Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz sekielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz sekielski. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2020

Czy bohaterką kolejnego odcinka filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele zostanie Justyna Klimasara?


      Zanim przejdę do rzeczy, chciałbym prosić szczególnie wrażliwych czytelników, by wstrzymali się z pretensjami, bo tak jak pozory niekiedy mylą, to w tym akurat wypadku mylą bezwzględnie. I nie zmienia tego fakt, że bohaterem dzisiejszej notki będzie niejaka Justyna Klimasara, a więc tak naprawdę kompletny nikt. Mało tego. Owa Klimasara to jest coś jeszcze więcej niż nikt, z tego względu, że bycie nikim tak naprawdę nie jest niczym szczególnie wstydliwym. W sensie w jakim pojawia ona się tu dziś pojawia, większość z nas jest w rzeczy samej nikim, tyle że my jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że owo bycie nikim jest w gruncie rzeczy naszą tarczą. Z Klimasarą problem jest inaczej. Ona bowiem, będąc nikim, dała się poznać szerszej publiczności dzięki dwóm rzeczom: Twitterowi i swojej pupie. A skoro tak, to wspomniana publiczność mogła się jeszcze dowiedzieć, że właścicielką zaprezentowanej na Twitterze pupy jest członkini młodzieżówki SLD, która kocha poezję i powieści kryminalne.
       Czy poszło tylko o pupę? Właściwie tak, bo uważam, że gdyby nie ta pupa, to prezentujący ją tweet z prośbą o modlitwę w święto Bożego Ciała, przeszedłby z całą pewnością kompletnie niezauważony. No ale była pupa, był też tweet, no i od kilku dni hasło #klimasara zarówno w Internecie jak i w ogólnopolskich mediach święci trumfy, a stacja TVP Info nie jest w stanie przeżyć dnia, by o Klimasarze nie wspomnieć i z niej nie poszydzić.
       Czy Justyna Klimasara, poza pupą i wspomnianą prośbą o modlitwę, znana jest jeszcze z czegoś? Wydaje się, że o ile dotychczas była tylko ta pupa i ów tweet, to dziś jeszcze do tego dochodzą inne jej tweety. Ja sam, pragnąc się dowiedzieć, z kim mam do czynienia, zajrzałem na jej profil, a tam są następujące przemyślenia:
Przeraża mnie, że dziś normalizuje się pogląd, że kobiety zarabiają po prostu mniej od mężczyzn. To kolejna próba zniewolenia kobiet, bo utrwala się przekonanie, że kobiety są słabsze. To wygodne dla zakompleksionych, patriarchalnych mizoginów. Chcą podbudować swoje ego”;
Platforma na kolanach przed księżmi. Wspominają jeszcze papieża, który bronił pedofilów. Chadecja, zatem nie dziwi”;
Jadłam sobie obiad w restauracji. Starszy pan zapytał, dlaczego sama płacę, bo to mężczyzna powinien płacić i zaprosić. Niby drobnostka, ale mówiąc, że ktoś musi płacić zakłada się, że kobieta ma mniej pieniędzy. W ten sposób traktuje się jako normę mniejsze wypłaty dla kobiet”;
Dzisiaj warto także przypomnieć, że nie każdy z nas chce mieć dzieci. Nie ma też czegoś takiego jak instynkt macierzyński. Osobiście o dzieciach pomyślę za 4 lata, będę miała 28, nie za wcześnie i nie za późno. Nie czuję presji posiadania męża i rozmnażania jak królik”;
Dziś mam dzień obalania mitów! Nie ma czegoś takiego jak dzieci nienarodzone, a samo sformułowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nienarodzone, zatem jeszcze nie są to dzieci! Biologia!”;
Bardzo lubię Amerykę Południową. Ciekawi mnie zarówno ich historia, jak i kultura. Kwestie polityczne, tańce no i moja słabość, czyli telenowele brazylijskie i kolumbijskie. Tak nawiasem w tych telenowelach bardzo widać nierówności społeczne”...
i tak dalej, i tak dalej.
       No i teraz już z całą pewnością nie uniknę tego, że ktoś zażąda ode mnie, bym się wytłumaczył, po jaką cholerę, zdecydowałem się dzisiejszy felieton poświęcić komuś tak nieistotnemu jak autorka powyższych słów, skoro nie chodzi mi o pupę. Już pędzę. Otóż proszę sobie wyobrazić, że kiedy szukałem informacji, które mogłyby mnie uświadomić co do ewentualnych tajemnic związanych z Justyną Klimasarą, trafiłem na portal onet.pl, a tam znalazłem coś takiego, jeszcze z wiosny zeszłego roku (dowolne dwie minuty wystarczą):


       
      O co chodzi? O to mianowicie, że z jednej strony mamy być może najbardziej dziś wpływowy portal internetowy nadający w języku polskim, medium informacyjne, mające obok „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN24 największy prawdopodobnie wpływ na kształtowanie społecznej świadomości liberalnej części sceny publicznej, jeden z jej sztandarowych projektów propagandowych, w postaci tak zwanych „samochodowych rozmów” z największymi autorytetami wspomnianej sceny, a tam dziś również jej zdecydowanie najbardziej wpływowego dziennikarza, Tomasza Sekielskiego, autora kultowej wręcz serii produkcji uderzającej bezpośrednio w Kościół Powszechny i Jego duszpasterzy, który do swojego studia na kółkach zaprasza kogoś takiego jak Justyna Klimasara. A ja – proszę zwrócić uwagę – nie mówię o dzisiejszej Klimasarze, właścicielce wypiętej pupy w stringach, autorki głupkowatych komentarzy na Twitterze, oraz gwiazdy telewizji TVP Info. Ja mówię o nikomu jeszcze wówczas nieznanej cizi, wyrwanej z jakiegoś prowincjonalnego klubu dla prowincjonalnych gangsterów poszukujących towaru, którym będą się mogli pochwalić swoim koleżkom.
       Ale i to nie wszystko. Oni nie dość, że uznali za stosowne posadzić ją przed tą kamerą i mikrofonem, to jeszcze zachęcają ja nie do tego, by się podzieliła z widzami swoją opinią nie na temat choćby szans współczesnej młodzieży z dużych miast na rozwój osobisty, ale proszą o opinie na temat strajku nauczycieli, perspektyw przed jakimi stoi polska szkoła, oraz zagrożeń dla Polski i Europy jakie stwarzają rządy Prawa i Sprawiedliwości.
        Przepraszam bardzo, ale co tu się do jasnego koronawirusa wyprawia? Niedawno redaktor Renata Kim z „Newsweeka” – ale też i wspomnianego Onetu –  sfotografowała się na tle wyborczego billboardu Andrzeja Dudy, gdzie ktoś jego nazwisko przerobił na „Dupa”, a jemu samemu dorysował hitlerowski wąs i tupecik, i owo zdjęcie wrzuciła do Internetu. W odpowiedzi na tę demonstrację, któryś z komentatorów napisał, że od tego momentu nikt już nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek pretensji pod adresem publicznej telewizji. Gdy bowiem chodzi o dziennikarstwo, granica została właśnie przekroczona. Otóż nie zgadzam się. I nie chodzi mi o to, że owa granica była wcześniej przekraczana wielokrotnie, natomiast z całą pewnością gdy rozmawiamy o tym, co Anglicy określają mianem „petty journalism”, sprawę ostatecznie załatwił Onet i jego pierwsza gwiazda, czyli Tomasz Sekielski. Gdy chodzi natomiast o mnie, to w momencie gdy on nakręci kolejny odcinek swojej serii o pedofilii w Kościele, ja będę miał do niego tylko jedną uwagę: efekt byłby znacznie mocniejszy, gdyby on tam wstawił Justynę Klimasarę w stringach w jacuzzi na tle Pałacu Kultury i poprosił ją o wypowiedź na temat jej szkolnych przygód, choćby z klerykami.





poniedziałek, 20 maja 2019

Czy Tomasz Sekielski powinien zostać odznaczony Wielkim Orderem Dobrej Zmiany?


Nie wiem, czy w ten akurat sposób uda mi się zamknąć tu ostatnio zprzątający tak naszą uwagę temat, no ale spróbujmy. Otóż przed nami mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”, z którego część tez już tu omówiliśmy, ale, owszem, całość może być warta naszej uwagi. A zatem zapraszam.


Zanim z najświeższego, tak długo i z takim zaangażowaniem sił i środków atakowi przeciwko Kościołowi, a przede wszystkim św. papieżowi Wojtyle pozostaną jedynie nic nie znaczące strzępy, chciałbym podzielić się z czytelnikami „Warszawskiej Gazety” swoją skromną refleksją. Otóż, podobnie jak to było w przypadku niedawnego wystąpienia Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, które to wystąpienie, jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło, zostało wręcz zjedzone przez konferansjerkę niejakiego Jażdżewskiego, i tym razem cały zamysł wziął w łeb najpierw w momencie gdy na scenę wyszedł już dziś świętej pamięci ksiądz Franciszek Cybula, a już po paru dniach wieko tej trumny zostało dociśnięte bucikiem aktorki Pauliny Młynarskiej.
Zacznijmy jednak od księdza Cybuli. Póki co, jak sądzę, większość obserwatorów naszej sceny publicznej albo nie ma pojęcia, albo skutecznie zdążyło już zapomnieć, kim był ów dziwny ksiądz. Ci jednak co nie zapomnieli, wiedzą, że powiedzieć o księdzu Cybuli, że był czy to kapelanem prezydenta Wałęsy, czy nawet jego osobistym spowiednikiem, to naprawdę niewiele. Dla mnie na przykład, ksiądz Franciszek Cybula, gdy chodzi o owe pięć lat prezydentury Lecha Wałęsy, to koszmar, którego nie potrafię porównać nawet z prawdziwym złym duchem tamtych dni, a więc Mieczysławem Wachowskim, podsekretarzem stanu i szefem gabinetu prezydenta. Ci co pamiętają tamte czasy, pamiętają też owe wstrząsające wręcz ujęcia, gdzie nie było chwili, by Lech Wałęsa był pozbawiony towarzystwa jednego i drugiego, a twarz było nie było osoby duchownej  robiła tam wrażenie autentycznie upiorne. Oto pięć długich lat, kiedy to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na Krakowskim Przedmieściu zamieszkał Diabeł. I z tym obrazem w tle otrzymujemy informację, że ksiądz Cybula to agresywny homoseksualista, pedofil i jeszcze na dokładkę tajny współpracownik komunistycznej bezpieki, dzięki gwarancjom otrzymanym od Wałęsy, pozostający do śmierci poza wszelkim podejrzeniem. I to, proszę państwa, dla mnie jest jedyna warta uwagi informacja płynąca z filmu braci Sekielskich.
 To zatem jest film, ale przed nami coś co dopiero nadejdzie, bo, moim zdaniem, nadejść musi. Oto po raz drugi, jak się okazuje w ciągu minionych kilku lat aktorka Paulina Młynarska próbuje zainteresować opinię publiczną swoją historią związaną z pracą przy filmie Andrzeja Wajdy „Kronika wypadków miłosnych”. Jak się dowiadujemy, tym razem już chyba skutecznie, kiedy Młynarska była zaledwie 14 letnią dziewczynką, Wajda i jego ekipa, aby zmusić ją do obnażenia się na planie, otumanili ją jakimiś tabletkami oraz alkoholem, przez co ona do dziś, jak twierdzi, przeżywa koszmar. A my, którzy znamy jej niezwykłą historię, musimy jej wierzyć. Tego typu upadki bowiem raczej się nie zdarzają.
 I szczególnie to wyznanie Młynarskiej daje mi szczególną nadzieję, że jeśli tym razem połączone siły ogólnopolskich mediów nie uznają go za nie warte uwagi, to będzie zaledwie początek. I daję słowo, że bohaterami lawiny, która spadnie nie będą księża.



Gdyby ktoś miał życzenie kupić sobie którąś z moich książek, to niestety część z nich jest już niedostępna, ale kilka, owszem, znajduje się w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Wystarczy kliknąć w którąś z okładek obok i próbować iść dalej. Zapraszam.



środa, 15 maja 2019

O błękitnym turbodoładowywaniu i palącym smaku Hostii


W ostatnich dniach, zdominowanych jak wiemy przez dyskusję na temat filmu Tomasza Sekielskiego o kilku księżach pedofilach, zaciekawiło mnie parę rzeczy, z których jedna wywołała refleksje zupełnie osobne. Otóż po tym jak we wspomnianym filmie pojawiła się postać księdza Cybuli, wszystkie moje dzieci kolejno zwróciły się do mnie najpierw z pytaniem, czy ja wiedziałem wcześniej, kto to taki ten Cybula, a następnie, czy ja wiedziałem, jakie to z niego ziółko. I, powiem uczciwie, że byłem pod wrażeniem. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze czasy mają to do siebie, że bohaterem mediów można być zaledwie przez jeden, czy góra kilka dni, jednak akurat po moich dzieciach tego rodzaju beztroski bym się nie spodziewał. One zdecydowanie trzymają rękę na pulsie, bardziej niż ktokolwiek inny z ich pokolenia wiedzą co, kto, gdzie i dlaczego, a tu nagle okazuje się, że nazwisko Cybula w tym całym chaosie pozostało dla nich zupełnie obce. W tej sytuacji postanowiłem, że po raz kolejny z rzędu pozwolę sobie przypomnieć swój jedyny tekst, dziś już niemal dokładnie sprzed 7 lat, o księdzu Cybuli właśnie. Bo, jakkolwiek by nie było wiadomością porażającą to co nam powiedział w swoim filmie Sekielski, problem księdza Cybuli jest znacznie znacznie głębszy i warto by było jednak o tym, szczególnie dziś, pamiętać. A zatem, bardzo proszę.

      Gdyby ktoś mnie poprosił, bym jak najkrócej opisał swoje najbardziej istotne wspomnienie jak idzie o prezydenturę Lecha Wałęsy, prawdopodobnie powiedziałbym, że wciąż mi chodzi po głowie ów obraz, kiedy to widzę prezydencką kaplicę, za ołtarzem stoi ksiądz Franciszek Cybula, w pierwszym rzędzie siedzą Wałęsa i Wachowski, gdzieś trochę dalej Drzycimski, a obok Drzycimskiego któryś z wezwanych na poranne przesłuchanie ministrów.
Ktoś kto jest zbyt młody, by te czasy pamiętać – dziś pytałem o to Coryllusa, i on przyznał, że nie bardzo wie, o czym ja w ogóle mówię – prawdopodobnie czyta te słowa jak jakąś abstrakcję, natomiast dla mnie jest to wciąż bardzo żywe wspomnienie. Spróbuję bardzo krotko opowiedzieć, o co chodziło. Otóż prezydent Wałęsa miał tego swojego kapelana – księdza Franciszka Cybulę, swojego najważniejszego ministra – Mieczysława Wachowskiego i rzecznika prasowego – Andrzeja Drzycimskiego. O ile sytuacja nie wymagała tego, by Wałęsie towarzyszył tylko Wachowski, cała ta czwórka wszędzie poruszała się razem. Wałęsa, tych dwóch, no i ksiądz. Skąd ja wiem, jak wyglądało w tej kaplicy? Otóż zwyczaj był taki, że każdego dnia, z samego rana, Wałęsa wzywał do siebie któregoś z ministrów, czy szefów którejś z państwowych instytucji, opieprzał go za to, że źle pracuje, a wszystko to nagrywała specjalna ekipa, zatrudniona przez Wałęsę po to, by rejestrować każdy jego krok. Następnie materiał był puszczany w wieczornych wiadomościach.
Zanim jednak dochodziło do bezpośredniego spotkania z ministrem, wszyscy schodzili na dół do kaplicy, i uczestniczyli w porannej Mszy Świętej. To o tych właśnie nabożeństwach swego czasu wspominał Mieczyslaw Wachowski, opowiadając, jak to on je bardzo lubi, bo może wtedy sobie „pojeść komunię”. Wspomniane Msze również były filmowane, a następnie, choćby w drobnym fragmencie, pokazywane w telewizji. Żeby każdy wiedział, że Lech Wałęsa, to człowiek bardzo religijny.
Powiem szczerze, że dla mnie zawsze największą zagadką z tej grupy był ksiądz Cybula – oficjalny kapelan Lecha Wałęsy. Przede wszystkim dlatego, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się stało, że on był przy Wałęsie zawsze. Wałęsa spotykał się w jakiejś bardzo oficjalnej sytuacji z kimś równie oficjalnym, a obok Wałęsy już był ksiądz Cybula, i go nie opuszczał nawet na krok. Ale było coś jeszcze. Ksiądz Cybula nigdy chyba się nie odezwał. Z nim nigdy nie ukazał się żaden wywiad, żadna choćby króciutka rozmowa. Ja przez te wszystkie lata, chyba nawet nie zdążyłem się zorientować, jaki ten ksiądz ma w ogóle głos. To jedno. Druga rzecz była taka, że on robił wrażenie osoby wręcz karykaturalnie niesympatycznej. Nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie spojrzał z jakimś weselszym błyskiem w oku. Był wiecznie ponury i zimny jak skała. A przez to, że siłą rzeczy kojarzył się bardziej z urzędem niż z kościołem, robił wrażenie przebranego za księdza urzędnika. I ja, powiem szczerze, zawsze się go bałem.
Oczywiście, była jeszcze cała ta polityczna część prezydentury Wałęsy, a więc prześladowanie opozycji, kwestie związków Wałęsy ze służbami, ten nieszczęsny Wachowski, o którym powstawały wręcz legendy. A na tym tle postać księdza Cybuli robiła wrażenie jeszcze bardziej złowieszcze.
Ponieważ właśnie jestem w trakcie pisanie tej nowej książki, potrzebowałem w pewnym momencie poszukać czegoś na temat dzisiejszych losów księdza Franciszka Cybuli, byłego kapelana prezydenta Wałęsy. Niestety tu akurat panuje dość jednoznaczna nędza. Co dziś robi ksiądz Cybula – nie wiadomo. Najbliżej jak udało mi się sięgnąć, to wywiad, jakiego on udzielił portalowi Opoka jeszcze w roku 2009, zatytułowany „Jestem zwykłym księdzem”, w którym opowiada on, że pracuje gdzieś na jakiejś parafii w Sopocie no i że dla niego wzorem księdza jest ksiądz Wojtyła. Ale są też i wspomnienia. I oto, ksiądz Cybula poproszony o wyjaśnienie, czemu on stał się w praktyce kolejnym prezydenckim urzędnikiem, odpowiada w ten oto sposób:„Prezydent chciał, abym był z nim wszędzie, nawet na konferencjach prasowych. Buntowałem się, nie chciałem w nich uczestniczyć. – Szefie, to jest źle odbierane – przekonywałem. A on: chcę mieć zawsze duchowe wsparcie.
Przed jednym z prestiżowych spotkań powiedział mi: nie mam dziś weny. Ja na to: włączam więc turbodoładowanie niebieskie. Zacząłem się modlić. Przerwałem modlitwę, gdy otrzymywał owacje na stojąco. Połączenie sił duchowych z jego intuicją, oryginalnym podejściem do wielu spaw, dawało efekty zaskakujące. Gdy rozmawiałem o tym z prof. Franciszkiem Gruczą, językoznawcą, germanistą, mówił o nim, on i jego koledzy po fachu: Das ist eine politische Tier – to jest polityczne zwierzę”.
Trochę przydługi ten cytat i wcale nie wiem, czy w całości potrzebny. Bo tak naprawdę chodzi mi tylko o jeden fragment. Mianowicie o tego „Szefa”. Dla mnie świadomość, że kapelan prezydenta Wałęsy zwracał się do niego per „Szefie” jest autentycznie porażająca. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Ksiądz Cybula zwraca się do Wałęsy, by go ze sobą wszędzie nie ciągał, bo to jest publicznie źle odbierane, na co Wałęsa mu tłumaczy, że mowy nie ma, bez dyskusji, ksiądz ma być i kropka! Na co Cybula – jakoś tym razem, słowo „ksiądz” mi nie przeszło przez gardło – prosi, „Ale, Szefie!”, na co Wałęsa: „A co z niebieskim tubodoładowaniem?” No i sprawa załatwiona.
Franciszek Cybula w wywiadzie dla Opoki nie wspomina, jak się do niego zwracał Wałęsa. W ogóle, mało już mówi. Tym bardziej też nie opowiada, jak wyglądała na przykład taka spowiedź, i czy, kiedy on karmił Wachowskiego opłatkami, to Wachowski był wyspowiadany, czy mówił Księdzu, żeby dawał tę komunię i nie robił cyrku. No i, może nie mniej ważne – czy on do Wachowskiego też się zwracał per „Szefie”?
Myślę o tej całej przedziwnej sytuacji, i nie mogę przestać myśleć, że oto mamy za sobą 2000 lat Kościoła, a ksiądz Franciszek Cybula jest jednym z tego Kościoła kapłanów. Że być może, teraz, kiedy ja pisze ten tekst, on tam siedzi na tej swojej sopockiej parafii i wspomina, jak to miał kiedyś swego szefa. Nie jakiegoś proboszcza, biskupa, czy papieża, a może nawet i bezpośrednio Jezusa Zmartwychwstałego, ale samego Lecha Wałęsę.
I nagle przychodzi mi do głowy myśl taka oto, że, jak nam wiadomo, minister Wachowski to był z pewnością wesoły człowiek. I czy w tej sytuacji nie jest przypadkiem możliwe, że ta spowiedź, nad którą przez chwilę się tak zadumałem, nie wyglądała tak, że to Cybula przychodził do Wachowskiego, który – już najedzony tymi komuniami – siedział sobie w konfesjonale, a Cybula klękał i mówił „Ostatni raz spowiadałem się wczoraj rano”?
Na co Wałęsa odwracał się od telewizora i krzyczał do swojego duchowego przewodnika: „Ciszej tam, bo za cholerę nic nie słychać!”

Autorem tego pięknego ujęcia jest pan Andrzej Iwańczuk


Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl są do kupienia moje książki. Nie wszystkie oczywiście, bo część poszła już w lud, ale i tak warto zajrzeć. Polecam serdecznie.


poniedziałek, 13 maja 2019

Czy Lech Wałęsa lubi małe dzieci?

       Możliwe, że część z nas uzna to za dowód mojej słabości, ale trudno, będę się musiał z tym jakoś zmierzyć i przyznaję bez bicia, że, owszem, obejrzałem film Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele. Mało tego. Mimo że te ponad dwie godziny skróciłem do, powiedzmy, jednej czwartej, mam tu swoje refleksje i zamierzam się nimi tu podzielić. Jednak zacznijmy od początku.
       Otóż film Sekielskiego jest dokładnie tak samo beznadziejny jak każdy inny obecnie kręcony polski film i, gdy chodzi o mnie, gdyby nie zobowiązanie wobec Czytelników, ja bym go przestał oglądać po pierwszych dwóch minutach. To coś bowiem nie zasługuje nawet na splunięcie i gdyby nie wspomniane zobowiązania, ja bym zdecydowanie bardziej wolał spędzić ten wieczór na słuchaniu zespołu zespołu Bayer Full śpiewającego w kółko swój wielki przebój „Majteczki w kropeczki”. I zapewniam, że ja tu nie żartuję. Aby wytrzymać te dwie godziny, trzeba być albo kompletnym idiotą, albo kimś, kto ma poczucie misji. Jak ja.
        A zatem stoję tu przed Wami i informuję, że z filmu Sekielskiego, który w tych dniach dominuje naszą publiczną przestrzeń, pozostaje tylko jedna informacja, która ma znaczenie dla naszej świadomości: wieloletni kapelan prezydenta Wałęsy, ksiądz Franciszek Cybula był człowiekiem moralnie kompletnie zdegenerowanym i cała odpowiedzialność za to nieszczęście spoczywa na nikim innym jak na samym Lechu Wałęsie. To jest jedyny realny efekt wieloletniej pracy Tomasza Sekielskiego. W jej efekcie przeciętny zainteresowany polityką obywatel dowie się jedynie tego, że Lech Wałęsa, zabójcza broń Koalicji Europejskiej, to ktoś, kto w swoim otoczeniu tolerował kogoś takiego jak Franciszek Cybula. Cała reszta spotka się wyłącznie ze wzruszeniem ramion.
      No ale pozostaje też sam film, jak mówię, odsłaniający pedofilię stanowiącą rzekomo esencję Kościoła Katolickiego. Zanim jednak przejdę do rzeczy, muszę wrócić do dość zamierzchłych czasów i przypomnieć pewien incydent dotyczący samego Sekielskiego. Otóż w czasie kiedy jeszcze jeździliśmy z Coryllusem na katowickie targi książki, zdarzyło mi się spotkać go osobiście, a nawet przeprowadzić z nim krótką rozmowę. Otóż zapytałem Sekielskiego, jak to się stało, że Onet przyznał mi w roku 2009 swoją nagrodę dla blogera roku, i proszę sobie wyobrazić, że Sekielski, niemal otwartym tekstem, przyznał, że chodziło wyłącznie o to, by dając mi tę nagrodę zniszczyć mnie w oczach prawicowej części Internetu, i że to im się niemal udało.
        Ja oczywiście od lat wiem, że cały ten system oparty jest wyłącznie na wymyślaniu, a następnie wprowadzaniu w życie najbardziej podłych intryg, a więc nic mnie nie zaskakuje. A zatem i tu dzisiaj, obejrzawszy fragmenty filmu Sekielskiego, widzę, że główne przesłanie owej produkcji nie jest wbrew pozorom skierowane przeciwko księżom pedofilom, którzy dziś albo już nie żyją, albo dogorywają gdzieś w prowadzonych przez Kościół domach opieki dla księży emerytów, lecz przeciwko św. Janowi Pawłowi II. Jak się uważnie przyjrzeć, to nikt inny jak Jan Paweł II jest pierwszym negatywnym bohaterem owego filmu. To dla niego Tomasz Sekielski w pierwszej kolejności postanowił nakręcić swój film i to z myślą o tym, by pamięć o Janie Pawle II spróbować skutecznie zniszczyć, ów film jest dziś tak powszechnie propagowany.
         Owych księży pedofilów pokazuje się tam przez te dwie godziny zaledwie trzech czy czterech, włączając to oczywiście księdza Cybulę, natomiast głównym bohaterem owej produkcji jest właśnie Jan Paweł II. Prawdziwą intencję – ale też intelektualne możliwości – autorów owej prezentacji pokazuje zresztą sama jej końcówka. Oto, próbując wbić ostatni gwóźdź do trumny polskiego papieża, jakichś dwóch obcych mi kompletnie mężczyzn pojawia się późnym wieczorem pod siedzibą krakowskiej Kurii, dzwoni dzwonkiem i zaczyna się wymiana:
      - Szczęść Boże, mam takie pytanie, czy mógłbym się zobaczyć z księdzem Dziwiszem?  
      - Nie ma księdza Kardynała.
      - Hmmm, nie ma księdza Kardynała? A dzisiaj jeszcze będzie, czy nie?
      - Nie, nie będzie.
      - Nie będzie? No nic. Dziękuję pani bardzo.
      W tym momencie nasi bohaterowie odchodzą w krakowski mrok i zaczynają teatralnie pomrukiwać:
      - Co zrobisz.
      - Co zrobisz.
      I oto widzimy zdjęcie młodego księdza Wojtyły.
     Mam nadzieję, że wszyscy widzimy ten poziom. Jakichś dwóch żuli jakąś ciemną godziną pojawia się przed budynkiem krakowskiej kurii, dzwoni dzwonkiem i pyta: „Czy mógłbym się zobaczyć z księdzem Dziwiszem?” Przepraszam za dosadność, ale co ten cały Sekielski ma, kurwa, w łbie? Czego ci debile się spodziewali? Że za chwilę ktoś ich tam poczęstuje kawą i ciasteczkami, a kardynał Dziwisz założy wyjściowy strój i do nich wyjdzie ciekawy nowych znajomości?
      To już jest niemal koniec filmu Sekielskiego, ale po końcowych już napisach, informujący widza, że nikt z władz kościelnych nie chciał z nim rozmawiać, pokazuje się nam jeszcze jedna, kluczowa wręcz, informacja:
      Z Biura Prasowego Konferencji Episkopatu Polski otrzymaliśmy następujący e-mail:
       Szanowny Panie Redaktorze,
       Dziękując za nadesłaną korespondencję, informujemy, że Kościół w Polsce od lat podejmuje działania mające na celu ochronę osób małoletnich, o czym informujemy bezpośrednio opinię publiczną. Ze względu na to, że otrzymujemy informacje o braku bezstronności ze strony Pana Redaktora w przygotowywaniu materiału, korzystamy z prawa do niekomentowania. Dziękujemy za uszanowanie tego.
      Z wyrazami szacunku”.
      Ja się oczywiście do tego dopisuję, powtarzam przy tym jednak coś dla mnie nadzwyczaj ważnego. To że Tomasz Sekielski ujawnił prawdziwe oblicze Lecha Wałęsy i ludzi, którzy go do dziś otaczają, to wybryk na miarę występu Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, kiedy to okazało się, że dziś jego pozycja polityczna tak naprawdę jest podtrzymywana już tylko przez jakiegoś Jażdżewskiego.
     Niech więc moja dzisiejsza notka zostawi nas w pewności, że ostatnie tygodnie to dla nas wszystkich zaledwie – ale i aż – dwie informacje. Po pierwsze, kapelan Lecha Wałęsy ksiądz Franciszek Cybula to ciężki homoseksualista i pedofil, no i kwestia podstawowa: Dobra Zmiana zwyczajnie nie ma konkurencji. Trochę szkoda, ale jakoś damy radę. 



Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Można tu kliknąć w okładkę obok, ewentualnie skontaktować się ze mną mailowo pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.
       

poniedziałek, 3 października 2016

O tym jak skłóciłem polską prawicę

Dobiegły końca katowickie targi książki i przede wszystkim muszę potwierdzić, że pod względem miejsca, organizacji, warunków, są to targi najlepsze w kraju. W pewnym sensie nawet lepsze of tego, co oferują Arkady Kubickiego w Warszawie, gdzie podstawowy klimat wydarzenia jest taki, że głośniki rozwieszone nad każdym stoiskiem, od rana do wieczora nadają informacje o tym, że na stoisku nr 32 swoje książki podpisuje żona Terlikowskiego, a na stoisku 62 mąż Terlikowskiej, tworząc przy tym tak straszny hałas, że nie ma sposobu, by usłyszeć choćby własny głos, a na prośbę, by coś z tym zrobić, organizatorzy odpowiadają, że tak ma być i kropka. No i byłbym zapomniał: ludzie odwiedzający targi w Katowicach różnią się od siebie nie tylko tym, jaki kto ma tatuaż.
A zatem katowickie targi to autentyczny fenomen i jestem pewien, że już za rok większa część Krakowa, zamiast się męczyć w tej nieszczęsnej hali pod Nową Hutą, wyskoczy do Katowic i będzie miała to samo, tyle że pięć razy lepiej, a ponieważ wstęp w Katowicach jest wolny, pieniądze, które były przeznaczone na zakup biletów, pójdą na opłaty na autostradzie, więc i tak wyjdzie na jedno.
Po tych wszystkich dobrych słowach na temat targów w Katowicach, muszę powiedzieć, że tym razem pogoda nas pokonała. Rozmawiałem przez chwilę z handlującym tuż obok swoją książką Igorem Zalewskim i on też narzekał, że w tym roku ludzi jest wyjątkowo mało, jednak zwrócił mi uwagę na to, że ponieważ, jak wiele na to wskazuje, mijający weekend jest ostatnim tak pięknym tej jesieni, ludzie zdecydowali się zapewne na wyjazd poza miasto. On sam zresztą, gdyby miał wybierać, na żadne targi by nie jechał. Inna sprawa, że w ostatni dzień imprezy, przez pół dnia Katowice były kompletnie zablokowane przez odbywający się tu w tym czasie maraton dla osób uzależnionych od biegania, więc część czytelników zwyczajnie nie dojechała. Mimo to, nie ma co narzekać. Targi to targi i ich emocji nie zstąpi ani Matras, ani Empik, ani nawet Amazon. Niniejszym, pozdrawiam wszystkich, którzy przyszli i dziękuję za te bezcenne chwile.
Przydarzyły mi się jednak dwie rzeczy, o których muszę wspomnieć osobno. Otóż ponieważ jednym z gości targów był mój absolutnie ukochany ilustrator książek dla dzieci, kiedyś człowiek o niepokonanej energii, a dziś bardzo już starszy pan, Bohdan Butenko, wychodząc z rana z domu, wziąłem ze sobą jedną z moich ulubionych książek, pod tytułem „Wesoła gromadka”, odnalazłem Butenkę i poprosiłem go o podpis. Trochę pogadaliśmy, powspominaliśmy czasy Marka Piegusa, on mi narysował kwiatek, daliśmy sobie zrobić zdjęcie i tyle. Można umierać.
Następne spotkanie miało oczywiście wartość odpowiednio niższą, ale mimo to, z naszego tu punktu widzenia, jest może nawet bardziej warte uwagi. Otóż w pewnym momencie w okolicy pojawił się telewizyjny redaktor Tomasz Sekielski, który obchodzi mnie o tyle, że w roku 2009 w konkursie Onetu przyznał mi nagrodę blogera roku. Podszedłem więc do Sekielskiego, przypomniałem mu się, i proszę sobie wyobrazić, że on się najpierw roześmiał, a potem powiedział mniej więcej tak: „Aleśmy pana załatwili. Od następnego dnia zaczął pan być hejtowany, jak żaden z nich”.
Ups!
O co chodzi? Otóż, mimo że ja od zawsze staram się rozeznawać sytuację i wydaje mi się, że radzę sobie z tym nie najgorzej, gdy chodzi o tamtą nagrodę, do dziś nie umiem odgadnąć, jaki oni mieli plan. Tuż po tym, jak okazało się, że to ja zostałem politycznym blogerem roku Onetu, napisał do mnie prywatnie bloger Ścios i zasugerował, że ta nagroda to była część akcji skierowanej na skłócenie środowisk prawicowych i że powinienem natychmiast oddać ten laptop. Ja oczywiście Ściosa grzecznie spuściłem, a w momencie najwyższej już desperacji, uznałem, że, decydując o wynikach tego konkursu, oni zapewne przeczytali mój szyderczy tekst o senatorze Piesiewiczu, w swojej tępocie uznali go za głos rozsądku, no i tym sposobem dali mi tego laptopa. No i musiało minąć niemal siedem długich lat, by sam mistrz ceremonii, Tomasz Sekielski wyjaśnił mi, w szczerości swego serca, o co chodziło. Oni zobaczyli, jak i co ja piszę i uznali, że trzeba działać i to natychmiast. Prawie im się udało. Prawie. Na szczęście, jak wiemy, prawie czyni poważną różnicę.
A więc jest dobrze. Minęły katowickie targi, za niedługo jadę do Opola na promocję listów od Zyty Gilowskiej, zbliżają się targi w Warszawie, po nich targi we w Wrocławiu, a ja jak dotychczas nie dostałem jednego marnego sygnału, by tam nie jechać. Więc pojadę i będę dalej podpisywał te książki. A w międzyczasie zapraszam do księgarni na stronę www.coryllus.pl i załączam bardzo piękne zdjęcie. Oto ja i sam mistrz Butenko.



piątek, 6 grudnia 2013

O lanserach i ekspertach, czyli historia robi pętlę

O Antonim Dudku pisałem w życiu raz, i zawsze byłem pewien, że to w najlepszym razie wystarczy. I oto ów dziwny człowiek pojawił się z potężnym hukiem ponownie, i na oczywiste polityczne zamówienie poinformował publiczność stacji TVP, że dr Cieszewski prawdopodobnie wyjechał za granicę w nagrodę za współpracę z SB.
Dziś, kiedy już opadł pierwszy kurz, a spod niego pojawiły się wątpliwości, ten sam Dudek udzielił reżimowym mediom kolejnej wypowiedzi, wskazując, że z tą współpracą to nie do końca pewna sprawa, i że to z czym mamy do czynienia „w trudnej sytuacji stawia Macierewicza, który wielokrotnie mówił, że ewidencja operacyjna jest wiarygodna”.
I to jest rzecz tak kuriozalna, że ja nie mam wyjścia, by się nad tym nieszczęsnym człowiekiem jeszcze raz pochylić. Reagując na pełne pogardy gwizdnięcie, przychodzi facet do telewizji i, odgrywając wybitnego eksperta, recytuje z kartki przedstawiony mu tekst, a kiedy się okazuje, że to wszystko, co odczytał było stekiem bezczelnych kłamstw, głupkowato się uśmiecha i mówi: „Widzicie, jak się brzydko zachowujecie?”
Od kiedy przeczytałem tę kuriozalną wypowiedź, wciąż się zastanawiam, jakie słowa są w stanie oddać temu dziwadłu sprawiedliwość, i przyznaję z bólem, że nie znajduję nic. Zero. Wygląda na to, że jest pewien typ degeneracji, które pozostaną do końca świata nieopisane. No ale coś powiedzieć wypada. W tej sytuacji, proszę bardzo rzucić okiem na wspomniany wcześniej tekst, jeszcze sprzed Smoleńskiej Katastrofy, kiedy to Antoni Dudek potrafił już wiele, ale zanim jeszcze uzyskał pełną doskonałość. Niech więc to posłuży za mój komentarz do dzisiejszych wydarzeń.
Przy okazji przypominam wszystkim zainteresowanym, że jutro w Księgarni Latarnik w Częstochowie, na ulicy Łódzkiej 8, mam spotkanie autorskie. Początek o godzinie 16.00. Zapraszam serdecznie.



Antoni Dudek porusza się po obrzeżach polskiej polityki właściwie od samego początku nowej Polski. Naturalnie nie jako polityk, bo bycie politykiem jest wbrew pozorom fachem bardzo trudnym i ryzykownym, lecz jako historyk i komentator. Jak to się stało, że zwróciłem uwagę na Dudka właściwie już na samym początku jego aktywności? W końcu po tak zwanej prawicowej strony polskiej sceny politycznej zawsze kręciło się całe mnóstwo publicystów, politologów, socjologów i historyków, którzy mieli ambicje uczestniczenia w tym, co się tu dzieje. Faktem jest też jednak, że niewielu z nich tak jak Antoni Dudek, potrafiło powiedzieć tak niewiele przy użyciu tak wielu słów i zrobić tak mało, przy pomocy tak wielu gestów. Wydaje mi się, że gdyby Dudek był na tyle odważny, by spróbować swoich sił w polityce nie jako komentator, ale jej bezpośredni uczestnik, to, jako przedziwna hybryda Jana Marii Rokity z Kazimierzem M. Ujazdowskim, mógłby nawet odnieść pewien sukces. Owa rokitowa część symbolizowałaby pełną agresji bezużyteczność, natomiast ta druga strona ukazywałby go nam jako takiego ładnego, stonowanego, kulturalnego chłopca o ujmującej bardzo powierzchowności. Zresztą – czyniąc tu zastrzeżenie, że Rokita to istotnie przypadek zupełnie wyjątkowy – zamiast Ujazdowskiego, mógłby tam stać równie dobrze dowolny inny polityczny lanser. Jarosław Gowin, Paweł Zalewski, Rafał Dutkiewicz, czy nawet arcybiskup Życiński. To jest dokładnie to samo powietrze.
Czemu więc Antoni Dudek nie wybrał polityki? Tego nie wiem. Efekt jest taki, że istnieje on dokładnie tak jak by istniał i wtedy, i że nie ma z niego żadnego pożytku, dokładnie tak samo jak by nie było go wtedy. Tyle że dziś bardziej irytuje. Jak wieczny kibic, który jedyne co wie, to to że on by to wszystko zrobił tak samo, tyle że dużo lepiej.
Wróć. Jest jeszcze coś, co by różniło Dudka – polityka od Dudka – komentatora. Prawdopodobnie jako polityk, nie byłby profesorem. Tyle że to też słaba pociecha. W końcu we współczesnej Polsce zostać profesorem może każdy, byleby tylko pokazywał się odpowiednio często w telewizji i wystarczająco wyraźnie swoje ambicje sformułował. Myślę, że gdyby ktoś zechciał opublikować listę świeżo upieczonych profesorów III RP, to mielibyśmy większą kupę śmiechu, niż przy studiowaniu zestawu laureatów literackiej, lub pokojowej nagrody Nobla. I wcale niekoniecznie ze względu na osobę Magdaleny Środy.
Nie został jednak Antoni Dudek politykiem. Nie poszedł śladem innych prawicowych intelektualistów swojego pokolenia i został tam gdzie dziś go możemy spotkać. Ciekawe dlaczego? Człowiek o takim temperamencie, wydawałoby się, poza polityką musi się wyłącznie dusić. Myślę sobie, że może poszło o to, że w czasach kiedy te losy się decydowały, on był na tyle pryncypialny, że nie chciał iść ani do Unii Demokratycznej, ani do Unii Wolności, ani tym bardziej do komuchów. Z kolei gdzie indziej też jakoś nie pasowało. Bo to i straszno jakoś i przede wszystkim niepewnie. A jak już przyszły lata najnowsze, to go już ani w PiS-ie ani w Platformie nie chcieli. A więc pozostały te publikacje, a z publikacjami jak wiemy, to już w ogóle trzeba uważać, bo papier oczywiście wszystko zniesie, ale pamięć ludzka już może nie darować. A skończyć jak Michalkiewicz czy jakiś Miszalski? Kto by chciał?
Ktoś mnie spyta, dlaczego tak się uparłem, żeby wysyłać Dudka do polityki? Dlaczego nie chcę, żeby on był tym, kim jest, a więc komentatorem, historykiem, lub zwyczajnym ekspertem? Otóż Dudek przeszkadza mi w roli, którą sobie upatrzył, na tej samej dokładnie zasadzie, jak przeszkadza mi wspomniana tu niedawno Natasza Urbańska jako piosenkarka bluesowa, lub Cezary Pazura jako stand-up comedian. Czy Antoniemu Dudkowi, i nam wszystkim przy okazji, byłoby lepiej, gdyby on występował w TVN24 i się intelektualnie przepychał z posłem Neumanem, lub przesłuchiwał w którejś z komisji skorumpowanych biznesmenów? Pewnie też nie. W końcu, jak sami mieliśmy okazję zobaczyć, nawet Janowi Rokicie niczego to nie zagwarantowało. Problem jednak jest taki, że ja na punkcie historyków mam pewien kompleks.
Otóż, wbrew pozorom, o których niektórzy świetnie wiedzą, a ja nie będę się tu w nie wgłębiał, do historyków mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Nie ma chyba takiej dziedziny życia, poza chirurgią oka i grą na gitarze, która budziłaby we mnie taki szacunek. Sprowadźcie mi dowolnego historyka i każcie mu opowiadać o czymkolwiek, a ja nie ruszę się z pokoju, dopóki nie powie mi on, że to już koniec. I nie musi być to nawet ktoś obeznany ściśle z jakimiś wydarzeniami historycznymi, kto mi będzie podawał przeróżne daty i interpretował wydarzenia, które gdzieś tam kiedyś doprowadziły albo do wojny, albo do pokoju. Może to być nawet ktoś taki jak ów człowiek, który w 1979 roku wygrał Wielką Grę z Chopina, a dziś we Wproście opowiada o nim takie rzeczy, że włosy stają dęba na głowie. Rzeczy, które on wie, których my nie wiemy, a które wszystkie nasze wyobrażenia przewracają do góry nogami. Więc może to być nawet i on.
Ale może to być ktokolwiek, kto tylko zna się na tym, co działo się dawno temu i co w naszej wyobraźni zdążyło przybrać bardzo określony kształt, i kto przychodzi i mówi nam, że owszem, trochę tak, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ktoś coś gdzieś, to musimy tez wiedzieć, że to nie było wszystko takie oczywiste. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy okazję rozmawiać z pewnym angielskim historykiem o królu Henryku VIII i tych jego żonach, i jak powoli okazywało się, że cały tamten świat, który wydawał się być taki prostu i oczywisty, był w gruncie rzeczy, jeśli nie kompletnie inny, to z pewnością znacznie ciekawszy. Nawet postać wręcz symboliczna, czyli cesarz Kaligula, w ustach kogoś, kto się na tamtych czasach zna, staje się kimś, o kim naprawdę warto posłuchać. Czy wszyscy historycy są tacy wybitni i nieomylni i przede wszystkim zgodni? Oczywiście, że nie. Ale z całą pewnością większość z nich wie, że jeśli w jednym miejscu w roku, dajmy na to 1678, działo się jedno, to w drugim, w tym samych czasie, przy udziale innych osób, miały miejsce wydarzenia równie istotne. I raczej niewielu z nich patrzy na historię, jak dziecko, które zobaczyło paczkę chrupek i nie może się już skupić na niczym innym.
Antoni Dudek, postanowił w Salonie zabrać głos na temat historii powstawania rządu Prawa i Sprawiedliwości. Przeczytałem i ten wpis Dudka, i wcześniej kilka jego komentarzy na blogu Migalskiego, i pomyślałem sobie, że gdyby jakikolwiek historyk w ten sposób opowiadał o jakimkolwiek wydarzeniu z przeszłości, to chyba każdy wolałby sobie kupić gazetę, albo włączyć telewizor. Przynajmniej byłoby na co popatrzeć. W 2005 roku PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został wybrany prezydentem. Oczywiście, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach się dzieje, zwycięstwo było zbyt niskie, żeby zagwarantować PiS-owi samodzielne rządzenie, a – co już może trochę ponadstandardowe – wściekłość opozycji i establishmentu tak wielka, że nawet stworzenie sensownej koalicji było niemożliwe. Można wręcz sądzić, że jedynym inteligentnym rozwiązaniem było oddanie przez PiS władzy Platformie, lub komukolwiek i natychmiastowe rozwiązanie się. Jak wiemy, przez dwa lata Jarosław Kaczyński z trudem utrzymywał władzę, którą otrzymał w powszechnych wyborach, i w końcu, kiedy – o czym Dudek może już nie pamiętać – połączone siły opozycji, mafii i mediów, postanowiły odwoływać ministra po ministrze, podał rząd do dymisji. To są fakty historyczne. Co na ten temat do powiedzenia ma historyk Dudek? Jego jedyna refleksja jest taka, że Lepper to obciach, Giertych to nędza, a Kaczyński, zamiast próbować utrzymać władzę, miał rozwiązać parlament. I mówi o tym takim tonem, jakby ta refleksja wyszła mu z matematycznego równania. A więc przychodzi do nas historyk z dorobkiem i naukowymi tytułami, i opowiada nam rzeczy, które wie każda głupia baba na targu, a nawet każdy student politologii, czy dziennikarstwa.
Oto cała refleksja Antoniego Dudka na temat tego, co się działo w Polskiej polityce między końcem roku 2005, a jesienią roku 2007. Dudek ani się nie zastanawia, jaka była sytuacja polityczna, społeczna i medialna w Polsce w tamtym czasie. Jakie były szanse i jakie było ryzyko. Jego nie obchodzi zupełnie, jakie były możliwości rozwoju sytuacji w przypadku rozwiązania parlamentu i nowych wyborów. Jego nie interesują ani ludzie, ani konflikty między nimi, ani społeczny kontekst dla tych konfliktów. On nie bierze pod uwagę na przykład takiej możliwości, że kolejne wybory mogła wygrać Samoobrona i LPR na przykład, i że w efekcie takiego rozwoju zdarzeń, Polska dostałaby po głowie tak, że by się już nie podniosła. Więcej. Jego takie dyrdymały w ogóle nie interesują. Dudka nie interesuje historia. On wie tylko tyle, że Lepper i Giertych to kupa wstydu i trzeba było jakoś inaczej. A jak mu mądrzejsi od niego blogerzy zwracają uwagę, że się głęboko myli, to im odpowiada, że owszem, to ciekawe, ale on jednak pozostanie przy swoim zdaniu. I to jest intelektualista i historyk!
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby Antoni Dudek w ten sam sposób, co o naszej współczesnej polityce, chciał opowiadać o polskiej polityce międzywojennej, o wojnach angielsko-francuskich, o Cesarstwie Rzymskim, o Rewolucji Francuskiej, o Drugiej Wojnie Światowej, o jakiejkolwiek historycznej sytuacji, to by przez ewentualnych słuchaczy został potraktowany wzruszeniem ramion, albo jeszcze gorzej – podejrzeniem, że z niego historyk jak z wiejskiego znachora chirurg ortopeda. Powiem więcej. Gdyby się nagle okazało, że Antoni Dudek jest specjalistą od życia i twórczości wspomnianego już tu Fryderyka Chopina, to zapewne jedyne, co by nam z błyskiem w oku powiedział, że Chopin miał cienkie palce i chorował na gruźlicę. Ale nie ulega też wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był takim politykiem jak Antoni Dudek historykiem, to dziś nie byłby wybitnym przywódcą opozycji i prawdopodobnie przyszłym premierem, ale by występował w Superstacji z Piotrem Semką w jakichś chorych turniejach dla idiotów.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po co ja w ogóle zajmuję się kimś takim jak Antoni Dudek. Otóż problem jest zawsze ten sam. Polskie życie publiczne zostało z jednej strony opanowane przez bandę wyrachowanych kombinatorów, a z drugiej strony przez inną bandę, tak zwanych niezależnych ekspertów. Kombinatorów mam w nosie. Oni przynajmniej wiedzą, czego chcą i robią to co robią najlepiej jak potrafią. Pies ich drapał. Gorzej jest z tak zwanymi ekspertami. Oni w najlepszym wypadku są dokładnie tak samo mądrzy jak każdy z nas, a jeśli któryś z nich ma jakąś choćby minimalnie ekspercką wiedzę na jakikolwiek temat, to i tak ją natychmiast chowa głęboko pod kocem swoich politycznych histerii. Bez względu na to, czy to jest jakiś socjolog z uniwersytetu, czy historyk z instytutu, czy politolog z jakiejś innej ważnej instytucji, czy ekonomista z najwybitniejszych gospodarczych think-tanków, czy dziennikarz z niezależnej gazety, w momencie kiedy dostanie pytanie na temat polityki, jedyne co jest w stanie z siebie wydusić, to konstatację, że Kaczyński, Lepper i Rydzyk to dno.
To nie jest wiedza. To taniec z gwiazdami. Normalni ludzie czegoś takiego nie tolerują. I stąd te słowa.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie damy rady, i proszę mi wierzyć, że w tym nie ma żadnej kokieterii. Dziękuję.

wtorek, 12 lipca 2011

I widział, że wszystko co uczynił...

Racjonalizm, jaki mnie chyba od zawsze wiąże w moim podejściu do życia, do ludzi i do świata, jest z reguły tak bezdyskusyjny, że czasem aż się tym martwię. Oczywiście najbardziej w sytuacjach, kiedy na przykład jest czas wakacji, człowiek ma poczucie, że będzie żył wiecznie i z tej radości mógłby się na przykład upić… ale się boi, że straci czujność, a to już jest prawie tak, jakby umarł. Albo gdy życie nagle robi się tak cudownie chaotyczne i naprawdę nie byłoby źle się w tym chaosie zanurzyć, a tu nie ma na to sposobu, bo wszystko musi być poukładane, i to w dodatku poukładane tak, by prawda była prawdą, kłamstwo kłamstwem, a szaleństwo szaleństwem. Bardzo ciężko jest żyć tą obsesją.
Weźmy wczorajszy – ale przecież nie tylko wczorajszy – występ Stefana Niesiołowskiego w telewizji TVN24. Gdybym był człowiekiem o duszy i sercu dziecka, prawdopodobnie patrzyłbym na marszałka Niesiołowskiego i słuchał jego słów z zachwytem, lub przynajmniej z rozbawieniem, i czuł ten dreszcz emocji, jaki się pojawia u ludzi wrażliwych, kiedy nagle przed ich oczami zaczyna się rozciągać widok zupełnie nieznany i tak bardzo egzotyczny. Na przykład, nie widzę zupełnie takiej możliwości, żeby moja najmłodsza córka słuchała tego człowieka, patrzyła na jego oczy, i jej serce rozrywało pragnienie, by ktoś przyszedł i pomógł jej rozwiązać tę zagadkę. Ona nie ma potrzeby, by wstawać na dźwięk budzika, by schować do zmywarki naczynia po obiedzie, by powycierać brudny stół, a więc tym bardziej nie ma też potrzeby, by zadręczać się pytaniem, co się dzieje w umyśle kogoś, kto przypomina plazmę.. Tymczasem ja, z całą tą swoją nieszczęsną potrzebą porządku, w którym każde pytanie ma swoją odpowiedź, siedzę jak osłupiały i się zadręczam. A już najgorzej, gdy chcę na ten temat coś powiedziec, a tu nie ma jak.
Są, na szczęście – choć wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście to jest taka szczęśliwa okoliczność – dwie sytuacje, kiedy mój racjonalizm diabli biorą. Dosłownie diabli, zwłaszcza w sytuacji pierwszej. Pisałem już o tym przy okazji rozważań na temat ateizmu. Dziś tylko przypomnę. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nasza religijność i w ogóle wiara w Boga są wynikiem nie tego, co niektórzy nazywają złudzeniem, marzeniem, czy zwykłym prymitywnym lękiem, lecz najbardziej ewidentnym zwycięstwem rozumu. Jeśli wierzymy w Boga, to nie dlatego, że słyszymy grzmot, widzimy błyskawice i nasze serce woła o ratunek, ale odwrotnie – nasze serce woła o ratunek, kiedy nagle uznajemy, że Boga nie ma. Kiedy nagle z jakiegoś powodu nasze serce i duszę ogarnia zwątpienie i zaczynamy drżeć. To właśnie ateizm jest wynikiem najbardziej prymitywnych lęków i zabobonów. To ateizm się budzi, gdy zasypia rozum. I tu, przyznaję, niekiedy – wbrew wszelkim racjonalnym argumentom, wbrew żywym dowodom, wbrew rozumowi – ogarnia mnie zwątpienie i lęk. Że co będzie, jeśli się okaże, że to co widzę, to tylko złudzenie? Że nie ma nic, jak tylko chaos i przypadek. Że to zmarły niedawno Maciej Zembaty miał rację, spędzając – jak nam donoszą i świadkowie, i on sam przecież na swoim blogu – swoje ostatnie dni na idealnie fizycznym upojeniu seksem, narkotykami i w efekcie obłędem, a nie my – ludzie odpowiedzialni, wierni, czujni i zawsze gotowi.
Druga sytuacja, kiedy mój racjonalizm przestaje funkcjonować to mój patriotyzm, moja miłość do Polski. Ktoś powie, że o ile rzeczywiście, w poprzednim przypadku uwaga, że mój rozum„diabli biorą” jest całkowicie na miejscu, to tu akurat nie bardzo. Bo wszyscy przecież wiemy, że Polska to nasze szczęście, nasza radość i nasza duma. Że kiedy Rymkiewicz mówi, że polskość „przetrwała, bo jest wieczna. Polskość to jest szczęście Polaków. Polacy mają w swoich domach to, co jest najpiękniejsze na świecie, i dlatego są szczęśliwi”, to ma całkowitą rację. Tyle że nie oszukujmy się. Za tymi słowami nie może stać przecież rozum. One tak naprawdę rozum kwestionują. One niosą w sobie wyłącznie wiarę i nadzieję. No i własnie miłość. A więc upojenie właśnie.
Wspomniałem Macieja Zembatego nie dlatego, że był on w moim odczuciu człowiekiem wybitnym, a jego życie może dla nas stanowić jakąś inspirację. Wspomniałem o nim, bo był znany, niedawno zmarł, no i zostawił po sobie parę interesujących nas wspomnień. No i też trochę dlatego, że niedawno w „Przekroju” ukazało się na jego temat wspomnienie zaprzyjaźnionego z nim Marka Raczkowskiego, które trochę koresponduje z tym, co ja tu dziś piszę, a w którym czytam:
Potrafił zadzwonić i zakomunikować, że jest u niego jakiś nieuprzejmy kierowca z agencji towarzyskiej. Pojawił się problem, bo pochopnie przedłużył czas pobytu dziewczyny (wyjątkowo dobrze mu się wtedy śpiewało). Zabrakło mu pieniędzy, więc wysyła do mnie tego kierowcę po brakujące 300 zł. […] Opowiadał, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się głównie z kokainy”.
A ja, choć wiem już wprawdzie, że Maciej Zembaty z całą pewnością był ateistą, to nie mam pewności, czy był patriotą? Czy kochał Polskę? A czy jeśli ją kochał, to na tej samej zasadzie co ja, czy Rymkiewicz, a więc przez kompletnie nieprzytomny odruch serca, czy może on coś wiedział na ten temat takiego, czego nikt nie jest w stanie zakwestionować w sposób rozumny. A jeśli jej nie kochał, to czy dlatego, że w ogóle najczęściej był kompletnie nieprzytomny i nie miał nawet jak o Polsce myśleć, czy może też coś o niej wiedział takiego, czego nie wiemy my? Czego nie wiem ja. Jest jeszcze coś, o czym już Raczkowski nie wspomina, ale o czym pisze sam Zembaty w swoim wpisie na blogu. Otóż zachodzi on – stary, półprzytomny, niemal ślepy – na jakiś ‘event’ organizowany w Muzeum Powstania Warszawskiego i czuje się źle, bo to miejsce budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i wściekłość. W pewnym momencie tym swoim jednym, ledwo czynnym okiem, widzi, jak dyrektor Muzeum demonstruje jakiemuś zwiedzającemu Piat, czyli przeciwczołgowy granatnik z czasów Powstania. I myśli sobie tak:
Do dzisiaj w razie potrzeby mogę wyjąć żółte papiery i zrobić właściwie wszystko, z mokrą robotą na zlecenie włącznie. To bardzo krzepiąca wiadomość, bo jest na tym świecie parę osób, które zamordowałbym z przyjemnością, gdyby tylko pozwolił mi na to mój kodeks, kurwa, etyczny wykluczający stosowanie przemocy”.
I dalej:
Nie ukrywam, że przez chwilę pomyślałem i to zupełnie serio, by korzystając z okazji, wynieść z muzeum Piata, a także kilka błyskawic w celu wszczęcia kolejnego Powstania Warszawskiego dla uczczenia jego jakże okrągłej rocznicy. Że jednak konserwator nie chciała mi w tym pomóc, musiałem z żalem zrezygnować, choć wiedziałem dokąd udałbym się z Piatem i w co odpaliłbym rakietę. Pisząc tego bloga, żywię nie skłamaną nadzieję, że jego - co bardziej krewcy czytelnicy, wcielą mój pomysł w życie”.
Nie mam pojęcia, kogo by Zembaty zamordował, gdyby nie był pacyfistą i nie wiem też, gdzie by poszedł z tym Piatem, gdyby mógł. Czy on by pojechał z nim do Milanówka, czy może pod siedzibę redakcji TVN24? I, co może dla nas dziś tu najważniejsze, czy za tym jego czynem stałby odruch serca, czy rozumu. Mogę się oczywiście tego wszystkiego domyślać - on to pisał jeszcze przed Smoleńskiem - ale nie wiem.
Patrzę na to, co dziś tu piszę, i myślę sobie, że strasznie dziwny jest ten mój dzisiejszy wpis. W pewnym sensie złożony z samych dygresji, przez co bardzo niebezpiecznie zbliżający się do tego, co robił na swoim blogu sam właśnie Maciej Zembaty. I jedyne, co mnie przy nim – nie przy Zembatym, ale przy tym tekście – jeszcze trzyma, to przekonanie, że ci, którzy czytają te słowa są już na tyle przyzwyczajeni do tych wszystkich moich kaprysów i zakrętów, że jakoś sobie ostatecznie z nim poradzą, a kto wie, czy nie znajdą i tu swojej odpowiedniej porcji satysfakcji. A plan miałem bardzo konkretny. Chciałem pisać o Polsce i o mojej do Polski miłości. Całkowicie irracjonalnej i niczym nie usprawiedliwionej. Przyszedł mi bowiem ten temat do głowy wczoraj, tuż po wspomnianym już występie Stefana Niesiołowskiego w „Kropce nad i”, kiedy Tomasz Sekielski, aby podeprzeć główną tezę swojej audycji, że oto Polska to kraj nędzy i obciachu, wypowiedział następujące słowa:
Gwiazdy sportu to znakomity towar marketingowy i eksportowy, pod warunkiem, że się je ma. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma w Polsce wybitnych sportowców, którymi zachwycałby się cały świat”.Przyznam że zdębiałem. Ja oczywiście świetnie wiem, co w Polsce jest nędzne, a co obciachowe. Wiem też, że są rzeczy, które Polska jest nam wszystkim winna i za które prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć. Co więcej, czuję gdzieś podskórnie, że moja miłość do Polski jest bzdurą i złudzeniem. Mimo to jednak, kiedy słucham Sekielskiego, jak mówi coś na temat owych „nielicznych wyjątków”, to zaczynam się poważnie niepokoić. I to nie o Sekielskiego, ale o siebie. Bo co to znaczy, że w Polsce, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma wybitnych sportowców? Co to znaczy, że świat się zachwyca Belgią i Grecją, natomiast już nie Polską? Ja mógłbym już w tej chwili przestać pisać swoje kolejne linijki, a zamiast tego zacząć już do końca tej strony wymieniać tylko nazwiska, zaczynając od Justyny Kowalczyk, a kończąc na bokserze Adamku, w międzyczasie zahaczając o tego chłopca, który wczoraj, czy przedwczoraj stał się bohaterem światowego snookera. Nie będę tego jednak robił, bo każdy sobie świetnie poradzi beze mnie. Ale mógłbym też zacząć sprawdzać w ‘googlach’, jakich to „licznych” sportowych mistrzów mają inne kraje na świecie, które w głowie Tomasza Sekielskiego jawią się jako kraje mniej od Polski nędzne i mniej obciachowe. Ale też tego robić nie będę, bo wiem, że rezultat tych poszukiwań będzie dramatycznie mizerny.
Natomiast chętnie się zastanowię, dlaczego Tomasz Sekielski powiedział to co powiedział? Czy on informując nas o tym, że Polska nie ma wybitnych sportowców, wiedział że kłamie, czy on mówił całkowicie szczerze? A jeśli wiedział że kłamie, albo jeśli mówił szczerze, to co takiego stało z tą jego przytomnością, czy może bezprzytomnością? Dlaczego on to zrobił? Otóż jestem przekonany, że – bez względu na to, czy wygłaszając tę horrendalną bzdurę, Sekielski wiedział co robi, czy nie – faktem jest to, że on Polski nienawidzi. On nienawidzi Polski w taki sposób, jak nienawidzą Polski ci wszyscy ludzie, którzy nie mogą znieść tego, że ta Polska wciąż nie jest do końca taka, jak oni by ją sobie wyobrażali. Że ona wciąż jest taka przepołowiona, taka nie do końca zepsuta, taka dumna, taka święta i taka wierna. I taka, jak to mówi Rymkiewicz, szczęśliwa. Myślę, że w pewnym sensie Tomasz Sekielski nienawidzi Polski tak samo, jak Stefan Niesiołowski nienawidzi polskiego Kościoła, polskich księży, polskich biskupów i wiernych temu wszystkiemu Polaków. I nagle, mając w głowie i tego Adamka i tę Kowalczyk, i tych siatkarzy, i tego Gortata, i tę Radwańską – jedną i drugą – i tego Kubota, i nawet tego nieszczęsnego Blanika, a wszystkich tak strasznie ambitnych, zdolnych i wybitnych – wbrew wszystkiemu i naprzeciw wszystkim – myślę sobie, że chyba jednak irracjonalny nie jest patriotyzm, lecz jego brak. Tomasz Sekielski, nagle, tym jednym swoim wybrykiem – jak mówię, niezależnie od tego, czy kłamał, czy był szczery – udowodnił, że ten rodzaj ślepoty musi wynikać z kompletnego opętania. Z tego samego opętania, z jakiego prawdopodobnie wynikało to, jaki kształt przybrały ostatnie lata życia Macieja Zembatego, tego samego opętania, jakie stoi za obecnym postępowaniem Stefana Niesiołowskiego i – zapewne – z tego samego opętania, jakiemu ja ulegam, kiedy nagle zaczynam się bać, że nie ma nic, jak tylko chaos.
A więc, nagle mi przyszło do głowy, że jednak racjonalne jest wszystko. Racjonalny jest cały ten świat, który dostaliśmy od Boga, racjonalna jest nasza wiara, racjonalne jest nasze życie i racjonalne jest wszystko dobro, które je wypełnia. A więc, zapewne, też i myśl Jarosława Marka Rymkiewicza na temat Polski, Polaków i tego naszego szczęścia jest jak najbardziej rozumna i usprawiedliwiona. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to wyłącznie dlatego, ze coś mu się pomyliło, albo może się zagapił, czy nagle ogarnął go zwykły ludzki lęk przed nieznanym i na chwilę stracił rozum. I pomyśleć tylko, że po to, bym doszedł do tego przekonania, musiałem na chwilę zainteresować się sportem, który na co dzień mnie obchodzi tyle co pogoda w Warszawie.

Wszystkich tych, którzy, mimo wszystko, wciąż tu jednak znajdują tę swoją codzienną "porcję satysfakcji", bardzo proszę o wsparcie. Ono jest nam dziś potrzebne może bardziej niż kiedykolwiek.

piątek, 25 lutego 2011

Zabić Dubienieckiego? W życiu! Jesteście za głupi.

Atak, jaki mainstream skierował w stronę męża Marty Kaczyńskiej jest w pewnym sensie zrozumiały, a z drugiej strony jego gwałtowność może zaskakiwać nawet tych, którzy zdążyli się przyzwyczaić do najgorszych ekscesów. Dlaczego uważam, że to co oni wyprawiają, jest zrozumiale? Otóż jest ku temu kilka powodów. Prawdopodobnie nikt tak jednoznacznie jak Dubienecki nie wypowiada się na tematy, które dziś rządzą naszymi emocjami, a ta jednoznaczność idzie całkowicie w przeciwnym kierunku od popularnych oczekiwań. O ile się nie mylę, to właśnie on, jako pierwszy z pierwszego szeregu osób, których zdanie się liczy, zakomunikował wyraźnie, że prezydent Kaczyński mógł zostać zamordowany. Drugi powód jest bezpośrednio związany ze sposobem, w jaki Dubienecki swoje opinie formułuje. On w żaden sposób nie jest przy tym ani miły, ani firmowo nieśmiały, ani nawet demonstracyjnie pogrążony w żałobie. Krótko mówiąc, Dubienecki, kiedy rozmawia z dziennikarzami pokazuje każdym swoim gestem, że uważa się od nich pod każdym względem lepszy. Coś takiego mniej więcej, jak stryj jego żony, tyle że ten akurat – przynajmniej moim zdaniem – jest sympatyczny. Dubienecki nie ma nawet tego.
Jest jednak jeszcze coś, co – jak sądzę – wzbudziło po stronie Systemu tak wielką chęć zniszczenia Dubieneckiego, a przy okazji, relacji na linii Jarosław, Marta i rodzina Marty. Chodzi, jak zwykle, o samego Jarosława Kaczyńskiego. To on jest tu celem, a sam Dubienecki znalazł się tu w pewnym sensie przypadkiem. System uznał, ze skoro Jaroslaw Kaczyński jakoś się pozbierał po katastrofie, a także po przegranych tak niefortunnie wyborach, i robi wrażenie silnego, jak nigdy dotąd, należy go zaatakować od strony rodziny, a więc czegoś, co w gruncie rzeczy jest ostatnią rzeczą, jaka mu praktycznie pozostała. Ktoś powie, że tego typu akcja to wyjątkowe skurwysyństwo. No, ale czemu nie? W końcu mamy do czynienia z ludźmi, kotrzy już w kwietniu minionego roku pokazali, że stać ich na wszystko. Dosłownie na wszystko. Jeśli potrafią rodziny mordować, to czemu mają ich nie rozbijać?
A więc jedni powiedzą, że tak się przecież nie godzi, ale z całą pewnością pojawią się też inni, którzy ogłoszą, że Dubienecki sam jest sobie winny, bo gada, co mu ślina na język przyniesie, i w dodatku z tą śliną też ma kłopoty. I, muszę przyznać, że tę opinię trochę rozumiem, z tego względu, ze nawet moje dzieci – których raczej nie podejrzewam o szczególną naiwność, czy brak czujności – dały się tu nabrać, właśnie jak dzieci. To od nich mianowicie po raz pierwszy dowiedziałem się, że Dubienecki zrobił z siebie osła, mówiąc w wywiadzie dla Onetu, że Marta Kaczyńska ma mieć pierwsze miejsce na liście, bo ona jest tu szefem i nawet sam Jarosław nie ma tu nic do gadania. Przeczytałem oczywiście tę rozmowę, i – oczywiście, tak jak to zawsze bywa – okazało się, że owszem, wszystko to prawda, tyle że nie to, nie tak i nie w ten sposób. Przede wszystkim Dubienecki w swojej wypowiedzi dla Onetu nie powiedział, że Marta Kaczyńska chce startować w wyborach i że w związku z tym oczekuje pierwszego miejsca na liście, lecz – odpowiadając na pytanie – stwierdził fakt oczywisty: że JEŚLI jego żona ma zostać kandydatem w wyborach, to pierwsze miejsce jest faktem. Przepraszam bardzo, a gdzie tu jest jakakolwiek nieprawda? Czy ktokolwiek jest w sobie w stanie wyobrazić, że ona startuje do Sejmu z list PiS-u, i znajduje się za jakąś Szczypińską, czy nawet za Kurskim? Przecież to byłby kompletny absurd. I to wcale nie dlatego, że jako bratanica Prezesa, ma lepszą sytuację, ale z tej prostej przyczyny, że jest córką Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie zamordowanego przez złych ludzi 10 kwietnia w Smoleńsku. A to jest powód wystarczający. I jej relacje ze stryjem nie mają tu nic do rzeczy.
A zatem, to jest jedna część wypowiedzi Dubieneckiego. Druga natomiast to ta, że on się wpycha do interesu. I to jest też nieprawda. Przede wszystkim, gdyby komuś się chciało czytać z minimalną uwagą i ze zrozumieniem, to by wiedział, że przede wszystkim Dubienecki, jeśli mówi o swojej politycznej karierze, to wcale nie wskazuje bezpośrednio na PiS, ale wspomina coś o ewentualnym swoim własnym projekcie. To jest zapisane. Można to sprawdzić. Natomiast, jak już idzie o sam PiS, to wyraźnie mówi – i to też można sprawdzić – że to iż on jest mężem Marty i zięciem zmarłego Prezydenta, nie stanowi jakiegokolwiek powodu, by władze PiS-u miały go traktować wyjątkowo. Ale i to nie ma tu większego znaczenia, bo jak sam podkreśla, w tych wyborach on się zajmuje wyłącznie własną kancelarią, a nie polityką.
Pojawił się też zarzut, ze Dubienecki jest zarozumiały jak cholera i nie wiadomo co sobie wyobraża. Że jemu się należy szefowanie partii, lub nawet premierostwo? I to jest dosyć ciekawa sprawa. Otóż ja świetnie wiem, że ludzie są różni. Z jednej strony mamy tych, którzy chcą zostać prezydentami, a z drugiej takich, którym wystarczy układać kable na koncercie jakiejś niedzielnej gwiazdy. I zwykle bywa tak, że prezydentami zostają ci pierwsi, a nie ci drudzy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla tych, którzy dziś próbują niszczyć Dubieneckiego on jest – przynajmniej oficjalnie – zwykłym uzurpatorem i pajacem z kłopotami prokuratorskimi. Natomiast z mojego choćby punktu widzenia, to jest też ktoś – i to może przede wszystkim – kto jest mężem Marty Kaczyńskiej i zięciem zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A, przepraszam bardzo, tak jak nie każdy może być prezydentem, tak samo nie każdy może być zięciem prezydenta i ojcem jego wnuczek. Zwłaszcza gdy mówimy o śp. Lechu Kaczyńskim. A zatem Dubieniecki pokazał już, że należy go traktować poważnie. A skoro poważnie, to ja nie bardzo sobie wyobrażam, żeby ewentualne ambicje polityczne Dubieneckiego miały się wiązać z tym, że on zostanie jednym z paru tysięcy lokalnych członków partii stryja swojej zony. I jeśli dziś Dubieniecki ogłasza, że jeśli on się kiedyś zaangażuje w politykę, to po to, żeby zostać w przyszłości premierem, to dla mnie ta deklaracja jest jak najbardziej naturalna. Czy mu się to uda? Nie sądzę. Bo to wcale nie jest takie proste. Ale niby dlaczego jego akurat mamy pozbawiać tych ambicji już na starcie?
Czy to wszystko wiedzą ci, którzy ostatnio uczestniczą w tej nieprawdopodobnie agresywnej akcji niszczenia Dubieneckiego? Myślę, że wśród organizatorów tego procederu są i tacy, którzy wiedzą. Natomiast moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że wielu z nich, a już na pewno na popularnym poziomie, gdzie już tylko mamy zwykłych kibiców, panuje zwykła i najbardziej ordynarna durnota. Zajrzyjmy, na przykład choćby na średni poziom tej manipulacji, i przyjrzyjmy się Tomaszowi Sekielskiemu, który ostatnio zgodził się przyjąć od swoich szefów propozycję zostania nowym Ubermanem i Szykułą w jednym, i konsekwentnie służyć potrzebom tępego tłumu. Myślę, że Sekielski tego nie wie. Myślę – i tu muszę się przyznać do pewnego błędu z mojej niedawnej przeszłości – że Sekielski jest jednak głupi. Tak samo głupi jak Krzysztof Daukszewicz, czy ta lala, która postanowiła przepytać z angielskiego Mariusza Kamińskiego, czy Jolanta Pieńkowska…
Tu nie mogę się powstrzymać przed drobną dygresją. Niedawno miałem okazję oglądać poranny program w stacji TVN. Otóż przylazł tam, przepraszam za wyrażenie, Jacek Żakowski, i zaczął coś bredzić o tym, że w środowiskach warszawsko-warszawskich pojawiła się ostatnio moda, by jeżdzić do Afryki, czy do innych egzotycznych krajów , i tam się pieprzyć z lokalnymi. Że ten typ seksualnych przygód jest – przez swoją właśnie egzotyczność, przygodowość i brak zobowiązań – bardzo przyjemny. I kiedy on to mówił, spojrzałem na siedzącą obok niego Jolantę Pieńkowską, która i bez tego jego gadania, wyglądała tak głupio, jak tylko może wyglądać podstarzała gwiazda przebrana za małą dziewczynkę, i podobnie głupio się zachowywała, i nie mogłem nie zauważyć, jak ona zwyczajnie nie wytrzymuje tego napięcia, a później już tylko krzyczy: „Z tubylcami????”
A zatem, Sekielski, jak sądzę, jednak stoi dziś intelektualnie bliżej Pieńkowskiej, niż choćby – znów przepraszam – Żakowskiego, który akurat przynajmniej dostrzegł niestosowność sytuacji i zwrócił swojej znajomej uwagę, której z kolei – swoją drogą – ona i tak już nie słyszała. No bo jak? Sekielski więc, kiedy staje w pierwszym szeregu gnojenia Dubieneckiego, moim zdaniem nie ma pojęcia, że jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Że to co mu się wydaje, to wyłącznie jego problem i problem jego uwikłania, i problem jego bardzo ograniczonych możliwości intelektualnych.
Oczywiście, na samym dole jest cala masa tych, którzy jak najbardziej we wszystko co słyszą, uwierzą, i nagle uznają, że faktycznie z tym Dubieneckim jest coś nie tak i że pewnie „cała ta rodzinka” jest jakaś podejrzana. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że ten plan nie przejdzie. Przede wszystkim dlatego, że Marta Kaczyńska, jej mąż i jej dzieci wyglądają razem tak fajnie, że wystarczy parę sesji do kolorowych pism, żeby wszyscy ci durnie wpadli w nowy zachwyt. W dodatku sam Dubienecki, choć ja osobiście – jako ktoś okropnie zazdrosny o to, że wszyscy wyglądają lepiej ode mnie – go fizycznie nie znoszę, nawet bez swojej żony obok ma w sobie tyle siły, że jednym słowem i jednym mrugnięciem rozwala każdego, kto mu podskoczy. Przecież ludzie to widzą. I nie ma takiej siły, żeby on nagle, w bardziej powszechnej przestrzeni, stał się kimś, kogo ludzie zaczną nie lubić. Jest naturalnie jeszcze taka możliwość, że weźmie się za niego albo CBŚ, czy ABW, czy może choćby ta banda skorumpowanych moralnie i fizycznie adwokatów zrzeszonych w swoich izbach i go spróbują zrujnować. Jednak nawet i tu, on sobie poradzi. Ktoś taki jak on, sobie z pewnością poradzi.
A więc, nici z tego całego planu, Szanowni Państwo. Możecie zwijać interes. Na dziś lepiej zdecydowanie będzie, jeśli zajmijcie się studiowaniem sytuacji w Północnej Afryce. Może się Wam coś z tego przydać. Już bardzo niedługo.

środa, 26 stycznia 2011

Powrót człowieka z frytą

Swego czasu, zamieściłem tu na tym blogu notkę, poświęconą szczególnemu rodzajowi polskiego reżimowego dziennikarstwa, dla którego wszelkie epitety o "specach od mokrej roboty", "cynglach", czy po prostu "kłamcach do wynajęcia", robią wrażenie kompletnie nieadekwatnych, i wybrałem dla nich specjalną, dość absurdalną nazwę 'topiarzy fryt'. Zaproponowałem tę nazwę, obudowałem tę propozycję wesołym tekstem i temat zamknąłem. I oto dziś pojawia się Tomasz Sekielski ze swoimi animatorami. Nie mam więc wyjścia. Muszę do sprawy powrócić.
Otóż nie minął chyba nawet tydzień jak ów szczególny dziennikarz, czerpiąc wzory z najbardziej brutalnej czarno-czerwonej propagandy, zaatakował Jarosława Kaczyńskiego, gdy, niewątpliwie w reakcji na słowa krytyki skierowane pod adresem jego stacji, red. Sekielski zabłysnął ponownie, tym razem prokurując audycję poświęconą specjalnie Platformie Obywatelskiej i osobiście Donaldowi Tuskowi. Oczywiście, sam pan redaktor jest specjalistą wysokiej klasy i należy mu oddać co jego, niemniej jednak nie sposób nie dojrzeć ogromu pracy, jaką sama stacja włożyła w to, by wszystko było zapięte na ostatni guzik, a sam ów gest ekspiacji przyniósł jak najlepsze rezultaty. TVN24 to rzeczywiście poważna firma i nie ma już wątpliwości, że każdy gest hołdu ze strony Systemu pod adresem jej właścicieli i pracowników jest jak najbardziej zasłużony.
Wczorajsza audycja Sekielskiego była właściwie, pod względem metod i siły rażenia, na podobnym poziomie co wcześniejszy program o Jarosławie Kaczyńskiemu, a więc każdy kto jest w stanie słuchać, patrzeć i myśleć, musiał w trakcie tych 30 minut uzyskać wszystkie potrzebne informacje, by dojść do wniosku, że Donald Tusk i jego projekt to wyłącznie, że się tak wyrażę, kłamstwo i dupstwo. Różnica była tylko taka, że tydzień wcześniej, dla podparcia swoich tez, zaprosił do siebie Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, a więc ludzi którzy Kaczyńskiego nienawidzą tak, że są w stanie powiedzieć o nim wszystko, i jednego psychologa, który z kolei mógł w pełni profesjonalnie przedstawić telewidzom obraz choroby psychicznej, na jaką Jaroslaw Kaczyński w sposób oczywisty cierpi.
Wczoraj, całość programu została sprytnie podzielona na kilka części, a więc jedną o rocznicy Platformy Obywatelskiej, drugą o samym Donaldzie Tusku, trzecią o historii Hali Oliwii i czwartą o Mirosławie Drzewieckim, tak by biedny telewidz do końca nie wiedział, o czym jest mowa. No i naturalnie nie było ani psychiatrów, ani psychologów, ani też Joachima Brudzińskiego i pani poseł Kępy, lecz zwykli politolodzy, czy może socjolodzy, którzy skarżyli się, że z Platformą jest nienajlepiej.
A więc zwykły tefauenowski standard polegający na tym, by wszystko tak zamieszać, by nikt nie mógł, z jednej strony, nikomu zarzucić kłamstwa, czy choćby ukrywania prawdy, a z drugiej, żeby całość przekazu się zgrabnie i cichutku rozpłynęła w błękitnej mgle. Jeden jednak fragment dziennikarskiej pracy Tomasza Sekielskiego zrobił na mnie wrażenie kolosalne. Otóż podczas fragmentu audycji poświęconej Donaldowi Tuskowi, kiedy to dzięki starym migawkom, cytatom i odpowiedniemu komentarzowi uzyskiwaliśmy stopniowo obraz bezczelnego i całkowicie bezkarnego kłamcy i nieudacznika, nagle, bez żadnego powodu i całkowicie poza kontekstem i tematem, zobaczyliśmy Jarosława Kaczyńskiego, jak wdrapuje się niezgrabnie na mównicę. To było zaledwie pięć, czy dziesięć sekund filmu, bez żadnych jakichkolwiek słów, bez słowa komentarza. Po prostu nagle, w trakcie programu o Donaldzie Tusku i historii jego politycznej kariery, zobaczyliśmy, bez najmniejszego sensu, Jarosława Kaczyńskiego jak włazi na mównicę i zaczyna coś dukać. Ja oczywiście jestem wystarczająco doświadczony, żeby znać wszystkie tego typu zagrywki, ale z jakiegoś powodu ten akurat manewr zrobił na mnie wrażenie.
Mogłem sobie świetnie bowiem wyobrazić, jak przeciętny konsument tefauenowskiego projektu siedzi przed ekranem swojego telewizora, tuż po rozmowie Moniki Olejnik, a jeszcze przed rozmową Bogdana Rymanowskiego, nudzi się jak pies, ziewa, rozgląda się gdzieś po suficie, a tu nagle, patrzy – Kaczor. Jest! Jest sukinsyn! Ale lezie! Ale krzywi ten swój kaczy dziób. Co za dureń! Co za gnój!. Żeby go wreszcie szlag trafił! No wreszcie coś ciekawego. Ten Sekielski to jednak równy gość.
Wspomniałem o Olejnik i Rymanowskim. I tu już mam powód, by zwrócić uwagę na drugą stronę tego wczorajszego zagrania prezesa Waltera i jego drużyny. Chodzi mi mianowicie już nie o samego Sekielskiego, lecz o jego szefów i kumpli. Otóż tuż przed demaskatorskim atakiem na Platformę Obywatelską i osobiście Donalda Tuska, Monika Olejnik rozmawiała z Hanną Gronkiewicz Waltz. Jak się okazuje, oryginalnie do studia miała przyjść minister Ewa Kopacz, ale coś się pomieszało i pojawiła się Waltz. Biorę oczywiście pod uwagę, że Kopacz byłaby jeszcze lepsza, ale muszę pani prezydent oddać sprawiedliwość. Ona z każdym dniem jest coraz lepsza. Wczoraj właściwie była już prawie tak mocna, jak występujący dzień wcześniej Komorowski. Przez pół godziny płynął z ekranu czysty słowotok z jednym przekazem: „Dość o Smoleńsku, a Kaczyński jest chory na głowę”. Mogę się więc już tylko domyślić, że kiedy na ekranie pojawił się Sekielski ze swoim agresywnym jak cholera dziennikarstwem, wszyscy byli już odpowiednio napompowani.
Po Sekielskim z kolei przyszedł Rymanowski i jestem pewien, że jeśli komuś nie wystarczyła Waltz i te parę sekund Jarosława lezącego na mównicę, dostał już wszystko, o czym tylko mógł sobie zamarzyć. A więc z jednej strony Stefana Niesiołowskiego, a z drugiej Romana Giertycha. No i ci załatwili sprawę ostatecznie. Rymanowski zaczyna „Panie ministrze, jak pan ocenia poziom rządów Platformy Obywatelskiej w dziesiątą rocznicę istnienia partii?” A Giertych na to: „Dopóki Jarosław Kaczyński…”, i tak już do końca, na tle rozpromienionej buzi Rymanowskiego.
Oczywiście dalej już było tylko Szkło Kontaktowe, a więc tak zwane podsumowanie, i tak się skończył ten dzień.
A ja sobie myślę, że trzeba by było nam też powiedzieć coś, co będzie podsumowaniem tego niezwykłego wieczoru z naszej strony. I mam tu dwie uwagi. Otóż te dziesięć sekund Jarosława Kaczyńskiego w programie o Donaldzie Tusku, to jednak, jak by nie patrzeć, jakość nowa. Czy one świadczą o jakieś zmianie, o rozwoju, czy o regresie – nie wiem. Wiem natomiast, że walka trwa w najlepsze i już nikt niczego nie udaje. Przyłbice są odsłonięte, a wiatr hula. No i jest ten Stefan Niesiołowski. Ja wiem, że jest taki retoryczny zwyczaj, żeby o kimś mówić, że to wariat, dureń, czy wręcz człowiek psychicznie chory. Jak idzie o jego wczorajszy występ, po raz pierwszy, zupełnie na zimno, z pełnym spokojem i bez śladu uprzedzeń zobaczyłem człowieka autentycznie chorego psychicznie. Myślę, że tak to wygląda. Stefan Niesiołowski jest autentycznie umysłowo zdefektowany. On jest dziś już jedynym w Polsce politykiem, który mówi bez zastanowienia. Podejrzewam, że nawet Gronkiewicz Waltz, jak coś powie, to wcześniej jakoś tam sobie w swojej głowie kalkuluje. Nawet Tusk. Nawet Pitera. Niesiołowski jest jedyną publiczna postacią, którą już tylko działa na zasadzie odruchu. Doszło do tego, że on gadał, a Giertych z Rymanowskim się z niego śmiali.
Jacyż ci ludzie są podli. Apeluję dziś do wszystkich – bądźmy dobrzy dla Stefana Niesiołowskiego. Dajmy mu już spokój

środa, 5 stycznia 2011

Jeszcze raz o Słońcu, Księżycu... i o pudrze na oczach

Siedziałem sobie wczoraj wieczorem przed telewizorem, patrzyłem na zdemolowanego posła Gruszkę, kiedy nagle, w swojej codziennej drodze skądś dokądś, pojawiła się pani Toyahowa, spojrzała w ekran i spytała: „To teraz u nich Sekielski robi za dobrego?”
Jak idzie o medialny przekaz na poziomie kultowego już gdzieniegdzie hasła „wstajesz i wiesz”, dla telewizji TVN rok 2011 zaczął się od dwóch posunięć. Po pierwsze, właściciele stacji postanowili, że trzeba będzie wszystkie programy autorskie, od ‘Faktów po faktach’ przez ‘Kropkę nad i’ aż po ‘Rozmowę Rymanowskiego’ ułożyć w jeden blok. Druga decyzja natomiast była taka, że pojawi się nowy program, prowadzony właśnie przez tak nieładnie potraktowanego przez moją żonę Sekielskiego. Pierwszy efekt tego jest taki, że tefauenowski prime time obecnie wygląda tak, że najpierw któryś z dziennikarzy stacji wraz z dwoma zaproszonymi gośćmi dogadują trzeciemu, następnie Monika Olejnik albo na kogoś drze mordę, lub do kogoś innego na swój szczególny sposób się wdzięczy, a na koniec Bogdan Rymanowski z miną dziecka, które właśnie dostało piątkę, udaje, ze nic nie rozumie. A później już tylko Szkło kontaktowe ze swoją godziną nienawiści. No i w samym środku tego przekazu, mój mistrz i dobrodziej Sekielski – jak to określiła pani T. – „robi za dobrego”.
Jakie będą skutki tego przetasowania, dla nich i dla nas? Dla nich pewnie głównie taki, że bardzo dużo osób, kiedy będzie się zaczynać ‘Kropka nad i’, żeby móc spokojnie pooglądać Sekielskiego, pojdzie coś zjeść, albo się umyć, i Monika Olejnik będzie się mogła popisywać już niemal wyłącznie przed swoimi gośćmi. To że ona wie, widać już było wczoraj, kiedy wystarczyło jedno poniedziałkowe wydanie audycji Sekielskiego, o tym jak to polskie państwo zabija ludzi chorujących na raka, by każdy mógł zobaczyć, jak z Olejnik wychodzi całe to zatęchłe już do granic wytrzymałości powietrze. Poza tym jednak, jak idzie o punkt widzenia TVN-u i jego pracowników, to chyba już wszystko.
Jeśli natomiast chodzi o nas, to wszystko cośmy mieli dostać, już dostaliśmy. Trochę w poniedziałek, a całą resztę już wczoraj. I jest tak, że nawet jeśli dziś Sekielski nam opowie o tym, jak to lokalni przedstawiciele Ekipy – tu pełne pogardy splunięcie w stronę pani Agnieszki – pasą się na wymianie w całej Polsce dworców kolejowych na centra handlowe, jutro o tym, jak to naprawdę było z senatorem Pańką, a pojutrze może jakiś ciekawy program o ministrze Arabskim, to co mieliśmy dostać, jak mówię, już mamy. A mamy mianowicie to, że już z całą pewnością wiemy, że oni wiedzą. I jeszcze coś. Że oni wiedzą i nic sobie z tego nie robią. I w tym nic-sobie-z-tego-nierobieniu tak się wybezczelnili, że kiedy my im mówimy, że my akurat też wiemy, i to wiemy od dawna, zaczynają się na nas wydzierać, żebyśmy wreszcie przestali, bo przynosimy Polsce wstyd na całą Europę.
Siedziałem sobie wczoraj przed telewizorem, patrzyłem na zdemolowanego przez Służby posła Gruszkę, na siedzące z nim przy tym samotnym stole żonę i córkę, wpatrywałem się w jego dłoń, jak ściska dłoń Tomasza Sekielskiego i patrzyłem w oczy Sekielskiemu i słuchałem, jak już nawet nie z ust, ale z tych oczu, płyną słowa: „Tak, mili państwo, to prawda. To wszystko prawda. Wszystko coście dotychczas myśleli, to najczystsza prawda. Tak to się właśnie dzieje.” Patrzyłem na tych ludzi skupionych przy tym biednym, samotnym stole i na tego rozbitego, byłego już dziś, posła Józefa Gruszkę, i daje słowo, ze nie trzeba było żadnych słów. Można było wyłączyć dźwięk w telewizorze i tylko patrzeć na tych ludzi, a później na migawki sprzed pięciu lat i na twarze tamtych prokuratorów, i na rozbiegane oczy posłów – byłych kolegów Józefa Gruszki – PSL-u, żeby wiedzieć wszystko.
No, może warto było tylko usłyszeć posła Kłopotka, który zanim – tak straszliwie zmieszany – uciekł gdzieś w głąb sejmowego korytarza, wydukał, że lepiej się od pewnych spraw trzymać z daleka. A mówił te słowa, odpowiadając na proste i przecież w żaden sposób nie niebezpieczne pytanie, dlaczego przez te pięć lat nikt się nie zainteresował zdrowiem byłego kolegi. Powiedział te słowa publicznie, a jak najbardziej mainstreamowa telewizja puściła je w świat, bez śladu zażenowania. Te słowa rzeczywiście warto było usłyszeć. Od pewnych spraw lepiej się trzymać z daleka. Zawsze, a już zwłaszcza wtedy, gdy człowiek siłą rzeczy choćby od czasu do czasu musi się w pobliżu tych „pewnych spraw” pokręcić. W takich sytuacjach można najwyżej zamknąć oczy. Szeroko.
A co z nami? My tu tak sobie tylko rozmawiamy. Wygadujemy najdziwniejsze rzeczy, a ktoś tam, po tamtej stronie, je z pewnością czyta, i się z nas śmieje. I tak jak już tu kiedyś pisałem, wie też świetnie, że jak idzie o nas, nawet nie musi sobie brudzić rąk. On akurat wie, że jak idzie o nas, wystarczy, że się na nas wyśle tę część społeczeństwa, która jest zawsze gotowa by dać nam do wiwatu tak, że się nie pozbieramy. Za te nasze głupie obsesje, za tę naszą chorą podejrzliwość, za to nasze ciągłe gadanie o udręczonej Polsce i zdrajcach, którzy się na Jej nieszczęściu wypaśli. Za tę naszą kaczystowską nienawiść. Wiedzą, że akurat do tych zadań zawsze znajdą całą masę głupców o odpowiednim poziomie gorliwości, którzy nam wszystko co trzeba ładnie wyłożą. A jeśli któryś z nich nakręci się aż tak bardzo, by tu do nas przyjść i nam zrobić jakąś krzywdę, to może i będzie z tego jakiś kłopot, ale z całą pewnością nie taki, żeby się nad nim szczególnie pochylać.
Również wczoraj, dowiedzieliśmy się wszyscy, że dwie komisje – medyczna i teologiczna – ostatecznie potwierdziły autentyczność cudu uzdrowienia francuskiej zakonnicy za wstawiennictwem Jana Pawła II. Cały wieczór, ta banda zawodowych kłamców odmieniała przez wszystkie przypadki to jedno słowo – cud. I nic. Zupełnie jak by nic się nie stało. Te twarze, te języki, te garnitury, te oczy, ten puder – wszystko było takie same jak każdego innego dnia. Patrz pan, cholera, jaki cud! A ja sobie myślę, że zdecydowanie jest dobrze, że – jak to już rozmawialiśmy o tym wczoraj – przynajmniej od czasu do czasu tarcza Księżyca jest dokładnie tak samo malutka jak tarcza Słońca. I że niedługo Wielkanoc. Czuwajmy.

poniedziałek, 15 marca 2010

O marionetkach już było, pora na władców



Od czasu gdy gnoiłem tu, na tym blogu, Tomasza Sekielskiego – podobnie zresztą jak i jego kolegę z pracy, Morozowskiego – właściwie nie mam żadnego powodu, żeby się więcej nad nim znęcać. Przede wszystkim, mam wrażenie, że od tamtego czasu nie miałem okazji oglądać jego telewizyjnych popisów ani razu, więc tu mam spokój. Poza tym, co może równie ważne, dał mi tę nagrodę, a to moim zdaniem akurat o nim świadczy jak najlepiej. Dodatkowo jeszcze, okazał się nadzwyczaj miłą osobą, co może najlepiej potwierdzić moja córka, która uczciwie wyznała, że gdyby nie był taki stary, to ona być może choćby za ten jego uśmiech potrafiła się w nim zakochać. A zatem, Sekielski od dłuższego już czasu jest dla mnie wyłącznie miłym w obejściu człowiekiem, o sympatycznym uśmiechu i uczciwych i odważnych gestach. Niestety, wszystko dobre co się dobrze kończy. Pocieszam się tylko tym, że podczas naszej krótkiej rozmowy przy okazji wręczania tamtych nagród, otrzymałem od niego zapewnienie, że on nie ma nic przeciwko temu, żebym mu dokładał. Byle sprawiedliwie. A więc proszę uprzejmie. Będzie sprawiedliwie jak najbardziej.
Od kilku dni, TVN24 na dzisiejszą niedzielę zapowiadał sensacyjny dokument Sekielskiego zrobił o polskich politykach. Z informacji jakie do mnie dochodzą wynika, że zapowiadana sensacja stała się sensacją faktyczną jak najbardziej, i, jak znam życie, to co Tomasz Sekielski pokazał we wspomnianym dokumencie będzie dyskutowane przez najbliższe tygodnie, a nawet pewnie dłużej. Niestety – również uwzględniając dotychczasowe doświadczenia – jestem pewny, że dyskusja będzie szła obok problemu, dokładnie tak samo jak idzie obok problemu już od lat. I niestety z winy samego Sekielskiego.
Trudno jest mi powiedzieć, czy Tomasz Sekielski nakręcił ten film w takim kształcie i z takim przesłaniem, jakie wszyscy właśnie otrzymaliśmy, wiedząc świetnie, że to wszystko jest nic nie znaczącą bzdurą i zwykłym zawracaniem głowy, a jak zwykle chodzi tylko o to, żeby zwykłym ludziom robić wodę z mózgu, czy może naiwnie jak dziecko próbuje się z nami podzielić absolutnie niecodziennym odkryciem, że ta polityka, panie, to bagno. Ponieważ bardzo mi zależy, żeby nie tracić wiary w człowieka, szczególnie człowieka, który z dobrego serca nadał mi tytuł politycznego blogera roku, będę jednak pisał te słowa w założeniu, że Sekielski chciał dobrze, tyle że zadaje się z niewłaściwymi ludźmi i przez to jego spojrzenie na świat jest kompletnie zezowate.
Film jest długi jak cholera. Nie jest to jeden z tych półgodzinnych reportaży, które można oglądać codziennie to tu to tam. To jest solidnie zrobiony, bardzo ciekawy, pełen najprzeróżniejszych informacji, pełnometrażowy film, który można by było wyświetlać w kinach i który niewykluczone, że tak właśnie skończy. A jeśli nawet nie w kinach, to na płytach DVD, które będzie można sobie kupić razem z odpowiednią książką. Film, który równie dobrze mógł się skończyć po godzinie, gdyby nie to, że Sekielski prawdopodobnie sam czuł, że tak jak jest, zostać nie może i gadał, gadał, gadał. Film, którego główną, by nie powiedzieć – jedyną, myślą jest to że politycy to kłamliwe sukinsyny. Dlaczego? Bo lubią kłamać, bo im wszystko jedno, bo prawdy po prostu nie znają, bosą głupi, bo nie mają czasu, bo tak im doradzili medialnie doradcy, bo taka sytuacja, bo taka jest polityka. Bardzo pouczające!
Od wczoraj czytam tu w Salonie, a i słucham w telewizji komentarzy na temat produkcji Sekielskiego, wszystkie w gruncie rzeczy tak zgodne, że aż się zastanawiam, czy w ogóle warto cokolwiek na ten temat jeszcze pisać. Biorąc pod uwagę, że większość z nich jest mocno w stosunku do Sekielskiego krytyczna, myślę sobie, że może nawet przydałoby się go jakoś pochwalić. No ale pochwalić się nie da, bo ten film jest autentycznie bylejaki. Jest o połowę za długi, cała „iracka” sekwencja jest kompletnie bez sensu, kłamstwo jest pokazane niemal (niemal!) wyłącznie jako chaotyczny zbiór pomyłek i zaniedbań, a nie zjawisko systemowe. No i przede wszystkim, kompletnie pominięty jest w nim współudział w tym kłamstwie jego faktycznych budowniczych i propagandzistów, a więc układu (z wyjątkiem sprawy Tylickiego) i mediów. Można się więc przynajmniej zastanowić, czemu ci wszyscy, którzy dotychczas udowodnili wyłącznie jedno: że nie widzą i nie słyszą dokładnie nic, nagle zobaczyli – zgoda, oczywistość – ale jednak zobaczyli. Otóż ja uważam, że wielu z tych, którzy dziś krytykują dokument Sekielskiego, tak naprawdę znalazło w nim jedno – to mianowicie, że Donald Tusk i jego drużyna to najzwyklejsi, pierwszej wody oszuści. I to nie takie drobne kłamczuszki, które coś tam powiedzą o jakiejś pielęgniarce Ewie, lub o tym że są bardzo zajęci, podczas gdy nie są, ale kłamczuchy pierwszej klasy. Kłamczuchy, których cały sukces, cały sens istnienia sprowadza się wyłącznie do kłamania. Zobaczyli to i się zafrasowali. I z tego frasunku oświadczyli, że ten film – owszem taki nienajgorszy, ale w sumie kiepski.
Dlaczego myślę, że tu poszło wyłącznie o urażoną miłość? Właśnie dlatego, że kiedy ten film się kończy, to satysfakcję mogą mieć wyłącznie ci, którzy Platformę Obywatelską podejrzewali o podłość od samego początku. Ci którzy od lat czekali aż TVN, czy jakaś inna poważna telewizja, czy grupa medialna powie to głośno. Głośno i wyraźnie. To co tylu ludzi wiedziało i to czego tym ludziom z taką zawziętością odmawiano. Że to są kłamcy. Mnie osobiście ani trochę nie przeszkadza to, co Sekielski wyprawia w swoim filmie z Ziobro, ani te nieustanne przebitki na Kaczyńskiego, który nie chce z Sekielski rozmawiać. Nie przeszkadzają mi również te ciągłe, wyrwane z kontekstu cytaty z przemówień, czy to Prezydenta, czy prezesa PiS-u. Nie szkodzi mi nawet to, że perspektywa filmu Sekielskiego jest taka, że prezydent Kaczyński powtarzający w kółko, że on chce dbać o zwykłych ludzi, jawi się jako takie samo zło, co ABW, bezwzględnie wykańczająca jednego z tych zwykłych ludzi dla czyichś najbardziej marnych interesów. Ja tego przez ostatnie cztery lata miałem tyle, że naprawdę trudno mi się tu jakoś zaangażować. Zwłaszcza że nie będę przecież od Sekielskiego wymagał, by kręcił film opluwający Platformę z jednoczesnym pokazywaniem prawdy o PiS-ie. Tak się nie da. W końcu nie wszystko na raz i nie od razu.
Natomiast nie da się ukryć, że dla tych, którzy od tych samych czterech lat dają się wyłącznie zaczadzić tą czarną miłością, w filmie Sekielskiego nie ma ani jednej informacji, która by im się do czegoś przydała. O PiS-ie wiedzą dwadzieścia razy więcej, niż im Sekielski łaskawie przypomniał, komuniści ich nie obchodzą, Kwaśniewski ich nudzi, a jakiś piekarz czy inny poseł Gruszka i jego asystent, to już w ogóle czarna dziura. Ale za to informacja prawdziwie porażająca, a więc zniszczenie miliona podpisów, które ci biedni ludzie oddali zwykłym oszustom w dobrej wierze – tego już się znieść nie da. I jestem pewien, że właśnie przez tę informację, nie jakieś głupstwo o pielęgniarce ze Skarżyska, oni wszyscy uznali, że ten film jest do bani. Bo przecież wiadomo, że politycy – zwłaszcza PiS-u – kłamią.
Kiedy już film Sekielskiego się skończył, do studia zaproszono czterech dziennikarzy plus samego Sekielskiego, żeby nam powiedzieli, co o tym filmie sądzą. Dla mnie, przyznam szczerze, właśnie ten obraz był absolutnym hitem. Oni wprawdzie przyłażą tam – często nawet w tym samym zestawie – co tydzień. Ale kiedy obejrzy się taki film, dający dokładnie tyle samo satysfakcji co rozczarowań, widok dziennikarzy siedzących w rządku i robiących mądre miny jest absolutnie bezcenny. Po obejrzeniu filmu, którego podstawową tezą, bardzo zresztą zręcznie udokumentowaną, jest to, że polityka to kłamstwo i chamstwo, wystarczy ten jeden rzut oka na ludzi takich jak Ewa Milewicz z jednej strony, a Piotr Zaremba z drugiej, którzy przez całe lata albo to kłamstwo i chamstwo tworzyli i pieczołowicie podlewali, lub choćby je tylko tolerowali, żeby wiedzieć. Że to nie w polityce leży odpowiedź, ale właśnie tu, w tym telewizyjnym studio i na tej bezczelnej twarzy kogoś kto całe swoje publiczne zaangażowanie w wolnej Polsce postanowił oddać najpodlejszemu kłamstwu, najbardziej bezwzględnej propagandzie i manipulacji.
I to jest towarzystwo w jakim przyszło Sekielskiemu pracować. Biedny Sekielski. Zrobił film – nie wiem, czy sam z siebie, czy w ramach jakiegoś, mam nadzieję, że jednak większego planu – który jako pierwszy pokazał kawałeczek prawdy, taki drobny, niemal nic nie znaczący kawałek prawdy i od razu usłyszał od Ewy Milewicz, że jej się właściwie w tym filmie podobał tylko fragment o tym jak Ziobro zniszczył polską transplantologię i że to czego się dowiedziała o sprawie Tylickiego, to dla niej już wiedza pełna. Siedział tam, w tym – swoim przecież – studio, słuchał tej bandy zakłamanych i bezwzględnych oszustów, i mam szczerą nadzieję, że wiedział. Wiedział więcej niż przed chwilą. Niż jeszcze wczoraj, czy przedwczoraj. I mam nadzieję, że wiedział już świetnie, że to o nich powinien zrobić następny film.
Nie wiem, czy go zrobi. Pewnie nie. Bo raz że nie dostanie na niego pieniędzy, a dwa, że nawet nie wiadomo jak by miał się do niego zabrać, żeby powstało coś choćby minimalnie prawdziwego. Choćby tak prawdziwego jak ten wczorajszy dokument. Choćby tyle.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...