Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Episkopat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Episkopat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 maja 2017

Co łączy Jana Hartmana z ONR-em?

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst, zamieszczony oryginalnie na portalu papug.pl, z którym jednak jestem tak bardzo emocjonalnie związany, że nie mogę się powstrzymać, by go przedstawić i tu. Mam nadzieję, że się spodoba.


W ostatnich dniach przez Polskę przetoczyła się lekka burza związana z dokumentem, jaki pod tytułem „Chrześcijański kształt patriotyzmu” zdecydowała się nam przedstawić Konferencja Episkopatu Polski. Piszę, że burza była „lekka” wcale nie dlatego, że ona rzeczywiście sama w sobie przeszła ledwo zauważona, ale przez fakt, że poziom napięcia między Hierarchią, na czele z samym Franciszkiem, a wiernymi reprezentowanymi – jak najbardziej samozwańczo – przez tak zwanych „prawdziwych katolików”, stał się ostatnio tak znaczny, że w tej chwili praktycznie każdy gest Kościoła wywołuje po drugiej stronie oburzenie. A to sprawia, że w tej chwili naprawdę trudno jest znaleźć taką wypowiedź, czy to papieża, czy to któregoś z kardynałów, czy też bardziej lokalnych hierarchów, która spowoduje wybuch większy od poprzedniego. Obserwowana po stronie części wiernych złość jest tak intensywna, że oni w tej chwili już właściwie tylko drżą. Niedawno Franciszek przyjął grupę starych Żydów, reprezentujących tych, którym się udało przeżyć niemiecki terror, i idąc za przykładem św. Franciszka z Asyżu, demonstracyjnie ucałował ich dłonie. Widok papieża całującego ręce Żyda podziałał na wspomnianych „prawdziwych katolików” z tak destrukcyjną siłą, że niektórzy z nich nie dość, że wśród członków owej żydowskiej delegacji nagle dojrzeli Rotschildów z Rockefellerami we własnych osobach, to doszli do wniosku, że oto Franciszek wszedł w kolejny etap przekazywania Kościoła w ręce Szatana. A więc w tej sytuacji chyba się zgodzimy, że jakiś skromny komunikat Episkopatu Polski, nawet jeśli traktuje naszych patriotów z nieznośną dla nich protekcjonalnością, może wywołać burzę co najwyżej „niewielką”.
A mimo to, wydaje mi się, że warto się nad tym, co się stało, przez chwilę zadumać. Otóż chyba w tej chwili już większość z nas zdążyła zwrócić uwagę, choćby obserwując ruch na rynku popularnych gadżetów, że patriotyzm jest w modzie. O ile jeszcze parę lat temu pierwszy lepszy sklep z pamiątkami, czy popularną konfekcją, zawalony był t-shirtami z napisem „Radio ma ryja”, czy „Precz z kaczyzmem”, dziś owa oferta niemal w stu procentach została zastąpiona przez koszulki, bluzy, czapki, breloczki, kubki, szaliki, głoszące bez cienia poczucia obciachu „śmierć wrogom Ojczyzny”, a i to w wersji łagodniejszej. Jednocześnie też, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, wspomniana oferta stanowi zaledwie forpocztę czegoś znacznie poważniejszego, a więc zorganizowanych ruchów politycznych, które niechby i sobie działały i głosiły ową śmierć dla wrogów Ojczyzny, gdyby nie fakt – i tu przechodzimy do sedna sprawy – że one bardzo chętnie, obok tradycyjnej symboliki narodowej, na swoich sztandarach umieszczają wizerunek Jezusa Chrystusa.
Konferencja Episkopatu Polski wydała swój komunikat i to, że w jednej chwili tak nerwowo zareagowali na niego nasi patrioci, mnie nie dziwi. Oni nigdy nie byli zbyt przytomni, a dziś, w tym strasznym chaosie, jakim nam obdarowała kultura popularna we współpracy z mediami, już nie radzą sobie zupełnie, co jednak jeszcze bardziej zastanawiające, odezwała się równie druga strona, czyli, mówiąc krótko sataniści, choćby w osobie znanego nam wszystkim Jana Hartmana, który oświadczył, że wreszcie po wielu latach kompletnego zgnuśnienia Kościół stanął na wysokości zadania i powiedział, jak jest. Czemu Hartman mówi to co mówi nie wiem, natomiast podejrzewam, że prawdziwy obłęd nie wybiera i wali jak popadnie. Jeśli natomiast idzie o mnie, to ja zachowuję pełny spokój i do jednych i drugich mam tylko jedną wiadomość. Ta skała, na której Jezus postawił Swój Kościół stoi i nawet nie chodzi o to, że bramy piekielne Go nie przemogą. To jest oczywiste. Natomiast możemy być równie pewni, ze nie przemogą go połączone siły polskich narodowców z polskimi satanistami. A jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, polecam oczywiście tekst komunikatu, o którym dziś rozmawiamy, bo tam możemy znaleźć słowa, które powyższe tezy wyłącznie wspierają:
Święty Jan Paweł II na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1995 r. podkreślał, iż ‘należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny. Prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych. To bowiem przyniosłoby ostatecznie szkody także jego własnemu krajowi, prowadząc do negatywnych konsekwencji zarówno dla napastnika, jak i dla ofiary. Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego fundamentalizmu’
W podobny sposób, w liście znacznie wcześniejszym, bo z września 1972 roku „o chrześcijańskim patriotyzmie”, ujęli to polscy biskupi. Pisali oni: „Choć człowiek stawia wartości ojczyste bardzo wysoko, to jednak wie, że ponad narodami jest Bóg, który jedyny ma prawo do tego, aby ustanawiać najwyższe normy moralne, niezależnie od poszczególnych narodów. Takie poczucie rzeczywistości opiera patriotyzm na prawdzie, oczyszcza go i uzdalnia do pogłębienia świadomości wspólnoty rodziny ludzkiej. Broni nas ono od obojętności na losy drugich, uwrażliwia coraz bardziej na potrzeby każdego człowieka, obojętnie jakim językiem mówi i jakie ma poczucie narodowe” […]
Prawdziwa miłość do ojczyzny opiera się na głębokim przywiązaniu i umiłowaniu tego, co rodzime, niezależnie od czasu i przestrzeni. Łączy się z głębokim szacunkiem dla wszystkiego, co stanowi wartość innych narodów. Wymaga uznania wszelkiego dobra znajdującego się poza nami i gotowości do własnego doskonalenia się w oparciu o dorobek i doświadczenie innych narodów. Siłą twórczą prawdziwego patriotyzmu jest więc najszlachetniejsza miłość, wolna od nienawiści, bo nienawiść – to siła rozkładowa, która prowadzi do choroby i zwyrodnienia dobrze pojętego patriotyzmu”.
Przypominam, to są fragmenty omawianego przez nas wyżej dokumentu Episkopatu. Czy w owych zacytowanych przez biskupów słowach jest coś, co by nam kazało podejrzewać, że ta Skała jest jednak bardzo krucha? Nie? No jasne, tamtych słów z prawdziwą satysfakcją słuchaliśmy w latach, gdy wszyscy nie byliśmy jeszcze tacy intelektualnie samodzielni i politycznie wolni, jak dziś, więc nie widzieliśmy zagrożeń. Dziś natomiast, jak najbardziej, nie możemy pozwolić na to, by ktoś nie wiadomo kto próbował nam tu mieszać w naszych planach dla Polski. Chętnie to powtórzę – po wszystkich stronach sceny. Nawet Jan Hartman się pojawił.


Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

wtorek, 18 października 2011

Gdy modlitwy zostały wysłuchane

Przyznam zupełnie szczerze, że minione wybory pozostawiły mnie w takim stanie, że, mimo że mija już tydzień od ogłoszenia wyników wyborów, nie dość, że nie potrafię przedstawić jakiejś, choćby pobieżnej, analizy sytuacji, to nie bardzo nawet umiem w sobie znaleźć zdolność do podjęcia choćby próby owej analizy. Wszystko co mi przychodzi do głowy, to wałkowanie w kółko jednej i tej samej myśli, że może trzeba było to wszystko zrobić inaczej, ale przede wszystkim rozmyślanie nad moim nastrojem, a tu akurat nawet nie mam pewności, czy wypada mi poświęcać powyborczy felieton czemuś tak mało ciekawemu, jak jakieś fantazje.
Jednak nie mam tu żadnego wyjścia. Mógłbym ewentualnie w ogóle nic na temat aktualnej sytuacji politycznej nie pisać, ale tu pewnie z kolei wielu czytelników tego bloga musiałoby uznać ten gest za paskudną rejteradę, a to już by było najgorzej. A zatem, będzie o nastrojach. Proszę posłuchać.
Nie wiem ani dokładnie, ani nawet w przybliżeniu, ile posłów wprowadził do Sejmu Janusz Palikot. Czy jest ich dwudziestu, piętnastu, czy może czterdziestu – nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że wiele z tych dziwadeł, które on umieścił na jedynkach swoich list wyłącznie po to, by banda pijanej szczęściem uczestnictwa w dobrym żarcie młodzieży mogła się zabawić, owszem, będzie nam przez najbliższe cztery lata posłować. A więc wiem też, że będziemy mieli w Sejmie jednego prawdziwego pedała, jednego autentycznego transwestytę, jednego byłego księdza, dwie nawiedzone feministki i jednego byłego przestępcę. No a poza tym, całą kupę lokalnych biznesmenów z pozytywnymi opiniami z IPN-u, i naturalnie – samego Mistrza.
Nie dość, że nad rozwojem powyborczej sytuacji się nie zastanawiam, to, jakby tego było mało, w ogóle wyjątkowo niestarannie go obserwuje, więc, jak już wspomniałem, nie jestem w stanie przedstawić choćby bardzo skromnej analizy tego co przed nami. Natomiast nie udało mi się nie zauważyć dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, że Donald Tusk nie planuje na razie wprowadzać żadnych zmian w składzie rządu, a druga, że w ogóle przez najbliższe tygodnie on nie ma jakichkolwiek planów w jakimkolwiek temacie. A to by świadczyło o tym, że oryginalna, jeszcze przedwyborcza myśl prezydenta Komorowskiego, by – ze względu na kryzys – natychmiast po wyborach wszystko załatwić bez zbędnych ceregieli, jest już nieaktualna. I myślę sobie, że to z kolei świadczyć może, z jednej strony, o tym, że tam w dalszym ciągu jest tak, iż najmniejszy ruch może wszystko rozbić w pył, i nikt lepiej tego nie wie, niż sam Premier, a z drugiej, że oni są już tak bezczelni, że jeśli to się nie skończy jakimś wybuchem, to ja tracę wiarę w najbardziej podstawowy porządek wszechświata. A do tego czasu, nie zdziwi mnie nawet to, kiedy w swoim grudniowym expose za dwa miesiące, kiedy już sprawy ze Schetyną zostaną skutecznie wyjaśnione, Donald Tusk powie tylko jedno zdanie: „Kocham was jak najbardziej, a teraz wszyscy wyp…lać, bo idę grać w piłkę”, i choć po tych słowach posłowie Prawa i Sprawiedliwości zaczną buczeć, to już po chwili buczenie to zostanie skutecznie zagłuszone przez serdeczne oklaski reszty Sejmu.
W ogóle, nastrój mam taki, że nie zdziwi mnie już nigdy nic. No bo spójrzmy na wyniki wyborów do Senatu. Jakie perspektywy otwiera przed nami fakt – bardzo dogłębnie zresztą zanalizowany w poprzednim artykule – że Zbigniew Romaszewski przegrał z Markiem Borowskim, a Zuzanna Kurtyka z człowiekiem, którego nazwiska nikt nawet nie zna, ale za to którego na stanowisko senatorskie zarekomendowała Platforma Obywatelska? Ktoś powie, że nie ma się co dziwić, bo tu Kraków, tam Warszawa, a jak wiemy, są to miejsca w dużym stopniu zainfekowane. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli ostatecznie tym szaleńcom od okręgów jednomandatowych uda się wcielić swoją obsesję w życie, dopiero wtedy zobaczymy prawdziwy kosmos. No i nie zmienia to też faktu, że przed nami cztery lata pracy Sejmu, który, jeszcze zanim został zorganizowany, już pokazał swoje możliwości. W ten niezwykły zupełnie sposób, gdzie to nie parlament jest emanacją społeczeństwa, ale odwrotnie – społeczeństwo emanacją osób, które zostały wybrane.
Jak wspomniałem wcześniej, premier Tusk już zapowiedział, że on nie ma czasu na jakieś nikomu niepotrzebne ruchy na poziomie organizacyjnym, i będzie robił to, na co mu przyjdzie ochota. Natomiast, jak idzie o tak zwaną relację władza - społeczeństwo, to na ile znam możliwości tej ekipy, efekt tego wszystkiego będzie taki, że między rządem a społeczeństwem zostanie wzniesiony autentyczny mur, przed którym ustawią się wyselekcjonowani dziennikarze i jeśli ktoś będzie chciał się czegoś dowiedzieć, to właśnie tam będzie mógł uzyskać informacje z pierwszej ręki.
Co do kwestii natomiast igrzysk, to ich już będą dostarczać Palikot ze swoimi ludźmi. I w ten sposób, zostanie uruchomiony kolejny etap najnowszej polskiej historii. Tradycyjny podział na rząd i opozycję, ze względu na wycofanie się władzy z przestrzeni publicznej, zostanie zastąpiony przez nieustanny konflikt między opozycją, a tą szczególną delegaturą Systemu, jaką właśnie stał się parlamentarny klub o nazwie Ruch Palikota, co w swoim podstawowym wymiarze będzie wyglądało tak, że w TVN24 naprzeciwko siebie będą siedzieli, z jednej strony to dziwadło z męskim zarostem i doczepionym biustem, z drugiej, poseł Ludwik Dorn, a między nimi Justyna Pochanke i wszyscy będą debatować na temat możliwości refundacji przez NFZ operacji zmiany płci. W tym samym czasie, w TVP Info, Janusz Palikot z posłem Kamińskim będą rozmawiać o pedofilii wśród księży, natomiast Polsat przedstawi nam debatę między posłankami Wandą Nowicką a Beatą Kempą na temat aborcji w stadium inkubatorowym. A na koniec, wszystkie z tych stacji przedstawią najnowszy sondaż OBOP-u, z którego będzie wynikać, że poparcie dla rządu wzrosło do 76 procent.
Czy ja sobie stroję żarty? W żadnym wypadku. Właśnie w momencie kiedy piszę ten tekst, córka mnie informuje, że w TVN-ie występuje kobieta o imieniu Lalka i tłumaczy zbaraniałym widzom tajemnice duszy transseksualnej, a jak idzie o kwestię krzyża – każdy już zdążył zobaczyć wszystko co zobaczyć miał, więc moje słowa są mało tu potrzebne.
Ale, skoro już wpadliśmy tak głęboko, to muszę powiedzieć coś jeszcze. Z mojego punktu widzenia, w tych wyborach stało się też coś niezwykle istotnego z punktu widzenia polskiego Kościoła. Kościoła nie takiego, jaki znamy, ale tego Kościoła, który dał się nam poznać bardzo niedawno. Otóż do Sejmu wszedł po raz pierwszy autentyczny ksiądz. Wprawdzie ksiądz były, ale jak najbardziej autentyczny. I o tym księdzu dziś też dużo myślę. Uważam bowiem, że to on, w sposób zupełnie szatański, stał się symbolem owego tchórzostwa i zgnuśnienia, które znaczna część biskupów i księży z takim zaangażowaniem zechciała nam zademonstrować. I to on właśnie, w ten błazeński sposób, okazał tym wszystkim księżom i biskupom swój szacunek dla ich postawy w dniach, kiedy Lud Boży jej tak bardzo od nich oczekiwał. Inna sprawa, że niedokładnie tej i niedokładnie w ten sposób wyrażonej. Będzie więc ów szczególny ksiądz przez najbliższe cztery lata zapełniał nasze oczy łzami, a serca gniewem, i tylko ci, dla których on tak naprawdę tu się zjawił, będą patrzyli na to widowisko, nic nie mówiąc, nic nie rozumiejąc i nawet nic nie czując.
No dobra. Niech będzie, że mówić będą. Już nawet zaczęli. Zdaje się, że ustami kardynała Dziwisza nakrzyczeli na nas, że jesteśmy za mało pobożni. Niestety, jak zwykle bez wchodzenia w szczegóły. A więc trudno powiedzieć, czy chodzi o to, że Platforma dostała za mało, czy że Prawo i Sprawiedliwość za dużo. Bo że poszło o Palikota, nie śmiem nawet podejrzewać.

Gdyby ktoś miał ochotę poczytać sobie więcej tego typu złośliwości, i w lepszych niż internetowych warunkach, zapraszam do kupowania mojej książki, która jest do kliknięcie tuż obok. Poza tym, będę wdzięczny za wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 12 marca 2009

O występnych pasterzach wśród szlachetnych wilków

Zebrał się Episkopat i ogłosił, że biskupi nie współpracowali, a nawet jeśli współpracowali, to robili to niechcąco i bezwiednie. Tym samym, sprawa agentury w Kościele została zamknięta. Jeszcze te niezwykłe słowa odpowiednio nie wybrzmiały, a już ze wszystkich stron rozlega się charakterystyczny szum. Ja oczywiście doskonale znam ten szum, podobnie jak doskonale znam zgiełk, który za tym szumem nastąpi. Tym razem jednak wiem, że na szumie i na zgiełku się nie skończy. Przed nami burza. Burza wielomiesięczna i z niczym podobnym nie porównywalna. Dlaczego tym razem ma być inaczej? Dlaczego uważam, że tym razem – podobnie jak wiele razy wcześniej – media i część komentatorów z zewnątrz nie poawanturują się przez kilka dni i nie wrócą do nowych spraw i nowych potyczek? Dlatego mianowicie, ze tym razem Episkopat nie powiedział, że owszem, tylko nie teraz, że chętnie tylko że innym razem, że oczywiście, tylko za chwilę. Tym razem Episkopat powiedział, że sprawa jest zamknięta i nie ma o czym gadać.
Wbrew temu, czego zapewne oczekują zaprzyjaźnieni ze mną salonowicze, nie ma we mnie ani kropli oburzenia. Powiem więcej – nie ma we mnie ani odrobiny zawodu. Ani śladu pretensji. Wprawdzie moja satysfakcja jest nieco gorzka, ale to co czuję to właśnie czysta satysfakcja. O lustracji, również o lustracji w moim Kościele, o agentach, szpiclach, katach i tchórzach, pisałem tu wielokrotnie. I uważam, że każdy kto czytał mnie nawet nie do końca uważnie, wie, co czuję odnośnie tych spraw. Jeśli nie, zapraszam – ze względu na dzisiejszy temat – choćby do mojego starego tekstu o polowaniu na księdza arcybiskupa Wielgusa. Kto chce, niech sobie przeczyta cały http://toyah.salon24.pl/69042.html. Komu się nie chce, oto kluczowy fragment raz jeszcze:
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo ‘lustracja’ dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza - kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.
Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.”
Kiedy pisałem tekst, do którego dziś się odnoszę, mieliśmy kwiecień 2008 roku. W międzyczasie zmieniło się wiele. Platforma Obywatelska osiągnęła moralne i – że tak powiem – profesjonalne dno, a świat stanął w obliczu gospodarczego kryzysu. Jeśli idzie o rzeczy mniejsze, Leszek Maleszka zmienił charakter swojej współpracy z Gazetą Wyborczą, Michał Cichy zwariował, a Helena Łuczywo pozostawiła ostatecznie swoich przyjaciół i zajęła się walką o przetrwanie swojego narodu już może na innym terenie.
Ale stało się jeszcze coś innego. IPN wydał książkę, która dostarcza ostatecznych dowodów na świadomą i dobrowolną współpracę Lecha Wałęsy z komunistycznymi służbami politycznej represji, w następstwie czego – przy pełnym wsparciu ze strony Państwa – były prezydent urósł do roli najwyższego autorytetu i osiągnął status ponadczasowego bohatera.
Państwo Polskie pokazało swoją „wielkość”. Polskie Państwo, które przez ponad 40 lat służyło obcemu łupieżcy, walcząc ze społeczeństwem, które mogło się schronić już tylko albo w swoich domach i rodzinach, albo w swoim Kościele. Państwo, które przez ponad 40 lat używało całej swojej i obcej potęgi, by to społeczeństwo i ten Kościół skorumpować i zniszczyć. Państwo, które, wspólnie z obcym okupantem, stworzyło potężną, działającą niemal perfekcyjnie agenturalną sieć i zastawiło ją na ten Kościół i to społeczeństwo. Oto Państwo, które właściwie w majestacie prawa zwyczajnie zamordowało kilku dzielnych i nieugiętych księży.
I kiedy po tych z górą czterdziestu latach, właśnie dzięki niezłomności dużej część i społeczeństwa i Kościoła, udało się to Państwo wyrwać z rąk okupanta, okazało się, że – jak zwykle – jesteśmy sami i – jak zwykle – to nasze Państwo odwraca się do nas plecami i mówi nam, żebyśmy się zajęli swoimi sprawami. I kiedy to społeczeństwo, a i bardzo często ten Kościół, wręcz prosili Państwo, by zechciało rozliczyć i siebie i to wszystko złe, co na nim pasożytowało, zobaczyli wyłącznie pogardliwe wzruszenie ramion. I czasem jakieś migawki w telewizji na temat księży, o których już i tak nikt nie pamięta. I proszę zauważyć: nie było tak, że na wszelkie pretensje o to, że winni nie zostali ukarani, że prawda nie została ujawniona, że sprawiedliwość nie została zaspokojona i że krzywdy nie zostały wynagrodzone, nasze Państwo mówiło, że tak, tylko nie teraz, że owszem, ale za jakiś czas, że oczywiście, tylko kiedy już załatwimy najważniejsze sprawy. Nie. Odpowiedź była zupełnie inna. Najpierw zdziwienie że niby w ogóle nie wiadomo, o czym jest mowa, a później wręcz bezczelne zaprzeczanie faktom.
No i nieustanne apelowanie do Kościoła, żeby się oczyścił i do ludzi, którzy zawsze o prawdę walczyli, żeby nie wysuwali się przed szereg, bo przed sobą mają o wiele większych i bardziej znakomitych bohaterów. Oto największa i najbardziej wpływowa grupa medialna, która w pewnym momencie za swoja główną misję przyjęła najbardziej podłe zafałszowanie prawdy o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy, dziś – nie pierwszy już zresztą raz – nie posiada się z oburzenia, że polscy biskupi nagle powiedzieli, żeby się od nich odczepić. Doszło do tego, że tego samego wieczoru, Józef Oleksy razem z Moniką Olejnik krzywią się nad słowami Zbigniewa Girzyńskiego, który – nieudolnie, to fakt – stara się usprawiedliwić Kościół w tym szczególnym dniu i krzyczą: „Jakże to? Kiedyż to Kościół walczył o prawdę? Czy jeden, samotny ksiądz Zaleski, to cały Kościół?” Doszło do tego, że to oni właśnie – Oleksy i Olejnik – stają się bohaterami walki o prawdę i historyczną sprawiedliwość.
Przepraszam bardzo, ale mnie proszę z tego wyłączyć. Ja rozumiem ból jaki można odczuwać, kiedy po raz kolejny okazało się, że są pytania i wątpliwości, od których zwykłym ludziom wara. Jednak nie mam najmniejszego zamiaru pomagać sobie w tym moim smutku kopaniem po kostkach moich biskupów. Nawet tych najbardziej sprzedajnych. Nawet wtedy, kiedy zdecydowali się na tę demonstrację i dokonali jej w tak szokujący sposób. Po tamtej stronie jest Państwo, po tej Kościół. Ostatnio, jak wiemy, właśnie to Państwo bardzo gwałtownie pracuje nad legalizacją tak zwanej cywilizowanej śmierci. Wbrew apelom Kościoła, wbrew najbardziej podstawowym prośbom o szacunek do życia, jedyna odpowiedź jaką Kościół słyszy, to ironiczny brak zainteresowania.
A więc skoro Kościół ma prawo mówić tylko wówczas, gdy komuś, gdzieś, po tamtej stronie będzie to pasowało, to tym bardziej niech milczą ci wszyscy przedstawiciele Państwa, którzy nawet jednym palcem nie kiwnęli, żeby udowodnić, że zależy im na prawdzie i jakimkolwiek geście autentycznego pojednania.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...