Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Jędraszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Jędraszewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2023

x. Rafał Krakowiak: Części ciała (część 3)

 

Zapraszam do czytania kolejnej, trzeciej już części, tekstu, jaki dla nas napisał nasz ksiądz Rafał Krakowiak. Jest coraz lepiej.

 

 

Softpower ciągnie za sobą Gorgiasza i Sokratesa, by podziwiali Campo di Fiori, Ancilla cieszy się, że w ogóle żyje, a Jerry Lee Lewis używa wszystkich części swego ciała – czyli o ewentualnych pożytkach wynikających z filozofii.  (epizod nr 3)

 

      Jerry Lee Lewis będąc pianistą, nie mógł być lepszy od Elvisa, ponieważ – jak mawiał Samuel Philips, pierwszy wydawca płyt Lewisa – dziewczyny wolą gitarzystów. A wolą ich, bo po prostu lubią, gdy ci kręcą biodrami. Przy pianinie zaś z tym kręceniem jest duży kłopot. Wydawało się więc Philipsowi, że Jerry możliwości miał ograniczone, bo paradygmat rock and rolla, (czyli – jak mawiano w latach 50-tych: komunistycznego spisku mającego na celu podważenie moralności Ameryki) był jaki był i bez shakingu, twistingu, turningu, czy też movingu bioder, nie można było w tym spisku z sukcesem uczestniczyć. Lewis tego rodzaju opiniami zbytnio się nie przejmował, ponieważ miał pomysł na samego siebie – pomysł, który miał przysłużyć się zmianie nadbudowy amerykańskiego społeczeństwa, bez znaczących naruszeń jego bazy.

      Czy w ten sposób sugeruję, że Jerry Lee Lewis był marksistą, albo nie daj Boże marksistą – leninistą? Cóż… Wśród muzyków marksistą był na pewno Peter Seeger (ten od „If I Had a Hammer”), ale czy także Lewis? Chyba nie, lecz pewności nie mam. Żałuję, że 40 lat temu niewiele wiedziałem o Jerrym. Gdybym coś wiedział, to pewnie zapytałbym ks. Marka Jędraszewskiego, czy Lewis komunizował. Tego Jędraszewskiego? Tak, tego. Właśnie on wykładał nam w Seminarium Duchownym historię filozofii nowożytnej i filozofię współczesną i tak się złożyło, że był promotorem mojej pracy magisterskiej. Właściwie, to nie ma się czym chwalić, a mówiąc szczerze, to jest mi nawet z powodu owej znajomości trochę wstyd. Ziarno owego wstydu zasiał niedawno w moim sercu pan Donald Tusk, który stwierdził z dużą dozą pewności w głosie, że obecnemu metropolicie krakowskiemu nie zależy na ewangelizacji, ani na dobrym kontakcie z młodymi, zaś znakiem tego jest to, że arcybiskup mówi o LGBT per „tęczowa zaraza”. A jak wiadomo (wiadomo przynajmniej panu Donaldowi) za takie słowa idzie się do piekła. Dystansuję się więc odpowiednio (i bardzo proszę, by wpisano to do protokołu), ale niestety muszę też przyznać (amicus Plato itd.,  czyli sorry Winnetou), że ks. Marek jako wykładowca był bardzo kompetentny. Gdy świeżo po wyróżnionym papieskim złotym medalem doktoracie na Gregorianum wrócił z Rzymu do Poznania, imponował biednym klerykom swoją wiedzą, bystrością umysłu i dowcipem (mnie osobiście – wieśniakowi ze wsi – imponował także znajomością francuskiego; był pierwszym znanym mi bliżej człowiekiem, który potrafił posługiwać się tym dziwnym językiem). Na egzaminach kosił straszliwie, ale był bardzo lubiany, także przez tych, których skosił. Czy czegoś nauczył? Hm… Powiem tak: kolegów, którym brakowało „filozoficznej wrażliwości”, studiowanie u ks. Marka na pewno nauczyło przemyślnej zapobiegliwości służącej choćby temu, by surowego profesora trochę obłaskawić. I to jest kolejny pożytek, który wynika z filozofii: ona każdego, także  tego, kto jest filozoficznym beztalenciem, może czegoś nauczyć. 

      Przykład? Proszę uprzejmie.

      Oto letnia sesja egzaminacyjna, podczas której zdawać mieliśmy całość historii filozofii nowożytnej, a więc tych wszystkich Kartezjuszy, Leibnizów, Kantów, Heglów, Marksów, Nietschów i ilu ich tam było. No normalnie strach! Powodowany owym strachem, przewodniczący naszej klasy podszedł po ostatnim wykładzie do ks. Marka i zapytał, czy jest jakaś możliwość, by podczas egzaminu łagodnie nas potraktował. Ks. doktor na tę prośbę się skrzywił, mruknął, że trzeba się uczyć i że jeszcze nie spotkał się z tym, by klerycy proponowali mu łapówkę. Chwilę milczał, a potem zażartował, że nie widzi żadnego problemu, ponieważ on zawsze jest łagodny. A łagodność ta jest wprost proporcjonalna do warunków, w jakich egzamin się odbywa. Jeśli w sali egzaminacyjnej będzie miłe słoneczko i duże drzewo cień dające, jeśli będzie młoda trawa pod stopami, dużo wiosennych kwiatów rosnących w rabatach, a na stole kawa i kruche ciasteczka, no i jeśli klerycy grzecznie stać będą pod drzwiami, czekając na wezwanie, to on przecież – jako bardzo łagodny i wyrozumiały profesor – wszystkim zaliczy. Co powiedziawszy puścił do nas oko i wyszedł. 

      Tak do końca nie wiem, na co ks. Jędraszewski liczył i czy w ogóle na coś liczył. Ale gdy po kilku dniach przyszedł na egzamin, był bardzo zaskoczony, gdy przewodniczący klasy zaprowadził go do seminaryjnego parku i pokazał mu „salę egzaminacyjną”. Wszystko było bowiem tak, jak sobie ks. Marek zażyczył: czerwcowe słońce pięknie przygrzewało, rozłożysta lipa dawała miły cień, pod lipą stały na młodej trawce krzesła i stół, na stole czekały kawa i kruche ciasteczka, a całość przyozdobiona była rabatami z kwitnącymi piwoniami. Pod drzwiami zaś staliśmy my, w oczekiwaniu na ścięcie. Pod drzwiami? Drzwi w parku? No tak. Zainstalowaliśmy je dbając, by wszystkim wymogom sztuki budowlanej uczynić zadość. Ks. Jędraszewski przeszedł przez drzwi, które usłużnie przed nim otworzyliśmy, po czym owe drzwi za sobą zamknął, usiadł i zaczął się śmiać. A potem każdy z nas przez te drzwi wchodził i wychodził, co ks. doktorowi bardzo się podobało, bo jak mówił, fakt iż sala egzaminacyjna nie ma ścian, wcale nas nie przymusza do tego, by nie używać drzwi. Tego dnia ks. Marek nikogo nie oblał. Pewnie dlatego, że bardzo gorliwie przygotowywaliśmy się do egzaminu i dzięki temu staliśmy się dość biegli w filozofii…

      Na prowadzonym przez ks. Jędraszewskiego seminarium z filozofii, czytaliśmy i komentowaliśmy dzieła Immanuela Kanta (Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki, która będzie mogła wystąpić jako nauka, oraz Krytykę czystego rozumu). Nie było to zbyt ciekawe, ani tym bardziej porywające, ale dłubaliśmy cierpliwie „mędrca z Królewca”, ponieważ ks. Marek twierdził, że jest czymś niezbędnym byśmy zrozumieli, dlaczego Niemcy (ważna nacja!) mając kogoś takiego jak Husserl, czy choćby nawet Heidegger, największym uwielbieniem obdarzają Kanta. Ks. doktor z dużym zaangażowaniem próbował nam tę sprawę odpowiednio wyjaśnić, ale niestety, w starciu z naszą tępotą musiał skapitulować. Nie wiem jak koledzy, ale ja do dnia dzisiejszego nie potrafię zrozumieć, dlaczego Niemcy są aż tak bardzo skantowani, że słysząc owo wyświechtane „niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie” – dostają maślanych oczu i małpiego rozumu. I to jest kolejny pożytek wynikający z filozofii: jeśli studiując filozofię będziemy wystarczająco cierpliwi, to wcześniej czy później przyznamy rację Szekspirowi mówiącemu, że są rzeczy na ziemi i w niebie, o których się filozofom nie śniło…

      No dobrze. Ten wtręt o skantowaniu Niemców jest małym żarcikiem, owszem bliskim prawdy, choć niekoniecznie propagowanym przez ks. Jędraszewskiego. Co nie zmienia faktu, że ks. Marek Kantem nas zamęczał. Dlaczego to robił? Nie wyjaśnił nam tego, ale uważał, że ten wysiłek jest ważny. Myślę, że widział zbieżność niektórych kantowskich pomysłów („świat jest takim, jakim go sobie w umyśle skonstruujemy”) z wiekopomnym zdaniem Marksa: „Filozofowie dotychczas interpretowali świat na różne sposoby; idzie jednak o to, aby go zmienić” (dla porządku zaznaczam, że ostatnio o tym zdaniu przypomniał publiczności niezawodny red. Stanisław Janecki, nie pomijając przy tym dobrej okazji by zaznaczyć, że „mędrzec z Trewiru” postulował konieczność owej zmiany w jedenastej tezie o Feuerbachu; godna podziwu dbałość o precyzję!). W tamtych czasach nie tylko ks. Jędraszewskiemu wszystko się z Marksem kojarzyło, bądź kojarzyć mogło, ponieważ poddawany komunistycznej presji Kościół w Polsce, ciągle na tego brodacza zwracał uwagę, a to po to, by tym skuteczniej – tak duchowo jak i intelektualnie – marksistom się przeciwstawić.

      Gdy to wszystko piszę, przypomina mi się Karl Popper z jego znaną powszechnie dychotomią: „społeczeństwo otwarte” i „społeczeństwo zamknięte”, oraz jego przekonanie, że totalitaryzmy mają swoje teoretyczne oparcie w poglądach Platona, Hegla i Marksa, bo owe poglądy łączy pragnienie, by stworzyć raj na ziemi, czyli wszystkim (?!) ludziom „zrobić dobrze”, co zazwyczaj – gdy pragnienie wejdzie w fazę realizacji – kończy się jakąś formą zamordyzmu. 

      Nie do końca kojarzę, czy ks. Marek mówił kiedykolwiek o postponowaniu przez Poppera wspomnianych wyżej filozofów, natomiast na pewno wspominał o Herrschaft und Knechtschaft, czyli o heglowskiej dialektyce pana i niewolnika, próbując pokazać nam, w jaki sposób ta teoria opisuje stosunki społeczne w warunkach tzw. realnego socjalizmu. Dla kogoś takiego jak ja – a byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem, w dużej mierze uformowanym przez komunistyczną indoktrynację – to co mówił ks. Jędraszewski było wręcz olśniewające. 

      À propos olśnień rozmaitych…

      Nie znam się na tym, ale specjaliści mówią, że Jerry Lee Lewis miał olśniewającą technikę gry na fortepianie. Oprócz tego potrafił olśnić kobiety, czego znakiem jest fakt, że był siedmiokrotnie żonaty. Jerry olśnił ludzi także wówczas, gdy nawalony alkoholem i jakimiś prochami rozwalił samochodem bramę Gracelandu, czym zdenerwował Presleya i policję z Memphis, a zachwycił dziennikarzy, którzy grzejąc temat, przez kilka tygodni pobierali wynagrodzenie za wierszówki o niczym. Istnieje też takie podanie, że nasz pianista olśnił Johna Lennona i to do tego stopnia, że  przy okazji jakiegoś spotkania ex Bitels całował jego stopy. Jerry Lee był tą sytuacją trochę zażenowany, ale na pewno zniósł to traumatyczne wydarzenie z „filozoficznym spokojem”. Jak to mówią: „Coś pięknego. I niedrogo.”

CDN

 


czwartek, 10 czerwca 2021

O sprowadzaniu rzeczy do Goebbelsa

 

      Proponuję byśmy dziś może zaczęli od Wikipedii:

Reductio ad Hitlerum, czasami Argumentum ad Hitlerum, także: ad Nazium – pozamerytoryczny sposób argumentowania, w którym następuje próba unieważnienia czyjegoś stanowiska na podstawie tego, że ten sam pogląd miał Adolf Hitler lub NSDAP.

Zauważony przez Leo Straussa w 1953 roku reductio ad Hitlerum zapożyczył swoją nazwę od terminu używanego w logice, reductio ad absurdum. Według Straussa reductio ad Hitlerum jest formą ad hominemad misericordiam, czyli błędem nieistotności. Sugerowanym uzasadnieniem jest poczucie winy przez skojarzenie. Jest to taktyka stosowana w celu wyeliminowania argumentów interlokutora, ponieważ takie porównania mają tendencję do rozpraszania uwagi i powodowania złości adwersarza.

       Przyznamy chyba wszyscy, że zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy opisane wyżej zjawisko, czyli dramatyczne nadużywanie owego przedziwnego sposobu walki z przeciwnikiem, rozpanoszyło nam się niemiłosiernie, fakt że, jak się okazuje, sposób ten jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku został nazwany i pokazany palcem, musimy przyjąć z satysfakcją. Ja dziś może jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie przy tej okazji bardzo zainteresowało, tyle że w tej konkretnie sytuacji nie do końca jako owo Reductio at Hitlerum, ale coś co możemy opisać jako Reductio ad Goebbelsum, co zresztą, zgodzimy się chyba wszyscy, nie robi większej różnicy.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, znany nam niefortunnie uniwersytecki profesor Jan Hartman wypowiedział się na temat krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, a uczynił to w następujący sposób:

Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan.

Nie można mówić, że Jędraszewski jest ‘tylko faszystą’. To nie jest ‘tylko’ – to po pierwsze. Po drugie, jest kimś gorszym. Nie mówi językiem włoskich biskupów i papieży łaszących się do Mussoliniego, lecz językiem samego Hitlera. Jędraszewski przekroczył granicę między faszyzmem a nazizmem – nie wolno udawać, że się tego nie widzi”.

      Ktoś powie, że Hartman zwariował i to jest oczywiście bardzo możliwe, podobnie jak możliwe jest to, że on zwariował jeszcze w czasach, gdy liberalne media w Polsce nie wiedziały o jego istnieniu i potrzebowały trochę czasu, by mu założyć na łeb postronek. Nie o to jednak chodzi. To bowiem co mnie bardzo interesuje – a Hartman jest tu zaledwie dość ciekawym przykładem – to dlaczego akurat Hitler, Goebbels, czy ogólnie nazizm. Ten nasz świat trwa niezliczone już wieki, mniej więcej od czasu gdy wąż uwiódł Ewę, Kain zabił Abla, a potem wszystko już poszło z górki, i – przepraszam wszystkich bardzo – ale, jeśli przyjrzymy się losom wspomnianego świata, to cóż nam po Hitlerze? I proszę mi uwierzyć, że nie mam tu na myśli ani króla Heroda, cesarza Kaliguli, króla Henryka VIII, Stalina, czy reprezentującego już nowsze czasy Pol Pota. Przecież, jak to się niekiedy mawia, „tego kwiatu jest pół światu”. A zatem, pozwolę sobie powtórzyć: co nam może taki Hitler?

       Czemu zatem stało się tak, że to właśnie owi wybitni przedstawiciele narodu niemieckiego zasłużyli na to wyróżnienie, by ich stawiać jako wzór manipulacji? Ktoś powie, że to dlatego, że II Wojna Światowa miała miejsce stosunkowo niedawno, jej skutki objęły znaczną część tak zwanej „cywilizowanej” części globu, no a poza tym, gdy chodzi o zasługi owych Niemców, to co do ich oceny zgadzają się akurat wszyscy. Tu akurat, pomijając samych Niemców, istnieje pełna zgoda co do tego, że Hitler to, krótko mówiąc „bad guy”, i to, idąc dalej wspomnianym tropem, „bad guy” do tego stopnia, że trudno znaleźć coś lepszego, gdy celem jest poniżenie, a przynajmniej doprowadzenie do wściekłości przeciwnika. I znów, te wszystkie wyjaśnienia brzmią dobrze, zwłaszcza gdy, jak wiemy, dla wielu nie było w historii świata większego zła, jak Holokaust, a odpowiedzialnoscią za niego mozna obarczyć Polaków, ewentualnie Kościół Katolicki. To wciąż nie jest wystarczający powód, by – tak jak to ma miejsce w przypadku wybryku Hatrmana – akurat Goebbelsa, stawiać jako jedyny wzór wcielonego zła.

      Otóż, moim zdaniem, to wszystko bierze się stąd, że taki Hartman, profesor uniwersytetu, w gruncie rzeczy przedstawia intelektualny poziom zwykle zarezerwowany dla tak zwanego „prostego chłopa”, który jedyne co wie, to to, że dobry był Gierek, a zły Hitler, ewentualnie Kaczyński, i wszystko co dalej, czy głębiej pozostaje dla niego niedostępne. I znów ktoś powie, że może Hartman jest na tyle sprytny, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ludek do którego on się zwraca nie będzie wiedział kim był Kaligula, Neron, czy Pol Pot, a z kolei Stalin jest mu duchowo zbyt bliski, by szargać jego pamięć. No ale tu też mamy kłopot, bo ci co są jako tako otwarci na słowa Hartmana, nie dość że nie mają pojęcia, czym jest faszyzm, a czym nazizm, to im nazwisko Goebbels mówi mniej więcej tyle samo co nazwisko jego sekretarki, Pomsel. Hitler – owszem, ale Goebbels – mowy nie ma. To już, przepraszam bardzo, ale o wiele lepiej byłoby gdyby on, próbując obrazić abp. Jędraszewskiego, wspomniał Hitlera. Że to by mogło Hartmana wpędzić w prawne kłopoty? No więc dobrze, w takim razie trzeba było po prostu napisać: „Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody...” itd.

     Jestem pewien, że tu by wszystko zagrało, zarówno pod wzgledem zarówno procesowego bezpieczeństwa, jak i skuteczności propagandy. Wprawdzie i tu, ci co śledzą publiczną aktywność prof. Hartmana, nie bardzo byliby w stanie przyjąć zdania przekraczającego klasyczne 15 słów, ale Kaczyńskiego z księdzem by połączyli, a Hitler też by się im we łbach z automatu pojawił.  No ale wygląda na to, że Hartman to jednak nie tylko wariat, ale zwykły bałwan.




 

 

 

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Dlaczego ani sierp, ani młot nie chciały się wkomponować w znak Polski Walczącej?


       Przyznać tu dziś muszę, że jeśli dotychczas nie podejmowałem się komentowania wystąpienia abp. Marka Jędraszewskiego i wszystkich tych razów, jakie on wycierpiał ze strony ludzi złych i podłych, to nie dlatego, że nie miałem nic na ten temat do powiedzenia, ale z tego prostego powodu, że wszystko co jak najbardziej chodziło mi po głowie, czy to jeśli idzie o słowa Arcybiskupa, czy reakcje wspomnianego towarzystwa, było tak trywialne i oczywiste, że jakoś mi było wstyd się choćby odezwać. Sprawę jeszcze też pogorszyło zachowanie braci Karnowskich, którzy w owej bezczelnej bezczelności, która nawet mnie tym razem zaskakuje, najpierw uznali za stosowne ochrzcić abp. Jędraszewskiego mianem „Arcybiskupa Niezłomnego”, a następnie umieścić go w panteonie bohaterów polskiej prawicy tuż obok niejakiego Różala, wariata i satanisty.
       A jednak postanowiłem nawiązać do wspomnianego tematu z jednego tylko względu, w niezwykły zupełnie sposób przez chyba wszystkich komentatorów dziwnie zlekceważonego. Przyjrzyjmy się może najpierw kluczowym dla sprawy słowom Arcybiskupa:
      Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa”.
      Oczywiście wszystko to co mówi Ksiądz Arcybiskup to szczera prawda i tylko prawda, natomiast mnie zdziwiła bardzo reakcja na te słowa, a raczej kompletny brak reakcji na ową część wypowiedzi Księdza,  która dotyczyła zarazy nie „tęczowej”, ale „czerwonej”. Już wiemy, jaką wściekłość wywołała owa „zaraza tęczowa”. Znamy to oburzenie, to żądanie dla Księdza wszelkich możliwych kar, zarówno cywilnych jak i kościelnych, znamy też oczywiście wszystkie te argumenty wyjaśniające, że wbrew swoim zapewnieniom, Ksiądz nie zaatakował ideologii, lecz Bogu ducha winnych ludzi. A ja się zastanawiam, czemu nikt, a w tym przede wszystkim najbardziej prominentni działacze dawnego, komunistycznego reżimu, jak Leszek Miller, Dariusz Rosati, czy Włodzimierz Czarzasty nie ujęli się za dawnymi towarzyszami, że już nie wspomnę o tych milionach szarych członków PZPR, którzy dokładnie w tej samej wypowiedzi Arcybiskupa zostali przez niego, podobnie jak geje, lesbijki i transwestyci, rzekomo nazwani „zarazą”?  Czy Leszka Millera i Włodzimierza Czarzastego może wystąpienie abp. Jędraszewskiego nie zainteresowało? Ależ skąd! Oni byli nim wstrząśnięci nie mniej niż Robert Biedroń ze swoim kochasiem, i na ten temat wypowiedzieli wcale nie mniej od niego słów. Jednak, wbrew temu, czego byśmy się mogli po nich spodziewać, wyłącznie w obronie osób LGBT. Na temat owej „zarazy czerwonej” nie padło ani jedno słowo.
      No więc, zastanawiam się, czemu tak? Czy  oni może dziś uważają, że owa „czerwona zaraza” to była faktycznie zaraza? Nie sądzę. Z innych bowiem ich wypowiedzi można sądzić, że oni nie czują tu szczególnych wyrzutów sumienia, a nawet są jakoś tam ze swojej przeszłości dumni. A więc może oni jednak uznali, że słowa Arcybiskupa na temat „czerwonej zarazy” odnosiły się nie do nich, jako ludzi, ani tym bardziej do wspomnianych szarych członków partii, ale do ideologi, a oni dziś faktycznie wiedzą, że z tą ideologią to było coś nie za bardzo? No ale w tej sytuacji jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym, by to zdanie o dwóch zarazach podzielić tak dokładnie na pół, w ten sposób, by jedna jego część dotyczyła, ideologii, a druga już wyłącznie osób. Hmmm...
      Myślę o tym i myślę, i przychodzi mi do głowy coś chyba dość oczywistego. Otóż to, że oni wzruszyli zaledwie ramionami na tę część o „czerwonej zarazie”, natomiast dostali cholery na słowa o „zarazie tęczowej”, świadczyć może tylko o tym, że kiedy Arcybiskup mówił o zarazie nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły, zarazie już nie marksistowskiej i bolszewickiej, ale zrodzonej z tego samego bolszewickiego ducha i już nie czerwonej, lecz tęczowej, to miał rację i że oni doskonale wiedzieli, że miał rację. Nie wiem, jak to jest z tymi wszystkimi poprzebieranymi nieszczęśnikami z biustonoszami na łbach i nakręconymi przez media ich aktualnymi fanami – możliwe, że oni w swoim oburzeniu są dobroduszni i szczerzy – gdy chodzi jednak o starych komuchów, ci z całą pewnością świetnie wiedzą, o co się toczy gra. Oni wiedzą, że tamte dawne pomysły są już dawno passe i nie ma sensu ich po latach odgrzebywać. Tym mogą się już tylko zajmować jakieś świry z uniwersytetu w Toronto, czy w Warszawie. To natomiast co może porwać tłumy to właśnie owo LGBTQ+. I koniecznie z tą tęczą, która tak pięknie wkomponowuje się w każdy możliwy kontekst, choćby to była Matka Boska, znak Polski Walczącej, czy po prostu nasze godło. O wiele lepiej niż ten głupi sierp i młot.
       A więc po pierwsze oczywiście ideologia, po drugie ideologia zrodzona z bolszewickiego ducha, no i po trzecie zaraza. Jak najbardziej zaraza. Miejmy na nich oko.



Zostało mi jeszcze ledwie kilka egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. I to jest póki co koniec. Z tego co wiem, jej nie ma już nigdzie. Zachęcam więc wszystkich, którzy się spóźnili, bo nie mam wątpliwości, że przyjdzie taki czas, kiedy ona będzie kosztowała grube setki złotych. Grube.



Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...