środa, 30 kwietnia 2014

1 maja, czyli liberałowie wszystkich krajów, łączcie się!

Ostatnie dni upłynęły nam na debatowaniu na temat wyższości liberalizmu nad socjalizmem, lub odwrotnie – nie bardzo się umiałem połapać – i efekt tego jest taki, że wszyscy, poza jednym czytelnikiem, który zadeklarował, że się dał przekonać i na Korwina głosować już nie będzie, pozostali na dotychczas zajmowanych stanowiskach. Trochę więc dla nabrania oddechu przed kolejnymi rozważaniami, trochę dla podkreślenia swoich bardzo silnych uczuć w stosunku do projektu określanego, jako „Rynek”, ale też dla uczczenia jutrzejszego święta pierwszego maja, które, czego jestem pewien, musi w końcu zjednoczyć wszystkich miłośników wolnej konkurencji na całym świecie, chciałbym przedstawić wręcz emanację praktycznego liberalizmu, w postaci błyskawicznie rodzącej się gwiazdy polskiej muzyki popularnej Marianny Linde.
Kim jest Marianna Linde? Otóż najprościej byłoby powiedzieć, że jest to wnuczka starego Lindy, córka młodego Lindy i jego byłej żony, artystki estradowej Katarzyny Groniec, która zapragnęła iść w ślady rodziców i dziadka i również odnieść sukces artystyczny. Jednak ten opis, wobec niezwykłego talentu młodej gwiazdy, to zbyt mało. Trzeba więc powiedzieć coś więcej, a mianowicie to, że przede wszystkim tempo, w jakim Marianna robi karierę jest bezprecedensowe. Ona jeszcze w marcu tego roku włączyła w swoim osobistym dziewczęcym pokoiku kamerę, wzięła do ręki gitarę, zaśpiewała piosenkę PJ Harvey „C’mon Billy” i umieściła ją na youtubie, a dziś jest już ma za sobą pierwsze profesjonalne nagranie pod intrygującym tytułem „Bitch is Back” i opisywana jest, jako polska odpowiedź na PJ Harvey.
Nie robię tego nigdy, bo ani nie mam jak, ani mi się nie chce, ale dziś chciałbym zrobić wyjątek w tej zasadzie i zapowiedzieć nowe polskie zjawisko muzyczne. Mogę się założyć o swoją reputację, jako muzycznego eksperta, że Marianna Linde już wkrótce podbije polski rynek muzyczny. W końcu to on tu rządzi. Rynek właśnie. I niech nam jego wrogowie nie próbują tu wpychać swoich socjalistycznych paluchów.
A jeśli ktoś sądzi, że ten tekst już do końca będzie taki niepoważny, niech, proszę, wysłucha tej opowieści. Oto w jednym z ostatnich „Gościów Niedzielnych” przeczytałem rozmowę z kobietą, która przeszło przez piekło niemieckich obozów koncentracyjnych. Oto wspomina ona, jak to pewna kobieta, czy to esesmanka, czy żona esesmana – nieważne – miała zwyczaj, mijając pracujące kobiety informować je, że one strasznie śmierdzą, i to dla nich było strasznie upokarzające.
Otóż ja znam pewną panią, która pracuje jako obsługa cateringowa dla sieci hoteli tu na Śląsku pod nazwą „Style Hotels”. Pisałem już o niej a propos tego, że ona i jej koleżanki za 17 godzin niewyobrażalnie ciężkiej pracy otrzymują 80 złotych. Właściciel tych hoteli, ile razy im przyjdzie do głowy ponarzekać, mówi im, że jeśli im się nie podoba, to won. I oto ostatnio moja znajoma opowiedziała mi, że kiedy one już są tak zarobione, że ledwo żyją, on się niekiedy pojawia i rzuca: „Ale wy cuchnięcie!”. Zapytałem znajomą, czy ona się przez to czuje upokorzona, a ona mi odpowiedziała, że ma to w dupie, a swoje na jego temat i tak wie.
A zatem ja mam pytanie do czytelników tego bloga wyznających idee liberalne: jaka jest różnica między sytuacją tamtych kobiet i tych kobiet, zakładając, że jedne i drugie przeżyły? No i jeszcze jedno: czy właściciel sieci hoteli „Style” jest klasycznym liberałem, czy zaledwie uzurpatorem? No i jeszcze jedno – ciekawe, swoją drogą, jak te pytania się mnożą – kiedy już zwycięży prawdziwy liberalizm, jak wy sobie poradzicie z wypaczeniami?
A teraz posłuchajmy już córki aktora Lubaszenki:



Jeśli komuś spodobał się powyższy tekst, bardzo prosze o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy, on nie byłby w stanie funkcjonować. Dziękuję.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Czy liberalizm to satanizm?

W swoim Elementarzu, hasło „liberalizm” skomentowałem w sposób następujący:
System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.
Przypomniała mi się ta refleksja dziś, kiedy pod ostatnim tekstem moim tekstem pojawił się komentarz czytelnika, w którym sugeruje on, że nawet jeśli się zgodzimy, że Janusz Korwin Mikke pracuje na zlecenie Systemu, to i tak należy go szanować za to, że jako jeden z nielicznych w Polsce głosi prawdziwe liberalne wartości. Oczywiście najprościej by było na to odpowiedzieć, że skoro System jest gotów Korwina utrzymywać tylko po to, by on owe wartości bezkarnie głosił, to znaczy, że nie z Systemem jest coś nie tak, ale ze wspomnianymi wartościami. Jednak tam gdzie należałoby tak naprawdę zwyczajnie splunąć, okazuje się, że wypada tłumaczyć, a zatem tłumaczmy.
Jak już próbowałem zdefiniować go w wyżej zacytowanym fragmencie z książki, liberalizm to system, który ludziom każe korzystać z rzekomo dostarczanych przez siebie wędek, podczas gdy sam łowi na prąd. O czym to może świadczyć? Otóż, moim zdaniem, o tym zaledwie, że liberałowie to są zwykli gangsterzy, którzy dając nam ten lewy sprzęt, wiedzą, że w wodzie, w której będziemy łowić wszystkie ryby są już wyłapane, albo że dostęp do niej i tak jest skutecznie ograniczony przez te kable i druty, które oni sami już dawno tam rozłożyli, a jeśli którykolwiek z nas się tam zechce zbliżyć, to już tylko na własne ryzyko.
Ktoś mi powie, że ja jestem nieuczciwy, bo najpierw formułuję atrakcyjnie brzmiącą, choć kompletnie nieprawdziwą tezę o tych wędkach, a potem na jej podstawie formułuję oskarżenia. W tej sytuacji, spróbuję dowieść, że liberałowie to są autentyczni gangsterzy z tego prostego powodu, że każde inne objaśnienia tego dziwactwa, w tym jako prostego obłędu, jest zbyt absurdalne, by je w ogóle rozważać. Oto mamy ludzi, którzy twierdzą, że państwo z samej swojej istoty jest tworem do tego stopnia korupcjogennym, że aby zapewnić społeczeństwom dobry rozwój i jak najlepsze powodzenie, funkcje państwa należy ograniczyć do minimum, a więc w praktyce do egzekutora równego dla wszystkich niskiego podatku, który zostanie przeznaczony na utrzymanie państwowej armii i wymiaru sprawiedliwości, w drastycznych teoriach nawet bez państwowej policji, której funkcje skutecznie przejmą prywatne agencje ochroniarskie. Nie bardzo wiem, jak zdaniem prawdziwych i szczerych liberałów ma wyglądać organizacja władzy państwowej, ale wydaje mi się, że z wszystkich ministerstw, oni by byli skłonni pozostawić tylko ministerstwo wojny, sprawiedliwości i finansów. Oczywiście, mogę się mylić, ale to akurat jest bez znaczenia. Rzecz w tym, że państwo to ich zdaniem czyste zło.
Kiedy byłem młodszy, był taki czas, że bardzo interesowałem się masonerią, dużo na jej temat czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem i myślałem, i z tego czasu zapamiętałem tak naprawdę jedno: masoneria jest zła, ponieważ stanowi byt nie należący ani do państwa, ani do Kościoła, a tym samym znajduje się poza tym, co dostaliśmy od Boga. Oni są źli, ponieważ przyjęli pozycję, gdzie słowa Jezusa skierowane do Piłata, że „nie miałbyś tej władzy, gdyby ona nie była ci dana przez mojego Ojca” ich już nie dotyczą. Oni stanowią zło, bo się ukryli w cieniu Szatana, a nie w świetle Kościoła lub Państwa. A więc to jest nauka, którą zapamiętałem jeszcze z tamtych lat: wszystko co jest niezależne od Państwa lub Kościoła pochodzi od Złego.
Wtedy jednak miałem na myśli tę nieszczęsną masonerię. Dziś ten rozdział, z przyczyn czysto intelektualnych, uważam dla siebie za zamknięty, natomiast wciąż mam w głowie ów liberalizm, z jego nienawiścią w stosunku do Państwa i bardzo pryncypialną neutralnością w stosunku do Kościoła. Co to jest za twór, chciałbym bardzo wiedzieć. No i już widzę, jak w tym momencie przychodzi kolejny obrońca idei libaralnych i mi powie, że ależ on się całkowicie zgadza z tym, co ja piszę, tyle, że z jego punktu widzenia, on się ma modlić i być dobrym obywatelem, a bycie dobrym obywatelem sprowadza się do przestrzegania prawa, płacenia podatków i obrony kraju w wypadku wojny, a do tego mu nie jest potrzebna jakakolwiek biurokracja. No więc w tej sytuacji, ja otworzę kolejny akapit, już bez Boga, bez masonerii i bez jakichkolwiek ukrytych idei. Akapit dotyczący ziemi, która mamy pod stopami.
Rozpocząłem ten tekst od cytatu ze swojej książki i sugestii, że poza Państwem i Kosciołem mamy tylko gangi. Oczywiście nie twierdzę, że zarówno w Państwie jak i w Kościele owe gangi nie istnieją, a jeśli istnieją, to że sobie wcale świetnie nie radzą. Sprawa jest już dawno rozpoznana i wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja. Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno na poziomie Państwa jak i Kościoła gangi stanowią patologię, natomiast w przestrzeni między jednym a drugim czystą, nieskażoną esencję. Tam gdzie nie ma ani Państwa ani Kościoła są już tylko gangi i to gangi wyjęte spod jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. Tam gdzie nie ma Kościoła i gdzie nie ma Państwa, jest tylko zorganizowana przestępczość, chroniona przez zdegenerowane elementy jednego i drugiego. I nie ma absolutnie żadnej możliwości, by jakikolwiek pojedynczy człowiek był w stanie się owym gangom przeciwstawić. Nie pomoże mu ani Kościół, który ma inne cele, niż walkę z gangami, ani Państwo, którego albo nie ma, albo jest skorumpowane. I niech mi nikt nie mówi o tym, że uniwersalne zasady wolnego rynku wszystko unormują. Niech mi nikt nie mówi, że społeczeństwo oddane na łaskę wolnego rynku i natchnione swoją przyrodzoną mądrością, będzie w stanie się samo bronić przed patologiami, bo społeczeństwo to są ludzie jak my, którzy tak naprawdę marzą tylko o tym, by mieć co do garnka włożyć i nie umrzeć zbyt wcześnie. Społeczeństwo to nie jest banda sprytnych brydżystów, którzy mają wszystko od początku do końca wyliczone, i nikt im nie jest w stanie zakłócić planu, który sobie sami przygotowali. A więc podobnie, jak nie ma takiej siły, która by pozwoliła społeczeństwu wygrać z Państwem czy Kosciołem, tym bardziej nie ma też takiej siły, która by pozwoliła się społeczeństwu uchronić przed gangami. Dlaczego? Bo gangi z samej swojej zasady stoją poza społeczeństwem.
A więc, czemu, skoro to wszystko jest tak oczywiste, wciąż z jednej strony słyszymy zachęty do tego, by wybierać tak zwane rozwiązania liberalne, a z drugiej System wprowadzenia owego liberalizmu unika jak ognia? Otóż powód jest bardzo prosty i oczywisty. Z punktu widzenia Systemu, nie ma nic bardziej wydajnego, jak sytuacja, kiedy ów liberalizm pozostaje jedynie marzeniem. Uważam, że tu mamy do czynienia z czymś bardzo podobnym do tego, co starsi z nas przeżyli z komunizmem. Myśmy żyli w tej niby komunie, a jednocześnie wciąż słyszeliśmy, że prawdziwe szczęście jeszcze przed nami, tylko musimy jeszcze wybrać dobrych przywódców. I tu jest dokładnie tak samo. Mamy to co mamy, a więc z jednej strony skorumpowany Kościół i skorumpowane Państwo, ale wciąż słyszymy, że jeśli w nadchodzących wyborach postawimy na liberałów, którzy nam obniżą podatki i ułatwią procedury w urzędach, a najlepiej w ogóle zlikwidują tę całą biurokrację, to i sam Kościół jakimś cudem też się naprawi. Później my głosujemy zgodnie z tym, co nam propaganda skutecznie zaleciła, i nagle się okazuje, że mowy nie ma ani o niższych podatkach, ani o zmniejszonej biurokracji, ani już z całą pewnością o tym, że nagle w Kościele będzie mniej pedofili. Dlaczego? Jak to dlaczego? Powód jest jeden: tak zwany liberalizm, podobnie jak wcześniej komunizm jest szatańskim wymysłem, który jest zwyczajnie nierealizowalny, i oni to świetnie wiedzą. Dlatego trzymają się tego co jest, z jednej strony kradnąc na potęgę, a z drugiej tłumacząc, że to czy oni nadal będą kraść, czy może przestaną zależy już tylko od nas. I my to oczywiście chętnie przyjmujemy, natomiast na tych szczególnie zawziętych wysyła się Korwina Mikke i ten dopiero jest jak sam Przewodniczący Mao.

Książka, z której pochodzi rozpoczynający tę notkę cytat nosi tytuł „Twój pierwszy elementarz” i jest do nabycia w ramach promocji w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam. To jest prawdziwy elementarz i lektura obowiązkowa. Bez niego do drugiej klasy nie przejdzie nikt. Jesli jednak ktoś ja ma, nie ma w okolicy nikogo, komu by mógł ją kupić w prezencie, a powyższy tekst mu się spodobał, będe wdzięczny za wsparcie dla tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Janusz Korwin Mikke, człowiek na złą pogodę

Jest oczywiście bardzo możliwe, że czegoś nie zrozumiałem, ale mam wrażenie, że jesteśmy w tych dniach świadkami bardzo spektakularnej demonstracji tego jednego jedynego powodu, dla których przez całe dwadzieścia lat III RP utrzymywano na politycznej scenie Janusza Korwina Mikke. I zanim przejdę do rzeczy, chciałbym prosić wszystkich tych, którzy mają ochotę się oburzyć i zakrzyknąć, że akurat Janusz Korwin Mikke nie musi być podtrzymywany przez nikogo, bo sam z siebie jest geniuszem polskiej polityki, żeby się nieco opanowali, bo na mnie żadna, nawet wyrastająca z najbardziej czystych intencji, propaganda nie działa, a poza tym ja jestem prostym człowiekiem i kiedy widzę przed sobą coś, co od początku do końca jest produktem najbardziej prymitywnej prowokacji, nie będę się bez potrzeby emocjonował.
O co więc chodzi z tym Korwinem? Otóż jak wszyscy widzimy, on ostatnio się najpierw mocno uaktywnił, następnie w sondażach przekroczył magiczne 5 procent, no i w efekcie stał się bohaterem doniesień medialnych, które, zgodnie zresztą z logiką panującą w tych rejonach, natychmiast zaczęły go traktować, jako czołowego rozgrywającego przy tworzeniu kolejnego rządu. Dziś nie ma praktycznie dnia, gdy Janusz Koriwn Mikke nie występuje w którymś z mediów i nie powtarza tych trzech czy czterech stałych i znanych nam wszystkim od ponad już dwudziestu lat grepsów. A więc, że kobiety i osoby niepełnosprawne powinny zostać pozbawione praw wyborczych, bo i tak głosują tak jak im każe mąż lub opiekun, a jeśli nie każe, to znaczy, że powinien zostać natychmiast poddany eutanazji; że spośród uprawnionych do głosowania mężczyzn, automatycznie należy wykluczyć idiotów z ilorazem inteligencji poniżej 120 IQ, bo ci są naturalnymi socjalistami, a więc kimś znacznie gorszym niż faszyści; i wreszcie, że aborcja jest prawdziwym błogosławieństwem, bo eliminuje z życia jednostki siłą rzeczy skazane na wegetację na koszt liberalnego społeczeństwa, czego w zupełności dowodzi fakt, że ich rodzice, jako osoby – skoro na aborcję się w ogóle zdecydowali – o wyjątkowo niskim współczynniku inteligencji, nie są w stanie zagwarantować społecznie korzystnego ewolucyjnego wyniku. Ja podałem tylko trzy przykłady filozofii tego dziwnego człowieka, prezentowanej przez minione dziesięciolecia, z których trzeci w dodatku stanowi moją autorską, choć uważam, że bardzo wierną, parodię, ale, jak wiemy, Korwin potrafi znacznie więcej i zapewne, gdybyśmy tylko zajrzeli do którejś z jego licznych książek, lub byli w stanie pokonać bariery stwarzane przez fakt, że w ostatnich latach praktycznie nie ma sposobu, by zrozumieć jego bełkot, moglibyśmy się tu jeszcze przez jakiś czas pośmiać… inna sprawa, że tak naprawdę, diabli wiedzą, po co?
Mamy więc tego Korwina, który przeżył wszystkich. Za nami dwadzieścia pięć już niemal lat tak zwanej wolnej Polski, niektórzy odeszli, bo zwyczajnie nie dali rady w tej niełatwej przecież konkurencji, część z nich, widząc, że tak będzie prościej, poszła w biznesy, inni zapili się na śmierć, jeszcze inni, zastraszeni przez System, musieli odejść, a pewna ich część, tych pewnie, szczególnie zadziornych, została przez ten sam System zamordowana. Janusz Korwin Mikke przez te wszystkie lata, z jednej strony przegrał dokładnie wszystko, co jako polityk w prostej wyborczej konkurencji mógł przegrać, a z drugiej, ani nie odszedł, ani nie poszedł w biznesy, ani nie się nie zapił – czy to na śmierć, czy tylko tak dla ludzkiego śmiechu – ani nikt go nigdy nie spróbował postraszyć, no a co najważniejsze żyje, i ma się jako polityk, a i przy okazji, jako wydawca, zupełnie nieźle. A ja się tylko już zastanawiam, jak on to robi?
Jedna z odpowiedzi jest z pewnością taka, że Korwin to wariat, który nikomu ani nie jest do niczego potrzebny, ani też – co przecież jest rzeczą zawsze podstawową – nikomu nie przeszkadza. No ale, choć to jest wyjaśnienie, które robi wrażenie sensownego, ono nie rozwiązuje wszystkich naszych dylematów. No bo spójrzmy chociaż na fakt, że ów Korwin-Mikke ani nie był w tych tak kluczowych dla Polski czasach jedynym wariatem, ani też wariatem szczególnym… i wcale niekoniecznie mam tu na myśli Andrzeja Leppera, Gabriela Janowskiego, czy całego tego towarzystwa znanego pod nazwą Unii Wolności, które, gdy tylko się okazało, że się za bardzo rozpanoszyło, i to w dodatku stając się elementem kompletnie bezużytecznym, zostali w jednej chwili rozpuszczeni w jakimś dziwnym kwasie. Korwin-Mikke tymczasem żyje i kopie. I to z zupełnym lekceważeniem faktu, że przez to swoje obłąkanie, które rzuciło mu się na aparat mowy, nie jest zapraszany do głównych ogólnopolskich telewizji, a przez to powinien być osobą dziś już publicznie praktycznie nieznaną. A nie jest.
Otóż, gdy idzie o Janusza Korwina-Mikke, ja mam od wielu już bardzo lat swoją własną teorię, co do której prawdziwości nie mam praktycznie żadnych wątpliwości, a która sprowadza się do tego, że moim zdaniem w czasie, kiedy w Polsce dokonywała się transformacja roku 1989, człowiek ten – podobnie zresztą, jak pewne ściśle określone środowiska narodowo-katolickie – został wyznaczony do tego, by pacyfikować wszelkie prawicowe ruchy polityczne z szansami na przejęcie dobrej władzy w Kraju. W jaki sposób owa pacyfikacja miała być realizowana w przypadku partii takich jak ZChN, czy różnego rodzaju ZChN-u klony, wiemy aż nazbyt dobrze, gdy jednak chodzi o Korwina, musielibyśmy rozpocząć osobną rozmowę, nam tu jednak wystarczy może tylko wspomnieć najbardziej może drastyczny z nich wszystkich fakt, że to nie kto inny, jak poseł Janusz Korwin-Mikke był autorem wniosku o lustrację, który ostatecznie doprowadził do upadku rządu Jana Olszewskiego.
Jakiś czas temu na temat Korwina-Mikke zabrał głos Jarosław Kaczyński i powiedział, że jest ów człowiek z punktu widzenia interesów Polski szkodnikiem największym, bo przez swoją bardzo przebiegłą ekscentryczność potrafi niszczyć intelektualnie całe grupy potencjalnie najbardziej wartościowej młodej polskiej inteligencji, która, gdyby nie uległa jego czarnemu urokowi, mogłaby w bardzo istotny sposób wzbogacać polską prawicę i tworzyć jej siłę. I uważam, że mało kiedy tak jak wtedy udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu tak celnie zdiagnozować pewien bardzo ważny fragment naszego życia społeczno-politycznego. Jeśli osoby, które czytają ten tekst poświęcają część swego czasu na wizyty na innych blogach, komentujących polską politykę, zauważyli zapewne, że wśród największych, najbardziej nieprzejednanych i agresywnych wrogów Prawa i Sprawiedliwości, nie ma ani wyborców Platformy Obywatelskiej, ani tym bardziej Janusza Palikota, czy SLD, ale są to głównie liberałowie ze stajni Korwina-Mikke. Jeśli chcemy gdzieś znaleźć najbardziej brutalne i obsesyjnie wręcz egzekwowane ataki na Jarosława Kaczyńskiego i jego partię, znajdziemy je w tekstach klasycznych „korwinowców”. Oczywiście, żaden z nich się do tego, że jest zwolennikiem liberalnej myśli Janusza Korwina-Mikke nie przyzna, niemniej po choćby pobieżnym przejrzeniu tych tekstów musimy dojść do wniosku, że większość z nich to albo korwinowscy liberałowie, albo zwykli rosyjscy prowokatrorzy. Rzućmy proszę okiem na to, co się dzieje w Salonie24. Tam jedynym autentycznym zwolennikiem Platformy Obywatelskiej jest pewna starsza pani nazwiskiem Renata Rudecka-Kalinowska. Reszta, to najbardziej brutalni pogańscy antyklerykałowie, albo wspomniani, nadający z Dombasu, rosyjscy prowokatorzy i klasyczni liberałowie od Korwina-Mikke, że wystarczy wymienić takich blogerów, jak Stary, Alex Disease, Lchlip, Lubicz, GPS, Mr. Spock, czy Bartosz Wiciński-Stops. Pewności oczywiście mieć nie mogę, ale ja bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że każdy z nich, to człowiek, którego serce jest w Unii Polityki Realnej. I to oni, jeśli idzie o Internet, nakręcają nienawiść do PiS-u, a więc jedynej partii, która jest dziś w stanie odsunąć od władzy System.
Wbrew temu, co próbuje nam ostatnio wmówić propaganda, szanse na to, że owe czarne lata władzy Donalda Tuska dobiegają końca, są bardzo duże. Co więcej, wiele wskazuje na to, że kolejnym premierem będzie Jarosław Kaczyński. I bez względu na to, czy te rządy będą skuteczne, czy nie, czy ich sukces będzie istotny, czy zaledwie pozorny, z punktu widzenia interesów Systemu perspektywy są bardzo ponure. Oni wiedzą, że pewnych rzeczy nie da się uniknąć, zwłaszcza że sama Platforma Obywatelska, jako projekt wyjątkowo nieudany, i tak już została skazana na niebyt, jednak wciąż walczą o to, by to zwycięstwo PiS-u było minimalnie dotkliwe, i w tym momencie wyciągają Korwina, człowieka, który nigdy nie zdradził, nigdy nie zawiódł, nigdy swojego alfonsa nie zirytował nadmiernymi ambicjami i który zawsze gdy był potrzebny, stał na posterunku. Uważam, że dzisiejszy szum wokół Janusza Korwina-Mikke, szum, którego – każdy to przyzna – od bardzo dawna nie było słychać, ma jedno źródło. Chodzi o to, że kiedy Donald Tusk śpiewa Beatlesów, nie wolno zasypiać. Bo wprawdzie przyszłość nie rysuje się aż tak bardzo źle, ale lepiej dmuchać na zimne.

Powyższy tekst ukazał się w najświeższym wydaniu "Warszawskiej Gazety", a ja przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Tam też zarówno książka o liściu, jak i Elementarz objęte są wiosenną promocją i każda z nich kosztuje zaledwie 15 zł. Szczerze zachęcam, zwłaszcza że to już jest koniec nakładu, a dodruk nie jest planowany. Ponadto, zgodnie z naszą smutną tradycją, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nas zwyczajnie nie ma. Dziękuję.

sobota, 26 kwietnia 2014

Jan Paweł II: Ofiarna dusza

W związku z jutrzejszą uroczystością kanonizacji papieża Jana Pawła II pomyślałem sobie, że nie będę ani pisał o siostrze Bernadecie, ani o męce księdza Lemańskiego, ani nawet o medialnej karierze ojca Pawła Gurzyńskiego i paru innych jego kumpli od Dominikanów, i że tak naprawdę w ogóle nic tym razem nie napiszę, ale za to dla dobra wspólnego przetłumaczę tekst, który tuż przed odejściem Jana Pawła II napisała nasza ulubiona amerykańska publicystka Peggy Noonan. Raz już pozwoliłem sobie przetłumaczyć i wkleić na swoim blogu jej wstrząsające refleksje na temat męki i śmierci Terri Schiavo, jednak dzisiejszy tekst, trochę ze względu na sam temat, no i długość, czekał już chyba tylko na ten dzień.
Nie jestem dobrym tłumaczem. Znam oczywiście język, co gwarantuje, że tu nie będzie żadnych istotnych błędów, niemniej – co już parokrotnie tu opisywałem – znajomość języka, a umiejętność ładnego, zgrabnego tłumaczenia, to dwie różne rzeczy, a więc jestem pewien, że ktoś ode mnie zdolniejszy zrobiłby to znacznie lepiej, no ale skoro nikt się wcześniej nie zdecydował, a czas jest naprawdę odpowiedni, spróbujmy się wczytać w owo niezwykłe świadectwo. No i cieszmy się, bo On jest z nami.

Myślę, jak pewnie wszyscy ostatnio, o Janie Pawle II. Wczoraj, przez swój niedawny pobyt w szpitalu, papież nie pojawił się na uroczystościach Środy Popielcowej. Środa Popielcowa przypomina nam katolikom, że któregoś dnia odejdziemy z tego świata, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Kościół apeluje do nas, byśmy odnowili nasze życie duchowe, zrezygnowali z pewnych drobnych przyjemności i tę rezygnację ofiarowali Bogu, przynajmniej do wiosny i Świąt Wielkanocnych
Przewlekła fizyczna choroba Papieża jest częścią długiego pożegnania, które niesie w sobie bardzo duże znaczenie. Chciałabym więc dziś opowiedzieć trochę o tym, jak niektórzy z nas starają się owo znaczenie rozumieć i jak ja sama miałam okazję widzieć Jana Pawła II 18 miesięcy temu.

Kiedy go zobaczyłam, pomyślałam sobie: Oto święty o zachodzie słońca. Tyle że to wcale nie był wieczór, lecz wczesny poranek, jak czytam dziś z moich notatek, godzina 7.30, 2 lipca 2003 roku. Piękny poranek w samym środku najgorszej od stulecia fali rzymskich upałów. Miasto pogrążone w ciszy, ulice rozpalone.
Setki nas zdążyły się już zgromadzić na Piazza Del Suffizo, w cieniu Kolumnady Berniniego, owych marmurowych kolumn, otaczających Plac Św. Piotra. Wiał lekki ciepły wiatr, a my, czekając aż pojawi się ten już właściwy, nie do zniesienia upał, wachlowaliśmy się zielonymi audiencyjnymi karnetami. Tłum był radosny – rozszczebiotane siostry zakonne, cykający zdjęcia turyści.
Już za chwilę mieliśmy ujrzeć Papieża podczas jego cotygodniowej audiencji. Wśród nas: pielgrzymka dorosłych głuchoniemych w białych czapkach z daszkiem, z zawiązanymi wokół szyi jedwabnymi zielono-żółto-białymi watykańskimi chusteczkami, członkowie chóru z Archidiecezji St. Louis, grupa sióstr zakonnych z Małej Misji dla Głuchoniemych z Bolonii. Był też mężczyzna z Monterrey z żoną i dwójką dzieci. Wraz z gęstniejącym tłumem, znaleźliśmy się obok siebie i zaczęliśmy rozmawiać, jak byśmy się znali od zawsze.
- Czemu tu przyjechaliście? – zapytałam.
- Zobaczyć Papieża – odpowiedział człowiek z Monterrey – To jest najważniejszy chrześcijanin na świecie. Następca Jezusa.
Gdy po paru minutach odczytałam mu ze swoich notatek jego słowa, poprosił, bym poprawiła: „To jest najważniejszy człowiek na świecie”.
Rozmawiałam z kobietą w słomkowym kapeluszu, z szerokim, osłaniającym przed twarz słońcem rondem. Na szyi miała zawieszony wisiorek z wielką muszlą. Miała 45, może 50 lat i do złudzenia przypominała starszą już bardzo Gretę Garbo. Powiedziała, że jest na pielgrzymce. On i jej mąż, potężny mężczyzna z siwą brodą, wyruszyli z Austrii w maju, by po setkach kilometrów wędrówki szosą i wiejskimi drogami, zwiedziwszy dziesiątki sanktuariów maryjnych, 1 lipca dotrzeć do Rzymu. Pokazała mi swój dziennik z pielgrzymki, gdzie starannym, ładnym pismem opisała każdy kościół, który spotkali po drodze, a jej mąż niebieskim długopisem zrobił piękne rysunki katedr. Fotografował też wszystkie mijane pod drodze kapliczki, by potem wklejać starannie te zdjęcia do dzienniczka żony. – Niech pani spojrzy na to – powiedziała, wskazując na stronę, gdzie widniała karykatura jej okropnie zmaltretowanej stopy po sześciu tygodniach wędrówki, całej w śmiesznie przerysowanych odciskach. Obok narysowała jakieś kremy i bandaże, którymi opatrywała rany. Powiedziała mi, że przez cały ten czas nie spędzili jednego dnia bez Mszy Świętej. A po co tu przyszli?
- Jak to, po co? Żeby zobaczyć il Papa! – odpowiedziała i zrobiła gest, jakby chciała dodać: To jest kulminacja.

Przeszliśmy przez bramki z wykrywaczami metalu, które najwyraźniej nie działały – żadnego piszczenia, bzyczenia, ani jednej osoby, która robiłaby wrażenie, że nas obserwuje – a następnie zostaliśmy poprowadzeni szerokim chodnikiem tuż obok Placu Św. Piotra. (Później, kiedy tamtędy wracałam, młody ksiądz powiedział do mnie: „Naszym zdaniem on został ukrzyżowany gdzieś tutaj, pod nami”. Gdy, nie wiedząc, o co mu chodzi, pokręciłam głową, dodał: „Święty Piotr. To mogło się dziać dokładnie tu, pod nami”, i wskazał na chodnik.)
Weszliśmy do Auli Pawła VI, potężnej betonowej struktury, robiącej wrażenie nowoczesnej jaskini, trochę jak te nasze typowe protestanckie kościoły na przedmieściach. Przed sceną ustawiono rzędy krzeseł. Ludzie przybywali pojedynczo i w grupach, najpierw setki, potem już tysiące. Szłam razem z nimi i słyszałam jak mówią po francusku, angielsku, niemiecku, po czesku. Widziałam grupy z Zachodniej Afryki, Niemiec, Polski, Szkocji, Portugalii i Brazylii. Z Rumunii przybył chór kobiet w średnim wieku, które zasiadłszy na swoich miejscach, zaczęły nagle cichutko śpiewać. Kiedy skończyły, rozległ się donośny śpiew mieszanego, 30-osobowego chóru z Białegostoku.
Nagle z samego przodu dał się słyszeć jakiś szum. Do sali wbiegło tańcząc kilkadziesiąt afrykańskich kobiet w długich, białych bawełnianych szatach, śmiejąc się i klaszcząc. Na obszyciu ich sukni widniała informacja, że przybyły z Archidiecezji Freetown w Sierra Leone. Usiadły tuż obok dzieci z katolickiej szkoły w Rwandzie, również klaszczących i potrząsających tamburynami.
A ja sobie pomyślałam: Jest tu cały Kościół.

Sala zaczęła się kołysać. Tu okrzyki, tam bębny, gdzieś z tyłu jakiś amerykański spiritual. Jedni przejmowali dźwięk tych, co śpiewali wcześniej, tak że najpierw mieliśmy grupę z Santo Domingo, a kiedy ci kończyli, piosenkę kontynuował ubrany w białe fraki chłopięcy chór z Polski, po nich z kolei słychać już było bębny amerykańskich Indian, którzy w swoich tradycyjnych strojach i ogromnych pióropuszach wyglądali jak cudowne ptaki. A ja, kiedy te dźwięki odbijały się od siebie echem, tak się wzajemnie wspierając, pomyślałam sobie, że ta właśnie publiczność, taka różnorodna, a jednocześnie pozostająca tak bardzo razem, stanowi żywy symbol powszechnego Kościoła na całym świecie.
I nagle coś się zaczęło dziać. Na scenę weszło dwóch szwajcarskich gwardzistów, w fioletowo-pomarańczowych mundurach, czerwonych pióropuszach na czarnych hełmach i z metalowymi pikami, i sztywno wyprostowani stanęli na środku. Rozległy się wiwaty.
Po nich pojawił się wachlarz kardynałów ubranych na czarno, w czerwonych lub purpurowych stułach. Następnie dwóch papieskich szambelanów w białych frakach.

Spojrzeliśmy w lewo od sceny. Coś się działo.
No i to był on, Papież, 20 minut przed czasem. Kobieta obok mnie, najwyraźniej doświadczony uczestnik audiencji, zaśmiała się.
– Ostatnio nie każe na siebie długo czekać – wrzasnęła do mnie, próbując przekrzyczeć hałas.
Papież wjechał na scenę w brązowym, drewnianym krześle, zawieszonym na czymś, co przypominało drewnianą platformę na małych kółkach. Jechał bardzo powoli. Cała konstrukcja wyglądała trochę jak tron na kółkach, a trochę jak ów pojazd używany w wielkich sieciowych sklepach z towarem dla domu, gdzie niekiedy trzeba coś zdjąć z górnych półek. A więc z jednej strony jak coś naprawdę praktycznego, ale też tak bardzo absurdalnego.
Ubrany był na biało, lekko pochylony do przodu. Biała sutanna, biała piuska, biała stuła ze złotymi frędzlami. Kiedy pojazd znalazł się na środku sceny, w jednej chwili otoczony został przez tłum asystentów i kardynałów, którzy pomogli Papieżowi wstać, złapać równowagę i przenieść się na biały, wygodny fotel z wysokim oparciem, który następnie obrócono przodem do sali.
Spojrzał na nas, a my na niego. Jego twarz… Boże! Ta jego twarz.
Pomyślałam sobie w jednej chwili o tamtej dziewczynce z ostatniej papieskiej wizyty w Kanadzie dwa lata wcześniej. Było to dziecko może szczęścioletnie, które musiało przecież pamiętać to, co mówili jej rodzice, a mianowicie że papież to najwspanialszy człowiek na ziemi, i to, że oni ją tam specjalnie przyprowadzili na tę wielką mszę na stadionie, i że ona została specjalnie wybrana z tylu innych dzieci, by wręczyć Papieżowi kwiaty. Podeszła więc do niego z tym bukiecikiem, wyciągnęła rękę, a on wtedy nachylił się do niej. No i ona wtedy się odwróciła i z płaczem uciekła ze sceny. Bo był taki stary, jego głowa była taka wielka, a kark i plecy tak strasznie zgarbione, a przez to, że cały ów wysiłek, by unieść głowę, by można było ujrzeć jego twarz, stworzył na jego obliczu tak dramatyczny grymas. I jeszcze ta okropna choroba Parkinsona, która sprawia niekiedy, że wygląda na zagniewanego, złorzeczącego, czy choćby tylko smutnego. No więc ta biedna dziewczynka uciekła.

Tłum powstał z miejsc, entuzjazm nie ustawał. Mimo to czuło się już pewną rezerwę, jak gdyby część tej radości sprzed audiencji gdzieś wyparowała.
Sutanna była nieco zbyt krótka, jakieś 15 centymetrów ponad ziemię, odsłaniając jego bawełniane, sportowe skarpetki i znoszone brązowe buty. Oto Papież, który, jak zwykły człowiek, zakłada proste wysłużone trzewiki, a nie tradycyjne papieskie pantofle z jedwabiu.
– Kochamy Cię, Ojcze! – ktoś krzyknął. – Kochamy Cię Ojcze Święty!
Z ogromnym wysiłkiem uniósł głowę, a my usiedliśmy i w tym momencie zdałam sobie sprawę z sensu oświadczenia, wydanego przez Watykan tydzień wcześniej, tuż po tym, jak przyjechałam do Rzymu. Ojciec Święty, jak stwierdziło biuro prasowe, tego lata nie będzie już tak jak wcześniej wędrował po górach, ale spędzi urlop na pisaniu wspomnień z czasów swojej młodości. Cały Rzym wrzał od zachwytów: jakież to niesamowite, że tak stary człowiek w swoim wolnym czasie będzie pisał książkę. I nikt jakoś nie zauważył tego, co zostało ukryte w owym oświadczeniu, tego mianowicie, że jego nogi są zwyczajnie niesprawne. Oczywiście, że nie pojedzie w góry.
Kiedy wspomniałam o tym nieco później znajomemu księdzu, ten się zaśmiał. Powiedział mi, że Jan Paweł II stał się ostatnio bardzo przeczulony na punkcie spekulacji dotyczących jego choroby, i niedawno nawet trochę ironicznie poskarżył się pewnemu amerykańskiemu kardynałowi: „Powiedz tym swoim amerykańskim dziennikarzom, że Papież nie potrzebuje nóg, żeby rządzić Kościołem”.

Ze zwykłych notatek, które trzymał w ręku, odczytał nam parę zdań. Głos miał niewyraźny i zachrypnięty. Kartki drżały w dłoniach. Mówił po włosku, a czuły mikrofon bardzo wyraźnie przenosił jego ciężki oddech.
Wśród zebranych nastąpiło poruszenie. I wtedy zaczął mówić po polsku, jego głos nabrał mocy, a na sali, choć większość przecież nie rozumiała ani słowa, zapanowała cisza, i wszyscy pochylili się do przodu.
Ręka drżała mu strasznie. Gdy tłumacz powtarzał jego słowa, pochylił głowę i oparł podbródek na lewej dłoni, jakby chciał opanować drżenie.
A potem odkaszlnął i zaczął mówić po angielsku. Jednak jedyne, co byłam w stanie zrozumieć, to „duch Błogosławieństw”. Później przeczytałam doniesienia Associated Press na temat tego, co Papież do nas mówił. Tematem tych rozważań był Psalm 145, który on nazwał „pieśnią na chwałę poranka”. Kończy się on, powiedział „proklamacją panowania Boga nad historią człowieka”. Przypomina nam, powiedział, że „Pan będzie panował na wieki”.
Dzieci z Santo Domingo zaintonowały starą piosenkę: Juan Pablo, Segundo, el padre de el Mundo, a on uniósł prawą dłoń, jakby chciał powiedzieć, że wszystko słyszy. Jednak te jego słynne dawne żarty, kiedy to przywoływał dzieci witające go w Nowym Jorku i Chicago, i wołał: „chodźcie do mnie, chodźcie”, teraz już nie wchodziły w grę.
A mimo to, kiedy go obserwowałam, uświadomiłam sobie, że nie umiem na niego patrzeć, jak na człowieka słabego i chorego. Widziałam go, jako kogoś, kto jest zaledwie uwięziony w jakimś zewnętrznym, niezależnym od niego zupełnie, bezruchu. Kogoś, kto tak naprawdę wewnątrz wciąż pozostaje Janem Pawłem.
I wtedy sobie pomyślałam: To jest ofiarna dusza. Jego cierpienie ma sens.
Przez ten ból ona nas chce czegoś nauczyć.

Pośpiewał nam jeszcze troszeczkę, jak siedzący na słońcu staruszek. Większość nie była nawet w stanie odcyfrować słów tej piosenki, tyle że on to robił dla nas, a w tym było coś tak bardzo pięknego i wzruszającego, że zwróciłam się do znajomej i powiedziałam: „Czy słyszysz, jak śpiewa człowiek święty?” Wdychałam ten śpiew, pozwalałam, by wpływał do moich uszu i już tylko marzyłam, by móc zakryć je dłońmi i zatrzymać je tam został na zawsze.
I wtedy Jan Paweł uczynił znak krzyża. Kardynałowie wrócili, uklęknęli przed nim i ucałowali pierścień. Grupa amerykańskich Indian też weszła na scenę, by mu się pokłonić. Po nich też pojawiło się kilkadziesiąt par w ślubnych strojach, prosząc o błogosławieństwo. A na samym końcu, na wózkach inwalidzkich i na szpitalnych łóżkach wwieziono grupę dzieci i dorosłych.
Zawsze, gdy idzie o Jana Pawła, mam wrażenie, że gdyby on tylko mógł ograniczyć liczbę ludzi, z którymi się spotyka i którym błogosławi, do tych, których lubi najbardziej, nie byliby to ani kardynałowie, ani książęta, ani kongresmeni, ale siostry zakonne z jakichś zapomnianych zgromadzeń i dzieci z zespołem Downa. A zwłaszcza te dzieci. Bo one ucierpiały najbardziej i ponieważ w jakiś niezwykły i przedziwny sposób one rozumieją znacznie więcej, niż większość ludzi. Wszyscy inni, mniej lub bardziej splątani jesteśmy swoimi ambicjami, by realizować jakieś najbardziej niezwykłe plany, podczas gdy ci najbardziej skromni i bezradni potrafią przyjąć najważniejsze przesłanie w sposób najbardziej głęboki i otwarty: Bóg nas kocha, Jego miłość nas otacza, pozwolił, byśmy Go też kochali, bawili się z Nim, służyli Mu i byli szczęśliwi.
Znam kobietę, która miała okazję pracować z ludźmi upośledzonymi. Dzieci z zespołem Downa prosiły ją, by im pozwoliła rozczesywać swoje długie blond włosy, a następnie się w nich zanurzały i ginęły w tym ich pięknie. Dotykały tych włosów, rozdzielały i przedzierały się przez nie, jak przez jakieś zasłony. Potrzeba naprawdę wielkiego duchowego geniuszu, by w długich blond włosach odnaleźć niebo. A one to wiedziały. I Papież wie, że one wiedzą.

I wtedy audiencja dobiegła końca. Znów pojawiło się całe mnóstwo kardynałów i osób towarzyszących i otoczyli Papieża. Unieśli go z fotela, przenieśli z powrotem na ten niby tron na kółkach, a następnie zwieźli go ze sceny.
A on odwrócił się do nas raz jeszcze, uniósł prawą rękę i uczynił ledwo widoczny znak krzyża. I wtedy Polacy na sali zaczęli śpiewać piosenkę, której treść sięgała samych początków, prawdziwy znak czasów sprzed 25 lat, kiedy to Jan Paweł po raz pierwszy stanął na balkonie w Watykanie i spojrzał na świat. Śpiewali mu ją na każdym przystanku jego tak długiego pontyfikatu, w dobrych i złych czasach: „Sto lat, sto lat, niech żyje nam”.
Zostałam do samego końca, jakieś dwie godziny, a potem obróciłam się, by spojrzeć na twarze ludzi stojących za mną, tak bym mogła je później dokładnie opisać… i aż mną wstrząsnęło. Bo już niemal nikogo nie było. Większość, może dwie trzecie, zdążyła już wyjść. Oni wyszli jeszcze zanim nawet sam Papież zjechał ze sceny. Zupełnie jakby skasowali bilet – no to zobaczyliśmy dziadka – i ruszyli w dalszą drogę, obejrzeć sobie koty w Koloseum.
Jego całe życie stanowi dziś pożegnalną trasę. On świetnie wie, że oni przychodzą go zobaczyć trochę po to, by móc powiedzieć: „Widzieliśmy Jana Pawła Wielkiego”. W ten sposób wokół niego wciąż panuje pewien półmrok, od którego nie ma ucieczki.
Wybuch radości i smutku zaznaczy jego odejście. Radości, ponieważ nadchodzi czas, by któryś z młodszych papieży odcisnął swoje piętno na naszych czasach. Smutku, bo to jest prawdziwy mocarz, ostatni papież starego wieku. I jeszcze coś. Po nim przyjdzie już prawdziwy, nowoczesny świat, ten zupełnie już nowy, świat po 11 września, i do gry zostaniemy zaproszeni wszyscy. On był ostatnim owocem starego świata. Jego obecność była równie prawdziwa i niewzruszona, jak sam Watykan.

Jego cierpienie świadczy za niego. Ono ma swój cel. Ono chce nam coś powiedzieć. Wczoraj, kiedy sobie o tym myślałam i wspominałam tamtą audiencję, zadzwoniłam do wybitnego pisarza i myśliciela Michaela Novaka i poprosiłam go, by trochę pomyślał za mnie. Otóż Święta Teresa z Lisieux, przypomniał mi, wierzyła, że jej cierpienie może pomóc innym. A zatem brała ona wszystkie swoje chwile bólu, gniewu, czy smutku i ofiarowała je Bogu, wierząc, że w ten sposób one zjednoczą się z bożą miłością, a więc z czymś nieskończenie potężnym, co istnieje wyłącznie dla ludzkiego dobra. Prosiła Boga, by przyjął od niej to cierpienie i użył go w ten sposób, by pomóc misjonarzom na całym świecie. Wiedziała, powiedział mi Novak, to co wiedział Dostojewski: świat jest otoczony rodzajem sieci, sieci bardzo energetycznej, w której wszyscy jesteśmy zjednoczeni w naszym cierpieniu i w naszej miłości. Kiedy oddasz jej wszystko co posiadasz, masz swój udział w komunii miłości na całym świecie.
Teresa była karmelitanką. Nowak opowiedział mi o tym, co kiedyś zaobserwował George Weigel, że Papież mianowicie ma karmelitańską duszę, duszę, która znakomicie się czuje w karmelitańskiej tradycji codziennego mistycyzmu.
Więc cóż takiego mówi nam cierpienie Papieża? Kilka rzeczy, powiedział mi Novak. Mówi nam, że w czasach, które obecnie przeżywamy, ważne bardzo jest, by szanować cierpienie ludzi starych i słabych. On chce, byśmy wiedzieli, że oni wszyscy mają swoje miejsce na tym świecie i ich życie ma sens. I nie tylko to mówi. On tym żyje. W młodości był aktorem, a więc jego nauczanie odbywa się trochę też i przez demonstrację, przez sam fakt, że on jest. Jego cierpienie to dramat, którym on żyje zupełnie świadomie. Jan Paweł opowiada się za życiem – za wszystkim co je stanowi. Pragnie oddać szacunek temu, czego świat nie szanuje.
W takim razie, czemu, zapytałam, Bóg dopuszcza, by człowiek, którego z pewnością bardzo pokochał, musiał iść przez życie aż tak cierpiąc? Przecież mógł go wziąć do Siebie lata temu. Może, odpowiedział Novak, Bóg pragnie nam pokazać, jak bardzo nas kocha, a robi to każdego dnia, pozwalając, by to właśnie Papież nam pokazał, jak to on nas bardzo kocha. Jezus, cierpiąc na krzyżu, był bliski upadku, a mimo to pozostał tam do końca.
I to mi przypomniało coś, co Papież powiedział komuś bardzo sobie bliskiemu, gdy parę lat temu pojawił się temat, by może przeszedł na emeryturę: „Chrystus nie zszedł z krzyża”. Chrystus odszedł, gdy się wykonało.
Novak zauważył też, że Jan Paweł II często wspominał o potrzebie zaleczenia tysiącletniej rany w relacjach między Kościołami Wschodu i Zachodu. On wierzy, że jego misja nie skończyła się wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, i że ona wciąż obejmuje próby naprawienia tego, co tak bardzo podzieliło Rzym, Konstantynopol i Moskwę. Powiedział Novak, że kto wie, czy to cierpienie nie jest poświęcone Bogu po to właśnie, by pogodzić oba Kościoły.
- On będzie naprawdę bardzo nieszczęśliwy, jeśli umrze, nie pojechawszy z wizytą do Moskwy – powiedział Novak. – I możliwe, że Święty Piotr w związku z tym będzie musiał wiele wycierpieć.

Powyższy tekst Peggy Noonan opublikowała 10 lutego 2005 jako swój stały felieton w dzienniku „Wall Street Journal”, a dziś, wśród wielu innych jej tekstów, jest on do poczytania na stronie www.peggynoonan.com.
A jeśli komuś to tłumaczenie się spodobało i chciałby wspomóc ten blog, bardzo proszę i dziekuję. Numer konta jest tuż obok.





czwartek, 24 kwietnia 2014

Z Jarosławem Kuźniarem po zwycięstwo

Każdy kto czyta naszego kolegę Coryllusa, miał z całą pewnością okazję zwrócić uwagę na fakt, że mamy do czynienia z kimś praktycznie całkowicie odciętym od kontaktu z mediami. Na czym ów stan dokładnie polega? Przede wszystkim na tym, że w jego domu nie ma ani radia, ani telewizora, a jeśli pojawi się od czasu do czasu jakaś gazeta, to naprawdę bardzo rzadko i tylko w tym jednym celu, by mógł on sprawdzić coś, o czym mu doniesiono, a dane internetowe są niepełne, lub wręcz nie istnieją. Skoro już znamy sytuację, zastanowić się wypada, jakie są skutki tego stanu rzeczy? Przede wszystkim, wszystko to, co Coryllus pisze, obejmuje niemal wyłącznie przestrzeń idei. W jego tekstach praktycznie nie pojawiają się nazwiska dziennikarzy, polityków, czy znanych nam z telewizji komentatorów. Nie ma zatem faktycznej możliwości, by ktoś kto zajrzy na blog Coryllusa znalazł tam tekst, w którym on szydzi z jakiegoś redaktora Morozowskiego, czy byłego ministra Nowaka. To już bardziej prawdopodobne jest to, że, zapytany o jednego czy drugiego, Coryllus odpowie, że nie bardzo te nazwiska mu się kojarzą.
Jest jednak pewien znaczący wyjątek od tej zasady. Przy okazji jakichś świąt, czy w wakacje, Coryllus z żoną i dziećmi wyjeżdżają z wizytą do babci, a tam nie dość że jest i telewizor, to jeszcze gazety, a nie dość że gazety, to same najprzedniejsze, czyli „Wyborcza”, „Polityka” i „Wysokie Obcasy”. I w tym momencie Coryllus, zupełnie jak mój wygłodniały labrador, rzuca się czy to na ów papier, czy na ekran telewizora, i chłonie… Wszystko: filmy, telewizyjne dyskusje, wiadomości, artykuły jakiejś Janiny Paradowskiej, Wojciecha Maziarskiego, czy Kazimiery Szczuki – bez różnicy i bez wyjątku. A potem wraca do domu, a my możemy mieć pewność, że kilka kolejnych jego notek nie będzie dotyczyło historii Czech, Polski Jagiellońskiej, czy Anglii, powieści Llosy, ani rynku wydawniczego w kraju i na świecie, ale właśnie rozprawiania się z tym telewizorem, czy bandą idiotek z „Wysokich Obcasów”.
Czy mnie to dziwi? Absolutnie! Powiem wręcz, że ja tę postawę doskonale rozumiem choćby z tego powodu, że sam bardzo dobrze wciąż pamiętam, jak sam przed laty nie zajmowałem się praktycznie niczym innym, jak wyszukiwaniem odpowiednich inspiracji w telewizji TVN24, czy w jakichś „Rzeczpospolitych”, czy „Dziennikach”. I wiem równie dobrze nie tylko, jak bardzo to potrafi wciągać, ale jak tam faktycznie wiele można znaleźć naprawdę fantastycznych tematów.
Dziś telewizję oglądam tylko jeśli chodzi o piłkę nożną i tenis, z gazet czytam po łebkach tygodnik „W Sieci”, który lubi mieć w domu moja starsza córka, a poza tym już mam tylko ten Internet i blogi. I powiem szczerze, że nie czuję ani jakiegokolwiek żalu, ani utraty. Mam wręcz wrażenie, że zajmowanie się tu na tym blogu tym, co nam przynoszą media ma niemal same wady. Przede wszystkim, nie jestem w stanie pozbyć się podejrzenia, że to czego dostarczają nam telewizje czy gazety stanowi czystą fikcję, w dodatku fikcję w której nie jesteśmy nawet rozpoznać właściwych hierarchii, a co gorsza fikcję, gdzie nawet najprawdziwsza prawda staję się zupełnie niepostrzeżenie kłamstwem, a to, jak wiemy, jest już czymś bardzo, ale to bardzo niebezpiecznym, i lepiej się od takich stanów trzymać z daleka.
Jest jednak jeszcze coś, co sprawia, że czynienie z doniesień medialnych tematu notek jest niewarte przysłowiowej wyprawki. Otóż moje doświadczenie jest takie, że niemal zawsze, kiedy mam ochotę zwyczajnie ponarzekać na jakiegoś Mazurka, czy Lizuta, musi natychmiast zjawić się któryś z komentatorów, który mi powie coś mniej więcej takiego: „To ty czytasz to gówno?”, albo „A kto to taki ten Lisut, bo nie znam?” A to, jak wiemy, bywa czymś najgorszym. To jest coś tak irytującego, że ja, słysząc tego rodzaju popisy, zwyczajnie tracę chęć do dłuższego przebywania w tym miejscu.
Mimo to, wiele wskazuje na to, że przez najbliższy przynajmniej czas będę się zajmował tym, co znalazłem w mediach. Tym razem już jednak ani w TVN-ie, ani w Superstacji, ani w Polsacie, czy we „Wproście” – ten rozdział i jest już dawno zamknięty, ale może przede wszystkim wielokrotnie przeżyty – ale w dostępnych mi mediach prawicowych. Poza tym, chyba nigdy tak jak tym razem nie miałem poczucia, że to jest coś, co mam wręcz obowiązek robić: siedzieć tam od rana do nocy i pokazywać na nich palcem. Nieraz już tłumaczyłem tego powody, ale może wypada mi to zrobić jeszcze raz.
Otóż, inaczej niż głosi wspomniany wcześniej Coryllus, ja jestem bardzo mocno przekonany, że Prawo i Sprawiedliwość wygra najbliższe, a po nich już wszystkie w tej serii, wybory. Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory, przejmie władzę, Platforma Obywatelska podzieli los dawnej Unii Wolności, w jej miejsce System stworzy coś zupełnie nowego… i wtedy zacznie się atak; atak, przy którym to, co przeżywaliśmy przez pamiętne dwa lata rządów koalicji PiS-u, Samoobrony i LPR-u będzie zaledwie miłym wspomnieniem. I atak ów będzie tym cięższy, im wyraźniejsze będzie nasze zwycięstwo. I stanie się tak, że przeciwko tej nowej agresji my będziemy mogli wystawić tylko dwa oddziały: uczciwą i zdeterminowaną władzę, i uczciwe i profesjonalne media. Jeśli tego zabraknie, Prawo i Sprawiedliwość wśród powszechnego gniewu i w atmosferze szyderstwa, zostanie wyrzucone poza polską politykę na zawsze. Otóż ja bardzo wierzę w to, że Jarosław Kaczyński jest w stanie – choć Bóg mi świadkiem, że nie wiem, jak – zapewnić nam rządy mądre, uczciwe i skuteczne, dzięki którym Polska zacznie się powoli wydobywać z tego nieszczęścia, w które wepchnął ja Donald Tusk i cały ten projekt znany pod nazwą Platformy Obywatelskiej. Ale wiem też, że, podobnie jak to będzie w przypadku wielkości tego zwycięstwa, im lepsze i dobre dla Polski będą te rządy, tym większa będzie nienawiść zarówno polskiej, jak i zagranicznej popkultury. I tu bez sprawnego i mądrego wsparcia niezależnej prasy i telewizji, nie damy rady.
Tymczasem, z tego co widzę, na to nie mamy w tym momencie co liczyć. Jak wszystko na to wskazuje, ci, którzy najprawdopodobniej będą stanowić tak zwaną medialną oprawę tego co ma się stać projektem dla Polski, to jest od początku do końca banda durniów, którym się wydaje, że ludzie są tak głupi, że dla nich nawet nie trzeba się szczególnie wysilać, żeby wszystko co się im powie, przyjęli. To jest wyłącznie kupa nadętych cwaniaków, przekonanych, że skoro przez osiem lat, parę stacji telewizyjnych i kilku wynajętych dziennikarzy potrafiło skutecznie robić wodę z mózgu połowie społeczeństwa, to znaczy, że oni powinni to zrobić dokładnie w ten sam sposób, tyle że jeszcze lepiej i jeszcze skuteczniej. I ani im do głowy nie przyjdzie, że działając bez wsparcia Systemu to swoje cwaniactwo mogą sobie wsadzić sam środek czegokolwiek. I wszystko wskazuje na to, że mam w tych swoich podejrzeniach rację.
Oto w kultowym wręcz już ostatnio na tym blogu portalu wpolityce.pl znalazłem wiadomość zatytułowaną „Co Kuźniar miał na myśli? Cudaczne zapiski dziennikarza TVN-u. Zobacz!” z dużym kolorowym zdjęciem, na którym najpierw widzimy dziennikarza TVN24 Jarosława Kuźniara z magazynem „Playboy” w ręku, a poniżej następujący tekst:
Widzowie od dawna zastanawiają się, co chodzi po głowie prezenteraTVN24, Jarosława Kuźniara. Rąbka tajemnicy uchylił sam zainteresowany. Kamerzysta stacji telewizyjnej uchwycił jego tajemnicze notatki… Kartki z tekstem pomocnym przy zapowiadaniu kolejnych materiałów pokryły się hieroglifami popełnionymi długopisem Kuźniara. Co przedstawiają? Cyfry, figury geometryczne, a nawet fragment postaci… Zobaczcie sami”.
Pod spodem natomiast widzimy zdjęcie typowych notatek, jakie pewnie każdy telewizyjny dziennikarz ma przed sobą, a tam faktycznie jakieś gryzmoły: kwadracik, kreska, jakieś kółko… żadnej nawet postaci – w sumie nic. Prawdopodobnie Kuźniar prowadził kolejny program i ponieważ, jak wiemy, pisanie po tych kartkach jest elementem dziennikarskiego sznytu, a on akurat nie miał nic do notowania, coś sobie bazgrał. Jeszcze coś? Może chociaż – skoro pojawił się ten „Playboy” – jakiś penis, czy cycki? Nic. Tyle. Oto cała wiadomość. I oto cały powód, dla którego redaktorzy prawicowego portalu w polityce.pl postanowili się zająć Kuźniarem. No i oczywiście cały dowód na to, że Kuźniar to kretyn i my mamy głosować na Kaczyńskiego, bo on do propagandowej roboty zatrudni Krzysztofa Feusette i wreszcie będzie tak jak zawsze miało być.
Ale tu jest coś jeszcze. Otóż podana przez portal informacja zdobyła sześć czy siedem może komentarzy internautów, z których trzy mniej więcej tej samej treści: „To jest poziom, którego powinniście się wstydzić”. Oprócz tego jest też złośliwy, choć niezwykle dowcipny, komentarz jakiegoś podpisującego się nickiem „azor” antypisowca który pisze, że ten kwadracik, jaki Kuźniar narysował to pewnie dowód na obecność trotylu na pokładzie tupolewa i jeden stanowiący na te złośliwość odpowiedź, którą przytoczę w całości, w oryginalnym brzmieniu:
Jedno jest pewne że azor ma odbyt jak Rów Mariański .Tak ostro palipierdolec rozkalibrował ryj azora i odbyt,rózowym .azor a wArczysz jak palipierdolec rzuca ci różowy aport”.
A ja już na sam koniec powiem tylko jedno, i akurat nie to, że najwidoczniej moderatorzy portalu wpolityce.pl postanowili dorównać temu, co znamy z „Wyborczej”, bo tu przynajmniej idziemy łeb w łeb. Mnie bardziej chodzi o to, że bracia Karnowscy plus Załoga uznali, że oni się będą troszczyć o internautę Azora i reprezentowana przez niego publiczność, i w ten sposób Polska stanie się wolna, zasobna i sprawiedliwa
Otóż ja Wam obiecuję, że zrobię wszystko, żeby wam się nie udało.

Przypominam, że nakład moich dwóch pierwszych książek, wydanych jeszcze jako książki Toyaha, jest już niemal wyczerpany, i w związku z tym, Gabriel sprzedaje je po marne 15 złotych. Szczerze polecam. To jest naprawdę okazja. Zarówno one, jak i wiele jeszcze innych rzeczy do nabycia pod adresem www.coryllus.pl
I jeszcze jedna wiadomość bieżąca. Zmianie uległ adres w paypalu. Od dziś łączymy się przez toyah@toyah.pl

środa, 23 kwietnia 2014

Lezą nasi, z "Barką" na ustach

Jak dobrze wiedzą czytelnicy tego bloga, on ostatnio, w swojej podstawowej treści, stanowi walkę z planem, jaki najwyraźniej szykuje nam tak zwany prawicowy mainstream na wypadek przejęcia przez Prawo i Sprawiedliwość władzy w kraju. Krótko bardzo mówiąc, chodzi o to, by, kiedy już premierem zostanie Jarosław Kaczyński, a za medialną propagandę wezmą się tak zwani „nasi”, dało się wykorzystać wszystkie nauki jakie płyną z niemal ośmioletniej działalności propagandowej Systemu, tyle z tym założeniem, że my to zrobimy lepiej, bardziej, no i przede wszystkim prawdziwiej. A zatem, my naprawdę zadbamy o to, by już nigdy więcej nie funkcjonowały w przestrzeni publicznej takie kłamstwa jak te, że Antoni Macierewicz ma twarz wykrzywioną nienawiścią, ale że twarz wykrzywioną nienawiścią ma minister Rostowski. No i żeby, jak to niedawno zgrabnie ujął Ryszard Makowski, zawsze znalazło się tam coś dla prostego człowieka.
Niedawno poświęciłem tej sprawie osobną notkę i natychmiast pojawił się komentarz oburzonego czytelnika, który zażądał, bym dostarczył dowodów na to, że prawicowe media traktują ludzi jak najgorszych durniów, a w tym postępowaniu są tak zawzięci, że przy nich bledną media postkomunistyczne.
Wstydząc się jak cholera tego, że muszę tłumaczyć to, co tłumaczenia nie wymaga, robiłem oczywiście co mogłem, ale szczerze powiem, że wciąż nie wiem, czy moje wyjaśnienia mogły się w ogóle okazać potrzebne komuś, kto najwyraźniej i tak nie widzi, nie słyszy i nie czuje. Tymczasem jednak w przerwach, jakie w sposób naturalny pojawiły się podczas minionego świętowania, zajrzałem parę razy do Internetu, i proszę spojrzeć co znalazłem. W wpolityce.pl pojawiło się, jako trzecia wiadomość wśród tak zwanych „informacji najważniejszych” coś takiego. Ponieważ nie udało mi się zrobić z tego wystarczająco mocnego skrótu, oto całość:
To się nazywa fantazja! 30-letni Arkadiusz Ł. poszukiwany listem gończym postanowił ukryć się przed funkcjonariuszami, którzy odwiedzili jego mieszkanie. Najwyraźniej za bardzo uwierzył w swoją zdolność do kamuflażu. Śledczy znaleźli go leżącego nieruchomo na łóżku.
Mężczyzna, wobec którego zasądzono trzymiesięczny tymczasowy areszt liczył na to, że cienka kołdra nie pozwoli policjantom na zauważenie jego obecności. W końcu tonący brzytwy się chwyta…
A warto pamiętać, że funkcjonariusze z komendy stołecznej zajmujący się poszukiwaniem i ściganiem dokładnie ustalili miejsce pobytu 30-latka. Pojawili się pod właściwym adresem z samego rana. Co ciekawe, kiedy zapukali do drzwi usłyszeli głośny szept mężczyzny rozmawiającego przez telefon. Nie kwapił się jednak otworzyć drzwi mundurowym.
W końcu policjanci zwrócili się o pomoc do straży pożarnej. Dopiero zjawienie się strażaków, umożliwiło wkroczenie do mieszkania przez balkon. To, co funkcjonariusze zobaczyli na miejscu mogło wywołać tylko uśmiech politowania. Okazało się, że ścigany mężczyzna leży schowany pod… kołdrą.
Arkadiusz Ł. ma teraz dużo czasu na wymyślanie lepszych kryjówek. Obecnie przebywa w areszcie śledczym, w którym spędzi co najmniej 3 miesiące”.
Przepraszam bardzo, ale ja już nie mam siły do tych ludzi. Ja ich nie rozumiem, oni mnie wyprzedzają pod każdym względem i powiem uczciwie, że już naprawdę nie widzę innego sposobu, jak tylko ten, by w nich walić, jak w kaczy kuper. Dzień po dniu, od rana do wieczora. I naprawdę nie chodzi mi o to, że autorem powyższego jest wspominany ostatnio przez mnie specjalista od grzebania w śmietnikach z nadzieją, że uda mu się znaleźć jakiegoś odpowiednio interesującego trupa, ale o problem znacznie poważniejszy. Dziennikarze tygodników „Do Rzeczy”, „W Sieci”, wpolityce.pl, czy Telewizji Republika naprawdę stoją pierwsi w kolejce do tego, by tworzyć elitę przyszłego układu władzy, a człowiek, którego tekst omawiam wyżej, a którego nazwiska wstyd mi powtarzać, z całą pewnością znajdzie swoje miejsce w rozdaniu, które musi nastąpić. A jeśli tak się stanie, wystarczy parę miesięcy, żebyśmy się nie pozbierali najpierw ze wstydu, a następnie spod gradu zgniłych pomidorów, którymi niechybnie zostaniemy zasypani. I ja daję słowo, że nie rozumiem, czemu oni to robią. Oto ukazuje się kolejny numer tygodnika „W Sieci”, gdzie na okładce widzimy Jana Pawła II z zaciśniętą w złości twarzą, który nam wygraża pięścią, a obok tytuł-informacja, że Jan Paweł II byłby wściekły na III RP. Przepraszam bardzo, ale to jest bez porównania coś gorszego, niż wczorajsza paplanina Tuska, że papieżowi bardzo by się spodobał klip za 7 milionów o Polsce nucącej „Hey Jude”, bo to był człowiek z poczuciem humoru i dystansem.
A zatem, raz jeszcze: Co to za ludzie? Rozumiem, że część z nich to zwykli durnie, których nam Dobry Bóg zesłał szczodrze i po równo, ale oto niedawno miałem okazję, również na wspomnianym portalu wpolityce.pl, czytać tekst czołowego przecież naszego dziennikarza Jerzego Jachowicza, gdzie on ni mniej ni więcej jak tylko zastanawiał się nad tym, do kogo podobny jest z twarzy były minister Jacek Rostowski. Popatrzmy na fragment tych refleksji:
Obawiam się jednej rzeczy, że pod wpływem kłamstw i fałszywych oskarżeń PiS o wszystko, co najgorsze, twarz Rostowskiego może zdeformować się do tego stopnia, że zatraci ludzkie rysy. Wtedy mogłaby zamienić się w głowę… nie, nie jestem w stanie tego słowa wypowiedzieć. Czy on naprawdę tego nie widzi? Niech się przejrzy w Niesiołowskim”.
A ja się już zwrócę może do nas samych, czy tego naprawdę nie widać, co oni wyprawiają? Popatrzmy więc może na coś takiego:
Obawiam się jednej rzeczy, że pod wpływem kłamstw i fałszywych oskarżeń rządu o wszystko, co najgorsze, twarz Kaczyńskiego może zdeformować się do tego stopnia, że zatraci ludzkie rysy. Wtedy mogłaby zamienić się w głowę… nie, nie jestem w stanie tego słowa wypowiedzieć. Czy on naprawdę tego nie widzi? Niech się przejrzy w Macierewiczu”.
Niechby coś takiego spłodził chory umysł jakiegoś Maziarskiego, lub Lisa. Co byśmy wtedy sobie pomyśleli nie o tym przesłaniu, ale o tym poziomie dziennikarstwa? Jakie mielibyśmy reflesksje, gdy idzie o tak zwany dziennikarski obiektywizm, gdy idzie o to, co nam oferuje dzisiejsza władza. Otóż ja odpowiem na to pytanie dokładnie tak samo, jak odpowiedziałem jeszcze w zeszłym roku, kiedy bohater dzisiejszej notki portal wpolityce.pl opublikował sondaż pod tytułem „Czy wstydzisz się za radnych Platformy Obywatelskiej?”: nie mielibysmy żadnych z tej prostej przyczyny, bo tego typu tekst nie mógłby wyjść ani spod palca Wojciecha Maziarskiego, ani Tomasza Lisa. Oni bowiem nawet jeśli nie mają wstydu, mają pewną dyscyplinę związaną z podstawowym choćby szacunkiem dla czytelnika.
A zatem, powtarzam po raz kolejny: Nadchodzą nasi. Szykujmy się na poważne wrażenia.

Przypominam wszystkim, że w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl wciąż włączona jest promocja na szereg książek, których nakład się powoli wyczerpuje, w tym na obie książki Toyaha. To jest zaledwie 15 zł. od egzemplarza, a zatem nie ma powodu, by zwlekać, nawet jeśli ktoś już je ma. Na prezent będą jak znalazł. No i jak zwykle, serdecznie proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy nie ma nic. Dziękuję.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Z minister Bieńkowską na Woodstock

Jeszcze przed Świętami mój stały dostawca tematów do tego bloga był uprzejmy przysłać mi link do strony hyperreal.info, o której istnieniu dotychczas nie miałem najmniejszego pojęcia, a która, owszem, zrobiła na mnie autentyczne wrażenie. To co tam się przede wszystkim rzuca w oczy, to cały jej wystrój – najtańszy, najbardziej skromny, wskazujący na to, że tak zwany „target”, na który strona owa jest kierowana, nie potrzebuje żadnej oprawy; jemu w całości wystarcza treść.
Jaka to treść? Link który otrzymałem, kierował mnie akurat na treść w całości dotyczącą kokainy, z uwzględnieniem potrzeb osób albo już kokainę zażywających, ewentualnie tych, którzy dopiero planują się nią zainteresować. Sam tekst jest bardzo długi, pełen wszelkich możliwych szczegółów, mówiąc jednak najkrócej, tworzy on solidny poradnik dla każdego faktycznego, czy dopiero potencjalnego narkomana. To na co jednak mój kumpel zwrócił moją uwagę, to nie tyle sam tekst i sam fakt istnienia tego typu strony, lecz to, że tuż obok stoi jak byk reklama wyborcza niejakiego Macieja Kowalskiego, tak zwanej „dwójki” na zachodniopomorskiej liście kandydatów do Parlamentu Europejskiego z ramienia Europy Plus (Kwaśniewski, Kalisz, Siwiec). Jak mówię, tam poza tekstem nie ma prawie nic więcej, więc owa reklama na hyperreal.info stanowi praktycznie jedyny graficzny akcent.
Czemu, ktoś spyta, nas tak bardzo sprawa zainteresowała? Można by pewnie krótko odpowiedzieć, że poszło o owo spięcie między treścią a reklamą, które robi przecież pewne wrażenie. Wrażenie też robi filmik z wypowiedzią byłego ministra Marka Balickiego, który tłumaczy jak ważna rzeczą jest, by polskie prawo przystosowało się, jeśli idzie o narkotyki, do trendów europejskich. Nie można też przegapić reklamy jakiejś klubowej imprezy w Tychach, która zapowiada się, jako prawdziwa atrakcja dla wszystkich przyjaciół tego projektu. Jednak jest tu coś jeszcze, na co zwróciłem już sam uwagę, zaglądając w różne zakątki hyperreal.info. Otóż ja oczywiście nie mam pojęcia, czy to z czym mamy tu do czynienia jest w naszym kraju czymś wyjątkowym, a jeśli nie, czy jego pozycja na rynku narkotykowym – bo z całą pewnością, możemy tu już mówić o rynku – jest jakoś szczególnie znacząca. Wiem jednak, że jest to przedsięwzięcie na bardzo dużą skalę. Liczba przekierowań, jakie on niesie jest tak ogromna i niesie treści tak szokujące, że bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało okazać, że to nie jest w pierwszym rzędzie internetowy sklep z jednym jedynym asortymentem: narkotykami. To co tam widać jest najzwyczajniej w świecie coś tak obezwładniającego, że ja zwyczajnie nie mam ani sposobu, by to choćby spróbować opisać, ale też nie sądzę, by z owego opisu płynęła dla nas jakaś praktyczna korzyść. Znalazłem natomiast tam coś, co nas musi zainteresować, a przy okazji z całą pewnością przeniesie w rejony nam znacznie bardziej praktyczne, a tym samym bliższe, i dzięki czemu już wkrótce będziemy się potrafili znacznie lepiej odnaleźć wobec kolejnej edycji organizowanego rok w rok przez Jerzego Owsiaka Festiwalu Woodstock. Słyszeliśmy już na jego temat wiele, ale uważam, że dopiero ta relacja, i tak siłą rzeczy przeze mnie mocno okrojona, pozwoli nam uzyskać odpowiednią perspektywę. I załóżmy, że to będzie pierwszy cel publikacji przeze mnie tego świadectwa, no i pierwsza płynąca z niej korzyść. Proszę się trzymać krzeseł.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że raport był pisany „na raty” pod wpływem różnych substancji jak 4-ho-met, 4-aco-dmt, 2cp, MJ, a część na trzeźwo. Tak więc jest on zróżnicowany pod względem stylu jak i spojrzenia na opisywane wydarzenia.
Woodstock. Godzina około 13stej. Ostatnie 2 godziny spędziłem na umieraniu w palącym słońcu stojąc w kolejce pod prysznic. Myślałem, że trochę dobrej MJ umili nam czekanie, ale po spaleniu gibona zarówno mi jak i A zrobiło się słabo. Poszedłem pod kraniki schłodzić się odrobinę.
Myślę nad wybraniem się do Kriszny w celu zjedzenia czegoś, ponieważ ostatnio jadłem dzień wcześniej po południu i z tego względu jestem dość słaby, a wiem, że po homecie raczej nie uda mi się niczego zjeść. Stwierdzam, że może jednak najpierw przyjmę metocynę, a dopiero potem wybiorę się coś zjeść- miałem nadzieję, że zdążę zanim wejdzie.
Zastanawiałem się czy wziąć 30 czy 20 mg. Biorąc jednak pod uwagę, że jestem dość niewyspany i głodny stwierdziłem, iż 20mg będzie odpowiedniejszą dawką. Suma summarum zjadłem jednak około 25mg, gdyż na kartce po dzieleniu zostało sporo osadu, więc zlizałem wszystko w myśl zasady „nic się nie może zmarnować”. Jak się później okazało decyzja o zjedzeniu mniejszej dawki była drugim najlepszym pomysłem tego dnia, zaraz po tej o niejedzeniu śniadania.
Dobra, zarzucone, teraz szybko do Kriszny póki jeszcze rozumiem jak racjonalnie używa się tych śmiesznych papierków w różnych kolorach z wizerunkami króli. Zamieniłem jeszcze kilka słów ze znajomymi i ruszyłem w podróż kilka minut później. Idąc drogą przez las zacząłem dostrzegać już zwiększone nasycenie kolorków i delikatne falowanie. Czuję, że coraz bardziej mi wchodzi, a równocześnie coraz bardziej odchodzi mi ochota na jedzenie. Przyspieszam kroku, idzie mi się bardzo lekko i „wesoło”. Dochodzę do Kriszny.
Bodyload już prawie znikł. Po ok 40 minutach od wyjścia z obozowiska nagle stwierdzam, że mam już siłę i czas powoli wracać, by zobaczyć jak tam sobie radzą współtripowicze i podzielić się z nimi wrażeniami.
Wróciłem do obozowiska. Podróżnicy w dobrym humorze, chociaż A, która zjadła 30mg nie poczuła kompletnie nic. Jest mi smutno, że nie może zobaczyć tego co my, a przynajmniej ja.
Wchodzę do czyjegoś namiotu. Patrzę na ścianki sypialni namiotu (chodzi mi o to tekstylne coś). Oprócz falowania i rozciągania pojawiły się to tu to tam plamy tęczy (coś jak na krople benzyny na kałuży). Ta tęcza ma w sobie jakiś ukryty przekaz. Zdaje mi się, że jest ona przebłyskiem idealnego wszechświata równoległego, bramobłędem w matrixowej powłoce ochronnej…
Pada pomysł by iść na piwo. Stwierdzam, że to świetna okazja do integracji z resztą wielkiej woodstockowej rodziny. Po drodze mijamy wioskę piratów na rozstaju dróg, która zdaje się być statkiem pod piracką banderą na tym spokojnym, harmonijnie ustabilizowanym oceanie festiwalu.
Dochodzimy do namiotów z piwem. Stwierdzam, że nie mam ochoty go pić. W końcu po co komuś kto czuje się jak bóg napój tak ułomny i przymulający jak piwo? W tym momencie wpada mi do głowy myśl, że sensem Woodstocku nie jest to, by dojść w określone miejsce, bo wtedy mamy do czynienia z uczuciem zakończenia czegoś, dojścia do pewnej granicy. Na Woodstocku powinno się po prostu chodzić, gdyż jest to zgodne z nieskończoną strukturą wszechświata.
Wracamy do obozu. Jest 38 stopni. Porywam 5L baniak z wodą. Wiem, że będzie to mój najlepszy przyjaciel tego dnia. Piję kilka łyków momentalnie odzyskując całą energię. Już wiem! Woda jest moim głównym zasilaniem. Od dziś piję wodę, zasilam się sacharozą i zagryzam witaminami w tabletkach. Prawie idealny posiłek dla prawie idealnego stworzenia. Kumpel obok mnie pije wódę. Częstuje mnie, ale mnie aż skręca na myśl o piciu rozpuszczalnika w takich warunkach. Mówię mu, że dostanie udaru, ale nie słucha. (kilka godzin później prawie dostał udaru, odwieźli go ratownicy)
Następnie dotarłem pod dużą scenę (nazwaną przez jednego z współtripowiczów maszynownią) gdzie z nieba lał się żar, a krajobraz był iście marsjański. Rudo-brunatną pylistą nawierzchnię fotony bombardowały z tak potężną energią, że aż widoczna była wyraźna niebiesko-ultrafioletowa poświata. Chciałem zrobić zdjęcie, ale obsługa urządzeń elektronicznych zawsze sprawia mi problemy w tym stanie. Byłem pewien, że udało mi się zrobić zdjęcie, jednak na drugi dzień okazało się, że jednak nie…
Postanowiliśmy zapalić szczyptę dobrej sativy by podbić trochę efekty słabnącego już 4-H.
Nastąpił delikatny nawrót OEV’ów. X zaczął opowiadać o genezie nazwy jego zespołu. Tutaj wspomnienia są dość mocno zamazane, pewnie przez marihuanen i niski poziom cukru. Pamiętam jedynie, że było zabawnie.
Było około 17-18 gdy zacząłem dość wyraźnie tracić siłę na cokolwiek. To ten moment! Teraz uda mi się coś zjeść.
Kriszna- podejście II Biorę do ust trochę ryżu i… eksplozja smaku! Na pewno w dużej mierze mogę zawdzięczać to temu, że 2 tyg przed woodem rzuciłem palenie, a do tego nie jadłem przez około dobę, ale był to zdecydowanie najintensywniejszy pod względem doznań smakowych posiłek jaki w życiu jadłem.
Ryż był słony przyprawiony curry z tego co pamiętam. Gdy go zjadłem zabrałem się za tą pyszną słodką kaszę, która dosłownie wypełniła mnie węglowodanową energią. Kalejdoskop smaków jakiego doświadczyłem podczas spożywania tego talerza pełnego rozmaitości był tak bogato zdobiony, że nie sposób było zapamiętać każdą nutę smakową.
Akumulatory naładowane, czas się przebrać w coś bardziej koncertowego i zabrać trochę dobrej ganji by jak najdłużej utrzymać ten stan.
Byłem na koncercie odbywającym się na dużej scenie. To było coś elektronicznego. Koncert ten dał mi tak potężną dawkę energii i euforii, że całkowicie zatraciłem się w muzyce rozpoczynając tym samym koncertowy ciąg, który polegał na bieganiu od małej do dużej sceny poprzez wioskę Kriszny i tańczeniu na wszystkich koncertach na które chciałem tego dnia iść.
Chciałem zobaczyć jak teraz wygląda duża scena. Idąc w jej kierunku miałem do przeskoczenia błotnistą rzekę stworzoną przez wodę spływającą z kraników. Wziąłem największy możliwy rozpęd na jaki było mnie stać, skoczyłem pobijając wszelkie swoje dotychczasowe rekordy i… wjebałem się w błoto w butach, które w żaden sposób nie chroniły przed wodą L Uznałem to za dość zabawne więc zacząłem się śmiać. Poszedłem na górkę zobaczyć dużą scenę i wtedy wpadłem na genialny pomysł: siądę sobie na pagórku koło tego bagna i poobserwuje zmagania ludzi z nim. Metody były różne, ale rozróżniłem kilka powtarzających się stylów:
„na lekkoatletę” – przeskok, który czasami kończył się bardzo efektownym lądowaniem w błocie
„na spostrzegawczo-zachowawczego”- 20m dalej leżała deska po której można było przejść
„na czołg”- przejście przez błoto na wyjebce (najczęstsze gdy zawodnik uzbrojony był w glany)
W połączeniu z kilkoma kolejnymi lufkami nabitymi Easy Sativą dało mi to ponad godzinę szczerego śmiechu.
Był to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych i najwartościowszych tripów jakie miałem okazję przeżyć. Zdecydowanie mogę stwierdzić, że otworzył mi oczy na wiele aspektów mojego życia i zmienił je w znaczącym stopniu”.


Powyższy tekst pragnę poświęcić dziesięcioletniej już polskiej obecności w Unii Europejskiej. Pani minister Bieńkowska bardzo dziś narzekała na to, że tylko ona czuje ten dreszcz, a zatem ja, w ten uroczysty sposób, pragnę zademonstrować swoją wobec tych dreszczy solidarność.

No i skoro tu już mamy spokój, przypomnę, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Oba „Toyahy” w promocyjnej cenie, i uprzedzam, że to już jest koniec nakładu. Przy okazji, proszę wszystkich bardzo gorąco o wspieranie tego bloga pod umieszczonym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O tym, czego się nigdy nie dowiemy, i nigdy nie zapomnimy

Wprawdzie wtorek dopiero jutro, a moja przedświąteczna obietnica dotyczyła wtorku właśnie, skoro jednak Święta już praktycznie za nami, a od paru dni chodzą mi po głowie bardzo ważne myśli, chciałbym tu zostawić na tę noc i może jeden jeszcze dzień jedno zdjęcie i parę krótkich akapitów.
Jak już tu opowiadałem, za oknem mam cudowny wręcz kościół garnizonowy obsługujący garnizon, którego nie ma, i dwóch wspaniałych księży, grzeszników takich jak my, a jednocześnie aniołów, jakimi już pewnie być nie zdążymy, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ów Grób Pański – o ile pamiętam pierwszy taki od wielu, wielu lat.
Nie mam ochoty tego, co tu widzimy komentować, więc powiem tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że rozmawiałem z proboszczem i – trochę w żartach – powiedziałem mu, że kiedy go będą za ten grób stąd zabierać, zorganizuję demonstrację taką, jak w obronie księdza Lemańskiego, na co on mi odpowiedział: „Niech pan nawet k… nie próbuje”.
Druga, już tylko dla niektórych czytelników tego bloga. Jeśli założymy opcję z Waszego punktu widzenia nieprawdziwą, wręcz absurdalną, a więc tę, że tam rzeczywiście doszło do zbrodni, której celem było zabójstwo Lecha Kaczyńskiego, czy jesteście sobie w stanie wyobrazić dowód, który by Was przekonał? Czy widzicie taką możliwość, że oni pozwoliliby, żeby to się wydało? Tak myślicie? Naprawdę?



Przypominam, że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam. No i tradycyjnie, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Ze śmiercią mu do twarzy

Powiem szczerze, że gdyby ktoś mnie spytał, dlaczego wśród tych paru miejsc, które codziennie odwiedzam podczas moich wędrówek po Internecie jest też portal wpolityce.pl, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Z całą pewnością nie chodzi o to, że ja tam znajduję jakiekolwiek informacje, choćby z tego względu, że tam informacji nie ma żadnych. To jest projekt wyłącznie propagandowy, nawet w porównaniu do internetowych stron „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, czy „Newsweeka”. Tamci przynajmniej próbują udawać, że informują, a ja i tak przecież w tamtą stronę nawet okiem nie mrugnę; wpolityce.pl wykazuje tu całkowitą niechęć do jakiegokolwiek kompromisu. Oni wyłącznie judzą i to w najgorszym bolszewickim stylu.
A może chodzi o to, że owo szczucie jest jakoś zabawne, albo przedstawione w sposób po prostu interesujący? Też nie. Tam się najczęściej spotykamy z taką nędzą, że jeśli już zupełnie wyjątkowo zdarzy się nam znaleźć coś wartego uwagi, to jest to jakiś przedruk z blogów, a przez to, że oni czują szczególna miętę do tego co na blogach jest najgorsze, to jeśli się to w ogóle da czytać, to nie częściej niż raz na ruski rok.
A więc daję słowo, że nie wiem, czemu tam niekiedy zaglądam. Gdybym jednak musiał już tu dać jakąś odpowiedź, to podejrzewam, że ponieważ wpolityce.pl stanowi swego rodzaju przedłużenie tygodnika „W Sieci”, to dla mnie część środowiska, które, po tym jak już Prawo i Sprawiedliwość przejmie w Polsce władzę, będzie, jak podejrzewam, stanowiło medialny mainstream, a zatem ja studiuję ich z taką uwagą po to, bym się w przyszłości nie dał zbyt boleśnie zaskoczyć.
I oto, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem dziś w pewnej chwili na stronę wpolityce.pl i znalazłem tam informację. Prawdziwą, pozbawioną – nawet nie politycznego, ale jakiegokolwiek choćby – komentarza informację. Proszę, oto interesujący nas fragment słowo w słowo:
Znany portorykański śpiewak, gitarzysta i kompozytor, Jose Feliciano nie żyje. Jak poinformowała policja i lokalne media, w czwartek w wypadku samochodowym [tak jest w oryginale]. Muzyk miał 78 lat. Pozostawił żonę i czterech synów.
Według informacji podanych przez policję i prasę do wypadku doszło przed świtem w czwartek. Samochód, którym Feliciano jechał sam, uderzył w słup wysokiego napięcia.
Jose Feliciano urodził się w 1945 roku. Ociemniały od urodzenia, już od najmłodszych lat grał i śpiewał w klubach Harlemu i Greenwich Village. Jego właściwa kariera rozpoczęła się występem na Newport Folk Festival w 1964 r. Tam został po raz pierwszy zauważony przez szeroką publiczność, krytyków i wydawnictwa płytowe. Jego bogaty repertuar tworzyły piosenki…”, i tak dalej już do końca.
Załóżmy teraz, że nikt z nas nie wie, kto to taki Jose Feliciano i zapoznajemy się z gołą informacją redakcji wpolityce.pl. Czego się z niej dowiadujemy? Tego mianowicie, że oto w wypadku samochodowym zginął słynny piosenkarz i gitarzysta nazwiskiem Jose Feliciano, który prowadził samochód, walnął nim w słup energetyczny i zginął. Chwilę później jednak wyraźnie czytamy, że Feliciano był niewidomy od urodzenia, a zatem musimy w tym momencie poczuć pewien niepokój. Co to za cholera? Niewidomy gitarzysta prowadził samochód, i to zupełnie sam, a nie pod czyjąś opieką, jak to mieliśmy okazję oglądać w filmie „Zapach kobiety”? Przecież to jest dopiero informacja, a nie to, że on zginął. Dalej jednak już o tym ani słowa, tylko normalnie życiorys artysty i jego osiągnięcia. Czemu wsiadł do tego samochodu? Po co w ogóle nim ruszył? Czy on tam naprawdę był sam? Czy może to jednak nie on prowadził, tylko do podstawowej informacji wkradł się paskudny błąd?
Ponieważ bardzo mnie te pytania nurtowały, wpisałem sobie tego Feliciano w googlu i okazało się, że owszem, zginął w wypadku samochodowym portorykański artysta nazwiskiem Jose Feliciano, tyle że to był inny Feliciano. W ten słup wjechał jakiś Jose Feliciano, który podobno w tym Portoryko był bardzo znany, natomiast myśmy o nim nawet nie słyszeli. No i on rzeczywiście jechał sam, tyle że od Feliciano, o którym informował portal wpolityce.pl, różnił się też tym, że nie był niewidomy.
Kiedy piszę ten tekst, na stronie wpolityce.pl jest już informacja właściwa i odpowiednio poprawiona. Nie ma już ani śladu po opisywanym przez mnie nieporozumieniu, ani też jakiegokolwiek wyjaśnienia, i powiem uczciwie, że ja bym pewnie się tą sprawą w ogóle nie zainteresował – w końcu pomyłki się zdarzają, zwłaszcza gdy umiera Jose Feliciano, znany śpiewak i gitarzysta i okazuje się, że było dwóch śpiewaków i gitarzystów o tym samym imieniu i nazwisku – gdyby nie to, że tu w ogóle nie chodzi o zwykłą pomyłkę. Spróbujmy sobie bowiem wyobrazić, w jaki sposób powstała opisywana przeze mnie wiadomość. Oto redakcja wpolityce.pl dowiaduje się, że zginął Jose Feliciano, a stało się tak, że jechał on samochodem i wjechał w betonowy słup. Ponieważ tutejsi redaktorzy znają się jednak na muzyce i wiedzą, kto to taki ten Feliciano, do tej informacji dokładają znaleziony w Sieci życiorys, włącznie z informacją w pewnym sensie podstawową, że Feliciano był niewidomy, i nawet przez chwilę nie zastanawia ich to, jak on mógł jechać tym samochodem sam? Czy nawet przez chwilę im nie przyjdzie do głowy, że tu jest coś nie tak i że tak jak oni o tej śmierci poinformowali, owa informacja jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu? I o czym, przepraszam bardzo, może to świadczyć?
Jeszcze raz. Jedzie niewidomy Jose Feliciano nad ranem, samiusieńki swoim samochodem, wpada na słup, ginie na miejscu, a redakcja wpolityce.pl opowiada nam, z czego ten niewidomy Feliciano był znany i dlaczego jego śmierć to tak wielka strata. A my się zastanawiamy, co to za ludzie zostają dziś dziennikarzami? Czy to znaczy, że już nie tylko mamy kłopot z czytaniem bez zrozumienia, ale nawet też bez choćby podstawowego zrozumienia pisaniem? Oni gadają i nie wiedzą co gadają?
Pod tekstem, który mnie tak poruszył znajduje się, owszem, podpis. Jest to jakiś A.M. połączony z PAP. A zatem domyślam się, że ów A.M. przeczytał podaną przez PAP informację, że w wypadku zginął znany portorykański śpiewak „mistrz salsy i bolera”, tyle że jego mózg zatrzymał się już tylko na samym nazwisku i słowie „śmierć”, a my dostaliśmy to cośmy dostali. No ale, jak mówię, to jest tylko połowa tej historii. Dalej już bowiem pojawia się znany nam wszystkim niewidomy Feliciano kierujący tym samochodem niczym Al Pacino w filmie o zapachu kobiety, a A.M. nawet nie drgnie powieka. W końcu chyba PAP wyraźnie napisał, że zginął Feliciano i że kierował tym samochodem, tak, czy nie?
Będę już kończyć ten smutny w sumie bardzo, bo poświęcony pozycji, jaką dziś zajmuje polskie dziennikarstwo, tekst, i myślę sobie, że chyba jednak powinienem przynajmniej spróbować dojść do tego, kto to taki stoi za inicjałami A.M. Otóż przeglądam skład redakcji portalu wpolityce.pl i tam jest tylko jedna osoba mogąca się podpisywać w ten sposób. Jest to zastępca redaktor naczelnej stowarzyszonego portalu o nazwie wsumie.pl, Doroty Łosiewicz, Aleksander Majewski. Ups!
Zobaczmy więc teraz wszyscy, kto to taki ten Majewski, bo ja już wiem. To jest bloger. Prawdziwy bloger Salonu24, o którym nawet kiedyś miałem przykrość pisać przy okazji tak zwanej „sprawy małej Madzi”, kiedy ów wybitny reporter na swoim blogu na bieżąco relacjonował postępy w śledztwie dotyczącym rzekomego porwania tego dziecka, i jeśli idzie o Salon24, robił tam za pierwszego w sprawie eksperta. A ja na niego zwróciłem uwagę, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Madzia nie została porwana, ale być może (podkreślam: być może!) zamordowana przez swoją mamę. To były dopiero pierwsze plotki, ciała tego dziecka oczywiście wciąż jeszcze nie znaleziono, wszyscyśmy mocno liczyli na to, że ono jednak jakimś cudem jeszcze żyje, gdy tymczasem ów Majewski powiesił na swoim blogu następujący tekst:
Matka najbardziej poszukiwanego dziecka w Polsce przyznała, że nie doszło do żadnego porwania. Dziecko nie żyje. Katarzyna Waśniewska twierdzi, że Magda wypadła jej z rąk i uderzyła o próg. Tym samym przyznała się do nieumyślnego spowodowania śmierci dziewczynki. Jej mąż najprawdopodobniej nie wiedział o wypadku.
Detektyw Krzysztof Rutkowski przyznał w rozmowie z TVP Info, że miejsce, gdzie znajdowały się zwłoki dziecka wskazała matka. Ciało pozostawiono pod drzewem przy rzece Czarnej Przemszy, niedaleko od budynków Huty Buczek.
O wypadku nie wiedzieli również dziadkowie dziewczynki. Wcześniej Katarzyna Waśniewska odmówiła badania wariografem, tłumacząc się złym stanem psychicznym. Do badania przystąpił natomiast jej mąż. Wynik był pozytywny.
Sprawą przez tydzień zajmowała się katowicka policja”.
A więc wiemy już, z kim mamy do czynienia. Ten Majewski to dziennikarz z krwi i kości, taki prawie drugi Gadowski, dla którego świat ma zapach krwi. Jestem pewien, że kiedy już wygramy te wybory, na niego czeka naprawdę wielka kariera. Bo takie pistolety przydadzą się każdej władzy.

To już chyba ostatnia moja notka przed Świętami. Serdecznie więc wszystkich pozdrawiam w te niezwykłe dni, a tym, którzy tę Święta widzą podobnie do mnie, życzę, by Jezus Zmartwychwstały rozświetlał ich ścieżki przez wszystkie kolejne dni tego roku, no i do zobaczenia we wtorek. Przy okazji serdecznie dziękuję wszystkim, którzy tak bardzo o nas w tych dniach pamiętali i tak nam w tych biednych dniach pomogli. Bez Was, co powtarzam po raz nie wiem który, nas nie ma.

środa, 16 kwietnia 2014

Skąd Paweł Graś ma numer telefonu Kasi Tusk?

Wydawało mi się zawsze, że sprawa jest całkowicie jasna i nie wymagająca nawet osobnej rozmowy, tymczasem po raz kolejny już okazuje się, że nie ma takiej oczywistości, która, nie dość że potrzebuje specjalnych wyjaśnień, to jeszcze na niektórych spada jak grom z jasnego nieba. I to, powiem uczciwie, jest dla mnie wiadomością dość przerażającą. Co mam na myśli? Otóż, jestem pewien, że wielu z nas musiało zauważyć pewne bardzo szczególne zjawisko, które pojawia się w naszej przestrzeni publicznej już od wielu, wielu lat, a sprowadza się do tego, że któryś z ważnych polityków, od zwykłego posła po premiera, czy nawet któryś ze znanych artystów, dziennikarzy, czy literatów staje przed mikrofonem i ni mniej ni więcej ogłasza, że ostatnio otrzymał mnóstwo esemesów lub maili od prostych ludzi, którzy coś mu tam chcieli zakomunikować.
Ja tego typu informacje zawsze przyjmowałem z potężnym ziewnięciem, i to wcale nie dlatego, że one są siłą rzeczy wyjątkowo nieciekawe, ale głównie przez to, że kłamstwo, które za nią stoi jest tak niewyobrażalnie bezczelne i głupie, że, jeśli się nad nim choć przez chwilę zastanowimy, możemy od niego dostać wyłącznie jakiegoś porażenia. Co więcej, zawsze wierzyłem, że ta bezczelność i ta głupota są tak dojmujące również przez to, że nie ma na świecie człowieka tak naiwnego, który byłby gotów ich nie zauważyć. Tymczasem nagle okazuje się, że nic takiego się nie dzieje. Okazuje się nagle, że te wszystkie gwiazdy, czy to polityki, czy estrady, doskonale wiedzą, co robią i świetnie się orientują w reakcjach, jakie to ich paplanie wywołuje.
Czemu ja się tak denerwuję? Otóż chodzi o to, że nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek z nas, jeśli nie jest bezpośrednio związany z tym światem, miał dostęp do prywatnych telefonów posłów, ministrów, premierów i wszelkich innych celebrytów, o ile nie uzyska ich od nich osobiście. Jeśli idzie o moje relacje z tak zwanymi osobami publicznymi, ja obecnie mam w swojej komórce numer telefonu do Janka Pospieszalskiego, który dostałem od niego osobiście. Kiedyś też miałem telefon do Anny Walentynowicz, który również ona sama mi przekazała, bym do niej zadzwonił, i telefon do Przemka Gintrowskiego, również otrzymany od niego osobiście. I ja sobie nie wyobrażam, żebym którykolwiek z tych numerów podał komukolwiek bez zgody zainteresowanego. Dostałem też kiedyś numer telefonu od posła Błaszczaka z prośbą bym do niego zadzwonił, jak będę coś do niego miał, ale ponieważ nigdy nie odebrał, myślę, że to nie był jego numer. Kiedyś prosiłem o telefon do Migalskiego, ale mi go nie dał. Kiedyś chciałem też od wspólnego znajomego dostać numer telefonu do Kuchcińskiego, który jest moim dawnym kolegą, ale go nie dostałem. I to jest koniec tych przygód.
I uważam, że to jest coś tak oczywistego, że nawet moja żona, która jak najbardziej ma w swojej komórce numer telefonu do minister Kluzik, która, tak się składa, jest jej szkolną przyjaciółką, nie byłaby w stanie od owej Kluzik wydębić numeru telefonu do premiera Tuska, czy tym bardziej do jego córki. Dlaczego? Bo Kluzik mojej żonie go nie da.
No ale załóżmy, że jednak mi bardzo zależy, żeby napisać do Kasi Tusk obelżywy esemes, proszę więc moją żonę o numer do Kluzik, ona mi go daje, ja dzwonię do niej, pytam, czy ona nie zna kogoś, kto zna numer telefonu Kasi Tusk, ona mówi, że owszem, zna Tuska i ze zaraz mi oddzwoni. Ja chwilę czekam, Kluzik oddzwania, przekazuje mi ten numer, a ja natychmiast wysyłam do Kasi Tusk esemesa, w której w najbardziej obelżywy sposób obrażam ją, jej ojca i jej przyszłe dzieci i grożę im wszystkim okrutną śmiercią. I co? Ja mam uwierzyć, że wtedy Donald Tusk występuje na konferencji prasowej i informuje, że on musiał wzmocnić ochronę dla swojego dziecka, bo jacyś pisowscy bandyci grożą śmiercią jego córce, a i on się też czuje zagrożony, a ja sobie siedzę przy komputerze i zacieram ręce z satysfakcji? Przepraszam bardzo, ale są tu jacyś idioci, którzy uważają, że to jest obraz choć minimalnie realistyczny? Tak? To proszę już sobie stąd pójść.
Ktoś powie, że to ja jestem idiotą, bo wszyscy wiemy, że świat, a Polska już z całą pewnością i to wyjątkowo ściśle, trwa w sieci działań takich służb, dla których nie jest najmniejszym problemem nie tylko wywęszyć numer telefonu do Kasi Tusk, ale także numer jej biustonosza i najnowsze wyniki poziomu cholesterolu we krwi, oraz krwi w moczu. No i to jest oczywiście święta prawda, tyle że ja nie widzę takiej możliwości, żeby ktokolwiek z ludzi związanymi z owymi służbami miał w ogóle ochotę – a przede wszystkim interes – by wysyłać do tej biednej dziewczyny setki esemesów o treści takiej, jaką zacytował wczoraj na swojej konferencji Premier.
Swoją drogą, ja bym bardzo był ciekawy usłyszeć opinię któregoś z niezależnych od władz językoznawców na temat odczytanych przez premiera Tuska obelżywości. No bo proszę popatrzeć na ten język: „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita… rozszarpana na strzępy wraz z całą rodziną… jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy… przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński.. ty, bezrobotna dziwko, też zostaniesz zabita, i cała wasza rodzina, bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń”.
Przepraszam bardzo, ale muszę coś jeszcze powiedzieć o sobie. Ja swego czasu, zanim jeszcze na swoim blogu toyah.pl włączyłem moderowanie komentarzy, otrzymywałem najróżniejszego rodzaju uwagi, które, jeśli chodzi o poziom emocji, były zbliżone do tego, co wyżej, jednak z którejkolwiek by strony na nie patrzeć, one przynajmniej robiły wrażenie pisanych przez żywych ludzi. To co mamy powyżej to jest zwykła literatura. Za tym nie stoi jakakolwiek emocja, jakakolwiek złość, jakakolwiek nawet furia. To jest z wyrachowaniem napisane wpracowanie pod tytułem: „Podła pisobolszewia wysyła groźby do córki premiera Tuska”. Jak mówię, tu z całą pewnością przydałaby się ekspertyza ze strony jakiegoś solidnego językoznawcy, choćby i we współpracy z psychologiem. A ja już dziś jestem pewien wyników tych badań. Bo to co nam odczytał Donald Tusk to jest, jak to lubią mówić dzieci, zwykły fejk.
No ale to i tak jest bez znaczenia, bo, jak już wspomniałem wcześniej, rzecz polega na tym, że nawet gdyby jakiś kompletnie poharatany psychicznie i emocjonalnie człowiek, choćby i wierny uczestnik marszów w obronie Telewizji Trwam, Gazety Polskiej i pamięci ofiar Smoleńska, faktycznie dostał takiego rozstroju nerwowego, a jednocześnie kompletnie zatracił instynkt samozachowawczy, i zapragnął słać tego typu esemesy do Kasi Tusk, nie wiedziałby jak to zrobić, bo zwyczajnie ani nie zna jej numeru telefonu, ani też nie zna nikogo, kto mógłby mu go dać. Jest tylko jedna możliwość, żeby jakimś niebywałym przypadkiem odczytane przez Premiera wczoraj esemesy nie powstały w jego kancelarii w ramach politycznej walki z PiS-em i faktycznie pochodziły z telefonu tej nieszczęsnej kobiety. Wśród jej bliskich znajomych jest ktoś, kto jest autentycznie psychicznie chory i z jakiegoś powodu jej bardzo nie lubi. Ponieważ ona, również z jakiegoś nieznanego nam powodu, czuje do tego człowieka sympatię, dała mu kiedyś swój numer, a on teraz do niej wydzwania i śle te chore teksty. Tyle że ja już naprawdę nie widzę sposobu, by nas to cokolwiek mogło obchodzić.
I rzeczywiście nie obchodzi. Nie obchodzi do tego stopnia, że ten tekst nawet nie miałby szans powstać, gdyby nie fakt – i wrócę tu do początku tej notki – że najwidoczniej wielu moich znajomych, i tu na blogu i poza tą przestrzenią, wciąż się zastanawia, kto to taki napisał do Kasi Tusk? Nie, skąd miał jej numer, ale kto? I po co? Ponieważ nie chciałbym tych pytań pozostawić zawieszonych w próżni odpowiem najlepiej jak umiem. To był minister Paweł Graś. To on je napisał na polecenie Premiera. I to jest, zapewniam, odpowiedź zdecydowanie bardziej wiarygodna, niż ta, że tam w ogóle jakiekolwiek tego typu esemesy kiedykolwiek istniały.

Przypominam wszystkim, że trwa promocja na moje dwie pierwsze książki, wydane jeszcze pod imieniem Toyah. Każda z nich kosztuje 15 złotych i jest do kupienia w księgarni pod adresem coryllus.pl. To jest już końcówka nakładu, więc proszę nie zwlekać. Dodruk nie jest planowany.
Proszę również wszystkich czytelników tego bloga, którzy wciąz nie stracili wiary w to, że warto go wspierać, o pomoc na podany obok numer konta, lub adres w paypalu. Oczywiście dziękuję wszystkim, którzy o nas nie zapomnieli

wtorek, 15 kwietnia 2014

Dlaczego nasi chcą odebrać Poczcie Polskiej trąbkę?

Moje doświadczenia osobiste, jeśli idzie o takie firmy, jak Poczta Polska, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Urząd Skarbowy, czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, o czym miałem już okazję tu pisać, są wyłącznie dobre. Dobre również były moje relacje z Telekomunikacją Polską, zanim stała się ona Telekomunikacja Francuską, oraz z firmą, której nazwy dziś już nie pamiętam, a która sprzedawała mi prąd, zanim do Polski zawitał kapitalizm i nagle okazało się, że dostarczycielem energii elektrycznej są już nie Polacy, ale jacyś Szwedzi. I nie zmieniło sytuacji ani o jotę to, że w pewnym momencie zamiast Szwedów wrócili Polacy, tyle że już tak bardzo europejscy, że właściwie równie dobrze oni wszyscy mogą zostać z dnia na dzień zamienieni na Niemców z RWE, a my się i tak nawet nie zorientujemy. No i skoro doszliśmy już aż tu, to powiem uczciwie, że jeśli po przeczytaniu tych słów został jeszcze ktoś, kto nie złapał się z przerażenia za głowę, to chciałbym go zapewnić, że kiedy taki ZUS, czy Urząd Skarbowy zostaną najpierw wystawione na sprzedaż, a następnie kupione przez prywatnego właściciela o nazwie, dajmy na to, Polska Grupa Powszechnej Kontroli Finansowej, by już chwilę później trafić w ręce jakichś Rosjan czy Norwegów, i to oni będą dbali o nasze emerytury i podatki, i liczyć na to, że ten ktoś zrozumie, o co mi chodzi.
Zresztą nie trzeba się uciekać do sytuacji aż tak absurdalnych. Wystarczy bowiem, że już wkrótce nie będzie Poczty Polskiej z tą jej złotą trąbką, bo całością naszych spraw związanych z usługami pocztowymi zajmie się coś, co nosi nazwę Polskiej Grupy Pocztowej i od pewnego czasu prowadzi bardzo aktywną działalność na rzecz wprowadzenia tu tak zwanej „konkurencji”.
Oto w poprzednim tygodniku „W Sieci”, nie tym gdzie red. Górny odnajduje Świętego Grala, ale w tamtym wcześniejszym, gdzie Ryszard Makowski organizuje patriotyczną rozrywkę dla spragnionej zarówno głębokich wzruszeń, jak i dobrej zabawy, tłuszczy na Stadionie Narodowym, niejaki Wikło wzywa do ostatecznego rozprawienia się z Pocztą Polską. Oczywiście człowiek ten jest zbyt sprytny, żeby tak od razu i bez wykrętów proponować likwidację jednego z ostatnich śladów polskiej państwowości, wręcz jednego z podstawowych jego symboli, a więc on tylko apeluje o uczciwą konkurencję, gdzie obok Poczty Polskiej będą funkcjonowały takie firmy jak In Post, czy Polska Grupa Pocztowa, natomiast muszę przyznać, że w całej historii moich kontaktów z prawicową publicystyką, również tą prezentowaną w tygodniku „W Sieci”, nie spotkałem się z bałwaństwem podniesionym aż do takiego kwadratu, i to też z zastrzeżeniem, że traktujemy owego Wikłę jako bałwana, a nie jeszcze jednego działającego na zlecenie redaktora.
Pomijając już jednak tego Wikłę i jego ewentualne – nomen omen – uwikłania, warto by się było zastanowić, jak to się dzieje, że w akcję w tak oczywisty sposób ustawianą przez interesy tak ciemne, że o nich nikt z nas nawet nie może mieć choćby bladego pojęcia, angażują się prawicowe media, które, jak można by było wierzyć, powinny raczej mieć na sercu sprawy wykraczające nieco poza coś tak nieistotnego jak to, kto dziś stoi na czele Poczty Polskiej i w jaki sposób nią kieruje. Kto jak kto, ale oni powinni bardzo dobrze pamiętać, jak działa polski kapitalizm z tą całą prywatyzacją, tymi wszystkim przetargami i całą to nieszczęsną tak zwaną konkurencją, choćby przez swoje doświadczenie najpierw z kupnem za ciężkie pieniądze przez Grzegorza Hajdarowicza „Rzeczpospolitej” z przyległościami, a następnie doprowadzeniem tego wszystkiego do ruiny. Czy oni sobie nawet nie zadali pytania, jak to jest w ogóle możliwe, co wszyscy przecież mogliśmy niemal na żywo oglądać, że Hajdarowicz najpierw bierze ogromną pożyczkę z Getin Banku, którą od początku wiadomo było, że kto inny będzie spłacał, a następnie robi wszystko, by niemal w tym samym momencie nic już nie mieć z tym biznesem wspólnego, bo tu ani przez chwilę tak naprawdę nie chodziło o pieniądze, a już z całą pewnością nie o te? Jak to jest możliwe, że po tym wszystkim ktokolwiek z nich jeszcze jest w stanie na poważnie rozprawiać na temat wolnej konkurencji?
No ale widocznie oni nie wiedzą. Najwidoczniej oni są tak zajęci sobą, że nie są w stanie ani nic widzieć, ani, nawet jeśli coś zobaczą, choćby w najprostszy sposób owe obrazy ze sobą łączyć. W tej sytuacji ja powiem, może nie Wikle, bo, jak już zauważyliśmy, jego zadania są mocno niejasne, ale choćby Karnowskim, jak to wszystko się potoczy, kiedy już Polska Grupa Pocztowa zajmie miejsce Poczty Polskiej. Otóż ich właściciel – swoją drogą, ciekawe, że nigdzie nie można znaleźć żadnej na jego temat informacji – po paru miesiącach sprzeda swoje udziały jakiemuś Niemcowi, któremu ostatnią rzeczą na jakiej będzie zależało, to to, żeby poczta w jakiejś Polsce dobrze funkcjonowała. A więc stanie się to, co się stało z Telekomunikacja Polską, czy dziesiątkami innych polskich firm, które, co by o nich nie powiedzieć, kiedyś przynajmniej funkcjonowały w jakiejś konkretnej rzeczywistości, a dziś oferują tak naprawdę tylko tak zwane „telefoniczne biura obsługi”. Stanie się też to, co już niedługo stanie się z Polskimi Kolejami Państwowymi i tą resztą resztek, które po dwudziestu już ponad latach radosnego budowania kapitalizmu z Polski zostały. A aktywny udział w zamykaniu tego interesu wezmą oczywiście najbardziej nasi z naszych.
Żeby jakoś zamknąć tę notkę, opowiem swoją dzisiejszą przygodę. Poszedłem na pocztę, żeby wysłać swoją książkę listonoszu księdzu Don Paddingtonowi. Dwa okienka, dwie miłe panie, wszystko działa idealnie, nagle jednak wszystko zaczyna się sypać, bo nawala Internet. One się gapią bezmyślnie w ekrany tych swoich komputerów, kolejka robi się coraz dłuższa, a ja już wiem, że one korzystają z Neostrady, która, jak nam wszystkim wiadomo, jest ważnym graczem na polskim rynku dostarczycieli Internetu. Skąd to wiem? Jak to skąd? Tez korzystam z Neostrady i widzę, co się tam wyprawia. Czy ktoś się dziwi? Naprawdę nie ma czemu, w końcu mamy ten kapitalizm, prawda?

Przypominam, że księgarnia Coryllusa – www.coryllus.pl – sprzedaje mój Elementarz i książkę o liściu zaledwie po 15 złotych. Serdecznie polecam. To jest już koniec nakładu i nie ma planu wznowień. Poza tym, tam są moje inne książki i w ogóle cała masa innych rzeczy, nie tylko do czytania. Przy okazji ponawiam swój bardzo dramatyczny apel o wsparcie. Zbliżaja się Święta a tu się szykuje prawdziwy dramat. Dziękuję.