wtorek, 31 grudnia 2013

Z dobrymi myślami w Nowy Rok

Ponieważ kończy się ten cudowny rok, a przed nami kolejny, który, prośmy Dobrego Boga, niech przynajmniej nie będzie gorszy, chciałem wszystkim przyjaciołom tego bloga podziękować za wszystko, co od nich otrzymałem, i życzyć każdemu z osobna, byśmy się tu spotkali za rok, radośni, i jak zwykle pełni dobrych myśli.
Jako że bez piosenki jakoś niezręcznie, przesyłam Wam wszystkim to, co na ten akurat dzień mam najlepszego.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nie ma Świąt dla Wojciecha Kilara

Z Wojciechem Kilarem przez całe życie miałem bardzo poważny kłopot. Z jednej strony on najpierw był moim sąsiadem, a więc kimś, z kim mijałem się w drodze do szkoły, czy po zakupy, i kto robił na mnie wrażenie bardzo miłego człowieka, a potem, kiedy się wyprowadził nieco dalej, kimś, kogo od czasu do czasu spotykałem w moim ukochanym parku, jak szedł sobie, zawsze sam, spokojnie, i zawsze miał czas i ochotę, by się uśmiechnąć i odpowiedzieć „dzień dobry”, a z drugiej słynnym polskim kompozytorem, którego autentycznie nie znosiłem i uważałem za jednego z pierwszych tandeciarzy tak zwanej „muzyki poważnej”. Pamiętam wręcz, jak któregoś dnia poszedłem na jego koncert do mojego parafialnego kościoła pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, i po zaledwie parunastu minutach dostałem takiej cholery na ten kicz, że wstałem i wyszedłem.
Ale to i tak jeszcze nie wszystko. Ja Kilara mimo wszystko bardzo szanowałem za to, że on – najbardziej ogólnie rzecz traktując – w ostatnich wyznaczających historię Polski latach potrafił znaleźć w sobie tę odwagę, która pozwoliła mu wystąpić przeciw tak zwanemu środowisku i poprzeć Prawdę. Z wyjątkiem jednego króciutkiego, wręcz niezauważalnego momentu, a który ja mu jednak pamiętam, on miał tę odwagę i honor, by stać tu, gdzie stała Solidarność, a nie ZOMO. I, o ile się nie mylę, wytrwał do końca. Nie znosiłem jego muzyki, ale to, że moje i jego ścieżki, w ten czy inny sposób, przez całe moje życie miały okazję się wręcz fizycznie przecinać, poczytywałem sobie za honor.
Dlaczego tak, skoro, jak mówię, muzyka Kilara była dla mnie zawsze wzorem czystej tandety? Otóż dlatego, że – co już zostało powiedziane – zawsze go miałem za porządnego człowieka, ale też dlatego, że, niezależnie od moich ocen, Kilar był bezdyskusyjnie wielkim polskim kompozytorem, znanym i słuchanym na całym świecie, i przynoszącym Polsce chlubę.
Czy zatem to wystarczy, bym dziś, kiedy on zmarł, miał o nim pisać? Pewnie wystarczy, ale nie jest czymś bezwzględnie decydującym. To co sprawia, że dziś w tym miejscu pojawia się to wspomnienie, to fakt, że System na odejście Kilara zareagował dokładnie tak, jak można się było spodziewać, a mianowicie ledwie o nim wspomniał. Zaglądam do odwiedzanego przez mnie portalu tvn24 i – przyznaję, że, w swojej wyssanej z mlekiem matki nienawiści do tych ludzi, sam się tego nie spodziewałem – widzę, że wiadomość o tym, że Wojciech Kilar nie żyje, znajduje się dopiero na 12 miejscu, w dodatku rozdzielona na dwie połówki, tak by siłą rzeczy miała mniejszą rangę.
Jak mówię, nawet ja się czegoś podobnego nie spodziewałem. Wielkość bowiem Kilara nie ma się nijak do wielkości jakiegoś, choćby nie wiadomo jak wybitnego, polityka, że już nie wspomnę o filmowcu, czy autorze książek. To co osiągnął Kilar, jako polski kompozytor, jest jak najbardziej wymierne, i sukcesu, jaki on osiągnął, nic nie jest w stanie zmienić. A zatem, kiedy widzę sposób, w jaki System potraktował jego odejście, nie mogę nie myśleć, że trudno o lepszy dowód bezwzględnego chamstwa i okrucieństwa, niż to, co oni właśnie zaprezentowali. I za co ten rodzaj traktowania? Za to, że on miał czelność, jako przedstawiciel tak zwanych środowisk artystycznych, wystąpić przeciwko reżimowi. Właśnie tak. Mówimy o tego rodzaju zbydlęceniu.
Na cmentarzu, na którym pochowani są i moi rodzice, i przyjaciele, a także wiele znanych powszechnie osób, od wybitnego aktora Zbigniewa Cybulskiego, przez autora mojego dzieciństwa, Alfreda Szklarskiego, po wielkiego kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego, tak się złożyło, że przez wiele lat mijałem samotny grób pani Kilarowej, z czekającą tuż obok pustą płytą. Mijałem ten grób i myślałem sobie, że kiedy któregoś dnia na tej pustej płycie będzie musiało pojawić się imię Wojciecha Kilara, Katowice przeżyją coś, czego tu nie było od czasu, gdy pod kołami pociągu zginął Zbigniew Cybulski. A daję słowo, że to było coś niebywałego. Ja do dziś, mimo że wówczas byłem zaledwie małym dzieckiem, pamiętam tamten dzień. Pogrzeb Kilara nie może się okazać niczym ani o milimetr mniej ważnym, niż tamto wydarzenie.
No i dziś dowiadujemy się, że ów moment niefortunnie nadszedł, a portal TVN24 umieszcza tę wiadomość na 12 miejscu. W ostatnim, już niemal desperackim, odruchu poszukiwania jakiegoś podstawowego porządku, mówię mojej żonie, że na cmentarzu na Sienkiewicza będzie poważna impreza, że zapewne przyjedzie i Tusk i Komorowski, na co ona, jak to ona, odpowiada mi, że „gówno tam przyjadą”. Będzie tylko ten, jak się nazywa teraz minister kultury? Zdrojewski? To wciąż on? Okay. Będzie Zdrojewski, albo i nawet nie to. Może reżim wyśle Kutza, który powie, że Kilar był Ślązakiem z wyboru, i tyle.
Parę razy ostatnio użyłem tego starego już bardzo bon motu: „Tak się to robi w Chicago”. A więc to prawda. W Chicago robi się to właśnie tak. A jeśli się pomyliłem, to bardzo przepraszam Chicago i proszę Boga, niech ich piekło pochłonie. Nawet jeśli ono jest, jak to znów zapowiedział któryś z hierarchów, puste, niech dla nich akurat znajdzie się tam miejsce.

Wprawdzie ostatnio jakaś awaria w blogspocie ukryła część informacji wyświetlanej na tym blogu, w tym numer konta, mam nadzieję, że ci, którzy będą chcieli to pisanie wesprzeć, jakoś sobie poradzą. Bardzo dziękuję.

niedziela, 29 grudnia 2013

Przychodzi Sowiniec do Pasikowskiego i wyciąga flaszkę

Kiedy od mojego kumpla Lemminga otrzymałem link do wypowiedzi reżysera Pasikowskiego dla tygodnika „Polityka” na temat tego, co należy zrobić z nami Polakami i naszym polskim chamstwem, zdziczeniem i całą tą przenikającą nas postsowiecką skazą, nie czułem ani zdziwienia, ani tym bardziej jakiegoś szczególnego oburzenia. Dla mnie, owa myśl Pasikowskiego była tak bardzo utrzymana w tym, co sobie na temat Pasikowskiego i jemu podobnych wyobrażałem, że wywołała ona u mnie zaledwie wzruszenie ramion.
To, co mnie natomiast, owszem, zainteresowało bardzo, to fakt, że jak najbardziej tygodnik postkomunistycznej opinii, jakim niewątpliwie jest „Polityka” wypuściła Pasikowskiego na tego rodzaju zwierzenia w związku z tym, że już za moment na ekrany polskich kin wchodzi jego film o pułkowniku Kuklińskim, jak się nagle okazuje, bohaterze naszej historii. I że to właśnie Pasikowski będzie emisariuszem tej dobrej nowiny.
Swój tekst napisałem więc nie po to, by jakoś szczególnie dokuczać Pasikowskiemu, ale żeby wyrazić obawę, że czas, w którym Pasikowski dołączy to grona tak zwanych „naszych” jest bardzo bliski. Napisałem swój tekst, by podzielić się refleksją na temat tego, co z nami, ludźmi autentycznie i szczerze zatroskanymi i powodzenie naszej Ojczyzny, potrafi robić System, ile razy mu przyjdzie do głowy, by się nami trochę pobawić. Napisałem wreszcie ten tekst, by zaryzykować prognozę, że dla nas uznanie autora filmu „Pokłosie”, człowieka, który na temat Polski i Polaków wypowiadać się potrafi wyłącznie z pogardą, za towarzysza walki, już wkrótce nie będzie stanowiło najmniejszego problemu. Wystarczy, że Pasikowski, czy to w tej swojej wypowiedzi dla „Polityki”, czy choćby dopiero w kolejnej, powie parę słów na temat zdradzieckiej komuny, czy co tam akurat powiedzieć trzeba będzie, a my go przyjmiemy z otwartymi ramionami. I to on od tego czasu będzie naszym reprezentantem w walce o lepszą i bardziej sprawiedliwą Polskę.
Nie minął nawet dzień, jak się okazało, że, nawet nie czytając wspomnianego wywiadu w całości, trafiłem w dziesiątkę. Zaglądam dziś do notki wybitnego polskiego patrioty, blogera Sowińca i czytam następujące słowa Pasikowskiego:„Wrogiem Kuklińskiego była tajna sowiecka doktryna wojenna, według której Sowieci, kiedy już zaatakują Zachód, stoczą decydującą bitwę na ziemiach polskich, przyczyniając się do ich całkowitego zniszczenia i eksterminacji narodu polskiego. (…) Zanim wojna wybuchła, a szczęśliwie dla nas nie wybuchła, wiedział kto, gdzie i od czego zginie. W większości mieliśmy to być my, Polacy i mieliśmy polec od amerykańskich bomb atomowych. Pułkownik podjął działania wywiadowcze, aby nas chronić, a nie aby zdradzać ojczyznę. (…) Gdyby któryś z nas zrobił w tajemnicy tyle co pułkownik dla zachowania pokoju w Europie, powinniśmy trafić na ekran. Choćby dlatego, żeby ludzie mogli się dowiedzieć o tym, komu miedzy innymi zawdzięczają fakt, że żyją prawie 70 lat w pokoju”.
A więc, tak to się robi w Chicago.
Czytam wypowiedź Pasikowskiego, a przy okazji tekst Sowińca i widzę, że przynajmniej on, jak sam się przedstawia, „były reprezentant prasowy płk. Kuklińskiego w Kraju” jest z Pasikowskiego bardzo zadowolony. Okazuje się, że przynajmniej dla Sowińca – a ja już wiem, że z cała pewnością nie tylko dla niego – Pasikowski to od dziś „największy w ostatnich latach mistrz kina sensacyjnego w Polsce”, a przy tym człowiek, którego „najnowszy film spowoduje, iż wielu Polaków, zwłaszcza młodych, mających jeszcze do tej pory podsycane przez ludzi o sowieckiej mentalności i broniących własnych życiorysów wątpliwości na temat patriotycznej misji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego uzna, że jest on jednym z największych bohaterów drugiej połowy XX wieku”.
Proszę zwrócić uwagę na fragment o „sowieckiej mentalności”. Uważam, że to jest coś absolutnie porażającego. Pasikowski, wypowiadając się dla „Polityki” powiedział, co następuje: „Zadaniem patriotyzmu na dziś jest wytępić w narodzie tę pieprzoną sowiecką mentalność”. Jeśli ktoś dotychczas sądził, że Sowiniec to coś przegapił, teraz już wątpliwości co do tego mieć nie możemy. On ten fragment znał jak najbardziej, tyle że chcą wystawić Pasikowskiemu odpowiedni dokument wiarygodności, musiał jego słowa odpowiednio zmanipulować. No i zmanipulował, przesuwając adres tej uwagi o „sowieckiej mentalności” z narodu na okupanta. Pasikowski mówił o narodzie, a Sowiniec próbuje sobie i nam wmówić, że chodziło o tych, którzy naród deprawują. I stąd właśnie dla Sowińca Pasikowski jawi się, jako sojusznik.
Czy to mnie może dziwi? Otóż nie. To że Sowiniec od wielu już lat działa na rzecz okupanta, jest dla mnie czymś całkowicie oczywistym. Jeśli coś, jak idzie o tego człowieka, budzi jeszcze zainteresowanie, to fakt, że on tych swoich związków nawet nie próbuje ukrywać, no i że tak wielu z nas one kompletnie nie przeszkadzają. Tu jakiś Jurek, tu z kolei Witek, tam nagle jakiś Janek, no i nagle – w końcu, czemu nie? – mamy Władka. Oni wszyscy, w pełnej komitywie i zgodniej współpracy zrobią wszystko, by z owej „sowieckiej mentalności” nas wypatroszyć choćby i widłami. Tyle że póki co będą udawać, że to wcale nie chodzi o nas, ale o Cześka, Wojtka, Grzesia i Monikę.
Strasznie szybko to poszło. Nawet dzień nie minął, jak oni już zaczęli przegrupowywać szyki. Możemy już zacząć nasłuchiwać pukania do drzwi. A jedyne, co ja mogę dziś powiedzieć, to to, że kto pierwszy otworzy – ten frajer.

Proszę gorąco o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, ten blog by już dawno szczezł. Dziękuję.

sobota, 28 grudnia 2013

Przychodzi Pasikowski do urzędu, czyli nokaut w pierwszej

„Politykę” – mam na myśli tygodnik – biorę do ręki parę razy do roku, mianowicie podczas pobytu w Przemyślu. Z jakiegoś, jedynie bardzo szczątkowo wyjaśnionego, powodu, rodzina mojej żony, którą kocham, jak własną, uważa za konieczne „Politykę”, nawet jeśli nie czytać, to kupować, no i w związku z tym to pismo tam zawsze się plącze. Ponieważ jednak, jak mówię, zdarza mi się „Politykę” przeglądać, wiem, że to jest coś, co obok spółdzielni „Społem”, ogródków działkowych, ronda Gierka w Sosnowcu, i Jaruzelskiego z Kiszczakiem, stanowi ostatni żywy relikt PRL-u, czy, mówiąc bardziej dosadnie, komuny.
Wystarczy wziąć do ręki dowolny numer „Polityki”, by nagle zrozumieć, że, przynajmniej jak idzie o to towarzystwo, nic się nie zmieniło. Oczywiście, mamy lisowy „Newsweek”, mamy to „Wprost” prowadzone przez człowieka, za którym wciąż ciągnie się cień pewnego szczególnego wydarzenia sprzed lat, mamy całą tę menażerię grupującą ludzi tak różnych, że jedyne, co można zrobić, kiedy się nagle ich wszystkich ujrzy, to zacytować ostanie zdania z orwellowskiego „Jarmarku”, jak jednak chodzi o „Politykę”, tam mamy PRL zakonserwowany w stanie niemal nienaruszonym. „Polityka” to jest takie pismo, którego sukces, moim zdaniem, ma identyczne źródło, jak sukces ostatnio coraz bardziej popularnych wędlin, sprzedawanych pod hasłem: „Smakuje jak za Gomułki”. Jeśli ludzie to coś kupują, to wyłącznie dlatego, że, kiedy widzą to, co dostają na codzień, mają ochotę już tylko rzygać.
I oto, wczoraj jeszcze, otrzymałem wiadomość od mojego serdecznego kumpla Lemminga, który zawsze dba o to, bym nie narzekał na brak inspiracji, w której przesłał mi on link do – na szczęście nie całego tekstu, ale zaledwie zapowiedzi – wywiadu, jaki „Polityka” właśnie przeprowadziła z naszym czołowym reżyserem filmowym Władysławem Pasikowskim. Domyślam się, że cała rozmowa jest znacznie dłuższa i na wszelkie możliwe tematy, jednak to, co nam podaje „Polityka” w swojej zapowiedzi, to praktycznie jedna kwestia, ujęta przez Pasikowskiego w następujący sposób:

Zadaniem patriotyzmu na dziś jest wytępić w narodzie tę pieprzoną sowiecką mentalność”.

Ktoś spyta, co Pasikowskiemu nagle do patriotyzmu, a tym bardziej do naszej polsko-sowieckiej mentalności. Cóż takiego się stało, że to on akurat odnalazł w sobie konieczność apelowania do nas Polaków, już nawet nie o to, byśmy się pozbyli „sowieckiej mentalności”, ale w ogóle czegokolwiek? Cóż takiego się stało, że to akurat reżyser Pasikowski został wynajęty przez tę postkomunistyczną hołotę do tego, by nam ot tak sobie podokuczać? Czy naprawdę nie było nikogo bardziej odpowiedniego? Czy zamiast Pasikowskiego nie można było wziąć po prostu Urbana, albo, skoro już padło na filmowców, Wajdę, albo Kutza?
Odpowiedź wydaje się, wbrew pozorom, prosta. Otóż Władysław Pasikowski, znany nam dotychczas niemal wyłącznie z filmu „Psy”, a dokładnie rzecz biorąc z sekwencji „Nie chce mi się z tobą gadać”, i z czegoś, co znane jest powszechnie pod nazwą „Pokłosie”, a co Pasikowskiego wydobyło z twórczego niebytu i uczyniło czołowym reżimowym twórcą, został tym razem przez Partię wysłany – dokładnie tak, jak kiedyś Roman Bratny – na „odcinek patriotyczny” i kręci film o pułkowniku Kuklińskim. W tej sytuacji, wydaje się czymś jak najbardziej oczywistym, że to właśnie głos Pasikowskiego staje się dziś głosem Polski Walczącej.
I nie oszukujmy się. To nie jest tak, że Pasikowski jest osobą na tyle skompromitowaną, by na skuteczność tego manewru mogli liczyć tylko jacyś ubowcy z „Polityki” i okolic. Nic podobnego! Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że – właśnie przez to, że on się za Kuklińskiego w oczywisty sposób wziął nie sam z siebie, ale z ewidentnego polecenia – cele, jakie są tu stawiane, są znacznie bardziej dalekosiężne, niż to, by polscy patrioci dostali coś specjalnego. Jeśli ktoś taki jak Pasikowski zabiera się za kręcenie filmu o pułkowniku Kuklińskim, a jednocześnie zaczyna coś bredzić na temat „pieprzonej sowieckiej mentalności”, to ja już tylko czekam aż kolejny wywiad przeprowadzą z nim bracia Karnowscy, a on sam wytłumaczy nam bardzo dokładnie, co on tak naprawdę miał na myśli, i kogo, kiedy się tak pieklił.
A co z tym „Pokłosiem”? Bardzo przepraszam, ale tu już problemu nie ma żadnego. Wystarczy, że nam Pasikowski powie na przykład, że on się tego filmu wstydzi, ale musiał go nakręcić, bo inaczej by mu Tusk nie pozwolił zrobić czegoś daleko ważniejszego i potrzebnego, mianowicie opowieści o Pułkowniku. I będzie git.
Rzuciłem okiem na to, co już napisałem, i mam wrażenie – nie pierwszy raz już zresztą – że to co napisałem nijak ma się do nastroju, w jakim się znajduję. A nastrój mój jest prawdziwie ponury. Powiem więc już na koniec coś, co, mam nadzieję, zabrzmi odpowiednio mocno. Otóż jestem głęboko przekonany, że fakt iż Władysław Pasikowski kręci film o pułkowniku Kuklińskim, i że to nie będzie paszkwil, ale jak najbardziej hołd oddany polskiemu bohaterowi, świadczy nie o tym, że naród się budzi, ale mówi nam bardzo wyraźnie, że ci, którzy temu właśnie narodowi zaaplikowali ów straszny środek nasenny, zrobią wszystko, by on nie przestał działać.
Czy jest w tym wszystkim, ktoś spyta, coś pocieszającego? Nie byłbym sobą, gdybym powiedział, że nie. Otóż w tym samym wywiadzie dla „Polityki” Władysław Pasikowski, skarżąc się na sowieckią naturę Polaków, wyznaje, że:„Ile razy byłem w urzędzie, jeszcze nigdy albo prawie nigdy nie spotkałem urzędnika, który próbowałby mi pomóc rozwiązać problem. Oni się tam borykają ze swoim problemem, jak mają wypaść w 'starciu' ze mną”.
Otóż rzecz w tym, że, choć moje kontakty ze wspomnianymi przez Pasikowskiego „urzędnikami” ograniczają się wyłącznie do ZUS-u, Urzędu Skarbowego, Policji i Poczty Polskiej, doświadczenia mam jak najlepsze. Od dobrych wielu lat mniej lub bardziej z własnej woli tam bywam i nigdy – powtarzam, nigdy – nie zdarzyło mi się trafić tam na osobę, która by nie była nie dość że grzeczna i uprzejma, to wręcz przyjacielska. Moje kontakty z urzędniczkami (i urzędnikami) w Urzędzie Skarbowym, ZUS-ie, Poczcie Polskiej i na Policji są czystą przyjemnością, niezależnie już od tego, jak sprawy, które mnie tam sprowadziły, przyjemne nie są. Ktoś powie, że to może przez to, że ja mam coś w sobie takiego, że kiedy mnie ci ludzie widzą, uważają mnie za przyjaciela. Może i tak, ale z pewnością to nie może być wszystko. Jest bowiem tak, że nawet kiedy tam dzwonię, spotykam się z demonstracyjną wręcz uprzejmością i chęcią pomocy. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że sam jestem osobą miłą i nastawiona do świata życzliwie. Tak jak większość ludzi. A ludzie życzliwi i mili na nie życzliwych i niemiłych na ogół nie trafiają.
No i teraz mamy tego Pasikowskiego, który twierdzi, że jego wszyscy, gdziekolwiek się pojawi, traktują po chamsku. I tu mamy dwie możliwości: albo on kłamie jak bura suka, a robi to wyłącznie po to, by wzmocnić tezę, którą ktoś mu napisał na kartce i kazał odczytać, albo on rzeczywiście ma takie doświadczenia. A to by świadczyło o tym, że on, w wymiarze czysto osobistym, musi stanowić jakieś niebywałe kuriozum. Jeśli Pasikowski mówi prawdę, a ja w swej dobroduszności zakładam, że tak jest, jego świadectwo musi stanowić najlepszy dowód na to, że on ma to coś, co nawet anioła jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Przychodzi Pasikowski gdziekolwiek, staje przed kimkolwiek i, zanim się odezwie, człowiek już nie myśli o niczym innym, jak mu przypierdolić. I to obojętnie jak – ręką, „z byka”, czy zwyczajnie, przez demonstrację najbardziej ponurej niechęci.
Patrzę na zdjęcie Pasikowskiego ilustrujące wspomniany wywiad i jestem coraz bardziej przekonany, że to jest właśnie to. Ten typ wychodzi z domu, a dobrzy ludzie natychmiast zaciskają pięści i zęby. Skoro zatem tak sprawy się mają, to – i to jest właśnie ów wspomniany wcześniej happy end – nie ma się co martwić. Skoro to jest to, co System ma najlepszego, to możemy się czuć w miarę spokojni. W momencie jak oni otworzą usta, ci z nas, którzy mieliby słuchać, już dawno będą zajęci czymś kompletnie innym. A ich słowa spadną na skałę, z której już nic nigdy nie wyrośnie.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Jeśli natomiast ktoś nie lubi wydawać pieniędzy na rzeczy tak ulotne, jak słowo na ekranie komputera, proponuję którąkolwiek z czterech książek, jakie od nowego roku będą do nabycia na stronie www.coryllus.pl, a które dziś można zamawiać u mnie osobiście. Dziękuję wszystkim.




piątek, 27 grudnia 2013

Premier wynosi śmieci, czyli seksualny wymiar braku zasięgu

W ostatnim filmie – inna sprawa, że kompletnie głupim i niepotrzebnym – mojego ukochanego reżysera M. Night Shayamalana, główny bohater, po wielu naprawdę morderczych trudach, dociera do upragnionego celu, i wtedy okazuje się, że wszystko, czego dokonał, jest jak psu na budę, bo ze względu na znany nam wszystkim świetnie „brak zasięgu”, on nie jest w stanie dokończyć swojej misji. Ktoś powie, że ów „brak zasięgu” to coś tak trywialnego, a przez to nieciekawego, że nie sposób sobie wyobrazić, by ten właśnie element był jedynym, który sprawia, że o filmie Shayamalana warto w ogóle wspominać. Otóż sprawa nie jest wcale taka oczywista. Rzecz w tym, że akcja filmu dzieje się w bardzo odległej przyszłości, kiedy to nowoczesna technika pozwala niemal na wszystko, cały film jest wręcz wypełniony najróżniejszego rodzaju, mniej lub bardziej możliwymi do wyobrażenia, gadżetami, i kiedy nagle widzimy ową informację „no signal”, ironia tej sceny jest wręcz porażająca. A ja nie umiem sobie wyobrazić nikogo poza właśnie Shayamalanem, kto byłby w stanie na ten rodzaj refleksji sobie nagle pozwolić.
Byłem dziś rano z psem na spacerze, a ponieważ, przynajmniej do czasu aż mu zacznę rzucać piłkę, on na mnie na ogół nie zwraca uwagi, zajrzałem do swojej nowej, wypasionej komórki i, z czystym zupełnie sumieniem, zacząłem czytać nową notkę mojego kumpla Coryllusa. Ponieważ jednak od razu w tytule zauważyłem błąd – zamiast „amatorem” Gabriel napisał „armatorem” – pomyślałem, że zadzwonię i powiem mu, żeby to poprawił. No i proszę sobie wyobrazić, że zamiast głosu Gabriela, usłyszałem jakiegoś nieznanego mi Brytyjczyka, który poinformował mnie w języku jak najbardziej adekwatnym, że „System przeżywa pewne trudności” i żebym się z Gabrielem kontaktował później. Dokładnie tak „The System is experiencing certain problems”.
W tym momencie przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że to naprawdę dobra wiadomość. W końcu na to aż System poczuje, że nie jest tak prosto, ja już czekam od lat, i autentycznie nie umiem sobie wyobrazić wiadomości gorszej, niż ta, że na tym poziomie akurat nie dzieje się nic nieoczekiwanego. A tu – proszę! „System przeżywa pewne trudności”. Aż się prosi, by zawołać: Poproszę o kolejny odcinek!
A więc to jest to, co sobie pomyślałem w pierwszej chwili. Druga rzecz natomiast, to ten język. No bo ja akurat, tak się złożyło, język angielski, jak to kiedyś pięknie śpiewał Wojciech Młynarski, „posiadam”, i kiedy wysłuchałem owej informacji, w jednej chwili wiedziałem, o co chodzi. No ale załóżmy, że to nie ja potrzebowałbym się dodzwonić do Gabriela, ale Gabriel do mnie. Co by on, biedaczek, z tego zrozumiał? Tylko pomyślmy. Dzwoni do mnie mój kumpel Gabriel, żeby zapytać, jak tam po Świętach, czy dostałem rozgrzeszenie, czy się nie przeżarłem, czy ość z karpia nie stanęła mi w gardle, czy choinka się nie zapaliła, czy nie pokłóciłem się z panią Toyahową, a tu nagle słyszy, jak ktoś coś do niego mówi w obcym języku. Pomyślałem więc o tym Gabrielu, jak dzwoni do mnie i trafia na ten bełkot, i zacząłem się zastanawiać: jak to jest z tymi problemami, jakich doświadcza System? Duże one, czy małe?
A daję słowo, że jest o czym myśleć. Wspomniałem o tym, że mam nową, wypasioną komórkę. Stało się tak, że parę tygodniu temu zadzwoniła do mnie jakaś pani i poinformowała, że ponieważ jestem wieloletnim i bardzo szanowanym klientem firmy Orange, a mój dotychczasowy abonament się już w maju kończy, oni mi, na dotychczasowych zasadach, proponują, za jedną tylko złotówkę, najnowszy model telefonu Sony Xperia, a za drugą tablet. Oprócz tego, ponieważ świat jest pełen niespodzianek i prezentów, dostanę od nich dodatkowo piękny skórzany futerał, w który będę mógł włożyć moją komórkę, żeby się jej broń Boże nie stała żadna krzywda.
Dwa dni później specjalny kurier przyniósł mi sprzęt, i od razu okazało się, że futerał jest za mały, a tablet zepsuty. Zadzwoniłem więc do Orange, żeby się dowiedzieć, jak wygląda z ich punktu widzenia sytuacja, tam mi jednak powiedziano, że mam się zgłosić do „punktu”. Poszedłem więc na 3 maja, a tam z kolei okazało się, że ponieważ to nie oni mi ów tablet i futerał podarowali, tylko inna, zaprzyjaźniona, firma, nie oni są odbiorcami pretensji. I wysłali mnie do Sosnowca, do czegoś, co się nazywa Sine Qua Non.
Pojechałem więc do Sosnowca, i powiem szczerze, że to Sine Qua Non to jest coś, co autentycznie robi wrażenie. Pod wskazanym adresem znajduje się bryła jakiegoś szarego, ledwo trzymającego się w całości popeerelowskiego budynku, do którego dostęp chroniony jest przez częściowo zdemontowane tory kolejowe, krzaki i błoto, a w samym już budynku pierwsze i drugie piętro, to typowe obdrapane ściany, jakieś kraty, za którymi straszą zamknięte na cztery spusty drzwi, no i wreszcie na piętrze trzecim widzimy wymalowane na ścianach piękne pomarańczowe słoneczniki, szyld „Sine Qua Non”, przeszklone drzwi, elegancką recepcjonistkę, a za recepcją ogromną salę, w której kotłuje się jakaś setka dziewcząt ze słuchawkami na uszach, sprzedająca nam produkty Orange.
Atmosferę, jaka tam panuje można opisać przy pomocy tylko dwóch słów: zgiełk i upał. Pierwsze wrażenie jest takie, że tam jest przede wszystkim strasznie gorąco, no i że od tego hałasu można już tylko oszaleć. Drugie, że to co tam się dzieje, musi stanowić najbardziej otępiającą, wyniszczającą formę ludzkiego wysiłku. Siedzą te dziewczyny w tym ulu i sprzedają, sprzedają, sprzedają. "Witam, panie Wojtku”, „Witam, pani Jolanto”, „Witam, panie Krzysztofie”, i tak od rana do wieczora. Za ile? Diabli wiedzą. Pięć za godzinę? Sześć?
No i znów wraca to pytanie: działa ten System, czy nie? A skoro działa, czy problemy, jakich doświadcza są duże, czy małe? I czy ich okazjonalne pojawianie się ma dla nas jakieś znaczenie, czy nie? Czy mamy się cieszyć, czy może już dawno powinniśmy byli na to wszystko machnąć ręką. Bez odpowiedzi.
Wśród politycznych wiadomości, jakie zakłóciły nam mijający właśnie okres Świąt Bożego Narodzenia, na pierwszy plan, moim zdaniem, wysuwa się wizyta Agaty Młynarskiej w Sopocie u państwa Tusków, a tu już tylko informacja, jaką przekazała nam pani Małgosia, że u nich w domu to Donald wynosi śmieci, co z punktu widzenia pani Małgosi, „po 35 latach małżeństwa jest gestem naprawdę romantycznym”. Osobiście, rozmowy z drugą parą III RP nie oglądałem, akurat nie wiem, czy Donald te śmieci wynosi zawsze, czy tylko czasami, zwykle zrzucając ten obowiązek na Małgosię. Nie wiem więc też, czy Małgosia ów romantyzm odczuwa, jako święto, czy nim żyje na co dzień. Czy to jest tak, że od 35 lat Donald Tusk wynosi śmieci i w ten sposób swoją żonę, Małgosię, utrzymuje w stanie nieustannego wzruszenia, czy może on tylko od święta, nagle weźmie w swoje spracowane dłonie ten kibel i powie: „To ja może dziś wyniosę”, i ona zaczyna płakać.
Ktoś powie, że ja się zajmuję jakimiś głupstwami. Otóż nic z tego. Śmieci to sprawa jak najbardziej pierwszorzędna. Jak sięgnę pamięcią, w moim domu problem wynoszenia śmieci, i wybór osoby za nie odpowiedzialnej, stał zawsze na jednym z pierwszych miejsc. Najpierw śmieci wynosił mój tato, potem mój brat, potem ja, ostatnio albo ja, albo nasze dzieci, natomiast nie potrafię sobie przypomnieć, by ta akurat część gospodarzenia była w rękach mojej mamy, czy dziś mojej żony. Ale jest jeszcze coś. Nie wyobrażam sobie, by, czy to moja mama, czy pani Toyahowa, choćby przez ułamek chwili fakt, że śmieci wynosi ktokolwiek poza nią, traktowała, jako jakieś wydarzenie, by nie powiedzieć – eksplozję romantyzmu.
Tymczasem Donald Tusk wynosi śmieci, a jego żona, nie dość, że zaczyna drżeć z podniecenia, to jeszcze uznaje za stosowne poinformować o tym wydarzeniu świat cały. Mało tego. Ona opowiada o tych śmieciach, świadkiem tego obłąkania jest dziennikarka TVP i nawet jej powieka nie drgnie, nawet brew się nie uniesie. A to przecież wciąż nie wszystko. Ona kieruje ów materiał do emisji, i nie znajdzie się tam choćby jedna osoba, która by powiedziała, że słuchajcie, coś trzeba zrobić z tymi śmieciami, bo tego przecież tak zostawić nie można. Co tu się, do ciężkiej cholery, dzieje?
Otóż, moim zdaniem, to, że w tych naprawdę niełatwych czasach, numer ze śmieciami przeszedł od początku do samego końca tak gładko, może świadczyć o dwóch rzeczach – jedna z nich jest dość ponura, a druga wręcz przeciwnie, całkiem radosna. Rzecz bowiem w tym, że to może stanowić dowód na to, że System, mimo różnego rodzaju kłopotów, radzi sobie całkiem dobrze. Z drugiej jednak strony, może być też tak, że w tym całym syfie, wśród tego – jeśli spojrzymy na sprawę, jako zaledwie pewien symbol – wciąż powracającego braku zasięgu, sytuacja, gdzie coś tak prostego, jak wynoszenie śmieci, może stanowić dla niektórych z nas pretekst do wzruszeń, robi pewne bardzo pozytywne wrażenie. Nawet jeśli to są wzruszenia bandy idiotów. W końcu od czegoś trzeba zacząć.

Wszystkim, którzy wsparli nas przed Świętami, czy to kupując książki, czy dzieląc się z tym, co mają - serdecznie dziękujemy. Proszę o nas nie zapominać, i w miarę możliwości wspierać ten blog w kazdy możliwy sposób. Bez Waszej pomocy, nie pociągniiemy choćby i kolejnego dnia.



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Jak się modlić, gdy czasu tak mało?

Parę tygodni już temu dość duże poruszenie w Sieci wywołała informacja, wzmocniona jak najbardziej odpowiednią migawką filmową, że gdzieś w Argentynie tłum bardzo agresywnych lesbijek zorganizował kolejną demonstrację, i w trakcie owej demonstracji tak się podniecił, że w którymś momencie postanowił wkroczyć do pobliskiej katedry i dalej realizować się już tam. Ponieważ Argentyna to wciąż kraj w dużej mierze katolicki, a ludzie tam mieszkający, często bardzo pobożni, grupa miejscowych wiernych otoczyła katedrę zwartym kordonem i lesbijek nie przepuściła.
Jeśli idzie o mnie, mam wrażenie, że, wraz z upływającym czasem, i coraz bardziej zaawansowanym wiekiem, staję się coraz bardziej odporny na wszelkiego rodzaju ekscesy, a to w tym sensie, że i sam nie widzę sensu, by w nich uczestniczyć, ale też nie umiem się angażować emocjonalnie w ekscesy innych. Tu jednak, muszę przyznać, uległem. I wcale nie mam na myśli tego pogrążonego w swoim obłędzie tłumu półnagich kobiet, ale owych ludzi budujących ów pierścień wokół katedry i modlących się w swoim, kompletnie dla mnie niezrozumiałym, języku.
I już tylko się zastanawiam, co to była za modlitwa, która tym ludziom pomogła obronić swoją katedrę przed atakiem tego zła? O co oni się modlili? Za kogo? W jakiej intencji? Czy może oni modlili się za nawrócenie tych dziewcząt? Może ta modlitwa była o to, by Dobry Bóg wybaczył im ich grzechy? Może. Jednak nie sądzę. Kiedy patrzę na twarze tych ludzi, jestem niemal pewien, że oni kierują swoją pobożność wszędzie, tylko nie w stronę tej bezbożnej tłuszczy. Ja sobie nie potrafię wyobrazić, by któremukolwiek z nich, w tym akurat momencie, choćby przez myśl przeszło modlić się za te czarne dusze. Może później. Może, gdy to wszystko się już uspokoiło i nadszedł nowy dzień. Ale nie wtedy. Wtedy żaden z nich w głowie miał wszystko, tylko nie te wściekłe serca.
Nie wiem więc, co to było. Możliwe że po prostu zwykły Różaniec. A może jeszcze bardziej zwykłe Ojcze Nasz. A może jeszcze jakąś inną prostą modlitwę. A może słowa któregoś z tych bardziej dramatycznie brzmiących Psalmów? Kto wie, co ci cudowni Argentyńczycy lubią odmawiać na wypadek ataku sił ciemności. Nie sądze jednak, by to były modlitwy o nawrócenie Szatana. Ja to wszystko widziałem w tych twarzach i w tych oczach. Tak jak wszystko inne. A tamte twarze i tamte oczy również powiedziały mi wszystko.
Idą Święta. Nie wiem, jak Wy, ale ja planuje je, poza zwyczajowymi intencjami o zdrowie dla siebie i moich bliskich, i zbawienie dla tych z nas, którzy zmarli, poświęcić w tej jednej intencji. I na jej końcu z całą pewnością nie będą stali ci, którzy już dawno sprzedali swoje dusze Diabłu, a ja w swojej skromności nie wierzę, bym osobiście był w stanie ich z tych płomieni wyciągnąć. Jeśli już mam się nimi zajmować, to wolę prosić o to, by wpadli w nie jeszcze głębiej.


Proszę przyjąć ode mnie najlepsze życzenia bożonarodzeniowe, a przy okazji, jak zwykle ostatnio, przypominam, że ponieważ do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta, a u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 22 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze ojca Grzegorza Kramera

Zabierając się za pisanie tekstu o Katarzynie Bratkowskiej, kobiecie, która ogłosiła, że zamorduje swoje dziecko, że, aby było zabawniej, zrobi to w Wigilię Bożego Narodzenia, no i że zrobi to tak, by nikt jej nie był w stanie niczego udowodnić, miałem prawdziwy dylemat. Z jednej strony, wiedziałem, że muszę zwrócić uwagę na fakt, że wystąpienie Bratkowskiej to nędzna prowokacja, która właściwie nie warta jest choćby splunięcia, a z drugiej, bałem się, że poza mną i może paroma szczególnie zaczadzonymi tak zwanymi „obrońcami życia poczętego”, na ten występ nikt nie zwrócił uwagi, a ja tylko się niepotrzebnie wychylę.
Tymczasem wystarczy choćby rzucić okiem na Salon24, by wiedzieć, że w tym świętym okresie nie ma praktycznie tematu, który byłby w stanie konkurować z Bratkowską. Nawet Coryllus, człowiek, który wręcz demonstracyjnie unika angażowania się w problemy pozorne, napisał tekst o Bratkowskiej, i nawet to, że on, jako nieomal jedyny z komentujących, zwrócił uwagę na fakt, że ta wigilijna aborcja, to jedynie bezczelna wrzutka Systemu, w dodatku wrzutka z jakąś biedną narkomanką w roli głównej, nie zmienia faktu, że Bratkowska zdecydowanie wygrywa.
Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby większość komentarzy oscylowała wokół przedstawionej na moim, czy Coryllusa blogu, diagnozy, niestety, z tego, co się zdążyłem zorientować, ogromna ich większość ogranicza się albo do potępiania Bratkowskiej, jako przedstawicielki najdzikszego genderyzmu, albo do wznoszenia modlitw za życie tego dziecka, a jej nawrócenie.
I to uważam za prawdziwe nieszczęście. Zbliża się Święto Niepodległości, „Gazeta Wyborcza” ogłasza, że dla Polski zabory okazały się cywilizacyjnym zbawieniem; dobrzy ludzie przygotowują się do tego, by wspominać masakrę w Kopalni Wujek, ta sama „Wyborcza” przeprowadza wywiad z jakimś komunistycznym generałem; przed nami rocznica sowieckiej agresji na Polskę – możemy być pewni, że oni zrobią wszystko, żeby zająć naszą uwagę jakimś skandalem. A teraz ta Bratkowska, jako niezapowiedziany gość przy wigilijnym stole. Co za rozpacz!
Dziś mój kolega Lemming przysłał mi link do bloga nieznanego mi krakowskiego jezuity, nazwiskiem Grzegorz Kramer, na którym uznał on za stosowne zamieścić swój list do Bratkowskiej, skromnie zatytułowany „Do Pani Katarzyny Bratkowskiej”, zaczynający się od słów „Pani Katarzyno! Proszę Panią, jako mężczyzna – niech Pani nie zabija swojego Dziecka”, a kończący się deklaracją, że jeśli ona zechce jednak urodzić to dziecko, on zrzuci habit i je adoptuje.
Otóż ja już pomijam kuriozalność tej oferty. W końcu, jak on sobie dalszy rozwój wypadków wyobraża? Bratkowska, korzystając z krótkiej chwili przytomności, przyjmuje deklarację ojca Kramera, donosi swoją ciążę do przepisowego końca, następnie zostawia to dziecko w szpitalu z przyczepioną do nóżki karteczką „Dla Grzegorza Kramera” i podanym przez niego na blogu numerem telefonu, szpital dzwoni do Kramera, zawiadamia go, że czeka na niego przesyłka, a on wsiada w samochód i odbiera małego Kramera? Przepraszam za ten złośliwie-ironiczny ton, ale mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, że ojciec Kramer nie dał mi zbyt dużego pola manewru.
Jednak nie oto chodzi. Prawdziwy problem nie jest ani w tym, że ów świątobliwy mąż najzwyczajniej w świecie bredzi, ani też w tym, że on bredzi, bo chciał się najnormalniej w świecie podlansować, tyle że mu nie wyszło, ale w tym, że on najwyraźniej jest głęboko przekonany, że ta Bratkowska jest bytem całkowicie autonomicznym i że to, co ona będzie jeszcze prawdopodobnie przez dwa dni powtarzała, to coś, na co ona ma choćby podstawowy wpływ. Mogę się mylić, ale, kiedy czytam list ojca Kramera do Bratkowskiej, nie mogę przestać myśleć, że – choć oczywiście, jak już wspomniałem, wykorzystuje całe zdarzenie wyłącznie do tego, by się nieco podlansować – on wierzy, że Bratkowska jest faktycznie w ciąży i chce dokonać aborcji. A to już jest zmartwienie bardzo poważne.
Ojciec Kramer w pewnym momencie swojego listu pisze „jestem księdzem, od przeszło pięciu lat mam to szczęście ‘słuchać spowiedzi’, to znaczy, że przez cały ten czas mam okazję być świadkiem Bożej Miłości i Miłosierdzia”. I, powiem szczerze, że to oświadczenie robi na mnie wrażenie z jednego względu. Otóż ja jestem głęboko przekonany, że księża – i to księża wszyscy, niezależnie od osobistych niedostatków – właśnie przez to, że spowiadają, i w ten sposób właśnie, jak nikt inny, są nie tylko wiarygodnymi świadkami Bożej Miłości i Miłosierdzia, są też pierwszymi świadkami ludzkiego upadku i zawsze go wyprzedzającego kłamstwa. I oto nagle przed jednym z nich pojawia się jakaś półprzytomna oszustka, w sposób ewidentny nasłana przez ludzi od niej nieskończenie ważniejszych i cwanych, a on ją gotów jest utulić do swojego ojcowskiego serca. Ja rozumiem, że z konfesjonału nie widać za bardzo twarzy, więc ten element mógł ojcu Kramerowi umknąć, no ale przecież on widział zdjęcie Bratkowskiej, widział jej oczy, zamieścił je nawet na swoim blogu. I co? To wciąż za mało? Gdybym był bardziej cyniczny, to bym się pewnie zastanowił, czy ten Kramer to też nie jest jakaś prowokacja.
Pora kończyć. Powiem więc już tylko na koniec, że, bez względu na to, co zrobimy i co powiemy, tegoroczne Święta już i tak mamy z głowy. Oni już je nam zorganizowali, a my nie mamy już żadnego ruchu. List ojca Grzegorza Kramera to sprawa, o ile się nie mylę bardzo świeża, więc jest bardzo możliwe, że do naszego wigilijnego stołu będzie trzeba dostawić dwa, a nie jeden talerz. Dla niej, ale też i dla niego. Ewentualnie możemy faktycznie jeszcze spróbować się pomodlić. Tylko, broń Boże, za nią. Za nas. Już tylko za nas.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 21 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze Katarzyny Bratkowskiej

Jak się dowiadujemy, w tych oto dniach telewizja Polsat zaprosiła do siebie gowinowskiego posła Żalka, któremu do towarzystwa dodano córkę Stefana Bratkowskiego, Katarzynę, i poproszono ich, żeby się trochę poawanturowali w sprawie aborcji. Bratkowska nie kazała nikomu długo czekać, wystrzeliła z najcięższego działa i ogłosiła, że ona podczas najbliższej Wigilii zamorduje swoje poczęte dziecko, a gdyby ktoś pytał, dlaczego akurat wtedy, odpowiedziała, że jej zdaniem tak właśnie będzie weselej.
Ponieważ Polsatu nie oglądam, na portal Frondy nie wchodzę, a kiedy widzę nazwisko Terlikowski, skromnie odwracam wzrok, nie wiem, czy sprawa spotkała się z – jak się domyślam – starannie zamierzonym odzewem, jednego natomiast jestem pewien: jeśli on nastąpił, był dokładnie taki, jaki być miał. W końcu, nie po to się wyciąga jakąś Bratkowską, i każe się jej wygłaszać takie teksty, jak wyżej, żeby z tego nie powstało jakieś poważniejsze zło.
W czym rzecz? Pisałem o tym już wiele miesięcy temu, a dziś myślę, że nie zaszkodzi ów tekst przypomnieć. Otóż problem aborcji już praktycznie nie istnieje. I to nie istnieje wcale nie dlatego, że świat uznał życie poczęte za wartość, a ludzie się opamiętali i postanowili to życie konsekwentnie chronić, ale dlatego, że aborcja stała się sprawą niemal całkowicie prywatną. Oczywiście, wciąż ginekolodzy na całym świecie – jak choćby w Wielkiej Brytanii, Chinach, czy Rosji – bardzo chętnie świadczący swoje usługi kobietom, które albo się w odpowiednim momencie zagapiły, albo zbyt późno nabrały przekonania, że jednak dziecko im nie jest do niczego potrzebne, i zabijają dzieci na tyle już duże, że do wczesnego poronienia się zwyczajnie nie nadają, jednak zdecydowana większość tych zabójstw odbywa się, jak mówię, w domu, dyskretnie, bez niepotrzebnego zamieszania.
Mam kuzyna, który jest bardzo doświadczonym lekarzem-ginekologiem, jak również znanym obrońcą życia poczętego. I to on mnie jeszcze w zeszłym roku poinformował, że walka o prawny zakaz aborcji pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu, ponieważ aborcja jako taka, w formie najbardziej rozpowszechnionej, a więc we wczesnej fazie, praktycznie nie jest już więcej stosowana. Jak się okazuje, dziś kobietom, które nie życzą sobie donosić ciąży, ginekolodzy, ale też zwykli interniści, powszechnie przepisują tabletki zwykle stosowane w chorobie wrzodowej. Metoda ta nie wiąże się z jakimkolwiek specjalnym wysiłkiem, koszt jej jest minimalny, a skuteczność niemal stuprocentowa – jeśli dwie tabletki nie wystarczą, należy tylko zażyć kolejne dwie – lekarze i pacjentki bardzo chętnie z niej korzystają. I to właśnie od mojego kuzyna uzyskałem tę informację, że przy stosowaniu tej metody, wywołanie sztucznego poronienia w okresie do trzeciego miesiąca ciąży nie sprawia jakichkolwiek kłopotów, a ponieważ zabiegi po tym terminie należą do rzadkości, aborcja w klasycznym sensie już się nie zdarza. A więc, nie ma o czym gadać.
Jak mówię, pisałem o tym już przed rokiem, a dziś tylko powtórzę coś, co uważam za kwestię tu kluczową:
Problem aborcji umarł śmiercią naturalną, w tym sensie, że świat zwyczajnie go przegonił. Przemysł farmaceutyczny okazał się bardziej sprawny niż cały ów przeklęty System”.
A zatem, jeśli dziś telewizja Polsat sadza naprzeciwko siebie posła Żelka i tę Bratkowską, zachęca ich, żeby dyskutowali na temat legalizacji – czy delegalizacji – aborcji, a Bratkowska zaczyna coś opowiadać o tym, że w Wigilię zażyje tabletkę przeciwko chorobie wrzodowej i w ten sposób zabije swoje dziecko, ta wiadomość jest równie interesująca, jak, dajmy na to, wydanie przez nią oświadczenia, że w Wigilię pójdzie do McDonalda, zeżre hamburgera, a następnie uda się za darmo do toalety i tam zrobi kupę. A to, że ona może publicznie takie rzeczy opowiadać, świadczy tyle o niej, co o telewizji Polsat, czy o samym Żalku, który zgadza się brać w tym udział.
Jak się dowiaduję, Żalek, wysłuchawszy deklaracji Bratkowskiej, zaapelował do niej, by ona jednak odkryła w sobie macierzyński instynkt i oszczędziła to dziecko. Kiedy to słyszę, żałuję, że ci nasi posłowie nie są ludźmi na tyle wybitnymi, by potrafić robić jakieś ekstra sztuczki poza robieniem min i udawaniem głosów. Na przykład rzygać na zawołanie. Weźmy tego Żalka i Bratkowską. Ona opowiada o tej swojej Wigilli, a on – hop! – i rzyga jej prosto na przedświąteczną fryzurkę. To by dopiero był pokaz siły i determinacji. Tymczasem on poszedł się modlić. Obawiam się, że jeszcze chwila, a Dobry Bóg się nami autentycznie zniecierpliwi.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 20 grudnia 2013

gazeta.pl vs. wpolityce.pl - walkower 0:3

Spotkanie z czytelnikami w Panewnikach tydzień temu w pewnym momencie skręciło w taki sposób, że właściwie już tylko rozmawialiśmy o mediach. No i, oczywiście, ponieważ ani ja ani tym bardziej Gabriel, nie widzimy najmniejszego sensu, by zajmować się upadkiem takich ludzi, jak Tomasz Lis, Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Jarosław Kuźniar, skupiliśmy się na „naszych”. Swoją drogą, ja jestem wręcz pewien, że przyjdzie taki czas, że również owych „naszych” zaczniemy powszechnie traktować, jako temat do tego stopnia oklepany, że żaden szanujący się komentator nie będzie się zniżał do tego, by dorzucać tu swoje trzy grosze, póki co jednak wydaje się, że parę rzeczy powiedzieć należy.
Rozmawialiśmy więc o Ziemkiewiczu, Wildsteinie, Karnowskich, czy Warzesze, i powiem szczerze, że wśród zebranych zapanowała do tego stopnia atmosfera zrozumienia, że w pewnym momencie pomyślałem sobie, że może faktycznie nadchodzi już ów czas, kiedy to na dźwięk któregoś z tych nazwisk ludzie będą zwyczajnie rzygać.
No ale to są Panewniki i Śląsk, a więc też i ludzie, którzy, przynajmniej w pewnej swojej części – zdając sobie świetnie sprawę z tego, jak łatwo jest wygrywać różne ciemne interesy na budzeniu emocji – są na wszelkiego rodzaju bezczelności mocno wyczuleni, należy brać pod uwagę, że nieco już bardziej na wschód, zachód, czy północ, wciąż należy to zło, jak dziecku, pokazywać palcem. Przecież ledwo tydzień wcześniej w Częstochowie, co najmniej dwie osoby nie pozwoliły mi powiedzieć marnego słowa na Bronisława Wildsteina, tego samego Wildsteina, który jakiś czas temu dał się sfotografować, jak serdecznie pląsa z Moniką Olejnik na którymś z tych ich balów. Dlaczego? Bo przecież wszyscy wiemy, że Wildstein to bohater i człowiek nieugięty. Jeszcze od czasów naprawdę ciężkiego PRL-u.
Przyznam szczerze, że choć ta naiwność mnie poraża, sam niekiedy przyłapuję się na tym, że się dziwię. No bo to, że po tamtej stronie, gdzie już od dawna nikt w nic nie wierzy, żadne zasady nie obowiązują, rozumiem. Niedawno, na przykład, gdzieś przeczytałem, że Wojciech Maziarski wznowił swoją książkę o alkoholizmie i oświadczył, że dopiero teraz, pierwszy raz od lat, poczuł satysfakcję, że oto pojawił się ciekawy temat. Jasna sprawa. Ja sam, choć do Maziarskiego wciąż mi bardzo daleko, kiedy mnie spytano, co chcę pod choinkę, bez chwili zastanowienia odpowiedziałem, że flaszkę. Kiedy jednak czytam, słucham, czy choćby patrzę na takiego Krzysztofa Feusette, czy Roberta Mazurka, naprawdę trudno mi uwierzyć, że on też nas, swoich czytelników, postrzega jako wyłącznie tych, którzy mu albo postawią setkę w barze, albo nie.
Na spotkaniu w Panewnikach Gabriel powiedział jednak to bardzo wyraźnie, a potem parę razy mocno powtórzył: Oni wszyscy swoim czytelnikiem gardzą. Oni są najgłębiej przekonani, że ci, którzy kupują te tygodniki, a potem siedzą przy kuchennym stole i z wypiekami na twarzach chłoną opowieści o tym, jak to Tusk zamordował prezydenta Kaczyńskiego, to banda idiotów, którzy nie zasługują na nic lepszego. Oni w rzeczy samej szczerze wiedzą, że ani nie muszą się szczególnie starać, ani dbać o poziom, ani nawet zastanawiać, czy to co robią jest dobre, bo ich podstawowym założeniem jest to, że na przeciwko siebie mają jakąś ciemną masę, która kupi wszystko.
Wczoraj na tym blogu opisałem przypadek Agnieszki Romaszewskiej i jej kumpli z portalu wpolityce.pl właśnie w opisywanym wyżej wymiarze. Sama Romaszewska najwidoczniej prowadzi towarzyskie i intelektualne życie, w najmniejszym stopniu nie różniące się od życia prowadzonego przez jakiegoś Jacka Pałasińskiego, czy tę lalunię z Polsatu, natomiast jej koledzy dziennikarze uważają, że nawet jeśli się okaże, że ona od tamtych jest jeszcze gorsza, to nic nie szkodzi, bo „naszej” publiczności akurat można wszystko wmówić w jednej chwili. I to jest właśnie obraz tego środowiska. I tu już więcej dodawać nie trzeba. Stało się jednak tak, że kiedy przygotowywałem się do pisania tego tekstu, rzuciłem okiem na notatki, które regularnie sobie robię do ewentualnego wykorzystania w przyszłości i znalazłem coś, o czym kiedyś jakimś cudem zapomniałem, a co jest, moim zdaniem, naprawdę warte pokazania.
Proszę sobie wyobrazić, że wspomniany już tutaj portal Karnowskich wpolityce.pl opublikował ankietę – typową ankietę przeznaczoną dla lubiących się pobawić internautów – z bardzo podstawowym pytaniem: „Czy wstydzisz się za radnych Platformy z Bydgoszczy, którzy cofnęli swoją decyzję sprzed 43 miesięcy, i zmienili nazwę mostu im Śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - na Most Uniwersytecki?”.
I oto – wiem, że w to trudno uwierzyć, ale tym razem żartów nie ma – redakcja portalu swoim czytelnikom zaoferowała następujące opcje:

1. TAK, wstydzę się, zachowali się haniebnie
2. NIE, raczej mi ich żal; upadli tak nisko, że za jakiś czas nie będą mogli spojrzeć w lustro
3. MAM mieszane uczucia – wstydzę się za nich, a jednocześnie smuci mnie ich upadek


Mam nadzieję, że wszystko jest jasne i że nikt z nas, na przykład, nie przyjdzie tu, żeby mi wyjaśniać, że to przecież naprawdę tylko – no wręcz kabaret. Bo przecież nikt chyba nie sądzi, że za tym stać może jakakolwiek pogarda dla człowieka. Przecież nie z tej strony. Nie z tej.
No ale, ponieważ wiem, że ludzka naiwność nie zna granic, a już zwłaszcza wśród ludzi takich jak my, a więc myślących sercem i wypełnionych czystą, dziecięcą ufnością w to, że człowiek, jako stworzenie boże, jest w gruncie rzeczy dobry, proponuję pewien eksperyment. Zastanówmy się mianowicie, co byśmy powiedzieli, gdyby to na stronie internetowej „Gazety Wyborczej” ukazał się tego typu żart:

Czy jesteś dumny z radnych Platformy z Bydgoszczy, którzy cofnęli swoją decyzję sprzed 43 miesięcy, i zmienili nazwę mostu im. Lecha Kaczyńskiego - na Most Uniwersytecki?.
1. TAK, jestem dumny, zachowali się godnie
2. NIE, raczej mi ich żal; niepotrzebnie narazili swój autorytet na ataki ze strony chorych z nienawiści wyznawców smoleńskiej sekty
3. MAM mieszane uczucia – jestem z nich dumny, a jednocześnie smuci mnie trudna sytuacja, w jakiej się znaleźli służąc Ojczyźnie
”.

Co by na to napisał choćby portal wpolityce.pl? Jak by zareagowali nasi prawicowi redaktorzy, gdyby na portalu gazeta.pl ukazało się coś tak kuriozalnego? Otóż to – „kuriozalnego”. Nie bez przyczyny używam tego określenia. Gdyby bowiem na portalu gazeta.pl ukazała się tego typu ankieta, byłoby to takie kuriozum, że od tego prawdopodobnie cała Polska opinia publiczna zerwałaby się na równe nogi. Bo taki tekst na portalu Agory byłby czymś autentycznie kuriozalnym. Tu nie. Tu u nas nic się nie dzieje. Czemu? Otóż wydaje mi się, że znam odpowiedź. My okupujemy poziom, gdzie i jedni i drudzy uważają, że wolno wszystko. I jeśli ktoś się jeszcze dziwi, to tylko my sami. Jeszcze się trochę dziwimy, ale, jak już wspomniałem wyżej, to już chyba niedługo potrwa.


Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 19 grudnia 2013

Breaking news: Nasi już za progiem!

Kiedy mogłoby się wydawać się, że reżimowe dziennikarstwo nie jest w stanie już nas niczym zaskoczyć, i to zarówno na poziomie systemowym, jak i czysto ludzkim, mam wrażenie, że oto właśnie został tam postawiony kolejny krok. Co gorsza, tu już nie chodzi o problem, jaki mamy z tymi ludźmi w wymiarze wyznaczanym przez samą organizację mediów w Polsce, ale o coś tak zwyczajnie ludzkiego, że włos na głowie się jeży, a po plecach przechodzi autentyczny dreszcz. Wszystko wskazuje na to, że ludzie zatrudnieni w mediach do tego stopnia utożsamili się z Systemem, że jeśli powiemy, że dziś to jest już w istocie jedno, nie mamy powodu, by traktować to, jako retoryczną figurę, ale proste stwierdzenie faktu. Tam już nikt nikomu nie musi ani nic kazać, ani do niczego namawiać, ani napominać – oni działają jak szwajcarski zegarek.
Właśnie niektóre media doniosły, że dziennikarka „Gazety Wyborczej” Agnieszka Kublik siedząc którejś nocy na Twitterze i oddając się coraz bardziej powszechnemu nałogowi paplania, paplania i paplania bez umiaru, w pewnym momencie otrzymała od któregoś ze swoich kolegów – fałszywą, jak najbardziej – wiadomość, że właśnie umarł Jarosław Kaczyński, i nie czekając ani chwili dłużej, podskoczyła z radości i „zaćwierkała”: „Kaczor umarł”.
Po krótkim czasie jednak, kiedy się okazało, że z tą śmiercią, to wcale nie taka pewna rzecz, rzuciła: „Nie, poczekajcie, może mnie ktoś wpuścił”. A po kolejnych paru chwilach: „Sorry, usunęłam info, jeszcze sprawdzam, bo może mnie ktoś specjalnie wpuszcza”.
W tym momencie, jak się możemy domyślać, Kublikowa wpadła w ciężką panikę, i zaczęła autentycznie bełkotać:
No właśnie zbyt to się składa, usunęłam twitta. Dostałam na priva”.
Szybko jednak doprowadziła się do porządku, wygładziła grzywkę, poprawiła makijaż i spróbowała wydostać się z tej kupy, którą zrobiła, przy pomocy lekkiego żartu:
No i jak to się ludzie ożywili w środku nocy. No kolega mnie nabrał nieżle...”.
Wystarczy? Otóż nie. Niestety, to nie wszystko. Gdyby to było wszystko, można by było właściwie uznać, że to, z czym tu mamy do czynienia, to pojedynczy upadek pojedynczego pracownika czarnych mediów. Jednak tak nie jest. W odpowiedzi na to nieszczęście, zareagowali kumple Kublikowej, zebrani na portalu natemat.pl, i ogłosili, że, owszem, ich koleżanka się pomyliła, ale na szczęście przeprosiła za swoją pomyłkę, wiadomość o rzekomej śmierci Jarosława Kaczyńskiego sprostowała, ale, przede wszystkim może, też się całym incydentem „zbytnio nie przejęła”. I dobrze, bo (słuchajmy, słuchajmy): „mamy do czynienia z dziennikarką, która znana jest z troski o wiarygodność mediów, z wyczulenia na łamanie standardów moralnych i dziennikarskich”, a „jej głos, uparcie pilnujący przestrzegania zasad dziennikarskich, jest nam wszystkim bardzo potrzebny”.
A sama Kublik? Co ona na to mówi dziś? Niestety nic takiego, co by nas mogło zaskoczyć. Otóż ona nie widzi problemu. Bo choć bez żadnego sprawdzenia puściła w świat wiadomość, że „Kaczor nie żyje", to „nie ma sprawy, bo to był breaking news”. Właśnie tak: „breaking news”. To wszystko, to był zaledwie i aż „breaking news”. To, kłamstwo, ten żart, te emocje, no i ta radość z powodu czyjejś śmierci – to wszystko przez to ich wyczulenie na coś, co cywilizowane media nazywają wiadomością, która nie może czekać. A więc, właściwie o co pretensje?
Już miałem kończyć ten bardzo smutny tekst, kiedy się okazało, że się pomyliłem. Nie, poczekajcie, wygląda na to, że ktoś mnie wpuścił. Kublikowa jest czysta. To był tekst naszej Agnieszki Romaszewskiej, a jej obronę zamieścił też nasz portal wpolityce.pl. No a przede wszystkim nie chodziło o naszego Pana Prezesa, ale Jaruzela. A to, jak się domyślamy, stawia całe zdarzenie w kompletnie innym świetle.
A co ze mną? Jak to co? Nic. W końcu o co chodzi? Że chciałem podzielić się newsem. W dodatku breaking? To chyba dobrze, nie? Od czegoś tu w końcu jestem.

Idą Święta, a my, jak zwykle, z dnia na dzień i z dnia na dzień i z dnia na dzień. Bardzo proszę o nas pamiętać. Dziękuję.


wtorek, 17 grudnia 2013

Do kogo należy Bazylika w Panewnikach?

Tekst, jaki swego czasu napisałem na blogu przeciwko Ślązakom wywołał wśród niektórych z nich taką złość, że wobec niej to, co przeżyłem kiedyś jeszcze po swoim paszkwilu na Kukiza, czy, jeszcze wcześniej, po tekście na temat Wołynia, wydało mi się nagle letnim wietrzykiem. I pewnie bym się tą reakcją przejął, lub choćby przejął nieco bardziej, gdyby nie fakt, że kilku z moich znajomych Ślązaków, którzy swoją „śląskość” pielęgnują, hołubią i czują z jej powodu dumę, na moje słowa albo wzruszyli ramionami, albo po krótkiej rozmowie uznali sprawę za na tyle nieistotną, że nie wartą kruszenia kopii. Stało się też tak, że otrzymałem długi mail od czytelnika z Bytomia, Ślązaka, jak najbardziej, który był za ten mój tekst tak rozżalony, że wręcz żądał, żebym go najpierw przeprosił, a potem się zamknął. Po krótkiej wymianie jednak, pogodziliśmy się, pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego, a dziś wciąż sobie przesyłamy miłe życzenia z okazji, czy to jednych, czy drugich, świąt.
To są jednak, przyznaję chętnie bardzo, wyjątki. Dla mnie szalenie ważne, ale jednak wyjątki, potwierdzające tylko, moim zdaniem, regułę, co do prawdziwości której jestem szczerze przekonany, a którą mogę przedstawić w taki oto sposób: otóż znaczna część Ślązaków jest tak głęboko przekonana o swojej kulturowej i cywilizacyjnej dominacji nad nie-Ślązakami – a więc w naszym wypadku, resztą Polski – że kiedy im się zwróci uwagę na to, że wspomniane relacje mogą się układać wręcz odwrotnie, dostają gwałtownej i ciężkiej cholery. A to już jest coś, co naprawdę potrafi irytować.
Ci właśnie Ślązacy odezwali się ostatnio, po tym, jak zapowiedzieliśmy z Gabrielem, że będziemy mieli spotkanie w katowickich Panewnikach u Franciszkanów, a idealnym wyrazicielem ich emocji niech będzie bloger Lexblue. To on chyba jako pierwszy napisał – jakież to typowe! – że Panewniki to historycznie śląska dzielnica, zamieszkała w większości przez czystych etnicznie Ślązaków, a zatem wrogom śląskości wara od Bazyliki. Jak mogłem się już po chwili dowiedzieć, Lexblue, wraz z paroma swoimi śląskimi znajomymi sprokurował donos na mnie do proboszcza Bazyliki, zachęcając go, by nas, wrogów śląskości, nie wpuścił za próg. Osobny adres skierowali ci dziwni państwo do bezpośredniego organizatora spotkania, pana Cioka z Kongresu Nowej Prawicy. Jak wiemy, jedno i drugie, nieskutecznie, co też akurat może świadczyć tylko o tym, że, jeśli oni w końcu doprowadzą do jakichś czystek, to niewykluczone, że zaczną od siebie.
Spotkanie, jak już miałem okazję napisać, przebiegło w bardzo miłej atmosferze, nie doszło ani do rękoczynów, ani nawet do choćby drobnych awantur, a jeśli na sali były osoby zachowujące śląską świadomość, dyskretnie się nie ujawniły. Napisałem „jeśli” trochę nieszczerze, bo, jak się okazuje, był tam przynajmniej jeden Ślązak z krwi i kości, a nie dość, że przyszedł, to jeszcze kupił cała kupę naszych książek. Skąd to wiem? Otóż właśnie otrzymałem od niego mail, w którym on wyraża rozczarowanie moim stosunkiem do Śląska, Ślązaków i śląskości. Wprawdzie mail, który do mnie skierował, jest bardzo grzeczny i naprawdę merytoryczny, niemniej nie ulega wątpliwości, że on – a kto wie, czy też nie jego rodzina – poczuli się dotknięci.
Bardzo bym chciał, żeby on ten tekst przyjął, jako zainspirowany jego listem, a przy okazji, jako uprzejmą odpowiedź na wyrażone przez niego żale. No i oczywiście bardzo liczę na to, że po przeczytaniu całości, zechce on uznać moją dobrą wolę.
Na początek, chciałbym wrócić do swojego oryginalnego testu na temat Ślązaków i od razu przypomnieć, że on w swoim założeniu stanowić miał bezpośrednią odpowiedź na wyjątkowo parszywy wywiad, jakiego “Gazecie Wyborczej” udzielił pisarz Kuczok. Ponieważ ów dziwny człowiek się tam na zmianę przedstawiał, jako szczery Ślązak, a jednocześnie ktoś, kto Polskę i polskość ma w głębokiej pogardzie, pomyślałem sobie, że w tej sytuacji najlepiej będzie napisać paszkwil na tak zwaną “śląskość”. A zatem, jeśli więc postanowiłem w tamtym tekście uderzyć w Ślązaków, to tylko i wyłącznie za to, i tylko tych, którzy uważają, że owa “śląskość” stawia ich na wyższym poziomie cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju, i którzy w ten czy inny sposób czują się reprezentowani przez właśnie kogoś takiego, jak Kuczok. To od tego właśnie czasu, wielu Ślązaków mnie autentycznie nienawidzi i traktuje, jak kogoś, kogo należy wyeliminować z wszelkiej debaty. I nie dajmy sobie wmówić, że te podziały odzwierciedlają podziały polityczne; że agresja skierowana przeciwko mnie pochodzi ze strony tych, którzy mogliby mnie znienawidzić za szereg innych, wcale nie związanych z moim „gorolstwem” rzeczy. To są akcje prowadzone całkowicie ponad podziałami. Tam znajdziemy nie tylko tego nieszczęsnego Lexblue, czy jakiegoś Ślązaka z Katowic, ale prawdziwych polskich patriotów, takich, jak Zebe, czy Eska, i to razem pod rękę z niedoszłym senatorem Polokiem i posłem Plurą na wózku. Bo – zrozummy to wreszcie – problem śląski polega na tym, że kiedy dochodzi do kwestii tak zwanej tożsamości, u nich wszelkie podziały schodzą na bok i każdy z nich aż się rwie, żeby czyścić, czyścić, czyścić.
A teraz pozwolę sobie na kilka uwag ściśle merytorycznych. Otóż ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego wielu Ślązaków jest tak okropnie wrażliwych na punkcie owej "śląskości". Sam pochodzę z wioski Sławatycze nad Bugiem i nie wyobrażam sobie insynuacji ze strony jakiegoś Ślązaka, która mogłaby moją podlaską wrażliwość tak wzburzyć, by mi choćby powieka drgnęła. Nie potrafię sobie wyobrazić tekstu – choćby nie wiadomo jak elokwentnie podanego – sugerującego, że my podlascy wieśniacy jesteśmy z natury głupi, leniwi, zawistni i brudni, i siebie reagującego na te uwagi choćby minimalnym zainteresowaniem. Z wieloma Ślązakami jest inaczej. Z jednej strony – i to jest moje doświadczenie od wielu, wielu lat – oni są szczerze przekonani, że są lepsi od nas Polaków, zarówno jak idzie o pracowitość, odpowiedzialność, uczciwość, pobożność, zaradność, czy wreszcie zwykłą ludzką solidność, a z drugiej dostają cholery, kiedy tylko pojawi się jakiś nie-Ślązak i powie im, że to, co im się wydaje, to nieprawda, bo Ślązacy są tacy albo wyłącznie na pokaz, albo zaledwie w swoich wyobrażeniach. Jeśli ktoś im nagle powie, że oni są uczciwi i solidni wyłącznie wobec "swoich", a swoją czystość najchętniej demonstrują podczas mszy w kościele, kiedy to klękając podkładają sobie pod kolano chusteczkę do nosa, no i cotygodniowej kąpieli w sobotni wieczór, to oni aż się dławią z oburzenia, bo nie są w stanie się zgodzić na odwrócenie tego swojego porządku, gdzie to właśnie nie-Ślązacy są głupi, leniwi i brudni.
I proszę mi nie mówić, że to nieprawda. Ja tu mieszkam od niemal już 60 lat i takie jest właśnie moje doświadczenie. Bardzo wielu tak zwanych „prawdziwych Ślązaków”, nie dość, że histerycznie wręcz pielęgnuje swoją kulturową i cywilizacyjną odrębność, nie dość, że się nią demonstracyjnie i nieustannie wręcz szczyci, to jeszcze wszem i wobec głosi, że ta ich „inność” jest na tyle lepsza, że obkłada Ślązaków specjalnymi prawami, w tym tym podstawowym: że oni są wyjęci spod jakiejkolwiek krytyki. Owa agresywna etniczna świadomość jest niekiedy tak gwałtowna i irytująca, że ja w historii świata potrafię dla niej znaleźć tylko rasizm żydowski. Kiedy staję naprzeciwko śląskiego rasizmu, widzę dokładnie tych Żydów, którzy z jednej strony tak nieprawdopodobnie się wszędzie rozpychają, a z drugiej, gotowi są użyć wszystkich swoich wpływów, żeby zniszczyć każdego, kto ich zaatakuje choćby słowem.
Do niedawna, jedna strona w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” była dzielona między dwóch felietonistów, Kazimierza Kutza i Michała Smolorza. Dziś Smolorz już akurat nie żyje, więc tam szyku zadaje już tylko Kutz. Ja wiem, że wielu tak zwanych „porządnych” Ślązaków od razu się na mnie oburzy za to, że ja do swoich ataków na Śląsk i śląskość używam Kutza i Smolorza. Proszę jednak zwrócić uwagę, że cokolwiek by powiedzieć o politycznej proweniencji jednego i drugiego, czy roli, jaką w Polsce spełnia „Gazeta Wyborcza”, to nie jest tak, że Kutz, Smolorz, czy wspierające ich polityczne środowisko spod znaku RAŚ-u, to taka samotna wyspa na oceanie śląskości. Gdyby tak było, dziś nie musielibyśmy prowadzić tej wytwornej debaty. Rzecz bowiem w tym, że tu na Śląsku jest wystarczająco dużo osób, którzy za dwa lata – jeśli on tylko dożyje – ponownie wybiorą Kutza senatorem, i to nie dlatego, że on jest zdrajcą, zaprzańcem i w ogóle częścią tego całego nieszczęścia, któremu na imię Platforma Obywatelska, ale dlatego, że on jest „nosz synek”. To będą też ci sami ludzie, którzy do dziś mają pretensje do Kaczyńskiego i Ziobry, że „zamordowali” Barbarę Blidę, i to też nie dlatego, że większość z nich to, tak jak ona, komuchy, ale dlatego, że Blida to była „nasza dziołcha z Michałkowic”. I nie oszukujmy się. To nie jest żadna egzotyka. Tego kwiatu, jak mówi popularna rymowanka, jest pół światu. A jak ktoś chce sobie na ów kwiat popatrzeć, wystarczy, że się przejdzie ulicą Wolności w Chorzowie, choćby tam, gdzie można sobie kupić muzykę z tak zwanymi „szlagrami”. Tam bowiem nie istnieje ani Platforma, ani PiS, ani SLD. Tam są już tylko „nasi” i „nie-nasi”.
Myślę, że sprawa Barbary Blidy jest całkiem dobrym argumentem, pokazującym, o co w tym wszystkim może chodzić. Ona trochę nam pokazuje, dlaczego tak wielu nie-Ślązaków – a daję słowo, że ja nie jestem tu jedyny – tak bardzo niechętnie reaguje na słowo „ślązak”, czy „śląskość”? W swoim „Elementarzu” jedno hasło poświęciłem Matce Boskiej Piekarskiej. Pozwolę sobie je przypomnieć:
Matka Boska Piekarska – Prawdopodobnie jedyny przedmiot kultu religijnego w Polsce, który jest w stanie zjednoczyć ofiary zbrodni w Kopalni Wujek ze zbrodni tej autorami. Podejrzewam, że gdyby się okazało, że dowódca plutonu specjalnego strzelającego do górników mówił ze śląskim akcentem, podczas dorocznej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, część Ślązaków modliłaby się o jego nawrócenie, a następnie beatyfikację. Taki Kazimierz Kutz na sto procent nosi medalik z Matką Boską Piekarską w kieszeni i codziennie Jej dziękuje za Katastrofę Smoleńską. Swoją drogą, ciekawe, czemu Ona mu nie wypali dziury w udzie. Przecież by umiała”.
Myślę, że dobrze się stało, że przypomniał mi się ten fragment z „Elementarza”. On, moim zdaniem, wszystko wyjaśnia. Tu jest właściwie wszystko, co tak rozwlekle przedstawiłem powyżej. Tu chodzi mianowicie tylko o tę jedną rzecz. Ja bym oto apelował, jeśli wolno, do swoich znajomych Ślązaków, żeby może oni z kolei zaapelowali do swoich rodzin i przyjaciół, tak by wszyscy oni może któregoś dnia zrozumieli, że nie są w żaden sposób specjalni, a już na pewno lepsi. Nie wszyscy i nie tylko przez to, że lepsza była Oma, lepszy był Opa, „to jo żech jest też lepszy”. Inni – owszem. Proszę bardzo. Niech oni sobie będą inni i się tą swoją innością cieszą. Tak jak każdy człowiek, czy nawet naród, jest inny i się tego nie musi wstydzić. W momencie, gdy oni to zrozumieją i przestaną innych zamęczać swoimi kompleksami, wszystkim nam będzie znacznie łatwiej.

Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję, że tym tekstem nie narobiłem sobie dodatkowych wrogów, a ci którzy już są i tak mają moje słowa w nosie. Resztę proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 14 grudnia 2013

O trzech tysiącach, których nikt nie zechciał internować - repryza

Właśnie wróciłem ze spotkania u Franciszkanów, i muszę przyznać, że było z jednej strony dokładnie tak, jak się spodziewałem, a więc Ślązacy się spietrali i żaden z nich nie dość, że się nie pokazał osobiście, to nawet nie wysłał umyślnego, który mógł w ten czy inny sposób zakłócić spotkanie. Jedyne na co ich było stać, to wysłać donos do proboszcza Bazyliki z pretensjami, że przyjmuje na swoim terenie typków takich jak ja i Gabriel, na szczęście jednak proboszcz się listem nie przejął i wszystko poszło, jak z płatka. To, jeśli idzie o oczekiwania. A teraz o płatku. Rzecz w tym, że samo spotkanie udało się zupełnie wyjątkowo. Publiczność dopisała, atmosfera była wyjątkowo przyjazna, i szkoda tylko, że po dwóch godzinach trzeba było odstąpić salę duszpasterstwu rodzin, no i spotkanie zakończyło się dużo zbyt szybko. No i jeszcze jedno. Mam otóż jedną małą satysfakcję, która musze się podzielić. Wbrew zapowiedziom Ślązków, organizator spotkania, pan Ciok z Kongresu Nowej Prawicy, który miał mnie, jako Ślązak z krwi i kości, wdeptać w ziemię, machnął na te moje antyśląskie złośliwości ręką. Może dlatego, że, jak sam mi powiedział, sam tak naprawdę pochodzi z mojego Podlasia.
A więc jesteśmy po spotkaniu, ja wróciłem do domu, Gabriel pojechał do Grodziska, a przed nami – no i też już trochę za nami – grudzień, a wraz z grudniem rocznica Stanu Wojennego, a przede wszystkim masakry 16 grudnia. No i płatek, a dokładnie Płatek. Z tej okazji, chciałbym bardzo przypomnieć tekst, którego tu akurat nie było, ale jego historia sięga w rzeczywistości tego bloga. Otóż któregoś dnia odwiedził mnie tu w Katowicach mój serdeczny przyjaciel, i też przyjaciel tego bloga LEMMING, i wspólnie poszliśmy pod Kopalnię Wujek, gdzie spotkaliśmy człowieka nazwiskiem Płatek. Kiedy LEMMING odjechał, napisałem tekst będący refleksją na to, cośmy przeżyli i zamieściłem go tutaj. W następnym roku, właśnie z okazji rocznicy Stanu Wojennego nieco go przeedytowałem i zamieściłem – moim zdaniem, w wersji znacznie bardziej przejmującej – w Salonie24. Myślę, że to jest idealny moment, żeby go przypomnieć – właśnie tutaj. Bardzo proszę się wsłuchać w tę opowieść.



Minęła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a chwilę po niej kolejna – rozstrzelania dziewięciu górników z Kopalni „Wujek”. Nie wiem jak inni, ale mam wrażenie, że ile razy powraca pamięć o tamtych dniach, wraz z nią pojawiają się ludzie, którzy w zdecydowanej większości, przez swoją tępą bezmyślność – lub, kto wie, czy niekiedy też nie przez wyrachowanie – do tego, co się wówczas stało doprowadzili, a dziś bardzo pragną krążyć wśród nas w glorii naszych bohaterów, a może i wręcz naszych zbawicieli. Ludzie, którzy kiedy to wszystko się działo, i kiedy tak naprawdę się dopiero zaczynało, siedzieli gdzieś w tych swoich ośrodkach internowania, grali w karty, czytali książki i wzywali tych co na zewnątrz do działania. Ludzi wreszcie, którzy dziś się spotykają w telewizyjnych studiach i jeden z drugim wspinają jak to oni się tam musieli za nas z tymi strażnikami męczyć. A ileż to jeszcze pozostało tych anegdot nieopowiedzianych?
W tej sytuacji ja opowiem historię o Kopalni „Wujek”, a raczej o pewnym górniku, z którego dziś prezydent Komorowski może się spokojnie pośmiać, że go nie internowano. Ale najpierw Kopalnia. Z Kopalnią „Wujek” jest tak, że tam właściwie nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, jest ten podwójny krzyż, ten pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur i na tym murze pamiątkowe tablice, za murem główny budynek Kopalni i ten napis „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę bardzo mało ciekawe miejsce.
A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Ale można też zatrzymać się, postać i tak się zwyczajnie pogapić na ten budynek z czerwonej cegły i ewentualnie popatrzeć na jakichś zawsze się tam po coś kręcących robotników, czy górników. Więc można tak sobie gdzieś tam z boku przysiąść i popatrzeć na ten budynek i tych ludzi, przynajmniej na tyle długo, żeby nabrać odpowiedniego nastroju. A daje słowo, że tam można uzyskać nastrój nie byle jaki.
No i wreszcie nadejdzie czas, by się ruszyć, zrobić może jeszcze jedno zdjęcie, pokiwać głową i zajść do znajdującego się obok muzeum. Prawdę powiedziawszy, nie jest to muzeum w sensie powszechnie nam znanym. Raczej taka skromna izba pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników. Można więc wejść do tego muzeum i, normalnie, tak jak to zawsze bywa, obejrzeć najpierw tę makietę, popatrzyć na zomowca, następnie przyjrzeć się uważnie dziurce w tym biednym górniczym kasku, i wtedy okaże się, że się zepsuł projektor i filmu w żaden sposób nie da się puścić. Można oczywiście spróbować jakoś pomóc, ale wszystko stanęło, i w końcu wyjdzie na to, że nic z tego nie będzie. A potem, tak męcząc się z tym projektorem, raczej z grzeczności, niż z faktycznej potrzeby, można zapytać człowieka, który nas próbuje obsłużyć, i który tam się po tym muzeum kręci, jako ktoś w rodzaju ciecia, czy on był w kopalni, kiedy to wszystko się działo i on nam – nawet nie mrugnąwszy okiem, nawet nie próbując wydąć warg, czy unieść czoła w dumnym geście informowania świata o swoim bohaterstwie, mniej więcej tak, jakby potwierdzał fakt, że owszem, mamy ładną jesień – odpowie, że to on właśnie dowodził tym strajkiem. I że się nazywa Stanisław Płatek.
I oto, nadszedł właściwie idealny moment, żeby zamknąć ten dzisiejszy tekst zdaniem: „I to by było na tyle”, i pozwolić wszystkim go czytającym zanurzyć się w swoich własnych refleksjach, no ale tak się niestety zrobić nie da, bo trzeba powiedzieć jeszcze parę rzeczy. Koniecznie. Najpierw jednak zajrzyjmy wspólnie do wikipedii:

Stanisław Płatek, ur. 5 II 1951 w Katowicach. Ukończył Technikum Górnicze dla Pracujących w Katowicach (1979). 1969-1973 pracownik Zakładów Aparatury Doświadczalnej Biprokwas w Katowicach. Od 1973 górnik KWK Wujek. IX 1978 – III 1981 członek PZPR. 1-3 IX 1981 uczestnik strajku w KWK Wujek, od IX 1980 w „S”. XII 1980 – 1981 sekretarz Komisji Rewizyjnej „S” KWK Wujek. 13-16 XII 1981 przewodniczący KS w KWK Wujek; 16 XII 1981 ranny podczas pacyfikacji, internowany, przewieziony do szpitala MSW; 31 XII 1981 aresztowany, przewieziony do Okręgowego Szpitala Więziennego w Bytomiu, gdzie przebywał do VI 1982. 9 II 1982 wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach skazany na 4 lata więzienia i 3 lata pozbawienia praw publicznych, w VI 1982 przeniesiony do AŚ w Zabrzu, VIII 1982 – II 1983 w ZK we Wrocławiu. W II 1983 zwolniony ze względu na stan zdrowia, VII 1983 objęty amnestią. 1983-1986 pracownik Klubu Sportowego Gwarek Tarnowskie Góry, 1986-1993 AZ Sp. z o.o. w Tarnowskich Górach. 1983-1989 (we współpracy z Ludwikiem Dziwisem) kolporter pism podziemnych (m.in. „Głos Śląsko-Dąbrowski”, „Górnik Polski”, „Wujek”) na terenie Katowic. W II 1989 współzałożyciel, przewodniczący Tymczasowej KZ, następnie do 1991 przewodniczący KZ „S” AZ Sp. z o.o. 1993-2006 zatrudniony w KWK Wujek. 1995-1998 wiceprzewodniczący, 1998-2002 przewodniczący KZ „S” KWK Wujek, 1998-2002 delegat na WZD. 1998-2002 wiceprzewodniczący Regionalnej Komisji Rewizyjnej „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. 1989-1991 członek Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ku Czci Górników KWK Wujek w Katowicach Poległych 16 XII 1981, 1991-1998 przewodniczący (od 16 XII 1994 przekształconego w Społeczny Komitet Pamięci Górników KWK Wujek Poległych 16 XII 1981). W 1994 jeden z założycieli, od 2000 przewodniczący Zarządu Krajowego Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego. Organizator Międzynarodowego Memoriału Szachowego Dziewięciu z Wujka (1997-2001). Od 2006 na emeryturze. Współtwórca albumu i przewodnikaKrzyż Górników. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007)”.

Zostajemy więc z tym zepsutym projektorem i Stanisławem Płatkiem jeszcze dłuższy czas i, czując, jakie to nas szczęście spotkało, że ten projektor się nagle zepsuł, możemy naciągnąć Płatka na wspomnienia. No i opowie nam Płatek, że jak był strajk, to on miał trzydzieści lat, żonę i syna, że, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą – ciekawe, że mówiąc o innych górnikach, używa wyłącznie formy „kolega” – i to pewnie uratowało mu życie, bo inaczej dostałby z boku w okolice brzucha, że w sumie w tych starciach brało udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił.
Opowie nam też Stanisław Płatek, że jeszcze dziś w okolicy kopalni pojawia się niekiedy pewien kolega – tak, właśnie kolega – który nie brał udziału w strajku, bo w tym czasie akurat siedział u siebie w domu, ale zomowcy wrzucili mu przez okno do mieszkania jakiś ciężko trujący gaz i on od tego się pochorował tak, że dziś jest raczej ludzkim wrakiem. No ale, jak mówię – kolega.
Jak już wspomniałem wyżej, z tym by Stanisława Płatka naciągnąć na wspomnienia nie powinno być problemu, bo to jest miły i grzeczny człowiek. Taki on właśnie jest. Jednak nie możemy się spodziewać, że on nam powie zbyt wiele. My będziemy pytać, on grzecznie i bardzo spokojnie nam będzie odpowiadał, ale trochę tak jakby już dawno znalazł się w świecie, do którego dostępu nie ma nikt z nas. I wtedy też zrozumiemy, dlaczego Stanisław Płatek, emerytowany górnik, ani w jednym momencie naszej rozmowy ani jednym słowem nie wspomniał o bieżącej polityce. Ani nie pluł na Tuska, ani na Kaczyńskiego, ani nic nie mówił o wyborach, ani nawet nie narzekał na ogólną sytuację. Ten temat jakby w jego świadomości w ogóle nie istniał.
Już, kiedy już zajmiemy się wszyscy sobą, znajdziemy w Sieci informację, że Płatek gardzi PiS-em. Co sądzi o Platformie, nie wiadomo. I nagle może też przyjdzie nam do głowy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim. I ten obraz Stanisława Płatka, jak go wyciągają z karetki, z tym rozpieprzonym w drobny mak ramieniem, i z tym wysokim dowódcą, który zamierza się na niego pałką i tym wojskowym lekarzem, odgradzającym tych dwóch od siebie.
I co powiedzieć? Co powiedzieć? Wajda z tego filmu nie zrobi. A jak idzie o młodych – oni niech się lepiej za to nawet nie biorą, bo jeszcze im wyjdzie komedia. Może niech kręcą filmy o tym, jak to było w jakimś cholera Jaworzu czy gdzie to Wałęsa siedział? W Arłamowie?
I to właśnie jest ten moment, kiedy musimy kończyć, bo czuję, że jeszcze jedno słowo, a zacznę wzywać do tego, by zacząć strzelać. A to mi na sucho nie ujdzie.

Bardzo proszę o to, by o nas nie zapominać i w miarę możliwości wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 12 grudnia 2013

Kapitan Radziszewska na tropie

Przeczytałem właśnie gdzieś w Sieci, że prokuratura badająca pedofilię, która się dramatycznie rozpanoszyła wśród naszych księży, wreszcie przesłuchała posłankę Platformy Obywatelskiej Radziszewską, z której to, jak się okazuje, doniesienia, trzeba było wszcząć dochodzenie w sprawie księdza Bochyńskiego. Jak część z nas może pamięta, ów ksiądz Bochyński któregoś dnia dał się wypuścić na rozmowę, o pedofilii właśnie, z jakimiś lokalnymi mediami, i, opierając się na swoich doświadczeniach z konfesjonału, uznał za stosowne podzielić się ze światem pewnymi refleksjami. Oczywiście, natychmiast pojawiły się żądania, żeby on natychmiast przekazał władzy, kto i co mu powiedział w czasie spowiedzi, ale – co my akurat świetnie wiemy – ponieważ oczekiwanie to było idiotycznie nierealne, wydawało się, że sprawa już za chwilę przyschnie.
I w tym momencie, pojawiła się posłanka Radziszewska i poinformowała redaktora Morozowskiego z TVN24, że ona „słyszała”, że to, co z kolei ów Bochyński słyszał w konfesjonale to jeszcze nic; rzecz w tym, że z niego samego podobno jest pedofil na czternaście fajerek. Wprawdzie ona tej niezwykłej wiadomości nie otrzymała ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio, od ofiar księdza, tyle że ją gdzieś „usłyszała”, niemniej od tej chwili stała się głównym świadkiem w sprawie.
I oto dziś się dowiaduję, że przy okazji owego przesłuchania przed prokuratorem, posłanka Radziszewska – zapewne na zasadzie świadczenia usług w pakiecie – do oskarżeń przeciwko księdzu Bochyńskiemu, dołożyła jeszcze jedno – mianowicie przeciwko proboszczowi z gminy Kluki pod Łodzią, Dariuszowi Mordziace. I tu mechanizm był podobny. Ona sama wprawdzie nic nie widziała, ani nie ma wglądu w szczegóły, ani nawet nie rozmawiała z ofiarami, jednak „słyszała”, że Mordziaka też molestował dzieci, no i tą swoją wiedzą się podzieliła z prokuraturą. W efekcie, prokuratura wszczęła w sprawie księdza Mordziaki dochodzenie, a miejscowy biskup profilaktycznie usunął Mordziakę z parafii, w efekcie czego dziś w Klukach jesteśmy świadkiem poważnej rozróbę między biskupem, a ludźmi, którzy Mordziaki oddać nie chcą.
Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, jako jego autor jestem prawdziwą gwiazdą blogosfery, osobą wpływową i powszechnie szanowaną, co sprawia, że zarówno emailowo i esemesowo, obok zwyczajowych wyrazu podziwu, regularnie otrzymuję prośby o objaśnienie zawiłości naszego życia publicznego. Również przy tej okazji, zwrócono się do mnie, bym wyjaśnił przyczyny takiego a nie innego zachowania posłanki Radziszewskiej. W tym momencie, zrobiłem to, co w tego typu sytuacjach robię zwykle, i zacząłem nasłuchiwać. I oto co usłyszałem.
Otóż – jak słyszę – posłanka Radziszewska, kiedy jeszcze była mała dziewczynką, wykazywała niezwykłą wręcz seksualną skłonność do księży. Szczególnie mocno prześladowała swojego nauczyciela religii, jednak ten konsekwentnie odrzucał jej zaloty. Kiedy wreszcie okazało się, że z tego romansu nic nie będzie, ona popadła w ciężkie szaleństwo i postanowiła, że poświęci swoje życie na oskarżanie księży o pedofilię. Od tego czasu, najpierw mała Ela, a później już dojrzała kobieta, spędzała już tylko swój czas na pisaniu donosów na księży, których podejrzewała o molestowanie małych dziewczynek i chłopców.
Jak słyszę, dwa ostatnie przypadki to wyłącznie konsekwencja wydarzeń z dzieciństwa. Czy to, czego się dowiedziałem, to prawda, czy nie – tego oczywiście nie wiem, natomiast takie plotki słyszałem, więc myślę, że kto wie?
Na koniec, chciałem prosić prokuratora okręgowego z Piotrkowa Trybunalskiego zajmującego się sprawami pedofilli wśród księży, żeby może się tym, co ja tu piszę za bardzo nie przejmował, i nie wzywał mnie na przesłuchanie. Ja naprawdę nic nie wiem. Wszystko co piszę, słyszałem tylko od pewnego menela w tramwaju, którego danych nie znam, i nawet nie pamiętam, jak wyglądał. Informuję jednak, że o ile dobrze zauważyłem, on jechał bez biletu. Nie wiem, czy ta informacja jest dla prokuratury cenna, jednak z obywatelskiego poczucia obowiązku, na wszelki wypadek, ją przekazuję. Jak już skończycie z Mordziaką i Radziszewską, możecie się wziąć za tego typka.

Ukazał się zapis mojego spotkania w Księgarni Latarnik w Częstochowie. Tak się stało jednak, że, skutkiem jakiejś awarii, zarejestrowała się tylko jego pierwsza godzina. Z jednej strony szkoda, a z drugiej, może to i lepiej? Często tak bywa, że jak ktoś zacznie gadać, to najciekawiej jest na początku. Później to już tylko jest zwykłe bicie piany. A więc, zachęcam do obejrzenia tu: http://latarnik.czip.org.pl/index.php/item/56-toyah-wspominek-ze-spotkania-i-film
Przy okazji, przypominam, że w najbliższą sobotę o godzinie 17, razem z Gabrielem Maciejewskim będziemy się spotykać z czytelnikami w Katowicach-Panewnikach u Franciszkanów, na ulicy Związkowej 20.
Poza tym, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

środa, 11 grudnia 2013

Polska, czyli z czego nie wypada się śmiać

W korporacji, w której mam szczęście trochę uczyć języka angielskiego, jakiś czas temu przyjęto do pracy na stanowisko asystentki dyrektora, pewną panią Madzię. Ponieważ pani Madzia zrobiła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, spytałem „mojego” dyrektora, co trzeba umieć, żeby dostać tego rodzaju pracę, no i w ogóle, jakie szanse ma taka statystyczna Madzia, a on mi natychmiast odpowiedział, że wystarczy umieć robić kawę, znać trochę angielski, no i generalnie wykazywać pewną przytomność umysłu. I to mniej więcej wszystko.
Z drugiej jednak strony, i to też mi mój uczeń powiedział od razu, kiedy oni zamieścili ogłoszenie o tym, że poszukują kandydatów na owo stanowisko, otrzymali ponad dwieście zgłoszeń, no i należy pamiętać, że jeśli Madzia tę konkurencję wygrała, to ją wygrała w stosunku 1:200.
I, przyznać muszę, ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie. Otóż mamy dwieście zgłoszeń w sprawie oferty, gdzie jedynym wymaganiem jest umieć robić kawę, znać język w stopniu podstawowym, i mieć minimalnie przytomny umysł, a ja pamiętam, że, gdy zdawałem na studia, stosunek chętnych do przyjmowanych wynosił 10:1 i to było już naprawdę coś.
Oczywiście, podzieliłem się tymi refleksjami z moim uczniem, jednak on mnie od razu uspokoił. Otóż, wedle jego relacji, pani Madzia wcale nie była aż w tak niedobrej sytuacji, choćby z tego powodu, że z tych dwustu ofert, 150 to były ręcznie pisane podania od ludzi, którzy szukają pracy wszędzie. Dosłownie wszędzie. Wszędzie, no i oczywiście jakiejkolwiek. A kiedy mówię „wszędzie” i „jakiejkolwiek”, to nie stosuję prostej figury retorycznej.
A zatem, wygląda na to, że, jak śpiewał kiedyś zespół „Kobranocka” – nikomu nie wolno się z tego śmiać. Tu nie ma nic do śmiechu. Mamy tu bowiem do czynienia z sytuacją poważną wręcz śmiertelnie. Dlaczego? Bo zupełnie niespodziewanie poszliśmy z poziomu teorii do poziomu praktyki, i przed sobą mamy już tylko człowieka w stanie kompletnej desperacji. A to już w żaden sposób nie jest śmieszne. Może najwyżej dla redaktorów „Wyborczej”.
No właśnie – „Wyborczej”. Nie jestem pewien, czy ktoś z nas jeszcze to pamięta, ale swego czasu, na tym właśnie blogu, ukazał się tekst poświęcony pewnej zorganizowanej przez „Gazetę Wyborczą” zabawie polegającej na typowaniu 10 najśmieszniejszych, czy – jak to się dziś zdarza jeszcze mówić – najbardziej obciachowych, podań o pracę, czyli tak zwanych CV. I oto w jednej sekundzie ukazała się nam najbardziej dramatyczna nędza życia, której może i nie znamy, natomiast, jeśli mamy choć trochę zwykłej, ludzkiej wrażliwości, możemy ją sobie bez trudu wyobrazić… plus oczywiście ten śmiech. No i to właśnie okrucieństwo owego śmiechu sprawiło, że musiałem zareagować. Przed nami bowiem pojawiają się ludzie szukający pracy, którzy z jednej strony są tak zdesperowani – no i jednak na tyle ambitni – że o tę pracę, wbrew wszystkiemu, starają się aplikować, a z drugiej, tak dramatycznie do niczego się nie nadają, że z punktu widzenia redakcji „Gazety Wyborczej” budzą jedynie szyderczy śmiech… a my nagle – powtórzę to raz jeszcze – uświadamiamy sobie, że tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Skąd nagle nachodzą mnie te myśli? Czemu, ni stąd ni z owąd, po tych wszystkich latach, kiedy wydawałoby się, powinienem nabrać naprawdę grubej skóry, znów mnie ogarnia ów nastrój śmiertelnej wręcz powagi w obliczu ludzkiej nędzy?
Oto okazuje się, że w naszym ukochanym Internecie pewną popularność zaczyna zdobywać filmik z zapisem pewnego teleturnieju przygotowanego przez TVP w Poznaniu jeszcze w roku 1999. Za chwilę sobie będziemy mieli okazję to wszystko zobaczyć, a ja tylko powiem, że moja wręcz histeryczna podejrzliwość każe mi sądzić, że tu nie mamy do czynienia z jakimś niefortunnym wypadkiem; że tu nie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie wszyscy mieli dobre intencje, tyle że jakoś tak niefortunnie wyszło, że nastąpiła katastrofa. Moim zdaniem, za tym, co się stało, od samego początku rodził się pewien plan, który wówczas – w tym nieszczęsnym roku 1999 – dopiero co nabierał kształtów, ale na końcu którego usłyszeliśmy ów rechot, tak dobrze – zbyt dobrze – nam dziś znany.
Ja wiem, że powinienem napisać tu coś więcej; że powinienem może troszkę lepiej wyjaśnić, dlaczego, kiedy pisze ten tekst, chce mi się najzwyczajniej w świecie wyć. Jednak nic z tego. Przede wszystkim, brakuje mi słów, a poza tym, jestem o tym szczerze przekonany, nawet gdyby mi się tu udało znaleźć najbardziej skuteczny sposób na to, by dotrzeć do naszej wrażliwości, jeśli dotychczas jeszcze ktoś się nie zorientował, w czym rzecz, to nie zorientuje się już nigdy. Bo oto przed nami nędza życia w wydaniu turbo, a przy okazji upadek człowieka, za który przyjdzie nam słono zapłacić. I, jak mówię, jeśli wciąż, nie do końca wiadomo, o czym mówię, to próżne moje słowa.

Proszę o nas pamiętać i wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. A teraz, już tylko trzymajmy się foteli.




wtorek, 10 grudnia 2013

Stefan Kisielewski vs. Bogusław Bagsik - remis ze wskazaniem

Tygodnik „Wprost”, wraz z odpowiednimi przyległościami, przyznał po raz kolejny swoją tzw. „Nagrodę Kisiela”, i po raz kolejny pojawiły się głosy oburzenia, że bezczelność przekroczyła kolejne granice, a biedny Kisiel, widząc, co ludzie źli i występni robią z jego nazwiskiem, w grobie się przewraca. Powiem szczerze, że dokładnie tak samo, jak nic mnie nie obchodzi, kto w danym roku, i przez jakie gremia, został nagrodzony tytułem Człowieka Roku, Polityka Roku, Pisarza Roku, Dziennikarza Roku, czy Biznesmena Roku, nie wzrusza mnie też to, komu tym razem Kapituła Nagrody Kisiela zechciała coś tam odpalić. Tak się jednak stało, że w Salonie24 wpadłem na tekst Witolda Gadowskiego, w którym ten, na zasadzie, jak rozumiem, wyjątkowo wyrafinowanego żartu, cytuje list, jaki rzekomo właśnie otrzymał od samego Kisiela, w którym ów Kisiel, prosząc Gadowskiego o pośrednictwo, informuje nas, że on z tą nagrodą ma dziś tylko tyle wspólnego, że ma się na nią ochotę wyrzygać, no i pomyślałem sobie, że może by się przydało coś na temat Nagrody Kisiela i ludzi, którzy ja przyznają, poczytać. W końcu, dobrze by było wiedzieć, jak to się stało, że tak fantastyczny projekt, w dodatku z tak wybitnym nazwiskiem w tle, mógł się aż tak stoczyć. No i poczytałem.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nagroda ta jest przyznawana regularnie od roku 1990, najpierw ze wskazania samego Kisiela, a po jego śmierci przez wspomnianą wyżej Kapitułę, w trzech kategoriach: biznes, ekonomia, publicystyka. Kto konkretnie tę nagrodę przyznaje, a więc kto tworzy ową Kapitułę? Otóż mamy tu najpierw członków założycieli, a więc byłego naczelnego „Wprostu”, Marka Króla, oraz syna Kisiela, Jerzego. Poza nimi, członkami kapituły są wszyscy dotychczasowi laureaci. Rzućmy więc okiem na owych laureatów, a przede wszystkim, że tak powiem, „laureatów założycieli”, a więc tych, których tam wpuścił sam Mistrz. Po kolei (cytuję za Wikipedią): Janusz Beksiak, Stefan Bratkowski, Janusz Korwin-Mikke, Rafał Krawczyk, Piotr Kuncewicz, Stefan Kurowski, Józef Kuśmierek, Jacek Maziarski, Krzysztof Mętrak, Kazimierz Pytko, Ernest Skalski, Jerzy Waldorff, Wiesław Walendziak, Piotr Wierzbicki, Mieczysław Wilczek, Wacław Wilczyński, Bogusław Bagsik, Jan Krzysztof Bielecki, Jerzy Grohman…
Ups! Czyżby zatem wyszło na to, że to właśnie był ów oryginalny skład Kapituły Nagrody Kisiela, która nam urządziła przyszłość, która dziś z kolei tak oburza Witolda Gadowskiego, że aż postanowił obwołać się wykonawcą kisielowego testamentu? To ci właśnie – przypomnijmy, wskazani przez samego Kisiela – ludzie już w kolejnym roku postanowili nagrodę przyznać Janowi Kulczykowi i Janowi Winieckiemu, którzy w kolejnym roku dokooptowali do swego grona, że wymienię tylko osoby bardziej wybitne, Aleksandra Kwaśniewskiego, Janusza Lewandowskiego, Józef Tischnera, Leszka Balcerowicza, Jacka Fedorowicza, Władysława Bartoszewskiego, Sobiesława Zasadę, i wielu, wielu wcale nie mniej, a kto wie, czy nie bardziej nawet, zasłużonych dla III RP osób, w ten sposób systematycznie powiększając owo szczególne grono.
A my już wiemy, że jeśli dziś, po ponad dwudziestu już latach, nagle odznaczany zostaje Adam Michnik, a Witold Gadowski na tę demonstrację zaczyna płonąć swoim szaleństwem, to ja nie bardzo widzę powód, dla którego miałbym się dziwić. Jednemu zresztą, jak i drugiemu. A więc i temu Michnikowi, ale i Gadowskiemu jak najbardziej też.
Ktoś się mnie spyta, co ja znów chcę od tego nieszczęśnika, poza tym, że on tego Kisiela przylepił sobie na czoło w sposób nieco dziwny? Otóż ja od niego bym potrzebował wyjaśnienia w jednej już tylko sprawie. Co mu mianowicie przeszkadza ta Nagroda i ta Kapituła w kształcie, w jakim ona dziś funkcjonuje, skoro to właśnie ci sami ludzie – w dodatku uzupełnieni przez takie tuzy Systemu, jak Tomasz Wołek, Henryka Bochniarz, Stanisław Tym, Hanna Gronkiewicz Waltz, Paweł Piskorski, czy, last but not least, Wiesław Uchański – w roku 2001 postanowili do swojego grona przyjąć samego Rafała Ziemkiewicza we własnej osobie? Czy w latach kolejnych, kiedy to nagrodę otrzymali Maciej Rybiński i Roman Kluska? A cóż to takiego się od tamtego czasu stało, że dziś Witold Gadowski nam opowiada, jak to razem ze śp. Kisielem wyrzygują się na naszych bohaterów i dobrodziei
Niech no mi może Witold Gadowski, wybitny dziennikarz, pisarz, publicysta i podróżnik odpowie mi na to pytanie. Zanim jednak on to zrobi, chciałbym zamknąć ten tekst osobistą refleksją. Otóż, choć pewności mieć nie mogę, mam bardzo mocne przekonanie, że, kto jak kto, ale Stefan Kisielewski, gdyby dziś żył, nie miałby najmniejszych zastrzeżeń co do decyzji podejmowanych regularnie przez Kapitułę swojej nagrody. Jestem pełen niedobrych podejrzeń, że on by dziś, gdyby tylko mógł, osobiście by się tam pofatygował, by uścisnąć dłoń nie tylko Michnikowi, ale również, a może przede wszystkim, ministrowi Rostowskiemu. No i – tego jestem wręcz pewien – obowiązkowo wziąłby ze sobą Ziemkiewicza, no a kto wie, czy nie też Bogusława Bagsika. Jako przedstawicieli Polski, o którą tak bardzo przez całe życie walczył.

Wszystkim zainteresowanym przypominam, że w księgarni u Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl, oprócz tego, co on sam już dążył wydać, można kupić wszystkie moje cztery książki. Poza Internetem, można je kupować w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo”, w Warszawie w sklepie „Foto Mag”, a także w księgarni „Tarabuk” w Warszawie przy Browarnej 6, jak i w księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Również, jak zwykle, proszę o wspieranie samego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.