Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kondominium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kondominium. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2012

When they kick out your front door, czyli o granicach łagodności

Musi być w tym oczywiście jakiś mój kompleks, czy wręcz obsesja, ale muszę się tu przyznać do tego, że ile razy wklejam tu nową notkę, bardzo się staram, by w każdej sytuacji, gdy w danym tekście pojawia się słowo „Polska”, czy „Polacy”, kontekst tych słów zdecydowanie wskazywał na to, że jestem Polakiem, a Polska to moja Polska. Zawsze bardzo starannie redaguję te fragmenty tak, by nikt ani przez moment nie miał odczucia, że ja w stosunku do Polski i Polaków ustawiłem się na pozycjach neutralnych. A zatem, mam nadzieję, że ile razy w którymś z tych tekstów pojawia się fraza „bo Polacy”, lub „że Polacy”, czy choćby tylko „Polacy”, to zawsze jest ona uzupełniona zaimkiem „my”. Tak by nigdy, broń Panie Boże, nie przyszło komukolwiek do głowy, że ja o Polakach piszę w trzeciej, lub w drugiej osobie.
Podobnie jest z Polską. Bardzo uważam, by ile razy wspominam jej imię, a mogę to zrobić bez zakłócenia naturalnego stylu zdania, używam zaimka „nasza”, czy „moja”. Oczywiście, kiedy prowadzi się blog taki jak ten, gdzie często emocje biorą górę nad tego typu szczegółami, no i niekiedy czas nie pozwala na to, by wszystkiemu się przyjrzeć aż tak dokładnie, może się zdarzyć, że coś przegapię, w każdym bądź razie, podkreślić muszę raz jeszcze – to by słowo Polska i Polacy pojawiały się tu zawsze w kontekście maksymalnie osobistym, zawsze było dla mnie czymś niezwykle ważnym. I to nawet w tych sytuacjach, gdy o naszej Polsce i o nas Polakach pisałem z najwyższym żalem i wstydem. Nawet wtedy bardzo uważałem, by pisząc o tych grzechach nie używać formy „wy”, lub „oni”.
Napisałem, że to moje podejście robi wrażenie obsesji, czy jakiegoś szczególnego kompleksu, ale chyba jednak nie do końca. Niedawno bowiem, żona moja, która, jak już tu wielokrotnie podkreślałem, tych tekstów nie czyta i nawet nie bardzo się nimi interesuje, zwróciła mi uwagę na bardzo ciekawą rzecz. Najpierw jednak parę słów wstępu. Pani Toyahowa wręcz obsesyjnie interesuje się historią żydów w każdym możliwym jej wymiarze. U niej zainteresowanie historią i kulturą żydowską przyjmuje formę autentycznej pasji, w dodatku z pewnym szczególnym filosemickim rysem. Jeśli ktoś chce jej sprawić przyjemność i podarować jej coś na imieniny, urodziny, lub na jakąkolwiek inną okazję, ma sytuację bardzo czystą, i powinien tylko zadbać o to, by nie okazało się, ze tę książkę ona akurat już ma, lub już przeczytała. Co zresztą jest bardzo prawdopodobne. I oto kupiła ona sobie ostatnio nowe, rozszerzone wydanie dzienników Tyrmanda, ze zdjęciami, w twardej okładce, no i z tymi dodatkowymi fragmentami. No i w pewnym momencie, w żaden sposób przez mnie nie sprowokowana, zwróciła uwagę na fakt, że Tyrmand o Polakach pisze wyłącznie w trzeciej osobie, i naturalnie uznała to za typowe. I o to własnie mi chodzi. Jeśli ktoś wręcz odruchowo używa formy „oni - Polacy”, lub „wy - Polacy”, to robi wrażenie kogoś, kto albo Polakiem nie jest – co wówczas jest rzeczą normalną – lub że Polakiem się nie czuje, co może aż tak znowu normalne nie jest, natomiast bywa jak najbardziej – jak już to zostało powiedziane wcześniej – typowe.
Koniec roku, każdego zresztą kolejnego roku coraz bardziej, jest dla mnie wyłącznie okazją do tego, by 1 stycznia wykorzystać jako dzień wolny od pracy i sobie dłużej pospać. Z tego też względu, mijający weekend jest dla mnie wyłącznie jeszcze jednym weekendem. Dzisiejszej nocy doszło wręcz do tego, że kiedy siedzieliśmy sobie z żoną sami ze zwyczajowymi szklankami w dłoniach, nawet nie zauważyliśmy, że minęła już północ, i pewnie gdyby nie fakt, że wszędzie zaczęły strzelać te ognie, i nasz pies się ich przestraszył, nadejście nowego roku byśmy zwyczajnie przegapili. Natomiast z jakiegoś powodu nie przegapiliśmy dwóch orędzi, którymi uraczyli nas prezydent Komorowski i premier Tusk. I oto co do nas, Polaków, powiedzieli jeden i drugi. Najpierw Prezydent:
Jestem dumny, że Polacy pokazali się jako dobrzy i skuteczni organizatorzy wspólnych europejskich spraw”.
Ja bardzo przepraszam, ale proszę mi powiedzieć uczciwie, czy te słowa nie brzmiały by lepiej w ustach jakiegoś Barroso, czy Angeli Merkel? Proszę mi powiedzieć szczerze, czy przypadkiem nie jest tak, że jeśli polski prezydent o nas Polakach wypowiada się w trzeciej osobie, to w tej wypowiedzi można bardzo łatwo dostrzec jakąś bardzo niebezpieczną nutę? Czy nie jest może tak, że gdybym ja nie przytoczył tych słów z objaśnieniem, że to sa słowa polskiego prezydenta, dziesięciu osobom na dziesięć nawet do głowy by nie przyszło, że je wypowiedział Polak? Ktoś powie, że to jest bez znaczenia i że ja się czepiam. I ja to oczywiście zrozumiem – w końcu czasy mamy takie, że wszystko powoli robi się mało istotne, a każdy kto zechce od czasu do czasu uderzyć w dzwonek, robi wrażenie jakiegoś pomyleńca. Kto inny pewnie powie, że owszem, wyszło dosyć niezręcznie, ale przecież wszyscy wiemy, że tych wystąpień Komorowski sam sobie nie pisze. Za nimi stoi jakiś Nałęcz, czy któryś z jego doradców, na przykład Lityński, co w tym akurat wypadku wszystko doskonale wyjaśnia. Tyle że co z tego? Tyle że co z tego? Co to dla nas Polaków za różnica, czy nasz prezydent w ten sposób nas komplementuje w swoim imieniu, czy w imieniu jakiegoś żyda. Te słowa są faktem i na zakończenie 2011 roku wypowiedział je polski prezydent.
Są więc te słowa faktem. Faktem jest też to, że wypowiedział je polski prezydent. Ale faktem jest też to, że oprócz Bronisława Komorowskiego, do nas Polaków wystąpił z życzeniami polski premier. I wystąpił w stylu bardzo podobnym. Posłuchajmy więc teraz Donalda Tuska.
Życzmy sobie, żeby miliony dużych i małych przedsięwzięć, pomysłów, inicjatyw, które Wy - Polacy, będziecie wprowadzać w życie, zakończyły się w 2012 roku sukcesem”.
Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że ten nowy rok będę musiał zacząć od słów, które bardzo źle mi wróżą na przyszłość, jednak inaczej nie jestem w stanie. Kurwa jego mać!!! O czym ten człowiek mówi?!!! Że „oni” życzą sobie, byśmy „my - Polacy” tworzyli podwaliny „ich” sukcesu? A kto to taki, zdaniem premiera Tuska, są ci „oni”? W czyim imieniu on się zwraca do nas, Polaków? Kogo on ma na myśli, kiedy wypowiada te słowa: „życzmy sobie”? Przecież to jest skandal tak nieprawdopodobny, że aby go opisać, brakuje wręcz słów. Przecież to, z czym tu mamy do czynienia, to już nawet nie jest owo słynne kondominium. To jest zwyczajna, bezczelna kolonizacja. Przecież ten człowiek już nawet nie panuje nad słowami!
A może panuje? Może te słowa to właśnie wynik jego wyjątkowego opanowania? Może on ma to zapisane w kontrakcie? I niech mi nikt nie mówi, że przesadzam, że to co ja robię, to zwykła nadinterpretacja. Jeśli przyjąć, że to zdanie zostało napisane zgodnie z gramatycznym porządkiem języka polskiego, tu nie ma innego wyjaśnienia, jak tylko to jedno. Donald Tusk przemawia do nas w imieniu – i to w najlepszym dla niego wypadku – Europy, a tekst który wygłasza jest najprawdopodobniej tłumaczeniem.
A więc w ten nowy rok wchodzimy z wiedzą w gruncie rzeczy już dawno jakoś tam rozpoznawaną, jednak, jak sądzę, nigdy aż tak bardzo precyzyjnie nie zilustrowaną. Polska jest oczywiście jedna i czegoś takiego jak wojna polsko-polska nie ma i nie było. Ten typ schizofrenii nie istnieje. To nie jest wojna polsko-polska. To jest wojna polsko-obca. I powiem szczerze, że jest mi zupełnie obojętne, co wstawimy zamiast słowa „obca”. To dla mnie nie ma żadnego znaczenia. Bo to mi akurat jak najbardziej wystarczy – to nie jest wojna polsko-polska. Wystarczy mi też wiadomość, że najwyraźniej dziś tę wojnę przegrywamy na całej linii. Zostaliśmy opanowani przez ciemne siły, które mają dla nas jedną i tylko jedną propozycję: albo bierzemy to co nam dają, albo po nas.
Kłopot w tym, że dają wcale nie tak mało. Można powiedzieć, że dają niemal wszystko. Wystarczy się rozejrzeć wokół, by zobaczyć, jak dużo. Niemal wszystko. Z tym jednym zastrzeżeniem. O Polsce możemy zapomnieć. I wczoraj bardzo dobitnie nam to przedstawił tak zwany polski premier i tak zwany polski prezydent.
Teraz jest kolej na nasz ruch.

Nadchodzi nowy tydzień. Przypominam, że wciąż można kupować bardzo dobrą książkę o siedmiokilogramowym liściu. Naprawdę bardzo dobrą. Gwarantuję to własnym słowem. A jeśli ktoś już ją ma, będzie mi bardzo miło, jeśli wesprze ten blog finansową pomocą. Dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...