czwartek, 31 lipca 2008

Panie Kucharczyk, zapraszamy do Salonu!

Po raz pierwszy ujrzałem go jeszcze minionej jesieni, w stacji TVN24, podczas kampanii do jesiennych wyborów parlamentarnych. Kto chce, to pamięta, jak wyglądała informacyjna oferta telewizji państwa Walterów w tamtych miesiącach.
Dzień za dniem, TVN24 zapraszał do studia polityków z wszystkich stron politycznej sceny, najpierw kazał im się kłócić przed kamerami, następnie podawać sobie rękę, a później już tylko komentował każdy ich gest i każde słowo, albo w programie Szkło Kontaktowe, albo ustami swoich dziennikarzy, albo przy pomocy ekspertyz wygłaszanych przez zaproszonych do studia "niezależnych" socjologów, czy politologów.
Klasyczny wieczór w telewizji TVN24, wyglądał w tamtych dniach następująco. O godzinie 20 Monika Olejnik zapraszała do siebie posła Brudzińskiego, którego przez kolejne 25 minut, albo sama, albo w towarzystwie, powiedzmy, Julii Pitery, próbowała wyprowadzić z równowagi. O godzinie 21, w studio pojawiało się trzech polityków, powiedzmy Jerzy Wenderlich, Tadeusz Cymański i Antoni Mężydło, którzy przez następne 20 minut, pod czujnym okiem i uchem red. Rymanowskiego, dokuczali sobie nawzajem.
Kolejne dwadzieścia minut, upływało na spokojnej rozmowie z kimś spoza polityki, czyli na przykład, albo z Kazimierzem Kutzem, lub ze ś.p. Bronisławem Geremkiem, a pod koniec programu, w studio pojawiało się dwóch ekspertów, czyli najczęściej pani Bobińska i ktoś drugi, którzy już do końca wyjaśniali widzom zawiłości życia politycznego. Po 22 jeszcze przez godzinę zabawiało nas Szkło Kontaktowe, z całym swoim opakowaniem, i właściwie to tyle.
To właśnie wtedy, podczas końcówki programu 24 godziny, pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem Jacka Kucharczyka w działaniu.
Kim jest Jacek Kucharczyk? Otóż, według informacji, które z niepokojącą regularnością dostarcza nam Rzeczpospolita. Pan Jacek to "socjolog, dyrektor programowy warszawskiego Instytutu Spraw Publicznych".
Kim jest poza tym to już nie wiem, ponieważ całą swoją wiedzę na jego temat czerpię z tego, co Rzepa uznaje za stosowne publikować co kilka dni na swoich łamach. Przede mną cztery artykuły Jacka Kucharczyka (brak tytułu naukowego przed nazwiskiem nie jest z mojej strony złośliwością; po prostu Rzepa tej informacji nam oszczędza): Rząd PO nie zawiódł, Rząd się trzyma, Lepszy nudny Tusk niż obrażony Kaczyński i wreszcie dzisiejszy, Nie strzelać do PSL-u.
Na czym polega fenomen Jacka Kucharczyka? Można by sądzić, że w tak nieprawdopodobnym zalewie socjologów, politologów, specjalistów, specjalistów od wizerunku, historyków i filozofów, z których 99 procent, wszystkiego, co jest związane z PiS-em i Kaczyńskim, całym sercem nienawidzą, taki ktoś, jak dyrektor programowy warszawskiego Instytutu Spraw Publicznych, powinien w sposób naturalny zniknąć.
Jednak nie. Pan Jacek Kucharczyk jest postacią szczególną. I to z dwóch powodów. Po pierwsze reprezentuje coś, czego natura i przedmiot działania pozostają dla nas całkowitą tajemnicą. Bo cóż to jest ten Instytut Spraw Publicznych? Ja choćby w tej chwili, jestem w stanie ułożyć kilka podobnych nazw, które będą tak samo nicniemówiące, a jednocześnie tak samo robiące wrażenie na przeciętnie durnej głowie.
Proszę Was bardzo: Centrum Analiz Systemowych, Zakład Badań Społecznych, Pracownia Analiz Obywatelskich, Instytut Zjawisk Socjologicznych, Zespół Kształtowania Postaw Obywatelskich, Biuro Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Powszechny Ośrodek Społeczny... Każda z tych instytucji, jak komu się spodoba, może dodatkowo być poprzedzona słowem warszawski, względnie krakowski.
ięc to jest pierwszy powód, dla którego zainteresowała mnie postać socjologa Kucharczyka. Drugi powód, i powód najważniejszy, to ten, który już wynika z samej zawartości i charakteru jego pisarstwa.
Jest tak, że niemal każdy ze znanych mi specjalistów, których telewizja TVN24 zaprasza od lat do swojego studia, a gazety drukują na swoich stronach, choć, niemal bez wyjątku, w sposób oczywisty jest na usługach partii Donalda Tuska, stara się tę swoją przynależność jakoś tam ukryć.
Każdy z nich, kiedy tłumaczy nam, że tylko Platforma Obywatelska zasługuje na zaufanie społeczeństwa, tylko Platforma Obywatelska potrafi komunikować się ze społeczeństwem, tylko politycy Platformy Obywatelskiej potrafią zagwarantować nam w miarę sensowny rozwój, przynajmniej robi przy tym mądra minę i potrafi tak modulować głosem, czy samym językiem wypowiedzi, żeby przeciętny odbiorca doszedł do wniosku, że to co dany ekspert mówi, jest wynikiem jego własnych, zupełnie świeżych przemyśleń i refleksji, a nie obsesji i politycznych wyborów.
Z Jackiem Kucharczykiem jest inaczej. On z jednej strony przedstawia się, jako "dyrektor programowy warszawskiego Instytutu Spraw Publicznych", a jednocześnie każdym swoim słowem, każdym swoim spojrzeniem udowadnia, że w rzeczywistości jest tylko jakimś panem Jackiem, który lubi Donalda Tuska, a nienawidzi Kaczyńskiego.
O ile, czy to pani Bobińska, czy nawet Eryk Mistewicz, który niemal oficjalnie funkcjonuje, jako osoba na rządowej pensji, potrafią robić wrażenie, że jak mówią to myślą. Jacek Kucharczyk klepie swoje zdania , jakby jedyne co miał, to swoją miłość i swoją nienawiść. Oto kilka przykładów:
"Wyborcy Platformy nie oczekiwali cudu. Dlatego też dziś nie czują się rozczarowani, że po trzech miesiącach go zabrakło. Ale czekają na rozliczenie PiS, które, o dziwo, nie nastąpiło".
"Spoglądając z perspektywy mijających 100 dni urzędowania gabinetu Donalda Tuska, do jego niewątpliwych sukcesów należy zaliczyć wszystko to, co wydarzyło się w polityce zagranicznej. Na tym polu najlepiej da się zaobserwować spełnianie obietnic wyborczych odnośnie do poprawy stosunków z naszymi zagranicznymi partnerami. I to szybciej, niż można by się tego spodziewać".
"Jedynym rozczarowaniem jest wyraźny brak determinacji w rozliczaniu rządów PiS. Tylko Zbigniew Ćwiąkalski próbuje walczyć".
"Dlatego rząd powinien być rozliczany z tego, ile udało mu się usunąć bzdurnych przepisów, a nie z tego, ile ich dodał, powiększając bałagan. Z tego, co wiemy, tym właśnie zajmuje się obecnie komisja pod przewodnictwem Janusza Palikota".
"Obserwując prace poszczególnych ministrów, myślę, że opinia publiczna nie doceniła jeszcze pomysłów minister Barbary Kudryckiej odpowiedzialnej za szkolnictwo wyższe. To osoba, która ma wizję zmian".
"Rozliczenie PiS powinno być priorytetem tego rządu i po 100 dniach powinniśmy mieć już pierwsze rezultaty tych działań. Mam jednak nadzieję, iż to, że ich jeszcze nie mamy, nie oznacza, że działania te zostały całkiem zaniechane".
"Na razie jednak, mimo wszystko, rząd ma nadal bardzo silną pozycję. Bo na pewno o jej osłabieniu nie świadczą przegrane wybory uzupełniające do Senatu na Podkarpaciu - jak usiłuje wmówić nam opozycja".
"Tymczasem nie wydaje mi się, żeby media się jakoś specjalnie zawzięły na PiS czy szczególnie sprzyjały Platformie. Media kierują się własną rynkową logiką - muszą przyciągnąć widza, czytelnika i słuchacza i dlatego chcą, aby coś się w kraju działo".
"Ostatnio, przy okazji ujawnienia przez jedną z gazet instrukcji dla posłów PO, zaczęły pojawiać się opinie, jakoby był to ostateczny dowód, iż rząd Platformy Obywatelskiej jest produktem wyłącznie PR-owskim. Moim zdaniem jednak - jeśli już mamy mówić o produktach - to gabinet Donalda Tuska prędzej nazwałbym produktem ostrej konkurencji politycznej, dzięki której PO wygrała wybory".
"Niewielkie efekty przynosi sprzątanie po Kaczyńskim, a dziedzictwo rządów PiS w CBA, IPN czy telewizji publicznej trwa w najlepsze. Powoli toczy się wyjaśnianie okoliczności prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa i innych spraw, które w latach 2005 - 2007 bulwersowały opinię publiczną".
"Nawet pomijając kwestie zasad, PO strzeliłaby sobie w stopę, eliminując z polityki PSL, które stanowi i w dającej się przewidzieć przyszłości stanowić będzie tamę dla wyborczej ekspansji PiS na wsi".
Tak to właśnie, korzystając życzliwych łam Rzeczpospolitej "analizuje" polityczną sytuację w kraju niezależny socjolog. A ja sobie myślę, że gdybym ja powołał do życia ciało o nazwie, powiedzmy, Społeczny Instytut Świadomości Obywatelskiej i dalej publikował swoje salonowe teksty w tej samej formie i z tym samym ładunkiem obiektywizmu, tyle że nie pod nazwą toyah, lecz pod własnym nazwiskiem, jako dyrektora SIŚO-u, nie tylko sam Salon, ale i wszyscy czytelnicy moich tekstów, powiedzieliby mi, żebym się opanował i przestał robić z siebie durnia.
W przypadku socjologa Kucharczyka, wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Rzeczpospolita publikuje jego niby-analizy, których merytoryczna wartość pozwala im co najwyżej kandydować do sporadycznej publikacji w dziale "Listy do Redakcji", lub w telefonach do Szkła Kontaktowego, sam Kucharczyk odhacza sobie w notatniku kolejną publikację, a biedni czytelnicy drapią się po swoich umęczonych głowach próbując zgadnąć, co ten ktoś tu w ogóle robi.
Mam prośbę do administracji Salonu, czy może nawet do samego pana Igora. Pracuje Pan w Rzepie. Przy najbliższej okazji, kiedy pan Kucharczyk zadzwoni, czy przyjdzie z nowym tekstem, niech Pan, albo ktoś, mu powie, żeby swoje teksty sms-ował w odcinkach do Szkła Kontaktowego.
A jeśli zależy mu na szerszej popularności, to niech może wymyśli sobie jakiś wesoły nick, powiedzmy hizpański szewczyk i zacznie pisać w Salonie. Wprawdzie jego umiejętność formułowania myśli zatrzymuje się na poziomie akapitu, ale i tak znalazłby tu sobie odpowiednie towarzystwo, a może nawet po kilkunastu wpisach mógłby się stać dla niektórych swego rodzaju guru.

środa, 30 lipca 2008

Panie Premierze - niech pan zabierze tę piłkę i zejdzie mi z oczu

Kiedy władza nasza, pod czujnym okiem premiera i pani minister Pitery, stworzyła już odpowiednie warunki prawno-karne, żeby posadzić za kratkami dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i w ten sposób ochronić Ojczyznę przed zagrożeniem ze strony sił szpiegostwa i destrukcji, poczułem się autentycznie zrelaksowany i pomyślałem, że mogę choć na chwilę oderwać od spraw poważnych i zająć się czymś bardziej ogórkowym.
Przychodzi mi to z tym większą łatwością, że dziś w telewizorze, na własne oczy ujrzałem pana premiera Tuska, jak współnie z ministrem Drzewieckim, tym razem już po, a nie przed dzienną porcją ogórków, otwierają boisko piłkarskie, które, już absolutnie na poważnie, ma otworzyć nową erę w historii tego umęczonego brakiem boisk do nogi kraju.
Pozwolę sobie tu na małą dygresję. Ponieważ chciałem się porządnie przygotować do tego tekstu, pomyślałem sobie, że wpadnę na onet, i sprawdzę, czy przypadkiem nie dają tam jakiś bardziej mięsistych fragmentów tuskowego Przemówienia na Boisku. Nie dawali, natomiast była informacja o tym, że prezydent Karnowski chce już bardzo do pracy. Coś mnie podkusiło, żeby dać jakiś komentarz, normalny, troszeczkę kąśliwy, ale generalnie takie tam byle co, jednak mimo wielokrotnych prób, onet dawał mi do zrozumienia, żebym ich w d... pocałował.
Przeprowadziłem więc eksperyment. Po odpowiedniej uwiarygodniającej edycji, napisałem następujący tekst: Widzicie, wy pisowskie gnidy! Prezydent wraca do pracy, żebyście mogli w naszym pięknym Sopocie wasze mordy sobie opalać i chodzić na pice. A premier Tusk otworzył piersze boisko, A to tylko jest piersze, a będą jeszcze następne. I będziecie się wstydzić.
Podpisałem sopot i proszę, co za niespodzianka! Na koncie mam kolejną publikację, a wolne i niezależne media mogą się popisać żywą dyskusją na odpowiednim poziomie.
No, ale, jak mówię, to tylko dygresja. Natomiast faktem pozostaje to, że sprawa tego boiska w Konstantynowie Łódzkim wymaga osobnego potraktowania. I nawet nie chodzi mi o to, że jest to tylko jedno boisko, a premier zachowuje się, jakby właśnie strzelił bramę Hiszpanom. Bo w sumie, po tych szarych miesiącach, ma to swoje boisko, więc niech się już cieszy.
Chodzi mi o co innego. Otóż Donald Tusk, po raz kolejny mówi mi i innym obywatelom, że mamy grać w piłkę i mamy to robić z sercem. Mało tego. Nie dość, że mamy grać w piłkę z sercem, to mamy też uczyć grać w piłkę nasze dzieci i mamy to robić najlepiej od rana do nocy. On nam załatwił stadion, załatwił na tym stadionie światło, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy siedzieli na boisku nocą i kopali się na oświetlonej trawie.
Niestety nigdzie nie znalazłem tekstu tego wystąpienia, ale sam widziałem, jak Donald Tusk stał przy linii bocznej i z każdą minutą popadał w taką egzaltację, że bałem się, że jeszcze chwila i zacznie wrzeszczeć, a później wpadnie na tę zieloną murawę i zacznie odbierać piłeczkę bawiącym się dzieciom.
Nie znalazłem wystąpienia, ale na jednej ze stron trafiłem fragment z następującym przekazem: "prawdziwy sport wymaga poświęcenia i traktowania tego zajęcia bardzo serio". Ja oczywiście kompletnie nie wiem, o co premierowi chodziło. Nie mam pojęcia, o co chodzi w "prawdziwym sporcie", to znaczy, czym się różni sport "prawdziwy" od "nieprawdziwego", a tym bardziej nie wiem, dlaczego dla tego sportu należy się "poświęcać" i dlaczego należy go traktować "bardzo serio".
To znaczy nie do końca tak jest. Z moich dotychczasowych doświadczeń na poziomie premiera Tuska i jego kompanii, wnioskuję, że prawdziwy sport to piłka nożna, a to, że piłkę nożną należy traktować serio, to się rozumie samo przez się. Zresztą wystarczyło uważnie słuchać wystąpienia Donalda Tuska i jednocześnie obserwować jego uroczyście postawione w słup oczy, żeby wiedzieć, że tu żartów nie ma.
Nie pamiętam, jak to szło dokładnie, ale była mowa o walce do upadłego, o grze tak długiej i zaciętej, że widok rozpalonej wściekłością prawdziwie męskiej przygody, w świetle reflektorów osiągnie wymiar prawdziwej sztuki. Była mowa o miłości, której początek utworzyło właśnie boisko, była mowa o przyjaźni i o rywalizacji.
I wreszcie była mowa o komputerach. Otóż nie tylko będziemy wszyscy grać do upadłego w piłkę. Wszyscy również będziemy siedzieli przed komputerami i patrzyli, jak w piłkę grają inni, we wszystkich miastach i miasteczkach Polski i Świata, a nawet (nie bardzo tu akurat wiem, jak) sami też będziemy grali w piłkę przez te komputery.
Wszystkie boiska będą monitorowane. Na boiskach nasze dzieci będą grać w nogę, a my będziemy patrzeć w ekran komputera, który nam oczywiście załatwi Donald Tusk, i będzie git.
O co mi chodzi? Nie o to, że to wszystko brzmi, jak jakaś kompletnie chora obsesja. Że ten widok nocnych boisk, po których, jakieś stado opętanych szaleństwem osobników biega za piłką, jest kompletnie nierzeczywisty. Że te tysiące komputerów, na których dorośli obserwują tysiące boisk do wyboru, do koloru na całym świecie, jest raczej przerażający, niż choćby zabawny.
Problem w tym, że premier mojego rządu - wszystko na to wskazuje - zwariował i z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas - ostatnio, obawiam się częściej, niż rzadziej - nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi osobami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą - złudnie, jak się okazuje - że to zdjęcie ich uspokaja, więc następnie złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną.
Oni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć - tak, kląć przede wszystkim - muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią.
I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i - co najgorsze - tak wygląda ich recepta na życie. Są tacy i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi i dlatego oni osobiście nie mogą ich znieść.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że "prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio".
Oto obsesja, oto autentyczna fiksacja, niestety dziś na poziomie władzy. Pamiętam - wspominam o tym zresztą nie o raz pierwszy - jak któryś z tych piłkarzyków powiedział, że oni zamiast do kościoła, w niedzielę walą prosto na boisko.
A ja tymczasem, ciekawy jestem, co by było, gdyby na czele rządu, któregoś dnia stanął człowiek, który oznajmiłby wszem i wobec, że jego zdaniem, tylko prawdziwa pobożność potrafi zapewnić osobisty sukces. Człowiek, który, opierając się na własnym doświadczeniu, zaapelowałby do budowania wszędzie kaplic i kapliczek, do stawiania przydrożnych ołtarzyków, a wszystkich ludzi zacząłby wzywać do codziennej modlitwy.
Co by się stało, gdyby któryś premier nagle powiedział, że "prawdziwa wiara wymaga poświęcenia i traktowania tego przeżycia bardzo serio". Osobiście wcale nie uważam, żeby tego typu deklaracja była głupsza od tego, co dziś powiedział premier Tusk. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem, jak komuś jest źle, jeśli ktoś jest zmęczony, jeśli w życiu mu się nie układa, modlitwa działa o wiele lepiej, niż kopanie piłki.
Ale nigdy bym nie odważył się zaproponować obywatelom takiego rozwiązania z premierowskiego stołka. A gdyby któryś premier, czy minister, z czymś takim wyskoczył, to bym mu powiedział, żeby się puknął w czoło.
Tym bardziej więc dziś mogę z absolutnie czystym sumieniem ten apel skierować pod adresem premiera Donalda Tuska.

Radosław Majdan, czyli TVN w czasach bojkotu

Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło bojkot TVN-u oraz onetu, byłem już szczęśliwie zajęty wyjeżdżaniem na wakacje, a później już, przez wszystkie kolejne dni, pozostawałem odcięty od telewizji w ogóle, więc też nie musiałem się zadręczać wysłuchiwaniem głupkowatych popisów dziennikarzy z medialnego gangu państwa Walterów, męczyć się oglądaniem tych pokręconych języków i analizowaniem wszystkich tych krętactw, które musiały nastąpić. Oczywiście zaglądałem do Salonu, a ponieważ mamy tu pluralizm, jak nie wiem co, to i głos redaktora Miecugowa jakoś do mnie dotarł.
Stąd wiem, mniej więcej, jak było.
Od samego początku, co jeszcze rzutem na taśmę udało mi się przedstawić w moim salonowym wpisie, uważałem bojkot za przede wszystkim porażkę telewizji i jej propagandowej linii, a nie wstyd dla polityków. Dlatego, zarówno pełne irytacji reakcje dziennikarzy wszelkiej maści, jak i złośliwe komentarze niektórych blogerów, mnie nie dziwiły, bo któż z nich mógłby czerpać satysfakcję z tego, że ktoś taki, jak PiS utarł nosa ich kolegom, czy ewentualnie idolom?
Tak samo, z wielkim rozbawieniem obserwowałem, jak w swoim zdenerwowaniu, obrońcy "niezależności mediów" popadają w przepiękną schizofrenię, z jednej strony szydząc, że bojkot ostatecznie pogrąży PiS, a z drugiej strony przebierając nogami, niecierpliwie wyglądając końca tej absolutnie dla nich nieznośnej demonstracji.
Ale, jak mówię, wszystko to mogłem obserwować jedynie śledząc prasę i ruch w naszym Salonie, natomiast faktycznego kształtu bojkotu, nie było mi dane oglądać. Mogłem sobie tylko wyobrażać to smutne tefauenowskie studio, z tym smutnym Bogdanem Rymanowskim i z najsmutniejszym z tego wszystkiego zestawem w postaci ględzącego przez nos posła Wenderlicha, krzyczącej na niego posłanki Pitery i posła Kłopotka, który ani nie ględzi, ani nie krzyczy, bo cały wysiłek wkłada w to, żeby czegoś nie palnąć.
No i wróciłem do domu, a w domu już niestety czekał na mnie telewizor, a w telewizorze oczywiście to piękne, kręcące się, niebieściutkie studio.
Przez dwa pierwsze dni przechodziłem kwarantannę, a wczoraj wieczorem zasiadłem wygodnie o godzinie 21.00 przed ekranem i od razu dostałem w łeb Radziem.
Jakby ktoś nie wiedział, Radzio to mąż piosenkarki i gwiazdy sceny popularnej, Dody Elektrody. Oprócz tego, Radzio to upadły piłkarz, radny Platformy Obywatelskiej i pospolity chuligan, który ostatnio się napił i wspólnie z dwoma kolegami wlał dwóm policjantom.
Radny Radzio wypadł w telewizji TVN24 absolutnie fantastycznie. Wyglądał pięknie i dostojnie. Mówił wzruszająco i jedyne, czego brakowało, to tego, żeby obok niego i red. Rymanowskiego, przycupnęła piosenkarka Elektroda, a może - choć tu wiem, że żądam za wiele - i pan premier Tusk.
Ale i tak, jak mówię, było fantastycznie. Szczególne jednak wrażenie zrobił na mnie red. Rymanowski, który w czasie rozmowy z mężem Dody Elektrody zachowywał się tak, jakby się bał, że w momencie, gdy pan Radosław poczuje jakikolwiek dyskomfort, to on oberwie dokładnie tak, jak parę dni wcześniej oberwał interweniujący policjant.
W związku z tym, rozmowa między panem Radosławem, a red. Rymanowskim wyglądała mniej więcej tak:
RYMANOWSKI: Panie Radosławie, przepraszam, że pytam, ale są takie głosy, że jednak był Pan i Pański kolega Piotr Ś. - przepraszam, że tak mówię, ale wie Pan, panie Radosławie, że takie są wymogi prokuratorskie, a Pan był taki uprzejmy, że grzecznie zgodził się na ujawnienie swojego nazwiska - ale wie Pan, panie Radosławie, policja twierdzi...
RADZIO: Ja wiem, co twierdzi policja i już mówiłem, że to oni nas w sposób brutalny zaatakowali i gdybym ja nie ruszył na ratunek Piotrkowi, to nie wiem, co by było. Być może Piotr by został kaleką, albo stałoby się coś jeszcze gorszego.
RYMANOWSKI: Ja bardzo Pana przepraszam, panie Radosławie. Niech się Pan, panie Radosławie nie gniewa, ale muszę o to zapytać, bo ja oczywiście wiem, że Pan całkowicie słusznie może widzieć wydarzenia inaczej i ma Pan do tego prawo, ale policjanci twierdzą...
RADZIO: Ja widziałem tych policjantów. To nie byli policjanci, ale rozjuszone bestie. Gdyby nie ja, to prawdopodobnie...
RYMANOWSKI: Ja przepraszam, że Panu przerywam, panie Radosławie...
itd. itd. przez dwadzieścia minut cała zainteresowana Polska mogła podziwiać ten piękny tefauenowski popis wolnych mediów w akcji.
Oglądałem tego pełzającego i wijącego się dziennikarza i myślałem sobie, że gdyby tak red. Rymanowski któregoś dnia stracił swój naturalny kompas i w ten sposób spróbował rozmawiać z którymkolwiek politykiem, niekoniecznie nawet PiS-u, ale jakiejkolwiek opcji, to zostałby wygwizdany w sposób absolutnie jednoznaczny.
Więc myślę sobie, co takiego się stało, że dziennikarz telewizyjny Bogdan Rymanowski widzi gwiazdę, której jedyne autentyczne gwiazdorstwo sprowadza się do tego wyłącznie, że jest mężem innej gwiazdy i kompletnie traci rozum. Jak musi mieć Bogdan Rymanowski poukładany umysł i emocje, że na widok twarzy pospolitego chuligana, który tylko tym się różni od innych chuliganów, że ma od nich więcej pieniędzy, ogarnia go czysta panika.
Możliwości są dwie. Jedna to taka, że Rymanowski należy po prostu do tego towarzystwa, które jest karmione i karmi innych tą samą papką kolorowych magazynów i siłą rzeczy musi się wzajemnie szanować. Radosław Majdan jest w gruncie rzeczy kolegą Rymanowskiego z branży pop i nie wypada, żeby swojego druha traktować, jak jakiegoś, nie przymierzając, posła Gosiewskiego.
Jest jednak możliwość druga i, powiem uczciwie, że ona mi się wydaj bardziej prawdopodobna. Otóż red. Rymanowski najzwyczajniej w świecie wystraszył się, że Radzio się obrazi, zacznie na niego krzyczeć, wyjdzie ze studia, a później opowie wszystko Dodzie. A Doda dla telewizji TVN to nie byle kto. Doda, podobnie jak Kuba Wojewódzki i Monika Olejnik stanowią dla TVN-u realną wartość. A Doda, która kocha Radzia - z przerwami, to prawda, ale kocha - też się obrazi na TVN i szef Rymanowskiego, pan Walter wywali swojego dziennikarza na pysk.
A wywali na pewno. Bo o ile w przypadku posła Cymańskiego, albo Jacka Kurskiego, TVN dysponuje całą gamą propagandowych środków, dzięki którym jakikolwiek bojkot z ich strony, będzie mógł zawsze próbować obrócić w swój sukces, to w przypadku piłkarza Majdana i jego małżonki stacja tak poważna jest jednak kompletnie bezbronna.
Jeśli Majdan i Doda ogłoszą, że TVN jest nie dla ludzi, to ludzie od TVN-u mogą się odwrócić.
Więc ja uważam, że kiedy niezależny dziennikarz niezależnej stacji telewizyjnej tak się wił, żeby Majdan nie trzasnął drzwiami, to wiedział, co robi.
Oto w każdym razie moja dzisiejsza przygoda z TVN-em. TVN-em w dniach bojkotu. Przygoda, która, po kilku dniach braku kontaktu z tą dziwną stacją, sprawiła mi tyle radości. Jak mówię, bojkot TVN-u skutecznie prowadzony przez Prawo i Sprawiedliwość uważam za bardzo dobry ruch. Dobry zarówno ze względów moralnych, jak i politycznych. Uważam, że im dłużej będzie ten bojkot trwał, tym bardziej reputacja TVN-u będzie cierpieć.
Ja oczywiście - a wiem, że nie tylko ja - przestanę w końcu oglądać tę telewizję, bo jaki jest sens w gapieniu się na okrągło w Zbigniewa Chlebowskiego i Waldemara Pawlaka z łaskawym dodatkiem Marka Jurka może i Joanny Senyszyn? Jak się kłócą w kwestii szkodnictwa braci Kaczyńskich w polskiej polityce.
Będę sobie więc spokojnie pisał w Salonie, czytał opinie moich bliższych i dalszych kolegów, i tylko od czasu do czasu wyobrażał sobie, że gdzieś tu obok, jedno kliknięcie w pilocie, na pewno dzieją się jakieś bardzo ważne rzeczy, bez których Kraj nie jest w stanie unieść ciężaru historii.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Na jakiej plaży wypoczywa Adam Michnik

Do napisania niniejszej refleksji sprowokowało mnie kilka zupełnie świeżych zdarzeń i wypowiedzi, choć to, że piszę te słowa akurat dziś, spowodował pan redaktor Maciej Rybiński swoim artykułem w Rzeczpospolitej na temat polityków i nie-polityków.
Tezę całego artykułu red. Rybińskiego najzgrabniej przedstawiają słowa leadu: "Politycy to krew z krwi i kość z kości naszej. Są dokładnie tacy, jak wszyscy i żadne personalne zmiany na drabinie władzy tego nie odmienią".
Jakiś czas temu, pisząc tu w Salonie o telewizji TVN24 i o jej najwybitniejszych dziennikarzach, zwróciłem uwagę na coś, co nazwałem "symbiozą" dziennikarza i jego odbiorcy z drugiej strony ekranu. Maciej Rybiński też pisze o symbiozie, niemniej już nie między społeczeństwem, a dziennikarzem, ale między społeczeństwem, a jego przedstawicielem w polityce. Jest jeszcze jedna różnica w mojej i red. Rybickiego diagnozie. Ja pisałem o symbiozie pełnej miłości, on natomiast o symbiozie wypełnionej obopólną pogardą.
Mam nadzieję, że wybaczysz mi, że zacytuję tu odpowiedni fragment mojego starego wpisu:
"W gruncie rzeczy, nie to jest jednak ważne. Co istotne, to to, że jak wiemy jeszcze z zamierzchłych czasów komunistycznych, główną zasadą manipulacji jest wcześniejsze doprowadzenie ofiary manipulacji do tego, by wiedziała jak najmniej. Jeśli wie mało, to bardzo dobrze. Świetnie jest, jeśli nie wie nic. Natomiast z sytuacją idealną mamy do czynienia wtedy, gdy nasz obywatel jest poinformowany w stu procentach o wszystkim, tyle że przez nas.
Wówczas między manipulatorem i osobą manipulowaną dochodzi do tak pełnej symbiozy, że obaj stają się jednym i od tego czasu żywią się wzajemnie, bez żadnej niepotrzebnej interwencji. Takie bardziej nowoczesne perpetuum mobile. Redaktor Miecugow widzi Romana Giertycha i myśli "koń". W tym momencie dzwoni Waldemar z Włocławka, albo Barbara z Gliwic, mówi "koń" i wszyscy są bardzo zadowoleni. A za rok Sekielski z Morozowskim dostają Telekamerę.
Jakiś czas temu, na tych łamach, napisałem tekst wychwalający dziennikarski kunszt Moniki Olejnik. Mówiąc krótko, szło o to, że red. Olejnik potrafiła uzyskać tak pełną symbiozę ze swoimi słuchaczami i widzami, że nie musi już ani wysłuchiwać politycznych wskazówek swoich przełożonych, ani też szczególnie manipulować samą informacją, bo dzięki swojemu talentowi, w każdym momencie kontaktu z odbiorcą zna jego dowolne pragnienie, każdą jego emocję, każdy moment zawodu, każdy uśmiech, każdy skurcz wściekłości, z tej prostej przyczyny, że ten uśmiech i to pragnienie są jednocześnie jej pragnieniem i jej uśmiechem.
Monika Olejnik stała się dziennikarzem idealnym, podobnie zresztą jak i większość głównych prezenterów i komentatorów TVN-u. Wszyscy oni posiedli wspólną umiejętność uzyskiwania pełnej jedności z widzem, i w ten sposób, z punktu widzenia oczekiwań nowych, post-politycznych czasów, gdzie rządzą już tylko media i supermarkety, tworzą stację bardziej doskonałą nawet, niż Radio Maryja. Bez porównania doskonalszą".(http://www.toyah.salon24.pl/69360,index.html)
Maciej Rybiński, w swoim dzisiejszym artykule w Rzepie tak pisze o polityku Platformy Obywatelskiej, Zbigniewie Chlebowskim:
"Popatrzcie sobie na mojego ulubionego ostatnio polityka Zbigniewa Chlebowskiego, szefa Klubu PO. Toż to Polak modelowy. Gdyby trzeba było wysłać do Sevres pod Paryżem kogoś, kto byłby tam wystawiony w gablotce jako wzorzec Polaka, posłałbym Chlebowskiego. Zażywny, rumiany, w tupeciku blond. Kaleczy język polski tak jak wszyscy. Używa siekiery do nakręcania zegarka. Dowcipy ma jak z przedwojennej "Muchy". Wygłasza cudze opinie tonem Sybilli natchnionej przez Apollona. Jest za, a nawet przeciw. Jest śmiertelnie z tym wszystkim nudny i tak płaski, że już nawet nie musi się obawiać, że przejedzie go walec historii. Jest nasz.
Tacy Chlebowscy łażą tłumnie po supermarketach, siedzą po kawiarniach, leżą na piasku w kurortach i gapią się na telewizor. To my. A nas nigdy nie zabraknie."
Więc niby wszystko tak samo, a jednak są różnice bardzo istotne. Przy całym moim szacunku dla Macieja Rybińskiego, uważam, że pozwolił on sobie na bardzo poważne uproszczenie. Pisze pan redaktor o swoim "ulubionym ostatnio polityku" i jednocześnie widzi tłum sobowtórów posła Chlebowskiego w supermarketach, kawiarniach, na plażach i przed telewizorami.
A ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że choćby red. Rybiński poświęcił pół niedzieli na spacer między półeczkami w swoim supermarkecie, i pół swojego urlopu na łażenie po piasku, to - owszem - spotka tam bardzo wielu dziwnych osobników, którzy z radością potwierdzą jego tezę, ale też, choćby się bardzo rozglądał, pewnego, innego już, gatunku obywatela tam nie uświadczy.
Tak samo, jeśli wolno mi znów wrócić do mojego opisu relacji między dziennikarzem, a odbiorcą, jeśli pan redaktor Rybiński pojawi się nagle zamiast Moniki Olejnik, jako prowadzący program Kropka nad i, to w jednej sekundzie zobaczy, jak wyglądają jego relacje z czytelnikiem, telewidzem i radiosłuchaczem.
Bo sprawa nie wygląda aż tak prosto, jak swoim zawiedzionym okiem chce ją widzieć red. Rybiński. Podobnie, jak swoich małych Chlebowskich ma poseł Zbigniew Chlebowski i podobnie jak red. Monika Olejnik wzajemnie się karmi tą samą brudną łyżeczką ze swoimi widzami, tak samo są miejsca, do których nie zachodzi ani Monika Olejnik, ani Grzegorz Miecugow, ani też Zbigniew Chlebowski, ani - naturalnie - pan Waldemar z Włocławka.
Ale są jednak też miejsca, w których nie spotkamy ani red. Rybińskiego, ani mnie, ani nawet - cokolwiek by o nim złego nie powiedzieć - Jarosława Kaczyńskiego.
Bo symbioza, o której pisze red. Rybiński i o której pozwoliłem sobie napisać swego czasu tu w Salonie, nie rozciąga się jak Wołga długa i szeroka. Ta symbioza ma swoje strumyki i swoje korytka. I moja symbioza i symbioza Macieja Rybińskiego odbija się w najróżniejszych twarzach i najróżniejszych słowach. Ta symbioza ma swoje standardy i swoje ekscesy. Właśnie ekscesy.
Proszę mi może powiedzieć, w jakiej symbiozie i z kim żyje i pracuje postać absolutnie kluczowa dla zrozumienia współczesnych dziejów naszego kraju.? Dziennikarz i polityk; filozof i kaznodzieja; pisarz i czytelnik. Mówię o Adamie Michniku.
Na jaką plażę, do jakiego supermarketu, do jakiej kawiarni w jakim kurorcie musielibyśmy z red. Rybiński się stawić, żeby spotkać tę plazmę, z którą tak doskonałą symbiozę uzyskał ten niezwykły człowiek? Wiemy już, gdzie szukać uczestników Zbigniew Chlebowski look-alike competition. Wiemy też, dokąd należy pójść, żeby nie czuć się obco w towarzystwie Jacka Kurskiego.
Gdzie jednak znaleźć drogę na tę plażę, na której wypoczywa red. Michnik?
Tego się już nie dowiemy. Z prostej przyczyny. Bo o ile wiemy, kim jest Zbigniew Chlebowski, kim jest Zbigniew Ziobro; bo ile wiemy nawet, kim jest Grzegorz Miecugow, to ktoś taki, jak Adam Michnik pozostaje dla nas szarą mgła, wysokim murem i czarnym lasem.
A nie łudźmy się. Nie jest tak, że ważny jest Zbigniew Chlebowski i ten głupek wysyłający do Szkła Kontaktowego esemesy. Nie jest nawet ważny cały PiS, z całą Platformą Obywatelską i z komuchami na doczepkę...
To znaczy... wróć... są ważni, ale nie na tyle ważni, żeby o nich mówić, zapominając jednocześnie o tej plaży, na której lepi swój zamek Adam Michnik. Adam Michnik i ta interesująca grupka osób-nieosób, z którymi on jest w symbiozie.

Co Kościół może dać tym, którzy go nie potrzebują

Niedawno miałem okazję wziąć udział w spotkaniu towarzyskim, na którym, wśród wielu najróżniejszych osób, pojawili się pan i pani z planami małżeńskimi. Rozmowa kręciła się więc przez pewien czas wokół tematów zwykle pojawiających się w podobnych sytuacjach, czyli domu, pieniędzy, dzieci, przystojnych mężczyzn i ładnych kobiet, kiedy nagle pani z planami wyraziła zaniepokojenie sytuacją, w której będzie musiała pójść do spowiedzi.
W tym momencie, dotychczas lekka wymiana lekkich myśli, zamieniła się w dość jednostronną ideologicznie debatę na temat niezrozumiałych represji, z jakimi kochający się ludzie muszą się potykać na drodze do szczęścia. Generalnie, wszyscy zabierający głos uczestnicy spotkania, bardzo współczuli pani prawie młodej i prawie młodemu panu, że będą musieli się zmierzyć z tak dramatyczną sytuacją.
Nagle, któryś z uczestników spotkania, poinformował zainteresowana parę, że on słyszał, o księdzu, który jest księdzem bardzo porządnym i za drobną łapówką jest skłonny podpisać "karteczkę", która, jak kolec w sercu, nie dawała spać zakochanej parze. Więc spróbuje się ten ktoś popytać i uzyskać odpowiednie namiary.
Ponieważ to, co słyszałem stanowiło dla mnie absolutnie fascynująca egzotykę, zwróciłem się do przyszłej małżonki z pytaniem, dlaczego ona w ogóle pragnie wziąć ślub w kościele. Dlaczego nie zarejestruje po prostu małżeństwa w urzędzie i w ten sposób pozbędzie się kłopotu z bezwzględnym klerem, a przy tym zaoszczędzi na ewentualnym haraczu dla księdza o dobrym sercu.
Zakochana pani była bardzo zdziwiona moim pytaniem, a ponieważ nie chciałem drążyć tematu, przyjąłem tylko uprzejmie wyjaśnienie, że przecież ślub musi być w kościele. Zaproponowałem tylko, żeby może poprosiła swojego tatę, albo kolegę, żeby złożył jakikolwiek podpis na karteczce, która stanowiła dla niej taki problem i dołączyła do innych dokumentów, ale to już było zdecydowanie za dużo, a ponieważ moja znajoma zaczęła węszyć prowokację, zamilkłem i temat zamknąłem.
Pozostał problem. Po co ludzie, dla których kwestie wiary, religii, Kościoła są kompletnie obce, tracą czas na takie drobiazgi, jak to, czy ślub ma być kościelny, czy nie-kościelny?
Od razu muszę też się przyznać, że to, co mnie spotkało podczas omawianego spotkania, owszem - było intrygujące, niemniej nie stanowiło jakiegoś bardzo dużego szoku. Niejednokrotnie w moim życiu, spotykałem się z ludźmi, którzy sprawy religii traktowali - że tak powiem - specyficznie. Koleżanka mojej córki, na przykład, kiedy ma mieć egzamin, zakłada na szyję łańcuszek z Matką Boską, a kiedy już się dowie, że zdała (a jak nie zdała, to tym bardziej), zdejmuje ten swój medalik, bo "to głupio wygląda".
Jestem też pewien, że choćby ta młoda osóbka, czy to przy okazji chrztu swojego dziecka, czy to jego Pierwszej Komunii, czy, wcześniej, przy okazji swojego ślubu, czy za wiele, wiele lat, widząc nadchodzącą śmierć, będzie się nieustannie zmagać z kwestią, jak tu poradzić sobie z kaprysami Kościoła.
Umiera człowiek, który w życiu nie chodził do kościoła. Ba, człowiek, którego rodzina, od ślubu, właśnie, czy może wręcz od Pierwszej Komunii, nie miała z kościołem, zarówno z dużej, jak i małej litery, żadnego kontaktu. Człowiek, który niejednokrotnie Kościół i księży traktował wyłącznie, jako obiekt żartów i szyderstwa. Umiera ów człowiek, a ci z jego otoczenia, co jeszcze przez jakiś czas muszą tu pozostać, zaczynają podejmować zabiegi na rzecz zorganizowania dla zmarłego kościelnego pochówku.
I dobrzy ludzie dręczą się myślą, po co? Gdyby chodziło o zwykły strach przed piekłem, to jeszcze rozumiem. Ale najczęściej wszystko wskazuje na to, że o piekle nikt nie myśli. Problem sprowadza się wyłącznie do żądania pięknej uroczystości i do pomstowania na bezdusznego księdza-służbisty.
Myślałem więc sobie o tej dziwnej kwestii wielokrotnie. Ostatni raz podczas pogrzebu, jak się właśnie niespodziewanie okazało, świętej pamięci profesora Bronisława Geremka. I właśnie w trakcie minionych dni przypomniał mi się wywiad, który jeszcze przed laty opublikowała Gazeta Wyborcza z którymś z wyższych rangą polskich masonów.
Mistrz ów, w wywiadzie, na pytanie, co przyciąga tak wielu wybitnych ludzi do Loży, wśród kilku powodów, wymienił coś, co, według mojej pamięci, brzmiało, jak "stara, ponad dwustuletnia tradycja wolnomularstwa".
Wówczas, kiedy jeszcze czytałem te słowa, czułem oczywiste rozbawienie, ale w miarę upływu lat, problemu tej - a przecież nie tylko tej - nędznej i żałosnej tradycji, mogłem doświadczać już wielokrotnie na własne oczy.
Akurat nie trzeba być masonem, żeby raz na jakiś czas stanąć twarzą twarz z własną nędzą. Z mojego punktu widzenia, żeby poczuć tę samotność, wystarczy w ogóle oderwać się od czegoś, co bez narażania się na łatwe kpiny, można nazwać tradycją i historią. Z tego punktu widzenia, w którym się szczęśliwie znalazłem, sprawy się mają tak, że jeśli stracimy ten szczególny drogowskaz w postaci tego, co daleko za nami, stajemy się nikim.
I wcale tym drogowskazem nie musi być religia rzymsko-katolicka. Wystarczy, żebyśmy w naszej świadomości mieli cokolwiek, na co będziemy się mogli powołać i do czego się odwołać, a co jednak będzie sięgało nieco dalej, niż marne dwieście lat wstecz. I to nam też powinno zdecydowanie wystarczyć.
ragnę jednak wrócić do kwestii tych wszystkich uroczystości na styku religii i życia codziennego. Chodzi o to mianowicie, że jakkolwiek by na to nie patrzeć, w kulturze, w której wszyscy żyjemy, jeśli chcemy prawdziwego święta i prawdziwej uroczystości, to musimy zawsze zwrócić się do Kościoła. Czy to jest Boże Narodzenie, czy to są Święta Wielkanocne, czy zwykła "powszednia" niedziela, za tym wszystkim zawsze stoi Kościół.
Pamiętam, jak kiedyś, bardzo już dawno temu, któryś z działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Gdańska - może to był nawet Donald Tusk - przechwalał się, że oni w niedzielę nie chodzą do kościoła, ale idą pograć w piłkę. I ani mu do głowy nie przyszło do głowy, że po to, żeby pograć w piłkę, też musi poczekać do niedzieli, która na przykład w języku rosyjskim do dziś oznacza Zmartwychwstanie.
Więc nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli chcemy liczyć na prawdziwie uroczysty pogrzeb, czy ślub, czy jakąkolwiek inną okazję, musimy zwrócić się o pomoc do Kościoła. Bo tylko Kościół może się wykazać odpowiednio długą tradycją, a dzięki niej właśnie, odpowiednio bogatymi środkami, żeby nadać jakiemukolwiek wydarzeniu prawdziwie piękną oprawę. Bez tego, co może nam zapewnić tylko Kościół, możemy się co najwyżej najeść i napić wódki. A jeśli mamy trochę więcej pieniędzy, to jeszcze zamówić sobie występ piosenkarki.
Właśnie dlatego, kiedy zapragniemy zawrzeć związek małżeński, a chcemy, by ten dzień zapisał się w naszej pamięci, jako dzień szczególny i kiedy chcemy, żeby był i welon i żeby była biała suknia i żeby sypano na nas czy to kwiaty, czy to ryż, czy zwykłe grosiki i kiedy chcemy, żeby nam grały prawdziwe organy, a nie tandetny keyboard, musimy zwrócić się do Kościoła.
I właśnie dlatego też, kiedy umrze nam osoba bliska, albo kiedy umrze człowiek wybitny, godny wielkiego gestu i wielkich słów, wiemy, że ten gest i te słowa mogą paść tylko z ust księdza.
Wielu moich znajomych zadawało sobie i mi pytanie, dlaczego rodzina i przyjaciele zmarłego tragicznie Bronisława Geremka, człowieka, który zdawał się stać bardzo, bardzo daleko od Kościoła Rzymskokatolickiego, człowieka, który najprawdopodobniej absolutnie nie uważał za konieczne uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, po jego śmierci poprosili o najbardziej uroczystą mszę w warszawskiej katedrze, z udziałem trzech wybitnych katolickich biskupów, z odpowiednimi pieśniami, z odpowiednimi modlitwami i z pełną oprawą eucharystyczną.
Czy dlatego, że ktoś, kto zmarłego Profesora kochał, wystraszył się nagle, że bez tego wszystkiego pan Profesor nie zostanie zbawiony?
Ależ co za bzdura! Chodziło dokładnie o to samo, o co chodziło podczas organizacji pogrzebowych uroczystości księżnej Diany i tylu innych zmarłych osób, masonów, ateistów, gangsterów, ale również najzwyklejszych, bardzo porządnych ludzi, których jedynym grzechem było to, że nie zaznali łaski wiary. Ludzi. dla których niedziela nigdy nie stanowiła pretekstu do udania się na Mszę Świętą, ale którzy zawsze pragnęli mieć piękny pogrzeb.
Zastanówmy się. Jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
Dlatego więc, kiedy słyszę tu i tam różne głosy sprzeciwu, czy wręcz oburzenia, a choćby tylko zwykłego zdziwienia, odpowiadam: A jakże inaczej?
I niech już tak będzie. Po tych wszystkich latach, kiedy nikt z nich od Kościoła nie chciał nic, to o to jedno mogą się zwrócić.
A my szczodrą ręką możemy im to dać.
A modlitwę możemy dorzucić nawet i bez proszenia.

niedziela, 27 lipca 2008

Jak zawiedziona nienawiść niszczy rządy miłości

Ostatnie dni, jeśli idzie o kwestie natury politycznej, minęły mi na obserwowaniu coraz większej nerwowości w zachowaniu Platformy Obywatelskiej i pojedynczych jej przedstawicieli. Przyznam, że to co widzę, a pewnie, co dla stanu ducha pana premiera i jego drużyny nieobojętne, nie tylko ja mam oczy i uszy otwarte, to proces, który można zupełnie uczciwie nazwać końcem pewnego projektu. Na czym polegał ten projekt?
Otóż, chyba nawet w tym miejscu, jakiś czas temu, analizując przyczyny wyborczej porażki Prawa i Sprawiedliwości, zasugerowałem, że do zmiany władzy doszło w Polsce nie tyle dzięki złym rządom ustępującej władzy, nie tyle dzięki ich nieporadności, czy już absolutnie nie temu, co powszechnie nazywa się zdradą elektoratu, ale dzięki bardzo starannie przemyślanemu i skutecznie wprowadzonemu w życie socjotechnicznemu zagraniu ze strony bardzo szeroko rozumianej opozycji.
Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów roku 2005, oraz po jednoznacznym wycofaniu się Platformy ze wszystkich wcześniejszych deklaracji o gotowości tworzenia tzw. POPiS-u, po tym, jak władze Platformy jakoś już poradziły sobie z psychicznymi konsekwencjami absolutnie bezprecedensowej porażki, można było zaobserwować narodziny pewnego planu.
Z początku, propagandowy kierunek działań opozycji określało nieustanne powtarzanie, że właściwie Platforma nie została pokonana przez PiS, ale przez księdza Rydzyka, Andrzeja Leppera i zgromadzony wokół nich czarny tłum. Że coś takiego, jak PiS w rzeczywistości nie istnieje. Jest tylko tępy rolnik z zaciśniętymi pięściami i rozhisteryzowana starsza pani w berecie.
Kiedy jednak wszystkie widoczne działania rządu Prawa i Sprawiedliwości zaczęły wskazywać jednoznacznie na to, że ani LPR, ani Samoobrona, ani Radio Maryja nie mają jakiegokolwiek wpływu na życie polityczne Kraju, że cała praktyczna władza jest w ręku Jarosława i Lecha Kaczyńskich, kiedy w popularnym języku pojawiła się nazwa ‘przystawki', specjaliści od kształtowania umysłów wpadli na inny pomysł.
Według nowego planu, Prawo i Sprawiedliwość można było pokonać wyłącznie przez stworzenie publicznego, popularnego wizerunku wroga, jako czegoś, co przez kulturę popularną zostanie rozpoznane, jako ‘ohyda' i ‘obciach'.
To wtedy właśnie, polityka, dotychczas pozostająca jedynie w zainteresowaniu jednak elit, została przeniesiona do domeny kultury popularnej. To wtedy właśnie, ludzie którzy dotychczas polityką nie interesowali się w nawet minimalnym stopniu, ludzie dla których Kaczyński mylił się z Kwaśniewskim, a obaj z miastem Koluszki, zainteresowali się polityką, a w supermarketach pojawiły się stoiska, na których można było kupić koszulki z napisami "Kaczy Fuhrer", czy kubeczki z obraźliwymi obrazkami pod adresem.
To wtedy, coraz większa grupa obywateli zaczęła rozpoznawać słowo ‘dziad' w ściśle określonym kontekście. To wtedy wreszcie nazwisko Kaczyński zostało zastąpione przez wizerunek kaczki, a słowo ‘kaczka' trafiło do słownika artystów kabaretowych, piosenkarzy, i autorów telewizyjnych programów rozrywkowych. Czyli do słownika najszerzej pojętej kultury pop.
To właśnie wtedy też, pojawiła się koncepcja odsunięcia od władzy nie nieudacznego premiera i marnych ministrów, ale pewnego projektu, który kultura popularna obdarzyła mianem wstydliwego epizodu w historii Kraju. To wreszcie wtedy propaganda skierowała swój atak nie na słowa, nie na czyny, nie na gesty, lecz na czystą fizyczność pojedynczych przedstawicieli wrogiego obozu.
We wczorajszej Europie, dodatku do Dziennika, prof. Andrzej Nowak cytuje fragment wywiadu Agnieszki Holland dla Gazety Wyborczej:
"Pamiętam takie zdarzenie - to był późny Wildstein albo wczesny Urbański - dawałam jakiś wywiad w telewizji i przed nagraniem poszłam do charakteryzatorni. I ta pani, która mnie pudrowała, mówi: ‘O, pani Agnieszko, jak miło jakąś porządną znaną twarz malować, bo Teatrów Telewizji już nie ma, więc wielcy aktorzy już nie przychodzą. Za Kwiatkowskiego byli jeszcze twórcy i aktorzy, za Dworaka - przynajmniej znani politycy, a teraz przychodzą takie mordy, że ja nie wiem, co oni są' "
Oto właśnie efekt wprowadzonego w życie politycznego, ale i kulturowego, planu na dwóch poziomach. Zakładając, że pani Holland nie wymyśla i opisywana pani charakteryzatorka ze swoimi emocjami rzeczywiście istnieje, widzimy, jak działa nienawiść na poziomie absolutnie fizycznym. Pani Holland, przedstawicielka grupy zajmującej się zatruwaniem ludzkich umysłów, spotyka coś, co sama stworzyła i w tym momencie może już tylko podziwiać efekt swojej pracy.
Andrzej Nowak cytuje jeszcze jedną wypowiedź, z tego samego arsenału. Tym razem chodzi o Adama Michnika. Michnik, w rozmowie z Jerzym Urbanem, komentuje program w telewizji Puls, w którym zobaczył rozmowę na temat lustracji i dekomunizacji, gdzie wypowiadał się, według michnikowej nomenklatury "młody gnój":
"Coś strasznego. Oni wszyscy się nazywają: Warzecha, Paliwoda, Perzyna, Jeżyna..."
I w tym momencie, Urban dorzuca: "Semka".
Oto społeczna, kulturowa, polityczna wreszcie, atmosfera, w jakiej Platforma Obywatelska przejmowała w roku 2007 władzę. Oto kontekst dla ogłoszonych w expose Donalda Tuska rządów miłości.
Pozostaje jednak jeszcze jedna niewyjaśniona rzecz. Jak to się stało, że do przejęcia władzy jesienią tego feralnego roku doszło? Czy to możliwe, że Kuba Wojewódzki i jego telewizja TVN, miały tak niezwykłą moc, żeby na tydzień przed wyborami przekazać społeczeństwu tę kluczową informację, że ludzi, którzy zamiast twarzy mają mordy, a których nazwiska brzmią po prostu strasznie, trzeba zniszczyć?
Oczywiście, że nie. Ci, którzy mieli to wiedzieć, już byli odpowiednio zaprogramowani. Dwa ostatnie tygodnie wypełnione były tylko jednym przekazem - "Głosuj, dziadu!"
Ale jeszcze czymś więcej. I tu zmierzam już do najważniejszej części mojej dzisiejszej refleksji. Dwa ostatnie tygodnie przed wyborami wypełnione były wezwaniem do powszechnego udziału w głosowaniu i jedną jedyną obietnicą.
Kiedy Platforma Obywatelska wygra wybory, Lech Kaczyński zostanie pozbawiony prezydentury i postawiony przed Trybunałem Stanu, jego brat, Jarosław Kaczyński, postawiony przed sądem i wtrącony do więzienia, a odpowiedni ministrowie rządu PiS, w odpowiedniej kolejności, po odpowiedniej porcji tortur, zamknięci dożywotnio w lochach. I tym samym projekt pod nazwą "Czwarta Rzeczpospolita" przejdzie do historii polskiej hańby.
Bardzo duża część osób, którzy poszli do wyborów i zagłosowali przeciwko Kaczorom, mieli jedno podstawowe marzenie: zobaczyć Gosiewskiego, Ziobrę, Kaczyńskich, Kamińskiego, Wassermanna, Kurskiego, jeśli już nie na szafocie, to przynajmniej w kajdankach, a następnie za kratami.
I mieli prawo na to liczyć. Zostało im to wyraźnie obiecane i uroczyście przyrzeczone. Tylko przekonanie, że Platforma Obywatelska zlikwiduje te "mordy", a te "straszne nazwiska" zetrze z powierzchni ziemi, było dobrym powodem, żeby tej jesiennej niedzieli oderwać się od fotela, od telewizora, od grilla, od półeczek w lokalnym supermarkecie i udania się do lokalu wyborczego.
I dziś, coraz więcej tych pełnych nadziei obywateli widzi, że zostali oszukani. A oszustwo, którego zaznali, nie jest zwykłym wyborczym oszustwem. To nie są zbyt duże ceny benzyny, to nie są zbyt niskie pensje, to w końcu nie jest za mało ciekawy program w telewizji.
To co spotkało wielu wyborców Platformy Obywatelskiej, to zamach na coś, co dla nich najcenniejsze. To cios wymierzony w ich nienawiść. W nienawiść i w przekonanie, że ta właśnie nienawiść ma obiecany sens.
I właśnie dlatego to, z czym mamy obecnie do czynienia, to powolny koniec Platformy Obywatelskiej. Oni to widzą i właśnie dlatego tak okropnie się boją.

piątek, 25 lipca 2008

Piotr Rogowski - prawnik prawie nieznany

Właśnie w Salonie pojawił się wpis, który przeczytałem ze względu na wybite w lidzie nazwisko. Chodzi o prawnika Agory, pana niejakiego Piotra Rogowskiego.
Sam tekst normalny ze wskazaniem na byle jaki, natomiast, jak mówię, osoba występująca w roli głównej, owszem - interesująca. Streszczając całą sprawę, chodzi o to, że mecenas Rogowski podobno napisał list do Jarosława Kaczyńskiego z pretensjami o to, że skutkiem zbrodniczej nonszalancji posłów Kurskiego i Wassermanna, agorowe poczucie komfortu pozostaje w rozchwianiu. I tyle. Absolutna nuda. Nawet nie bardzo wiadomo, po co komu, ni z gruszki, ni z pietruszki, podobna informacja. Może to po prostu tzw. trolling? Nie wiem. Na tym się akurat słabo znam. Natomiast, powtarzam raz jeszcze, interesująca jest postać tego pana Piotra. Słyszę o nim od jakiegoś czasu, zawsze w jednym kontekście, zawsze związanym z tropieniem wrogów Agory i wielce szanownego Pana Adama Michnika, a następnie egzekwowanie odpowiedniej gotówki wraz z odpowiednio udekorowanym słowem 'przepraszam'.
I tak myślę o tym wybitnym prawniku i przypomina mi się książka Mario Puzo 'Ojciec Chrzestny'. Przypomina mi się scena, kiedy to Tom Hagen, prawnik Rodziny, leci do Los Angeles załatwić rolę, którą Don obiecał swojemu chrześniakowi. Waltz, potężny i bezwzględny producent, w pewnym momencie zwraca się do Hagena: 'Znam wszystkich ważnych nowojorskich prawników, ale o panu nie słyszałem'. I w tym momencie Hagen bardzo uprzejmie mówi: 'Mam tylko jednego klienta'. Piękne, prawda?
Do czego zmierzam? Do niczego. Siedzę na ganku, wdycham powietrze, słucham świerszczy i tak sobie kończę ten dzień.

Polska, czyli jedna refleksja w kilku tematach

Dobiega końca mój tygodniowy pobyt na mojej pięknej wsi, więc i czas na podsumowanie. Od początku tygodnia zdarzyły się trzy rzeczy: mój Kościół uroczyście pochował Bronisława Geremka, poseł Palikot wrócił z urlopu, Platforma Obywatelska przeprowadziła kolejną prowokację na rzecz podtrzymania władzy.
Jednocześnie, w ciągu tego jednego tygodnia, korzystając z bardzo sprzyjających okoliczności przyrody, że zacytuję klasyka, przeczytałem książkę na temat współpracy Lecha Wałęsy z tajnymi służbami.
I, zanim wrócę do spraw bieżących, chciałbym przez chwilę skupić się na książce.
Oczywiście to, co stanowi główną tezę pracy ipeenowskich historyków, nie jest dla mnie niczym zaskakującym, niemniej sposób przedstawienia sprawy, bogactwo i solidność dokumentów – to wszystko, owszem, poraża.
Dziś więc, kiedy kwestia współpracy i zdrady Lecha Wałęsy znalazła się poza dyskusją, zwraca uwagę jeden, bardzo smutny, a może i przerażający fakt. Cały ruch Solidarności, cała zmiana systemu, cała tzw. rewolucja, u swoich podstaw, znajdowała się pod ścisłą kontrolą komunistycznej agentury.
Bo proszę popatrzeć. Przywódcy strajków w trzech kluczowych dla rewolucji solidarnościowej ośrodkach, czyli Sienkiewicz w Jastrzębiu, Jurczyk w Szczecinie i Wałęsa w Gdańsku byli agentami komunistycznych służb.
O czym to świadczy? O tym mianowicie, że od samego początku, ruch, który być może – choć dziś nie jest to już takie oczywiste – był związany ze spontanicznym odruchem protestu, bez najmniejszego wysiłku został spacyfikowany przez komunistyczne państwo. Dowodzi to przede wszystkim siły, jaką dysponuje państwo wobec tego wszystkiego, co się dzieje w ramach tego państwa.
Mówię „w ramach tego państwa”, ale przecież nie tylko. W miarę upływu czasu i w miarę pozyskiwania nowych wiadomości, nowych faktów, nowych dokumentów, musimy dojść do przekonania, że czarny wpływ państwa sięgnął tam, gdzie sięgać absolutnie nie powinien. Czyli Kościoła.
Istnieje bardzo bolesne, ale i bardzo sensowne podejrzenie, że wpływy służb bardzo ściśle dotknęły Kościoła na najwyższych piętrach hierarchii. Według coraz bardziej powszechnych i mocnych podejrzeń, najbliższe otoczenie Papieża było przez cały okres pontyfikatu ściśle inwigilowane.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co piszę, to wiadomości złe, wiadomości najgorsze, ale niestety tak to widzę i to co widzę, opisuje.
Do czego zmierzam? Mianowicie do tego, co się zdarzyło w tym tygodniu, czyli do pogrzebu Bronisława Geremka, do słów Janusza Palikota i do kolejnych zabiegów Platformy na rzecz realizacji swoich obietnic wyborczych.
Po tych wszystkich latach, latach które faktycznie tworzyły podwaliny dla tego, z czym się zmagamy w miesiącach obecnych, mamy prezydenta, który dzięki bożej opiece, został szczęśliwie nam dany, człowieka mądrego, wykształconego, zrównoważonego, człowieka o silnej świadomości narodowej. Człowieka, według najbardziej obiektywnych standardów sympatycznego i miłego, który jednocześnie jest oskarżany o wszystko, co najgorsze. O chorobę alkoholową, o szaleństwo, o brak inteligencji, wreszcie o zwykłe chamstwo. Oskarżany jest w majestacie prawa, oficjalnie, absolutnie bezwstydnie.
Mamy Kościół rozbity, moralnie szantażowany, nieustannie terroryzowany z jednej strony przez Państwo, z drugiej przez siły masońskie, a z trzeciej jeszcze strony przez ośrodki wewnątrzkościelne. Kościół, który właściwie walczy o przetrwanie nie w wojnie z gasnącą wiarą, lecz w wojnie, którą mu wytoczyła państwowa i przy-państwowa agentura.
No i wreszcie mamy władzę, która uzyskała społeczny mandat, obiecując jedno: że zbuduje taboret i uplecie sznur dla jedynego człowieka, który chciał powstrzymać – nie mówię pokonać – powstrzymać zaledwie marsz czarnej agentury.Człowieka, który dokonał próby pokonania tego planowanego chaosu.
A gdy okazało się, że ten człowiek jest zbyt silny i zbyt uczciwy, a przez to tak trudny do zniszczenia, i gdy pojawia się strach, że ogłupiała publiczność, nie dostawszy swojej porcji strawy, odwróci się od nich i zniknie, to władza ta zaczyna się zachowywać, jak zagrożony śmiertelnym niebezpieczeństwem drapieżnik.
I to oczywiście nie wiadomo, dokąd nas zaprowadzi.
Oczywiście, pozostaje nam obietnica silna, obietnica absolutnie kluczowa: „...a bramy piekielne go nie przemogą”.
I w tych niewesołych dniach, możemy się tego trzymać. Czego wszystkim, którzy tego pragną, życzę.

środa, 23 lipca 2008

Z Unią Europejską przeciwko intelektualnemu barbarzyństwu!

Jak już tu gdzieś wspomniałem, znów mnie rzuciło na wieś, gdzie stopa młodych intelektualistów z miasta, jeśli postanie, to tylko przez pomyłkę. Myślałem przy tym, że skoro już tak się dałem oderwać od nowej cywilizacji, to i z Salonem kontakt będę miał tylko przez internet w telefonie.
Na szczęście, okazało się, że i tu nasza kochana Unia Europejska wyciągnęła do nas moherów pomocną dłoń i zafundowała wszystkim chętnym tzw. sieć.
Korzystam więc z tej okazji, żeby dokuczyć jak zwykle wszystkim tym, którym nawet przez myśl by nie przeszło, że któregoś dnia właśnie Unia Europejska przyłoży rękę do propagowania tak nieprzyzwoitych poglądów.
Szczerze powiedziawszy, może być jeszcze gorzej, ze względu na samo miejsce, z którego nadaję. Otóż moja wieś to Sławatycze nad Bugiem, które to miejsce, dzięki działalności jednego lokalnego wariata i interesom poza-lokalnych absolutnie nie-wariatów, może niedługo już zastąpić Jedwabne na mapie polskiej nienawiści.
O co chodzi? Mianowicie ostatnio, osoba znana lokalnej społeczności aż nazbyt dobrze, opublikowała artykuł, z którego wynika, że w Sławatyczach, w roku 1942, Niemcy, przy aktywnym udziale lokalnej społeczności wymordowali w ciągu zaledwie 3 dni tysiąc obywateli żydowskich. Informacja ta jest pod każdym względem tak głupia, jak głupi jest umysł tego dziwnego człeka, co nie zmieniło faktu, że śladem tych chorych kalkulacji, do Sławatycz zaczęli zjeżdżać goście z całego świata, żeby się rozejrzeć i ocenić sytuację.
Więc, jak mówię, jeśli sprawa okaże się hitem, to, że Unia Europejska w gruncie rzeczy umożliwiła mi to moje dzisiejsze pisanie, może być naprawdę śmiesznie.
Nie o tym jednak chciałem pisać. Powodem dla którego tu przyszedłem był wczorajszy wpis w Salonie niejakiego Ras Fufu, który wlazł wczoraj w nocy od razu na czołówkę SG, by z samego rana wylecieć z hukiem. Kiedy zobaczyłem ten tekst, wyglądało na to, że jego intelektualna potęga przykuła uwagę zaledwie 17 komentatorów, z których niemal wszyscy zastanawiali się jedynie nad tym, jak to się stało, że coś tak idiotycznego spotkało się z aż takim szacunkiem ze strony administracji.
Tekst był faktycznie wyjątkowo debilny, nawet jak na poziom, do którego zdążył nas autor przyzwyczaić. Do tego stopnia debilny, że pojawiły się podejrzenia, że Ras Fufu się najnormalniej w świecie upalił i odjechał. Ja jednak nie byłem szczególnie oburzony, raz ze względu na to, że uznałem, że administracja, umieszczając tekst tego nieprzytomnego rastafarianina na czołówce, po prostu się pomyliła, co przecież się zdarza, a po drugie, wśród komentarzy znalazłem dwa, które zainteresowały mnie z perspektywy czystej socjologii.
Za chwilę do tego wrócę. W tym punkcie chciałbym jednak przypomnieć pewien mój tekst, jeszcze sprzed miesięcy, o wykopywaniu taboretu. Mówiąc krótko, chodziło o to, że w obecnej sytuacji w Polsce nie ma szans na cywilizowaną debatę między zwolennikami PiS-u, a jego przeciwnikami, ponieważ ludzie, którzy nie znoszą Kaczyńskich, w swojej ogromnej większości, kierują się wyłącznie marzeniem, by znaleźć się któregoś dnia wśród tych, którzy będą wykopywać taboret na którym w ostatniej chwili swojego życia będzie stał jeden lub drugi Kaczor.
Jakakolwiek jest sytuacja, jakiekolwiek pojawiają się pytania, czy dylematy, przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości myślą tylko o jednym. Jak by to było pięknie, gdyby można było doczekać tego dnia!
Ludzie o tego typu umysłowości, trzymają się razem, napędzają się wzajemnie swoją nienawiścią, jak się spotkają na obcym terytorium rozpoznają się przy pomocy sobie tylko znanych znaków i haseł i – jak mówię – żywią się jednym marzeniem. Nie potrzebują dyskusji, nie potrzebują pytań. Oni będą w swej obsesji tkwić tak długo, aż się zmęczą i wrócą do swoich łóżek. Dokładnie, jak ci straszni mieszkańcy od Tuwima.
Wracam teraz do tekstu Fufu. To co wczoraj pojawiło się nocą na SG nie było – na ile oczywiście jestem w stanie ocenić – tekstem politycznym. Czysty bełkot człowieka, który wypalił bardzo dużo papierosów z marihuaną i gada. Tekst, którego nie ma sposobu, by skomentować w jakikolwiek merytoryczny sposób. Tekst nie wiadomo o czym, nie wiadomo po co napisany, bez żadnej wartości nawet na poziomie czystej literatury. Kompletna pomyłka.
Dlatego też większość komentarzy, wyrażających zdziwienie faktem, że tak niezwykły wykwit chorego umysłu został uznany, za zdarzenie realne, były jak najbardziej zrozumiałe. Ktoś się oburzał, że skoro on, to czemu nie ja, kto inny – dlaczego w dziale politycznym, kto inny – dlaczego tak wysoko. I ja, choć sam się za bardzo nie przejmowałem, bo raz, że znam twórczość tego upalonego lwa, a dwa, że – jak mówię – podejrzewałem pomyłkę w systemie, ten szok rozumiałem.
Nagle, jak grom z czystego nieba, wśród komentarzy pojawiło się dwóch salonowiczów, niejaki wartburg i pewna dama, która bywa wszędzie i stara się, by ją wszyscy lubili, którzy wykazali wielkie zainteresowanie tekstem Rasa Fufu. Wartburg napisał, że to dobrze poczytać coś lekkiego i takiego świeżego, natomiast rzeczona dama napisała komentarz merytoryczny (sic!).
Najpierw się zdziwiłem, ale już po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu. Oni się po prostu rozpoznali w tłumie. Oni zobaczyli, że są wśród swoich i że cokolwiek by się działo, nic ich nie rozłączy.
I nieważne, co pisze ich brat w nienawiści. Nieważne, jakie myśli krążą wokoło, jakie idee. Nieważne też są opinie innych osób, nieważne argumenty. Ich – tych trzech kompanów – łączy jedno serce i jedna miłość, a tak długo, jak w swojej wspólnej perspektywie będą widzieć taboret i sznur, tak długo nic nie ma znaczenia.
Pisze więc dziś ten mój tekst z małej wioski na wchodzie Polski, z ufundowanej przez Unię Europejską, internetowej – nawet nie kawiarenki – lecz zwykłej świetlicy, żeby po raz kolejny zaapelować do moich przyjaciół w wierze: jeśli chcecie dyskutować – dyskutujcie, ale nie róbcie sobie większych nadziei. Po drugiej stronie macie plazmę. Plazmę ulepioną z nienawiści i szyderstwa. Tego się nie da przebić ani nożem, ani słowem. To po prostu musi któregoś dnia usnąć. Usnąć i już się nie obudzić.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Jedna śmierć. Jeden znak. Jedna refleksja.

Jeśli ktoś zechce się poczuć dotknięty, to jest mi naturalnie bardzo przykro, choć płakać nie będę.
O co chodzi? Otóż jestem bardzo poruszony sytuacją, w której na przeciwko siebie mam organizację szczególną. Organizację, której pierwszym celem jest zbudowanie struktury obok Państwa i Kościoła, z tym że o wiele potężniejszej, i która dochodzi do wniosku, że, w przypadku zdarzeń takich, jak śmierć, musi skorzystać z pomocy tych właśnie instytucji, które z zasady zwalcza.
Dlaczego? Z prostej przyczyny. Sama, albo ze względu na brak tradycji, albo, paradoksalnie, na zbyt marne wpływy, nie jest w stanie uczcić chwil naprawdę ważnych.
Co na to Panstwo? Co na to Kościół?
Albo przez nieustanny atak tzw. agentury wpływu, albo przez zwykły przymus moralny, oczywiście obie te struktury ulegają i tym samym zgadzają się na przyjęcie roli serpentyny na tym niezwykłym balu. A na pytanie o rachunek, uzyskują wyłącznie wzgardliwy uśmiech.
Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że gra jest ryzykowna, niemniej bym próbował. Tak się składa, że przyszłość, jeśli idzie o tzw. Smutne Zdarzenia, rysuje się bardzo interesująco. Następna okazja może się pojawić już bardzo niedługo. Więc ja bym tym niezwykłym interesantom powiedział: 'To wolny kraj. Każdy robi, co chce, ale nie spodziewajcie się, że my wam będziemy organizować światła i orkiestrę'.
I wcale nie chodzi o mój sprzeciw wobec najbardziej perfidnej profanacji. Sens w tym, żeby porządni ludzie nie byli narażani na zbyt silne doznania negatywne. Jak mówię, następne wybryki już za progiem.
A Adam Michnik już szykuje nowe wystąpienie.

piątek, 18 lipca 2008

Babilon upada - czyli kilka uwag na temat histerii

Kiedy napisałem swój poprzedni tekst o ogłoszonym właśnie przez PiS bojkocie telewizji TVN, wydawało mi się, że wszystko udało mi się powiedzieć i, przynajmniej z mojej strony, to już będzie wszystko.
Pod wieczór jednak, w tefauenowskich Faktach i chwilę po Faktach, pojawiły się dwa komentarze, które zmusiły mnie do ponownego zabrania głosu na temat bojkotu.
Ponieważ - jakkolwiek gorliwie w ostatnich godzinach kierownictwo TVN-u organizowałoby akcję zohydzania swoim widzom zarówno partii Jarosława Kaczyńskiego, jak i samej akcji bojkotu - wcale, ale to wcale, to co się zdarzyło, nie spłynęło po TVN-ie, jak po - nomen omen - kaczce, wyraźne oznaki zdenerwowania, każdy uważny telewidz musiał zauważyć.
Ku memu olbrzymiemu zdziwieniu, w pewnym momencie swojej relacji, red. Grzegorz Kajdanowicz oświadczył ni mniej ni więcej, jak to, że "zobaczymy, kto pierwszy kogo będzie potrzebował".
Ten rodzaj emocji, nawet jeśli emocje te red. Kajdanowicz miał napisane wcześniej na kartce, albo wyszeptane do uszka, świadczą wyłącznie o tym, że w TVN-ie zapanowała atmosfera kompletnego szaleństwa.
Bo o co chodzi? Gdyby ktoś, z kim jestem biznesowo, czy w jakikolwiek inny sposób, związany, nagle, choćby nawet z zupełnie dla mnie głupkowatych przyczyn, postanowił zerwać ze mną kontakty, zanim bym tego mojego ex-partnera zaczął obrażać, spróbowałbym najpierw zorientować się w sytuacji, a może i załagodzić spór. Dopiero gdybym uzyskał pewność, że mój partner jest wystarczająco słaby, albo wystarczająco zdeterminowany, to, jeśli już, wtedy dopiero spróbowałbym sobie na nim trochę poużywać.
TVN, w moim odczuciu, postąpił kompletnie irracjonalnie. Zanim cokolwiek się wyjaśniło, zupełnie jak dziecko, i to na dodatek dziecko z tej głupszej piaskownicy, zaczął się z PiS-em przedrzeźniać. PiS powiedział: "Jesteście zbyt nędzni, żeby się z wami zadawać", na co TVN zaczął robić: "Nenenenenenene! Zobaczymy kto pierwszy do kogo przyjdzie!"
Ich obłęd. Ich problem.
Gorzej było później. Kiedy sądziłem, że teraz, po oświadczeniu rzecznika stacji, że oni czekają z otwartymi rękami, mikrofonami i kamerami, Kamil Durczok spróbuje chytrze łagodzić i pokazać, że TVN24 to jednak klub ludzi cywilizowanych, stacja nawaliła jeszcze bardziej.
Durczok zaprosił do studia Stefana Bratkowskiego, który, jako medialny ekspert miał nam wyjaśnić sytuację z niezależnego, bardziej obiektywnego punktu widzenia. Jest oczywiście szansa, że dziennikarze TVN-u są tak głupi i tak oderwani od najbardziej oczywistej rzeczywistości, że już kompletnie nie mają pojęcia, kto, co, gdzie, po co i jak. I, powiem szczerze, że to jest jedyny praktyczny ratunek dla dalszej intelektualnej reputacji Walterów. Bo jeśli się okaże, że Durczok do wykonania zadania wybrał Bratkowskiego z pełną świadomością, to będziemy musieli uznać, że oni już zupełnie zwariowali.
Bo cóż się mianowicie stało? Najpierw Bratkowski oświadczył, że on jest osobiście bardzo rozbawiony całą sytuacją. Później opowiedział, jak to taksówkarz (ciekawe, swoją drogą, że pewien gatunek osób publicznych ze szczególną pasją lubi powoływać się na swoje rozmowy z taksówkarzami, albo na sms-y napływające od rana do wieczora od obcych, prostych obywateli) zażartował mu, że ten bojkot, to dla PiS-u lepiej, bo skoro ich nie będzie w telewizji, to i mniej się będą kompromitować. A w końcu, uderzył już z bardzo ciężkiego kalibru i stwierdził, że pretensje ze strony PiS-u są zupełnie niezrozumiałe, bo każdy, kto ogląda uważnie TVN, widzi, że PiS jest traktowany wyjątkowo uprzejmie, wręcz obsesyjnie grzecznie, a dowodem na to jest to, że mimo, że PiS to ewidentni złodzieje i oszuści, to TVN milczy o tym, jak grób.
Kiedy zastanawiałem się, jak bardzo można skretynieć, Bratkowski sobie poszedł, a przyszedł poseł Platformy, Jerzy Fedorowicz i powiedział, że kiedy już Platforma skutecznie odbierze publiczną telewizję PiS-owi, to utworzy się specjalną radę, która będzie składała się wyłącznie z wybitnych osobistości spoza polityki, ludzi mądrych, niezaangażowanych i obiektywnych, takich, jak na przykład Stefan Bratkowski.
Ręce opadają. Jednak z tymi opuszczonymi rękami możemy dojść do kilku bardzo pocieszających wniosków. Przede wszystkim, dobra wiadomość to ta, że wszystko wskazuje na to, że TVN autentycznie czuje, że nie jest dobrze. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku, żeby zobaczyć, że zachowanie dziennikarzy i, najpewniej, właścicieli stacji jest całkowicie histeryczne.
Jedna z dwóch wielkich partii politycznych, z poparciem raz większym, raz mniejszym, niemniej stale na wystarczającym poziomie, żeby objąć bardzo dużą część społeczeństwa, wypowiada TVN-owi współpracę. Cokolwiek słyszymy w ostatnim czasie z ust choćby rzecznika stacji, nie zmieni faktu, że TVN ma duży kłopot. Że Kaczyńscy to dwóch przegranych nieudaczników, myśleć może sobie przeciętny pożeracz Szkła Kontaktowego i może jeszcze tylko Krzysztof Daukszewicz. Ludzie odpowiedzialni za tefauenowe finanse powinni wiedzieć jednak doskonale, że utrata PiS-u, to dla TVN-u wcale nie mniejsza strata, niż dla PiS-u utrata choćby tej cząstki promocji, jaką im zapewniał TVN.
A to, powtarzam, nie jest byle co. Stacje telewizyjne to publiczność, reklamy, wpływy, pozycja. Zupełnie tak samo, jak to jest w przypadku zwykłych biznesów.
Kiedy patrzę na to, co się dzieje, widzę dwie możliwości: albo kierownictwo TVN-u zgłupiało już jakiś czas temu, albo zgłupiało dopiero co.
Oba rozwiązania bardzo mi odpowiadają.

PS - W dzisiejszej Rzepie (oczywiście!), Piotr Gabryel dołącza do potężnego chóru przeciwników bojkotu, dowodząc - a jakże - że PiS na bojkocie jedynie straci. Wszystko byłoby w porządku - bo w końcu może i straci - gdyby nie fakt, że jednocześnie pan redaktor wyśmiewa PiS również za odmowę współpracy z Superstacją.
Ponieważ moim zdaniem, występowanie z Superstacji - telewizji wyjątkowej nawet na tle TVN-u - jest czynnością niehonorową, a niewystępowanie w tej stacji gestem świadczącym o zachowaniu w stanie nienaruszonym prawidłowego odruchu wymiotnego, muszę z przykrością stwierdzić, że szaleństwo, które ogarnęło część środowisk dziennikarskich, zatacza coraz szersze kręgi.
Społeczeństwu, w tej sytuacji, nie pozostaje nic innego, jak pokazać tej nadętej kaście świętych krów, gdzie ich miejsce. Bardzo liczę na to, że się uda.

czwartek, 17 lipca 2008

Media kontra opinia publiczna, czyli słowo o jeszcze piękniejszym samobójstwie

Pamiętam, jak jeszcze w czasach demokracji spod znaku agenturalnego debla Wachowski - Lesiak, i medialnej władzy red. Paradowskiej, oglądałem jeden z telewizyjnych programów, które same media, żywiące się i karmiące innych tymi właśnie programami, pogardliwie nazywały "festiwalem gadających głów". Pomysł był standardowy: studio na żywo, redaktor prowadzący, grupa polityków, no i wszyscy gadają, a niektórzy starają się coś powiedzieć.
Tak zwana prawica reprezentowana była przez Ryszarda Czarneckiego. W pewnym momencie poziom kłamstwa, manipulacji, absolutnie bezwstydnego krętactwa, podniósł się tak wysoko, że nagle zacząłem marzyć, jakby to było pięknie, gdyby w tym stanie rzeczy Ryszard Czarnecki wstał, powiedział: "Państwo wybaczą, ale mnie proszę z tego wyłączyć... i wyszedł".
Byłby to odruch w najwyższym stopniu honorowy i ludzki. A poza tym, stanowiłby piękny gest. Po prostu gest.
Niestety, Ryszard Czarnecki oczywiście nie wyszedł i jeszcze przez kilkanaście minut męczył się z tak zwaną bezczelnością systemu.
Lata mijały, a ja wciąż marzyłem, żeby któregoś dnia, któryś z polityków, bo o geście całej partii nie było co marzyć, po prostu wstał i powiedział te kilka słów prawdy. I wczoraj, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie decyzja Rady Politycznej PiS-u, że oni, póki co, dziękują TVN-owi za współpracę i że od dziś właściciele stacji, do czasu aż pójdą po rozum do głowy, mogą się bawić sami, to znaczy w swoim ulubionym towarzystwie Platformy, PSL-u i komuchów.
Jak się można było spodziewać podniósł się natychmiastowy rwetes z dwóch stron, czyli ze strony samych mediów, no i ze strony polityków. O głosie polityków nie będę mówił, bo oni się tu kompletnie nie liczą. Natomiast bardzo bym chciał napisać kilka słów zwykłej prawdy na temat dziennikarzy.
Pierwszy, głos zabrał oczywiście TVN. Ustami swojego rzecznika stwierdził, jakże by inaczej, że PiS nie rozumie, jakimi zasadami kierują się wolne media, że TVN i TVN24 zawsze dają równe szanse wszystkim podmiotom życia politycznego i społecznego, no i że naturalnie nasze programy pozostają otwarte dla [ PiS-u] przedstawicieli. Czyli stare, typowe, bezwstydne ruskie krętactwo.
Każdy normalny, ale i też kompletnie zidiociały klient tefeuenowskiej oferty, wie doskonale, że stacja ta ma absolutną i absolutnie niewzruszoną obsesję na punkcie niszczenia wszystkiego, co jest związane z PiS-em i z - tak błyskotliwie przez medialną pop-kulturę otagowanymi - Kaczorami. Nawet najbardziej serdecznie oddani TVN-owi widzowie przyznają bez słowa sprzeciwu, że TVN jest świetny, przede wszystkim dlatego, że tylko TVN gwarantuje te kilka godzin rozrywki, jeśli idzie o dręczenie "pisiorów".
Niedawno cała Polska miała okazję obejrzeć powtórkę absolutnie bolszewickich wybryków naczelnego pajaca tefauenowskiego cyrku, Kuby Wojewódzkiego, który tydzień przed jesiennymi wyborami, z całkowicie odsłoniętą twarzą i całkowicie obnażonym czarnym sercem, wydzierał się do kamery, że trzeba odsunąć od władzy, rządzącą aktualnie, z demokratycznego nadania, "PiS-owską zarazę". Zupełnie, jakby na realizację i emisję tego programu wysupłał swoje własne oszczędności, a nie odstawiał swoje popisy za pieniądze TVN-u - najbardziej opiniotwórczej telewizji w Polsce.
Więc kim jest TVN i czym się zajmuje wie każdy. I trzeba wyjątkowej zuchwałości, żeby jeszcze tę prostą prawdę poddawać pod dyskusję. Ale w sumie nie o to chodzi. Rodzina Walterów i jej umysłowo-finansowe przybudówki, mają swoje pieniądze, swoje interesy, swoje zobowiązania i swoje cele. Nich się z tym całym swoim dobytkiem smażą w smole.
W naszym Salonie, odezwał się inny przedstawiciel świata mediów, Łukasz Warzecha, który oczywiście nie umiał się powstrzymać od tego, by w charakterystyczny tylko sobie sposób, wyrazić jednocześnie i żal i radość i satysfakcję i niepokój.
Oczywiście tu też, wszystko, włącznie z typowym dla pana redaktora krętactwem, jest na swoim miejscu. Łukasz Warzecha jest dziennikarzem - wprawdzie tabloidowym, ale, przynajmniej według polskich standardów, wciąż dziennikarzem - więc trudno, żeby w sporze między mediami, a opinią publiczną trzymał stronę opinii publicznej.
Nawiasem mówiąc, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, to partia polityczna, jako instytucja podlegająca procedurom demokratycznym, jest w sposób o wiele oczywistszy reprezentantem opinii publicznej, niż jakikolwiek koncern prasowy z jego pracownikami.
Więc Łukasz Warzecha może sobie pisać, albo mówić, co mu ślina i sumienie na język przyniosą, natomiast ja mogę powiedzieć, co o tym wszystkim myślę. A myślę sobie tak, że dziennikarze z jakiegoś powodu są utrzymywani, głównie przez samych siebie, ale czasem też przez opinię publiczną, w zupełnie chorym przekonaniu, że stanowią w społeczeństwie absolutnie autonomiczną enklawę, na dodatek enklawę ludzi absolutnie wybranych.
Każdy dowolny idiota, wystarczy, że otrzyma legitymację prasową, a do tego pióro i notesik, a czasem mikrofon z tabliczką, natychmiast ulega złudzeniu, że stał się kimś szczególnym, kimś wyjątkowym.
iekawe jest przy tym to, że zwykły dziennikarz, który zajmuje się sprawami lokalnymi, czyli placem zabaw, gdzie nie ma piasku, albo jakąś kamienicą, gdzie walą się balkony, jest na tę chorobę mniej podatny. Tragedia zaczyna się dopiero wtedy, gdy dziennikarz zaczyna mieć kontakt z politykami. To towarzystwo polityków, czyli ludzi od dziennikarza o wiele ważniejszych, bardziej zdolnych i niewątpliwie znacznie bardziej inteligentnych, sprawia, że dziennkarz nagle zaczyna się nadymać, nadymać, nadymać, a w końcu kompletnie traci poczucie rzeczywistości i dochodzi do wniosku, że to on tu jest mistrzem i panem.
Bo proszę popatrzeć, jaką mamy sytuacje. Dziś czytam w Rzepie (znowu Rzepa!), że Telewizja Puls będzie zwalniała połowę pracowników, bo trzeba ciąć. Czytam również, że Gazeta Wyborcza, widząc, że wszystko się jakoś słabo klei, będzie bardziej inwestowała w portal wyborcza.pl, niż w dotychczasową gazetę.pl, bo też trzeba myśleć o kasie. Siedzą więc właściciele mediów i cały czas liczą. Wiedzą, że, w momencie, jak się nie doliczą, to po prostu się ich zamknie, jak zwykłą budę sprzedającą ciastka, czy pamiątki.
Natomiast w świadomości społecznej i - jeszcze raz zwracam uwagę - w świadomości samych dziennikarzy, oni są po prostu wolni, jak ptaki, robią co dusza zapragnie i nie muszą absolutnie się o nic starać, nie muszą się dokształcać, bo to oni trzymają wszystkie sznurki i oni decydują, kto jest podczepiony z drugiej strony.
I teraz, kiedy nagle opinia publiczna - dziś głosem dużej partii politycznej - mówi mediom, że rezygnuje ze współpracy, to banda ogłupiałych dziennikarzy wybucha śmiechem, bo oni oczywiście absolutnie nie są w stanie sobie wyobrazić, że ten publiczny gest jest swego rodzaju wotum nieufności.
Pisze Łukasz Warzecha: "choćby nawet media były dla PiS niesprawiedliwe, nie wolno się na nie obrażać, trzeba z nimi grać, uwodzić je i wykorzystywać dla własnych celów".
A ja się zastanawiam, jak można popaść w tak kompletne szaleństwo? A dlaczegóż to nie wolno się na media obrażać? Monika Olejnik może któregoś dnia uznać, że ona nie będzie zapraszała do studia jakiegoś polityka, natomiast polityk ma pokornie tę decyzję przyjąć do wiadomości i cierpliwie czekać, aż Wielmożna Pani Redaktor zechce wykazać łagodność.
Najgłupszy i najbardziej zawodowo niepozbierany dziennikarz może dowolnie, w najbardziej niegrzeczny i nonsensowny sposób, wyszydzać i obrażać polityka, natomiast polityk ma siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą i baczyć, by dziennikarz broń Boże nie musiał zmarszczyć swoich szlachetnych brwi.
Co za absurd! Jedna z dwóch największych partii politycznych, przedstawiciel ponad pięciu milionów obywateli naszego kraju, złożyła wotum nieufności dla jednej ze stacji telewizyjnych. Zaryzykowała krok, który ją może odciąć od prawa do informacji, który, w efekcie, może jej politycznie bardzo zaszkodzić. Uczyniła ten krok, bo, występując w mieniu swoich wyborców, uznała, że musi zaprotestować przeciwko absolutnie bezprecedensowemu w demokratycznej Polsce kłamstwu i manipulacji.
Zamiast się zawstydzić i dojść do wniosku, że jednak chyba redaktorzy TVN-u przesadzili, rzecznik jakiś-tam, wyskakuje z głupkowatym i zakłamanym oświadczeniem, a jego koledzy dziennikarze z zaprzyjaźnionych redakcji organizują mu kompletnie nieprzyzwoitą klakę.
Ale, jak mówię, ja to rozumiem. Dziennikarze polityczni w Polsce są tak już odmóżdżeni, że dawno zatracili świadomość tego, że - choćby nie wiadomo, jak im się zdawało - na linii media - opinia publiczna, ruch jest dwustronny.
I nawet, jeśli dziś, z jakiegoś powodu, tryumfują, to - jeśli tylko Prawo i Sprawiedliwość wytrzyma i wykaże się konsekwencją - za kilka miesięcy, choćby ci gangsterzy ze Szkła Kontaktowego i cała ich publiczność będą mogli zamknąć swój chory interes.
A sam Łukasz Warzecha, nagle, któregoś dnia, obudzi się przerażony, bo zda sobie sprawę, że jego głupkowaty żart o tym, że nieobecność Gosiewskiego, Brudzińskiego i Putry "sama z siebie musi oznaczać kilka punktów na plus w sondażach", faktycznie, zupełnie nieoczekiwanie, się zrealizował.

środa, 16 lipca 2008

Nasza kochana Danzig - czyli Trójmiasto po latach

Patrząc na ostatnie moje wpisy, można dojść do wniosku, że, przynajmniej w Salonie, Rzeczpospolita dzierży bezwzględny prym w kategorii najczęściej cytowany dziennik. Inna sprawa, że, jeśli się zastanowić, to cóż innego pozostaje? Idźmy więc za Rzepą.
Dziś jednak nie będziemy rozprawiać o red. Ziemkiewiczu, którego wołyńska (a może już tylko antyprezydencka) obsesja, nie dość, że go doprowadziła do zakwestionowania całej swojej dotychczasowej filozofii, tak zgrabnie wyrażonej w Polactwie, ale do całkowitej już intelektualnej zapaści, która dziś wyraziła się w porównaniu prezydenta Kaczyńskiego do zwykłego ruskiego buca, czyli red. Maziarskiego młodszego.
Nie o nim dziś, bo prawdę powiedziawszy, ostatnio, jak myślę Ziemkiewicz, to przychodzi mi do głowy właściwie tylko jedno zdanie, które my - polactwo tak umiłowaliśmy: Pies z nim tańcował.
Dziś, jak można zgadnąć z tytułu tej rozprawki, będzie o Trójmieście, czyli o trzech miastach, Gdańsku, Gdyni i Sopocie. A wszystko z powodu rzepowego artykułu pt. Surfujący szef Sopotu, który trafił na złą falę.
Ale zacznijmy od początku. Od pewnego czasu, a ściślej od roku, kiedy myślę Gdańsk, Gdynia, Sopot, przypomina mi się nieodmiennie stary żart, który, dawno jeszcze temu, opowiadał Tadeusz Ross - obecnie dumny poseł Platformy Obywatelskiej - przy okazji swoich radiowych pogawędek z Piotrem Fronczewskim. Piotr Fronczewski pytał: "A gdzie się pan, panie Tadziu wybiera na wakacje?", a Tadeusz Ross odpowiadał ze śmiertelną powagą: "W tym roku jadę na ten zakręt koło huty w Chorzowie."
Dla kogoś, kto wiedział, o jaki zakręt chodzi, dowcip ten był absolutnie rozwalający. Dziś zakręt oczywiście nadal jest, ale wszystko wokół uległo tak wielkim zmianom, że wprawdzie na wakacje tam wciąż jeżdzić nie ma co, ale żartować już też nie ma sensu.
W tamtych czasach, należy to przyznać szczerze, zakręt koło huty w Chorzowie nie był dla nas, tu żyjących, absolutnie jedynym miejscem wartym przysłowiowego tynfa. Kiedy na Śląsk przyjeżdżali goście spoza regionu, zawsze wypadało ich zabrać na przejażdżkę pociągiem z Katowic w stronę Bytomia, albo w stronę Sosnowca. Podróż taka stanowiła tak niezwykłą egzotykę, że trudno było znaleźć coś równie fascynującego. Rozwalające się kamienice, poprzewracane mury, powybijane szyby, podwórka zasypane śmieciami, brudni wałęsający się ludzie... cała trasa wokół torów kolejowych przedstawiała widok absolutnie fascynujący. No i w pewnym momencie ten zakręt!
I znów, dziś wprawdzie są jeszcze miejsca wzdłuż kolejowej trasy z Katowic do Bytomia, które proszą o interwencję diabła, lub Pana Boga, ale jest ich coraz mniej i w sumie nie robią już takiego wrażenia, jak kiedyś.
W tamtych czasach byłem jeszcze młody, nie miałem rodziny, ale za to miałem narzeczoną, z którą rok w rok jeździłem na wakacje na Półwysep Helski. Mieszkaliśmy na kempingu, pływaliśmy w morzu, i co chwilę jeżdziliśmy autostopem do Pucka, albo, jak się udało, jeszcze dalej, by ostatecznie wylądować w Gdańsku.
Gdańsk był dla nas najprawdziwszym rajem. Uważaliśmy Gdańsk za najpiękniejsze miasto w Polsce, miasto w którym można żyć i umrzeć, a w międzyczasie tonąć w jego urodzie i jego europejskim smaku. Pamiętam, że kiedyś szliśmy sobie jedną z gdańskich ulic i posłyszeliśmy, jak jakiś mijający nas Niemiec powiedział do towarzyszącej mu kobiety: "Nasza kochana Danzig". I myśmy rozumieli, o co mu chodzi.
Później nastała nowa Polska i przestaliśmy jeżdzić na Półwysep, a tym samym do Gdańska. Dopiero po dwudziestu latach, w zeszłym roku wybraliśmy się do Stoczni na koncert Roda Stewarta. Ponieważ dzień koncertu, to był niemal dzień naszej rocznicy, postanowiliśmy udać się najpierw prosto do Sopotu, pójść na plażę, zanurzyć stopy w morzu, następnie pójść na obiad do Grand Hotelu, a po obiedzie udać się kolejką do Gdańska na koncert.
Już kiedy jechaliśmy przez Gdańsk i okolice, przypomniał mi się wcześniej wspomniany żart Rossa. Czym dalej zanurzaliśmy się w atmosferę przykolejowego Trójmiasta, doznania stawały się coraz bardziej wyraziste. Wysiedliśmy na stacji Sopot i kiedy wyszliśmy przed budynek dworcowy, mi osobiście przypomniał się tak zwany Dworzec Warszawa Zachodnia. Jeśli ktoś widział, to wie, o czym mówię.
Po wyjściu z dworca, weszliśmy na główny pasaż, który akurat wyglądał, jak takie gorsze Krupówki - powiedzmy, jak obecne Władysławowo, albo ulica Stawowa w Katowicach. Popędziliśmy prosto w stronę morza, i ostatecznie, omijając przeszkody w postaci płotów, drucianych siatek i nie wiadomo czego jeszcze, wpadliśmy na absolutnie brudną plażę, a następnie podeszliśmy do wody, która była wypełniona czymś tak obrzydliwym, że nie odważyliśmy się nawet zdjąć skarpetek.
W tej absolutnie nieoczekiwanej sytuacji, pobiegliśmy prosto do Grand Hotelu, w którym najpierw podano nam piwo z jakimś kwasem (jak nam wytłumaczył kelner - coś się zepsuło), a później jedzenie, które nas najzwyczajniej w świecie zatruło.
Wróciliśmy na dworzec kolejowy w Sopocie i wsiedliśmy do kolejki, która wzbudziła w nas same miłe wspomnienia, bo jeśli idzie o wygląd, zapach i atmosferę, nie różniła się ani o jotę od tego, co pamiętaliśmy sprzed 20 lat.
Pojechaliśmy do Gdańska, mijając ten śmietnik otoczony pobazgranymi przez młodzież murami, a następnie przeszliśmy do stoczni wzdłuż ponurych kamienic, gdzie przez następne godziny, udało nam się skutecznie zapomnieć o tym, cośmy właśnie ujrzeli.
Koncert skończył się tak jakoś po 22, więc ponieważ mieliśmy trochę wolnego czasu, udaliśmy się na poszukiwanie jakiejś knajpy. Po pół godzinie błąkania się po pustych, nieoświetlonych uliczkach dotarliśmy do najbliższej restauracji, gdzie - przyznaję uczciwie - zostaliśmy napojeni i nakarmieni na poziomie absolutnie światowym. Po kolacji znów ruszyliśmy, tym razem w stronę dworca kolejowego.
W mieście, w którym mieszkam znajduje się najbrzydszy, najbardziej nędzny, najbardziej śmierdzący dworzec kolejowy na świecie. Gorszy jeszcze niż Warszawa Centralna. I nawet bardziej brzydki niż Warszawa Wschodnia.
Muszę tu dziś, najuczciwiej na świecie, oddać sprawiedliwość Katowicom. Dworzec w Gdańsku jest jeszcze brzydszy i jeszcze bardziej zaniedbany. Nie będę się na jego temat rozpisywał, bo nie chcę już więcej dokuczać lokalnym trójmiejskim patriotom.
Zresztą nie od dokuczanie tu chodzi. Chodzi o to, że przez dwadzieścia lat z hakiem, od kiedy po raz ostatni byłem w Trójmieście, cała Polska poszła jakoś do przodu. Trójmiasto pozostało tam, gdzie było. Jedyne, co zauważyłem nowego w Gdańsku na przykład, to ogromna liczba banków. Sklepów, restauracji, kawiarni jakby mniej. Natomiast, przyznaję, banków przybyło.
ziś czytam w Rzeczpospolitej, że prezydent Karnowski rządzi w Sopocie od 18 lat, wpierw jako wiceprezydent, a następnie już, jako niepodzielny zarządca. Czytam też - i także widzę na niezliczonych reklamach, zarówno w telewizji, jak i na bilbordach w różnych miastach, informacje, że Gdańsk, Gdynia, Sopot to miasta ludzi szczęśliwych, ludzi zamożnych, ludzi z perspektywą. W kampanii wyborczej przed rokiem, wciąż słyszałem informacje, że prezydenci Gdańska, Gdyni i Sopotu to najlepsi prezydenci w kraju. Że Gdańsk, Gdynia, Sopot to pierwsze oznaki tego, że Polska jest wreszcie krajem prawdziwie europejskim.
Dziś rozmawiam z jednym z moich podróżujących kolegów i on przyznaje, że i owszem, Gdynia jest okay. A reszta, faktycznie - nie najlepiej.
Więc po co piszę ten tekst? Nie po to, żeby dokuczać ludziom z Trójmiasta, którzy zapewne czują sentyment do swoich ukochanych miejsc. Po to jednak, żeby zapytać, po ciężką cholerę głosujecie co cztery lata na ludzi, których jedyną kwalifikacją jest to, że z Donaldem Tuskiem grają w piłeczkę?
No i jeszcze po coś. Żeby ostrzec resztę kraju. Kiedyś widziałem reportaż o mieście Newark w stanie New Jersey. Miasto to, jeszcze w latach pięćdziesiątych było miastem o takich perspektywach i o takiej sile rozwoju, że wydawało się, że może przegonić nawet Nowy Jork.
Potem jednak przyszła mafia. Niektórym wydawało się, że mafia, cokolwiek by o nich mówić, potrafi przynajmniej zadbać o porządek. Minęło kilka lat i wszyscy dowiedzieli się, że owszem, mafia jest skuteczna, ale wyłącznie tam, gdzie akurat widzi swój pieniądz i swój indywidualny zysk. Dziś miasto Newark nadaje się głównie do rozbiórki.
Piszę więc ten tekst również w tym celu, żeby przestrzec tych, którzy jeszcze trochę myślą:
Uważajcie na miejsca gdzie rządzi miłość.
A do prezydenta Karnowskiego mam jedną uwagę: może jak Pan widzi tę piankę, o której wspomina rzepowy artykuł, to zamiast wskakiwać na deskę surfingową, lepiej pomyśleć, co zrobić, żeby tę piankę zlikwidować. Ona najwidocznie truje i odbiera rozum.

wtorek, 15 lipca 2008

Piłkarzyki, czyli Luv Rulez!

W dzisiejszej Rzepie - nie wiem, jak w pozostałej części kraju, ale u mnie na prowincji, na 4 stronie - znajduje się przepiękne, kolorowe zdjęcie premiera Donalda, jak w piłkarskich gatkach przemierza piłkarskie boisko. Patrzę na twarz premiera i widzę piłkarza. Piłkarza nie byle jakiego. Piłkarza z krwi i kości. Piłkarza napastnika, piłkarza, obrońcę, piłkarza pomocnika. Piłkarza kapitana. Piłkarza premiera z którego jestem dumny. Premiera, który został piłkarzem, bo kocha piłkę. Ale i premiera piłkarza, który został premierem, bo kocha ludzi.
Od czasu, gdy zobaczyłem Donalda Tuska w peruwiańskiej czapeczce, nie miałem okazji go widzieć w tak wielkiej chwale.
Dlaczego Rzeczpospolita publikuje to piękne zdjęcie? Chodzi o to, że kiedy jeden z platformowatych biznesmenów zaszedł do zaprzyjaźnionego platformowatego prezydenta, platformowatego Sopotu, to wielmożny pan prezydent, korzystając z wizyty, poprosił kolegę o kasę na dwa mieszkania - dla kolegi i dla mamusi.
Po co platformowaty biznesmen szedł do sopockiego ratusza? Dokładnie nie wiadomo, ale miał sprawę, no a wiadomo, że jak się ma sprawę, to się idzie tam, gdzie się ze sprawami normalnie chodzi.
Ja na przykład, jak coś potrzebuję, to od razu walę do prezydenta mojego miasta.
No więc platformowaci panowie się spotkali, pogadali i chyba jednak coś nie wypaliło, bo biznesmen na drugi dzień pobiegł do platformowatego premiera na skargę.
Właściwie, nawet gdyby ta historia się kończyła w tym miejscu, można by było ją uznać za hit wakacji, a tu okazuje się, że to dopiero początek. W tym miejscu pojawiają się tytułowe piłkarzyki. Oto zagadka: jeśli człowiek szuka uszka premiera Tuska, to gdzie ma się podziać? Odpowiedź: w takiej sytuacji powinien się dowiedzieć, na którym boisku przebywa pan premier i pędzić tak, żeby zdążyć zanim pan premier będzie albo szczęśliwie umordowany, albo umordowany i wściekły.
Biznesmen trafił do premiera i w tym momencie informacja podana przez Rzeczpospolitą jest tak wzruszająca, że muszę ją tu przytoczyć w wiernym brzmieniu:
"Julke [to nazwisko platformowatego przedsiębiorcy]o sprawie poinformował Donalda Tuska. Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Do tej uroczej chwili wrócę za chwilę. Na razie dalszy ciąg story (ulubione słowo specjalisty od oszukiwania ciemnego ludu, Eryka Mistewicza). Pan premier z przedsiębiorcą coś tam poszeptali, a na drugi dzień biznesmen Julke udał się do prokuratury i powiedział, że platformowaty prezydent jest trefny, jak dziewięciozłotowy banknot.
Mamy więc maleńką aferę. Nawet nie aferę, lecz aferkę z piłeczką w tle. Duże afery, z kaczką w tle, już były i miejmy nadzieje, że dopóki miłość trzyma wszystko za pysk, nie wrócą.
W każdym razie, stąd to zdjęcie w Rzepie.
Co będzie dalej, trudno powiedzieć. Nawet człowiek w końcu mądry, oblatany jak mało kto w zawiłościach polityki i tego, co wokół polityki, Marek Migalski, w tej samej Rzeczpospolitej próbuje odpowiedzieć na to pytanie i bezradnie rozkłada ręce. Jak mówią mądrzy Rosjanie, pożyjemy zobaczymy.
Ja natomiast proponuje wrócić do zdjęcia i tej króciutkiej informacji: "Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Jak ja bym chciał tam wtedy być! Uważam, że dla człowieka, którego pewnego rodzaju pasją jest obserwowanie i analizowanie wydarzeń politycznych, a już szczególnie w czasach tak ciekawych, jak nasze, trudno o większe marzenie, jak to. Być tam i wtedy. Tam, gdzie dzieje się historia.
Wyobrażam sobie ten dreszcz. Niedzielne, późne przedpołudnie. Pan premier wychodzi z żoną kościoła, pod kościołem czekają już na niego premier Schetyna, minister Nowak, minister Drzewiecki, minister Arabski, minister Grupiński, minister Grad, a może nawet ten minister z piosenki Kazika, Derdziuk. Wszyscy już przebrani w piłkarskie buciki i koszulki, przebierają nogami. Premier Schetyna w jednym ręku trzyma siatkę z dwiema piłkami, a w drugim torbę z gatkami dla Donalda.
Donald Tusk, premier, rzuca porozumiewawcze spojrzenie pani Małgosi i mówi krótko: "To nahazie. Idę z kolegami na piłe."
I cała grupa wsiada do aut i śmigają na boisko.
A tam... ależ tam się musi dziać. Słów brakuje, żeby opisać ten festiwal prawdziwej męskiej przyjaźni i prawdziwych męskich pasji. Potrafię sobie wyobrazić każdą minutę tego wydarzenia. Donald z numerem 11 na koszulce, najpewniej kapitan drużyny, krzyczy, rozstawia kolegów, czasem zaklnie siarczyście, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Pot wszystkim spływa z umęczonych szczęściem czół. A ja widzę każdą chwilę tego pięknego zdarzenia.
Nie wiem jednego. Czy na stadionie są tylko Donald z ministrami, czy może jeszcze wokół boiska zabrali się widzowie. A jeżeli się zebrali, to kto jest wśród nich? Czy tylko zwykli platformowaci mieszkańcy Sopotu, którzy przyszli popatrzeć na swoich władców? Czy może jacyś inni, już nie tak wybitni politycy, aspirujący jedynie do tego, żeby kiedyś się wybić, zostać choćby vice-ministrem i też móc którejś niedzieli czekać na premiera Tuska pod kościołem?
Wyobrażam sobie jednak, że tak. Że stoją też inni panowie. Niektórzy w garniturach, niektórzy w dresach i biją brawo ile razy premier Schetyna, albo sam Donald Tusk ładnie zagra.
I nagle na linii bocznej, w momencie gdy "politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę", pojawia się pan biznesmen Julke i gwiżdże w stronę premiera (wyobrażam sobie, że w takich okolicznościach prawdziwi mężczyźni nawołują się tylko gwizdnięciami).
Donald patrzy w stronę linii bocznej i krzyczy: "Co jest, kuhwa? Nie widzisz, że ghamy?"
No ale moment, widać, jest ważny, więc premier, piłkarskim truchtem biegnie do swojego kolegi ze sfer gospodarczych i tu się zaczyna sprawa...
Oj tak! Jakaż to musiała być piękna chwila. Zobaczyć premiera w akcji. Premiera, który nie tylko potrafi kochać, ale również grać w piłkę nożną, a jak trzeba, to i znaleźć czas na sprawy państwa. I że do tego wszystkiego nie musi być w Warszawie! Premier pokazuje, że rządzić naprawdę można z każdego miejsca na świecie.
I nawet nie musi to być jakże piękne i egzotyczne Machu Picchu.
Dbać o ludzi, których się kocha, można nawet ze skromnego boiska w małym, nadmorskim mieście Sopocie.