sobota, 30 kwietnia 2016

O wacikach dla księdza Kazimierza Sowy

Wczoraj ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton. Gorąco zachęcam, a dziś dla czytelników bloga również tu.

Nie rozumiem, dlaczego „Gazeta Wyborcza” – i to zwłaszcza oni – postanowiła się za to zabrać, ale to ona niedawno ujawniła listę osób i instytucji, finansujących kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej. Podobnie, mam bardzo ciężki intelektualny problem z tym, dlaczego tydzień wcześniej „Newsweek” opublikował podobne dane, tyle że dotyczące Nowoczesnej. Obie lektury robią wrażenie przede wszystkim przez to, że dzięki nim widzimy jasno, komu najbardziej na rękę było zarówno przedłużenie owych ośmiu lat rozkradania Polski, jak i, wobec nieuchronnej porażki PO, zapewnienie odpowiedniej sukcesji, no ale również fascynujące jest tu to, jak dla niektórych z nas nie jest najmniejszym problemem wyrzucić 10, czy 50 tysięcy w błoto, wyłącznie dla idiotycznej satysfakcji z tego, że się jest po właściwej stronie. Moim zdaniem jednak, wśród tych wszystkich, często niezwykle ciekawych informacji, jest jedna, która autentycznie poraża. Chodzi o to, że na kampanię Platformy Obywatelskiej całe 10 tys. złotych przeznaczył nie kto inny, jak katolicki ksiądz Kazimierz Sowa.
Myślę, że w większości świetnie wiemy, kto zacz. Otóż poza tym, że, jak już wspomnieliśmy, jest katolickim księdzem, w przestrzeni publicznej występuje jako dziennikarz TVN-u. I nie piszę tego ani ironicznie, ani żartem, ale stwierdzam fakt. Ks. Sowa regularnie występuje w telewizji TVN24, najczęściej ustawiając się w roli faktycznego duszpasterza, kiedyś władzy, a dziś najbardziej agresywnej części politycznej opozycji, a kiedy pokazuje się na ekranie naszych telewizorów, na dole nie pojawia się informacja: „Kazimierz Sowa – ksiądz katolicki”, lecz po prostu „Ks. Kazimierz Sowa – TVN Bis”. A zatem przyjmujemy, że w istocie rzeczy, Sowa to pracownik mediów.
Czy może zatem ks. Sowa został wynajęty przez Grupę ITI po to, by w ramach ogólnego pluralizmu opinii, prezentować widzom punkt widzenia Kościoła? Choć i tak byłoby to cokolwiek dziwne, jako że aby przedstawić stanowisko Kościoła, wystarczy zaprosić do telewizji któregoś z księży – choćby i ks. Sowę – i poprosić go o wypowiedź, to o wiele dziwniejsze jest wyciąganie z Kościoła jednego z nich i zatrudnianie go na funkcji redaktora. No ale niech będzie i tak. Niech ks. Sowa występuje w TVN-ie na stałe i ewangelizuje Polaków. Nic z tego. On tam jest zaledwie jednym z redaktorów i wypowiada się na wszelkie możliwe tematy, tylko nie na temat Wiary. Siedzi tam w tej koloratce i opowiada o sporze o Trybunał Konstytucyjny, albo o wyborach prezydenckich w Stanach.
No a teraz dowiadujemy się, że on z zarobionych w ITI pieniędzy dofinansował jedną z partii politycznych. Ho, ho, tak, tak!
Niedawno Kościół wydał zakaz publicznych wystąpień duszpasterzowi narodowców ks. Międlarowi. Ksiądz usłuchał swojego Kościoła i pokornie zawiesił swoje konto na Twitterze. Bardzo jestem ciekawy, co zrobi ks. Sowa, jak oni się w końcu wezmą za niego. Moim zdaniem wzruszy ramionami. W końcu na waciki, to on robić nie musi.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki.

piątek, 29 kwietnia 2016

Gdy cały świat wspiera posła Borysława Budkę

Parę dni temu nieznany mi działacz Platformy Obywatelskiej wrzucił na Twittera informację, że Prawo i Sprawiedliwość, konsekwentnie realizując swoją politykę inwigilacji i terroru, usunęło z sali sejmowej kamerę, która dotychczas rejestrowała zachowanie posłów reprezentujących władzę, a wszystko po to, by oni tam mogli robić, co im się żywnie podoba w tajemnicy przed światem. Odpisałem mu, że moim zdaniem to jest kompletna i oczywista bzdura, na co on mnie zapewnił, że nie, no i tyleśmy sobie porozmawiali. Nie minął nawet dzień, kiedy informacja o usunięciu kamery znad głów posłów PiS-u trafiła do ogólnopolskich mediów, a ja zgaduję, że teraz przez pewien czas to ona nas będzie utulała do snu. I to wbrew zarówno oficjalnym wyjaśnieniom osób formalnie odpowiedzialnych, ale też zdrowej logice. No bo spójrzmy na tę sytuację chłodnym okiem. Jaki idiota wpadłby na pomysł, że jeśli zdejmie się tę kamerę, to w ten sposób ukryje się wszelkie przestępcze działania posłów Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie świat nic nie zauważy. Przecież to jest kompletny absurd. To już znacznie bardziej sensowne i przede wszystkim prościej byłoby prokuratorowi Ziobro całą elitę Nowoczesnej i Platformy postawić przed sądem i wszystkich skazać na wieloletnie więzienie. W końcu, jeśli łamać demokrację, to co szkodzi pojechać po tak zwanej całości? Przepraszam za brutalność, ale o numer z kamerą to ja bym nawet nie podejrzewał Platformy Obywatelskiej z posłem Szejnfeldem na czele. Choć dziś już wiadomo, że mamy do czynienia z zaledwie kolejną próbą opozycji uzyskania choć jednego punktu w walce z PiS-em, nie zmienia to faktu, że refleksje pozostają.
Otóż chodzi o to, że dziś jesteśmy w stanie prawdziwej propagandowej wojny. Grzegorz Schetyna wprawdzie swego czasu określił to, co się nam szykuje, jako „opozycję totalną”, ale jeśli zrozumiemy, co się dzieje w rzeczywistości, to przy tym określenie „opozycja totalna” brzmi jak gra w berka. Jeśli przyjrzymy się temu, jak się rozwija sytuacja w kraju, musimy uznać, że w gruncie rzeczy stoimy w obliczu zamachu stanu, tyle że prowadzonego nie przez wojsko, czy zorganizowane przez opozycję bojówki, lecz przez tak zwane elity i ich reprezentację w najróżniejszych państwowych instytucjach. A konkretnie rzec ujmując, przez władzę sądowniczą, zdominowane skutkiem wyborczego fałszerstwa z roku 2014 samorządy, oraz przez wszelkiego rodzaju związki i korporacje, a wszystko to z pełną autoryzacją ze strony wszelkich możliwych instytucji europejskich.
W którymś z komentarzy w Internecie ktoś zwrócił uwagę, że przez minione 8 lat, kiedy pełnię władzy – i to władzy wszelkiej – pełniła Platforma Obywatelska, PiS konsekwentnie poszerzał swój elektorat i wywalczał dla siebie coraz szersze poparcie, jednak w tym czasie nikomu z naszej strony nie przyszło nawet do głowy, by o pomoc w walce z rządem zwracać się do Europy, czy gdziekolwiek indziej, poza potencjalnym elektoratem. I to jest oczywiście prawda, ale nie wolno nie pamiętać, że kiedy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, nie było w całym świecie ani jednej instytucji, do której politycy Prawa i Sprawiedliwości choćby teoretycznie mogliby się zwrócić o solidarne wsparcie. Ani w sprawie inwigilacji, ani braku demokracji, ani fałszerstw wyborczych, ani nawet Smoleńska i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Cały ten okres ośmiu lat to była całkowicie samotna walka prowadzona wyłącznie w oparciu o własne zasoby, wobec której świat pozostawał w najlepszym wypadku obojętny. Nawet sojusznik tak wydawałoby się naturalny, jak Kościół, wspierał tę walkę jedynie przez osobiste zaangażowanie pojedynczych księży i biskupów. Krótko mówiąc, ostateczne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości roku 2015 to był wynik autentycznej walki w cieniu.
Sposób, w jaki sposób dziś z rzekomo antydemokratyczną władzą walczy opozycja, stanowi doskonałe przeciwieństwo tego, czego byliśmy świadkami przez minione lata. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli ocenić sytuację uczciwie, to udział w tej walce osób takich jak Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru, Mateusz Kijowski, czy nawet Władysław Frasyniuk z Aleksandrem Kwaśniewskim, ogranicza się do praktycznego minimum. Gdyby nie wsparcie przede wszystkim europejskich instytucji i polityków, a w kraju głównie zdominowanych przez Platformę i PSL samorządów, oraz wszelkiego rodzaju stowarzyszeń prawniczych, polityczna opozycja przede wszystkim by nie istniała, a o tym, by kiedykolwiek powrócić do wielkiej polityki, nawet nie mogłaby marzyć. Petru, Schetyna, czy Kijowski, bez wsparcia instytucji europejskich i lokalnych elit, zostaliby starci z powierzchni ziemi w ułamku sekundy. Gdyby nie politycy z tak zwanej Komisji Weneckiej, my byśmy nie wiedzieli, kim oni są. Bez tej pomocy przeróżnych trybunałów, stowarzyszeń, związków, porozumień, inicjatyw na rzecz, fundacji… można by wymieniać, oni byliby nikim. Ich nazwiska rozpłynęłyby się we mgle bieżących zdarzeń.
I moim zdaniem, ta właśnie refleksja jest niezwykle znacząca, a jednocześnie bardzo pocieszająca dla tych z nas, którzy będąc świadkiem tej niesłychanej wręcz agresji, tracą wiarę. Tu naprawdę nie ma się czego bać. Jeśli tylko Prawo i Sprawiedliwość nie zgubi z pola widzenia podstawowego celu, jakim jest spełnienie oczekiwań tych wszystkich z nas, którzy zarówno wiosną, jak i jesienią ubiegłego roku, oddali swój głos zarówno za prawo, jak i za sprawiedliwość, ten cały skowyt nie będzie miał żadnego znaczenia. Z tego prostego powodu, że tam tak naprawdę nie ma jednego człowieka, który by miał świadomość tego, czym jest człowieczeństwo. To wszystko jest wyłącznie wydrukowane na kartce papieru rozporządzenie. A co gorsza, nikt nawet nie chce się przyznać, że to on je ułożył. W ten sposób, proszę państwa, władzy się nie zdobywa. Nie tak.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Daję słowo, ze dalej szukać nie trzeba.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Padają jak muchy, czyli that's entertainment


Wprawdzie nauczony na wcześniejszych cudzych błędach, ktoś tam bardzo przezornie zdecydował, żeby ciało zmarłego niedawno piosenkarza Prince’a jak najszybciej spalić, ale i tak, jak donoszą media, wychodzi na to, że przyczyna jego śmierci jest bardziej skomplikowana, niż się na początku mogło wydawać. Otóż na przykład u niego w domu znaleziono całą kupę niezrealizowanych recept na niezwykle silne środki przeciwbólowe, a w dodatku okazuje się, że owo gwałtowne lądowanie samolotu z artystą na pokładzie nie było wymuszone tym, że on akurat tam zachorował na grypę, tylko zwyczajnie gwałtowną utratą przytomności. Oczywiście, cokolwiek tam się wydarzyło, jak uczy nas życie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jako że tego typu śmierci są od samego początku wpisane w koszta, a nam nic do tego. My najwyżej możemy sobie kupić płytę z piosenkami Prince’a, albo liczyć na to, że może wreszcie na youtbubie pojawią się jego koncerty. A dalej będzie tak jak było. Nie nasza sprawa. A jeśli idzie o mnie, to ja chętnie przypominam swój stary tekst o Michaelu Jacksonie, jeden też z rozdziałów mojej książki o muzyce. Polecam.

Osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

Wspomniana na początku książka, gdyby ktoś szukał, jest tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

środa, 27 kwietnia 2016

Czy w Reichu lubią słuchać piosenek Mariusza Kalagi?

W jednym z dawnych już tekstów, w których, przyznaję, że być może ze zbyt dużą dezynwolturą, przedstawiłem swoje emocje, gdy chodzi o tak zwaną śląskość, opisałem wydarzenie, które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie i niewykluczone, że w jakiś sposób sprawiło, że w ogóle postanowiłem na ten temat się wypowiedzieć. Otóż w pewien zimowy wieczór stałem sobie na przystanku tramwajowym w Chorzowie i czekałem na tramwaj do Katowic. Obok znajdował się tak zwany „sklep muzyczny”, co oznaczało sprzedaż płyt CD, i z wystawionych na zewnątrz głośników leciały śpiewane w języku niemieckim piosenki reprezentujące gatunek powszechnie znany pod nazwą „muzyka biesiadna”. Ktoś się zapyta: „Czyli disco polo?” Otóż nie. Przede wszystkim, disco polo, jak sama nazwa wskazuje, to jest muzyka polska, a poza tym, przy tym, co usłyszałem tamtego zimowego wieczoru na przystanku tramwajowym w Chorzowie, disco polo to zdecydowanie sztuka wysoka. Tam grano niemiecką piosenkę biesiadną.
Postanowiłem dziś wrócić do tamtych wspomnień, bo parę dni temu, nudząc się nagle jak pies, zacząłem skakać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na telewizję, której szczęśliwie nigdy wcześniej oglądać nie miałem okazji, a tam akurat trwał koncert życzeń. Każdy z nas, który pamięta głęboki PRL, wie też, co to takiego ów koncert życzeń. Otóż była to, bądź to telewizyjna, bądź radiowa audycja, gdzie puszczano nam piosenki z dedykacją dla osób mniej lub bardziej bliskich. Program zwykle prowadzili pan i pani, w pewnym momencie pojawiał się komunikat typu: „Dla ukochanej mamy i żony Kasi Jędrzejczak z Sosnowca z okazji 34 rocznicy urodzin, z najlepszymi życzeniami od męża Władka, córki Janeczki i syna Kazika”, no a potem już leciał Krzysztof Krawczyk lub Anna Jantar. I tak przez godzinę. Od czasu jednak jak Polska wstąpiła na drogę demokracji, a potem konsekwentnie stała się częścią Europy, koncerty życzeń stały się przeżytkiem, a jeśli ktoś z nas dziś chce zaistnieć w przestrzeni ogólnopolskiej, to może najwyżej zatelefonować do Szkła Kontaktowego, ewentualnie do Radia Maryja i liczyć na to, że go puszczą.
I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nagle, między jedną a druga wizytą w Polsce Komisji Weneckiej, wpadam na telewizję Silesia, a tu dwie kobiety wyglądające, jak gwiazdy zabawy tanecznej w mojej wiosce w roku 1966, siedzą za wielkim stołem i w języku śląskim zapowiadają, że z okazji urodzin… i tak dalej. A po tej zapowiedzi pojawia się niejaki Mariusz Kalaga i mamy to:



A zatem, jak widzimy, nie jest to ani Krzysztof Krawczyk, ani Anna Jantar, ani nawet Reni Jusis, lecz niejaki Mariusz Kalaga. Tamci mogą się lansować w cieple III RP, tu natomiast znajdujemy się w wymiarze całkowicie osobnym i faktycznie, gdyby nie wciąż pewne suflowane bokiem zagrożenia w postaci uwag Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” to Kalaga musiałby albo zacząć śpiewać po niemiecku, albo do wypełniania radością kolejnych dni by mu znaleziono godnego zastępcę w wydaniu oryginalnym. No ale Kalaga, jak widzimy, śpiewa jak najbardziej po polsku, a jak przejrzymy jego bogate dossier na youtubie, to i znajdziemy nawet oryginalne wykonanie „Barki”.
I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, jest w ciężkim błędzie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie niedawno ulicą Młyńską w Katowicach i, tak jak to zawsze czynię przy tej okazji, mijając sklep z muzyką, zatrzymałem się, by zobaczyć, co tam dziś dają. I oto od lewej do prawej, najpierw była nowa płyta tego satanisty Bowiego, obok płyta tej satanistki Rihanny, a jeszcze bardziej na prawo Kalaga i jego DVD zatytułowane „Benefis Mariusza Kalagi – 30 lat na scenie”. Przepraszam bardzo, ale to jednak znacznie dłużej niż… no może nie Bowie, ale Rihanna na pewno.
Najnowsza płyta Bowiego „Black Star”, którą on nagrał i następnie oddał swoją duszę Diabłu, uważam za jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Wysłuchałem ją raz i dalej już nie słucham, bo się boję. Nowej płyty Rihanny słucham czasem i uważam, że to jest kawał fantastycznego wręcz popu. No ale tu nagle mamy tego Kalagę, ten koncert życzeń w TV Silesia, te 30 lat na scenie, no i ten Śląsk, tak bardzo ekspresyjny na przystanku tramwajowym w Chorzowie pewnego zimowego wieczoru. Patrzę więc na tego Kalagę, staram się wczuć w emocję tych wszystkich ludzi, którzy mnie każdego dnia otaczają z każdej strony i dla których z takim sukcesem wciąż działa ta dziwna telewizja i myślę sobie, że oni naprawdę uwierzyli, że są poza tym wszystkim; że ich ta cała Polska nie interesuje; że oni stanęli właśnie na progu upragnionych Niemiec i za chwilę znajdą się w raju.
Otóż, tym razem ze szczerym zrozumieniem i jednak sympatią, zmuszony jestem ich poinformować, że oni są już mocno spóźnieni. Jeśli chcą sobie posłuchać fajnych szlagrów, to tylko tu, w Polsce. Tam w Reichu większość leci już wyłącznie po angielsku. Tam Kalaga się najzwyczajniej w świecie nie mieści. Takie czasy.

Jeśli chodzi o książki, to ja naprawdę szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam są wszystkie książki, które aktualnie są warte uwagi. W tym sześć moich. Polecam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

James Woods - nasz człowiek w Hollywood?

Znów z pewnym opóźnieniem wymuszonym przez sprawy bieżące przedstawiam felieton z aktualnego wydania „Warszawskiej Gazety”. Jeszcze raz James Woods vs. Bono.

Od kilku dni cała Polska jest pod wrażeniem wystąpienia wokalisty znanej grupy muzycznej U-2, o ksywie Bono przed amerykańskim Senatem, Wyraził ów Bono tam przekonanie, że w wielkiej europejskiej rodzinie cywilizowanych i demokratycznych państw są dwa reżimy faszystowskie, a mianowicie Węgry i Polska, i zwrócił się do Amerykanów z apelem, by odpowiednio zareagowali. Wystąpienie Boniego – nie moja wina, że tak to się chyba powinno odmieniać – Amerykanie, jak się zdaje zlekceważyli, natomiast z wielkich światowych przywódców odezwał się król Europy, Donald Tusk i na swoim profilu na Twitterze wrzucił niezwykle tajemniczą, a jednocześnie głęboką uwagę: „Pro publico Bono”, czym jednych doprowadził do prawdziwej ekstazy, a innym kazał uznać, że Bono już nie jest sam i w tej chwili mamy dwóch idiotów.
Gdy chodzi o reakcję polskich mediów, również można zauważyć dwa głosy. Z jednej strony cały Internet – a jak wiemy dziś to raczej Internet jest wyrazicielem głosu opinii publicznej – z obu durni okrutnie kpi, natomiast reakcję mediów oficjalnych najlepiej odzwierciedla wypowiedź Moniki Olejnik z telewizji TVN24 oraz „Gazety Wyborczej”, która na czyjąś uwagę, że może byłoby lepiej, gdybyśmy zamiast analizować polityczne refleksje jakiegoś dawno już artystycznie zdechłego piosenkarza, porozmawiali choćby o wspólnym liście Victora Orbana i Helmuta Kohla na temat kryzysu uchodźców w Europie, z pełną powagą odpowiedziała, że Bono jest od Kohla większym autorytetem.
Ponieważ, jak widzimy, państwo się bawią, końca owej zabawy nie widać, w dodatku z każdej strony dochodzą do nas kolejne propozycje, jak by tu można było zająć naszą uwagę tematami zastępczymi i jak zawsze podstępnymi, pragnąłbym zwrócić uwagę na inny głos, osoby co najmniej tak samo zasłużonej dla światowej sztuki, jak wspomniany Bono, a mianowicie słynnego amerykańskiego aktora nazwiskiem James Woods, znanego nam choćby z takich filmów jak „Casino”, „Dawno temu w Ameryce”, czy „Męska gra” i dużo ponad stu innych. Otóż ów James Woods, ostatnio bardzo mocno zdeklarowany człowiek konserwatywnej prawicy, w komentarzu na Twitterze napisał co następuje: „A więc Polska, od zawsze wystawiona na różnego rodzaju złośliwości, wykazuje zdrowy rozsądek niedostępny dla Obamy, Clintona, czy Merkel…”
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę, gdy chodzi o oceny polityczne takich ludzi jak Bono, James Woods, czy, u nas w Polsce, jakiś Marek Kondrat, czy Daniel Olbrychski, lub Zbigniew Hołdys, one są bez znaczenia z tego powodu, że tak zwani ludzie sztuki od zawsze byli raczej popularnym pasem transmisyjnym treści, które chcą nam przekazać rządy, banki, czy wielkie biznesy i my nie mamy powodu, by się do nich szczególnie przywiązywać. Gdy chodzi jednak o kogoś, kto pochodząc z samego centrum tego gniazda żmij, głosi pooglądy, za które w swoim środowisku zostanie najprawdopodobniej wyklęty, nie zaszkodzi się jednak na jego słowach skupić.
Popatrzmy więc z życzliwością na Jamesa Woodsa.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Gdy Prawo i Sprawiedliwość poczuło moc

Ponieważ jestem pewien, że dziś naprawdę mało który z czytelników tego bloga to wie, przypomnę chętnie, że partia Porozumienie Centrum powstała w maju 1990 roku. Zbliżały się wybory prezydenckie z Lechem Wałęsą jako oczywistym faworytem, rząd Tadeusza Mazowieckiego z dnia na dzień budził coraz większą publiczną niechęć, a potem już tylko wściekłość, Bronisław Geremek na ostatnim już chyba oddechu próbował budować coś, co miało się nazywać Partią Solidarność, a co miało powtórzyć w Polsce historyczny sukces meksykańskiej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, kiedy to Jarosław Kaczyński zarejestrował partię pod nazwą Porozumienie Centrum.
Gest ten wywołał oczywiście ze strony systemu falę wściekłości, jaką Polska po roku 1989 przeżyła może parę tylko razy. Przede wszystkim oczywiście poszło o Kaczyńskiego, którego oni z całą pewnością mieli na oku już od pewnego czasu, ale głownie z tego powodu, że jemu przyszło do głowy zakładać partię polityczną w sytuacji, kiedy, jak powszechnie było wiadomo, w nowym układzie politycznym coś takiego, jak partia, jest bzdurą i przeżytkiem. Dziś nam jest w to pewnie bardzo trudno uwierzyć, ale w roku 1990 naprawdę oficjalny przekaz był taki, że partie polityczne są zbędne. Wystarczy mniej więcej coś takiego, jak to, co dziś proponuje Paweł Kukiz, a więc powszechny ruch obywatelski. Z tą oczywiście różnicą, że dziś Kukiz niczego nie zakazuje, natomiast Geremek zupełnie otwarcie wzywał do likwidacji partii politycznych.
Powstało więc w maju, wśród zgiełku najbardziej wściekłej propagandy, owo Porozumienie Centrum, a we wrześniu moja żona złożyliśmy odpowiednie wnioski i zostaliśmy jednymi z pierwszych członków. Jesienią zeszłego roku podczas krakowskich targów książki spotkałem marszałka Ryszarda Terleckiego, powiedziałem mu, że jestem przy Kaczyńskim nieprzerwanie od września 1990 roku, na co on się zaśmiał, powiedział „A to widzę, że jest pan członkiem Zakonu” i sobie poszedł.
Mijały lata i tu chyba większość z nas mniej więcej wie, jak się sprawy przez lata rozwijały. W każdym razie, kiedy w roku 1998 Służby doprowadziły praktycznie do unicestwienia pozbawionego przywództwa Porozumienia Centrum i w jego miejsce powstał twór pod nazwą Partia Chrześcijańsko-Demokratyczną ja i moja żona otrzymaliśmy od lokalnych struktur Porozumienia Centrum oficjalną propozycję wstąpienia do nowej partii, powiedziałem im, że ja już do końca życia pozostanę z Jarosławem Kaczyńskim, no i zostałem. Przyszedł rok 2000, dla uczczenia nowego milenium Loża zdecydowała zamknąć projekt pod nazwą „socjaldemokracja”, powstało Prawo i Sprawiedliwość, a w reakcji na ten ruch Służby w jednej chwili założyły Platformę Obywatelską. Lech Kaczyński został prezydentem, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, po dwóch latach System odzyskał władzę, a ja i moja żona, wśród tych szyderczych wrzasków, głównie w geście solidarności, ale też całkowicie naturalnie przecież, wstąpiliśmy do Prawa i Sprawiedliwości. I tak pozostajemy najpierw przy Lechu i Jarosławie Kaczyńskich, a dziś już tylko przy Jarosławie do dziś. Każdy kto czyta ten blog, z całą pewnością zdaje sobie sprawę ze stopnia praktycznego zaangażowania i ofiarności, jaką przez te lata wykazaliśmy zarówno ja, jak i moja żona, na rzecz tego, by ów projekt ostatecznie zatriumfował.
Przez te wszystkie lata to tu to tam pojawiały się głosy, że ja trzymam się tego Kaczyńskiego, bo albo coś od nich dostaję, albo na coś mocno liczę. Otóż nic z tego. Nawet moje kandydowanie do Sejmu w roku 2011 nie było moim pomysłem, lecz stanowiło prostą reakcje na prośbę tych samych ludzi, którzy w roku 2008 zachęcali mnie do tego, bym wstąpił do Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Chodziło o to, by partia miała długą listę, no i ja byłem jednym z tych, który zgodził się ją uzupełnić. Bez chwili zastanowienia, jak zawsze.
Poza tym jednak moja przynależność do Prawa i Sprawiedliwości nie dała mi nic ponad tę satysfakcję, że jestem tam, gdzie być powinienem, no i różnego rodzaju dokuczliwości, włącznie z utratą pracy na pewien czas, a w konsekwencji konieczność uruchomienia zbiórki z tytułu prowadzenia tego bloga. To też część z nas pewnie pamięta.
I oto parę dni temu moja żona otrzymała pismo od lokalnego zarządu partii, że jeśli nie ureguluje zaległych składek zostanie skreślona z listy członków. Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem też w tych dniach człowieka, który osobiście w roku 2008 namawiał mnie do wstąpienia do nowej partii, który poinformował mnie, że Prawo i Sprawiedliwość poczuło się na tyle mocno, że zdecydowało się na czysto załatwić kwestie członkostwa i że, gdy chodzi o mnie, to z uwzględnieniem dwudziestu książek, które im w międzyczasie podarowałem, zalegam im na paręset złotych i jeśli ich nie ureguluję, wylecę.
I ja pragnę tu uroczyście oświadczyć, że przedstawiona sytuacja cieszy mnie niezmiernie. Przede wszystkim, z praktycznego punktu widzenia, ja naprawdę przez swoje członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości miałem więcej problemów, niż korzyści. Od czasu gdy zacząłem wydawać książki, oni nawet nie uznali za stosowne poinformować miejscowych sympatyków o tym, że jeden z nich coś tam osiągnął w skali pozalokalnej. Nie zorganizowali mi tu nawet jednego spotkania. Zapraszali praktycznie wszystkich – nie mnie. Ale pies ich drapał. Ja to rozumiem. Oni są zajęci swoimi karierami i trudno od któregokolwiek z nich oczekiwać, że się wybiją na wolność. Pretensji nie mam, zwłaszcza, że wbrew zachęcie, bezpośrednio swego czasu do mnie skierowanej przez samego Jarosława Kaczyńskiego, bym się zaangażował w partyjną działalność w ramach zwyczajowych procedur, ja się w tę działalność nie zaangażowałem – pomijając oczywiście tamten start w wyborach – ani na jotę. Nawet nie odkładałem na te nieszczęsne składki. A o mojej żonie już nawet nie wspominam. Myśmy się wyłącznie ograniczali do dawania świadectwa.
Nie mam więc pretensji, ale wręcz przeciwnie, niezmiernie mnie ta sytuacja cieszy. Ja sam bym zapewne z partii nie odszedł i bym dalej musiał się męczyć z wszelkimi ograniczeniami, jakie to członkostwo jednak na mnie wymusza. A nikt nie wie, jak to bywa męczące. Poza tym, ja się autentycznie cieszę, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wreszcie taki sukces, że oni mogą sobie pozwolić na to, by wszystkich niepłacących członków zwyczajnie wywalić na pysk. Jestem pewien, że poza Prawem i Sprawiedliwością dotychczas w Polsce takiego ruchu nie wykonał nikt. A to musi świadczyć o tym, że kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego jest dziś zupełnie wyjątkowa. Na niczym innym nigdy mi nie zależało.
Te zaległości, nawet jeśli je zsumować, to w sumie nic porażającego. Jakieś parę stów. Jednak chyba się jednak nie zdecyduję, bo raz, że mam inne, bardziej podstawowe wydatki, a dwa, że mi autentycznie nie zależy. Gdybyśmy znów dostali w łeb, jak parę razy wcześniej, to bym się oczywiście sprężył, ale teraz? Cóż im po mnie? A jeśli idzie o te książki, które ode mnie dostali, to niech je sobie tam przekładają ze stolika na stolik. Gdyby się postarali, już dawno by na nich zarobili więcej, niż dziś jestem im winien. Ale, aby choć jedną sprzedać, musieliby najpierw ludziom wyjaśnić, w czym rzecz, no a ponieważ tego nie zrobią, kto im za nie da choć złotówkę? Przecież nikt.
Ale, jak mówię, cieszę się bardzo. Każdego dnia widzę, jak Prawo i Sprawiedliwość orze ten syf, jaki nam zostawiła po ośmiu latach Platforma Obywatelska i kiedy widzę, jak im świetnie idzie, jak Polska to szanuje i wspiera, jestem pełen radości. Jesteśmy z Polską.

Co do wspomnianych książek, przede wszystkim nie wykluczam, że gdzieś tam w katowickim oddziale PiS-u można kupić jeszcze parę egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”. Pozostałe tytuły oczywiście są do nabycia głównie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books. Szczerze zachęcam.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

sobota, 23 kwietnia 2016

Justyna Pochanke wstępuje do PZPR, czyli dobra zmiana

Zachowując oczywiście odpowiedni poziom ostrożności, gdy chodzi o wszelkie – powtarzam, wszelkie – poczynania naszej obecnej władzy, muszę wyznać szczerze i z podniesionym czołem, że od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za państwowe media, swoje dotychczas ulubione TVN24 zacząłem oglądać z doskoku, natomiast jeśli zdarza mi się oglądać politykę w telewizji, to niemal wyłącznie TVP. A zatem, pragnę ogłosić, że jeśli dziś zestawimy dwa główne dzienniki informacyjne, czyli tefauenowskie „Fakty” i rządowe „Wiadomości”, to w ogóle nie ma o czym mówić. „Wiadomości” to są profesjonalnie redagowane wieczorne wiadomości, ciekawe i dostarczające wszelkiej potrzebnej wiedzy, natomiast TVN, jak się domyślam, w wyniku jakiejś ciężkiej desperacji, popadł w kompletny obłęd i już nawet nie udaje, że im chodzi o coś innego, jak tylko o tępą propagandę tworzoną na rzecz politycznej opozycji.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że od czasu, gdy w telewizji publicznej pojawili się bracia Karnowscy, Jerzy Targalski, Rafał Ziemkiewicz, Witold Gadowski, a ostatnio nawet – o zgrozo – Marian Kowalski, wielu z nas zesztywniało i owo zesztywnienie trzyma się nas mocno i na dobre, rzecz jednak w tym, że w TVP obok Targalskiego mamy Wielowieyską, obok Ziemkiewicza Wrońskiego, a obok Karnowskiego jakiegoś Stankiewicza. I szafa gra. Nikomu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza nawet wtedy, gdy nagle, z jakiegoś niezbadanego powodu, trzeba nam oglądać wyłącznie bandę jakichś szpicli, bo wiemy, że i tak dajemy radę.
Jak mówię, od pewnego czasu TVN24 oglądam z doskoku, ale jednak oglądam. Otóż to co na mnie zrobiło wrażenie zupełnie wyjątkowe, to to, że tak jak zmieniła się telewizja publiczna, tak samo zmienił się TVN, tyle że TVN – co wydawałoby się nie do zrobienia – zdecydowanie na gorsze. I to w stopniu wręcz porażającym. Podczas gdy oni wcześniej, zwłaszcza w trakcie jednej i drugiej kampanii wyborczej – mimo że wszyscy przecież wiedzieliśmy jak się sprawy mają – starali się jednak robić wrażenie kogoś, kto informuje, dziś nie zachowują nawet pozorów. Tu już mamy wyłącznie walkę o przeżycie.
Przez ostatnie dni, ot tak dla zaczerpnięcia oddechu, chciałem obejrzeć, co słychać we wspomnianym TVN-ie, czyli konkretnie w ich sztandarowych „Faktach po faktach”. I proszę sobie wyobrazić, że w minioną środę cały czas był wypełniony przez ministra w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, Jerzego Hausnera, w czwartek pokazano dwie debaty, jedna z udziałem znanego nam aż zbyt dobrze Ryszardem Kaliszem, i jakiegoś Żurka z Krajowej Rady Sądownictwa, a następnie między Pawłem Śpiewakiem, a psychologiem Santorskim. Po nich jeszcze była „Kropka nad i”, a w niej sam Roman Giertych. Kiedy wczoraj rzuciłem okiem, by zobaczyć, czy oni się może opamiętali, okazało się, że jedynym gościem „Faktów po faktach” jest Włodzimierz Cimoszewicz, natomiast w programie Piaseckiego dyskutują Barbara Nowacka i Krzysztof Bosak.
Gdyby ktoś nie wiedział, telewizja TVN24 od wielu lat prowadziła taką politykę, że właściwą propagandę sączyła niejako bokiem, natomiast na zewnątrz tworzyła wrażenie, że informuje. Kształt programu „Fakty po faktach” był w związku z tym taki, że dzień w dzień na dwa różne tematy dyskutowały dwie pary rozmówców, reprezentujących dwie strony politycznego konfliktu. Oczywiście, prowadząca program zachowywała jak najbardziej pozycję strony sporu, ale jakoś to wyglądało. Dziś nagle okazuje się, że TVN pokazuje albo wyłącznie Hausnera, albo Cimoszewicza, albo – co się oczywiście zdarzało wcześniej – Marcinkiewicza, czy Olechowskiego, by nie wspomnieć o Petru, który jest tam zawsze i bardzo regularnie, a jeśli już się uda zorganizować jakąś debatę, to Kalisza z Żarkiem i Śpiewaka z Santorskim. A po nich Giertycha.
Ktoś powie, że ja już musiałem naprawdę upaść bardzo nisko, by się zajmować takimi głupstwami, jak to, kto występuje w telewizji TVN24. Dla mnie jednak to co się dzieje w tej właśnie telewizji stanowi autentyczny problem. Bo oto okazuje się, że w momencie gdy TVP jednak wróciło do jakiejś równowagi, oni najwyraźniej oszaleli. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga, TVN24 oglądam od ponad już 10 lat i nigdy nie widziałem, by oni aż tak – przepraszam za kolokwializm – „odjechali”. Jak już raz powiedziałem, tam zawsze były zachowane pozory. Cokolwiek by się działo, to cały wysiłek szedł na ukryty przekaz, na wierzchu natomiast mielismy prawdziwą „Europę”. Dziś natomiast, w ciągu trzech zaledwie dni, musimy oglądać dwa pełne 30 minutowe wywiady z dwoma już dawno zapomnianymi komunistycznym dygnitarzami, a wszystko po to, byśmy usłyszeli, że PiS zagraża demokracji.
I oczywiście, ja mam świadomość, że rozwój politycznych zdarzeń do tego stopnia zaskoczył media, że oni zwyczajnie stracili głowę, ale biorę pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Ze względu na to, że Telewizja Polska nagle stała się tak bardzo poważnym i poważnie traktowanym medium, znaczna część prawicowych polityków, czy dziennikarzy najzwyczajniej w świecie uznała za bardziej opłacalne tracić swój czas właśnie tam, a nie na jakiejś Wiertniczej. A więc biorę mocno pod uwagę taką ewentualność, że w tej chwili jest tak, że asystent Pochanke, czy Olejnik dzwoni do któregoś z polityków PiS-u z zaproszeniem na wieczór i słyszy, że może innym razem, bo oni na dziś mają inne plany.
Pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy wydawało się jeszcze, że PiS do władzy nie wróci nigdy, partia postanowiła przeprowadzić bojkot telewizji TVN. Choć oczywiście sam pomysł był uczciwy i sensowny, nic z niego nie wyszło, bo kierownictwo stacji zaczęło zapraszać jako polską prawicę takich ludzi jak Marek Jurek, Artur Zawisza, czy Marian Piłka, a ci oczywiście rzucili się na te swoje 15 minut, jak pies na kość, i biznes przeżył. Dziś jednak biorę mocno pod uwagę taką opcję, że jeśli TVN24 pokazuje wyłącznie Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Marcikiewicza, czy Giertycha, to dlatego, że cała reszta siedzi od rana do wieczora w TVP Info i ani im w głowie się ruszyć. Dlaczego? Bo wiedzą, że tam w tej chwili jest jedyny przekaz, że tylko tam obecnie można się jakoś pokazać. I myślę sobie, że gdyby faktycznie tak to miało być, to ja bym musiał uznać, że Prawo i Sprawiedliwość faktycznie odniosło zwycięstwo. I to by była dla mnie wiadomość naprawdę dobra. Nawet jeśli lada chwila zostanę wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości za zaległości w płaceniu składek, na co się zanosi. Ale to już inny temat.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

piątek, 22 kwietnia 2016

Deep in the woods, czyli o umieraniu wśród oklasków

Miałem o tym pisać już parę dobrych tygodni temu, ale tak jak to ostatnio bywa, czas mnie pożarł i tyle przynajmniej dobrego, że parę istotnych rzeczy w tym czasie udało się jednak powiedzieć. Chciałbym jednak wrócić do owej zaległej kwestii, która pod pewnym względem być może przewyższa wszystko inne, co nas ostatnio dręczy i nie daje spać. Oto, jak pewnie każdy z nas musiał w swoim czasie zauważyć, jeszcze jesienią zeszłego roku zaginęła w Poznaniu młoda kobieta nazwiskiem Ewa Tylman. Była noc z niedzieli na poniedziałek, owa Tylman bardzo wczesnym rankiem wracała z nocnego imprezowania do domu, no i gdzieś się po drodze zapodziała. Towarzyszył jej znajomy nazwiskiem Z., który akurat wrócił do domu bezpiecznie i tylko po to, by następnie zapewnić policję, że on nic z tego co się stało nie pamięta, bo oboje byli bardzo pijani. To że oni wracali razem i że był wczesny ranek wiemy z obrazu zarejestrowanego przez miejskie kamery. Ewy Tylman dotychczas nie odnaleziono. Podobno Z. wrzucił ją do Warty. Podobno.
To są zatem podejrzenia, co natomiast wiadomo na pewno, to przede wszystkim to, że z jakiegoś niewyjaśnionego do końca świata powodu sprawa zaginięcia Ewy Tylman stanowi temat, jakiego współczesna Polska chyba nie miała. W ciągu minionych 25 lat zaginęły dziesiątki, jeśli nie setki czy tysiące młodych kobiet i pies z kulawą nogą się na ich temat nie zająknął. Rodziny poinformowały o zaginięciu policję, policja sprawę odhaczyła, dziennikarze wzruszyli ramionami i świat się kręci, jak kręcił. Gdy chodzi o Tylman, media staja na głowie, byśmy o zdarzeniu nie zapomnieli i przynajmniej raz dziennie pytali: „Znaleźli już tę Tylman?”
Drugie co wiemy, to to, że ów Z., który został z Tylman sfilmowany przez miejskie kamery, a dziś diabli wiedzą, co się z nim dzieje, to jakiś aspirujący model i satanista. No i to oczywiście jest temat przynajmniej dla mnie fascynujący, tyle że co z tego, kiedy jedyne co słyszymy, to pytanie, czy Ewa Tylman się wreszcie z tej Warty wynurzyła, czy nie. Nawet nie wiemy, kim ona, czy jej rodzice, byli, że cała Polska musi się jej zaginięciem zajmować. Może chodzi o to, że, jak wskazują zdjęcia, ona była chyba ładna. A może po prostu mamy w ogóle do czynienia z jakimś lepszym towarzystwem? A może chodzi o ten satanizm i o to, że oni wpadli w ciężką panikę i z jednej strony nie chcą niczego wyjaśnić, a z drugiej, nie potrafią sprawy zamknąć. Doprawdy nie wiem.
Ale to jeszcze nie pora, by zacząć wrzeszczeć. Oto jakiś czas temu ukazała się w mediach wiadomość, że z Warty wyłowiono zwłoki młodej kobiety i policja bada, czy to przypadkiem nie jest Ewa Tylman. Nie niegdysiejsza Kasia, nie Zosia, nie Magda, nie dziesiątki innych dziewcząt, które przez te wszystkie lata zmarły w czarnym nurcie Warty, ale Ewa Tylman, gwiazda Nowego Wspaniałego Świata.
No i niestety, po kilku dniach pełnego napięcia wyczekiwania, okazało się, że nie. To nie Tylman, ale jakaś Daria. Co za żal, co za nędza. Daria? Pewnie jakaś gruba wieśniarą. A kogo ta jakaś Daria obchodzi?
Jeśli ktoś myśli, że ja tu dokonałem jakiejś manipulacji, niech się nie łudzi. To wszystko dobyło się dokładnie w ten sposób. Wszyscyśmy mieli nadzieję, że wyłowiono Tylman, a tymczasem, cholera ciężka, okazało się, że to jest zaledwie jakaś Daria. Utonięta w Warcie diabli wiedzą kiedy, po co i przy jakiejś okazji.
A ja sobie myślę, że skoro o tym sataniście już pewnie nie usłyszymy, a i prawdopodobnie owa Ewa Tylman pozostanie w naszej pamięci już niczym innym, jak tak zwanym „miejskim mitem”, skupmy się na Darii. Biednej, nikomu niepotrzebnej Daria, która się nieproszona wpieprzyła w tak misternie poukładaną historię. Co za nietakt! Co za buractwo!
No ale też miejmy na oku te straszne, wiecznie w najwyższej formie media. To co oni zrobili z Darią powinno nam uświadomić pełnię tego zła od początku do końca. Sposób, w jaki oni potraktowali Darię, to bezpośredni i idealny dowód na to, że dla nich jest już miejsce tylko w piekle i to na jego najniższym kręgu. Ale przy okazji, wyciągając z tej nauki wiedzę ściśle praktyczną, pamiętajmy proszę, że to jest świat obcy, do którego nie powinniśmy nawet na krótki moment zaglądać. Zwłaszcza w czasach, jak to niektórzy mówią, ostatecznych.

Wszystkich, którzy mają ochotę kupić sobie coś do czytania, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie mamy naprawdę dużo przeróżnych książek, a wszystkie najlepsze.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Kaczyński przewraca płot

Zabrało mi to całe trzy dni, ale w końcu zdecydowałem się kupić tygodnik „W Sieci” i przeczytać słynny już dziś bardzo wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. I tak jak się to już okazało wielokrotnie, to co mówi Kaczyński, a sposób, w jaki jego słowa są relacjonowane przez opozycję, oraz przez komentatorów, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony politycznej sceny, to dwie kompletnie różne rzeczy. Z tego co słyszymy, pierwsza i faktycznie jedyna informacja, jaka dochodzi do nas po wypowiedzi Kaczyńskiego, to ta, że między nim a Andrzejem Dudą panuje ciężki chłód, dalszy los Beaty Szydło robi wrażenie wybitnie ponure, no a sam Prezes nie jest w stanie dłużej znieść braku uwagi, z jakim spotyka się z każdej strony.
A wystarczyłoby choćby rzucić okiem na tytuł, jakim ozdobione jest okładkowe zdjęcie Kaczyńskiego: „Musimy jeszcze mocniej ruszyć do przodu”, by się zastanowić, czy tam przypadkiem nie chodzi o coś zupełnie innego. Nie o czyjeś osobiste pretensje, czy kompleksy, nie o próby poprawiania pozycji, lecz o coś, czego, jak się zdaje, dotychczas w Polsce nikt się nie zdecydował tak konsekwentnie realizować, a więc zwycięstwo totalne. I, jak sądzę, większość przeciwników obecnej władzy doskonale to rozumie i stąd owa desperacja, z jaką oni dziś plują, kłamią i manipulują.
W głosach komentujących wypowiedź Kaczyńskiego pojawiają się dwie kwestie. Pierwsza to wyraźnie podkreślenie, że według niego, sposób, w jaki funkcjonuje dziś władza, to wynik eksperymentu i eksperyment sam w sobie. Druga z kolei to ta, że Kaczyński rzekomo skarżył się na Prezydenta i jego otoczenie, że oni za bardzo dbają o opinię im wrogich. I to tyle na temat owej rozmowy. Czy naprawdę nic już więcej. Z tego co udało mi się usłyszeć, nic. Również, mimo że nie wszystko pewnie widziałem i słyszałem, nigdzie nie znalazłem następującego fragmentu z rozmowy z Prezesem, fragmentu moim zdaniem absolutnie kluczowego i wyjaśniającego wszelkie ewentualne wątpliwości co do tego, o co tu się toczy gra:
Są sukcesy, ale nic gorszego niż samozadowolenie nie może nas spotkać. Mówię jasno i wyraźnie: musimy iść do przodu, jeszcze przyśpieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty, musimy ruszyć jeszcze bardziej do przodu. Rząd musi być zwarty, musi myśleć wspólnymi celami. Te resortowe kłopoty, które – uczciwie mówiąc – są w rządzie, muszą zostać twardą ręką przełamane. […] Kiedyś Aleksander Kwaśniewski powiedział mojemu śp. Bratu, że u nas, gdy ktoś ma najmniejszy ogródek, to natychmiast zaczyna go grodzić, by inni nawet nie przeszli. I tak samo bywa w rządzie, co trzeba przełamywać”.
I jeszcze coś: „Nigdy nie miałem przesadnie idealistycznej wizji również własnego obozu, zwłaszcza po tym, jak się okazało, że nie da się zbudować wąskiej, w pełni sprawdzonej, partii kadrowej. Musieliśmy się otworzyć i wiemy, że zło może dotknąć także z nas. Ale tym się różnimy od poprzedników, że będziemy je zdecydowanie zwalczali. I mówię jasno, że tego oczekuję od rządu i pani premier. […] Nikt nie może się czuć bezpiecznie. Każdy na każdym stanowisku musi się starać, każdy musi wiedzieć, że zostanie oceniony”.
No i na koniec: „Bo nie ma nic gorszego niż samozadowolenie, nie ma nic gorszego niż przekonanie, że wszystko idzie świetnie. Powiem tak: jako naród mamy potężne zasoby. Mądre, dobre rządy mogą rozwiązać duża część problemów Polaków”.
Czy to wszystko się uda? Sam Jarosław Kaczyński podkreśla, że tego nie wie, bo jesteśmy od początku w stanie wyjątkowego eksperymentu, ale też zapewnia, że póki ma wpływ na to co się dzieje, nie spocznie, by tym razem to co rozpoczął przed laty, dokończyć.
I to jest przesłanie płynące z tej rozmowy: że on zrobi wszystko, by tym razem tego nie spieprzyć, bo i stawka jest najwyższa, i okazja być może jedyna.
I powtórzę: oni to wiedzą z całą pewnością. Doskonale wiedzą, że tym razem on nie popuści. Tym razem nikomu na tak zwany „krzywy ryj” nie uwierzy. I interesu pod nazwą Polska dopilnuje. Tym razem dopilnuje. I to musiało dotrzeć do tych, do których dotrzeć miało. Wspierajmy Jarosława Kaczyńskiego.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam gorąco.

środa, 20 kwietnia 2016

Zyta Gilowska, czyli żegnaj Kapitanie

Dziś znacznie spóźniony, bo aż z zeszłego tygodnia, mój felieton do „Warszawskiej Gazety”, poświęcony zmarłej i pochowanej już Zycie Gilowskiej. Mam jednak nadzieję, że pomoże on nam jeszcze raz, po tych wszystkich dniach, poczuć potęgę tej straty, no i pożegnać Ją raz jeszcze.

Pogrzeb Zyty Gilowskiej, choć był wydarzeniem w najnowszej historii Polski czymś zupełnie wyjątkowym i przez udział w nim najwyższych przedstawicieli państwa rangę tę w pełni potwierdził, przez ściśle określoną część mediów został zlekceważony, by nie powiedzieć – zbojkotowany. Kiedy w świdnickim kościele przemawiał najpierw prezydent Duda, a zaraz zanim niezwykle poruszającą mowę wygłosił Jarosław Kaczyński, telewizja TVN24 zajmowała się końmi Shirley Watts i opiniami o Polsce krążącymi wśród niemieckich dziennikarzy, a w wieczornym podsumowaniu dnia sprawie pożegnania prof. Gilowskiej poświęciła zaledwie migawkę. Wcześniej jeszcze, odkrywając swoje intencje tak, że bardziej chyba trudno sobie wyobrazić, zaprezentowała specjalnie przygotowane na tę okoliczność wspomnienie, którego znaczną część wypełniła kwestia dawno już rozstrzygniętych, a dotyczących Gilowskiej, wątpliwości lustracyjnych, a więc uciekając się do argumentów dla tego akurat towarzystwa dość obcych.
Przyznać muszę, że tego typu postepowanie było dla mnie pewnym szokiem. Oczywiście ja sam, znając Zytę Gilowską osobiście, utrzymując z nią przez kilka ostatnich lat dość bliski kontakt, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jakiego formatu człowiekiem ona jest, a dziś już ze smutkiem stwierdzam, że była. Miałem jednak też przy tym świadomość, że w tak zwanej przestrzeni publicznej, czy bardziej precyzyjnie mówiąc, systemowej propagandzie, funkcjonowała ona jako ktoś, kto choć wprawdzie się stoczył, to jednak wciąż należał do tej rzekomo lepszej strony polskiej sceny. Ów atak więc mnie, owszem, zaskoczył, a mimo to w pewien sposób moralnie umocnił, gdyż dzięki niemu zrozumiałem, że oni przez te wszystkie lata musieli o prof. Gilowskiej myśleć dokładnie tak, jak ja sobie mógłbym tylko wymarzyć, a więc z czystą i zimna nienawiścią. Kiedy zobaczyłem, jak oni ja potraktowali, kiedy już odeszła, doszedłem do przekonania, że to naprawdę musiał być ktoś nie byle jaki, by u tej bandy satanistów wzbudzić taką wściekłość.
Gdy chodzi o Zytę Gilowską, w wielu środowiskach przez wiele lat utrzymywało się wybitnie mylne przekonanie, że oto wśród nas pojawiła się osoba ideologicznie kompletnie obca, którą, jeśli powinniśmy szanować, to tylko przez jakiś nie do końca zdefiniowany kompleks Jarosława Kaczyńskiego, wobec którego pozostajemy bezradni. Dziś, kiedy już odeszła do Pana, nawet gdybym nie wiedział tego co wiem, wiedziałbym, że sposób, w jaki ona została potraktowana przez System, daje nam potwierdzenie jej najwyższych kwalifikacji. Ale ja swoją wiedzę mam. A jest to, jak już wspomniałem wiedza pochodząca z samej głębi naszej osobistej znajomości. Myślę, że znakomitym argumentem na ten czas po, będzie fragment z listu, który od niej otrzymałem, kiedy, choć bardzo słaba, jeszcze żyła. Proszę wsłuchajmy się w te słowa i zrozummy wreszcie, kogo Polska straciła:
Trzeba zwrócić się do Opatrzności, pamiętać o Przodkach i łapać dystans. W takich przypadkach cytuję sobie świętego Augustyna – ‘Ziemia jest naszym okrętem, nie siedzibą’. Zresztą, ‘Wszystkie włosy na naszej głowie są policzone’. To fakt”.

Wszystkich zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze są do nabycia moje książki. Polecam serdecznie i szczerze.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dlaczego James Woods nie słucha U-2?

W ostatnich dniach, na temat Polski, poza kilkoma politykami i instytucjami Unii Europejskiej głos zabrało też dwóch artystów, a mianowicie wokalista popularnej grupy muzycznej U-2, Bono, oraz znany aktor filmowy James Woods. Ponieważ, pomijając sam początek ich muzycznej kariery, do zespołu U-2 i do Bono osobiście czuję wyłącznie pogardę, a od czasu, gdy ów Bono, przy okazji specjalnej audiencji, Janowi Pawłowi II podarował swoje okulary, uważam go za idiotę, jego opinia na mój temat jest mi wysoce obojętna. Co innego James Woods. On zawsze, jeszcze w czasach głębokiego PRL-u należał do moich ulubionych aktorów, a takie filmy jak „Cebolowe pole”, „Po sąsiedzku”, czy wreszcie „Goście” Kazana, uwielbiałem głównie dzięki niemu. Dlatego też, kiedy niedawno dowiedziałem się, że Woods jest z krwi i kości konserwatystą, naturalnie bardzo ucieszyłem się i poczułem satysfakcję. W końcu zawsze dobrze jest mieć swoich ludzi i tu i tam i wszędzie gdzie się da. Moja satysfakcja była jeszcze większa, kiedy na profilu Woodsa, który obserwuję na Twitterze, znalazłem następujący komentarz: „A więc Polska, od zawsze wystawiona na różnego rodzaju złośliwości, wykazuje zdrowy rozsądek niedostępny dla Obamy, Clintona, czy Merkel…”.
Gdy chodzi o wspomnianego wcześniej Bono, jakimś niezbadanym cudem wystąpił on przed amerykańskim Senatem i oświadczył, że świat jest generalnie okay, z wyjątkiem Węgier i Polski, gdzie panuje faszyzm. Jak mówię, dla mnie fakt, że Bono, występując gdziekolwiek, wygłasza jakieś oświadczenia, ma znaczenie tylko na tyle, że w ogóle ciekawi mnie, jak nisko musi upaść w końcu poważna instytucja, by podpierać się autorytetem rockowego piosenkarza. Powiem jednak więcej. Gdyby – również jakimś niezbadanym cudem – amerykański Senat zaprosił do wyrażenia swojego zdania na temat sytuacji na świecie Jamesa Woodsa, ja bym był zdziwiony nie wiele mniej. Powiedzmy, mniej o tyle, o ile James Woods jest dla mnie bliższy, jako artysta. Jednak zdziwiony bym był i tak. I choć oczywiście byłoby mi miło, że James Woods myśli i mówi o nas Polakach z sympatią, zachowałbym daleko idący dystans. W końcu, bez przesady – tu nie ma żadnej polityki, to są tylko poglądy. Takie lub inne, ale jedynie poglądy.
Tymczasem jest tak, że w naszych mediach komentarz Jamesa Woodsa z Twittera przeszedł niemal niezauważony, natomiast to, co Bono wygłosił w Senacie w Stanach Zjednoczonych poruszyło serca i umysły wielu, z takim przekazem, że oto Bono dołączył do wielkiej grupy światowych autorytetów krytykujących rządy Prawa i Sprawiedliwości i spod tej krytyki PiS się już raczej nie wygrzebie. Czy Bono wspomniał coś na temat PiS-u, Kaczyńskiego, czy Trybunału Konstytucyjnego? Oczywiście, że nie. Przecież on nawet nie wie, że coś takiego jak PiS i KOD w ogóle istnieje. Jedyne co Bono wie, to to, że Polska i Węgry są trefne, a i to też pewnie głównie dlatego, że tam się nie lubi gejów i lesbijek i się krzywo patrzy na aborcję. Ale czy James Woods na Twitterze pochwalił rządy PiS-u? Też nie bardzo. Tak naprawdę on jedynie powiedział, że Polska jest w porządku, bo nie chce wpuszczać do siebie muzułmańskich imigrantów, a on sam też tej dziczy nie lubi. Czy obie opinie w ogóle dotyczą polskiej polityki? Ależ oczywiście, że nie. Sprawa sprowadza się wyłącznie do tego, że Bono to komuch, który jedyne co wie, to to, że trzeba tępić faszyzm, a Woods to konserwatysta, który właśnie dowiedział się, że jest na świecie taki kraj jak Polska i że tam jest po prostu fajnie i wesoło, i dał temu przekonaniu wyraz.
A zatem, i tu i tam mamy do czynienia wyłącznie z tym, z czym mamy do czynienia od zawsze, a więc walką dobra ze złem, gnuśnością z otwartością, rozumem z przesądem. No i z propagandą. Propagandą straszną, wobec której jesteśmy bezradni i bez szans. Jedyne co nam pozostaje to być wiernymi. I iść. A Jamesa Woodsa pozdrawiam stąd bardzo serdecznie. Jest Pan wielkim aktorem.

Niezmiennie zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Minister Kluzik dokonuje coming outu

Stało się tak, że dziennikarz „Wyborczej”, niejaki Wiciński, na swoim Twitterze napisał co następuje: „6 lat temu zwolennicy PiS obrzucili Kuczyńskiego błotem. Po ujawnieniu nowych nagrań z Tu-154 okazało się, że miał rację”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co Wicińskiemu chodzi, powiem krótko, że jego bardzo poruszyło opublikowanie przez TVN24 kolejnych, jak zwykle już ostatecznych, zapisów rozmów z rozbitego w Smoleńsku w drobny mak tupolewa i to w związku z tym owo wzmożenie, które doprowadziło Wicińskiego do konstatacji, że po sześciu latach okazuje się, że Kuczyński miał jednak rację. Na komentarz Wicińskiego zareagował nie kto inny jak Joanna Kluzik-Rostkowska i Wicińskiego zretwittowała, co oczywiście nie zawsze oznacza, jak to określa bardziej wykształcona część Twittera, „endorsement”, w tym jednak wypadku tu akurat z całą pewnością opinię Wicińskiego miało wesprzeć.
Ponieważ Joanna Kluzik jest moją koleżanką, przed laty moim człowiekiem w wielkiej polityce, a w roku 2010 samym szefem kampanii Jarosława Kaczyńskiego w walce o urząd prezydenta, i ja w związku z tym czuję do niej dość duży sentyment, zareagowałem na ów jednak „endorsement” ironiczną uwagą, że przede wszystkim nie widzę powodu, by Wiciński z Kuczyńskim mieli się dziś jakoś szczególnie cieszyć, gdy TVN24 opublikował coś, co publikuje regularnie od sześciu lat, a my wszyscy to znamy zbyt dobrze, a więc, że przyczyną Smoleńskiej Katastrofy był błąd pilotów i pijany generał Błasik, no ale też nie bardzo rozumiem, czemu Joanna aż tak triumfuje, skoro sześć lat temu trzymała sztamę z Kaczyńskim. I proszę sobie wyobrazić, że na ten mój przekąs Joanna Kluzik zareagowała następująco: „Krzysztof, o katastrofie 6 lat temu myślałam identycznie jak dzisiaj. Tylko dowodów mamy coraz więcej”… Ups!
Powiem szczerze, że kiedy ona to napisała i opublikowała, pomyślałem sobie, że to jest news. Joanna Kluzik-Rostkowska właśnie oświadczyła publicznie, że kiedy wiosną roku 2010 prowadziła kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego – właśnie wtedy, w tamtych posmoleńskich miesiącach, w owej atmosferze z jednej strony wielkiego bólu, a z drugiej pragnienia sprawiedliwości, no i tej wiary, że ona tym razem nadejdzie – ona była po przeciwnej stronie. No a skoro ona, to zapewne też cała reszta tego czarnego sztabu, a więc Migalski, Kowal, Jakubiak, czy Poncyliusz. Oni wszyscy, jak się można domyślać, również uważali tak jak wtedy Kuczyński, a dziś Wiciński w „Wyborczej”. No a skoro tak, to wypada sobie zadać pytanie, jak to się wszystko wówczas rozegrało, że kiedy myśmy szli głosować na Jarosława Kaczyńskiego, tam już wszystko było zdecydowane.
I teraz pewnie wypadałoby mi zająć się i tym całym towarzystwem, które w tamtych szczególnych dniach otoczyło ledwo żywego z rozpaczy Jarosława Kaczyńskiego, żeby go najzwyczajniej w świecie dobić i zakończyć ten fragment polskiej historii, ale nie zrobię tego, bo powiem szczerze, że nie mam już siły wpatrywać się w ten cień. Natomiast bardzo mnie ciekawią mnie dwie inne zupełnie rzeczy. Przede wszystkim, dlaczego Joanna Kluzik postanowiła dokonać owego coming outu? Ja oczywiście wiem, że przez minione sześć lat teoria, że ówczesny sztab Jarosława Kaczyńskiego prowadząc mu kampanię w taki, a nie inny sposób miał na celu tylko jedno – przegrać. Sam przecież wskazywałem na taką ewentualność publikując dość szeroko wówczas dyskutowaną rozmowę z pewnym Pawłem, a więc człowiekiem, który tam wtedy na miejscu przez pewien czas był i wszystko oglądał z bliska. Co innego jest jednak spekulować, czy wręcz zachowywać przekonanie, a co innego dowiedzieć się od osoby najbardziej zainteresowanej, że tak, to prawda, dobrze myśleliście, myśmy tam mieli inne zadania. A więc czemu ona uznała, że dziś po latach nic nie zaszkodzi to przyznać?
Druga rzecz, jaka mnie tu poruszyła, to fakt, że na oświadczenie Kluzik nie zareagował nikt. Ono przeszło zupełnie bez echa. Ja otrzymałem jak zawsze bardzo dużo komentarzy dotyczących najróżniejszych tematów, ten jednak nie wywołał najmniejszego zainteresowania. Proszę popatrzeć, co się stało. Oto przyszła Joanna Kluzik i przyznała, że wiosną 2010 roku, będąc szefową kampanii Jarosława Kaczyńskiego, uważała, że owe emocje, które miały nieść go do zwycięstwa to jakieś bzdury kotłujące się w rozpalonych głowach grupki wariatów, dziś jej ówczesne przekonanie tylko się potwierdza… i to nikogo zupełnie nie interesuje. Tak jakbyśmy wszyscy uznali, że ta Joanna Kluzik z Twittera, to jakaś inna Joanna Kluzik i podobieństwo nazwisk i osób jest tu zupełnie przypadkowe. Dlaczego tak? Otóż tego też nie wiem. Mogę tylko zgadywać, zarówno co do jednego, jak i drugiego, jednak myśli jakie tu mam są tak ponure, że chyba jednak nam tu ich dziś oszczędzę. Miłej niedzieli. Może będzie jakiś fajny mecz.

Niezmiennie zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

sobota, 16 kwietnia 2016

Pan Kukiz już się zbliża - repryza

Dziś po raz kolejny wspominamy Pawła Kukiza, swego czasu zdolnego muzyka i aspirującego polityka, który pewnego dnia zobaczył karuzelę, wskoczył na nią i natychmiast z niej zleciał. Przed nami drugi odcinek, w postaci notki jeszcze z roku 2014 pod tytułem „Pan Kukiz już się zbliża”. Zapraszam:

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilętemu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

piątek, 15 kwietnia 2016

Kukiz - ostatnie wejście smoka

Miałem na dziś zupełnie inne plany, jednak wczorajszy widok Pawła Kukiza gratulującego sobie z Ryszardem Petru owego – historycznego już w pewnym sensie – „zwycięstwa”, zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłem najbliższe dni poświęcić właśnie jemu, Pawłowi Kukizowi, i przypomnieć dwa swoje starsze już teksty. Pierwszy z nich, zatytułowany po prostu „Kukiz” już dziś. Wrzesień 2009 roku. Jak ten czas leci!

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOko zgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

Przypominam, że w księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books są do nabycia moje książki. Szczerze zachęcam.

czwartek, 14 kwietnia 2016

TKM, czyli czy Witold Gadowski obejmie Ministerstwo Dobrego Filmu?

Kiedy piszę ten tekst, słynny od paru dobrych tygodni film Witolda Gadowskiego zatytułowany „Krew męczenników” pokazywany jest w telewizorze dopiero od 25 minut, a ja już mam dość. Niedawno mieliśmy okazję oglądać inny hit odzyskanej po rządach Platformy Obywatelskiej Telewizji Polskiej o zamordowanym przez Jaruzelskiego księdzu Popiełuszce i to było wydarzenie takiej rangi, że poświęciłem mu osobną notkę. Od paru tygodni TVP zapowiadała dokument Gadowskiego o ISIS, dziś nadszedł dzień premiery, a ów film, jak mówię, jeszcze się na dobre nie zaczął, a ja już wiem wszystko. Dokument Marii Dłużewskiej nie jest już liderem. Gadowski pokazał, że ściana stoi kilka metrów dalej. Ale jest jeszcze gorzej. O ile bowiem Dłużewska pokazała nam jedynie snującego się po Warszawie księdza Małkowskiego na zmianę ze starymi materiałami Milicji Obywatelskiej, co dla ludzi w moim wieku mogło mieć przynajmniej wartość sentymentalną, sama jednak pozostawała ukryta dyskretnie z drugiej strony kamery, Gadowski zdecydował się nakręcenie filmu zbudowanego wyłącznie w oparciu o uzyskane z Internetu obrazki z ogarniętej przez wojnę Syrii na przemian z Gadowskim palącym papierosa, Gadowskim robiącym zdjęcia, Gadowskim idącym drogą i Gadowskim patrzącym w dal. A wszystko to, od pierwszej minuty filmu, pogrążone w tak straszliwym narracyjnym chaosie, że mimo iż całą rodziną, w tej chwili już od 45 minut, próbujemy się zorientować, jaki jest podstawowy sens i przesłanie tego filmu, zostajemy tylko z tym uzbrojonym w przeciwsłoneczne okulary i aparat fotograficzny Gadowskim.
Właśnie podniosłem wzrok i znów spojrzałem na ekran telewizora. Licząc na to, że coś tam się zmieniło. Na ekranie jednak znów Gadowski w swoich wypasionych przeciwsłonecznych okularach i znów jakieś ściągnięte z Internetu sceny syryjskiego chaosu. Jakiś człowiek z charakterystycznym nożem po raz pięćdziesiąty od 50 minut szykuje się, by przeciąć gardło człowiekowi w pomarańczowym drelichu, tyle że w kluczowym momencie TVP dyskretnie scenę retuszuje i znów patrzymy, jak Gadowski przechadza się po okolicy pstryka zdjęcia.
Owe sceny podrzynania gardeł krążą publicznie od pewnego już czasu. Słyszałem o nich wielokrotnie już wcześniej. Podobno w Internecie są ich dziesiątki. Rozumiem, że Witold Gadowski je sobie wszystkie starannie obejrzał i uznał, że trzeba koniecznie nakręcić film, gdzie może się uda je jakoś przemycić. No ale, tak czy inaczej, jak zawsze, przede wszystkim chodzi o niego. Nie mam wątpliwości, że już za moment pojawi się ponownie, by w swoim stylu zaciągnąć się papierosem. Dziękuję, nie skorzystam. Idę spać. A na dobranoc mam apel do ministra Glińskiego. Czy on mógłby jednak zachęcić swojego brata, by ten z kolei namówił paru swoich kumpli-filmowców, by ci zgodzili się kręcić kolejne dokumenty dla TVP. Jestem pewien, że za odpowiednie pieniądze oni pójdą nawet na jakiś bardziej głęboki patriotyzm, a my przynajmniej nie będziemy musieli się zadręczać wyczynami Gadowskiego i diabli wiedzą, kto tam jeszcze czeka w kolejce.

Rozmawialiśmy niedawno o tak zwanej literaturze młodzieżowej. Ponieważ mam wrażenie, że na tym polu panuje ciężka susza, proponuje wszystkim, by swoim dzieciom kupili którąś z moich książek. Można zacząć od http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. To jest ciepła, pełna dobrych emocji książka. Dziecku się spodoba na sto procent.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Udko z feniksa - w zestawie z colą

Zakończone w minioną niedzielę w Warszawie Targi Wydawców Katolickich mają swoją doroczną kulminację w uroczystości przyznania nagrody tak zwanego „Feniksa”, przez złośliwych nazywanego „Św. Feniksem”. Nic więc dziwnego, że i tym razem Feniksy zostały rozdane, a ich laureaci podczas targów święcili triumf zarówno towarzyski, jak i rynkowy, a ja, powiem uczciwie, zajęty swoimi sprawami, nawet bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że na stoisku tuż obok nas sprzedawany był literacki debiut człowieka nazwiskiem Zbigniew Minda pod tytułem „Twoja dusza była perłą”, jeden z tegorocznych laureatów Feniksa, w kategorii „Książka dla młodzieży”.
Tak zwana „literatura dla młodzieży” stanowi centrum moich zainteresowań literackich z tego przede wszystkim powodu, że osobiście na tej przede wszystkim literaturze zakończyłem swoją literacką przygodę i wszystko co było później, stanowiło w mniejszym lub większym stopniu intelektualną i emocjonalną fikcję. Autentyczne przeżycia to była Ożogowska, Bahdaj, Niziurski, Domagalik i Nienacki. Drugim powodem, dla którego owa „literatura dla młodzieży” mnie zajmuje bardziej, niż inna, to ta, że ja raz po raz spotykam osoby, które mnie pytają, jakie książki mógłbym polecić młodzieży, a ja regularnie odpowiadam, że niestety nie potrafię tu wymyślić nic. Dosłownie nic. I nawet nie chodzi najbardziej o to, że rynek książki jest dziś tak fatalnie nędzny, że, zachowując czyste sumienie, nie można polecić dosłownie nic, ale o fakt, że same czasy są takie, że nie bardzo wiadomo, czym jest wspomniana „młodzież”, której mielibyśmy cokolwiek polecać. Weźmy przeciętną uczennicę pierwszej, czy drugiej klasy gimnazjum i zastanówmy się, co ona by najchętniej poczytała. Najczęściej oczywiście uzyskamy odpowiedź, że nic, bo ona czytać nie lubi. W dalszej kolejności oczywiście będą te wszystkie książki o córce człowieka i wampirzycy, która zakochuje się w przystojnym chłopcu, który dotychczas cierpiał samotność z powodu pierwszej zawiedzionej miłości. No a potem, już wszystko, czyli jakieś mangi, tajne przygody Lucyfera, czy zwykła pornografia. Czy są wśród nas dzieci, które lubią sobie poczytać normalną literaturę, traktująca o życiu, jakie znamy? Zakładając oczywiście, że taka literatura w ogóle istnieje, owszem, są takie dzieci, tyle że to są dzieci tak wybitnie rozwinięte, że one czytają dokładnie te same książki, które czytają ich rodzice, czyli Roalda Dahla, czy Peggy Noonan, a jak ktoś jest już kompletnie szalony, to może i nawet „W pustyni i w puszczy”.
I w tym momencie nagrodę Feniksa otrzymuje Zbigniew Minda i jego książka „Twoja dusza była perłą”. Jak wspomniałem wcześniej, nasze stoisko sąsiadowało bezpośrednio ze stoiskiem, na którym sprzedawana była ta książka i miałem okazję obserwować, jak działa tak zwana promocja. Książka Mindy wystawiona była na specjalnym stojaczku z napisem „Feniks” i mimo że przechodzący obok ludzie wiedzieli o niej dokładnie tyle samo, co o książkach Coryllusa, czy moich, a więc nic, przyciągnięci owym Feniksem, zatrzymywali się i najpierw potrzebowali wiedzieć, czy jest gdzieś może w okolicy autor, który napisze im dedykację, a po usłyszeniu odpowiedzi, że niestety autor się rozchorował i będzie może za rok, pytali, czy to jest książka, która spodoba się czternastolatce, szesnastolatce, czy osiemnastolatce, otrzymując niezmiennie informację, że to jest jak najbardziej książka dla nich, ciepła i pełna pozytywnych emocji… no a ja przyznaję, że niekiedy nawet tę książkę kupowali.
No i ja powiem zupełnie szczerze, że kompletnie nie rozumiem, po jasną cholerę oni to robili. Ona wprawdzie kosztowała w promocji zaledwie 25 zł i jako rzekomo „ciepła i pełna pozytywnych emocji” była czymś, co każde dziecko powinno przeczytać i przeżyć, niemniej nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by, zakładając, że to nie była książka o czarownicach, wampirach i owych japońskich dzieciach z wielkimi oczami, jakikolwiek gimnazjalista, czy gimnazjalistka mieli ochotę ją wziąć do ręki. Z tego co rozumiem i co wiem, mogę z autentycznym przerażeniem założyć, że jedynym efektem wydania tych 25 złotych, w większości wypadków będzie to, że tę książkę przeczytają wyłącznie rodzice, a i to tylko we fragmentach, bo z tego, co zdążyłem zobaczyć, różnica między powieściami Domagalika i Ożogowskiej, a debiutancką powieścią Mindy jest taka jak różnica między filmem „Do widzenia do jutra”, a „Drogówka”. I na to nikt już nigdy nie znajdzie sposobu.
Problem polega bowiem na tym, że nasz świat został doprowadzony do miejsca, gdzie owe dzwony kościoła z Orwella, których dźwięk Winston praktycznie zapomniał, są niemal ostatnią rzeczą, jaka my jeszcze sobie uprzytomniamy. Cała reszta, a wraz z nią ów świat „literatury dla młodzieży”, znany z książek Ożogowskiej, czy Bahdaja, przeminął bezpowrotnie, dokładnie tak samo jak te gumy do żucia, o które założył się Marcin Bigoszewski, czy chłopcy z Górczewskiej, którzy, jak wiemy, są najwspanialsi.
Staliśmy przez te cztery kwietniowe dni, sześć lat po Smoleńsku, na naszym stoisku, sprzedając nasze książki ludziom, którzy nas znają, ale i tym, którzy trafili na nas przypadkiem i, jak już wspomnieliśmy o tym Coryllus i ja we wczorajszych notkach, było słabo. Owszem, praktycznie od początku do końcu w Arkadach kłębił się tłum, jednak ludzie z jakiegoś nieprzeniknionego do końca powodu książek nie kupowali. Ponieważ targi w Arkadach Kubickiego od zawsze były targami najlepszymi, zacząłem się zastanawiać, co takiego się stało, że tym razem nastąpiła aż taka klapa. Otóż moja teoria jest taka, że na samym początku tego wszystkiego od samego początku nie stało nigdy nic innego, jak tylko, owo nigdy do końca nieopisane pragnienie znalezienia tej jedynej bratniej duszy, która pozwoli nam poczuć to ciepło wspólnoty i solidarności. Cały sukces projektu Gabriela Maciejewskiego sprowadza się do tego, że jemu udało się skupić wokół swojego wydawnictwa ludzi, dla których to co on pisze i wydaje, to nie jest zabawa, ale życie. Ludzie którzy przychodzą na nasze stoisko od lat i kupują nasze książki, to ludzie, dla których świadomość bycia częścią tego tak bardzo szczerego i tak bardzo pełnego zwykłych ludzkich emocji przedsięwzięcia jest jak powietrze bez którego człowiek zwyczajnie umiera. Nawet zachowując resztki mojej naturalnej skromności, ja to widzę za każdym razem, gdy sprzedaję kolejną swoją książkę, czy to przez Internet, czy bezpośrednio: że za tym tak naprawdę nie stoi nic innego, jak owo pragnienie solidarności i zrozumienia. Jeśli tego nie ma, nie ma nic. Tylko rynek.
Mieliśmy więc w tych dniach szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej i po raz pierwszy od tego czasu poczucie prawdziwego zwycięstwa. A wraz z ową świadomością, że jesteśmy znów wszyscy razem, jak sądzę, wielu z nas zwyczajnie odłożyło sobie te książki na później. I nie chodzi mi o to, że na gorsze czasy, bo, na ile potrafię dobrze ocenić sytuację, przed nami siedem lat tłustych i tego już nikt nie zmieni, ale na dni, że tak to ujmę, mniej świąteczne. I wtedy znów się spotkamy. Bo, nie oszukujmy się, Poldek i Duduś Fąferski nie żyją. To co mamy dziś, to już tylko z jednej strony japońska manga, a z drugiej nasze życie. To życie. A gdy chodzi o wspomnianego Feniksa, to, jak głosi Wikipedia, to z greckiego φοίνιξ, mityczny ptak, uznawany za symbol Słońca oraz wiecznego odradzania się życia. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl po otwarciu zakładki „księgarnia”. Zapraszam i zapewniam, że to jest ostatni przystanek.