Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVN. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2024

O kontaktach takich i owakich

 

          Swego czasu zdarzyło mi się prowadzić kurs języka w pewnej dużej korporacji i wśród moich uczniów znalazło się paru dyrektorów. Ponieważ z jednym z nich mocno się polubiliśmy i w związku z tym uzyskaliśmy stosunkowo bliskie relacje prywatne, któregoś dnia zapytałem go, co się z nim stanie jeśli w jakimś momencie zostanie z tej roboty wywalony. Odpowiedział mi, że nic szczególnego, bo na tym poziomie na jakim on funkcjonuje, ma się wystarcząco dużo kontaktów, by się utratą pracy nie martwić. I rzeczywiście, z uwagi na to, że wspomnniana korporacja pozostaje pod kontrolą państwa, a więc też polityki, z tego co wiem, on już trochę miejsc odwiedził. I nigdzie nie było mu żle.

     Przypomniał mi się ów mój znajomy dziś, gdy na jakimś plotkarskim portalu znalazłem informację, że „były dziennikarz TVN-u, dwukrotny laureat nagrody Grand Press, Jacek B.” został aresztowany pod zarzutem udziału w bandyckim napadzie na pewnego przedsiębiorcę. Informacji towarzyszyła kolejna, że żona B. poinformowała media, że cała rodzina jest bardzo nieszczęśliwa z powodu krzywdy jaka spotkała męża i ojca, a ponieważ nazwisko żony zostało przy tym podane, bardzo łatwo już było sprawdzić, że ów B. to nie kto inny jak red. Jacek Bazan, jak donosi niezastąpiona Wikipedia, „polski dziennikarz śledczy i przestępca”.

        No a skoro doszliśmy już tak daleko, to bez najmniejszych problemów można się też było dowiedzieć, że ów Bazan w roku 1996 został zatrudniony w radiu RMF FM, a następnie w TVN-ie, by kolejno wylądować u dewelopera J.W. Construction w charakterze dyrektora marketingu i rzecznika prasowego, oraz w kanale Discovery Historia, gdzie znów zajął się dziennikarstwem i to chyba przy okazji tej roboty najpierw otrzymał nagrodę Fundacji Batorego, a potem wspomnniany już podwójny Grand Press.

      No i teraz skoro wiemy już wszystko o Bazanie dziennikarzu i biznesmenie, popatrzmy na Bazana „przestępcę”., bo jak się okazuje, ów epitet nie dotyczył ostatniego wydarzenia, ale czasów znacznie wcześniejszych. Otóż, jak donosi Wikipedia, Bazan, jeszcze zanim stał się sławny, był skazywany za „rozbój, zabór mienia i dezercję”. W maju 1992 roku dostał rok w zawiasach za „podrobienie umowy i sprzedaż przywłaszczonych samochodów”. W 1993 rozesłano za Bazanem list gończy „w związku z dokonywaniem wymuszeń rozbójniczych”. Za rozbój, groźby karalne i przywłaszczenie pieniędzy, został skazany na 6 lat więzienia. Wyszedł na wolność po 3 latach i niemal natychmiast został zatrudniony w radiu RMF FM. Co robił po otrzymaniu swoich wyróżnień Grand Press, do czasu gdy dziś jest zatrzymany za bandytyzm, tego Wikipedia nie podaje, natomiast, owszem, otrzymujemy informację, że Bazan jest nieśubnym synem niesławnego Krzysztofa Materny, o czym sam komediant dowiedzial się dopiero w roku 2017.

         Ktoś zapyta, po ciężką cholerę w tych niełatwych przecież czasach zajmuję się ludzkimi i medialnymi śmieciami. Otóż odpowiedź mam prostą. Chodzi nie tyle o samego Bazana, co głownie o media, które, jak widzimy, obejmują rewiry normalnemu człowiekowi nie znane. Ale też mamy tego Maternę, a ja się już tylko zastanawiam, czy ów dziwny człowiek swoją karierę zawdzięcza bardziej przestępczym środowiskom mającym najwyraźniej swoje kontakty w ogólnopolskich mediach, czy może swojemu sławnemu ojcu. A jeśli tak, to czy jest możliwe, że wprawdzie stary Materna o tym co spłodził w wieku 20 lat gdzieś w Sosnowcu dowiedział się faktycznie już jako starszy pan, ale wcześniej, kto wiedział, ten wiedział, a już wiedział być może nawet sam Bazan.

       A jeśli tak to było, to jest całkiem możliwe, że kiedy mój stary dobry znajomy dyrektor w wielkiej państwowej firmie opowiadał mi, jak to dobrze jest mieć mocne kontakty zawodowe, ani mu do głowy nie przyszło, że znacznie łatwiej jest polegać na kontaktach rodzinnych, nawet będąc zaledwie prostym bękartem.

 

czwartek, 30 stycznia 2020

Czy język koreański stanie się w Polsce drugim językiem urzędowym?


      Parę lat temu pewne dziecko, wówczas jeszcze uczennica gimnazjum, zapytane przeze mnie, kto jest jej ulubionym piosenkarzem, odpowiedziała, że BTS. Oczywiście nic z tego nie zrozumiałem, no ale ona wyjaśniła mi już po chwili, że to jest zespół z Korei. Zdziwiłem się, ale drążyłem dalej. Kiedy zapytałem, jakie filmy lubi, powiedziała, że ogląda wyłącznie koreańskie seriale. Spytałem więc, o czym te filmy są, a ona mnie poinformowała mnie, że to są zwyczajne filmy: albo historie rodzinne, albo thrillery, albo dramaty policyjne, a nawet też horrory – normalnie, jak to filmy. Gdzie ona to znajduje? Normalnie, w Internecie. Rozejrzałem się po jej pokoju i nagle się zorientowałem, że książki, które się tam tu i ówdzie walają, to w znacznej części są polskie wydania japońskiej mangi, opracowane w dodatku na tyle starannie, że nawet po polsku się je czyta od tyłu. Później jeszcze powiedziała mi owa uczennica, że ona jest coraz lepsza z angielskiego, bo właściwe każdą wolną chwilę spędza na internetowych czatach z kolegami z Korei, no a ponieważ ona nie zna koreańskiego, to rozmawia z nimi po angielsku. Póki co pewnie tak zostanie, bo wprawdzie rodzice zapisali ją niedawno na lekcje japońskiego, no ale to jest oczywiście nie to.
      Chciałem oczywiście wiedzieć, co jej strzeliło do głowy, by się zainteresować akurat tą Koreą, no ale ona tylko wzruszyła ramionami i musiałem z tym się męczyć już dalej sam, przynajmniej do czasu, kiedy to dziecko mi powiedziało, że jest strasznie zdenerwowane, bo za kilka miesięcy w berlińskiej O2 odbędzie się koncert jej ukochanego koreańskiego zespołu BTS, a ona się boi, że nie uda jej się kupić biletu, bo ich wszystkie koncerty wyprzedają się regularnie w ciągu pierwszych minut, no i ona nie wie, czy zdąży. Byłem w szoku, ponieważ nie mogłem w żaden sposób uwierzyć, że coś co pochodzi z Korei, przyjeżdża z koncertami do Berlina, występuje na jednej z największych scen i nie dość, że sprzedaje wszystkie miejsca, to jeszcze robi to w pierwszych minutach po otwarciu budki. No ale znów to jakoś zniosłem, do tego stopnia, że nawet nie udało mi się zapamiętać tych literek i sprawdzić, co to jest za dziwadło, i dopiero kiedy ruszyła sprzedaż biletów, a moja uczennica powiedziała mi, że ona w owym dniu zasiadła z palcem nad klawiaturą swojego laptopa już na parę godzin przed „Godziną W” i dokładnie w sekundzie kiedy ona wybiła, nacisnęła guzik „kup”... i okazało się, że wszystkie bilety zostały sprzedane, zorientowałem się, że ja jednak nie śnię. Tymczasem ona się oczywiście pobeczała, po pewnym czasie jednak doszła do siebie i wróciła przed komputer, by czekać aż pojawią się jakieś zwroty, no i ostatecznie się udało.
      Wtedy to dopiero, by nie pozostawać dłużej w ciemnościach, wpisałem w googlu nazwę BTS, zostałem skierowany do Wikipedii i tam przeczytałem, że grupa BTS to jest boysband złożony z siedmiu identycznych Azjatów, oraz stanowiący jeden z wielu projektów reprezentujących nurt o nazwie K-Pop, który w tym momencie stanowi światowy sukces komercyjny nieporównywalny z niczym, co było wcześniej i prawdopodobnie powstanie w przyszłości. Proszę popatrzeć, co o tym pisze wspomniana Wikipedia.
      Według czegoś, co się nazywa Gaon Music Chart, BTS w samej Korei sprzedali 16 milionów albumów, jednocześnie swoim debiutem w roku 2010 utrzymując wciąż pierwsze miejsce w historii wszystkich debiutów w historii tamtego rynku. Z powodu sukcesu wykraczającego daleko poza granice Korei, tygodnik „Time” umieścił ich na swojej okładce ogłaszając zespół mianem „liderów nowej generacji” i awansując ich do elitarnej grupy 25 najbardziej wpływowych osób w Internecie. Podobnie magazyn Forbes umieścił Koreańczyków na 43 miejscu najlepiej zarabiających celebrytów na świecie. Podczas swojej trasy koncertowej w zeszłym roku, BTS wystąpili na wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie Wembley, a wszystkie bilety rozeszły się w ciągu półtorej godziny. Z danych opublikowanych w roku 2019 wynika, że BTS każdego roku wpuszcza do koreańskiej gospodarki niemal 5 miliardów dolarów, a jeden na 13 zagranicznych turystów odwiedzających dziś Koreę, robi to z uwagi na tych siedmiu chłopców, których muzyka w roku 2018 osiągnęła całkowitą sprzedaż na poziomie 19 miliardów dolarów, a każdy z członków zespołu jest multimilionerem.
       Ale dowiedziałem się z Wikipedii jeszcze czegoś. Otóż mianowicie rząd Korei traktuje zarówno zespół BTS, jak i cały ten K-Pop jak swój skarb narodowy i jeden z głównych eksportowych priorytetów i robi wszystko i wszędzie, gdzie tylko może odnaleźć odpowiednie kanały dystrybucji swojej propagandy, by język koreański, koreańskie piosenki, koreańskie filmy, koreańska literatura, no a przede wszystkim koreańska kultura – cokolwiek by to miało oznaczać – trafiła pod strzechy na całym dosłownie świecie. I tu cytat z Wikipedii:
      Rząd Korei Południowej uznał korzyści dla sektora eksportowego kraju wynikające z koreańskiej fali. W 2011 roku szacowano, że każde 100 dolarów wzrostu eksportu kultury koreańskiej przyczynia się do wzrostu eksportu innych towarów konsumpcyjnych, w tym żywności, ubrań, kosmetyków i produktów IT o 412 dolarów, dlatego też władze Korei dopłacają do niektórych przedsięwzięć. Rządowe inicjatywy na rzecz zwiększenia popularności K-popu są w większości podejmowane przez Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki, które jest odpowiedzialne za ustanowienie na całym świecie Centrów Kultury Koreańskiej, m.in. w Warszawie. Ambasady i konsulaty południowokoreańskie także organizowały koncerty K-popowe poza granicami kraju, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych regularnie zaprasza zagranicznych fanów K-popu na coroczny festiwal K-Pop World Festival w Korei Południowej”.
      Wróćmy do Polski. Otóż, jak poinformowała mnie moja córka, gdy chodzi o sam Twitter grupa fanów K-Popu stanowi tam bezdyskusyjnie największą grupę ze wszystkich.  My oczywiście tego nie widzimy, bo nas to kompletnie nie interesuje, jeśli jednak zbadać sprawę od środka, to się okaże, że społeczność K-Pop na polskim Twitterze przejęła to miejsce z przysłowiowym palcem w nosie. Miałem okazję zobaczyć co się tam dzieje i zaręczam wszystkim, że oni to traktują jak najbardziej poważnie i jeśli tylko będzie trzeba, to oni, a nie sympatycy Grety Thunberg, czy  ta cała młodzież o tęczowych mózgach zrobią nam tu przysłowiową jesień średniowiecza. A potem przyjdzie na starszych i bardziej cwanych i ani się nie obejrzymy jak nasze wnuki poproszą nas byśmy im sfinansowali lekcje już nie angielskiego, ale koreańskiego.
      Mimo że od dłuższego już czasu wiem, czym jest ów K-Pop i portrafię bez najmniejszego trudu rozpoznawać na ulicy jego fanów – a zapewniam, że nie są to tylko dzieci – a nawet obejrzałem sobie fragmenty klipów zespołu BST na youtubie, to wciąż nie wiem, co to jest dokładnie za muzyka i dowiadywać się tego nie zamierzam. Wystarczy mi choćby to zdjęcie, które zamieściłem poniżej. Nie zmienia to przy tym faktu, że to co zrobił ostatnio TVN, o czym już dziś trąbi cały świat, a te wszystkie dzieci z charakterystycznymi antysmogowymi maskami na noskach stoją już w blokach startowych, by pójść i gmach na Wiertniczej zwyczajnie spalić, odbieram z najwyższym zdumieniem. Jak to mianowicie możliwe, że ci – ja wiem, że durnie, ale mimo wszystko ludzie w jakiś tam sposób rozumni – zanim zdecydowali się szydzić z tych wystruganych nie wiadomo z czego elektronicznych piesków, nie zajrzeli do Internetu i nie sprawdzili, z kim mają do czynienia. Jeśli jakaś, rozumiem, że jakoś tam licząca się firma, ogłasza konkurs na najprzystojniejszego mężczyznę na świecie i wygrywa nieznany im kompletnie Koreańczyk, w dodatku jeden z siedmiu, z których każdy wygląda dokładnie tak samo, to wypadałoby się puknąć w czoło i zadać pytanie, o co tu w tym wszystkim chodzi, a nie wyskakiwać przed kamerę i krztusząc się ze śmiechu powtarzać jakieś grepsy typu „ding dong pong”. Tymczasem ci durnie, zamiast sprawdzić z czym – nie kim, ale czym – mają do czynienia posuwają się wręcz do tego, by zademonstrować, że dla nich, to właściwie wszystko jedno czy Jeon Jeong-guk, czy może Jung Ho-seok.
        I teraz może przejdę do sedna rzeczy. Otóż ja wprawdzie napisałem wcześniej, że zachowanie TVN-u mnie zdumiało, to w gruncie rzeczy, już po zastanowieniu, muszę powiedzieć, że chyba jednak nie do końca. Otóż moim zdaniem, oni rzucając się tak kompletnie bez sensu na ten K-Pop, po raz kolejny pokazali, jak strasznie są wyalienowani. To co oni zrobili, to jest dokładnie to samo, co robią od wielu już lat, czy to kiedyś z tak zwanym „ciemnogrodem”, następnie z „moherowymi beretami”, następnie z ludźmi, którzy za 500+ jadą całymi rodzinami nad polskie morze, a dziś z Zenkiem Martyniukiem i tym całym Sylwestrem w Zakopanem. Oni nie są absolutnie w stanie na chwilę się zatrzymać, pomyśleć i zrozumieć, że to iż oni o czymś wcześniej nie słyszeli, albo że czegoś wcześniej nie doświadczyli, wcale nie oznacza, że tego nie ma i można się z tego bezkarnie nabijać. Dotychczas im to uchodziło na sucho, z tej prostej przyczyny, że mieli do czynienia z ludźmi spokojnymi, nie znoszącymi awantur, a przede wszystkim reprezentującymi znaną nam cywilizację. Tym razem wydaje mi się, że trafili na podobnych sobie kosmitów i tego starcia mogą zwyczajnie już nie przeżyć.



niedziela, 24 listopada 2019

Z wizytą pod obsranym murem


   Oczywiście, świadomość tego, że tak zwana – co z tego, że kompletnie idiotycznie? – wojna polsko-polska skazana jest na wieczny sukces, towarzyszy mi praktycznie od zawsze. Gdy chodzi natomiast o lata całkiem współczesne, jestem bardzo głęboko przekonany, że wszelkie próby, choćby tylko teoretycznego debatowania na temat tego, co należałoby zrobić, by dojść do jakiegoś consensusu, przynajmniej jeśli idzie o podstawowy wymiar cywilizacyjny, są jak psu na budę. Co do słuszności swojego stanowiska nabrałem jednak już zupełnej pewności całkiem niedawno dzięki dwóm wydarzeniom, które dziś chciałbym odpowiednio skomentować.
   Oto podczas niedawnych głosowań w sprawie kandydatur do Krajowej Rady Sądowniczej, sejmowa opozycja, jak się okazało, z jednej strony zagłosowała przeciwko kandydatom zgłoszonym przez Prawo i Sprawiedliwość – co oczywiście rozumiem – a jednocześnie zaproponowała na to stanowisko Joannę Senyszyn. I kiedy mówię o sejmowej opozycji, wcale nie mam na myśli jedynie posłów SLD, Wiosny, Razem, czy tej części Koalicji Obywatelskiej, która jest utożsamiana z najbardziej skrajną lewicą, ale w ogóle o wszystkich, włączając w to również tych, którzy przedstawiają się jako szczerzy spadkobiercy Etosu Solidarności.
   Moim zdaniem, skoro doszliśmy do punktu gdzie ludzie, do których bardziej naiwna część obozu władzy wyciąga rękę i apeluje o porozumienie na poziomie pryncypiów, z pełną determinacją głosują za kimś takim jak Joanna Senyszyn, krzycząc jednocześnie „Hańba!” w kierunku Krystyny Pawłowicz, to znajdujemy się pod ścianą, za którą nie ma już nic. Ktoś powie, że dopóki oni nie staną we wspólnym szeregu z Jerzym Urbanem, czy zabójcami błogosławionego księdza Popiełuszki, to sprawa wciąż jest otwarta, a ja na to odpowiadam, że nie. To że na miejscu Senyszyn nie stoi Urban, czy pułkownik Piotrowski, czy jak on się dziś nazywa, to w żadnej mierze nie jest zasługą naszej klasy politycznej, lecz ich samych. Ani Urban ani ten drugi nie są dziś posłami do Sejmu wyłącznie z tego względu, że im na tym jakoś szczególnie nie zależało. W przeciwnym wypadku, daję słowo, że oni, nie dość że by zdobyli głosy wielu wyborców, to równie dobrze jak Senyszyn, otrzymaliby pełne poparcie zarówno ze strony Grzegorza Schetyny, Jerzego Borowczaka, Pawła Kowala, Pawła Poncyliusza, czy Joanny Kluzik-Rostkowskiej. I to jest dla mnie bardzo prosty dowód na to, że o żadnym porozumieniu mowy nie ma i już nigdy nie będzie.
   Ale to nie wszystko. Oto byłem przedwczoraj z wizytą u ludzi bardzo mi bliskich, no i tam – jak zawsze przy tej okazji – zmuszony zostałem do obejrzenia Faktów TVN. Tak już na marginesie, ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego w ten jeden dzień, kiedy ja tam jestem, a nie zdarza się to akurat zbyt często, oni nie potrafią zrezygnować z owych Faktów. Znają moje poglądy, wiedzą, że ja się trzymam znienawidzonej przez nich telewizji publicznej, ale też mają pełną świadomość, że w przeciwnej sytuacji coś takiego jak wspólne oglądanie Wiadomości wręcz nie wchodzi w rachubę, i to nawet nie dlatego, że oni by się na mnie zwyczajnie obrazili, a obraziliby się na pewno, ale dlatego, że ja bym sobie zwyczajnie nie pozwolił na to, by ich narażać na tego typu przykrości. A mimo to, owych Faktów nie mogą przegapić.
  No ale tu oczywiście podobnych dylematów nie było i po raz pierwszy od wielu miesięcy, w skupieniu wysłuchałem Grzegorza Kajdanowicza i spółki. Zanim jednak będę kontynuował temat, muszę zwrócić uwagę na coś, o czym część Czytelników może nie wiedzieć. Otóż parę dni temu w Brukseli odbywało sie jakieś spotkanie, po zakończeniu którego europoseł Prawa i Sprawiedliwości Grzegorz Tobiszowski wyszedł na taras zapalić sobie papierosa. I tak się niefortunnie zdarzyło, że zamek od drzwi prowadzących na ów taras uległ awarii i Tobiszowski znalazł się w pułapce. W pewnym momencie, kiedy okazało się, że sprawa jest naprawdę poważna, drzwi nie chcą puścić, telefon został w środku, w okolicy nie ma nikogo, kogo można by było poprosić o pomoc, a z drugiej strony już tylko siedem pięter, Tobiszowski najpierw zaczął w drzwi kopać, próbując je wyważyć, a kiedy to nie dało efektu, podjął ryzyko, przeszedł po gzymsie do miejsca, z którego mógł się jakoś wydostać, no i ostatecznie z owej opresji się wyratował.
 I tu się dowiadujemy, że on tam wcale nie był tak bardzo samotny. W oknie po przeciwnej stronie z telefonem komórkowym zasiadł były poseł Platformy Obywatelskiej, niejaki Michał Stasiński – swoją drogą, diabli wiedzą, co on tam w tej Bruskeli robi – i zmagania Tobiszowskiego nagrał, a następnie owo nagranie rozesłał gdzie się da, tak by i inni mieli z niego bekę. Film dotarł również do Faktów TVN i wtedy to własnie wpadłem z wizytą do znajomych.
  Relacja, jaką stacja zaprezentowała była z mojego punktu widzenia do tego stopnia wstrząsająca, że po powrocie do domu odnalazłem gdzieś w Sieci jej zapis, z myślą o Czytelnikach, przepisałem ją słowo w słowo i oto – proszę się trzymać krzeseł. Na ekranie widzimy zapętlony fragment filmu przedstawiający posła Tobiszowskiego jak najpierw bezradnie chodzi po tarasie, a następnie parę razy kopie w drzwi, a z offu leci odczytywany przez redaktora komentarz:
 Nie chodzi o to, żeby się czepiać, ale gdyby europoseł PiS-u nie palił papierosów, to nie wyszedłby na balkon, a zamek by się nie zatrzasnął. Grzegorz Tobiszowski nie stałby na mrozie 20 minut i w akcie desperacji nie zacząłby kopać w drzwi. Chciał je zniszczyć i wyważyć.
      Kung Fu, pan dał popis [sic!]. Euro but i euro popis na najwyższym poziomie siódmego piętra. No ale jeśli ktoś miał tekę w ministerstwie energii i zna się dodatkowo na górnictwie, to może robić za karatekę i energetycznie kopać. I to całkiem sprawnie technicznie, mówi mistrz świata w karate kyokushin (w tym momencie ekipa stacji udaje się z kamerą do wspomnianego mistrza, który potwierdza z powagą, że faktycznie Tobiszowski mógłby być znakomitym karateką)
      Być może pan europoseł nie utknąłby na tarasie gdyby nie technika właśnie, zaskakująco krnąbrna. Jego asystent tłumaczy, że Tobiszewski próbował wszystkimi metodami otworzyć drzwi (i tu mamy krótką wypowiedź wspomnianego asystenta). Nieprawda, że wszystkimi, mógł wszak jak fachmani od wchodzenia przez zamknięte drzwi, wyrwać z eurościany jakiś betonowy blok i przydzwonić. Może byłby bardziej skuteczny. A tak musiał porzucić karate koncept, przejść, bez wątpienia, z narażeniem życia dla Ojczyzny, przemaszerować co najmniej 40 metrów wzdłuż gzymsu budynku. Za ofiarność i odwagę, cześć i chwała na wysokości.
      Ale to początek historii, bo po ocenach techniki pojawiły się oceny etyki. I tu zaskoczenie, bo okazuje się, że pan europoseł jest zażenowany. Wrzucił Michał Stasiński i zebrał od europosła cięgi, że nie pomógł, że nie poinformował ochrony, że zamiast tego zajął się nagrywaniem. Pewnie że mógłby pomóc, gdyby tam był. Nie było go. Film dostał [sic!].
      Mówi Stasiński: „Atak na mnie za to że kopał w drzwi jest dla mnie całkowicie niezrozumiały. Gdybym był na miejscu na pewno chętnie bym pomógł”.
     Może gdyby europoseł dawał znaki dymne z papierosa z sygnałem SOS, ktoś na miejscu by pomógł, ale i tak skończyło się happy endem.
     Stasiński mówi, że film jest popularny. Czyli jest sukces w promocji Polski i sportu. Europa już wie, że mamy mistrza kung-fu. Z naciskiem na fu.
      Paweł Abramowicz. Fakty.
      I teraz tak: ja nie mam pewności, czy relacja red. Abramowicza jest dokładna, ale jeśli założyć że tak, to nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Tobiszowski, próbując uciec z tego tarasu, spadł na dół z siódmego piętra, to Stasiński za nieudzielenie pomocy człowiekowi raczej poszedłby siedzieć, a Abramowicz musiałby sobie znaleźć inny temat do kpin. Tobiszowski szczęśliwie jednak dał sobie dzielnie radę, więc pozostają już tylko szyderstwa. Ja jednak w tej sytuacji mogę już tylko powtórzyć to, o czym pisałem wcześniej: nie ma mowy o jakimkolwiek porozumieniu, i to choćby w minimalnym stopniu. Czy mówimy o prowadzącym to akurat wydanie Faktów redaktorze Kajdanowiczu, czy o samym autorze tego kuriozalnego reportażu, Abramowiczu, czy o tym dziwnym człowieku z komórką, czy wreszcie o tych, w których imieniu oni występują publicznie, musimy dojść do wniosku, że dziś już prawdopodobnie nie mamy do czynienia z ludźmi w sensie, do jakiego przyzwyczaiło nas życie. To są już wyłącznie ludzkie szczątki i naprawdę trudno sobie wyobrazić sytuację, gdzie można wspólnie siąść i nawiązać choćby podstawowy kontakt.
        Przyznaję więc, że nie jest wesoło. Jednak żeby już nie kończyć tej notki w tak paskudnym nastroju, mam wiadomość nieco optymistyczną. Kiedy siedzieliśmy tak i wsłuchiwaliśmy się we wspomniane słowa, moi znajomi nie dość, że nie chichotali, nie dość, że na ich twarzach nie pojawił się uśmiech, to oni nie wyrzucili z siebie choćby słowa komentarza. A to daje mi powód, by zachować przynajmniej resztki nadziei, że przynajmniej dla nich – a jeśli dla nich, to może też i dla innych – sytuacja, jaka ich zastała pod owym murem wcale nie jest aż tak komfortowa. Mam słabą nadzieję, że może jeszcze nie dziś, nie jutro i pewnie też nie pojutrze, ale jednak wielu z nich uzna, że to jest w gruncie rzeczy świat zupełnie obcy, odwrócą się i opuszczą to podłe miejsce. A ci co pozostaną, zdechną pod owym murem tak jak wielu przed nimi.




sobota, 26 maja 2018

Kaczka zżerać duszę


      Kto wie, ten wie, kto nie wie, tego z przyjemnością informuję, że stało się tak, iż grupa jakichś mocno rozpolitykowanych performerów ustawiła na rynku w Legnicy prowizoryczny pomnik kaczki i ogłosiła, że jest to pomnik „czystości narodu”, o czym to oczywiście natychmiast poinformowała telewizja TVN24. Zanim jednak sprawą zajęli się ci państwo, na miejscu wspomnianego wybryku pojawiły się odpowiednie służby i ową demonstrację rozgoniły. O czym wspomniana stacja jak najbardziej również uznała za stosowne poinformować.
     I oto proszę spojrzeć, jak się zaprezentował autor owej relacji, redaktor nazwiskiem Paweł Abramowicz:
     Wielki, nadęty i uśmiechnięty. Mógłby to być pomnik jakiegoś w miarę sympatycznego dyktatora Kaczogrodu, ale choć stanął w mieście nad rzeką Kaczawą, nie jest. Bladym świtem ustawiła go grupa nieznanych sprawców. ‘To pomnik czystości narodu’, informuje nieznany sprawca. ‘Wszędzie się mówi, że Polska wstaje z kolan, to te kolana muszą być czyste. My o tę czystość dbamy. Nasza kaczka Myjka ma oczyścić cały naród’”. Inicjatywa super kuper, ale kaczka bojowniczka o czystość nie zdążyła niczego wyczyścić, bo szybsi byli stróże prawa. Mundurowi oczyścili z kaczki teren wynosząc ją gęsiego. To musiała być dla nich ciężka kaczka do zgryzienia. Nie zmieściła się nawet do bagażnika, tak miała rozdęte ego. Trochę dziwne, że kaczki nie zbadali pirotechnicy. Mogła wszak być podstępem i wybuchnąć. Na przykład śmiechem. Tajemniczym wątkiem sprawy jest to, że policja jak ognia unika słowa ‘kaczka’. Element gumowy na „k” jest teraz przedmiotem postępowania. Trwa poszukiwanie nieznanych sprawców. Zapewne pomoże biegły, który zbada wentyl elementu gumowego i wskaże, kto go dmuchnął. Sprawcom za ustawienie elementu bez zgody zarządcy grozi grzywna lub więzienie. Kaczce, spuszczenie powietrza. Może i dobrze, bo legniczanom kaczka na pomniku jakoś nie leży. Ale nieznani sprawcy się nie poddają i kontratakują. Już jest odzew. Z uwięziona kaczką solidaryzuje się pół globu. Chiny wielkim murem za kaczką. To Rosja i akcja ‘Na ramię kaczka’. Tu japońska młodzież w oczyszczającej kaczej zupie, a tu brazylijczycy manifestują poparcie hasłem ‘Wszyscy jesteśmy kaczkami’. Kaczka rzadzi światem, choć to tylko element gumowy. Paweł Abramowicz, Fakty”.
     Ow reportarz trwa parę minut i poza powyzszym tekstem, wygłoszonym przez podpisanego pod nim red. Abramowicza, mamy jeszcze obraz, a tam wypowiedzi pani policjantki, mieszkańców Legnicy, no i, last but not least, zamaskowanych jak najbardziej, autorów owego przezabawnego numeru z kaczką, co ciekawe, udzielających wypowiedzi dla telewizji TVN24 pod wciąż jeszcze nie usuniętym pomnikiem, co świadczyć może tylko o tym, że telewizja TVN24 niezmordowanie realizuje swoje hasło „Cała prawda całą dobę”.
      Ktoś się pewnie zaciekawi, czemu ja, po tylu już latach jak na naszej politycznej scenie pojawili się bracia Kaczyńscy, wciąż się emocjonuję tym, że gdzieś w Polsce grupa idiotów postanawia urządzić happening oparty na skojarzeniu nazwiska Kaczyński ze słowem „kaczka”. Kto inny pewnie zapyta się, czy ja uważam, że bardzo dobrze się stało, iż policja postanowiła się wziąć za wrogów pisowskiej władzy. Jeszcze ktoś być może uzna, że mną kierują pretensje do telewizji TVN24, że organizuje tak żenujące prowokacje i to wciąż im uchodzi na sucho. Otóż nie. Ja oczywiście mam na każdy z tych tematów swoje przemyślenia, jednak tym razem chodzi mi tylko o jedno. Po wysłuchaniu komentarza wspomnianego Abramowicza myślę sobie, że są głębiny kompromitacji, niżej których których nie są w stanie zejść ani red. Rachoń, ani plastyczka Piela, ani Wojciech Cejrowski, ani Jonasz Rewiński, ani nawet – przepraszam, ale muszę to powiedzieć – ministrowie Gliński i Suski. A zatem apeluję. Trzymajmy się tego, co nam los zrzucił na głowy, bo jeśli tego zabraknie, to już tylko nam pozostanie red. Abramowicz i jego kumple. A ja nie mam wątpliwości, że oni potrafią być naprawdę kreatywni, a jeśli ktoś myśli, że nie, zachęcam do rzucenia okiem na red. Abramowicza w dekoracji, którą on udostępnił szerokiej publiczności, jak rozumiem, w przekonaniu, że to jest coś, czym się należy pochwalić. A zatem, skoro chciał, niech ma.


Gdyby ktoś się zastanawiał nad kupieniem sobie jakiejś książki, polecam rozwiązanie jedyne i tak naprawdę ostateczne. Mam na myśli księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Dalej szukać nie trzeba.

czwartek, 9 listopada 2017

TVN, czyli o skutecznej hodowli samobójców

      Każdy kto czyta ten blog w miarę uważnie zwrócił zapewne uwagę na to, że za każdym razem ja tu spróbuję zaczepić czy to „Gazetę Wyborczą”, „Newsweek”, czy wreszcie telewizję TVN24, uruchamia się natychmiast gwałt, że ja zajmuję się jakims ścierwem, zamiast skupić swoją uwagę na tak zwanych mediach patriotycznych i niepokornych. Inna sprawa, że ile razy ja z kolei zaczepię owe media niepokorne, podnosi się wrzawa, że atakuję „naszych”, a tym samym staję po stronie obozu zdrady narodowej. Ostatnio owo szaleństwo przybrało wyraz na tyle karykaturalny, że niemal jednoczesnie z jednej strony zarzucono mi, że za pieniądze atakuję rząd Prawa i Sprawiedliwości, a z drugiej, że za te same pieniądze prowadzę promocję „Newsweeka”.
      W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak, z nadzieją, że oni mi zechcą za to odpowiednio zapłacić, zachęcić tu wszystkich do odwiedzania portalu tvn24.pl, gdzie wczoraj właśnie doszło do zdarzenia moim zdaniem dość wyjątkowego. Oto w pewnym momencie na wspomnianym portalu ukazał się tekst pod wiele mówiącym tytułem „PiS chce zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Pod projektem podpis Kaczyńskiego”. Oczywiście, my tu wszyscy jesteśmy na tyle przytomni, by wiedzieć, że hodowla to nie to samo, co posiadanie, a nawet i to, że hodowla ma różne oblicza i różne cele, a zatem owa informacja już na kilometr śmierdzi tanią prowokacją, niemniej jednak my to my, a, jak wiemy, szary człowiek – w tym również ów biedak, który ostatnio w tak spektakularny sposób podpalił się pod Pałacem Kultury – to najczęściej osoba naiwna i pełna zaufania, i to niechybnie do niej właśnie adresowany jest ów przekaz.
     Ukazał się zatem ów tekst, zatytułowany w ten, a nie inny sposób, i każdy kto zdecydował się zajrzeć nieco głębiej, natychmiast zauważył, że mamy do czynienia ze zwykłym przekrętem. Ale też nie tak od razu. Otóż, zanim dojdziemy do królików i kotów, dowiadujemy się, że „projekt przewiduje m.in. rozszerzenie katalogu czynów uznanych za znęcanie się nad zwierzętami oraz podwyższenie kar za takie czyny. Wprowadzić ma też zakaz trzymania psów na łańcuchach, a w okresie przejściowym – wydłużenie łańcucha do pięciu metrów. Ma również wprowadzić określenie psa rasowego oraz kota rasowego w celu wyeliminowania pseudohodowli”.
     Jedźmy więc dalej i szukajmy zapowiedzianego w tytule artykułu Kaczyńskiego planującego założenie pętli na szyję właścicieli kotów: „Projekt zakłada również wprowadzenie powszechnego obowiązku oznakowania psów. Obecnie jest to jedynie uprawnienie właściciela. Brak tego obowiązku, jak wskazano, sprawia, że to samo zwierzę może być kilkukrotnie odławiane i ponownie wypuszczane, co może prowadzić do nadużyć. Nie ma również możliwości zidentyfikowania zwierząt porzuconych lub poszkodowanych w wypadkach drogowych, co skutkuje dodatkowym obciążeniem dla gmin. W uzasadnieniu podano, że obecnie w Polsce istnieje kilka niezależnych i niepowiązanych ze sobą baz danych zwierząt poddanych identyfikacji. Projekt zakłada utworzenie centralnej bazy danych prowadzonej przez Głównego Inspektora Weterynarii”.
      No ale co z tymi zwierzętami futerkowymi? Z tymi kotami, królikami, no i przede wszystkim tym okropnym Kaczorem? Na razie nic szczególnego: „Jednym z celów projektu jest wprowadzenie zakazu wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W uzasadnieniu podano, że w Polsce istnieje 17 cyrków, które wykorzystują w swoich przedstawieniach zwierzęta m.in.: słonie, lwy, tygrysy, wielbłądy, foki, lamy, zebry, krokodyle i konie. Cyrki nie są w stanie zapewnić zwierzętom warunków adekwatnych do ich potrzeb, m.in. kontaktu ze stadem, możliwości izolacji, kiedy tego potrzebują, pełnowymiarowych wybiegów, stymulacji psychiczno-ruchowej, poczucia bezpieczeństwa, możliwości samodzielnego zdobywania pożywienia przez dzikie zwierzęta i dostosowania diety do indywidualnych potrzeb”.
      Wciąż jednak ani słowa o naszych kotach. No i kiedy wydawało się, że pozostaniemy w stanie owej wyczekiwanej każdego dnia nienawiści, wreszcie – jest! Jest nawiązanie do informacji podstawowej: „Kaczyński będzie wsadzał do więzienia właścicieli kotów”, a ja ją podam w wersji oryginalnej i dosłownej:
      „W projekcie proponuje się także wprowadzenie zakazu hodowli i chowu zwierząt futerkowych w celu pozyskiwania futer. ‘Chów i hodowla zwierząt w tym celu przysparza zwierzętom zbędne cierpienie, a ponadto niektóre fermy negatywnie wpływają na środowisko naturalne’ – oceniono”.
      Aha!
      I na tym moglibyśmy już zakończyć te nasze dzisiejsze refleksje, gdyby nie potreba powiedzenia czegoś jeszcze. Rzecz w tym, że w tym samym dokładnie czasie, ten sam dokładnie portal tvn24.pl zapowiada debatę, z jednej strony szczególną, z drugiej, przewidywalną jak czarna zaraza. Proszę się trzymać foteli: „Czy Polacy to jeden naród a dwa plemiona? – na to pytanie spróbują odpowiedzieć goście dyskusji ‘Arena Idei’ zgromadzeni w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Debata będzie transmitowana na antenie TVN24 w niedzielę 12 listopada o godz. 19:20. Gośćmi ‘Areny Idei’ będą: ks. Adam Boniecki, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Ewa Łętowska oraz prof. Andrzej Zybertowicz. Debatę poprowadzi Katarzyna Kolenda-Zaleska”.
      Niech płoną! Niech płoną.

Zapraszam wszystkich niezmiennie do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
      

       

niedziela, 5 listopada 2017

TVN czyli z flaszką na cmentarz

      Wspominałem tu już o tym, ale ponieważ pojawiają się tu ostatnio pewne insynuacje, pozwolę sobie przypomnieć, że od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość przejęło w Polsce władzę, gdy chodzi o telewizję oglądam wyłącznie sport oraz TVP, natomiast informacje, które w czasach jeszcze przed ostatnimi wyborami uzyskiwałem z wówczas jeszcze mojej ulubionej stacji TVN24, zbieram dziś wyłącznie w Internecie, a więc między inymi z portalu tvn24.pl,  i dzięki temu mam pewne pojęcie o tym, jak wygląda układ sił na scenie, którą się tak tu wszyscy interesujemy. I choć słowo daję, że wolałbym, żeby było inaczej, za każdym razem gdy próbuję skonfrontować oba przekazy, wychodzi mi na to, że kiedy okazuje się, że jest już najgorzej, okazuje się, że nic podobnego – zawsze można spaść jeszcze niżej.
     Oto, proszę sobie wyobrazić, wspomniany portal tvn24.pl, tytułem „Polacy pili piją i będą pili i żaden zakaz tego nie zmieni” zaanonsował informację, że grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości skierowała do laski marszałkowskiej, a rząd Beaty Szydło ową propozycje poparł, projekt ustawy, zgodnie z którą władze samorządowe będą mogły regulować funkcjonowanie sklepów handlujacych alkoholem 24 godziny na dobę.
     Tu pozwolę sobie na pewną refleksję. Otóż, jak czytelnicy tego bloga wiedzą, dla mnie osobiście świadomość tego, że budząc się niespodziewanie w środku nocy i czując ową słynny bezsens istnienia, mogę zawsze założyć papcie i udać się do pobliskiego tak zwanego „sklepu nocnego” po flaszkę, stanowi sens życia. Wiem przy tej okazji jednak, że sytuacja, w której poza stacjami benzynowymi oraz salonami gier, jedyne usługi jak współczesna Polska świadczy swoim obywatelom 24 godziny na dobę to sprzedaż alkoholu, z punktu widzenia czegoś co nazywamy poczuciem narodowej godności, stawia nas w pozycji psa, który tylko czeka aż jego pan się nim choć na moment zainteresuje.
      Niektórzy z nas pamiętają to jeszcze z czasów rozwiniętego PRL-u, inni z opowieści rodziców, ale tak zwane czasy komuny, pomijając wiele innych swoich bardzo szczególnych cech, charakteryzowały się czymś, co powszechnie było nazywane „rozpijaniem narodu”. Jedna część społeczeństwa normalnie chlała, a ta druga, zachowująca jako taką trzeźwość i próbując utrzymać względną przytomność, to tu to tam powtarzała, że jeśli cokolwiek ma się w Polsce zmienić, należy wszystko zacząć od tego, by skończyć z owym strasznym chlaniem. Od tego czasu zmieniło się wiele. Nie znam dokładnych statystyk, ale wygląda na to, że gdy chodzi o spożycie alkoholu nie jest tak najgorzej, a przynajmniej ów proceder jest realizowany na poziomie znacznie wyższym niż klasyczne chlanie pod płotem.
     I oto, proszę sobie wyobrazić, dziś, kiedy grupa posłów doszła do wniosku, że najwyższy czas, by zrobić krok do przodu i ograniczyć działalnośc sklepów handlujących alkoholem 24 godziny na dobę, pierwszy front sprzeciwu otwarty został przez stację TVN24, która wprawdzie nie miała w sobie wystarczjąco dużo uczciwości, by skierować do nas apel „zachlejcie się na śmierć”, bo dzięki temu my zdobędziemy władzę i pieniądze, natomiast, owszem, znalazła sposób, by ów projekt odpowiednio wyszydzić.
    Rzecz w tym, że w telewizji TVN24 ukazała się wspomniana wcześniej informacja, podana w taki sposób, że najpierw wystąpił niesławny red. Kajdanowicz, z szyderczym uśmiechem wspomnający coś o „władzy, która postanowiła zadbać o trzeźwość narodu”, następnie puszczony zostaje materiał filmowy, w którym jakiś menel z namaszczeniem informuje nas, że „Polacy pili piją i będą pili i żaden zakaz tego nie zmieni”, a całość zostaje powtórzona przez portal tvn24.pl właśnie pod powyższym tytułem.
       Ktoś powie, że ja tu jednak posunąłem się zbyt daleko. Nie ma przecież takiej możliwości, by ktoś normalnie myślący publicznie promował pijaństwo, a czynił to w dodatku w taki sposób, by szydzić z tych, którzy owe pijaństwo chcą na ile się da ograniczyć. Otóż proszę sobie wyobrazić, że to wszystko jak najbaredziej żyje, i, co gorsza, radzi sobie naprawdę znakomicie. Telewizja TVN24 wierzy w to, że sytuacja dziś jest taka, gdzie jedynym wyjściem jest przede wszystkim doprowadzenie Polski do kompletnego upadku, a następnie do ewentualnej, powolnej odbudowy wedle nowych wzorów.
       I to tyle. A gdyby ktoś uznał, że ja się czepiam, proponuje coś na deser. Otóż, jak się dowiaduję ze wspomnianego Internetu, w emitowanym – co ciekawe, w dniu Wszystkich Świętych –  przez ten sam TVN teleturnieju „Milionerzy” pojawiło się pytanie: „Wykonawca przeboju o pszczółce Mai w innej piosence zaprasza do A: Chałup; B: Rowów; C: Zgonów; D: Chłopów”. Taki żart.
       Ja wiem, że to już jest nudne, ale powtórzę. Jesteśmy w stanie bardzo ciężkiej wojny z TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji i nic nas nie zwalnia z odpowiedzilności za siebie i za innych.

Gdyby ktoś nie wiedział, co sobie wziąć do czytania, polecam ksiegarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a w niej i moje książki. Polecam.


niedziela, 16 lipca 2017

Dyplom dla Księdza Arcybiskupa

      Chciałem dziś napisać tekst o marszu, w jakim wczoraj przeszli przez moje miasto sympatycy Ruchu Autonomii Śląska, ale nagle sobie uprzytomniłem, że trzy pod rząd teksty o takiej intensywności, to jednak zbyt dużo dla niektórych z nas. W czym rzecz? Od pewnego czasu część czytelników tego bloga, skarży się, że przez to, że ja tu z nieznanym wcześniej uporem zamieszczam codziennie nowy tekst, oni często nie są w stanie za nimi nadążyć i raz na jakiś czas stają w obliczu sytuacji, gdzie albo są zmuszeni czytać zaległe teksty za jednym zamachem jeden po drugim, co im się niekoniecznie podoba, albo, co im się podoba jeszcze mniej, część z nich im zwyczajnie umyka. Doszło wręcz do tego, że niedawno mój nieoceniony kumpel Lemming powiedział mi, że on ma ze mną łatwo, bo podczas gdy Coryllus pisze jeden tekst dziennie, to ja piszę rzadziej i przez to daję czytelnikowi parę dni na zaczerpnienie oddechu. A to, jak rozumiem, świadczy o tym, że on zwyczajnie część z tego co się tu ukazuje, systematycznie przegapia. Co, również z mojego punktu widzenia, nie jest niczym dobrym.
     W tej sytuacji pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: albo po prostu wpadać tu rzadziej, albo dalej zamieszczać te teksty codziennie, jak dotychczas, tyle że przynajmniej w niedzielę dać czytelnikowi odetchnąć. Postanowiłem zatem spróbować tego drugiego rozwiązania, jednak też nie do końca. Otóż w niedzielę notka, owszem, będzie, tyle że nie nowa, lecz wspomnieniowa, sprzed lat. O czym? Obojętne. Pierwsza lepsza notka, która w wpadnie mi w oko i uznam ją za wartą przypomnienia. Czy ten pomysł się przyjmie? Nie wiem, ale spróbujmy przynajmniej tę niedzielę potraktować nieco lżej. Zobaczymy, jak to będzie. Dziś tekst z roku 2011. Trochę w temacie poruszonym ostatnio przez samego przewodniczącego Wałęse, a mianowicie, jak długo Katechizm nakazuje obchodzić żałobę.

      

      O kazaniu arcybiskupa Nycza, a właściwie o pewnym drobnym, choć z mojego punktu widzenia kluczowym, jego fragmencie przeczytałem na tefaunewoskim pasku. Ponieważ, mimo wszystkich ostatnich doświadczeń, wciąż przejmuję się tym, co mówią moi biskupi, pobiegłem do pani Toyahowej i powiedziałem jej, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Ja wiem, że Toyahowa, jako osoba demonstrująca niemal stuprocentowy brak zainteresowania tym, co my tu wyprawiamy, niekoniecznie zasługuje na to, by ją tu wciąż cytować, niemniej nie wypada mi też lekceważyć faktów. A faktem jest, że ona potrafi naprawdę bardzo wiele. No więc stało się tak, że ja przeczytałem tę informację, poszedłem do mojej żony, by jej o tym co się stało powiedzieć, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
      W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniająca, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował mnie o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze uznał za konieczne dać mi naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu ja – za przykładem Hioba – mam się bezwzględnie podporządkować. Żeby nikt mi nie zarzucił, że mówię o tym, co znam tylko z omówień, zajrzałem do – jak się domyślam przynajmniej z punktu widzenia nauk arcybiskupa Nycza – do źródła najbardziej kompetentnego, a więc do „Gazety Wyborczej”, która z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, cytuje owe święte słowa:
      „Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.
      A ja sobie myślę tak. Bardzo niedawno, zaledwie kilka dni temu, kupiłem u „Niepoprawnych” dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I co ja mam teraz zrobić? Zdjąć ją, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „Ojczyzną, Kościołem i Rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej i historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
      Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
      Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on, bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
      Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. No ale trudno. Rozumiem, że należy się brać za sprawy poważne. Proszę uprzejmie, proszę Księdza Arcybiskupa. Oto melduje się do pracy na rzecz Ojczyzny, Rodziny i Kościoła. Trzy w jednym.
      Oto też wczoraj, i również na tefauenowskim pasku pokazała się informacja może jeszcze bardziej od słów abp Nycza jednoznaczna, czysta i prosta jak przysłowiowy drut. Cytuję: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. Domyślam się, że wielu z czytających te słowa, podobnie zresztą jak to było w moim przypadku, spróbuje się dowiadywać, jaka wiadomość została przez telewizję TVN przedstawiona przed i po tej, choćby po to, żeby uzyskać jakiś w miarę sensowny kontekst owej fascynującej informacji. Otóż zapewniam wszystkich, że kontekstu nie ma. News jest taki jak go przedstawiłem wyżej: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. I kropka.
     W związku z powyższym, korzystając z tego, że mam okazję zabrać publicznie głos, no i również w odpowiedzi na apel Księdza Arcybiskupa, pragnę skierować pod adresem wszystkich, którzy mają zawodowy powód, żeby mnie wysłuchać, dwa pytania, które dręczą mnie bardzo. Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego wśród osób, które otrzymały dyplomy, nie znaleźli się inni wybitni Europejczycy, tacy jak: Andrzej Wajda, Zbigniew Hołdys, Kora Jackowska, Marek Kondrat, prof. Jan Hartman, Krzysztof Daukszewicz, Jacek Pałasiński, Katarzyna Hall, Hanna Gronkiewicz-Waltz, prof. Władysław Bartoszewski, Tomasz Lis, Adam Małysz, Wojciech Kuczok, Cezary Michalski, Kazimierz Kutz, Dominik Taras, Andrzej Olechowski, Elżbieta Zapendowska, Tomasz Wołek, ksiądz arcybiskup Józef Nycz, Jerzy Iwaszkiewicz, Maja Komorowska, Tomasz Sekielski, Eryk Mistewicz, Włodzimierz Cimoszewicz, Stefan Niesiołowski, ksiądz Kazimierz Sowa, Jerzy Owsiak, Henryka Krzywonos, major Michał Fiszer, Agnieszka Holland, Tomasz Nałęcz, Kuba Wojewódzki, Jolanta Kwaśniewska, generał Stanisław Koziej, Krzysztof Materna, Jerzy Stuhr, Monika Olejnik, Daniel Olbrychski, Wojciech Fibak, Szymon Hołownia, Jerzy Buzek, Dominika Wielowiejska, i – last but not least – Jacek Michałowski?
      Druga natomiast sprawa, z jaką pragnę się zwrócić do osób kompetentnych, to dlaczego jest tak mało organizacji, które mogłyby przydzielać różnego rodzaju dyplomy wybitnym Polakom i Europejczykom. Uważam, że podobnie jak w naszym kraju jest z pewnością bardzo wiele zasłużonych osobistości, tak też z pewnością istnieje możliwość stworzenia odpowiedniej liczby organizacji, które mogłyby owe osoby odpowiednio nagradzać. Szczególnie mocno ich potrzebujemy teraz, kiedy koniec żałoby odsłonił nam tyle ludzkiego dobra. Ku chwale Ludowej Ojczyzny!

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.


środa, 17 maja 2017

O czynieniu dobra, o czynieniu zła i o propagandzie z piekła rodem

Oto z samego środka piekła, czyli z Grupy ITI, dotarła do nas wiadomość zupełnie niezwykła. Oto, jak się okazuje, gdzieś w Polsce mieszkają państwo, którzy opiekują się chorą córką, niejaką Wiktorią. Na co konkretnie chora jest owa Wiktoria, nie wiadomo, wiadomo natomiast, że ma dziś ona 18 lat i nie potrafi się poruszać samodzielnie. My tu oczywiście jesteśmy na tyle sprytni, by wiedzieć, że to akurat nie może w żaden sposób stanowić jeszcze owej niezwykłej wiadomości. W końcu, jak się możemy domyślić, w Polsce jest bardzo dużo rodzin, gdzie problem opieki nad osobą niepełnosprawną determinuje całe życie. Niezwykłość owej opowieści leży natomiast w tym, że rodzice wspomnianej Wiktorii w pewnym momencie zapragnęli, by im w domu zainstalowano specjalną windę, dzięki czemu nie musieliby oni swojego dziecka dłużej nosić na rękach, zamiast jednak zwracać się o pomoc do lokalnych instytucji, uderzyli prosto do Watykanu i papież Franciszek wpłacił na ich konto odpowiednią sumę. Teraz jeszcze tylko trzeba znaleźć parę brakujących groszy i winda będzie. Oddajmy teraz głos stacji TVN24: „- Problemy z kręgosłupem, problemy z kolanami - mówiła Dorota Kaim, matka Wiktorii. - Jest ciężko, ale daję radę. Z Bożą pomocą trochę jeszcze podźwigam Wiktorię - dodaje pan Piotr, ojciec dziewczynki”.
No i dalej:
Zwykle nie proszą o pomoc. Jak proszą, wtedy z odpowiedzią bywa różnie. Tym razem zapukali do właściwych drzwi. Papież Franciszek odpowiedział na list, który mama Wiktorii do niego napisała. Bez owijania w bawełnę prosi w nim o finansowe wsparcie na zakup i zamontowanie windy dla osób niepełnosprawnych. 'Dzięki niej wejście i zejście z drugiego piętra nie będzie dla nas takim wysiłkiem i obciążeniem' - argumentowała w liście pani Dorota. Franciszek oddzwonił za pośrednictwem papieskiego jałmużnika. Zapytał o szczegóły i chwilę później na koncie znalazła się cześć potrzebnej kwoty. Teraz każdy może zachować się po papiesku i wesprzeć rodzinę, by choć trochę było im lżej. - Od ziarenka się zaczęło i mamy nadzieję, że usypiemy bardzo duży kopczyk - dodaje mama Wiktorii".
Mam nadzieję, że dotychczas jest wszystko jasne. Rodzice Wiktorii „zwykle nie proszą o pomoc”, a ponieważ jak proszą, to „z odpowiedzią bywa różnie”, no ale tu się przełamali i uznali, że najlepiej będzie się udać prosto do Franciszka, no a ten pokazał swoje serce. W tym momencie jednak pojawia się ktoś, kogo redaktorzy portalu przedstawiają, jako księdza Wojciecha Pełkę, rektora Kościoła Zmartwychwstania Pańskiego w Krakowie, który sprawę komentuje w sposób następujący: „Gest Franciszka zobowiązuje i trochę zawstydza. Gdzie są polskie instytucje? Dlaczego w Polsce nie było pomocy może ze strony Caritas, może ze strony Kościoła?
Gdyby ktoś nie rozumiał, w czym rzecz, powtórzę. Mamy rodzinę z niepełnosprawnym dzieckiem, opieka nad którym wymaga szczególnego fizycznego wysiłku. W tej sytuacji, rodzice dziewczynki, którzy, jak słyszymy, zwykle o pomoc nie proszą, robią ten wyjątek, tyle że o ową pomoc zwracają się prosto do Watykanu, uzyskują ją i w tym momencie pojawia się krzyk: „A czemu nie pomógł Caritas?”. Oczywiście co bardziej przytomni czytelnicy tego bloga zapytają zaraz, a czemu nie Owsiak, czy choćby fundacja „Nie jesteś sam”, no ale w tym samym też momencie dodadzą, że to pytanie to przecież tylko żart, bo wszyscy wiemy, jak działa owa najbardziej prymitywna propaganda i jak bardzo nie ma sensu z nią wchodzić w polemikę. Ja jednak chciałbym tu przypomnieć pewną historię, którą w pewnej części opowiedziałem już w mojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a która stanowi jednak odpowiedź na to o czym tu rozmawiamy. Proszę posłuchać.
Oto moim absolutnie najbliższym kumplem zarówno latach szczenięcych, jak i młodzieńczych, ale też i już całkiem dorosłych, był pewien Czesiu. Czesiu cierpiał na postępujący zanik mięśni i w wieku czterdziestu paru lat,kiedy nie miał już siły, by zaczerpnąć powietrza, zmarł. Przez całe swoje życie Czesiu znajdował się pod opieką swojej cioci i babci, które przez owe czterdzieści lat musiały go nosić wszędzie – do łóżka, do ubikacji, do wanny, na krzesło, do wózka. Ponieważ winda w domu, w którym mieszkał Czesiu dojeżdżała tylko do tak zwanego wysokiego parteru, jeśli pojawiała się myśl, by wyjść z Czesiem na spacer, ciocia z babcią musiały o wszystko zadbać osobiście. Oczywiście, zwracały się o pomoc do różnych instytucji, w tym oczywiście do PFRON-u, o to, by zechciano tam Czesiowi zainstalować specjalną windę dla niepełnosprawnych, no ale to były dawne czasy, a Polska wtedy jeszcze Polska nie była nawet członkiem Unii Europejskiej, więc nie było o czym gadać. Warto jednak przy tym podkreślić, że ani babci, ani cioci Czesia, ani tym bardziej samemu Czesiowi, nie przyszło nawet do głowy, by z pretensjami zwracać się do Jana Pawła II. Oczywiście, nie przyszło też im do głowy, by o pomoc pisać do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, choć z dzisiejszej perspektywy uważam, że ów gest mógłby się okazać nad wyraz skuteczny. No ale to byli ludzie dumni, którzy mieli świadomość, że pewnych rzeczy nie można robić nawet w stanie kompletnej desperacji.
Dziś mój serdeczny kumpel Czesio, podobnie jak jego babcia, dawno już nie żyją, natomiast Ciocia szczęśliwie wciąż jest z nami. Rozmawiam z nią czasem o tamtych dniach i ona nie ma pojęcia, jak ostatecznie dała sobie radę, ale mówi, że nie żałuje ani jednego dnia. A ja już tylko czekam, aż papież Franciszek zostanie zalany tysiącami tego typu próśb o wsparcie w tej czy innej kwestii, i aż przebieram nogami, nie mogąc się doczekać chwili, gdy usłyszę, co powiedzą ci wszyscy, którzy się spóźnili. Proponowałbym im oczywiście, by uderzali do Owsiaka, lub do TVN-u, tyle że co z tego, skoro ci wzruszą zaledwie ramionami, a pies z kulawą nogą o tych prośbach nawet nie wspomni? Może jedynie ksiądz Pełka zabierze głos, no ale to tylko pod warunkiem, że o wypowiedź poprosi go red. Pochanke.


Przypominam wszystkim, że Klinika Języka otworzyła nową księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl i to tam są do nabycia wszystkie moje książki. Ponadto trzeba nam wiedzieć, że od wczoraj działa nowe blogowisko, pod równie poruszającym adresem: szkolanawigatorow.pl. Polecam z całego serca.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Wisienka na torcie, czyli opowieść o tym jak to na Wiertniczej postawili budę z rakiem

       Było tak, że klub piłkarski o nazwie Fala Międzyzdroje postanowił zorganizować zbiórkę charytatywną na leczenie piłkarza imieniem Dominik, który nieszczęśliwie zachorował na raka i, jak to często bywa, jego dalsze leczenie wymaga dziś znacznego finansowego wsparcia. Organizatorzy imprezy, by pomóc chłopakowi, którego podobno wszyscy w klubie bardzo lubią, zwrócili się o pomoc do wielu różnych znanych osób i instytucji, z których, jak się zdaje, najbardziej znaczącą była premier Beata Szydło. W odpowiedzi na apel, pani premier przekazała na licytację jedną ze swoich broszek i w wyniku przeprowadzonej na miejscu licytacji, broszka została kupiona przez jednego z darczyńców za 1,5 tys. złotych. Sprawę opisał portal tvn24.pl, a uczynił to pod dużym kolorowym zdjęciem Szydło z broszką i wielkim tytułem: „Poprosili o pomoc dla chorego na raka. Premier Szydło wysłała broszkę”. Czy te 1,5 tys. zostało przebite przez kogoś o większym geście, tego się od macherów z Wiertniczej nie dowiadujemy, jednak znając bardzo dobrze tak zwaną sztukę uprawiania propagandy, możemy się domyślić, że te 1,5 tys. to był faktycznie rekord.
      I chyba właśnie po to, by brak owej informacji, jakoś nam wynagrodzić, dalej jest już tylko lepiej. Podczas gdy z tytułu dowiadujemy się, że premier Szydło ową broszkę „wysłała”, ci już bardziej dociekliwi czytelnicy dowiadują się, że ona broszkę „odesłała”, i to wraz z „życzeniami zdrowia”. Dokładnie informacja brzmi następująco: „Organizatorzy napisali nawet prośbę do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W odpowiedzi, premiera odesłała broszkę z cyrkoniami i życzenia zdrowia dla Dominika”. I nie łudźmy się. To nie literówka. Tam w rzeczy samej jak byk stoi: „premiera”.
Dalej, najpierw pojawia się cytat z wypowiedzi jednego z organizatorów licytacji, że owa broszka to była „wisienka na torcie”, co autorzy informacji tytułują śródtytułem „Wisienka za 1,5 tys.”, by już w dalszej części tekstu poinformować, że choć broszkę „udało się sprzedać” za 1,5, ogólny wynik licytacji to aż 35 tysięcy, a ponieważ zbiórka będzie trwała do września, suma się z pewnością znacznie powiększy. No a my już się tylko możemy dodać komentarz, że tylko pod warunkiem, że się trafią bardziej hojni darczyńcy, niż „premiera z broszką za 1,5 tys.”
      Gdyby zresztą ktoś miał problemy ze zrozumieniem przekazu, Wiertnicza jak najbardziej zachęca do komentowania:
Skromniutko, mniemałem, że ‘szefowa’ rządu ma większy gest”.
Śmiechu warte. Przy jej dochodach i możliwościach to jałmużna zwykła”.
Mogła dorzucić swoją trzynastkę i nagrody”,
no i wreszcie prawdziwa „wisienka”, w punkt i na temat:
Pański gest”.
      W tej zatem sytuacji, ja też pozwolę sobie na mały komentarz. Ci cwaniacy z TVN-u doskonale wiedzieli, co robią, kupując w tym roku Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wraz z całym jej inwentarzem. Tam za taką broszkę niewykluczone, że zamiast tego nędznego półtora patyka udałoby się dostać może jeszcze więcej niż za zdjęcie ze „skaczącą Dudową”, no i wówczas też sukces ten poszedłby tam gdzie jego miejsce, czyli na konto Owsiaka, TVN-u i tego wybitnego filantropa. A o tym, że ta wisienka to była w gruncie rzeczy nędzna jałmużna nikt by się nawet nie zająknął. Tak to bowiem jest z ową dobroczynnością, że bilans musi wyjść co najmniej na zero. Co najmniej.
      No i jeszcze coś. Niech oni może wreszcie spłoną.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Zachęcam do czytania.


środa, 22 lutego 2017

Czy wróż Maciej kupi telewizję TVN?

           Zajrzałem wczoraj parę razy na stronę tvn24.pl, żeby sprawdzić, czy ci durnie się w końcu znajdą sposób, by bezpiecznie poinformować o tym, o czym huczy cała Polska, czyli o przedstawieniu, jakie w minioną sobotę wystawiono w Teatrze Powszechnym w Warszawie, no i zgodnie z moimi obawami, oni w końcu uznali, że może zamiast tego lepiej będzie poinformować, że podczas gdy w Polsce VIP-y jeżdżą po ulicach, jak wariaci, to w Niemczech pod tym względem panuje umiar, wdzięk i elegancja. Ja oczywiście rozumiem, że poziom desperacji, jaki został osiągnięty po tamtej stronie, dopuszcza najróżniejsze ekscesy, ale to, że oni wciąż liczą na to, że ów wypadek w Oświęcimiu, o którym dziś w sposób zupełnie naturalny pies z kulawą nogą już nawet nie pamięta, cokolwiek zmieni w ich ponurej sytuacji, uważam za osiągnięcie naprawdę nie lada. Obolała premier Szydło przypięła nową broszkę i wróciła do pracy, pieniądze na seicento już prawdopodobnie poszły na spłatę długów tamtego cwaniaka i jego znajomych, nawet sam Sebastian już pewnie zrozumiał, że poseł Budka już nie zadzwoni, a ci jakby wciąż jakby coś ich trzymało za gardło.
      Szczerze powiedziawszy, w pewnym momencie wydawało mi się, że oni się zreflektowali, gdy gdzieś w środku zeszłego tygodnia wrzucili reportaż o tym, jak to parę lat temu gdzieś jakiś kierowca zajechał drogę jadącemu na sygnale samochodowi policyjnemu i podobno sąd uznał winę policji. To bowiem, co oni pokazali na załączonym filmie było tak głupie, że po paru chwilach sami się chyba zorientowali, że tak się nie da i ów materiał w cholerę usunęli. Może zresztą opowiem, bo to naprawdę było coś. Otóż sytuacja jest taka – a TVN nam ją bardzo wyraźnie pokazał – że jedzie sobie ktoś po prawym pasie dwupasmówką i nagle pragnie zjechać z drogi w lewo. Ścina jednak ów zjazd w taki sposób, że przejeżdża przez podwójną ciągłą, wjeżdżając prosto pod jadący po wewnętrznym pasie ów policyjny samochód. Nie jestem kierowcą, nie znam się na przepisach, natomiast to co zobaczyłem było tak oczywiste, że gdyby mu to jakoś obrazowo przedstawić, to chyba nawet mój pies by wiedział, że tak jeździć nie wolno. Dlaczego sąd uznał winę policjanta, tego nie wiem, ale domyślam się, że tego poza wspomnianym sądem nie wie nikt, nawet autorzy owego reportażu. Najzabawniejsze jednak było to, że śledczy z TVN-u zadali sobie trud, by odnaleźć znajomych tego kierowcy, a ci im powiedzieli, że to jest oczywiste, że ich człowiek nie mógł widzieć nadjeżdżającego radiowozu, bo przecież gdyby widział, to by mu nie wjechał jak głupi pod koła. Daję słowo, że tak to zostało przedstawione: on nie mógł wiedzieć, że coś z tyłu nadjeżdża, bo przecież inaczej by się zatrzymał, prawda? No a skoro nie mógł wiedzieć, to znaczy, że ten policjant go zaskoczył. No a, jak wszystkim wiadomo, zaskakiwać na drodze nie wolno nawet rządowej kolumnie, a co dopiero jakiemuś policjantowi. I stąd słuszna decyzja sądu.
      A więc, jak mówię, podał TVN tę informację, pokazał ów film, wyjaśnił nam wszystkim, że oto często jest tak, że to obywatel ma rację, a nie władza, zwłaszcza faszystowska, i niemal natychmiast złapał się za głowę i to wszystko usunął. A ja sobie tylko pomyślałem, że oni chyba faktycznie już zrozumieli, że popadają powoli w śmieszność i będą musieli poszukać jakiegoś innego tematu. Tymczasem minął tydzień, a tu się nagle okazuje, że jednak nie ma wyjścia i trzeba się jeszcze jakiś czas powozić na temacie rządowych samochodów, które zaatakowały polskie drogi. A nuż pisowski ludek się zainteresuje i machnie ręką na to całe 500+.
     Otóż nie. Nie uda się i o tym już wiedzą wszyscy z wyjątkiem tych biedaków, o których w zeszłym tygodniu pisał „Newsweek”, jako o ludziach najzwyczajniej w świecie chorych. Wystarczy zresztą rzucić okiem i porównać poziom propagandy w obu telewizjach, gdzie z jednej strony Anita Werner rozmawia z byłymi posłami Kowalem i Zemke o ministrze Waszczykowskim, a z drugiej propagandziści Wiadomości TVP, urządzają nam święto, jakie można porównać tylko z najlepszymi latami czasów sekretarza Gierka, by wiedzieć, jak się sprawy mają. No więc myślę sobie, że ostatecznie niech może oni faktycznie dalej gadają o tych piratach drogowych z PiS-u, nawet w rozmowie z Longinem Pastusiakiem. Zawsze to lepiej, niż gdyby nagle postanowili nam objaśnić sens owego wybryku w Teatrze Powszechnym. Jeszcze by chlapnęli coś tak głupiego, że w efekcie równie dobrze mogliby te swoją stację wystawić na licytację, a kupił by ją od nich wróż Maciej, albo ktoś jeszcze gorszy. Toż to byłby, panie, wstyd na całą Unię Europejską, że nie wspomnę o Jamajce i Gabonie.


Zachęcam gorąco wszystkich czytelników do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. Naprawdę warto.

piątek, 5 sierpnia 2016

O ciepłej wodzie z kranu na poważnie

      Ja oczywiście mam świadomość, jakie emocje tu wśród czytelników tego bloga wywołuje wspomnienie publicznej telewizji z jej całą obecną personalną, programową, a może najbardziej estetyczną ofertą, a ponieważ sam właściwie w pełni podzielam owe nastroje, mógłbym się zamknąć i więcej się owym tematem nie zajmować. Jest jednak coś, co moim zdaniem wciąż pozostaje niedomówione i co sprawi, że jeśli sobie tego do końca nie wyjaśnimy, przegapić możemy coś, czego przegapić nam zwyczajnie nie wypada, a mianowicie to, że dopóki TVP pozostaje w rękach PiS-u, to, co się tam dzieje, nie ma dla nas większego znaczenia. Otóż zupełnie niezależnie od wspomnianego przeze mnie wcześniej poziomu owej oferty, myślę, że powinniśmy spróbować spojrzeć na cały rynek publicznej informacji, jako na całość właśnie, i ocenić stan rzeczy niejako w oderwaniu od naszych ambicji i oczekiwań. Chodzi mi o to, byśmy umieli spojrzeć na sytuację, w jakiej znalazły się główne media, a mam tu na myśli przede wszystkim z jednej strony TVP, a z drugiej ITI, z jego sztandarowym propagandowym projektem, czyli TVN24, niejako z boku i zastanowić się, jakie w sytuacji, gdy, jak się dziś zdaje, Prawo i Sprawiedliwość najpewniej nie odda władzy przez długie, długie lata, przed obiema stacjami rozciągają się perspektywy. Jak w politycznej sytuacji, w jakiej się znalazł, może sobie poradzić taki TVN24, a jakie ma przed sobą szanse telewizja publiczna?
      Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że zarówno TVP jak i TVN24 będą coraz wyraźniej i coraz bardziej bezwzględnie realizować politykę służenia tym, którzy płacą, a więc telewizja publiczna będzie dbała o to, by Prawo i Sprawiedliwość zwiększało swoje poparcie, natomiast TVN będzie dążył do tego, by PiS władzę stracił. A skoro tak, wydaje mi się, że zamiast roztrząsać kwestię nędzy, jaką przygotowała dla nas władza, którą sobie wybraliśmy, powinniśmy się raczej skupić na tym, w jaki sposób owa nędza może zostać wykorzystana przez tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady i których powrotu sobie akurat nie życzymy. Jakie oni mają szanse stworzenia oferty, która będzie tak ciekawa, uczciwa i intelektualnie poruszająca, że przy okazji kolejnych wyborów nas zwyczajnie pogrzebie. Otóż moim zdaniem oni nie maja najmniejszych szans. A powodów tej sytuacji jest kilka. Przede wszystkim, co zresztą pojawiło się tu już wcześniej w którymś z tekstów, Platforma Obywatelska, realizując politykę „ciepłej wody w kranie”, w przekonaniu, że ona da im władzę na zawsze, stworzyła jednocześnie w Polsce system w najlepszym dla siebie wypadku dwupartyjny, a kto wie, czy nie wręcz jednopartyjny. Dziś, po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, wydaje się, że w najbliższej perspektywie nie ma mowy o stworzeniu politycznej siły, która byłaby przejąć władzę. Postkomuniści zostali ostatecznie zniszczeni w ramach czegoś, co ja nazywam „prowokacją rywinowską”, Platforma Obywatelska została doprowadzona do upadku po tym, jak Donald Tusk przeniósł się do Brukseli, w perspektywie mamy już tylko KOD, Nowoczesną i Kukiz 15, co znaczy, że Prawo i Sprawiedliwość, posiadając w swoich rękach całą władzę, pozostaje niezagrożone.
      Ktoś powie, że to im nic nie da, bo jeśli oni będą się dalej tak kompromitować, ludzie się ostatecznie od PiS-u odwrócą i zagłosują na kogoś innego. No ale to tu jest właśnie problem: na kogo? Na PO, na Petru, na Kijowskiego? A może na młodych komunistów, czy feministki? A może na PSL i premiera Pawlaka? A może powstanie jakaś nowa siła, która wejdzie w nasze życie publiczne z taką energią, że wszystko rozkurzy w pył? Otóż nie. Takiej siły nie będzie, bo powstanie czegoś tego typu jest dziś fizycznie niemożliwe.
      I tu znów na pewno pojawią się głosy, że kiedy TVP będzie już tak do niczego, a te wszystkie tygodniki typu „W Sieci”, czy „Do Rzeczy” osiągną tak niski poziom, że ludzie zaczną ponownie czytać „Gazetę Wyborczą” i oglądać „Szkło Kontaktowe” i to tam się wszystko rozstrzygnie. Otóż moim zdaniem to jest też niemożliwe. A żeby się o tym przekonać wystarczy rzucić okiem na kierunek, w jakim jedni i drudzy – ci zresztą moim zdaniem zresztą zmuszeni przez bardzo wyrachowane działania PiS-u – dziś się rozwijają. W przypadku propagandy PiS-u, wiemy, o co chodzi. To jest Polska, Żołnierze Wyklęci, 500+, Mieszkanie+, patriotyzm gospodarczy, walka z islamem, Wiara. Co mają tamci? Ich przyszłość wyznaczają – będę wymieniał po kolei – starzy komuniści, tacy jak Kwaśniewski, Balcerowicz, Cimoszewicz, Kalisz, czy Olechowski, byli działacze „Solidarności”, jak Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk, czy Jan Rulewski, których większość z nas dziś traktuje wyłącznie jak eksponaty z parku jurajskiego, tak zwana „młoda lewica”, czyli Sierakowski, Zandberg i Nowacka, środowiska LGBT, czyli jeden Murzyn i jedna lesbijka, no i wreszcie grupa profesorów-ateistów, tacy jak Hartman, Środa, czy Mikołejko. I, przepraszam bardzo, ale lepiej już nie będzie. W obecnej sytuacji społecznej, politycznej, oraz historycznej, a więc, krótko mówiąc cywilizacyjnej, oni nie mają żadnego dobrego wyjścia. Im już tylko zostanie Mikołejko ze Środą i Aleksander Kwaśniewski z tym Murzynem z Węgierskiej Górki. Cała reszta będzie budowała Wielką Polskę nasączoną krwią bohaterów. A jeśli komuś się to nie będzie podobało, dostanie ciepłą wodę w kranie. I to można zagwarantować, o czym świadczą tysiące nowych wczasowiczów nad polskim morzem, którzy do takiej ostatnio cholery doprowadzili Niemców z wydawnictwa Axel Springer, że ci zrobili już chyba ostatni krok do tego, by spektakularnie zdechnąć pod płotem.
      No a zatem co z Wolskim, Feusette, Skibą, Karnowskimi, czy Gadowskim? Otóż nic. Oni dalej będą robić to, co robili dotychczas. Dokładnie tak samo, jak pisarze będą pisali książki, reżyserzy będą kręcili filmy, piosenkarze będą śpiewali piosenki i nikogo tak naprawdę nie będzie obchodziło to, czym oni się zajmują, bo to, co jest naprawdę ciekawe, to ta wreszcie pierwsza szansa w życiu, by z całą rodziną wyjechać nad morze i sobie poużywać. Bo to jest właśnie tak naprawdę wreszcie zrealizowana do samego końca owa wymyślona przez pijarowców Donalda Tuska ciepła woda w kranie. Tyle że tym razem naprawdę ciepła. Fajna, ciepła woda w kranie.
      Reszta ma znaczenie dla tych dziesięciu, czy kto wie, czy nie pięciu procent ludzi na świecie. I proszę bardzo mocno, niech nam nie przyjdzie do głowy się oburzać, bo tak to właśnie jest i inaczej już nie będzie. Rozmawiałem kiedyś z kolegą Brytyjczykiem na temat kultowego dziś już telewizyjnego serialu pod tytułem „The Prisoner” i zadałem mu proste bardzo pytanie, czy skoro ów „Prisoner” to taka rewelacja, czy to oznacza, że cała Wielka Brytania w latach 60-tych żyła tym serialem. A on mi na to odpowiedział tak: „Cała? Ależ skąd! To było jakieś 10 procent. Tak samo jak w przypadku Monty Pythona. Nigdy nie było inaczej”.
      Gdyby ktoś mi jeszcze parę lat temu powiedział, że kiedyś napiszę taki tekst, nie uwierzyłbym. A tu proszę, jest właśnie taki, czysty jak złoto. Myślę sobie, czy powinienem, myślę, myślę, myślę i inaczej nie chce wyjść.


Gdyby ktoś miał ochotę poczytać więcej tego typu kawałków, zapraszam na swój blog tu i tam, a jeśli komuś zależy na refleksji głębszej, niech zajrzy do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i tam kupuje moje książki.

środa, 1 czerwca 2016

Poczytaj mi mamo, czyli i ty zostaniesz zabójcą

Od dziś, zgodnie z wczorajszą obietnicą, dajemy sobie chwilę oddechu w listach od prof. Zyty Gilowskiej, a ja proponuję, byśmy zajrzeli do ostatniego wydania „Warszawskiej Gazety”, gdzie mamy mój kolejny, cotygodniowy felieton. Zachęcam gorąco.


Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” znają nazwisko Broniatowski, ale jeśli nie, to nie najlepiej. I wcale nie chodzi o to, że ów Broniatowski to redaktor naczelny polskiego wydania wpływowego magazynu „Forbes” i że, moim zdaniem, każdy z nas powinien wiedzieć, kto akurat jest redaktorem naczelnym „Forbesa” w Polsce, ale o to, że nazwisko Broniatowski to coś, co ciągnie za sobą tradycję nie byle jaką. Akurat, jeśli zajrzymy do Wikipedii, a więc pod adres narzucający się niemal natychmiast, nie znajdziemy nic. To dopiero z innych miejsc, dowiemy się i o tym „Forbesie”, o Radach Nadzorczych TVN-u i Onetu, o dyrektorowaniu polskiej odnodze Reutersa, o pełnieniu funkcji wiceszefa rosyjskiej agencji Interfax, ale też i o tym, jak to ów Broniatowski swego czasu wysyłał regularnie w świat z kijowskiego Majdanu relacje, jako szef niezależnej telewizji Espresso.
A zatem, o co chodzi z tym Broniatowskim? Otóż parę dni temu zobaczyłem go w telewizji TVN w roli eksperta komentującego bieżącą sytuację w Polsce i chciałbym się jednak w jakiś sposób odnieść do sprawy. A tam, co prawda, jak już wspomniałem samego Broniatowskiego nie ma, ale owszem, są jego mama i tata. Popatrzmy, co tam słychać.
Mieczysław Broniatowski – pochodzenia żydowskiego. W 1935 skazany na półtora roku więzienia za działalność komunistyczną. Udział w wojnie domowej w Hiszpanii, w 1943 r. wstąpił do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, gdzie został szefem Wydziału Personalnego Zarządu Polityczno-Wychowawczego. 1 sierpnia 1944 przekazany do dyspozycji szefa Resortu Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza. Po 1945 kierownik Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, gdzie organizował struktury powiatowe UB m. in. w Płocku i wojewódzkie w Rzeszowie. Stopień majora w Ludowym Wojsku Polskim. Dyrektor Centralnej Szkoły Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, dyrektor Biura Społeczno-Administracyjnego URM, dyrektor Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW. Uchwałą Prezydium KRN z 17 września 1946 odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.
Henryka Broniatowska – Podczas II wojny światowej w Związku Radzieckim, od 1943 w Ludowym Wojsku Polskim jako oficer polityczno-wychowawczy. W latach 1946-1947 Dyrektor Domu Propagandy PPR w Łodzi, a następnie pracownik Wydziału Propagandy KC PZPR. W ramach tej ostatniej funkcji nadzorowała powstanie Klubu Krzywego Koła, a w maju 1956 weszła w skład jego zarządu. Od 1958 do 1968 pracowała jako zastępca redaktora naczelnego wydawnictwa "Iskry". Była także pracownikiem wydawnictw "Nasza Księgarnia" i Krajowej Agencji Wydawniczej. Pomysłodawca serii "Poczytaj mi mamo", "Od Książeczki do Biblioteczki", "Reportaż ze Znaczkiem Pocztowym", "Szczęśliwa Siódemka". Tłumaczyła literaturę rosyjskojęzyczną, w 1955 odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi.
A zatem mamy tę rodzinę, Mieczysława, Henrykę i ich syna Michała, dziś członka Rady Nadzorczej telewizji TVN, no i naczelnego „Forbesa”. I wszystko byłoby jasne i niewymagające zbędnych słów, gdyby nie ta seria „Poczytaj mi mamo”. To ona to wymyśliła, a ja się na tym wychowałem. Jest o czym myśleć.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam 24 godziny na dobę.

sobota, 30 kwietnia 2016

O wacikach dla księdza Kazimierza Sowy

Wczoraj ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton. Gorąco zachęcam, a dziś dla czytelników bloga również tu.

Nie rozumiem, dlaczego „Gazeta Wyborcza” – i to zwłaszcza oni – postanowiła się za to zabrać, ale to ona niedawno ujawniła listę osób i instytucji, finansujących kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej. Podobnie, mam bardzo ciężki intelektualny problem z tym, dlaczego tydzień wcześniej „Newsweek” opublikował podobne dane, tyle że dotyczące Nowoczesnej. Obie lektury robią wrażenie przede wszystkim przez to, że dzięki nim widzimy jasno, komu najbardziej na rękę było zarówno przedłużenie owych ośmiu lat rozkradania Polski, jak i, wobec nieuchronnej porażki PO, zapewnienie odpowiedniej sukcesji, no ale również fascynujące jest tu to, jak dla niektórych z nas nie jest najmniejszym problemem wyrzucić 10, czy 50 tysięcy w błoto, wyłącznie dla idiotycznej satysfakcji z tego, że się jest po właściwej stronie. Moim zdaniem jednak, wśród tych wszystkich, często niezwykle ciekawych informacji, jest jedna, która autentycznie poraża. Chodzi o to, że na kampanię Platformy Obywatelskiej całe 10 tys. złotych przeznaczył nie kto inny, jak katolicki ksiądz Kazimierz Sowa.
Myślę, że w większości świetnie wiemy, kto zacz. Otóż poza tym, że, jak już wspomnieliśmy, jest katolickim księdzem, w przestrzeni publicznej występuje jako dziennikarz TVN-u. I nie piszę tego ani ironicznie, ani żartem, ale stwierdzam fakt. Ks. Sowa regularnie występuje w telewizji TVN24, najczęściej ustawiając się w roli faktycznego duszpasterza, kiedyś władzy, a dziś najbardziej agresywnej części politycznej opozycji, a kiedy pokazuje się na ekranie naszych telewizorów, na dole nie pojawia się informacja: „Kazimierz Sowa – ksiądz katolicki”, lecz po prostu „Ks. Kazimierz Sowa – TVN Bis”. A zatem przyjmujemy, że w istocie rzeczy, Sowa to pracownik mediów.
Czy może zatem ks. Sowa został wynajęty przez Grupę ITI po to, by w ramach ogólnego pluralizmu opinii, prezentować widzom punkt widzenia Kościoła? Choć i tak byłoby to cokolwiek dziwne, jako że aby przedstawić stanowisko Kościoła, wystarczy zaprosić do telewizji któregoś z księży – choćby i ks. Sowę – i poprosić go o wypowiedź, to o wiele dziwniejsze jest wyciąganie z Kościoła jednego z nich i zatrudnianie go na funkcji redaktora. No ale niech będzie i tak. Niech ks. Sowa występuje w TVN-ie na stałe i ewangelizuje Polaków. Nic z tego. On tam jest zaledwie jednym z redaktorów i wypowiada się na wszelkie możliwe tematy, tylko nie na temat Wiary. Siedzi tam w tej koloratce i opowiada o sporze o Trybunał Konstytucyjny, albo o wyborach prezydenckich w Stanach.
No a teraz dowiadujemy się, że on z zarobionych w ITI pieniędzy dofinansował jedną z partii politycznych. Ho, ho, tak, tak!
Niedawno Kościół wydał zakaz publicznych wystąpień duszpasterzowi narodowców ks. Międlarowi. Ksiądz usłuchał swojego Kościoła i pokornie zawiesił swoje konto na Twitterze. Bardzo jestem ciekawy, co zrobi ks. Sowa, jak oni się w końcu wezmą za niego. Moim zdaniem wzruszy ramionami. W końcu na waciki, to on robić nie musi.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki.

środa, 14 października 2015

O ćmach (repryza)

Ponieważ miałem wczoraj strasznie dużo pracy i nie zdążyłem napisać nic nowego, a bardzo zależy mi, by nie zostawiać tego bloga w choćby minimalnym zaniedbaniu, chciałbym może przypomnieć bardzo dziś już stary tekst, który zamieściłem w mojej pierwszej książce o siedmiokilogramowym liściu. Jej nakład jest już niestety wyczerpany, natomiast mam jeszcze kilka egzemplarzy tu w domu, więc jeśli ktoś by sobie życzył, to proszę o kontakt na adres www.toyah.pl

Proszę sobie wyobrazić, że obejrzałem dziś w TVN-ie krótki, może pięciominutowy fragment programu zatytułowanego Drugie Śniadanie Mistrzów. Program, o którym mówię, jest jedną ze sztandarowych pozycji sobotniej oferty stacji, ale – z jakiegoś powodu – dopiero dziś miałem okazję bliżej zobaczyć, o co w tym czymś chodzi. Piszę „bliżej”, bo, ogólnie rzecz biorąc, miałem na ten temat pewne pojęcie już wcześniej. Wiedziałem na przykład, że gospodarzem programu jest Marcin Meller, redaktor naczelny magazynu dla onanistów o nazwie Playboy. I również wiedziałem, że koncepcja programu polega na tym, że Meller zaprasza kilku aktorów, piosenkarzy, czy innych tzw. artystów, żeby oni gadali, a my żebyśmy wszyscy mieli okazję dowiedzieć się, co każdy z nich ma do powiedzenia na tematy, o których pojęcia mieć nie może z przyczyn, o których dalej. Może zresztą to właśnie był powód, dlaczego przez tyle tygodni nie miałem serca, żeby choćby rzucić okiem na tę audycję. W końcu, kogo może interesować opinia Wojciecha Pszoniaka, czy Maryli Rodowicz na jakikolwiek temat?
Szczerze powiem, że nie bardzo wiem, jak to się stało, że od pewnego czasu, do udziału w najróżniejszego rodzaju debatach, zaczęto zapraszać przedstawicieli środowisk, których jedyna kompetencja zawsze ograniczała albo do odgrywania scen w teatrze, albo do tańczenia, albo do śpiewania, ewentualnie może do pokazywania magicznych sztuczek, czy choćby tylko do wyglądania. Mogę tylko spekulować, że ta moda pojawiła się wraz z opanowaniem przez kulturę popularną całej sfery publicznej. Myślę, że w momencie gdy okazało się, że w dobrym tonie jest, żeby profesor uniwersytetu chodził z kolczykiem w nosie i wytatuowanym smokiem na tyłku, ksiądz przebierał się w skórę i jeździł po parafii na motocyklu, a prezydent kraju biegał w majtkach po trawie i kopał piłkę, nie było też już żadnych przeszkód, żeby uznać, że każdy może wszystko, byle było fajnie i po linii. Premier zostanie piłkarzem, piłkarz premierem, a tancerz socjologiem.
Kiedy dziś zatrzymałem się przez chwilę przy telewizorze, przed kamerami stacji TVN24, oprócz Mellera, występował pan którego nie znam, piosenkarka Peszek, gitarzysta Hołdys i konferansjer Urbański. Tematem debaty był zbliżający się występ piosenkarki Madonny w Polsce i zaplanowany inteligentnie na 15 sierpnia, czyli w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Chodziło o to, że ponieważ część środowisk blisko związanych z Kościołem Katolickim uważa, że jest bardzo nieładnie, żeby akurat w dniu tak wielkiego religijnego święta, Polska wypełniona została widokiem piosenkarki o imieniu Madonna kopulującej z krzyżem na konfesjonale, TVN24 postanowił spytać Peszek, Hołdysa i Urbańskiego i tego pana, którego nie znam, co oni sądzą na temat katolickich obsesji.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Hubert Urbański głównie zasłaniał się talerzem i zapluwał z rozbawienia, Zbigniew Hołdys siedział z kamienną twarzą i uważał, żeby mu się nie przekrzywił kapelusz, Meller nastawiał ucha, co mu mówią do słuchawki, a nieznajomy mi pan coś mruczał pod nosem, to właściwie całą treść programu wypełniła piosenkarka Maria Peszek. Przyszła do studia zaopatrzona w wydrukowaną z Internetu listą najśmieszniejszych jej zdaniem imion ludzi świętych z całej historii chrześcijaństwa i odczytywała je z błyskiem w oku, wzbudzając – jak się domyślam – tumany śmiechu przed ekranami. I w ten sposób w naszej przestrzeni publicznej dokonał się swego rodzaju przełom. Oto w jednym z największych kanałów telewizyjnych, w samym środku sobotniego dnia, został w aurze pełnej bezkarności przedstawiony skecz, polegający na wyśmiewaniu największych męczenników chrześcijaństwa, bo pewnej piosenkarce wydało się bardzo śmieszne, że oni mieli takie komiczne imiona.
Cóż więc można powiedzieć? Chyba tylko tyle, że w większości współczesnych religii, Maria Peszek za to co zrobiła, została by po prostu zamordowana, a siedziba TVN, wraz z jej swoimi pracownikami i właścicielami, zwyczajnie spalona. Ale o tym akurat, jak się dowiedziałem z opisanego programu, wie może nawet i sam Marcin Meller. Natomiast ja myślę sobie o czymś innym. W tej samej telewizji TVN24, niedawno pokazała się informacja, że do czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Barak Obama, coś takiego jak ekstremizm konserwatywny w ogóle nie istniało. Jeśli istniała prawdziwa wściekłość, to wyłącznie lewicowa. Ostatnio – prawdopodobnie częściowo w reakcji na pewne polityczne przesunięcia – coś bardzo niedobrego zaczyna się dziać. Na przykład niedawno, został zastrzelony lekarz dokonujący tzw. późnych aborcji. Coś się zdecydowanie dzieje.
Czy ktoś może wie, jaki jest powód, że ćmy tak bardzo lubią płonąć?


Z prawdziwą radością przypominam, że już w przyszłym tygodniu mamy targi w Krakowie, na których rozpoczynamy sprzedaż mojej najnowszej książki o ludziach z dziewiątego kręgu. Zapraszam serdecznie wszystkich.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...