piątek, 30 maja 2008

Grzegorz Przemyk, czyli krótkie słowo o pamięci, o symbolach i zapomnieniu



Parę dni temu, jeden z milicjantów, którzy zamordował Grzegorza Przemyka (ten od “Bijcie tak, żeby nie było śladów”) został skazany na 4 lata więzienia. Oglądałem w telewizji transmisję z odczytania wyroku, słuchałem, jak pani sędzia uzasadnia te cztery lata. Po raz nie wiem który od tamtych lat, przed moimi oczyma stanął ten warszawski komisariat i to wszystko, co się zdarzyło w ciągu tych kilku dni, zanim Grzegorz Przemyk zmarł i przyznam, że się po prostu bardzo wzruszyłem.
Wzruszyłem się tak, że postanowiłem znaleźć jakieś ładne zdjęcie maturzysty z tamtych lat i wkleić je do mojego bloga. Żeby tu był i żeby dawał świadectwo.
Wszystko co wiem o Grzegorzu Przemyku to to, że jego matka była działaczką warszawskiego komitetu prymasowskiego, że jakoś tam działała w opozycji, a sam Przemyk chyba również kręcił się w tym ówczesnym opozycyjnym towarzystwie i tyle.
Widziałem jeszcze niedawno jakieś zdjęcie w Rzepie, gdzie widać Przemyka w większej grupie, obok osób tych bardziej już znanych z opozycji lat osiemdziesiątych. I to już naprawdę wszystko.
Nie wiem, jaki był. Nie wiem, czy był dobrym uczniem, czy był miły, czy był wesoły, czy koledzy go lubili, czy nie. Słyszałem najróżniejsze plotki na jego temat, ale ponieważ większość z nich była rozpowszechniana jeszcze w czasach Większego Kłamstwa, to nie umiem się do nich odnieść.
Ale powtarzam, o Przemyku wiem tylko tyle, że chyba orientował się, co to komuna, że grał na gitarze, że miał ładne spojrzenie... no i że ot tak sobie, bez najmniejszego powodu, został śmiertelnie zakatowany przez milicjantów na warszawskim posterunku.
Pomyślałem sobie również, patrząc na to zdjęcie obok i na inne jeszcze, jak siedzi gdzieś i gra na gitarze, że Grzegorz Przemyk to był bardzo ładny chłopak. I od razu pokazałem to zdjęcie mojej córce, która powiedziała, że jest rzeczywiście ładny i że wygląda, jak perkusista z The Kooks.
I wówczas pomyślałem sobie, że jaka to okropna ironia naszych nowych, polskich czasów, że gdy z jednej strony brakuje nam ludzi-symboli, gdy brakuje nam tego gestu, który pokaże nam, czym jest historia i w co warto wierzyć, a z drugiej strony tak chętnie ulegamy najprzeróżniejszym głupim mitom, a bohaterów odnajdujemy w kompletnie bezsensownych i tak strasznie pustych miejscach, Grzegorz Przemyk nie stał się ikoną dla mojej córki i jej rówieśników.
Powtarzam, nie wiem jaki był Przemyk. Nie wiem, czy gdybym go znał, albo, gdybym go może uczył, nie uważałbym go za jeszcze jednego z tysiąca byle jakich dzieci, którzy jedyne co potrafili to idealnie opanować sztukę irytowania innych.
Wiem natomiast, że z całą swoją historią, z tym jak okropnie umarł, ze swoim ładnym spojrzeniem, z tą gitara, na T-shircie mojej córki wyglądałby wcale nie gorzej niż Jim Morrison.
I pomyślałem jeszcze coś: że tak bardzo dużo jest – bardziej lub mniej zasłużonych – bohaterów tych paskudnych komunistycznych czasów, którzy bardzo dobrze by się prezentowali, jako ikony i przedmiot autentycznego, młodzieżowego kultu.
No ale, jak mówię, pomyślałem sobie to wszystko i tyle.
Dziś, czytając komentarze do mojego porannego wpisu, znalazłem uwagi podpisane przez mojego salonowego kolegę Infidela następującej treści:

Zamieściłeś zdjęcie G. Przemyka. Jest dość ciekawe, że narodził się pewien kult, bo Przemyk jest ofiarą systemu, jednakże w portalu nasza-klasa do klasy zapisały się tylko 4 osoby, podczas gdy równoległe klasy pękają w szwach. Zastanawiam się, ile osób co roku idzie tego dnia na mszę do Św. Krzyża?
Odpisałem Infidelowi, że też myślę sobie o tej sytuacji i jest mi, owszem, przykro, że tak to się dzieje. Że uważam iż Grzegorz Przemyk powinien być postacią kultową dla polskich dzieci i młodzieży ze względu na swoją historię i na ten symbol, który niesie. No i oczywiście przez to, że spełnia wszystkie konieczne warunki, jakie można postawić postaci kultowej w świecie kultury popularnej.
No i wtedy zareagował inny mój kolega z portalu, którego z imienia z litości nie wymienię, następującym tekstem:

Dlaczego miałby być wzorem dla polskiej młodzieży? to że złapali go i zatłukli na śmierć esbecy to zbrodnia, ale nie powód do kultu.
Przyznam, że zdziwił mnie ten komentarz bardzo, bo w życiu nie pomyślałem, że jeśli idzie o to zdjęcie, o słowa Infidela i w ogóle o problem bohaterów w świecie kultury masowej, może pojawić się tu jakikolwiek dylemat.
No ale rozpocząłem wymianę opinii z tym dziwnym moim kolegą i tłumaczyłem, że nie chodzi o zasługi, nie chodzi o to, kto jaki był, bo to co się naprawdę liczy to symbol, to gest.
Tłumaczyłem, że cały świat, tak czy inaczej czci pamięć Che Guevary, czy Jima Morrisona, niezależnie od tego, czy oni osobiście byli ludźmi wybitnymi, miłymi, szlachetnymi, urokliwymi, ale dlatego, że stanowili symbol naszych tęsknot i ideałów.
Ów mój salonowy kolega wciąż mi odpowiadał, że Guevara i Morrison zdążyli coś zrobić, a Przemyk nie, więc im kultowość przysługuje, a jemu nie.
No i ostatecznie pozostaliśmy niedogadani, a ja na dodatek jeszcze mam ciężki kłopot.
Bo wciąż nie wiem, jaki naprawdę był Grzegorz Przemyk.
Ale tak samo nie wiem, jaki był niejaki Romek Strzałkowski, ani jacyż to wybitni ludzie byli z tych dziewięciu górników z Wujka.
Powiem więcej. Kompletnie nie wiem, czy bohaterka piosenki Boba Dylana, zamordowana z czystej fantazji przez syna bogatego przedsiębiorcy, Hattie Caroll była miłą osobą i czy miała jakieś zasługi.
Nie wiem też, by tak już pozostać przy Dylanie, czy Hollis Brown, farmer, który zastrzelił siebie i swoją rodzinę, bo nie umiał ich wyżywić, był dobrym człowiekiem, czy człowiekiem złym i głupim i czy on też czymś się zasłużył dla ludzkości, choćby tak, jak Che Guevara, albo Kurt Cobein.
Wiem jednak, że i o Hattie Caroll i o Brownie śpiewał nawet Bob Dylan, a o Przemyku śpiewać nagle nie chce nikt.
Powiem więcej, nikt nie chce nawet nosić koszulki z jego wizerunkiem.
Powiem jeszcze więcej. Okazuje się, że pojawiają się ludzie, którzy uważają, że tak jak jest, jest OK.
I to jest dla mnie wiedza porażająca.
I powód, dla którego jednak postanowiłem uczcić osobę Grzegorza Przemyka tym moim skromnym wpisem.
PS
Między dniem, kiedy napisałem ten tekst o Przemyku, a dniem dzisiejszym dowiedziałem się czegoś nowego. Otóż Grzegorz Przemyk miał przyrodniego brata, wówczas jeszcze dziecko, młodszego o 9 lat. Oto co znalazłem w Internecie:

Michał Przemyk, przyrodni brat Grzegorza, dziś student weterynarii, w maju 1983 roku miał dziesięć lat. Dziś niewiele pamięta, poza tym, że Grzegorz mu imponował, tak jak małemu chłopcu imponuje duży.
Pamięta jeszcze dzień swojej pierwszej komunii: - Grzegorz wbiegł tu z naręczem czerwonych tulipanów i dał je mojej mamie. To jest również twoje święto, ciociu - powiedział.
Michał Przemyk przechowuje pamiętnik. Brat wpisał mu się "na pamiątkę" w Wigilię 1981 roku:

Na razie słuchaj starszych, bo mają więcej lat i mogą Cię często ustrzec od błędów i niebezpieczeństw strasznych. Nie oszukuj i nieożartowywuj nikogo. Nie strasz siostry, a opiekuj się nią. Śmiej się dużo, ale szczerze, nie złośliwie. Nie bądź mazgaj (chyba nie jesteś). Nie bądź sknera i pazerus, bo to nie przystoi. Nie bierz przykładu z brata starszego, dopóki nie stanie się godzien tego

Więc idzie o ten wpis. Zakładam, że jest tak, jak relacjonuje Michał Przemyk i jak pisze dziennikarz Wyborczej.
Zatem skoro ktoś w wieku 16 lat potrafi się tak wpisać, jest to niewątpliwie ktoś na pewno bardziej wybitny, niż choćby Ty i ja.
I to jest zamknięcie tego mojego przemykowego wpisu.

Pamelo żegnaj, czyli początek szczęśliwego końca polityki wirtualnej

Platforma, według ostatnich kilku sondaży, a zwłaszcza według wczorajszej Rzepy – zjeżdża. Ponieważ nie mam ochoty ukrywać swoich poglądów i wyborów i, jak to namiętnie czyni wielu moich kolegów z Salonu, udawać, że jestem po europejsku neutralny, powiem tu z dumą, że wiadomości te mnie cieszą.
Cieszy mnie to, że Platforma zjeżdża, po pierwsze dlatego, bo z doświadczenia wiem, że jak się zacznie schodzić, to się już nie przestaje. Po prostu. Są to zjawiska socjologiczne i inaczej nie bywa. Demokracji, skoro już jest, nie da się oszukać. Więc jest mi miło.
rugi powód, dla którego jest mi przyjemnie, to to, że, choć mam już swoje lata i wiele przeżyłem i wiele idiotyzmów widziałem, to widok Tuska skubiącego swoje palce u rąk, bawiącego się nimi, układającego ręce w ten sposób i w inny sposób i kolejny jeszcze sposób, a wszystko dlatego, że jakiś specjalista od wizerunku powiedział mu, że, jeśli będzie miętosił palce, to głupia publiczność uzna, że byłby z niego dobry prezydent – więc widok ten jest mi tak nieprzyjemny, a jednocześnie cały pomysł tak niewyobrażalnie, jeśli nie głupi, to niezrozumiały, że, w moim głębokim przekonaniu, im bliżej do końca tej szopki, tym lepiej dla wszystkich. Również dla tych opętanych.
Ponadto, jeśli już mam ciągnąć swoją ideową deklarację dalej, uważam, że zarówno pan Premier, jak i wszyscy jego ministrowie i współpracownicy, stanowią idealny wyjątek od zasady, w którą niezmiennie od wielu lat wierzę, a mianowicie tego, że politycy polscy są generalnie niezwykle, ale to niezwykle zdolni. Pisałem już o tym w jednym z moich poprzednich wpisów, gdzie przedstawiłem opinię, że każdy, najbardziej prowincjonalny i tępy polityk i tak jest o niebo zdolniejszy i bardziej kompetentny w swojej dziedzinie, niż większość dziennikarzy.
Więc, jeśli idzie o ten fragment mojej filozofii, mam tu pewien kłopot. Mianowicie to moje święte przekonanie zakłóca jeden nieprzyjemny skrzek. Istnieje bowiem w naszym pięknym Kraju pewna drobna grupa polityków, którzy stanowią wyjątek od reguły.
Żeby zilustrować moją myśl najlepiej, musiałbym odnaleźć pewne zdjęcie z przed lat, a ponieważ nie mam na to dobrego sposobu, muszę tę scenę opisać. Kiedy po raz jedyny w ich nędznej historii, ludziom Unii Wolności – wówczas Unii Demokratycznej – udało się na chwilę zdobyć władzę, a premierem została Hanna Suchocka, głównym ministrem został Jan Rokita, a Porozumienie Centrum udało się – wówczas wydawało się niektórym, że na zawsze – wymiksować, zobaczyłem takie ujęcie w telewizorze: stoi ta banda głupkowato szczęśliwych obywateli przed telewizyjną kamerą i tak się wszyscy wiercą i ustawiają, zupełnie jak wiejskie dzieci do wspólnego zdjęcia pod Pałacem Kultury podczas pierwszej szkolnej wycieczki do dużego miasta.
Oni nie byli szczęśliwi, nie byli dumni. Byli tylko podnieceni.
Pomyślałem wówczas: Boże! Cóż to za ludzie? Przecież oni w ogóle nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. Oni myślą, że polityka, to przedłużenie ich towarzyskich wieczorów i wypadów do kawiarni, czy do teatru. Oni są, jak małe dzieci, które jutro mają po raz pierwszy jechać pociągiem.
Więc mówiąc o tym wstydliwym wyjątku wśród polskich polityków, mam na myśli oczywiście byłych działaczy Unii Wolności i wszystkich jej wcześniejszych i późniejszych reinkarnacji, no i oczywiście o aktualnie nam miłościwie panujących ministra Grada, posła Karpiniuka, posłanki Pitery i całej reszty tego niecodziennego towarzystwa.
Dla mnie, ci państwo robią wrażenie tak nieprawdopodobnie przypadkowej, kompletnie szarej zbieraniny, która znalazła się w tym właśnie miejscu tylko dlatego, że kolega kiedyś poprosił i tak już jakoś zostało, że gdyby trzeba ich było narysować, to rysunek mógłby wykonać ktokolwiek wyposażony w ołówek bez gumki. I każdy mógłby z czystym sumieniem powiedzieć, że owszem – podobny.
Chodzi mi o to, że każdy dowolny polityk, czy to Suski, czy Karski, czy Olejniczak, czy nawet Sawicki z PSL-u, nie mówiąc już o pośle Martyniuku od komunistów, mają w sobie to coś, co pozwala powiedzieć, że to akurat co oni robią, robią umiejętnie i z jakimś tam talentem.
Poseł Chlebowski... Jezus Maria! Przecież to nie jest już nawet żart!
Więc to wszystko stanowi bardzo dobry powód, żebym miał dobre myśli na najbliższe tygodnie i miesiące.
Niestety jest jedna rzecz, związana bardzo ściśle z tym, o czym napisałem wyżej, ale już nie tak miła. Otóż, wszystko na to wskazuje, że im bardziej Platforma będzie się obsuwać, tym częściej i więcej będziemy mieli takiej nędznej szarpaniny, jaka stała się udziałem całego narodu w związku z wczorajszą akcją Gazety Wyborczej i chyba którejś z agorowych, czy przy-agorowych stacji radiowych.
Im gorzej Donald Tusk i jego rzeczniczka (tak na marginesie, czy ktoś zwrócił uwagę na to, jak ona jest straszliwie pod każdym względem beznadziejna?) będą spali, tym więcej prokuratura będzie prowadziła postępowań w rodzaju CBA-FBI.
Im bardziej socjologiczne słupki będą znosiły tę nieudaczną zbieraninę z politycznej sceny, tym częściej reżimowe media będą organizowały najróżniejsze sensacje, tylko po to, żeby jeszcze przez kolejny dzień można było tworzyć wrażenie, że realizuje się jakaś idea, i żeby premier Tusk mógł po raz siedemdziesiąty czwarty powiedzieć, że on nic nie sugeruje, ale jeśli coś tam się okaże, to oczywiście on będzie bezwzględny i stanowczy.
I to oczywiście nie jest dobra wiadomość.
Bo każdy nowy dzień, w którym to kłamstwo, tak niesłychanie szpetne i bezczelne, w postaci histerycznego śmiechu Julii Pitery, roztrzęsionego głosu minister Kopacz, wieśniackiego szpanu a la Ken, posła Nowaka, powykręcanych, jak u tych biednych, nerwowo rozbitych pacjentów szpitali psychiatrycznych, palców premiera Tuska – całe to kłamstwo będzie nam towarzyszyć, będzie dniem absolutnie straconym.
Ktoś – nie wiem kto – niektórzy mówią, że masoneria i wynajęci przez nią spece od wizerunku, stworzyli niemiłosiernie tandetny teatr pod nazwą Ekipa. Wyszykowali, ulepili, ubrali, kazali się ruszać i mówić, dodali kolorów bandzie kukiełek.
A ponieważ w dobie komputerów i całej tej chorej techniki, specjalistom od zbiorowej kreacji udało się już z sukcesem wykreować absolutnie sztuczną rzeczywistość, ze sztucznymi ludźmi i ze sztucznymi emocjami, nie mieli też większych kłopotów z wpuszczeniem do naszego powietrza tego czegoś i stworzeniem wrażenia, tu na tej ziemi, że oto wokół nas dzieje się coś realnego.
Więc te jeszcze, parę może nawet, miesięcy, trzeba będzie przecierpieć.
Na szczęście, już niedługo.
Viva la Vida! Precz ze światem wirtualnym!
Niech żyje Polska!

środa, 28 maja 2008

Żeby już do szkoły, czyli gra w klasy

Przez wiele lat, wystarczająco wiele lat, pracowałem w szkole – i to na wszystkich możliwych poziomach zarówno wiekowych, jak i, że tak powiem, prestiżowych – by uczciwie twierdzić, że wiem, o co chodzi i jak się szkolne sprawy mają.
Mój poprzedni wpis pojawił się głównie w związku ze strajkiem nauczycieli, choć jednak przede wszystkim został sprowokowany wypowiedzią dziennikarza TVN24, który, bardzo w zgodzie z ruską tradycją tej stacji, zasugerował, że nauczyciele zorganizowali dzisiejszy strajk “w zmowie i porozumieniu”. Każdy, nawet bardzo nieuważny, obserwator zdarzeń politycznych, czy choćby społecznych, w jakiś tam sposób związanych z kodeksem karnym, wie, o czym mówię i o co mi chodzi.
Reakcja na moje refleksje była dość szeroka i, niestety, w pewnym stopniu dowiodła tego, że pewne absolutnie błędne poglądy i przesądy wciąż zajmują bardzo istotne miejsce w świadomości społecznej.
Ponieważ sam wpis, jeśli idzie o wartość merytoryczną, siłą rzeczy był bardzo ogólny, a sytuacji w polskiej szkole dotyczył jedynie w tym w zakresie, w jakim akurat mógł, chciałbym dziś przedstawić kilka historii autentycznych, choć jednocześnie brzmiących, jak fikcja. Więc, choćby z tego względu, mam nadzieję, wystarczająco interesujących.
Historia pierwsza:
W pewnym bardzo renomowanym liceum w moim mieście nauczycielka języka polskiego zauważyła, że ktoś (nie nauczyciel) wpisał w dzienniku paru osobom oceny celujące. Po przeprowadzeniu odpowiedniego śledztwa, udało się wytropić dwie dziewczynki, które dokonały fałszerstwa. Skoro nastąpiło wytropienie, musiały nastąpić konsekwencje. Bazgranie po dzienniku szkolnym, choćby uczennicom wydawało się nie wiadomo jak trywialnym i nicnieznaczącym zabiegiem, z punktu widzenia prawa, było wydarzeniem, które całą szkołę postawiło w stan kryzysu dotychczas niespotykanego. Nie będę się wgryzał w szczegóły, bo one akurat są mało ciekawe. Wystarczy powiedzieć, że po paru tygodniach jedyne, czego nauczycielka polskiego w liceum z całego zdarzenia zrozumiała, to to , że miała po prostu siedzieć cicho i udawać, że nic się nie stało. Naiwna, wybrała inne rozwiązanie. Więcej już tego nie zrobi.
Historia druga:
Nauczycielka angielskiego w jednej z klas miała uczennicę, która przy okazji każdej lekcji potrafiła osiągnąć taki poziom niegrzeczności, że nauczycielka nie wytrzymywała i wyrzucała ją z klasy. Dziewczynka wykorzystywała tę okazję w jednym celu: chodziło o to, żeby wyjść na boisko szkolne i spotkać się ze swoim chłopakiem. Któregoś dnia, z jakiegoś nieznanego zupełnie powodu, anglistka była w tak świetnym nastroju, że nie dała się sprowokować i lekcja trwała w najlepsze. Dziewczynka widzi przez okno, że chłopak się niecierpliwi, a następnie zrezygnowany odchodzi. W akcie desperacji zapala ostentacyjnie papierosa, oczywiście wylatuje za drzwi, pędzi za swoim ukochanym i niestety wpada pod samochód.
Mam pytanie do moich przyjaciół z Salonu. Jak myślicie, jakie było pierwsze pytanie, które nauczycielka usłyszała od prokuratora? Bo to, że miała rozmowę z prokuratorem, to chyba wiecie, prawda?
Historia trzecia:
W pewnej szkole nauczyciel dowiaduje się, że w klasie jest diler. Przerywa lekcję i prosi jednego z uczniów, żeby otworzył plecak i wszystko wyłożył na biurko. Uczeń natychmiast się korzy i prosi, żeby ze względu na delikatność sytuacji przejść do gabinetu dyrektora i tam wyjaśnić całą sprawę. Nauczyciel szybko organizuje zastępstwo, bierze chłopca wraz z jego plecakiem, idą do gabinetu dyrektora, chłopak otwiera plecak, z plecaka wypada tak zwany towar. Zostaje spisany protokół i nadchodzi nowy dzień.
Okazuje się, że rodzice chłopca skierowali oficjalną skargę przeciwko nauczycielowi, w związku z tym, że nauczyciel w drodze z klasy do gabinetu podrzucił dziecku do plecaka narkotyki.
Historia czwarta i ostatnia (to już ja):
Mam tak zwane okienko. Przychodzi pani dyrektor i prosi, żebym się udał do klasy 2a na zastępstwo, bo pan od śpiewu zaniemógł. Nie znam klasy 2a, a ponieważ szkoła jest osiedlowa i bardzo duża, oni też nie mają pojęcia, że ktoś taki, jak ja w ogóle istnieje. Wchodzę do klasy. Przede mną około trzydzieścioro dzieci, które absolutnie nie wykazują zainteresowania moją osobą. Jedni grają w karty, inni bawią się komórkami, inni jeszcze po prostu gadają. Próbuję coś mówić, podnoszę głos, zaczynam chodzić po klasie i jedyny efekt jest taki, że jakieś dziecko – chyba przewodniczący klasy – pyta “Kim pan jest?” Mówię mu, że jestem na zastępstwie, ale wygląda na to, że chłopczyk pytanie zadał w ciężkim zamyśleniu i nigdy w właściwie nie oczekiwał odpowiedzi. Zaczynam sprawdzać obecność i głównie wpisuję nieobecności. Po sprawdzeniu frekwencji, zaczynam wpisywać uwagi po kolei każdemu uczniowi. Któreś z dzieci orientuje się, że coś się dzieje i oznajmia klasie: “Słuchajcie! Koleś wpisuje uwagi.” Dzieci otaczają mnie, zaczynają prosić, żebym się nie wygłupiał, tłumaczą, że one tak tylko się zagapiły, że już będą grzeczne. Dzwoni dzwonek.
Idę do szkolnej pani pedagog. Pani pedagog mówi, żebym poszedł do wychowawcy. Idę do wychowawcy, wychowawca jest oburzony, obiecuje działanie. Po godzinie klasa przychodzi z kwiatami i przeprasza za swoje nieładne zachowanie. Na drugi dzień dostaję wezwanie do gabinetu pani Dyrektor. Dyrektorka jest zdenerwowana, nieprzyjemna, mówi krótko: Panie Krzysztofie. Kiedyśmy pana zatrudniali, twierdził pan, że jest pan nauczycielem z doświadczeniem, a tu taka wpadka.
Oto polska szkoła. Takich historii mógłbym Wam przedstawić setki. A wiecie, moi drodzy, co je łączy? Nie ciężka niedola nauczyciela. Nie marne zarobki. Nie zbyt liczne klasy. Ale również nie zbyt mało ambitni i zaangażowani nauczyciele. To co łączy te wszystkie trzy opowieści – jak najbardziej prawdziwe i współczesne – to to, że polska szkoła nie jest w stanie skupić się na uczeniu. Uczenie, wyniki, poziom nie interesuje nikogo. Z wyników, z poziomu, z postępów nie rozlicza nikt. Swoją rzepkę każdy sobie skrobie osobno, a sens istnienia szkolnictwa powszechnego sprowadza się do jednego – żeby jakoś dotrwać do dzwonka. No i pod koniec miesiąca dostać te swoje 1000, czy 2000 złotych.
I teraz, jeśli ci wszyscy otępiali nauczyciele postanowili dziś się postawić głupiej, leniwej i bezmyślnej władzy, to nie dlatego, że podpuścił ich niejaki Broniarz – jeden z ostatnich niedobitków PRL-u. Zaprotestowali dlatego, że od długiego już czasu czują, że ktoś ich tu chce po prostu wykiwać. I nie tak wykiwać, jak dotychczas. Niechcąco i jak gdyby przy okazji. Wykiwać z pełną premedytacją, a przy okazji jeszcze coś smakowitego ugrać.
Większość moich koleżanek i kolegów nauczycieli, byłych i obecnych, sterczących z tymi swoimi nędznymi kawałkami kredy przed tablicami z jednej strony i z całą kupą w sumie biednych, nicniewiedzących dzieci z drugiej, a na dalszym horyzoncie z ich bezradnymi i też nicniewiedzącymi rodzicami, może mieć najróżniejsze myśli, najróżniejsze poglądy – najczęściej głupie i kompletnie niepozbierane – ale każdy z nich czuje, że toczy się jakiś ciężki przekręt. I dopóki ci co kręcą, robią jeszcze wrażenie, że chcą, ale akurat nie mają czasu, albo umiejętności, albo po prostu dobrych pomysłów, to w momencie, gdy zaczynają mieć do czynienia z bandą głupków, którzy znaleźli się tam, gdzie się znaleźli drogą czystego przypadku i właściwe jedyne o czym marzą, to wyskoczyć na kawkę, albo na piłeczkę, to na to pozwolenia nie będzie.
I stąd to, co mamy dziś.
I jeszcze raz. Tu nie chodzi o pieniądze. Nawet jeśli ci wszyscy nasi biedni nauczyciele myślą, że jest inaczej, to tylko tak mówią. Może i nawet tak myślą. W rzeczywistości jednak, to co czują, to już zupełnie i całkowicie inna kwestia.

wtorek, 27 maja 2008

Wspólnie i w porozumieniu ku miłości i zaufaniu

Wygląda na to, że nauczyciele - najbardziej spauperyzowana, a często też przy tym najbardziej moralnie zniszczona, część polskiej inteligencji - nie są zadowoleni z tego wszystkiego, co przyniosły im w hojnym darze czasy serdeczności i zaufania.
racowałem przy tablicy, gdy ministrem zostawał, a później przez kolejne miesiące prowadził polską szkolę, Roman Giertych i doskonale pamiętam ten poziom nienawiści, szyderstwa i pogardy, jaką potrafił z siebie wykrzesać przeciętny nauczyciel w stosunku do swojego ministra. Pamiętam czas, gdy słowo Giertych, podobnie zresztą, jak Kaczyński, czy Ziobro, funkcjonowało nie jako nazwisko, lecz jako symbol-inwektywa. Tym bardziej nie mogę się nadziwić dziś, gdy rozmawiam z nauczycielami – tym razem emocjonalnie trzeźwymi i samodzielnymi, bez uprzedniej propagandowej obróbki – i obserwuję, jak większość z nich, widząc i słysząc panią minister Hall, nie marzą o niczym innym, jak tylko o powrocie Giertycha.
Dlaczego Giertycha? Bo ten przynajmniej mówią – był kimś. Kimś, kto wie, planuje i ma przy tym coś w głowie. Dla niektórych nie bez znaczenia było choćby i nawet to, że Giertych był wysoki, postawny, miał ładny głos i przynajmniej wyglądał, jak mężczyzna. A tu za karę, że nie lubili Romana, dostali tę dziwną, śmieszną panią Kasię.
Strajkują więc. Powiem od razu: nie mam najlepszej opinii o moich kolegach nauczycielach. Więcej – moje zdanie o większości z nich, o ich zawodowym, moralnym i intelektualnym poziomie, jest mniej więcej takie, jak o zawodowym, moralnym i intelektualnym poziomie większości urzędników, dziennikarzy, czy prawników, czyli bardzo kiepskie. Uważam, że pozostawiając moje dzieci pod opieką ich nauczycieli, ryzykuję dokładnie tak samo, jak gdybym wymyślił, że oddam je pod całodzienną kuratelę pierwszej napotkanej osobie. Jeśli nie bardziej jeszcze.
Nie zmienia to jednak faktu, że praca w szkole, w przeciętnej polskiej szkole, szczególnie w gimnazjum, naraża każdego nauczyciela, któremu udało się jakimś cudem jeszcze kompletnie nie oszaleć, na taki poziom stresu i wszelkich innych umysłowych zagrożeń, że trudno tę atmosferę porównać do czegokolwiek innego. Może tylko lekarze, pracujący na nocnych dyżurach w pogotowiu, i policjanci stojący naprzeciwko bandy łysych debili w szalikach, mogą się pochwalić podobnymi doznaniami.
Problem bowiem w tym, że uniwersytety, kształcąc nas w kierunku nauczycielskim, przekazywały nam wiele ciekawych i pożytecznych informacji, natomiast nie poinformowały nikogo z nas o najważniejszym, że dobrze by było, gdybyśmy, zanim wejdziemy do klasy szkolnej, spróbowali ukończyć przynajmniej parę semestrów resocjalizacji. Bez tego, bywa, że praca w klasie sprowadza się wyłącznie do modlenia się, by jak najszybciej zadzwonił dzwonek, a w tym czasie nie stało się nic takiego, co sprowadzi na lekcję dyrektora, policję, czy też wspomniane już pogotowie.
Problem w tym, że polska szkoła ma taką konstrukcję, że podstawowym zmartwieniem każdego: od ucznia, woźnej, przez nauczyciela, do dyrektora nie jest to, żeby kogokolwiek czegoś nauczyć, lecz, żeby broń Boże nie stało się nic takiego, co sprowadzi do szkoły telewizję, albo, że coś o nas napiszą. Więc biedni nauczyciele harują, jak woły, połykając przy tym niezliczone ilości środków uspokajających, dostają garba od codziennego noszenia tych smutnych, nikomu niepotrzebnych ton papieru klasówkowego, przeganiają dzieci z zadymionych toalet, a w międzyczasie zbierają codzienne pretensje od równie umordowanych dyrektorów i słusznie załamanych rodziców.
A w zamian za to, jak już się porządnie nauczą swojego zawodu i osiągną pozycję nauczyciela dyplomowanego, to dostaną te 2000 do ręki raz na miesiąc.
Oto polska szkoła i to, co mamy w jej środku.
A co słychać na zewnątrz? Na zewnątrz mamy minister Hall, która mówi coś o odpowiedzialności, o uczeniu, o wynikach, o poziomie, no i o tym, że, jak nauczyciel dobry, to dostaje 3500 do ręki. To z jednej strony. A z drugiej bandę wszystkowiedzących, światłych i europejskich obywateli, którzy powtarzają za swoimi medialnymi mentorami, że jak nauczyciel chce zarabiać więcej, to musi się kształcić, no i więcej pracować.
A nad nimi wszystkimi, uśmiechniętego i wyszykowanego premiera, który obiecuje, że będzie super, tylko najpierw trzeba zmienić prezydenta, bo ten, co go aktualnie mamy, to jakiś nie bardzo.
Wspomniałem o mediach. Wczoraj Monika Olejnik stawała na swojej pokręconej od krętactw głowie, by nie zauważyć faktu, że dzisiejszy strajk, to pierwszy taki protest, gdzie wszystkie związki wspólnie wystąpiły przeciwko swojemu ministrowi.
Dziś polityczno finansowi opiekunowie red. Olejnik znaleźli złoty kluczyk. Jakiś szary, ruski redaktor z TVN24, rozmawiając z dwiema nauczycielkami, a jednocześnie związkowcami, jednej ze strajkujących szkół powiedział: W waszej szkole oba związki, wspólnie i w porozumieniu, że się tak – ha ha – kolokwialnie wyrażę, zorganizowały akcję strajkową.
Tak to się właśnie robi. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni trop, a później już tylko, świńskim truchtem, do przodu. Ku chwale III RP.

poniedziałek, 26 maja 2008

Pani Moniko? Skąd wieje na szczytach profesjonalnego dziennikarstwa

Moje koleżanki i koledzy z Salonu oburzają się na mnie, śmieją się ze mnie, dokuczają mi, radząc mi po raz siedemdziesiąty czwarty, żebym nie robił obciachu. Wszystko przez to, że raz za razem wychodzi na to, że zamiast zachować stoicki spokój i się wznieść ponad tę całą smutną szarość III RP, ja czytam, oglądam, słucham i znów czytam, a przez cały ten czas oczywiście się denerwuję, martwię i stawiam głupkowate pytania.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mają naturalnie rację. Dopiero co wytrzymałem cztery dni z dala od towarzystwa Bogdana Rymanowskiego, Grzegorza Miecugowa i jeszcze paru innych osób, których w sposób najbardziej uczciwy i jednoznaczny uważam za głupków. Prowadziłem niezwykle interesujące rozmowy z moim bardzo bliskim kolegą na tematy jak najbardziej politycznie neutralne, oglądałem filmy, których w ciągu normalnego roku nie mam czasu obejrzeć, słuchałem najpiękniejszej muzyki, chodziłem na najbardziej bajeczne spacery i życie było pełne.
Więc w jaki sposób do tego wszystkiego jest mi jeszcze potrzebna Monika Olejnik? Osoba, która jest dla mnie tak mało towarzysko interesująca, że nawet gdyby spotkał mnie jakiś zupełnie niewyobrażalny zaszczyt uściśnięcia jej ręki, albo nawet nadepnięcia na jej zielony bucik, to bym bezwzględnie wolał pójść na nowy film o Indianie Jonesie.
Tymczasem przychodzę z zakupami do domu, pędzę do telewizora, włączam TVN24 i sam sobie kopię grób.
W telewizorze Monika Olejnik lansuje się w towarzystwie dwóch polityków, Stefana Niesiołowskiego w studio i Zbigniewa Girzyńskiego gdzieś tam na ekranie studyjnego telewizora.
Wszystko w standardzie. Poseł Girzyński mówi mniej więcej tak: Jako posłowi PiS-u, który wyniósł Kazimierza Marcinkiewicza na stanowisko Prezesa Rady Ministrów, jest mi trudno krytykować byłego premiera.
Na co, jedna z najwybitniejszych dziennikarek politycznych nowej i końcówki starej Polski, jeden z najbardziej prestiżowych komentatorów politycznych ostatnich lat mówi – znów mniej więcej – Girzyńskiemu: Przy całym szacunku, panie pośle, ale to nie pan wysunął Marcinkiewicza na to stanowisko. Proszę o więcej skromności.
I przez najbliższe minuty głupkowato i bezczelnie się podśmiewuje.
Po chwili poseł Girzyński mówi, że jutrzejszy strajk nauczycieli, to pierwszy w historii strajk w szkolnictwie, popierany przez wszystkie związki. Monika Olejnik – wybitna dziennikarka i osoba o powszechnie uznanym autorytecie – mówi: Panie pośle. Przecież było naprawdę wiele protestów nauczycieli.
Niezrażony i cierpliwy Girzyński powtarza, że chodzi mu o protesty popierane przez absolutnie wszystkie związki, co jest wydarzeniem bez precedensu. I żeby pani Olejnik sobie sprawdziła, Na co nasza pani redaktor dalej sadzi swoje: Przepraszam, ale, panie pośle, nauczyciele już nie raz protestowali.
A moja sytuacja jest taka, że kompletnie nie wiem, co mam robić. Mam przestać czytać gazety? Mam przestać oglądać telewizję? Czy wtedy ten cały chory chaos się skończy? Przecież nie.
Więc nadal się zastanawiam, co się dzieje i co zrobić, żeby to bezczelne szaleństwo wreszcie się skończyło? Żeby ten bałagan chociaż odrobinę się rozrzedził.
Na co moi salonowi przyjaciele mówią mi żebym się nie wygłupiał i zajął sprawami poważnymi.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak pójść za radą mojego towarzysza niedoli, nowego33, który też – bardzo nieoryginalnie – skorzystał z samobójczej, jak się okazuje, dla starszego pana, rady profesora Bartoszewskiego i zwrócić się do pani Moniki Olejnik: Pani jesteś skurwysyn.
Ale tak nie pasuje. Pani redaktor Olejnik skurwysyn? Językowe, bo językowe, ale pudło.
To co mam mówić? Pani jesteś głupia suka?

Dziennik szykuje ustawkę - a ja tylko wracam z Jeziorek

Nie było mnie w Salonie parę dni. Ten długi majowy weekend spędziłem ze swoją najmłodszą córką u kolegi w Warszawie. Ona upajała się towarzystwem swojej koleżanki, Moniki, a ja, z kolei nurzałem się w przyjacielskich relacjach ze swoim wieloletnim druhem, Michałem, i tak nam mijał ten błogi czas z dala od świata, na mokrych polach podwarszawskich Jeziorek.
Wracałem wczoraj pociągiem do domu, zaopatrzony w podstawowy zestaw podróżny, czyli w prasę codzienną w postaci Rzeczpospolitej, Polski, no i Dziennika.
To trzy grube, weekendowe wydania gazet, mnóstwo papieru, mnóstwo materiału. Dzisiejszy przegląd będzie jednak znacznie monotematyczny, bo ograniczający się właściwie tylko do Dziennika. Dlaczego? No bo tak: Rzepa daje wywiad z Dornem – nic absolutnie ciekawego, poza krótką refleksją, że wielki Ludwik Dorn jest na równej drodze, by już wkrótce ostatecznie osiągnąć polityczny i intelektualny poziom Jana Marii Rokity i tym samym wypaść ze zbiorowej pamięci.
W Polsce, owszem, zabawna rozmowa z Jackiem Kurskim, no, ale to akurat też nie jest nic szczególnie szarpiącego wyobraźnią. Kurski to Kurski i, jak ktoś tylko chce, to wie już od dawna wszystko, co wiedzieć chce.
Każdy jednak kolejowy podróżnik doskonale się orientuje, że o jakości i klasie wyprawy nie stanowią zwykli, spokojni, mili, czasem drzemiący ludzie, lecz tych dwóch byczków z łysymi pałami, prowadzący rozmowę na temat ostatniej bitwy z policją, albo zbliżającej się ustawki.
W mojej podróży, podobnie zresztą, jak przy okazji innych ostatnich przygód społeczno-politycznych, rolę tępych chamów rzygających żubrem na swoje błyszczące kurteczki, przyjął na siebie Dziennik i jego jaśnie oświecona redakcja.
Oczywiście, nie myślę tu wcale zajmować się wywiadem Mazurka z moją salonową koleżanką, bo nudny, jak nie wiem co, a to, że Kataryna rozmawia z Mazurkiem, mnie nie oburza ani trochę. Wręcz przeciwnie, czuję zazdrość – też bym tak chciał.
Chciałem się natomiast zająć dwoma wielkimi materiałami, które, jak się okazało, zagospodarowały społeczną wyobraźnię minionego weekendu. Chodzi mi o artykuł Luizy Zalewskiej o Bondaryku , no i oczywiście o dalszy ciąg gangsterskich popisów najnowszej reinkarnacji Ubermana i Szykuły o prezydencie Kaczyńskim.
Tu jednak też nie chcę wchodzić w szczegóły, ani też w merytoryczną ocenę jednego i drugiego materiału. Uważam, że zajmowanie się Bondarykiem, Tomaszewskim, Brochwiczem i całą pozostałą bandą “szarych panów”, że się odniosę do przepięknej powieści Michaela Endego, na zasadzie bezsensownego bicia piany, jest kompletnie pozbawione celu, szczególnie jeśli biciem tej piany zajmuje się ktoś taki, jak Axel Springer wraz ze swym lokalnym, szemranym towarzystwem.
Również nie za bardzo widzę sens tłumaczenia komukolwiek, że to, że prezydent Kaczyński, rozmawiając przez telefon, zasłania usta, świadczy tylko o tym, że jest dobrze wychowany i dyskretny, i nie zachowuje się, jak ta nadęta para śledczych Dziennika, którzy prawdopodobnie, gdy rozmawiają przez swoje komórki, to drą mordy, tak by każdy w okolicy mógł zobaczyć, jakie to do nas zawitały ruskie ważniachy.
Też nie muszę nikomu tłumaczyć, być może tylko poza tymi nieszczęsnymi niedobitkami czytelników Dziennika, a te refleksje akurat nie są do nich, że znam dziesiątki osób, włącznie ze swoją skromną osobą, które, gdy rozmawiają przez telefon, to lubią sobie chodzić po mieszkaniu, albo iść do łazienki, albo postać sobie na balkonie – i to wcale nie dlatego, że tam nie ma podsłuchu.
I znów – jeśli Majewski z Reszką, kiedy dzwoni telefon, natychmiast pędzą w jak największy tłum, to jest to ich, i tylko ich, nędzny problem.
Więc nie o to chodzi.
Chodzi mi bowiem o rzecz daleko poważniejszą i o daleko cięższych konsekwencjach.
Redaktorzy Dziennika, czy to ratując się przed upadkiem tytułu, czy utratą pracy, czy może tylko realizujący swoje, albo czyjeś, ciemne interesy, prowadzą wyjątkowo brudną grę. Z jednej strony, trąbią na lewo i prawo, że walczą z mafią i tropią złych i nieuczciwych polityków na najwyższych szczeblach władzy, a z drugiej strony, bez najmniejszych, najbardziej śladowych podstaw, niszczą osobę i urząd Prezydenta R.P.
Dlaczego zarzucam redakcji Dziennika wyrachowanie i nieuczciwość? Proszę uprzejmie porównać społeczną i medialną reakcję, z jaką się spotkały oba artykuły. Pies z kulawą nogą nie wspomina o Bondaryku i jego szarych interesach. Cały naród natomiast głowi się, co to się dzieje w głowie Marcinkiewicza, co to się wyprawia w pałacu Prezydenta i jakie to związki łączą dwóch braci. Czy ta reakcja jest niezrozumiała? Czy zaskakuje? Skąd! Wszystko jasne, oczywiste i, co najgorsze, zaplanowane.
Czytamy potężną relację pani redaktor Zalewskiej i wiemy, że Bondaryk, że Solorz, że spółdzielnia Tomaszewskiego. Dowiadujemy się, że Elektrim i Era; że Turkowski coś tam, a Nurowski coś innego, że Pątnów, Adamów i Konin. Poznajemy najbardziej pikantne szczegóły o tym, jak Bondaryk się spotyka z Nurowskim, a Nurowski się do tego nie chce przyznać. Czytamy o jakiś rozmowach telefonicznych między Brochwiczem, a Niemczykiem o Bondaryku i przez bite cztery strony usiłujemy połapać się w gąszczu jakiś nic nam nie mówiących nazw, nazwisk i relacji. A jak już mniej więcej sobie wszystko poukładamy, to i tak efekt tego wszystkiego jest taki, że – i co z tego?
Z dziennikarskiego śledztwa Reszki i Majewskiego, oczywiście też nic sensownego, ani tym bardziej prawdziwego, nie wynika, jednak przynajmniej ta tłuszczowata masa, do której panowie R i M kierują swoje słowa, to co ma wiedzieć i zapamiętać, będzie wiedziała i zapamięta. I to bez względu na to, czy Kazimierz Marcinkiewicza okazał się koniem, czy tylko osłem trojańskim.
Bo dla przeciętnego idioty, w którym najbardziej niestrudzeni bojownicy o ostateczne wyeliminowanie z życia politycznego Kaczorów, pokładają całą ufność i nadzieję, informacja najbardziej wartościowa, to nie, że “Metalexport należał już wtedy do jednego z najbogatszych Polaków Piotra Buchnera”, czy że “Zdzisław Skorża nabywał umiejętności w Radomiu w latach 80. jako pracownik kontrwywiadu SB”.
To, co specjaliści od czarnej roboty z Dziennika pragną przekazać, i przekazują, to to, że: “Od tamtej pory bliźniacy mieli znacznie mniej czasu na osobiste kontakty”, że telefoniczne rozmowy między braćmi dotyczą tego, który z nich zajmie się wizytą matki u lekarza”, że “Prezydent bywa nieufny”, że “pani Maria dba, by Jurata była azylem”, że “w Prezydencie czasami budzi się mały chłopiec”, czy że “Lech Kaczyński jest antytalentem językowym”.
A wszystko po to, żeby ten kto ma wiedzieć, wiedział, że to są dwa szurnięte bliźniaki i że podobno jeden z drugim kazali podsłuchiwać premiera Marcinkewicza.
Chyba. Podobno chyba.
Oto jak się tworzy historię. Oto metody, o których wiele mogliby powiedzieć zarówno Jerzy Urban, jak i Cezary Michalski. Ale nie powiedzą. Bo są bardzo zajęci. Jeden tym, inny czymś innym, ale oboje, pod kierownictwem swoich promotorów wiedzą bardzo dobrze, co jest na końcu tego tunelu.
A tak było miło w Jeziorkach!

środa, 21 maja 2008

Witamy w domu, Panie Premierze! Nasze myśli czyste a serca otwarte

Trójka moich dzieci jest niesłychanie dumna z faktu, że sam Igor Janke zechciał skomentować mój ostatni wpis a Salonie.
Ponieważ sytuacja jest taka, że człowiek, któremu uczciwie zależy na tym, żeby ciemność zajmowała mniej miejsca niż światło, szuka sojuszników wszędzie, gdzie pojawi się cień szansy, z początku więc i ja uznałem, że fakt iż sam Igor Janke zechciał potraktować moje zmartwienia poważnie, jest godny zauważenia. Niestety, wygląda na to, że, podobnie jak większość z nas, i ja jestem tylko obserwatorem.
Musiało się więc przy tym pojawić pytanie, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego sojusze, standardy, idee – dlaczego to wszystko jest tak fatalnie zmienne?
No i odpowiedź była jedna: czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, a Ty i ja jesteśmy tu tylko po to, żeby dopełnić całości, a do powiedzenia nie mamy dokładnie nic.
Oczywiście reakcja pana Igora Janke mnie zaniepokoiła, ale to co mnie naprawdę przestraszyło, to nawet nie to, że nie mam nic do powiedzenia, bo opinia jest kreowana zupełnie gdzie indziej. Po przeczytaniu odpowiedzi pana Igora, bardziej się przejąłem podejrzeniem, że tak naprawdę to wszystko, co nas tak okropnie męczy, to zwykła gra, a my jesteśmy po to, żeby albo płacić abonament, albo zostawić w budce Ruchu tę przysłowiową złotówkę.
Bo czasy się zmieniają. Tak dużo się zdarzyło od dnia, gdy Bracia (gdyby ktoś nie wiedział, nie chodzi o Kaczorów) postanowili, że “Miller is finished”, każdy dzień przynosił nowe nadzieje, nowe rozczarowania, a przede wszystkim przekonanie, że w tej grze jesteśmy tylko pionkami.
Wczoraj premier Tusk wrócił ze swojej wyprawy w Andy. Tusk Vision Network desperacko próbuje odzyskać opinię stacji poważnej, a ja wracam pamięcią do dnia wyborczego zwycięstwa PiSu, tryumfu prezydenta Kaczynskiego, do jakże ciężkiej walki o stworzenie jakiejś w miarę skutecznej koalicji, no i do tych wszystkich dni, które nastąpiły później. Do tej strasznej, z niczym nie porównywalnej kampanii nienawiści. A przy tym myślę o głównych autorach tej niemal trzyletniej historii.
Kiedy Bractwo organizowało strategię i zbierało siły do ostatecznego usunięcia Kaczorów ze sceny, a wszyscy dookoła dreptali w niepewności, co będzie dalej... no i podejmowali decyzję co do dalszych posunięć, napisałem list do Dziennika, który redaktor Michalski, z jakiegoś zupełnie egzotycznego powodu postanowił opublikować.
W czasach, gdy wokół jest tak dużo zamieszania, a jednocześnie, jak już wspomniałem, wrócił z zagranicznych wojaży, ze swojej podróży życia, nasz pan Premier z Panią Małgosią, chciałem wszystkim Salonowiczom przypomnieć ten tekst. Bo chciałbym, żeby jednak ten minorowy nastrój, którym zacząłem ten tekst okazał się tylko retorycznym wstępem do czegoś znacznie radośniejszego. Ale również dlatego, że wierzę, że w tym całym chaosie, list ten pozwala zauważyć sprawy podstawowe.
Oto on. Mój list do Dziennika, opublikowany dnia 17 sierpnia zeszłego roku, czyli wtedy, gdy red. Krasowski już pewnie wiedział, ale na razie zaledwie tylko on, jaki jest plan.
Tak się składa, że w odróżnieniu od wielu obserwatorów tego, co się dzieje w polskiej polityce, do dziś bardzo dobrze pamiętam telewizyjny wieczór wyborczy tuż po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości.
Kiedy z niecierpliwością czekałem na gratulacje ze strony Platformy Obywatelskiej, jako oczywistego przyszłego koalicjanta PiS, i pierwszych konkretnych słów o powstaniu wspólnego rządu, na który tak wielu czekało, nastąpiła wypowiedź Bronisława Komorowskiego: “Niech sobie teraz PiS robi koalicję z Lepperem”.
Słowa te pamiętam tak dobrze, bo odczułem je jako wielką przykrość i jako pierwszy powyborczy szok. Pamiętam też bardzo dobrze pierwsze po wyborach wydanie tygodnika “Wprost” z okładkowym apelem, żeby Platforma pod żadnym pozorem nie wchodziła w koalicję z PiS.
Wszystko, co stało się potem, było już tylko pokłosiem tych pierwszych komentarzy. Cała propaganda, czy to ze strony opozycji, czy też ze strony mediów, była prowadzona właśnie pod hasłem po raz pierwszy sformułowanym przez pana Komorowskiego: “Niech sobie teraz PiS robi koalicję z Lepperem”. Wtedy wydawało mi się to następstwem pełnego emocji rozczarowania wynikiem wyborów. Obecnie wiem, że nad emocjami niewątpliwie panowała jakaś metoda.
Myślę, że kalkulacje przeciwników PiS były następujące: bez względu na to, co Kaczyńscy teraz zrobią, i tak przegrają. Poprze ich Lepper - wstyd i nasze zwycięstwo; przyjmą nasze warunki - znowu nasz sukces; pójdą na kolejne wybory - ich bezradność będzie również naszą wygraną. Z perspektywy czasu twierdzę najuczciwiej jak tylko potrafię, że wybór, którego dokonali Kaczyńscy, był najlepszy ze złych. A innych nie było.
Jeśli więc teraz czytam komentarze wyśmiewające Jarosława Kaczyńskiego za to, że przez dwa lata zadawał się z hołotą, to widzę w tym głęboki fałsz. Ale też przy okazji, kiedy czytam komentarze sugerujące, że przez dwa lata ten rząd nie osiągnął nic, to czuję już nie tylko fałsz, ale i wielką niesprawiedliwość.
Wiem, jak ciężko jest polemizować z redaktorem naczelnym “Dziennika”, niemniej pozwolę sobie zauważyć, że jeśli pan Robert Krasowski pisze: “Gdyby CBA odniosło choćby jeden sukces”, to ja taki jeden sukces widzę. Tylko jeden i aż jeden. Dziś wziąć łapówkę jest o wiele trudniej niż przed rokiem i jeszcze trudniej niż przed dwoma laty. Po to było to biuro. Po to był ten rząd. I to jest oczywiste. Niewykształceni, naiwni i ja mogliby jeszcze wspomnieć choćby o gospodarce. Ale to już wiemy. To nie dzięki nim. To wbrew nim. Więc o tym sza! Nikt nie chce klakierów. Natomiast trochę sprawiedliwości nie zaszkodziłoby. Trochę.
Taki to list czytelnika ukazał się w Dzienniku 17 sierpnia 2007 roku.
Jak strasznie się dużo zmieniło od tego czasu. Ile emocji, ile radości, ile rozpaczy przepłynęło przez nasze życie. Ile kłamstw i jak wiele bezwzględnej, niewzruszonej agresji sprawiło, że troszkę się postarzeliśmy. Ciemność zwyciężyła, sojusze się przesunęły, ale i oto, wreszcie, zapaliło się malutkie światełko. Premier wrócił z Ameryki Południowej i wreszcie zaczął się bać. I zaczyna się nowa era.
Bądźmy zdrowi!

poniedziałek, 19 maja 2008

"Wśród serdecznych przyjaciół, psy zająca zjadły"

Uważam, że akcja przygotowana przez gazetę Dziennik przeciwko Prezydentowi jest akcją. Akcją w sensie spisku, akcją w sensie planu, który ma określony cel. A jeśli jest akcją, to nie zwykłą dziennikarską misją, ani tym bardziej nie życzliwą próbą oczyszczenia prezydenckiego pałacu z chwastów.
Ponieważ zapoznałem się z głównymi fragmentami pięciostronicowego dzieła panów Reszki i Majewskiego, mogę postawić jak najbardziej racjonalną i usprawiedliwioną tezę, że ze wszystkich dotychczasowych politycznych i medialnych ataków wymierzonych w Prezydenta, ten jest najbardziej poważny i najlepiej przygotowany.
Uważam przy tym, że, uwzględniając tak nieprawdopodobny ciężar uderzenia, nieporównywalny z jakąkolwiek dotychczasową krytyką poprzednio urzędujących prezydentów, czy premierów, należy podejrzewać, że na tego typu posunięcie musiała być wydana zgoda daleko wyżej dziennikarskich ambicji dwóch panów na redaktorskich pensjach, czy nawet ich bezpośrednich przełożonych.
A jeśli jest tak, jak mówię, to mamy do czynienia z czymś na kształt zamachu stanu.
Ja rozumiem, że wielu bardzo politycznie uświadomionych salonowiczów, zaczyna się w tym momencie klepać ze śmiechu po brzuchach, bo tak to już w niektórych głowach się dzieje.
Proszę mi jednak powiedzieć, jakie są perspektywy dalszej służby Lecha Kaczyńskiego na swoim urzędzie, jeśli przyjmiemy, że to co piszą Reszka i Majewski jest prawdą? Choćby ten cały bełkot, stanowiący ostatni akapit pierwszej części pracy śledczej Panów Odważnych.
Ja oczywiście rozumiem, że dla wielu tak zwanych weekendowych obserwatorów sceny politycznej, teza, że właściwie wszystko już było, a między kompromitacją, a kompromitacją nie ma różnicy i czy to jest Łyżwiński, czy Lepper, czy Marek Kuchciński, czy Prezydent Państwa, to przy odpowiednim spiętrzeniu negatywnych emocji i odpowiednio przetrawionej propagandowej sieczki – to jest wszystko jedno.
Może i tak. Może to tylko zabawa.
Rozumiem bowiem, że przy właściwie skumulowanemu negatywnemu myśleniu, różnica między autentycznym oskarżeniem, a propagandowym wesołym miasteczkiem, dla niektórych po jakim czasie może się wyzerować.
Myślę jednak przy tym, że jeśli mocodawcy Dziennika i tych dwóch smutnych nieszczęśników, faktycznie postanowili się tylko zabawić dla ratowania upadającego interesu, to powinni jednak pamiętać, że ktoś może ich kalkulacje wziąć na serio. I w tym momencie sprawa się robi poważna.
A sprawa jest poważna. To właśnie zamach stanu.
W moim poprzednim wpisie zasugerowałem, że za odsunięciem Millera od władzy, a tym samym za aferą Rywina i za ostatecznym – jak teraz widzimy – upadkiem postkomunistycznej lewicy w Polsce mógł stać spisek.
I znów, wiem, że ta moja hipoteza spowoduje u niektórych rechot. Ale zapytam więc: jeśli się mylę i pomieszało mi się w głowie, to jak to ostatecznie jest z tym Rywinem u Michnika? Jak to jest, że Rywin wolał siedzieć przez tak długie miesiące w więzieniu, niż pisnąć słówko. Może panowie Reszka i Majewski, wybitni dziennikarze śledczy Dziennika, znają odpowiedź.
Obawiam się jednak, że tu się nie dogadamy. Nie dogadamy się, bo po przeciwnej stronie widzę wyłącznie rozzuchwalone i wykrzywione grymasem nienawiści twarze ludzi, którzy marzą tylko o osobistym wykopaniu taboretu (zobacz mój wpis o tym właśnie tytule z 21 marca tego roku).
Zwracam się więc do pana Igora, do pana redaktora Zaremby i do nie wiadomo kogo jeszcze wśród wszystkich tych, którym, przynajmniej deklaratywnie, zależy na powodzeniu i prestiżu naszej Polski. Czy Wy naprawdę nie widzicie, co się dzieje?
I do Pana, panie Igorze. Widziałem Pana wczoraj w TVN-ie, jak Pan nie był w stanie jednym słowem zaprotestować przeciwko temu, co nawet dziecko rozpozna, jako niebywałą hucpę. Czy Pan, panie Igorze tak bardzo już wsiąkł w tę jakże grząską branżę tzw. “komentatorów”, że musi Pan bardziej dbać o to, żeby dobrze wypaść, niż o zasady?
Osobiście uważam, że to całe axelowskie pisanie, to stek kłamstw. Ale wiem, że Pan myśli inaczej. Wiem, że, Pańskim zdaniem, sytuacja wokół Prezydenta jest nienajlepsza. I załóżmy, że to Pan wie więcej, a ja nie wiem nic. Załóżmy, że w Pałacu Prezydenckim kipi od kompromitujących zachowań po wszystkich stronach.
To proszę mi w tej sytuacji powiedzieć, skąd Panu przyszło do głowy, że jeśli pochyli się Pan wspólnie z red. Stasińskim, tą nieszczęsną paniusią z TVN-u i tym komunistycznym redaktorem, którego nazwiska nie muszę pamiętać, nad choćby tymi chorymi relacjami między panią Marią Kaczyńską, a jej mężem, to nagle wszyscy pójdą po rozum do głowy i w Pałacu zapanuje wzorowy i cywilizowany układ? Wierzy Pan w to?
A może Pan myśli, że część pisaniny Reszki i Majewskiego to prawda, a część to kłamstwa i Pan zagra wraz z red. Zarembą tak chytrze, że to co prawda, to się naprawi, a to, co kłamstwo zostanie ujawnione i Wołek z Żakowskim i kim tam jeszcze wylądują na swoich zakłamanych pupach?
Przepraszam bardzo, ale tak też się nie da. I Pan akurat powinien to wiedzieć.
Szykowana jest akcja.
I nie jest to taka sobie akcja, jaką próbował rozkręcić Palikot z kimś pewnie jeszcze, która się przecież Panu nie podobała, a która przy obecnej, to był wisosenny podmuch.
Nie jest to też akcja, jak było to w przypadku tzw. afery Begerowej. Nie jest to taka sobie akcja z Kaczmarkiem, w jaką udało się komuś wmanewrować Giertycha i jego pobożnych chłopaków. Nie jest to nawet taka akcja, jaką przed laty ułożyła Wielka Loża (przyznali się! – sam czytałem, jak się tym chwalili) w czerwcu 1992.
Wszyscy oni są mądrzejsi o te parę lat.
Po co Pan w to wchodzi?

niedziela, 18 maja 2008

"The Brothers will get to him" - czyli wolne media w służbie ciemności

Kiedy wczoraj przedstawiłem Salonowi mój tekst o Ubermanie, Szykule i o ich wiernych i jakże uzdolnionych uczniach z Dziennika, przede wszystkim nie spodziewałem się, że całe wydarzenie może się okazać jakoś istotne. W telewizorze za bardzo tematu nie dyskutowano, w samym Salonie też nie zaobserwowałem szczególnego ruchu, więc uznałem, że napiszę to co napisałem, przypomnę tym, którzy zapomnieli postacie Marka Ubermana i Bogusława Szykuły i na tym kolejny etap schodzenia Dziennika do najniższego piętra propagandowego śmietnika, zostanie zamknięty.
To po pierwsze. Pod drugie, wydawało mi się, że kłamliwość i cały ten propagandowy wymiar przedsięwzięcia grupy Axela Springera jest tak oczywisty, że trudno będzie znaleźć kogokolwiek – może poza najbardziej odymionymi wyznawcami Platformy Obywatelskiej – kto uzna te brednie za wiarygodne.
Dziś w programie telewizji TVN24 “Loża Prasowa” obok dwóch znanych przedstawicieli tzw. skrzydła targowickiego, wystąpili dziennikarze, jak się dotąd wydawało, rozumiejący, co znaczy misja i odpowiedzialność, czyli Piotr Zaremba i Igor Janke. Zamysł redaktorów TVN-u był prawdopodobnie taki, że Gazeta i komunista będą doszukiwać się jasnych punktów w relacji Dziennika, a Zaremba z panem Igorem uwiarygodnią demokratyczne intencje stacji, ostatnio przezywanej dowcipne Tusk Vision Network.
Wydaje się, że efekt musiał zaszokować nawet najbardziej optymistycznie nastawianych braci Niemców. Otóż wszyscy czterej panowie, przez całą część programu dotyczącą prowokacji Dziennika, prześcigali się w deklaracjach na temat tego, kto z kim się akurat w tym, albo innym punkcie wypowiedzi zgadza. Ani Zarembie, ani co gorsza Igorowi Janke, przez gardło nie przeszło słowo “skandal”.
Ba. Ani jeden ani drugi, nawet na chwilę nie znaleźli w sobie tej odpowiedzialności, tej troski, tej przecież najbardziej podstawowej uczciwości, żeby powiedzieć, że stało się coś, co nie miało miejsca na tak szeroko zakrojoną skalę od czasów właśnie Ubermana i Szykuły.
We wczorajszym tekście na tym blogu, omówiłem tylko ten czarny bełkot z pierwszej strony Dziennika, informując Cię, że dalej już mi się nie chciało czytać. Więc przyznaję, że chwilę później zajrzałem na ostatnią stronę zleconego zadania panów Reszki i Majewskiego. Tekst kończy się następującymi słowami:
“Gdy robi się bardzo późno, na dół schodzi małżonka prezydenta. Pani Maria dba bardzo o Lecha:
‘No i co się dzieje? Jak schodzi prezydentowa, to nie ma wina na stole? Wino jest tylko, gdy jest tu Michał Kamiński? – pyta w żartach..
Potem pani Maria zaczyna rugać prezydenta, że jej nie odwiedził przez cały dzień:
- Na kolana. Dziś na dwa!
- Tak przy wszystkich?
- Tak, niech się uczą dobrych zachowań.
W końcu pani Maria zabiera męża na górę.
- Już idę, babusiu - odpowiada potulnie prezydent.
------------------
Po co przytaczam ten niezwykły fragment niezwykłej pracy dwóch śledczych Dziennika?
Otóż dlatego, żeby udowodnić, że tekst Dziennika jest najbardziej czarną, najbardziej brudna akcją od lat. Każdy, kto ma odrobinę rozumu wie, że ty dwóch panów poniosło stuprocentowo.
Ale przytaczam ten fragment jeszcze w tym celu, żeby przedstawić pewną hipotezę. Przyjmijmy mianowicie, że faktycznie, zdarzyło się tak, że w obecności innych urzędników kancelarii pani Kaczyńska straciła panowanie nad sobą do tego stopnia, że kazała Prezydentowi klękać i przepraszać, i załóżmy nawet, że Lech Kaczyński jest tak bezradny wobec nastrojów swojej żony, ze nie umie się już bronić. Załóżmy nawet, że tego typu zdarzenia są chlebem powszednim w Pałacu Prezydenckim.
Załóżmy nawet, że w Pałacu Prezydenckim dzieją się jeszcze gorsze rzeczy, niż tłamszenie męża przez żonę. Załóżmy, że pani Kaczyńska codziennie leje Prezydenta pasem, po gołej pupie w obecności urzędników.
I przyjmijmy, że panowie Reszka i Majewski ten fakt ujawniają.
Czy redaktorzy Janke i Zaremba wyobrażają sobie, że w tej sytuacji mogliby zaprotestować i zapytać publicznie: “A jakiż to interes Rzeczypospolitej jest w tym momencie reprezentowany przez panów R&M? A cóż to panowie R&M proponują? Impeachment, czy dalsze niszczenie Prezydenta, aż Donald Tusk za dwa i pół roku będzie mógł wygrać nawet nie prowadząc kampanii? O co wam chodzi?”
Albo czy redaktorzy, których lubię, szanuję i czytam, byliby w stanie zapytać: “A czym to sobie Lech Kaczyński zasłużył, żeby być potraktowany przez wolną prasę tak, jak ani Jaruzelski, ani Wałęsa, ani nawet zapijaczony Kwaśniewski na katyńskich grobach, nie mogli nawet śnić w najstraszniejszych koszmarach?”
To są pytania do pana Igora i do pana Zaremby. Odpowiedzi może się doczekam, a może nie.
Nieważne.
Myślałem, że nie będę musiał tu w Salonie odwoływać się na najbardziej prymitywnych teorii spiskowych, których w głowach skołowanych rodaków wiele i jakże często. Przyszedł jednak i na to czas. Dlaczego? Bo wygląda, że są chwile, kiedy trudno o rzeczową, rozsądną i logiczną analizę. Bo odpowiedzi są chyba jednak dużo prostsze, niż komukolwiek może się wydawać.
Posłuchaj więc. To do Ciebie:
Mam kolegę, Brytyjczyka, bardzo oczytanego, bardzo mądrego, o niezwykłej wiedzy i doświadczeniu. Kiedyś, dawno, jeszcze za władzy millerowych komunistów otrzymałem od niego następujący sms. Będzie po angielsku. Jak kto chce, niech sobie zada trud i przetłumaczy:
Kolodko! What an effin’ tragedy. He’s bent as a nine bob note, and everyone knows it. Miller’s finished. The Brothers will get to him, AW & ABW or not.”
To był rok 2000. Zajęło to Braciom (myślę, że wiesz, ale na wszelki wypadek - nie chodziło o tych braci) trochę czasu, prawda? Ale sprawa została przeprowadzona skutecznie, prawda?
Módlmy się, by tym razem, im się nie udało.

sobota, 17 maja 2008

Uberman i Szykuła, czyli Back to the Future

Młodsi użytkownicy Salonu24 mogą nie pamiętać. A wielu starszych mogło zapomnieć. Słusznie zresztą.
Ja niestety pamiętam te dwa nazwiska: Uberman i Szykuła. Marek Uberman i Bogusław Szykuła w okresie stanu wojennego i,w gruncie rzeczy, przez wszystkie najgorsze lata schyłkowego PRL-u, stanowili dziennikarska parę, przy której, jeśli idzie o poziom propagandowej agresji, przemocy i kłamstwa, Jerzy Urban mógł zdecydowanie liczyć na uniewinnienie.
W Urbanie bowiem zawsze była jakaś inteligencja i w pewnym sensie coś sympatycznego. Kiedy natomiast komunistyczna telewizja zapowiadała, że za chwilę pojawią się Uberman i Szykuła, wiadomo było, że będzie absolutnie najgorzej.
Od tego czasu, zawsze się zastanawiałem, dlaczego, ile razy antyobywatelska propaganda chce dokonać jakiegoś zamachu na ludzką wrażliwość, bierze do tej roboty dwóch umyślnych. Najpierw byli to Uberman i Szykuła, później Żakowski i Najsztub, Janicki i Władyka, jeszcze później Miecugow i Sianecki, ostatnio Sekielski i Morozowski. Może zasada jest taka, że jak cię chcą załatwić na zasadzie zlecenia, to robi się to tak, jak u Świadków Jehowy, albo u Mormonów – wysyła się dwóch, żeby się wzajemnie pilnowali.
Nieważne. To o czym chcę pisać, to to, że ostatnio pojawił się nowy tandem, myślę, że pod wieloma względami wyprzedzający wszystkich swoich poprzedników, mianowicie para dziennikarzy śledczych Dziennika: Michał Majewski i Paweł Reszka.
Pierwszy raz, jak zwróciłem uwagę na tych dziwnych mężów, to gdy jeszcze na samym początku panowania nowej oświeconej władzy miłości, pisząc o zbliżającym się nieuchronnie aresztowaniu i wsadzeniu do kazamatów szefa CBA, napisali (jeden pewnie dyktował, drugi pisał, a jak jednemu się zmęczyła ręka, to się zmieniali), że “nikt nie będzie płakał za Mariuszem Kamińskim”.
Ponieważ wiedziałem, że to nieprawda, i nawet nie dlatego, że ja akurat go lubię, ale dlatego, że wiem, że jest nas dużo więcej, napisałem do Dziennika króciutki liścik-sprostowanie, w którym poinformowałem, że Majewski z Reszką się pomylili, bo ja będę płakał.
Moje sprostowanie się nie ukazało, bo najwidoczniej red. Michalski pomyślał, że kłamię w celach propagandowych, a ponieważ Dziennik stara się trzymać od propagandy z dala, to zadecydował, że płakać jednak nie będzie nikt.
Później jeszcze parę razy miałem okazję rzucić okiem na publikacje panów Reszki i Majewskiego, ale że mój związek z Dziennikiem osiągał już stan zupełnie schyłkowy, jakoś mi ich opinie nie zapadły w pamięć.
Dziś dopiero, kiedy zobaczyłem za szybą mojego kiosku wielki tytuł na pierwszej stronie Dziennika: SAMOTNOŚĆ PANA PREZYDENTA, a pod spodem małymi już literkami: “Michał Majewski Paweł Reszka dziennikarze działu śledczego”, wysupłałem złotówkę i 50 groszy i dokonałem wpłaty na konto firmy o nazwie Axel Springer.
I od razu powiem, że wydatku nie żałuję i nawet nie mam szczególnych wyrzutów sumienia z powodu złamania bojkotu. Wrażenia bowiem z lektury opracowania śledczych Dziennika są nie do zastąpienia
Oto wybrane fragmenty:
“Co ujrzeliśmy za kulisami? Prezydenta, a wokół niego dwór pełen frakcji i koterii. Dworzan skupionych nie na pomaganiu głowie państwa, ale na wewnętrznych, wyniszczających bitwach.”
“Kaczyński nie panuje nad swoim zapleczem."
"Zero pracy intelektualnej"
“Z dziesiątek rozmów, wyłania się też obraz człowieka chwiejnego, który ma problemy z podejmowaniem decyzji.”
“Donald Tusk, kiedy się spotyka z prezydentem, dokładnie wie, jaki guzik nacisnąć, żeby wyprowadzić Kaczyńskiego z równowag.”
“Dwór nauczył się straszyć Lecha Kaczyńskiego wyimaginowanymi atakami opozycji, czy mediów.”
“Pewnego ranka prezydent oświadczył mi, że w jednej z gazet będzie atak na jego matkę. Był rozbity. Długo trwało uspokajanie go: ‘Kto ci zaatakuje matkę? Za co? Uspokój się.’”
To tylko zaledwie pierwsza strona dzisiejszego Dziennika, a co wytropili śledczy Majewski i Reszka. Dużo więcej na stronach 16-19, a to i tak dopiero początek, bo dzisiejszy, to zaledwie pierwszy odcinek serialu wyprodukowanego przez Springera, a zatytułowanego “Straszny dwór pana prezydenta”.
Jednak ja już dalej nie czytałem. Uznałem, że 1,50 to zdecydowania za niska cena za tak nieprawdopodobną intensywność doznań. Uważam, że panowie Reszka i Majewski, z tym swoim niezwykłym bagażem o nazwie “Kłamstwo na zlecenie” zasługują na dużo więcej, niż na moje głupie 1,50. Może powinni objąć jakąś katedrę w Mińsku, albo na Kubie. Może powinni otrzymać jakąś znaczną nagrodę od prezydenta Korei Północnej, albo wręcz wyjechać do Niemiec i objąć jakieś stanowisko gdziekolwiek za ciężkie pieniądze.
Więc, trochę symbolicznie – przyznaję – odłożyłem Dziennik i nie czytałem już dalej.
Inna sprawa, że, boję się, dalej mogło być już tylko gorzej. Więc, podobnie do mojego jednego kolegi, który z filmu Tarantino, Wściekłe psy, obejrzał tylko scenę przed napisami, bo uznał, że dalej nie może być lepiej, a nie chciał sobie psuć wrażeń, pozostałem tu, na pierwszej stronie Dziennika.
Tekst oczywiście broni się sam, niemniej coś powiedzieć trzeba. Więc drobna refleksja na temat jednego fragmentu śledczej pracy Reszki i Majewskiego. I nie chodzi o ten fragment, który informuje, że któryś z informatorów Reszki i Majewskiego ma taka pozycję u Prezydenta, a jednocześnie jest tak głupi, żeby akurat w rozmowie z tymi dwoma dziwakami z Axela Springera się tak fatalnie zdekonspirować, że może bezkarnie do Lecha Kaczyńskiego powiedzieć ni mniej ni więcej, jak ‘Kto ci zaatakuje matkę? Za co? Uspokój się.’
To oczywiście byłoby zbyt proste, a poza tym każdy myślący człowiek, a do innych staram się nie mówić, sam widzi, jak fatalnie niestarannie jest to kłamstwo uszyte.
Zajmiemy się tu innym fragmentem intelektualnej pracy Reszki i Majewskiego:
Donald Tusk, kiedy się spotyka z prezydentem, dokładnie wie, jaki guzik nacisnąć, żeby wyprowadzić Kaczyńskiego z równowagi.
Oczywiście to, że Donald Tusk jest wielki i przebiegły, jak peruwiańskie słońce, wiem, i to nie tylko z lektury Dziennika. Nieskromnie jednak pragnę zauważyć, że ja też wiem, co zrobić, żeby wyprowadzić Kaczyńskiego z równowagi. Czytałem o tych niezawodnych numerach kiedyś w niemieckiej gazecie Die Tagespiegel, czy tak jakoś.
Ale ja wiem coś więcej. Ja mianowicie wiem, jak wyprowadzić z równowagi panów Reszkę i Majewskiego. Jaki guzik nacisnąć, żeby się na mnie wściekli. Oczywiście jest jeszcze taka możliwość, że oni akurat nie są ludźmi, więc może nie zadziałać.
Tak czy inaczej, nie zdradzę jednak tu tej metody. Nie napiszę tu czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem mogłoby się dla mnie źle skończyć. Ich zezłościć, ale mi bardzo zaszkodzić.
Oni, póki co, niestety mogą sobie używać. Razem z Donaldem i ze swoimi przyjaciółmi z Niemiec.

Do sztambucha dziennikarzom - czyli niech żyją politycy!

Pamiętam, że kiedyś, jeszcze zanim Polska na dobre została podłączona do tzw. “netu”, a dzieci i młodzież starsza nawiązywała przyjaźnie drogą klasyczną, czyli za pośrednictwem Poczty Polskiej, w najróżniejszych czasopismach właśnie dla młodzieży ukazywały się profile osób chcących się zaprzyjaźnić.
Młodszym blogerom powiem tylko, że klasyczny profil wyglądał tak, że pod zdjęciem przedstawiającym jakąś sympatyczną buzię, widniał podpis:
“Kasia z Sopotu, lat 16, lubię czytać, słuchać polskiej muzyki rockowej, uwielbiam Oddział Zamknięty, nienawidzę głupoty i faszyzmu”.
O ile ten faszyzm nigdy mnie nie dziwił, no bo czego mógł nienawidzić wrażliwy chłopak, lub jego szkolna koleżanka? Jeśli nie faszyzmu, no to już tylko nienawiści, ale że głupio było pisać: “Nienawidzę nienawiści”, a pisać “Nienawidzę komuny” już zupełnie nie wypadało, to pozostawał tylko ten faszyzm.
Więc, jak mówię, to rozumiałem.
Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tą głupotą. Ja na przykład w życiu bym nie powiedział, że najbardziej na świecie nienawidzę głupoty, no bo zawsze się może znaleźć ktoś, kto powie, że ja właśnie jestem głupi, a od czasu do czasu znajdzie się ktoś autentycznie ode mnie mądrzejszy i mi to na domiar złego udowodni.
Powiem więcej. Nawet jeśli miałoby się okazać, że jestem na tyle mądry, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że najbardziej ze wszystkiego nienawidzę głupoty, to jakoś nie wypada tak wyjść do ludzi i się pochwalić, że ja akurat owszem, jestem dość mądry.
No ale i to próbowałem jakoś zrozumieć. Pomyślałem sobie, że kiedy jest jeszcze dzieckiem, człowiek potrzebuje czegoś w miarę stałego, na czym można się oprzeć, więc jak widzi, że czegoś nie rozumie, to się złości, mówi, że to coś jest głupie, no a później, że najbardziej na świecie nie lubi głupoty.
Dziś, w Tusk Vision Network wystąpił dziennikarz nazwiskiem Bartosz (kiedyś Bartek) Węglarczyk i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tych naszych głupich polityków. Może zresztą użył innych słów, ale sens był dokładnie taki sam. Że red. Węglarczyk z tą powszechną głupota już nie wytrzymuje.
Zdziwiło mnie to wystąpienie o tyle, że jego autorem nie był, jak już wpomniałem, Bartek, ale Bartosz. Ale to nie wszystko. Dzieci sprzed lat, gdy mówiły, że nienawidzą głupoty, to nie dodawały, że chodzi im o polską głupotę. Bartosz Węglarczyk natomiast, zupełnie poważnie, powiedział, że on się bardzo cieszy, że nie musi się już zadawać z polskimi politykami i w ogóle uczestniczyć w tej polskiej głupocie, bo głównie spędza czas z politykami zagranicznymi.
Zupełnie niezrażony tym swoim początkowym wyskokiem, po chwili, komentując sytuację w polskim lotnictwie wojskowym, rozsiadł się w TVN-owskim fotelu z takim ruskim uśmiechem i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na różne elementy życia publicznego w Polsce, gdzie większa ich część jest na ogół opanowana przez tandetę i amatorstwo.
Gdyby Bartosz Węglarczyk do tej zdegenerowanej grupy dorzucił dziennikarzy, to może bym mu wybaczył, choć niechętnie. On jednak, na sto procent o dziennikarzach nie myślał. Z jego światłej wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że dziennikarze polscy trzymają, jako jedyni, poziom światowy.
I to mnie prowadzi do głównej części mojej refleksji. Głównej, i w gruncie rzeczy stanowiącej jej epilog. Otóż z jakiegoś powodu, utarła się opinia, że, pomijając tzw. pisiaków, najgłupsi w Polsce są politycy. Politycy i – co swoją drogą bardzo ciekawe – policjanci. Cała reszta jest głupsza lub mądrzejsza, ale nikt nie jest tak głupi, jak politycy (i policjanci). Jednocześnie, najmądrzejsi są dziennikarze i to oni mają największe prawo, żeby przedstawiać społeczeństwu dzieje głupoty w Polsce.
Proszę zwrócić uwagę, jak reaguje na przykład red. Rymanowski, albo jakiś inny Sekielski, kiedy któryś z gości w ich programie zagapi się i zwróci się do niego per “panie pośle”. Reakcja jest niezmienna; “Ha, ha, ha. Panie ministrze, pan mi chyba źle życzy!”
Zupełnie, jakby ktoś zaproponował Rymanowskiemu (czy Sekielskiemu), żeby na przykład zatrudnił się, jako kelner w domu publicznym. Podczas gdy on jest przecież aż dziennikarzem.
Wczoraj wieczorem, wspomniany Rymanowski, rozmawiając z ministrem Zdrojewskim, zapytał: “Czy to prawda, że pan ma dzisiaj urodziny”. Okazało się, że nie. Nieprawda. Zdrojewski “dziś” urodzin nie ma. Powstaje problem, dlaczego Rymanowski zadał to pytanie. Skąd mu przyszło do głowy, że Zdrojewski ma “dziś” urodziny? Czy ktoś mu powiedział? Czy coś mu się pomyliło?
Oczywiście jest to drobiazg, jednak z punktu widzenia roboty, za którą Rymanowskiemu płacą, równie dobrze mógł pan redaktor zapytać: Czy to prawda, że jest pan bratem tego słynnego piosenkarza Zbigniewa Ziobry? Na przykład. Mniej więcej tak samo bez sensu.
I Rymanowski nie jest tu wcale postacią symboliczną, choć wystarczy obejrzeć sobie dowolny występ pana reaktora w programie Kawa na ławę, by widzieć, że i on akurat jedynie potrafi uśmiechać się jak dziecko i od czasu do czasu przerywać rozmowę, bo do słuchawki mu powiedzieli, że trzeba zmienić temat, albo, że czas na reklamy.
Otóż odnoszę nieodparte wrażenie, że choćby Kolenda-Zaleska, albo niejaki Maciej Warasiński, są bez porównania bardziej od Rymanowskiego niekompetentni – że każdy najgłupszy, najbardziej tandetny polityk jest po stokroć lepszy, sprawniejszy i inteligentniejszy od większości dziennikarzy.
Każdy, pierwszy lepszy polityk, mówi płynniej, poprawniej, inteligentniej od wielu – podkreślam, wielu, oczywiście są chlubne wyjątki – podobno wybitnych dziennikarzy. I odwrotnie: nie trzeba być szczególnie czujnym obserwatorem; wystarczy tylko pooglądać jakąkolwiek telewizję – wcale nie koniecznie Superstację – w jakikolwiek dzień, żeby obejrzeć sobie wszystkie najbardziej drastyczne przykłady niekompetencji dziennikarskiej na każdym możliwym poziomie: języka, logicznego myślenia, inteligencji, czy zwykłego sprytu.
Skąd ta cała sytuacja? Choćby stąd, że kiedyś, w swoim życiu, według najbardziej obiektywnych standardów, każdy dowolny polityk okazał się lepszy od wszystkich pozostałych konkurentów. Każdy z nich kiedyś wygrał i odniósł autentyczny sukces. W swojej dzielnicy, w swojej wsi, w swoim mieście. Wszystko jedno gdzie, ale zawsze gdzieś. Czy to ktoś tak wyjątkowy, jak Jacek Kurski, czy też ktoś tak wyjątkowo słabiutki, jak Sławomir Nowak.
Powiem więcej, lepsi od innych okazali się nawet poseł Wenderlich, posłanka Synyszyn, czy nawet Donald Tusk. Możemy ich nie znosić, nie zgadzać się z nimi, uważać, że jako ludzie są głupi i niscy, ale w swojej branży, czyli w polityce, o niebo lepiej wykorzystali ten swój ewangeliczny “talent”, niż ktoś taki, jak na przykład Mikołaj Lizut w dziennikarstwie.
A jeśli są teraz ogólnie znani i – jak mówię – często nawet znienawidzeni, to wyłącznie w związku ze swoimi osobistymi zaletami. Dzięki osobistemu wysiłkowi i osobistej skuteczności, a nie przez to, że kolega taty, albo brat kumpla coś obiecał, a później pomógł i załatwił.
Ani nie przez to, że człowiek znał trochę język włoski (dla przypomnienia, Boniek po włosku tez “wymiata”) i w momencie, jak umierał Papież, przebywał akurat w Rzymie.
Albo wreszcie też nie przez to, że kiedyś pisał beznadziejne recenzje filmowe w Gazecie Wyborczej, później wyjechał z niewiadomych przyczyn do Ameryki, a po paru latach wrócił i został przez któregoś ze swoich szefów wyznaczony do wypowiadania się na tematy międzynarodowe.

czwartek, 15 maja 2008

The Prisoner, czyli "Człowiek nie jest numerem"

Właśnie mija czterdziesta rocznica, jak angielska telewizja wyemitowała pierwszy z siedemnastu odcinków serialu The Prisoner.
W Polsce film ten jest kompletnie nieznany, podczas gdy w samej Wielkiej Brytanii i na świecie otoczony jest kultem, który trudno porównać z czymkolwiek podobnym.
Dlaczego nie znamy Uwięzionego tu w Polsce? Częściowo dlatego, że, gdy serial władał umysłami miłośników filmu w krajach Zachodu, w Polsce wyświetlany być nie mógł, a później, gdy już można go było pokazać, to był zbyt archaiczny, a przez to pewnie, z punktu widzenia przeciętnego widza, nie interesujący.
O czym jest The Prisoner? Utrzymany troszkę w konwencji ówczesnych seriali sensacyjnych, typu Święty, opowiada historię agenta specjalnego, który z jakiegoś powodu postanawia zakończyć swoją działalność. Natychmiast po złożeniu rezygnacji, zostaje porwany przez nieznaną organizację i przeniesiony do miejsca o nazwie The Village.
Całość akcji filmu toczy się właśnie w Wiosce. Były agent, grany przez Patricka McGoohana, zostaje skonfrontowany z sytuacją, której kompletnie nie jest w stanie zrozumieć. Znajduje się w miejscu, które z zewnątrz wygląda, jak pastelowa kraina z bajki, pełna cukierkowo kolorowych ścieżek, domków, pałacyków, fontann.
No i tabliczek z napisami. Napisami, jak żyć, żeby było lepiej. Po Wiosce przechadzają się szczęśliwi na pozór ludzie, uśmiechnięci, życzliwi, spokojni, zamożni.
Od czasu do czasu tylko z głośników dobiegają komunikaty o pogodzie, albo o jakichś bardziej ważnych dla lokalnej społeczności wydarzeniach. Komunikaty, z rzadka przerywane są wezwaniem do chwilowego pozostania w bezruchu, bo oto pojawia się tajemnicza ogromna mydlana bańka, która likwiduje jednego z obywateli.
Patrick McGoohan nie wie, gdzie się znalazł, dlaczego się tam znalazł, nie wie też do kogo się zwrócić. Kupuje w sklepie mapę, ale piękna, kolorowa mapa pokazuje wyłącznie The Village, a wokół jedynie The Mountains, The Mountains, The Mountains i The Mountains.
W końcu zostaje skonfrontowany z kimś, kto wie więcej, niż zwykli mieszkańcy Wioski i dowiaduje się, że z Wioski ucieczki nie ma, ale żeby się nie martwił, bo ma tu wszystko, czego może pragnąć: miłych ludzie, przesympatyczne sklepy, a nawet coś w rodzaju domu kultury, gdzie może miło spędzić czas. Co więcej, raz na jakiś czas odbywają się wybory do władz lokalnych, więc jest nawet i demokracja.
No i ma numer. Wcale nie tak niski. Ale o tym za chwilę.
Jeśli idzie o cel jego pobytu w Wiosce, chodzi mianowicie o to, że on ma wielką wiedzę i powinien się tą wiedzą podzielić. Przede wszystkim powinien odpowiedzieć na pierwsze pytanie: Dlaczego zrezygnował?
I teraz kwestia numeru. Otóż Patrick McGoohan dowiaduje się, że każdy obywatel Wioski ma przydzielony numer identyfikacyjny i powinien tego numeru stale używać. On ma też swój jedyny, niepowtarzalny numer.
Człowiek, który wprowadza naszego agenta w życie Wioski, na pytanie "Who are you?" odpowiada "I am Number Two".
McGoohan pyta więc: “Who is Number One?”
I wówczas pada odpowiedź: "You are Number Six".
W pewnym momencie, w świecie, gdzie wszyscy mają tylko numery; numery pozwalające się wzajemnie rozpoznawać pod względem zarówno samej tożsamości, jak i zajmowanej pozycji, Patrick McGoohan krzyczy: “I am not a number, I am a free man!”
. . .
Oczywiście zdaję sobie sprawę z proporcji i koncentruję się tu jedynie na jednym, bardzo niewielkim, choć uniwersalnym, aspekcie problemu.
Pragnę jednak powiedzieć Ci, że gdy obserwuję to, co się obecnie dzieje w Kraju, mam smutne przekonanie, że niebezpiecznie znaczna liczba obywateli, po wszystkich stronach barykady, na wszelkich możliwych stanowiskach, bardzo dba o to, żeby nie utracić swojego numeru.
Mam głębokie przekonanie, że satysfakcja u wielu moich rodaków z posiadania mocnego numeru jest tak wielka, że nawet jeśli od czasu do czasu upadnie obok nas wielka mydlana bania, to zdecydowanie bardziej wolimy zawołać “Sorry. Life is brutal”, niż “I am not a number, I am a free man!”
Trochę głupio, nie?
A film polecam. Jest wielki.

"Sorry. Life is brutal" - czyli galopem do faszyzmu

Platforma, wreszcie realizująca obietnice wyborcze i zapędzająca PiS do więzień, jak również Wielce Szanowny Pan Premier Donald Tusk, wspinający się na peruwiańskie szczyty z liściem koki w zębach, wciąż utrzymują absolutnie czołowe miejsca, w kategorii “news tygodnia”, jednak u mnie z tym już koniec. Niech zdychają w spokoju.
Dziś zajmiemy się – też trochę bez sensu, ale jednak przynajmniej zdecydowanie bardziej na poważnie – osobą i najnowsza twórczością Majora Galopującego. Ja wiem, że wracanie raz po raz do tego w gruncie rzeczy smętnego i jałowego tematu, jest nieco upokarzające, ale, jak wiemy, zło bywa zaraźliwe, a poza tym zjawisko jest bardziej uniwersalne, więc niech się pan Major nie denerwuje, bo jest tu w gruncie rzeczy tylko pretekstem.
O co poszło? Mianowicie, podobnie jak wielu innych salonowych blogowiczów, Major Galopujący postanowił zająć się pisowską mafią i rozgniatającymi ją swymi kowbojkami agentami premiera Donalda. Oczywiście, Major Galopujący jest zadowolony z postępów w oczyszczaniu “tej stajni” i to nikogo nie dziwi. Ja pragnę tu zwrócić uwagę na pewne zdarzenie dosyć peryferyjne, ale – w moim odczucie – o niezwykle dużym ciężarze gatunkowym.
Wpis pana Majora został skomentowany w pewnym momencie przez użytkownika pubpn, który uznał, że w tym, iż kowboje z ABW nastraszyli o 6 rano dziecko nie ma nic śmiesznego, a jeśli dla Majora fakt ten staje się nagle pretekstem do rechotu, to wstyd. Major Galopujący na to, zamiast powiedzieć przepraszam i się zamknąć, odpowiedział:
Sprawa tajemnicy państwowej jest ważniejsza niż piórnik 12 latki. Sorry. Life is brutal.
Ponieważ pan Major jest tak straszliwie intelektualnie niekompetentny, że nawet w tak prostej sprawie nie jest w stanie zrozumieć, że tu chodzi nie o dziecko, ani o dziecka piórnik, lecz o niego i jego ruską wrażliwość, na tym kończymy z Majorem Galopującym.
I przechodzimy do kwestii już naprawdę poważnej. Problem mianowicie polega na tym, że nasza wrażliwość jest często tak straszliwie pokręcona, że coraz częściej musimy dochodzić do wniosku, że w rzeczywistości wszystko, co słyszymy na temat tego, co wolno, czego nie wolno, co jest oburzające, a co jest skandalem, jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.
Wszelka gadanina o standardach, o prawie, o wolnościach, o ludzkiej godności świadczy wyłącznie o tym, że czyjeś interesy są naruszone, a interesy kogoś innego mają się póki co, świetnie. I tylko tyle.
Sejm powołuje komisję do wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy, komuniści najróżniejszej maści wklejają na swoich blogach i internetowych stronach legitymacyjne zdjęcia tragicznie zmarłej kobiety, a jak nie interesują się internetem, to po prostu zapluwają się przed telewizyjnymi kamerami swoją chorą retoryką.
W rzeczywistości jednak, mają osobę Blidy, jej nieszczęście, jej śmierć, głęboko w nosie i, gdyby sobie wyobrazić sytuację, że ich emocje, z dowolnego powodu, zamiast płaczu zaczną wymagać śmiechu, to zamiast płakać, zaczną chichotać w ułamku sekundy.
Parokrotnie już wspominałem tu o tym, jak Jan Maria Rokita, gdy został ważnym ministrem w rządzie Hanny Suchockiej, natychmiast porzucił wszelką opozycyjno-solidarnościowo-niepodległościową wrażliwość i wpadł w stan takiego urzędniczego zbydlęcenia, że ani Mieczysław Rakowski, ani jakikolwiek komunistyczny aparatczyk, nie jest już w stanie do końca życia mu zaimponować.
Powiem coś jeszcze bardziej przykrego. Jestem przekonany, że jeśli człowiek o odpowiednio miękkim kręgosłupie etycznym – a takich u nas, i nie tylko u nas, legiony – zajmie odpowiednio prestiżowo umocowane miejsce, w ciągu jednej nocy jest w stanie choćby i zabić, by chwilę później z głupkowatym uśmiechem powiedzieć: Life is brutal, albo coś równie ohydnego i głupiego.
Przykład, którego wcześniej użyłem do ilustracji tego przykrego zjawiska, pokazuje, że nawet nie trzeba być politykiem, ani choćby tylko opłacanym propagandzistą jakiejś mniej lub bardziej kretyńskiej idei, żeby osiągnąć taki właśnie stan zdziczenia.
Wystarczy minimum. Absolutnie czyste minimum. Poczucie, że się należy do grupy tych lepszych, tych bardziej szlachetnych, tych ładniejszych – bo “kulturalnych”.
Powiem więcej. Czasem wydaje mi się, że właśnie ci kibice, ten rozdygotany motłoch, którego wzorowym przedstawicielem jest tu u nas w Salonie właśnie ktoś używający nazwy Galopujący Major, bywa najbardziej niebezpieczny. To dzięki nim, można przeprowadzić dowolną podłość i spokojnie liczyć na bezkarność.
Taki poseł Karpiniuk żyje z kłamstwa. Kłamstwo jest jego chlebem powszednim, szczególnie tu, gdzie teraz akurat się znalazł. Musi kłamać, bo w ten sposób utrzymuje swoją rodzinę. Jak trzeba, pójdzie pracować gdzie indziej. Czy to wciąż do polityki, czy – jeśli okaże się jakoś tam zdolny – do jakiejś może korporacji i będzie dalej robił, co mu szefowie powiedzą.
Mówimy jednak o zupełnie bezinteresownym tłumie. Tłumie, który nic nie musi. Tłumie, który tylko czuje i pragnie.
Bo ani najbardziej zdegenerowany polityk, ani nawet najbardziej sprzedajny dziennikarz nie jest w stanie tak pięknie wezwać do zbrodni, jak niektórzy członkowie tego tłumu:
“SORRY. LIFE IS BRUTAL”...

środa, 14 maja 2008

Ruscy pod ścianą

Pod Nowym Targiem powiesiły się dwie dziewczyny. Gdzieś w Polsce, pijany kierowca wjechał na chodnik i potrącił przechodzące trzy dziewczynki, gdzie indziej jeszcze, inny pijak zamordował kobietę, czy może jeszcze tylko dziewczynę; w Gdańsku cysterna wjechała w tramwaj i zdemolowała jadących tramwajem ludzi. Gdzieś coś się pali, bo się nagle zapaliło. To sprawy poważne.
Są też sprawy mniej poważne. Premier Tusk chlał, palił marihuanę, chuliganił, nienawidził Kościoła i swojego ojca, a teraz leci do Ameryki Południowej trochę jako premier, ale głównie zdaje się, jako nasz Donald, który jest fajnym gościem i lubi zwiedzać, a poza tym się ostatnio uharował i psychicznie i fizycznie, więc mu się w końcu należy. A wróci, jak już sobie poogląda.
Trzymając się wciąż spraw mniej poważnych, po raz kolejny Mazurek z Zalewskim we Wproście donoszą, że minister Drzewiecki chleje w alkoholowym transie, że ministrowie nie przychodzą do pracy, a jak przyjdą, to szybko idą do domu. Że jedynie niejaki Derdziuk – niepijące chłopię z piosenki Kazika – chce pracować, ale nikogo nie ma, pogoda piękna, nikt nic nie chce, więc głupio jakoś siedzieć samemu.
Wściekli na Premiera za to, że nie chce z nimi gadać, dwaj wybitni TVN-owscy dziennikarze Sekielski z Morozowskim pokazują, że Platforma buduje mniej dróg, niż budował PiS, a wypadków na drogach jest wciąż mniej więcej tyle samo. Że chyba autostrad jednak nie będzie, bo okazuje się, że minister finansów jest nie zainteresowany. I wyciągają z tego wniosek, że albo politycy Platformy mieli siedzieć cicho rok temu, albo powinni się zamknąć teraz.
Wracając do spraw poważnych, w celach wieszają się ważni przestępcy, a sądy wypuszczają na wolność gangsterów. Ksiądz Heller musi zapłacić 1,5 mln zł. podatku od Nagrody Templetona. NIK planuje się zabrać za premiera Pawlaka już teraz na poważnie. W kuratoriach konkursy wygrywają fachowcy z PO i PSL.
Wszystko, co napisałem powyżej, to nie podsumowanie minionych miesięcy. To informacje z minionych paru dni. To nasze tu i teraz.
Gdybym był idiotą w rodzaju naszych platformianych wesołków, którzy przez dwa lata mieli taki odruch, że jak się zepsuła pogoda, mówili, że to robota Kamińskiego i jego agentów, to oczywiście nie ograniczyłbym się do stwierdzenia, że Donald Tusk, wyjeżdżając na tygodniową wycieczkę do Ameryki Południowej zachowuje się, jak ruski buc, który został dyrektorem szkoły i jeździ na wszystkie szkolne wycieczki, bo jest za darmo, a poza tym może se coś fajnego kupi. I nie ograniczyłbym, się do tego, żeby oskarżać ministrów rządu III RP o pijaństwo i nieróbstwo.
W sposób jak najbardziej oczywisty natomiast zacząłbym sugerować społeczeństwu i każdemu spotkanemu człowiekowi, że za Platformy pijani kierowcy się wożą po chodnikach, a zrozpaczone dzieci wieszają się w stodołach. Bo taki to nastał czas.
Jednak mimo zaawansowanego już wieku i tego, że myśl już nie tak szybka, swój rozum mam i wiem również, że rządzi się znacznie lepiej, kiedy wokół jest przyjemnie i słonecznie. Wiem też, że jak jest słonecznie i przyjemnie, to człowiekowi też jest raźniej i radośniej i że w ludzkiej naturze leży kochać ludzi, gdy jest mu dobrze i nienawidzić ich, gdy jest mu źle. Tak to już jest i nie trzeba szczególnej wrażliwości, żeby to wiedzieć. Bo każdy, kto żył choćby w niedawnej komunie pamięta na przykład, że najgorsze, co mogło spotkać rządzących dnia 1 maja, to brzydka pogoda. Nie dlatego, że ludzie by nie poszli, ale dlatego, że mieliby marne nastroje i w swoim najprostszym prostactwie, mówiliby, że komuniści są jednak do bani. A już na pewno bardziej do bani, niż wiosną zeszłego roku, kiedy było tak ładnie.
Ponieważ to wszystko wiem, to wiem też, że nie mam najmniejszego powodu, żeby się szczególnie przejmować kolejnym wybrykiem przyplatformianych gangsterów, w postaci najnowszych aresztowań, ani też nie mam ochoty na emocjonowanie się bardzo nudną już służalczością dziennikarzy i wynajętych polityków, ich pokrętnymi wygibasami, mającymi na celu usprawiedliwienie bezczelnego ataku sił policyjno-prokuratorskich na dziennikarzy.
Poza tym ja bardzo dobrze znam umysłowość tych ludzi. Ich nieprzytomne umiłowanie władzy; ich kompletnie chore przekonanie, że dopiero, jak oni stają na czele rządu, świat staje się naprawdę wartościowy. Pamiętam też bardzo dobrze, jak ci dziwni państwo potrafią źle znosić jakiekolwiek opozycyjne zachowania. Pamiętam, jak 1992 roku, gdy po obaleniu rządu Olszewskiego premierem został Pawlak, a później, jak upragnioną władzę na ułamek chwili – ale jednak, tak bardzo upragnioną – przejęła Unia Demokratyczna – jak bardzo byli oni wraz ze swoimi mediami, dyszącymi z podniecenia przed najmniejszym rozkazem płynącym z jednego, czy drugiego pałacu, szczęśliwi i bezwzględni. Pamiętam też słowa Jana Rokity, że “państwo nie pozwoli”.
Więc to pamiętam i tym razem już nie czuję się zaskoczony. A pociesza mnie to, że jest między tamtym czasem, a dniami dzisiejszymi kolosalna różnica. Tamci się dopiero wznosili; ci schodzą.
Niedawno wyraziłem tutaj w Salonie opinię, że Platforma Obywatelska i jej wizerunkowi macherzy weszli w ostatni etap swojego smutnego, nędznego myszkowania po ministerialnych gabinetach. Dalej jest już ściana, a za ścianą nie ma już nic. Więc jedyne co im teraz pozostało, to walić głową w tę ścianę z nadzieją, że jednak coś cudownego nastąpi i będzie, jak dawniej. Więc przede wszystkim próbują udowodnić zbaraniałemu elektoratowi, że nie jest wcale najgorzej, a jeśli gdzieś coś akurat nie gra, to minister Ćwiąkalski trzyma rękę na pulsie i goni PiSowczyków, tak jak obiecywał.
Tylko to. Tylko tyle są w stanie zrobić. Kogoś na chwilę zaaresztować i wybłagać u zaprzyjaźnionych dziennikarzy, żeby jeszcze raz, już ostatni raz zechcieli łaskawie pomóc w sprawie nie do końca oczywiście przemyślanej i w sumie byle jak zorganizowanej, no ale sami , kochani wiecie, nie jest łatwo - Puff Donnie w rozjazdach, inni koledzy zajęci szpitalami, albo poszli na mecz, a tu sondaże jakby zaczynały lecieć i gazety też jakby spochmurniały...
Oczywiście żal mi jest tej pani, żony dziennikarza, która stanęła w obliczu bezwzględnego systemu i skamieniała. Oczywiście, podobnie, jak wielu z Was, dostaję cholery, kiedy muszę w TVN24 słuchać jakiegoś PSL-owskiego głupka plotącego coś o cierpliwości, a w przerwach patrzeć na, jak to określa młodzież, karawaniarskie “do porzygania” oblicze posła Gowina, plotącego już nie wiadomo co, bo nikt normalny nie jest w stanie się skupić na słowach, gdy słowa pokryte są tak chorą formą. Jest mi oczywiście bardzo przykro, bo dzieje się źle.
Ale pociesza mnie to, że wiem, o co tu w rzeczywistości chodzi i wiem, że to już jest naprawdę końcówka. Sprawa z Macierwiczem i jego ludźmi ucichnie tak samo szybko, jak została wrzucona, a my i tak zostaniemy z jednym pijakiem, jednym narkomanem, jednym idiotą i paroma śmiesznymi paniami, które już za chwilę nie będą nawet wiedziały, co to się stało, bo tak jakby na chwilę się zamyśliły.

wtorek, 13 maja 2008

Puff Donnie i jego ministrowie, czyli co dolatuje spod dywanu

Ponieważ zostaliśmy ostatnio, jako społeczeństwo, poinformowani, że aktualnie nam panująca Władza postanowiła zakończyć swoją misję upalając się na śmierć, chciałbym zwrócić uwagę na parę innych, że się tak wyrażę “jaskółek”, które tym razem chyba przyniosą wiosnę.
Z jednej strony chcę odnieść się do paru, moim zdaniem, interesujących kwestii z okolic przyrządowych, a poza tym pokusić się o odrobinę refleksji – przyznaję, niezbyt świeżych - o stanie naszego dziennikarstwa, bo podobnej okazji przez wiele najbliższych lat możemy już nie mieć.
tóż panowie Mazurek i Zalewski, publikując co tydzień na łamach Wprostu, od pewnego już czasu, zupełnie otwartym tekstem, powołując się i na własne doświadczenia i podpowiedzi informatorów głoszą, że minister w rządzie Donalda Tuska, Mirosław Drzewiecki, chleje, i to chleje bardzo poważnie. Tydzień w tydzień, Zalewski z Mazurkiem nabijają się z Drzewieckiego, organizują akcję kupowania Drzewieckiemu ogórków na kaca, sugerują, że minister Drzewiecki nie jest w stanie pracować, bo jest nieustannie albo pijany, albo właśnie trzeźwieje... I co? I nic.
Nie słyszałem, żeby nadeszło jakieś sprostowanie od pani rzeczniczki rządu, nie zauważyłem, żeby sam pan Drzewiecki zaprotestował, ale co najlepsze, absolutnie nie słyszałem, żeby ten ciężki przecież zarzut był w jakikolwiek sposób komentowany, poza oczywiście kolejnym wydaniami Wprost. Oczywiście mogłem coś przegapić, ale nawet jeśli tak mi się przydarzyło, to i tak reakcja publiczna na informację, że minister rządu jest najzwyczajniej w świecie aktywnym bardzo alkoholikiem jest absolutnie dziwna.
I oczywiście nie jest tak, że środki przekazu, wraz ze znanymi wszystkim gwiazdami dziennikarstwa społeczno-politycznego udały się na jakiś dłuższy urlop. Nie jest tak, że w mediach zapanowała atmosfera takiej miłości i uśmiechu, że dominującym tematem stały się teleturnieje, konkursy, seriale i programy z udziałem gwiazd estrady. I nie jest przecież tak, że panowie Miecugow, Sianecki i ta cała przyczepiona do niech banda pajaców zajmuje się już niczym innym, jak tylko recenzowaniem kolejnych odcinków Tańca z Gwiazdami.
Absolutnie nie. Wczoraj w TVN po raz kolejny debatowano problem zdrowia Prezydenta, a poseł Palikot tłumaczył, jak to “na mieście” mówią, że Prezydent Kaczyński jest chory na Alzheimera. Znów mieliśmy, po raz setny, okazję usłyszeć o “bełkotliwej mowie” Prezydenta, o “niestabilnym kroku”, o “dziwnych nieobecnościach”. Wbrew protestom, wbrew wielokrotnym przeprosinom i wbrew najbardziej oczywistym faktom.
Wiemy naprawdę bardzo dużo na temat pani Koteckiej i jej podobno narzeczonego, mamy niezliczone okazje wysłuchiwać każdej niezgrabnej wypowiedzi ministra Gosiewskiego, w najbardziej profesjonalnych zbliżeniach mieliśmy już wielokrotnie honor oglądać niezapięte guziki Jarosława Kaczyńskiego i jego rozczłapane buty... Nawet nasze tuzy dziennikarstwa śledczego w pewnym momencie dowiedziały się o tym, że syn posła Cymańskiego sobie popił.
Na temat ministra Drzewieckiego, podobnnie zresztą, jak na temat dowolnego ministra w rządzie naszego Puff Donnie® kompletna cisza, o ile oczywiście nie trzeba się pochwalić, że przygotowania do Euro są niezmiennie pod stałą i dobrą opieką.
Pamiętam, jak kilka lat temu, gdy Gazeta Wyborcza uznała za właściwe ruszenie z tak zwaną “aferą Rywina”, pojawiły się informacje, że właśnie na “satyrycznych” stronach Wprostu, wiele miesięcy wcześniej pisano, że Rywin żądał od Michnika pieniędzy za ustawę. Były też informacje, że w wywiadze w Polityce ktoś, Miller, czy jakiś inny komunista, chciał wspomnieć o Rywinie. Ale tu zakazał Michnik, a tam znów kto inny, Bóg jeden wie, kto.
Chciałbym wiedzieć, kto dziś zakazuje, czego i kto stoi na czele tej współczesnej policji obyczajowej i jak wiele najróżniejszych informacji jest w ten, czy inny sposób cenzurowanych przez tę szczególną policję.
Może jednak niedługo się dowiemy. Tak jak latem i jesienią zeszłego roku otumaniona część społeczeństwa i garstka opętanych nienawiścią polityków czekała aż przyjdzie dzień wyzwolenia i Kaczor ze swoimi ministrami skończą w kazamatach, tak teraz -– tym razem na spokojnie i bez jakiejś szczególnej żądzy krwi – powinniśmy już tylko spokojnie czekać, aż padnie hasło: “Dobra można zaczynać. Alfabetycznie”.