak!

***

W tym momencie zupełnie nieoczekiwanie na scenę wchodzi świętej, jak głosi wieść, pamięci Jan Kulczyk, który przed wielu jeszcze laty zainicjował ostateczne przekazanie Telekomunikacji Polskiej we francuskie ręce, co spowodowało, że owa niemal podstawowa gałąź narodowego majątku uzyskała piękną nazwę Orange, i która to Orange nawet w pewnym momencie stała się właścicielem wspomnianej Wirtualnej Polski. Otóż, jak wiemy, ów Kulczyk Jan miał córkę imieniem Dominika, która dziś, pod nieobecność taty, zawiaduje jego majątkiem, a przy okazji udziela się publicznie gdzie tylko może. Otóż pojawiła się ta dama na jednej ze scen i ogłosiła, że „Takiej Polski nie chcę. Nie chcę hejtu. Nie chcę PiS-u”. A zatem skoro ona nie chce, to ja mam też coś do powiedzenia. Otóż tak się składa, że mam znajomego księdza z Poznania, który miał to nieszczęście, że uczył religii młodą Dominikę. Otóż, jak mi opowiadał, to wówczas jeszcze dziecko miało taki zwyczaj, że do swoich nauczycieli zwracało się następującymi słowami: „Pani od jutra tu nie pracuje”. Przepraszam bardzo, ale czy ktoś się jeszcze może dziwić, że ona nie chce hejtu?

***

A trzeba nam wiedzieć, że hejt to rzecz straszna. Ostatnio doświadczyła go słynna polska pisarka Manuela Gretkowska. A było tak, że napisała ona swoją kolejną wybitną powieść i jej rękopis przekazała swojej asystentce literackiej. I oto, proszę sobie wyobrazić, że owa asystentka wiozła powieść Gretkowskiej autobusem i w momencie gdy biedactwo wysiadało, zostawiło całość na siedzeniu obok i w tej chwili polskie dziedzictwo narodowe ma wielki kłopot, bo nie wiadomo, gdzie ów rekopis się znajduje. O całej sprawie pisarka ponformowała na Facebooku, czy może na Twitterze, nieważne, i złożyła obietnicę, że ten kto znajdzie owe stroniczki i je zwróci, zostanie zaszczycony tym, że w pierwszym wydaniu swojej powieści autorka umieści specjalne podziękowanie. No i w tym momencie na głowę Gretkowskiej spadł hejt, jakiej świat nie widział. A przecież wystarczyło się nad jej losem zadumać, przypomnieć sobie słynną powieść Stevena Kinga „Misery”, pomyśleć, że mogło być naprawdę znacznie gorzej i się zwyczajnie, życzliwie uśmiechnąć.

***

Bo trzeba nam wiedzieć, że dziś uśmiech to wręcz coś, co niektórym zostało jako tak zwana ostatnia deska ratunku. Oto podczas wspomnianego na początku tych naszych dzisiejszych refleksji Marszu Wolności głos zabrał kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski i w pewnym momencie, zwracając się do grupki kompletnie dzis już zrozpaczonych słuchaczy, powiedział mniej więcej tak: „Kochani, chciałem się zwrócić do was z apelem o obywatelskie nieposłuszeństwo. Od dziś, ile razy znajdziecie się na Krakowskim Przedmieściu, uśmiechajcie się i pokażcie wszystkim, że to nie jest miejsce żałoby, lecz radości”. I to jest moim zdaniem naprawdę coś. Przede wszystkim pomysł, by zacząć kojarzyć Smoleńską Katastrofę z wydarzeniem radosnym już sam w sobie jest dość osobliwy, no ale przede wszystkim uważam, że to naprawde warto będzie zobaczyć. Już się nie mogę doczekać aż ujrzę te ponure, wściekłe z nienawiści twarze, jak próbują się uśmiechać.

Jeśli ktoś zapragnął kupić nasze książki, a nie wie jak, proszę uprzejmie: www.basnjakniedzwiedz.pl.

poniedziałek, 28 maja 2018

Komu śmierdzą niepełnosprawni?


      Jak pewnie większość Czytelników wie, jestem bardzo oddanym miłośnikiem Hollywoodu, czy, mówiąc szerzej, amerykańskiego kina, i to do tego stopnia, że skłonny jestem twierdzić, że, przy całym szacunku dla kinematografii brytyjskiej, owo kino nie ma i, co bardzo prawdopodobne, w przewidywalnej perspektywie nie będzie miało konkurencji. Przypomniałem więc sobie dziś film – do przyczyn jeszcze wrócę – który zawsze bardzo lubiłem, a mianowicie „Pokój Marvina”. Nie będę tu wchodził w szczegóły, zatrzymam się się jedynie na tej części, która nas dziś interesuje. Otóż Diane Keaton ma ojca, tytułowego Marvina, który jest już bardzo, bardzo stary, i praktycznie bez kontaktu. Ofiaruje mu ona całe swoje życie, robi to z radością, poświęceniem i z zupełnie niezwykłą świadomością spełnienia, by któregoś dnia zachorować na białaczkę, która bezlitośnie prowadzi ją do śmierci. I oto, jeszcze zanim umrze, wygłasza Keaton zdanie, które tu zacytuję niedokładnie, ale jak najbardziej trzymając się sensu: „Jakie to szczęście, jakie wielkie szczęście, że byłam tu przy nim”, na co Meryll Streep, grająca jej siostrę, odpowiada: „O tak, on miał wielkie szczęście, że miał cię przy sobie”, na co Keaton mówi: „Nie. Ja mówię o tym, jakie to było szczęście dla mnie”.
      Ja oczywiście mam świadomość, że za chwilę pojawi się tu ktoś, kto mi zacznie objaśniać – zgodnie ze znaną nam niestety to tu to tam tradycją –  życiorysy zarówno Keaton, jak i Streep, a ci bardziej docikliwi, również historię życia Roberta De Niro, czy Leonarda Di Caprio, którzy tam również występują, jednak dziś nie o nich będziemy rozmawiać. Chodzi mi mianowicie o ów wymiar szczęścia, który nam pokazał autor historii opowiedzianej we wspomnianym filmie. A ja uległem owej refleksji przy okazji czegoś tak trywialnego, jak zakończenie sejmowego protestu czworga rodziców czworga niepełnosprawnych osób, a konkretnie rzecz biorąc, pojawiającego się to tu to tam stwierdzenia, że czy to sama niepełnosprawność, czy tym bardziej konieczność opiekowania się osobą niepełnosprawną, stanowi coś, czego nie można życzyć nawet najgorszemu wrogowi. Właśnie tak. Te bowiem dokładnie zresztą słowa usłyszałem wczoraj w programie stacji TVP Info z ust jednego z młodych polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej: „Nikomu nie życzę, największemu wrogowi, by chował dziecko niepełnosprawne”.
      Ktoś powie, że nie należy się przejmować przemyśleniami jakiegoś komucha w trzecim pokoleniu, moim zdaniem jednak wcale nie chodzi o owego komucha, ale o całą atmosferę, jaka przez minione 40 dni towarzyszyła protestowi owych osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, i wcale nie mam też na myśli tych wszystkich wyrazów współczucia dla ich sytuacji ekonomicznej i zwykłych trudów życia, jakie oni są zmuszeni ponosić każdego dnia, ale o ową myśl podstawową, która praktycznie przez cały ten czas, mediów, czy pojedynczych osób komentujących ów protest, nie opuszczała, taka mianowicie, że nie ma nic gorszego jak być osobą niepełnosprawną, a jeszcze bardziej kimś skazanym na to by się ową osobą opiekować. Ja naprawdę starałem się bacznie obserwować to wszystko co się tam na sejmowym korytarzu przez wszystkie te dni działo i z jednej strony widziałem grupkę nadzwyczaj przebiegłych osób walczących o odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy, a jednocześnie przy tej okazji przeżywających coś, co Anglicy określają pojęciem „time of their lives”, a z drugiej, ową znaną nam aż nazbyt dobrze ideologię „dobrej śmierci”, wykluczającą z naszego wspólnego świata tych wszystkich, których owi tak strasznie rzekomo wrażiwi ludzie uważają za zbyt nieszczęśliwych, byśmy im mieli pozwolić znosić swoje cierpienie. 
      Rzecz bowiem w tym, że ów „protest niepełnosprawnych” uświadomił nam, nie tyle to, jak ciężkie życie mają oni sami i ich rodziny, jak to że największym zagrożeniem dla tego, co pozostało nam z naszej cywilizacji są oni właśnie, owi ideolodzy śmierci, dla których współczucie stanowi wartość wtedy jedynie, gdy któryś z nich odnajdzie w nim szansę na wygranie kolejnych wyborów, choćby na wójta gminy, albo szansę na otrzymanie roli w kolejnej produkcji filmowej, choćby to był najnowszy film Pawła Pawlikowskiego.

Przypominam, że nasze książki można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam. 

niedziela, 27 maja 2018

Mars napada i przejmuje uniwersytety


         Jak pewnie niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jakiś czas temu, przez uprzejmość naszego byłego kolegi, wibitnego reżysera filmowego, Tomasza Gwińcińskiego, pojawił się tu człowiek nazwiskiem Jordan Peterson, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, jak najbardziej „nasz”. Oczywiście, należy podejrzewać, że on jest dokładnie tak samo „nasz”, jak „nasi” są niemal wszyscy ci, których za „naszych” lubimy uważać, no ale fakt jest faktem. Co ma do powiedzenia ów Jordan Peterson wiem w stopniu szczątkowym, a to ze względu na to, że przez zwykły przesyt tego medium, przekazu w języku angielskim unikam jak zarazy, jednak to co zdążyłem zauważyć wystarczy mi, by przynajmniej w niektórych sprawach trzymać z Petersonem sztamę. Tak się bowiem złożyło, że oto chyba na Facebooku trafiłem na filmik, gdzie ów Peterson, co warte podkreślenia, człowiek uniwersytetu, dyskutuje ze swoim kolegą, również akademikiem, a cały problem sprowadza się do tego, że podczas gdy ów Peterson występuje jako biały mężczyzna reprezentujący wartości charakteryzujące białych mężczyzn, ów kolega akademik, swoją drogą przedstawiony, o ile dobrze zrozumiałem, jako  E.W. Pete, życzy sobie, by ów „mężczyzna” był traktowany równoprawnie z ze stworem, który ma być w przyszłości określany przy pomocy zaimka „ze”. Właśnie tak – „ze”.
         Gdyby część, czujnych przecież i naprawdę otwartych na wszelkie nowostki czytelników wciąż nie wiedziała o co chodzi, śpieszę wyjaśniać. Otóż chodzi o to, że na Uniwersytecie w Toronto, gdzie zatrudnieni są obaj panowie, doszło do awantury, gdzie osoby reprezentujące tak zwaną „społeczność trans gender”, a której przedstawicielem jest ów profesor E.W. Pete, zażądały, by świat, kiedy o nich wspomina, nie używał tradycyjnie akceptowanych zaimków typu „on”, „jego”, czy „nim”, ale nauczył się całkowicie nowego zestawu i zaczął z niego korzystać, a wszystko to w tej oto oczywiście intencji, by nie ranić uczuć mniejszości.
         Ja wiem, że wrzucanie tu tekstów wygłaszanych w językach obcych mija się z celem z tego względu, że nawet jeśli są tu osoby, jako tako sobie na tym polu radzące, istnieją granice, których przekraczać normalnie myślący człowiek przekraczać nie ma ochoty, tym razem jednak nie mam wyjścia i wklejam filmik, na którym „nasz” profesor Peterson dyskutuje ze swoim zboczonym kolegą z uniwersytetu na temat tego, czy prawo powinno ewoluować w tym kierunku, by wymusić na większości obywateli wyuczenie się na pamięć nowej nomenlatury i używania jej wobec tych, co tego oczekują.
      Obejrzałem większą część tej rozmowy i przyznaję, że jestem wstrząśnięty. Gdyby bowiem ktoś mi to puścił informując jednocześnie, że to jest jakiś kolejny telewizyjny skecz, ja bym się pośmiał i na tym koniec. Tymczasem, jak się okazuje, to jest autentyczna debata dwóch profesorów z uniwersytetu gdzieś w Kanadzie i wszystko odbywa się jak najbardziej serio. Tematem tej rozprawy jest naprawdę problem, czy środowiska trans gender (gdyby ktoś nie wiedział, chodzi o tę część naszego gatunku, która uznała, że nie wie, czy jest chłopczykiem, czy dziewczynką) mogą wymagać od wszystkich, którzy zdecydowali się pozostać na wcześniej ustalonych pozycjach, by dla ich fantazji, zmienili swoje językowe nawyki, a więc – że tu pozwolę sobie nawiązać do znanych nam kontekstów – w szczególnych sytuacjach zamiast tradycyjnego „ona”, „jej”, nią” zaczęli używać form: „psi”, „hi” czy na przykład „dri”. I to, powtarzam, jest debata, którą tak zwany cywilizowany i jak najbardziej wykształcony świat prowadzi.
      Ostatnio pojawiło się tu dość dużo głosów, że rząd Dobrej Zmiany zawodzi i w związku z tym nam nie pozostaje nic innego, jak ich wszystkich kopnąć w dupę. Może to wszystko i prawda, natomiast ja postanawiam nieco poczekać, zwłaszcza, że jak słyszę, Irlandczycy wprowadzili w referendum wolną aborcję i wygląda na to, że zostaliśmy tym samotnym białym żaglem. Otóż ja go palić nie mam zamiaru.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje, i nie tylko moje, książki. Bardzo polecam.





sobota, 26 maja 2018

Dla wszystkich mam, które od tylu już lat przychodzą tu na ten blog


























Kaczka zżerać duszę


      Kto wie, ten wie, kto nie wie, tego z przyjemnością informuję, że stało się tak, iż grupa jakichś mocno rozpolitykowanych performerów ustawiła na rynku w Legnicy prowizoryczny pomnik kaczki i ogłosiła, że jest to pomnik „czystości narodu”, o czym to oczywiście natychmiast poinformowała telewizja TVN24. Zanim jednak sprawą zajęli się ci państwo, na miejscu wspomnianego wybryku pojawiły się odpowiednie służby i ową demonstrację rozgoniły. O czym wspomniana stacja jak najbardziej również uznała za stosowne poinformować.
     I oto proszę spojrzeć, jak się zaprezentował autor owej relacji, redaktor nazwiskiem Paweł Abramowicz:
     Wielki, nadęty i uśmiechnięty. Mógłby to być pomnik jakiegoś w miarę sympatycznego dyktatora Kaczogrodu, ale choć stanął w mieście nad rzeką Kaczawą, nie jest. Bladym świtem ustawiła go grupa nieznanych sprawców. ‘To pomnik czystości narodu’, informuje nieznany sprawca. ‘Wszędzie się mówi, że Polska wstaje z kolan, to te kolana muszą być czyste. My o tę czystość dbamy. Nasza kaczka Myjka ma oczyścić cały naród’”. Inicjatywa super kuper, ale kaczka bojowniczka o czystość nie zdążyła niczego wyczyścić, bo szybsi byli stróże prawa. Mundurowi oczyścili z kaczki teren wynosząc ją gęsiego. To musiała być dla nich ciężka kaczka do zgryzienia. Nie zmieściła się nawet do bagażnika, tak miała rozdęte ego. Trochę dziwne, że kaczki nie zbadali pirotechnicy. Mogła wszak być podstępem i wybuchnąć. Na przykład śmiechem. Tajemniczym wątkiem sprawy jest to, że policja jak ognia unika słowa ‘kaczka’. Element gumowy na „k” jest teraz przedmiotem postępowania. Trwa poszukiwanie nieznanych sprawców. Zapewne pomoże biegły, który zbada wentyl elementu gumowego i wskaże, kto go dmuchnął. Sprawcom za ustawienie elementu bez zgody zarządcy grozi grzywna lub więzienie. Kaczce, spuszczenie powietrza. Może i dobrze, bo legniczanom kaczka na pomniku jakoś nie leży. Ale nieznani sprawcy się nie poddają i kontratakują. Już jest odzew. Z uwięziona kaczką solidaryzuje się pół globu. Chiny wielkim murem za kaczką. To Rosja i akcja ‘Na ramię kaczka’. Tu japońska młodzież w oczyszczającej kaczej zupie, a tu brazylijczycy manifestują poparcie hasłem ‘Wszyscy jesteśmy kaczkami’. Kaczka rzadzi światem, choć to tylko element gumowy. Paweł Abramowicz, Fakty”.
     Ow reportarz trwa parę minut i poza powyzszym tekstem, wygłoszonym przez podpisanego pod nim red. Abramowicza, mamy jeszcze obraz, a tam wypowiedzi pani policjantki, mieszkańców Legnicy, no i, last but not least, zamaskowanych jak najbardziej, autorów owego przezabawnego numeru z kaczką, co ciekawe, udzielających wypowiedzi dla telewizji TVN24 pod wciąż jeszcze nie usuniętym pomnikiem, co świadczyć może tylko o tym, że telewizja TVN24 niezmordowanie realizuje swoje hasło „Cała prawda całą dobę”.
      Ktoś się pewnie zaciekawi, czemu ja, po tylu już latach jak na naszej politycznej scenie pojawili się bracia Kaczyńscy, wciąż się emocjonuję tym, że gdzieś w Polsce grupa idiotów postanawia urządzić happening oparty na skojarzeniu nazwiska Kaczyński ze słowem „kaczka”. Kto inny pewnie zapyta się, czy ja uważam, że bardzo dobrze się stało, iż policja postanowiła się wziąć za wrogów pisowskiej władzy. Jeszcze ktoś być może uzna, że mną kierują pretensje do telewizji TVN24, że organizuje tak żenujące prowokacje i to wciąż im uchodzi na sucho. Otóż nie. Ja oczywiście mam na każdy z tych tematów swoje przemyślenia, jednak tym razem chodzi mi tylko o jedno. Po wysłuchaniu komentarza wspomnianego Abramowicza myślę sobie, że są głębiny kompromitacji, niżej których których nie są w stanie zejść ani red. Rachoń, ani plastyczka Piela, ani Wojciech Cejrowski, ani Jonasz Rewiński, ani nawet – przepraszam, ale muszę to powiedzieć – ministrowie Gliński i Suski. A zatem apeluję. Trzymajmy się tego, co nam los zrzucił na głowy, bo jeśli tego zabraknie, to już tylko nam pozostanie red. Abramowicz i jego kumple. A ja nie mam wątpliwości, że oni potrafią być naprawdę kreatywni, a jeśli ktoś myśli, że nie, zachęcam do rzucenia okiem na red. Abramowicza w dekoracji, którą on udostępnił szerokiej publiczności, jak rozumiem, w przekonaniu, że to jest coś, czym się należy pochwalić. A zatem, skoro chciał, niech ma.


Gdyby ktoś się zastanawiał nad kupieniem sobie jakiejś książki, polecam rozwiązanie jedyne i tak naprawdę ostateczne. Mam na myśli księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Dalej szukać nie trzeba.

piątek, 25 maja 2018

Czy Olga Tokarczuk zostanie zaproszona na chrzciny księcia Louisa z Cambridge?


      Przed wielu jeszcze laty zamieściłem na swoim blogu tekst próbujący krótko i możliwie dobitnie pokazać, w jakim to towarzystwie znalazł się Lech Wałęsa, otrzymując Nagrodę Nobla, a prostym celem owej prezentacji było udowodnienie, że tak naprawdę cały ten pokojowy Nobel jest funta kłaków warty. Od tego czasu minęło wystarczająco dużo lat, by wielu z nas i bez mojej pomocy zrozumiało, z jaką hucpą tak naprawdę mamy do czynienia, i to nie tylko gdy chodzi o Nobla pokojowego, ale również, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej, literackiego. I przecież nie chodzi tu nawet o tę nieszczęsną Szymborską, o której wypowiedzianych zostało dotychczas wystarczająco dużo jak najbardziej zasłużonych słów, ale takich choćby mistrzów pióra, jak Swiatłana Aleksijewicz, Patrick Modiano, Alice Munro, Mo Yan, Tomas Tranströmer, Herta Müller, Jean-Marie Gustave Le Clézio, Orhan Pamuk, Elfriede Jelinek, John Maxwell Coetzee, Imre Kertész, Gao Xingjian, José Saramago, Dario Fo, żeby wymienić tylko tych, którzy przyszli po naszej pani Wisławie. Przecież to jest jakaś kpina. Czy można poważnie traktować kogoś, kto w obliczu tych choćby nazwisk będzie miał odwagę mówić o literackiej nagrodzie Nobla inaczej niż z lekceważeniem i pogardą?
      Wygląda na to, że i w obliczu owej rosnacej świadomości, ale również w efekcie ostatniego skandalu, jakiego bohaterami byli szwedzcy akademicy, rodzimi miłośnicy tak zwanej „dobrej książki” dowiedzieli się, że może faktycznie cały ten Nobel nie jest wart splunięcia, ale oto podobno absolutnie najbardziej prestiżową literacką nagrodą na świecie jest przyznawana już od 1969 roku w Wielkiej Brytanii Man Booker Prize. I pewnie u nas w Polsce pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że coś takiego w ogóle istnieje, gdyby nie fakt, że oto nagle owo wyróżnienie otrzymała nasza Olga Tokarczuk, nam tutaj znana z kultowego już, a pochodzącego z jej sztandarowej powieści „Kroniki Jakubowe”, otwarcia: „Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.
       Szydziliśmy tu niedawno z rzekomego „sukcesu”, jaki odniósł podczas filmowego festwalu w Cannes Paweł Pawlikowski odbierajac nagrodę dla „najlepszego reżysera”. Po tym co nam pokazała pisarka Tokarczuk, muszę przyznać, że ten Pawlikowski to faktycznie poważny artysta. Oczywiście, Cannes to zaledwie Cannes i nie zmieni tego faktu nawet to, że berlińskie niedźwiedzie, czy weneckie lwy to poziom jeszcze niższy, jednak nie oszukujmy się, francuski festiwal to jednak na naszym europejskim rynku firma poważna, o której każdy miłośnik kina od kilku dobrych lat przynajmniej słyszał. Ów Man Booker Prize natomiast to czysta komedia. Proszę spojrzeć na odpowiednio skróconą listę laureatów, którzy torowali drogę dla Tokarczukowej: P.H. Newby, Bernice Rubens, John Berger, J.G. Farell, Nadine Gordimer (ta ma też, jak się właśnie dowiedziałem, Nobla), Stanley Middleton, Anita Brookner, Keri Hulme, Penelope Lively, Ben Okri, A.S. Byatt, Roddy Doyle, Arundhati Roy, Yann Martel… i tak dalej, na tym poziomie do końca. Prawie.
      I tu mamy prawdziwy hit. Otóż, jak już się domyślamy, przejrzałem historię tej nagrody i proszę sobie wyobrazić, że od samego początku, a więc, jak już wspomniałem, od roku 1969, wyróżniani są wyłącznie pisarze reprezentujący najgłębsze jądro Brytyjskiego Imperium, co świadczy o tym, że jest to impreza jak najbardziej lokalna. Wśród 51 osób wyróżnionych dotychczas tą nagrodą jest 27 Brytyjczyków, 5 Australijczyków, 3 pisarzy z RPA,  3 Hindusów, 3 Irlandczyków, 3 Kanadyjczyków, 2 z Nowej Zelandii, 2 Amerykanów, 1 pisarz z Jamajki, oraz 1 z Nigerii. I dziś nagle oni nagradzają Olgę Tokarczuk?
      Ktoś w tym momencie zapewne zakrzyknie: „Ha! Tu cię mam, oszuście! Tokarczuk wcale nie dostała nagrody Imperium, ale coś, co jest związane z zupełnie innym projektem o nazwie Man Booker Prize International, a co, jak głosi oficjalna informacja, ma wyróżniać nie imperialnych autorów, lecz pisarzy z całego świata, piszących w swoich własnych językach, a których książki zostały na język Imperium jedynie przetłumaczone”.
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale w tej nowej sytuacji sprawa ma się jeszcze ciekawej. Otóż Man Booker Prize International Prize, ustanowiona w roku 2005 zapewne po to, by nagrodzić albańskiego pisarza Ismaila Kadare, w komunistycznej jeszcze Albanii niemal tak popularnego jak dziś w Polsce jest poularna Olga Tokarczuk, dalej pełniła dokładnie tę samą funkcję co dotychczas, a więc nagrodzeni zostali po kolei Nigeryjczyk, Kanadyjczyk i dwóch Amerykanów, wszyscy jak najbardziej za książki napisane w języku angielskim. Dopiero w roku 2015, z sobie tylko znanego powodu, organizatorzy postanowili ów geszeft nieco rozbujać i najpierw odznaczyli, jak rozumiem, nadzwyczaj wybitnego węgierskiego pisarza nazwiskiem László Krasznahorkai, następnie równie wybitnego przedstawiciela Korei, Han Kanga, w dalszej kolejności piszącego po hebrajsku niejakiego Davida Grossmana, no a teraz… trzykrotne hip hip hurrra dla Olgi Tokarczukowej za napisaną 11 lat temu książkę „Bieguni”.
      Ów przedziwny gest możemy teraz próbować wyjaśniać na trzy sposoby. Może oczywiście być tak, że po tych wszystkich latach tkwienia w swojej tradycji, oni trafili na Tokarczukową, oraz jej dzieło, i zwyczajnie oszaleli z zachwytu. Druga możliwość jest taka, że władcy Imperium w odpowiedzi na Dobrą Zmianę postanowili Polskę przyjąć do swojej bandy. Jest też możliwość trzecia. Otóż, jak się dowiadujemy, przewodniczącą pięcioosobowego jury, które nagrodziło to, jak słyszymy, wybitne dzieło, była niejaka Lisa Appignanesi, urodzona w roku 1946 w Łodzi córka Heny i Aarona Borensztejnów, która parę lat później wraz z rodzicami wyemigrowała najpierw do Paryża, następnie do Kanady, by wreszcie osiąść w Londynie i tam zdobyć pozycję jednej z najważniejszych osobistości w tamtejszym świecie literackim.  Niewykluczone więc, że tę nagrodę ktoś dla Tokarczukowej zwyczajnie zamówił, no ale skoro już przyjęliśmy to rozwiązanie, trzeba będzie dyskusję zacząć od początku, a więc wrócić – przyznaję, że nadzwyczaj niechętnie – do Pawlikowskiego, a kto wie, czy nie do jeszcze wielu, wielu innych.

A skoro już o książkach mowa, to tym bardziej zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania nie tylko moich ksiażek. Powinno być dobrze.

czwartek, 24 maja 2018

O tym jak zaczarowałem Rafała Ziemkiewicza


      O tym, że wszystko to co my tu na naszych blogach ze swych serc wyrzucamy, tak zwany mainstream natychmiast wyłapuje i  co ciekawsze kąski wykorzystuje jako swoje, pisaliśmy wielokrotnie. A zatem wydawałoby się, że przez cały ten czas powinniśmy się byli do tego przyzwyczaić i zacząć ów proceder powoli traktować jako coś zupełnie naturalnego. Jednak przyznaję szczerze, że tego co się właśnie stało nie przewidziałem w swoich najbardziej nawet dzikich wyobrażeniach. Otóż okazało się, że po latach czasem naprawdę ciężkiej walki udało mi się jakimś nizbadanym cudem wejść w mózg samego Rafała Ziemkiewicza i zainfekować go w taki sposób, że już niedługo on może mi się stać całkowicie posłuszny. Ale zacznijmy od początku.
      Otóż, jak pewnie zauważyli bardziej czujni czytelnicy tego bloga, przedwczoraj zamieściłem tu tekst zatytułowany „Jak upamiętnić zasługi narodu żydowskiego dla naszej historii?”, w którym przedstawiłem trzy tezy. Pierwsza z nich to taka, że warszawskie Muzeum Historii Żydow jest beznadziejnie nieciekawe, a przez to całkowicie bezużyteczne. Druga, że wychodząc na miasto ze swoimi muralami, w tym z muralem przedstawiającym Zygmunta Baumana, zarząd muzeum podjął pierwszą, prawdziwie udaną próbę przedstawienia prawdziwej historii polskich Żydów, i że następnym krokiem powinna być prezentacja innych, równie wybitnych przedstawicieli żydowskiej diaspory jak wspomniany Bauman, tak by zwłaszcza młodzi Polacy dowiedzieli się, jak to tu przed laty było. Po trzecie wreszcie, zasugerowałem że pod żadnym pozorem nie należy owych murali zamalowywac obraźliwymi napisami, a jeśli już do czegoś podobnego dojdzie, należy je starannie odmalowywać, by dalej niosły ów kaganek oświaty dla kolejnych pokoleń Polaków.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że nie minął dzień, jak w naszym kochanym Internecie wspomniany Rafał Ziemkiewicz zamieścił swój komentarz, w którym ogłosił co następuje:
1.      Warszawskie Muzeum Historii Żydow jest całkowicie bezużyteczne.
2.      Wychodząc na miasto ze swoimi muralami, w tym z muralem przedstawiającym Zygmunta Baumana, zarząd muzeum podjął pierwszą, prawdziwie udaną próbę przedstawienia prawdziwej historii polskich Żydów i że następnym krokiem powinno być przedstawienie innych równie wybitnych przedstawicieli żydowskiej diaspory co wspomniany Bauman, tak by zwłaszcza młodzi Polacy dowiedzieli się, jak było.
3.      Pod żadnym pozorem nie należy owych murali zamalowywać obraźliwymi napisami, a jeśli już do czegoś takiego dojdzie, należy je starannie odmalowywac, by dalej niosły ów kaganek oświaty dla kolejnych pokoleń Polaków.
       A zatem w tej sytuacji ja mam do powiedzenia już tylko jedno. Otóż wygląda na to, że jestem już bardzo blisko wprowadzenia do mózgu Rafała Ziemkiewicza takich zmian, żeby on się wreszcie stał porządnym człowiekiem, choćby w połowie takim, jakim, w co mocno wierzę, był będąc jeszcze dzieckiem.
       Gdy chodzi o moją notkę, każdy kto chce, ją znajdzie, co do Ziemkiewicza, podobnie. Ja go linkować nie mam zamiaru, dopóki on nie zacznie linkowac mnie.

Książki moje, i nie tylko moje, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo mocno polecam.



środa, 23 maja 2018

Jak się bronić przed TymCoSięUśmiecha?


     Czemu ona to zrobiła, mogę się tylko domyślać, a to co mi chodzi po głowie, to to, że ona prawdopodobnie widząc, jak ja z każdym kolejnym rokiem popadam w coraz większe otępienie, uznała, że skoro niemal kompletnie zrezygnowałem z czytania książek, to może jakoś uda się mnie podnieść z tego upadku przy pomocy filmów. No i wtedy właśnie moje najmłodsze dziecko namówiło mnie, bym obejrzał wszystkie sześć odcinków prezentowanego na Netflixie dokumentu zatytułowanego „Wild Wild Country”, co też uczyniłem i w związku z tym mam tu jedną bardzo krótką refleksję.
     Ponieważ gorąco zachęcam do obejrzenia owego filmu, a jednocześnie nie chcę go spoilerować, powiem bardzo krótko, że przedstawia on sytuację do jakiej doszło na początku lat 80. w amerykańskim stanie Oregon, kiedy to w miasteczku, dotychczas zamieszkiwałym przez 40, słownie czterdzisęci, głównie starszych osób, o nazwie Antelope, osiedliła się hinduistyczna sekta  dowodzona przez niejakiego Bhagwana Shree Rajneesha i w pewnym momencie uzyskała taką władzę i taką moc, że pojawiło się niebezpieczeństwo, że jeśli dojdzie to jakiegoś kryzysu, to co się stało przed laty w Jonestown z inspiracji niejakiego Jima Jonesa może się okazać zwykłym żartem. Jak mówię, nie zamierzam tu palić tematu, jednak chciałem się podzielić jedną drobną refleksją, która z jednej strony być może zachęci część Czytelników do obejrzenia tego filmu, a z drugiej powie nam coś bardzo ważnego na temat tego, co nas i dziś tu i teraz otacza. Otóż było tak, że ów Bhwagwan miał obok siebię sekretarkę, a jednocześnie najbardziej sobie zaufaną osobę zwaną Ma Anand Sheela, która de facto była mózgiel całej tej operacji i bez której, jak się miało po latach okazać, cały ten interes zwyczajnie nie był w stanie funkcjonować. No i kiedy po trwających przez wiele długich lat perypetriach, oni wszyscy zostają aresztowani i postawieni przed sądem, oglądamy scenę w której wypowiada się prowadzący sprawę prokurator, człowiek, dzięki któremu udało się sprawę zakończyć z sukcesem, i opowiada jak to po raz pierwszy miał okazję się skonfrontować osobiście z ową Sheelą. I mówi mniej więcej coś takiego: „Byłem wstrząśnięty. Ona była taka sympatyczna, taka radosna, taka życzliwa. Odpowiadała na wszystkie moje pytania i choćby jednym słowem nie dała mi powodu do tego, bym uznał, że kiedykolwiek mogła zrobić coś złego”. Ponieważ oglądałem ten film już od wielu godzin i byłem odpowiednio już zaangażowany, pomyślałem sobie, jak to na filmach: „Jasna cholera! No i na koniec okaże się, że ona jego też opętała”. No i w tym momencie padły kolejne słowa: „I w tym momencie zrozumiałem, że nie ma takiej kary, jaka komuś tak zdeprawowanemu mogła oddać sprawiedliwość”.
       A zatem, proszę Was wszystkich miejcie oko na tych, co się uśmiechają. Zwłaszcza wtedy gdy nikomu nie jest do śmiechu.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich, i nie tylko moich, książek.
   

wtorek, 22 maja 2018

Jak upamiętnić zasługi narodu żydowskiego dla naszej historii?


     Niewykluczone, że miałem tu już okazję o tym wspomnieć, jednak na wszelki wypadek przypomnę. Otóż parę lat temu, wczesnym przedpołudniem, zdarzyło mi się znaleźć w Warszawie, a ponieważ tak wyszło, że przez cały dzień nie miałem co ze sobą zrobić, postanowiłem parę z tych godzin przeznaczyć na wizytę w muzeum Polin. Gdyby ktoś sobie w tym momencie pomyślał, że skoro coś podobnego mi wpadło do głowy, to zapewne tego dnia musiał w Warszawie panować ciężki upał, i będzie miał całkowitą rację, tyle że wbrew pozorom ów upał wcale nie spowodował u mnie ciężkiego zaburzenia przytomności, lecz wręcz przeciwnie. Ja bardzo przytomnie uznałem, że jeśli mam ten dzień jakoś przeżyć, to jedyne co mi pozostaje, to znaleźć jakieś klimatyzowane miejsce, gdzie nie robiąc z siebie durnia, będę mógł przebidować parę godzin. No i padło na ten Polin.
      Ponieważ tu tym bardziej nie wiem, czy o tym wspominałem, wspomnę ewentualnie raz jeszcze. Otóż, choć faktycznie klimatyzacja w owym muzeum działała bardzo dobrze, o paru godzinach mowy być nie mogło, bo to miejsce nie dość że jest dramatycznie, wręcz przeraźliwie, nieciekawe, to jeszcze przez jakieś nierozpoznane przez mnie błędy architektoniczne, stwarza wrązenie pułapki, po której ani nie da się swobodnie poruszać, ani robić tego w poczuciu podstawowego choćby komfortu, ani wreszcie znaleźć prostą stamtąd drogę ucieczki. To jest tak straszny labirynt, w dodatku labirynt, którego poszczególne pomieszczenia praktycznie nie różnią się od siebie, że ja w pewnym momencie najzwyczajniej zacząłem się bać, że za chwilę nie pozostanie mi nic innego jak siąść tam wśród tych zdjęć i zacząć wrzeszczeć tak długo aż ktoś przyjdzie i mnie stamtęd wyprowadzi na ów panujący na zewnątrz warszawski upał.
     W końcu jakoś udało mi się stamtąd wydostać i kiedy już byłem na zewnątrz, wpadłem na grupę jakichś Żydów, którzy tam stali i śpiewali piosenki, i powiem zupełnie szczerze, że dla tego jednego doświadczenia pewnie warto tam było zajść. Żydzi jednak w końcu przestali śpiewać i udali się w nieznanym kierunku, a ja wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, zamówiłem piwo i pomyślałem sobie, że to jest niezwykle ciekawe, dlaczego oni, mając do dyspozycji coś tak ogromnego, nie byli w stanie wypełnić tego historią, która by mogła kogokolwiek zainteresować? Czemu oni uznali że, chcąc zaprezentować nam dzieje swojego narodu na tym niewielkim skrawku świata, nie pokażą nam nic, z wyjątkiem kupy jakichś nic nie mówiących nam niczego zdjęć, i paru jakichś bylejakich pamiątek. No i pomyslałem sobie, że to jest właściwie zrozumiałe. Co oni bowiem mają nam o sobie do powiedzenia, jeśli większość tego to są rzeczy ściśle tajne i w żadnej mierze nie przeznaczone do tego, by o nich dyskutować poza najbardziej zaufaną częścią diaspory?
      A zatem stoi sobie tam w Warszawie to bezsensowne kompletnie muzeum, choćby i samym Żydom potrzebne jak psu na budę, i oto nagle dowiaduję się, że władze Polinu postanowiły ze swoją ekspozycją wyjść na zewnątrz i zaprezentować dzieje swojego narodu masom. Jak słyszę, w pobliżu Dworca Gdańskiego, skąd w roku 1968 część polskich Żydów wyjeżdżała na Zachód, aby upamiętnić tamten czas, Polin postanowił zamówić serię murali przedstawiających wizerunki bardziej wybitnych przedstawicieli swojej społeczności, a wśród nich Zygmunat Baumana, komunistycznego zbrodniarza i oprawcy. Oczywiście, niemal już na drugi dzień ów mural został zamalowany przy pomocy napisów „morderca” i „UB”, i oto, jak słyszę, w reakcji na to co się stało, władze muzeum postanowiły, że muralu z Baumanem nie będzie.
      A ja sobie myślę, że stało się bardzo źle. Raz, że moim zdaniem owa prezentacją wreszcie w sposób naprawdę ciekawy ubarwiła ową nudę, która wręcz wylewa się z wnętrza budynku muzeum Polin, a poza tym stanowić mogłaby naprawdę bardzo znaczący wkład w edukację młodszej częśći polskiego społeczeństwa, gdy chodzi o zasługi żydowskiego narodu dla naszego kraju. Ja prawdę powiedziawszy nie mam pojęcia, ile z osób zaludniających w roku 1968 Dworzec Gdański w Warszawie to byli osobnicy pokroju Zygmunta Baumana, ale jestem pewien, że nawet po bardzo starannej selekcji, władze Polinu znalazłyby tam wystarczająco wielu z nich, by stworzyć naprawdę piękną wystawę. I pomyślmy, jakież to by było wspaniałe przeżycie, zarówno estetyczne, jak i edukacuyjne, gdyby te twarze wpatrywały się na nas swoimi jakże mądrymi oczami, my byśmy je natychmiast dekorowali napisami „morderca”, „oprawca”, „kat”, czy zwyczajnie „ubek”, oni by te napisy natychmiast usuwali, i tak dalej, przez kolejne tygodnie. Z jednej strony mielibyśmy naprawdę czystą demonstrację polskiego antysemityzmu, a z drugiej solidną prezentację naszej wspólnej, wieloletniej, jakże ciekawej historii.
      Wygląda jednak na to, że, spryciarze, się szybko zorientowali. Szkoda.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można stale zamawiać nasze książki. Serdecznie zachęcam.

poniedziałek, 21 maja 2018

O różnych imionach, dobrych i mniej dobrych, i o sposobach ich naruszania


      Jak już wspominałem wczoraj, ostatni trzy dni minęły mi na sprawdzaniu matur, co oczywiście musiało sprawić, że moja aktywność na blogu musiała ulec pewnemu zakłóceniu. W tej sytuacji dzień mój minął jak minął, natomiast kiedy wróciłem wczoraj do domu, zanim jeszcze otworzyłem pierwszą flaszkę, zajrzałem do Szkoły Nawigatorów, gdzie internauci lubią się gromadzić i nie mogłem nie zauważyć, że pod moją nieobecność absolutny sukces odniosła notka, której autor udowadnia, że, wbrew powszechnemu przekonaniu, prezydent Lech Kaczyński nie zginnął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie w Smoleńsku, lecz co najmniej dwa dni wcześniej podczas zwykłej rutynowej egzekucji, natomiast cała ta gadka o rzekomej katastrofie w Smoleńsku, o której już od ośmiu lat próbuje nas informować między innymi brat Prezydenta, to zwykły humbug. Co ciekawe i nadzwyczaj bezczelne, autor tych rewelacji zupełnie jak gdyby nigdy nic, zapowiada jednocześnie, że jeśli nie przeproszę go za nieuprawnione sugestie, że on nie jest tym za kogo się nam przedstawia, skieruje przeciwko mnie pozew. Co być może jeszcze ciekawsze, sukces wspomnianej notki polega na tym, że ona nagle, ni stąd ni z owąd, uzyskała tyle komentarzy i tyle odsłon, że została umieszczona na pierwszym miejscu najchętniej czytanych i komentowanych tu ostatnio tekstów.
    Ktoś powie, że nie ma się czemu dziwić. Itiotyzm o tej skali obłędu nie mógł nie zostać zauważony. Otóż nie. Pomijając paru komentatorów, ogólny ton komentarzy sprowadza się niemal wyłącznie do wyrażana zadumy nad celnością wspomnianych obserwacji, a cała dyskusja pod wspomnianą notką to klasyczna wymiana coraz to nowych spostrzeżeń dotyczących coraz to nowych refleksji, nie mających nic wspólnego z tym, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia.
     W tej sytuacji, jako człowiek przede wszystkim zawistny, a poza tym nie znoszący porażek, pierwsze co zrobiłem po tym, jak doszedłem do siebie po pierwszym szoku, postanowiłem natychmiast napisać tekst, który wspomniane uwagi na temat prawdziwej historii tak zwanej „Smoleńskiej Katastrofy” zniszczy, a resztki wdepcze w ziemię. Kolejna więc rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta, że napiszę coś więcej na temat wielkiego sukcesu reżysera Pawlikowskiego, który właśnie na festiwalu fimowym w Cannes za swój najnowszy film został wyróżniony jedną z nagród i ogłosił, że oto wreszcie Polska odniosła jakiś sukces, a aktorka Julianne Moore, kiedy mu składała gratulacje, wzruszyła się do łez. Jednak uznałem, że to wprawdzie jest temat, ale nie na tę okazję. Potem pomyślałem, że może coś napiszę o Janinie Ochojskiej, którą wpuszczono do Syrii i Sudanu, a do naszego Sejmu marszałek Kuchciński wejść jej zakazał, no ale to przy wyżej wspomnianym wyczynie też wydało mi się zbyt trywialne. Pomyślałem wreszcie, że może w takim razie uda się coś na tę sytuację zaradzić korzystając z tego że książe Harry jednym krótkim gestem zdobył dla Brytyjskiego Imperium Amerykę, no ale to by już z mojej strony było naprawdę bezczelne.
      No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się, że owo nadzwyczajne wręcz osiągnięcie ludzkiego geniuszu, zarówno ze strony autora, jak i jego oddanych czytelników,  pozostanie niepokonane, na znanym nam głównie z Twittera i Facebooka portalu pikio.pl zanalazłem informację, która chyba jako jedyna może rywalizować z tym, do czego doszło tu na naszej Szkole Nawigatorów. Oto, proszę sobie wyobrazić, okazuje się, że znana nam telewizyjna spikerka, Katarzyna Dowbor, jest w rozpaczy. Otóż nie dość, że sama zmaga się z kłopotami z tarczycą, to jeszcze jej ukochana córka okazuje się mieć cukrzycę. Mimo że obie panie korzystały z pomocy wielu lekarzy, cukrzyca nie ustepuje. Sytuacja rodzinna red. Dowbor jest o tyle bardziej tragiczna, że ona wciąż walczy o względy swojego syna, którego porzuciła, kiedy ten miał zaledwie 6 lat. On wprawdzie swojej mamie dawno wszystko wybaczył, no ale zadra wciąż w jego sercu tkwi i dziś, kiedy doszły kolejne dramaty, tym państwu naprawdę nie jest łatwo.
      Apeluję więc do osób spędzających tak owocnie czas tu na naszym portalu, by znaleźli też chwilę czasu, by obok oczywiście rozmyślań nad tym, jak to naprawdę było z tak zwaną Smoleńską Katastrofą i nad różnymi sposobami naruszania dobrego imienia tego czy tamtego, zadumać się nad tragicznym losem rodziny Dowbor. I bardzo proszę o odsłony i komentarze.

Zachęcam wszystkich, jak zawsze, do zaglądania do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie są do kupienia moje, a przecież nie tylko moje, książki. Każdą bardzo mocno polecam.

niedziela, 20 maja 2018

Gdy pada deszcz, a parasol jest w różowe koniki


     Kończy się nam miesiąc maj, a to dla bardziej ambitnych, a przede wszystkich odważnych, nauczycieli czas sprawdzania matur, co dla nich akurat oznacza pełne dwa weekendy plus, spędzone od rana do wieczora na czytaniu tych prac i ocenianiu ich według kryteriów tak ścisłych, że każdy słabszy umysł zwyczajnie wysiada. Ja akurat, mimo że od lat w szkole nie pracuję, to ze względu na doświadczenie i odpowiednią historię, od grubo ponad już dziesięciu lat, rok w rok, jestem wynajmowany przez tak zwaną Okregową Komisję Egzaminacyjną do tej roboty, z gwarancją, że wszystko zostanie zrobione szybko i solidnie.
      Chętnie bym obowiedział o tym, co tam się dzieje i wobec jakich wyzwań stają nauczyciele rok w rok, ale ponieważ każda, choćby wydawało by się najmniej istotna informacja, stanowi ścisłą zawodową tajemnicę, mowy nie ma bym puścił tu parę. Powiem tylko, że jest to robota wyjątkowo ciężka, wyczerpująca i, co dla mnie akurat pewnie najbardziej, istotne, nadzwyczaj odpowiedzialna.
     Ponieważ, jak już wspomniałem, ja akurat jestem tu wyjątkowo sprawny, dziś, po tych niespełna dwóch dniach, to co miałem zrobić, zrobiłem i mam tak zwany na Śląsku fajrant, a zatem mogę siąść i coś na dziś napisać, a daje słowo, że tematów jest sporo. Tak się jednak złożyło, że od razu po powrocie do domu, przeczytałem notkę Coryllusa i uznałem, że muszę poruszony przez niego temat uzpełnić i w ten sposób też go zamknąć. Otóż, jak być może część z nas wie, w zakończeniu swojego tekstu wspomniał Coryllus nazwisko reżysera Pawlikowskiego i honory, jakie złożył mu minister Gliński w związku odebraniem przez niego na festiwalu filmowym w Cannes nagrody dla najlepszego reżysera.   
      Oczywiście mam nadzieje, że każdy z nas ma swiadomość, że moim zdaniem wszystko na co w związku ze swoją artystyczną, i nie tylko, posługą zasługuje reżyser Pawlikowski, to tak zwana fanga w nos, niemniej musimy uznać, że problem jest znacznie poważniejszy. Otóż, kiedy próbujemy komentować to co się dzieje wokół tej dziwnej osoby i jej twórczości, nie możemy zapominać, że od pierwszej chwili, kiedy nazwisko Pawlikowski zaczęło funkcjonować w publicznej przestrzeni, znajdujemy się pod taką presją, że tak naprawdę jedyne co możemy zrobić, to się zamknąć i pójść na piwo. Pawlikowski to laureat Oscara za film „Ida” – co, jeśli uwzględnimy, jakość owej produkcji, stanowiło gest wyłącznie i nadzwyczaj bezczelnie polityczny – a dziś to już wyłacznie człowiek, który, wyczuwszy odpowiednio starannie aktualne polityczne trendy, każde swoje słowo, każdy swój gest, każde wręcz mrugnięcie powieką podporządkowuje jednemu celowi. Chodzi o to mianowicie, by na tyle wyraźnie zaprezentować się światu jako artysta represjonowany przez faszystowskie władze Rzeczpospolitej, by mieć gwarancje, że ów świat obejmie go swoim patronatem na najbliższe lata.
      Wyprodukował zatem Pawlikowski swój kolejny fim, o czym do niedawna pies z kulawą nogą nie miał pojęcia, i oto wystarczyło, że wspomniał ów cwaniak tu i ówdzie o tym, że jego nazwisko i twórczość znajdują się w Polsce na czarnej liście, by w jednej chwili okazało się, że oto powstało kolejne wybitne dzieło i by jury tego śmiesznego francuskiego festiwalu przyznało Pawlikowskiemu nagrodę dla najlepszego rezysera. I oczywiście na nic się zdała niemal natychmiastowa reakcja polskiego Ministerstwa Kultury, z wyjaśnieniem, że nie ma mowy o jakimkolwiek prześladowaniu Pawlikowskiego, skoro ta nędza najpierw dostała z PISF-u grube miliony, by to wszystko się mogło w ogóle rozpocząć, a nastepnie kolejne miliony, by to gówno można było w ogóle skończyć. Pawlikowski, trzymając się ustalonego wcześniej planu, w każdej kolejnej wypowiedzi potrafił znaleźć dobry powód, by wyjasnić, że owszem, może i tak było, ale on się wciąż czuje represjonowany. Nawet potem, kiedy minister Gliński oświadczył, że polski rząd i wszyscy Polacy – w tym, jak rozumiem, i ja – życzą Pawloikowskiemu samych sukcesów, ten cwaniak i tak nie mógł się powstrzymać, by odbierając tę nagrodę oświadczyć, że oto Polska wreszcie odniosła pierwszy sukces od lat.
      W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, gdy chodzi o tak zwaną międzynarodową opinię publiczną, polskie władze znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony, przy aktywnym udziale takich osób jak Pawlikowski, owe władze są z każdej strony w bezwzględny absolutnie sposób, wykluczający jakąkolwiek dyskusję, czy choćby tylko pytanie, atakowane, a z drugiej, każda próba obrony przed tą agresją jest tu w Polsce traktowana jako kolejny przejaw braku godności po stronie tej właśnie władzy. Tymczasem, moim zdaniem, z punktu widzenia polskiego rządu, fakt, że przeciwko niemu już zostało otwartych aż tyle różnych frontów – jestem pewien, że nie muszę ich wymieniać – a kolejnych można się tylko spodziewać, daje im już tylko jeden wybór: albo przestać reagować i starać się robić swoje, czekając aż wreszcie spadnie im na łeb coś spod czego się już nie podniosą, albo robić z siebie durnia, tak jak właśnie zrobił to Gliński.

      Oczywiście, sytuacja, w której minister Gliński, na temat którego swojego zdania wyrażać tu już nie muszę, nagle zaczyna tłumaczyć światu, jak bardzo on jest  szczęśliwy, że Pawlikowski otrzymał owo gówniane francuskie wyróżnienie, jest dla mnie przykra i wręcz trudna do zniesienia. Ja sam pewnie na jego miejscu, pierwsze co bym zrobił, to wydał komunikat, że Pawlikowski to punury grafoman, z którym Polska nie życzy sobie mieć nic wspólnego, a następnie podjął odpowiednie kroki, by go pozbawić obywatelstwa, no ale, jak wiemy, ja mam naprawdę łatwo.

      I Bogu dzięki.

   

Zachęcam wszystkich do systematycznego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjaknidzwiedz.pl, gdzie możemy kupować moje, i nie tylko moje, książki.

 

sobota, 19 maja 2018

Kiedy Obywatele RP zamienią się w zombie?


Dziś i jutro przez cały dzień sprawdzam matury, a więc pewnie będę się tu mądrzyć w sposób mocno ograniczony, niemniej zaostawiam Was z moim znajnowszym felietonem dla „Warszawskiej Gazety” i życzę ciekawych refleksji.

      Jak pewnie zdążyliśmy zauważyć, minioy weekend upłynął nam pod znakiem kolejnego już tak zwanego “Marszu Wolności”, jaki każdej wiosny organizuje nam Platforma Obywatelska z przyległościami, i z prawdziwą troską należy stwierdzić, że o ile jeszcze dwa lata temu we wspomnianym marszu wzięło udział 250 tysięcy oburzonych obywateli, w zeszłym roku owych obywateli było już tylko 90 tysięcy, to tym razem do Warszawy zjechało ich zaledwie 50 tysięcy. Wniosek z tego jest taki, że jeśli oburzenie będzie nadal topniało w tym tempie, to w przyszłym roku marsz zgromadzi 20 tysięcy uczestników, za dwa lata tysiąc, a ponieważ dane policyjne wykażą, że poza dwoma wariatami, z których jeden wymachiwał unijną flagą, a drugi stał obok z założoną na twarz maską Jarosława Kaczyńskiego, nie pojawił się nikt, telewizja TVN24 ogłosi, że chyba jednak przez cały ten czas policja liczyła lepiej.
     I tą wesoła pointą moglibyśmy dzisiejszy felieton zakończyć, gdyby nie to, że wśród osób dyrygujących emocjami tej ponurej zbieraniny pojawił się kandydat na Prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski i opowiedział zebranym, jak to ze swoim kumplem Sławomirem Nitrasem szli niedawno po Krakowskim Przedmieściu i  w pewnym momencie Nitras zadał mu zagadkę: „Co się zmieniło na Krakowskim w porównaniu z zeszłym miesiącem?” i natychmiast zresztą udzielił na nią odpowiedzi, że zmieniło się to mianowicie, iż gdzieś się straciły te wszystkie ponure gęby ludzi opłakujących ofiary Smoleńskiej Katastrofy i zrobiło się całkiem sympatycznie.  Zainspirowawszy się swoją historią, kandydat Trzaskowski powiedział co następuje (cytuję z pamięci): „A teraz chciałbym wezwać wszystkich do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Proszę was, kochani, nastepnym razem jak tu przyjdziecie, uśmiechajcie się i pokażcie tym ponurakom, że Krakowskie Przedmieście to miejsce wesołe”.
     A ja sobie myślę, że ów ciekawy apel stwarza dla nas wszystkich ciekawą perspektywę. Otóż ja już sobie wyobrażam, jak to będzie kiedy ci wszyscy durnie, zachęceni przez swojego kandydata,  nagle zaczną wyłazić na ulicę i się szczerzyć  w czymś co uznają za uśmiechy, a ponieważ ich nastrój siłą rzeczy będzie z każdym dniem już tylko gorszy, końcowy efekt będzie taki, że z tymi twarzami, z jednej strony wypełnionymi czystą i jednoznaczną wściekłością, a z drugiej, z obnażonymi w upiornych uśmiechach zębami, dla każdego normalnego przechodnia będą wyglądali jak zombie.
     No ale to jeszcze nie teraz. Na ten widok będziemy musieli poczekać do kolejnych wyborów parlamentarnych, których termin przypada na jesień przyszłego roku, kiedy to najpierw  Prawo i Sprawiedliwość osiągnie w Parlamencie większośc konstytucyjną, a chwilę później okaże się, że Andrzej Duda w wyborach prezydenckich nie ma żadnego poważnego kontrkandydata, no i dojdzie wówczas do wspomnianego przez mnie kolejnego Marszu Wolności, na którym pojawi się tych dwóch wariatów, odpowiednio uśmiechniętych i wówczas nawet telewizja TVN24 zaapeluje, żeby ich jednak na wszelki wypadek, gdyby się mieli wysadzić, zamknąć.

Książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
     

piątek, 18 maja 2018

O Temidzie z bielmem na oku


        W momencie gdy już prawie zamykałem wczorajszy dzień, dotarła do mnie wiadomość, że decyzją Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach placowi im. Wilhelma Szewczyka w Katowicach, w ramach niedawnych procesów dekomunizacyjnych przemianowanemu na plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich przywrócona zostaje jego oryginalna nazwa, a to z tego między innymi powodu, że zdaniem pani sędzi, Wilhelm Szewczyk w żaden sposób nie może być traktowany jako symbol komunizmu. Pisałem tu o wspomnianym Szewczyku jeszcze w zeszłym roku, przedstawiając czytelnikom, którzy mieli szczęście o nim wczesniej nie słyszeć, historię tego ciekawego człowieka, no ale ponieważ słowa lubią ulegać zapomnieniu, pozwolę sobie przytoczyć tamtą relację raz jeszcze. Otóż mówimy o człowieku, który
      Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
      Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy.Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      No i dziś, jak słyszymy, sąd w Gliwicach uznał za stosowne wydać Wilhelmowi Szewczykowi świadectwo moralności.
      Wbrew temu jednak, czego czytający tę notkę mogą się spodziewać, to o czym chce opowiedzieć nie dotyczy Wilhelma Szewczyka, ale pewnego sędziego, no i w ogóle sędziów. Otóż, o czym tu już parokrotnie miałem okazję wspominać, był czas kiedy praktycznie cała moja zawodowa działalność była związana z pracą w katowickim EMPiK-u, gdzie prowadziłem kursy języka angielskiego. Tak się złożyło, że niemal wszystkie będące pod moją opieką wówczas grupy to byli albo policjanci, albo sędziowie, prokuratorzy, czy adwokaci, albo wreszcie funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei, a więc w ten czy inny sposób wymiar sprawiedliwości. Wszystko się układało jak najlepiej pod każdym względem do czasu gdy nagle strzeliło mi coś do głowy, by założyć konto na Facebooku i tam zareklamować swój blog. Nie minęły dwa tygodniego, jak niemal z dnia na dzień straciłem praktycznie wszystkie swoje lekcję, a wszystko pod pretekstem, że „uczniowie są niezadowoleni i żądają zmiany lektora”. I to był moment, kiedy – co z pewnością pamiętają starsi czytelnicy – wyladowałem praktycznie na bruku.
      Jak już wspominałem, miałem już okazję o tym pisać, jest jednak coś, co, jak sądzę, nie zostało opowiedziane. Otóż wspomniana grupa prawników liczyła jakieś 12, a może 14 osób, ławki zaaranżowane były w tak zwaną podkowę, a dokładnie naprzeciwko mnie siedziała pewna pani prokurator oraz sędzia z Gliwic właśnie. Gdyby ktoś był ciekawy, skąd tak dobrze zapamiętalem te Gliwice, to już wyjaśniam, że po latach miałem okazję tego mojego ucznia oglądać w telewizji TVN24, jak przed kamerą komentował różnego rodzaju prowadzone przez gliwicki właśnie sąd sprawy. Pamiętam też tych dwoje, bo do penego momentu oni byli nastawieni do prowadzonych przeze mnie lekcji wyjątkowo entuzjastycznie. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo raz że każdy nauczyciel wie, jak tego typu „szkolny” entuzjazm wygląda, a reszta się może tego domyślić. I oto, proszę sobie wyobrazić jakis tydzień po tym, jak uruchomił swój profil na Facebooku, w zachowaniu owych dwojga uczniów nastąpiła wręcz dramatyczna zmiana. Ja ich dalej miałem dokładnie naprzeciwko siebie, tyle że na ich twarzach, zamiast dotychczasowych  rozanielonych spojrzeń, nie widziałem już nic poza zimną wrogością, a z ich ust nie wychodziło nic poza chamskimi złośliwościami. I to była moja ostatnia lekcja z ta grupą, bo przed kolejną usłyszałem, że uczniowie poprosiła o zmianę lektora.
     Niestety, nie pamiętam nazwiska tamtego sędziego z Gliwic, jednak tak naprawdę ono dla nas dziś nie ma najmniejszego znaczenia, zwłaszcza, że, jak czytam, w składzie, który wydał decyzję przywracającą dobre imię Wilhelmowi Szewczykowi zasiadały same panie. Rzecz polega na czymś zupełnie innym. Otóż, kiedy przeglądałem listy z nazwiskami owych gliwickich sędziów, czy to z Sądu Administracyjnego, czy Sądu Rejonowego, czy też wreszcie Sądu Okręgowego, w nadziei, że znajdę tam nazwisko, które przypomni mi „mojego” sędziego, uderzyło mnie, że tam tych nazwisk są setki. Dosłownie setki. I oto nagle znalazłem też jeszcze coś, mianowicie taką informację:
      W związku z zapytaniami odnoszącymi się do kandydowania przez Panią Teresę Kurcyusz - Furmanik, sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, do Krajowej Rady Sądownictwa informuje się, że zgłoszenie tej  kandydatury jest wynikiem osobistej decyzji Pani Sędzi. W procesie zgłaszania tej kandydatury i wyrażania dla niej poparcia organy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach (Zgromadzenie Ogólne Sędziów, Kolegium oraz Prezes Sądu)  nie brały udziału”.
       Ponieważ tak się składa, że ja sędzię Teresę Kurcyusz jeszcze w dawnych dobrych czasach miałem okazję poznać i o niej akurat mam wyłącznie dobre zdanie, zadumałem się nad tym dziwnym komunikatem, który sędziowie z Gliwic uznali za stosowne w specjalnym trybie ogłosić, no a potem już tylko gapiłem się w te setki nazwisk i nagle sobie uświadomiłem, że jeśli tam są jakieś wyjątki, to oni, aby nas o tym poinformować, z całą pewnością nie powstrzymają się od wydania w tej sprawie odpowiedniego komunikatu. Tymczasem więc, pozostajemy tam w tłumie setek nazwisk i kiedy je czytamy, musimy nagle dojść do wniosku, że to jest faktycznie bardzo ściśle zdefiniowana kasta, do której ani my, ani nikt inny nie ma żadnego dostępu. No może poza świętą pamięcią o Wilhelmie Szewczyku. Oczywiście, możemy sobie nieco w tej sprawie popyskować, ale choć przykro mi to mówić, ratunku nie widzę.
      Oczywiście, życzę ministrowi Ziobro wszystkiego dobrego, ale powtarzam: ratunku nie widzę.

Jak to mam zwyczaj zaznaczać w tym miejscu, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.