Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kora. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2018

Wezwani do Kory


Po dłuższej nieco przerwie przedstawiam kolejny odcinek krótkich kawałków, jakie regularnie pod tytułem "Wezwani do tablicy" publikuję w magazynie „Polska Niepodległa”. Dziś głównie ku pamięci piosenkarki Kory i ku chwale jej przyjaciół.


Poprzedni odcinek „Wezwanych” w całości został poświęcony różnym bardzo wydarzeniom, które łączy jednak jeden wspólny element, ten mianowicie, że ich jednym i tym samym bohaterem jest tak zwany „świr”. Dziś oczywiście ów świr się znów się pojawi, tym razem jednak w ramach tylko jednego wydarzenia, a mianowicie śmierci popularnej piosenkarki Kory. Od razu przy tym muszę uprzedzić Czytelników, że ją samą zostawimy tu w, zgodnie z życzeniem osób bliskich, nieświętym spokoju, natomiast owymi bliskimi zajmiemy się z najwyższą radością. Swoją drogą to jest bardzo ciekawe, jak oni wszyscy się łączą w stada. Umiera taka Kora, która, co by o niej nie mówić, coś tam w życiu osiągnęła, a tu się okazuje, że celem tego projektu była przez cały czas wyłącznie hodowla bałwanów.

***
Weźmy choćby takiego Kamila Sipowicza, człowieka bez jednego choćby talentu, o którym świat by nawet nie usłyszał, gdyby nie fakt, że on przez ponad 40 lat, z wymuszanymi towarzysko przerwami, był tak zwanym partnerem Kory, a w ostatnich latach nawet jej mężem. To on zatem musiał wziąć na siebie beznadziejne przecież zadanie stworzenia dla tego co się stało oprawy, która by pozwoliła znajomym Kory uwierzyć, że śmierć to jednak nie koniec, ale zaledwie początek, nawet jeśli umiera ktoś, dla kogo życie jest niczym więcej jak bezprzytomną zabawą. No i ostatecznie wymyślił ów bon mot, który przez ostatnie dni powtarzał gdzie tylko mógł, nie wykluczając samego pogrzebu, że Kora, choć odmówiła przyjęcia ostatniego namaszczenia, wcale nie była tępą racjonalistką, bo „wyznawała religię słońca, wiatru i kwiatów”. Z punktu widzenia tak zwanych humanistów, bardzo to przekonujący argument, niemal tak samo dźwięczny, jak pamiętny tekst na pogrzebie Wisławy Szymborskiej, gdzie któryś z jej znajomych powiedział, że ona teraz siedzi gdzieś w kosmosie obok Elli Fitzgerald i słucha jak ta śpiewa „Summertime”.

***
Ja rozumiem, że ktoś teraz powie, że mogłem się bardziej postarać i sobie do swoich szyderstw znaleźć coś lepszego, niż mądrości Sipowicza. Dla nich więc specjalnie przedstawiam, po raz kolejny zresztą, prawdziwą czarownicę, czyli profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Magdalenę Środę, która, owszem, również zaprodukowała się na wspomnianej uroczystości pogrzebowej i wygłosiła coś takiego. Proszę się trzymać foteli:
Trudno mówić o Korze, której nie ma, ale o której wiem, że wszystko słyszy. Nie dlatego, bym wierzyła w jej wieczne życie, ale dlatego, że ta ilość energii którą w sobie miała, którą była, nie mogła tak po prostu rozproszyć się i zniknąć. […] Właściwie trudno spobie wyobrazić, co stałoby się ze światem, gdyby jej potężna energia nie znajdowała ujścia w koncertach, w śpiewaniu, w pisaniu i wreszcie w walce z chorobą. A na tym polu była naprawdę zaciekłą wojowniczką. […] Ktoś powiedział, że Kora była eksterytorialna jak państwo Watykan. I jak Watykan była bogata wewnętrzenie. Jej twórczość była rzeczywiście eksterytorialnym państwem, gdzie wszyscy czuli się równi, wolni, ubogaceni, solidarni”.
Przepraszam bardzo ale tym razem Środa przebiła nawet, równie nieświętej co Kora pamięci, telewizyjnego redaktora Grzegorza Miecugowa, który, kiedy jeszcze kipiał życiem zechciał się podzielić refleksją, że, jego zdaniem, po śmierci, człowiek nie znika zupełnie, lecz zamienia się w coś pożytecznego, jak na przykład krzesło.

***
No a tu jeszcze mamy ten Watykan, gdzie wszyscy czują się równi, wolni, ubogaceni i solidarni. Jak na kogoś, kto wręcz zawodowo przedstawia się, jako satanistka i ogłasza Watykan jako gniazdo wściekłych żmij, to porównanie robi wrażenie kompletnego odjazdu. Jak poinformowały media, prof. Środa należała do najbliższych przyjaciół Kory oraz Sipowicza. Kiedy się o tym dowiedziałrem, pomyślałem sobie, że to jednak są dwa tak różne światy, że trudno mi sobie wyobrazić, że to nie jest fejk. Po wysłuchaniu przemówienia Środy podczas uroczystości na Powązkach uznałem, że wszystko się jednak zgadza. U Sipowiczów prawdopoodbnie można było dostać najlepszy towar w mieście. Inaczej to równanie mi zwyczajnie nie wychodzi.

***
Wszystko natomiast się zgadza w momencie, gdy na scenę wszedł dziennikarz Wojciech Mann i, jak to mówią młodzi, nie opieprzając się, wygarnął politycznie:
Przyszło jej żyć w okresie różnych faz naszego kraju. Najpierw był komunizm, potem był komunizm z ludzką twarzą, potem były różne turbulencje, potem była Solidarność, stan wojenny, demokracja, a wreszcie parodia demokracji. I przez wszystkie te okresy Kora szła z podniesioną głową i z jasnymi poglądami. Wypowiadała je śmiało, nie patrząc na koniunktury, nie łasząc się do kolejnych sekretarzy, ministrów, dyrektorów, prezesów – robiła swoje”.
I to akurat, w wykonaniu kogoś takiego, jak Wojciech Mann, jeden z najwybitniejszych pieszczochów komuny, musi robić wrażenie. Zwłaszcza gdy skupimy się na tym fragmencie z „różnymi turbulencjami”. O tak! To by było bardzo ciekawe dowiedzieć się, co to były za turbulencje, że taki specjalista od polityki jak Wojciech Mann nie był w stanie znaleźć dla nich odpowiedniej nazwy.

***
Jednak jest w tej jego żałobnej wypowiedzi coś jeszcze ciekawszego. Otóż w pewnym momencie red. Mann wypowiada następujące słowa:
Warto też powiedzieć, że pełniła też rolę, nazwijmy to, pedagogiczną. Występując w programie telewizyjnym, potrafiła też uczyć widzów, i nie tylko widzów, ale też uczestników, szacunku dla publiczności, tępiła taniochę, tępiła tandetę, tępiła amatorszczyznę, i znowu, dzięki temu budowała swoją osobowość otoczoną szacunkiem ludzi”.
W tym właściwie momencie wypadałoby pewnie powiedzieć, że źle bardzo zrobił Mann, że zaufał swojej ćwiczonej przez lata elokwencji i nie napisał sobie tego przemówienia, jak choćby prof. Środa na kartce, jednak my tu mamy inną refleksję, dotyczącą samej Zmarłej i wspomnianego szacunku. Otóż ja bardzo dobrze pamiętam program telewizyjny program „Must be music”, gdzie pewnego dnia wystąpił tam naprawdę bardzo zdolny chłopak, uczeń szkoły muzycznej w Sanoku, i nadzwyczaj profesjonalnie zaśpiewał piosenkę o tym, że Polska jest naszą ojczyzną, że jest piękna i nie warto z niej uciekać, po czym został przez jury do spodu wyszydzony. Kiedy śpiewał, jury siedziało z demonstracyjnie spuszczonymi ze wstydu głowami, lub zasłoniętymi twarzami, a na koniec Kora, która była tam przewodniczącą, z zażenowaniem oświadczyła, że ona „prawie umarła”, na co reszta zarechotała długo i przeciągle, dowcipnie radząc chłopakowi, by „nie szedł tą drogą” i „wracał do Polski”. No tak. Szacunek to podstawa. I nikt jak Kora tego nie wiedział.

***
No ale nie miało być o Korze, więc spójrzmy może na całą tę menażerię, która się tam na Powązkach zgromadziła i zastanówmy się, co się dzieje w tych głowach. Otóż proszę sobie wyobrazić, że, jak poinformował wspomniany na początku Kamil Sipowicz, przed swoją śmiercią Kora miała dwa życzenia. Pierwsze z nich to te, by jej zdjęcia, jakie gdy ona już umrze będą publikowane w mediach nie były czarno-białe, lecz kolorowe, drugie natomiast takie, by na jej pogrzeb wszyscy również przyszli ubrani na kolorowo. Oglądałem transmisję z tej uroczystości i co, ciekawe, jedyną ekstrawagancją, jaką udało mi się zauważyć, było to, że Kamil Sipowicz wystąpił w kapeluszu, którego nie zdjął ze łba nawet wtedy, gdy urna z prochami jego, było nie było, żony była składana do grobu. Poza tym, wszyscy uczestnicy byli ubrani albo na czarno, albo prawie na czarno. Nawet Kuba Wojewódzki, który tam też się znalazł nie zrobił z siebie zwyczajowego pajaca i wystąpił w zwykłej szarej koszuli. Bardzo to ciekawe. Wygląda bowiem na to, że choćby oni nie wiadomo jak się starali, by być naprawdę nowocześni i undergroundowi, pewnych nawyków, wyrastajacych wprost z kultury chrześcijańskiej, nie pokonają. Jest pogrzeb – jest żałoba. Ależ oni są pogubieni!

***
Swoją drogą ciekawe, że tam nie pojawił się Zbigniew Hołdys – w końcu swego czasu główny konkurent Maanamu do miana pierwszego artysty stanu wojennego – a przynajmniej nie na tyle wyraźnie, by go pokazały kamery TVN-u. Czy to możliwe, że ta cała gadka o kolorach to była tylko taka gadka-szmatka właśnie, a na samą myśl, że tam miałby się pokazać Hołdys oni wszyscy jednocześnie krzyknęli: „Nie, tylko nie ten wariat!”? I my to oczywiście rozumiemy. To by bowiem dopiero był figiel, gdyby to dziwadło wlazło przed mikrofon w kwiecistej koszuli i zaczęło wrzeszczeć: „Kaczyński ch***j!”


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, dostępnych w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ale też i tu na miejscu przez kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 2 sierpnia 2018

Czy ksiądz Drozdowicz czyta Cummingsa?


        W ostatnich dniach, niemal jedna po drugiej, zmarły dwie osoby, których ja akurat pod żadnym względem nie szanowałem, a których nazwiska w ten czy inny sposób funkcjonowały w publicznej świadomości, a więc piosenkarka Kora, oraz jazzowy muzyk Tomasz Stańko, i ja na ten temat nie mam naprawdę nic do powiedzenia, a to z tego jednego powodu, że o zmarłych albo w ogóle, albo już tylko dobrze. Oczywiście najchętnie bym zacytował – co, jak zresztą widzimy, czynię – komentarz jednego z czytelników tego bloga, który reagując na mój tekst o laleczce voodoo, którą gdzieś tam na ścieżce swojego żywota zbudowała pisarka Nurowska z przeznaczeniem dla posła Piotrowicza, zauważył, że, jak wiele na to wskazuje, ona tę laleczkę wydłubała z kory, i już tylko przypomniał swój dawny bardzo tekst o wysłuchanych modlitwach, ponieważ jednak nie bardzo mi wypada ten temat ciągnąć, zamknę się i już tylko zajmę się księdzem o nazwisku Drozdowicz. Wojciech Drozdowicz. Ale zacznijmy może od początku.
        Otóż kiedy dotarła do nas wiadomość, że piosenkarka Kora nie dała rady tej strasznej chorobie i odeszła z tego świata, ktoś niemal natychmiast rozpuścił wiadomość, że ona tuż przed śmiercią pojednała się z Bogiem. Na tę, jak się okazuje, plotkę, na swoim profilu na Facebooku, natychmiast zareagował nie kto inny jak prof. Magdalena Środa, jak rozumiem osoba dobrze poinformowana, następującym oświadczeniem:
        Ktoś propaguje wieści, że Kora w szpitalu wzięła ‘ostatnie namaszczenie’. Raz, że nie była w szpitalu, dwa, że nigdy nie wzięłaby ostatnich namaszczeń, nigdy nie pozwoliłaby na obecność przypadkowych księży wokół siebie. Mało było spraw równie jej obcych jak religia katolicka z jej ‘urzędnikami’, sztywnymi rytuałami, coraz większą hipokryzją i zbrodniami pedofilii. Sama była ich ofiarą. Nie znosiła kościoła katolickiego jako instytucji. Może myślała o jakiejś Transcendecji, bo na Transcendencję, jako osoba uduchowiona, była bardzo wrażliwa ale na pewno nie w wydaniu panów w czarnych sukienkach, którzy nienawidzą wszystkiego co naturalne i wolne a którzy dziś, (poza nielicznymi wyjątkami), dorzynają demokrację wraz z PiSem licząc, że upasą się na nowym dyktatorskim reżimie”.
       I oto, co za ulga! Powiem uczciwie, że po tym, co nasz Kościół uczynił przed wielu już laty z nieświętej pamięci prof. Bronisławem Geremkiem, ja bym podobnego świetokradztwa już drugi raz nie zdzierżył. Niech już bowiem nasza gwiazda dołączy do tak wybitnych przeciwników Kościoła jak choćby Wisława Szymborska i przynajmniej zostanie w naszej pamięci, jako osoba bezkomromisowa do końca, ta która, jak to zabawnie w swojej żałobnej mowie ogłosił partner piosenkarki, Kamil Sipowicz, „do końca była wierna religii słońca, wiatru i kwiatów”.
      Oto jednak w tym momencie na scenę wchodzi wspomniany ksiądz Drozdowicz, którego ja osobiście naprawdę bardzo dobrze wspominam, jako pierwszego autora programu telewizyjnego „Ziarno”, a który dziś, jak się okazuje, jest proboszczem kościoła pod wezwaniem błogosławionego Edwarda Detkensa na Bielanach, i który podczas odprawianej przez siebie niedzielnej Mszy Świętej nagle stanął przed wiernymi w towarzystwie znanego kiedyś trochę muzyka Wojciecha Morawskiego i na takiej wielkiej zakręconej trąbie zagrał dla Kory jej piosenkę „Krakowski Spleen”.
        Nie muszę tu zapewne wspominać, co ja sądzę o tego typu demonstracji i rzeczywiście proszę nie liczyć na jakikolwiek odnośnie tego głupstwa komentarz, natomiast stało się tak, że ponieważ, przeczytawszy te informację, chciałem się czegoś bliżej dowiedzieć na temat bieżącej działalności księdza Drozdowicza, to nie oglądając się już na nic, zajrzałem na youtube’a i tam trafiłem na jego krótki wykład pod frapującym tytułem: „Jestem fanem pogrzebów”. I oto, proszę sobie wyobrazić, po pierwszym odruchu, gdzie pomyślałem sobie, że zdziwień nie ma i nie będzie, wysłuchałem słów tego dziwnego księdza i oto co usłyszałem:
        Tu na Bielanach mamy dużo ślubów, sporo chrztów, ale powiem szczerze, że ja jestem największym fanem pogrzebów. Nie ma lepszej rzeczy w życiu, co się może nam przydarzyć, jak śmierć. Śmierć jest jedyną rzeczą w Europie Zachodniej, której ta biedna Europa, skupiona tutaj w swojej głowie, nie jest w stanie wyjaśnić. I człowiek się z nią zderza jakby ze ścianą. I to jest fantastyczne, bo nagle podstawowe pytania o życie wieczne, o istnienie Pana Boga, o sens Ewangelii, Zbawienia, w sposób brutalny oczywiście, okrutny, ale do nas docierają. I ja uważam, że na cmentarzach powinni pracować najlepsi księża, jakich ma w ogóle diecezja i w tym okresie, kiedy ktoś odchodzi, żeby mu towarzyszyć, żeby go nie opuścić. I pogrzeb jest najwiekszą katechezą naszego życia. Dla bliskich. Tysiąca innych kazań nie jesteśmy w stanie przyjąć, [natomiast] w śmierci najbliższej osoby przemawia do nas Pan Bóg. […] A u nas nagle w Europie człowiek umiera i znika. Nie ma go. Nawet bliscy nie przychodzą na cmentarz, bo nawet nie wiadomo co to jest śmierć. Czytaliście pewnie tę książkę Mariusza Szczygła o tych pochówkach w Czechach, gdzie najbliźsi nie odbierają urny nawet z prochami zmarłych. No tak się dzieje w krajach już niektórych. U nas na szczęście ta tradycja wspomnienia, modlitwy, zapalenia zniczy na grobach najbliższych, jakoś ciągle jeszcze jest żywa”.
        Wysłuchałem z uwagą tych słów i pomyślałem sobie nagle, że nie wiem oczywiście, czy to wspomnienie zmarłej piosenkarki było w jakikolwiek skonsultowane z tym całym Sipowiczem, i kto tam jeszcze dbał o to, by jej się po śmierci nie przydarzyła jakakolwiek krzywda ze strony kościelnych „urzędników”, czy może Drozdowicz z Morawskim postanowili tak sami z siebie pokazać tym durniom, czym jest śmierć. Ale też nie wiem, czy ktokolwiek z zebranych tam w tym kościele coś z tego zrozumiał. Obawiam się jednak, że niewiele.  Boję się, że jeśli tam w ogóle pojawiła się jakakolwiek refleksja, to najwyżej ta, że ona jednak nie rozpoczęła procesu prostego gnicia, lecz przeszła do Krainy Słońca, Wiatru i Kwiatów. A jeśli tak, to obawiam się też, że cała ta gadka księdza Drozdowicza, że już nie wspomnę o całym tym występie podczas Mszy Świętej w kościele na Bielanach, nie ma najmniejszego sensu. Choć, przyznaje, że co do zasady, zgadzam się z nim. Śmierć to jest naprawdę coś. I to że on to tak plastycznie przedstawił zaliczam mu na plus. 500 plus.
       A już na koniec przepiękny wiersz e.e.cummingsa:

dying is fine)but Death

?o
baby
i

wouldn't like

Death if Death
were
good:for

when(instead of stopping to think)you

begin to feel of it,dying
's miraculous
why?be

cause dying is

perfectly natural;perfectly
putting
it mildly lively(but

Death

is strictly
scientific
& artificial &

evil & legal)

we thank thee
god
almighty for dying
(forgive us,o life!the sin of Death

Moje książki są do kupienia w ksi,egarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Niestety, w tej chwili mamy tam już tylko Zytę, Marki, Rock and Rolla i 39 wypraw. Gdy chodzi o Listonosza i Licho – których cztery egzemplarze obiecał mi przysłać Michał – proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja na życzenie.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Niewiarygodna i smutna historia niewinnego Daniela, jego niegodziwych rodziców i Ojczyzny, która ich wypluła

Ponieważ chyba już ostatecznie straciłem serce do telewizji, a przy nieobecności pani Toyahowej i starszej córki, które wyjechały do Przemyśla na wakacje, nawet nie chce mi się zaglądać do głupiego Discovery, czy Animal Planet, postanowiłem rzucić okiem na portal tvn24.pl, żeby się dowiedzieć, czy przypadkiem świat się ostatecznie nie skończył, i – owszem – wyszło na to, że wprawdzie nie całkowicie i nie do końca, ale do pewnego stopnia ta nasza przygoda dobrnęła do swoistego finiszu.
Okazuje się mianowicie, o czym – przyznam, że dla mnie z przyczyn kompletnie niejasnych, gdyż wydawałoby się, że oni akurat powinni się zamknąć – informuje ów portal na pierwszym miejscu swoje głównej strony, że dwoje naszych, zamieszkałych w Anglii, emigrantów, zamordowało swojego synka i lada chwila angielski sąd im wpieprzy tak, że się nie pozbierają. O co poszło? Otóż, jak informuje internetowe wydanie telewizji tvn24, pewna Magda i jej kolega Mariusz, z, jak to relacjonuje brytyjska policja, „niewyobrażalnym okrucieństwem”, zakatowali pozostającego pod ich opieką czteroletniego Daniela, głodząc go do granic wytrzymałości, a kiedy już błagał o zmiłowanie, karmiąc go solą (naprawdę!), systematycznie podtapiając w wannie, wreszcie bijąc go tak, że ostatecznie od tego pobicia zmarł.
Jak dalej informuje portal tvn24.pl, Magda, Polka przebywająca w Anglii na emigracji, była „uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu”. I to jest coś, co – przepraszam bardzo wszystkich, którzy liczyli na to, że się dowiedzą czegoś wiecej na temat tak zwanego mięsa – wypełni dalszą część tej notki. Rzecz bowiem w tym, że ja przede wszystkim nie bardzo wiem, jak to jest możliwe, że owa Magda i Mariusz mieszkali sobie w tym Coventry, ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”, natomiast Mariusz był czysty. Że niby jak oni sobie organizowali życie? Magda ćpała i chlała, a Mariusz tylko wpadał od czasu do czasu do domu w przerwach od pracy w fabryce i przytrzymywał głowę tego dziecka, bo Magda sama była na to zbyt słaba?
Poza tym, co to znaczy, że ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”? Sam – mimo że na widok flaszki porządnego singla oczy mi jak najbardziej błyszczą – ani nie chleję, ani tym bardziej nie ćpam, niemniej jednak, ponieważ mam już swoje 58 niemal lat, wiem, czym jest marihuana. Otóż, jeśli ktoś jest, jak to formułuje portal tvn24.pl, „uzależniony od marihuany”, wszystko inne ten ktoś ma głęboko w nosie. Marihuana wypełnia jego życie od początku do końca. Dla kogoś, kto pali trawę, alkohol, a tym bardziej jakaś głupia amfetamina, to jest beznadziejna fikcja. Marihuana załatwia wszystko. A jak ktoś mi nie wierzy, niech się skontaktuje z Kamilem Sipowiczem, jego tak zwaną partnerką Korą i ich psem, to otrzymają pełną i fachową relację. Oni nie chleją, nie biorą w żyłę, nie żrą żadnych tabletek, u nich wreszcie się po domu nie walają puste flaszki. Oni zwyczajnie się upalają. I więcej im nie trzeba.
A zatem, jestem absolutnie przekonany, że informacja podana przez redaktorów internetowego wydania tvn24, jakoby owa Magda była uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu była zwykłym bełkotem. Ona od rana do wieczora była zwyczajnie zaćpana, a, co dla mnie oczywiste, ów Mariusz podobnie. I to właśnie w ten sposób, będąc w stanie kompletnego obłąkania, oni to dziecko krok po kroku doprowadzili do śmierci.
Jakiś już czas temu, a co ja tu przypomniałem stosunkowo niedawno, gdzieś w Polsce jakaś para wsadziła swoje dziecko do piekarnika i je upiekło. Czemu tak? Bo oboje uznali, że to dziecko to szatan. Skąd im to przyszło do głowy? No, nie wiem. Tego akurat media nie podały. Jak się domyślam jednak, to wszystko z powodu kolejnej fali powszechnych apeli o legalizację marihuany.
To co się wydarzyło w Coventry, a czego bohaterami stało się dwoje polskich emigrantów, jest samo w sobie wydarzeniem niezwykle inspirującym do rozmyślań. Tam jest tak bardzo wiele tajemnic, że, gdybyśmy tylko mieli dostęp do informacji wykraczających poza zwykłe medialne gówno, można by było sprawie poświęcić nie jedną, ale kilka tego typu notek. Weźmy choćby fakt, że to biedne, umęczone dziecko miało na nazwisko Pełka, podczas gdy mamie było Łuczak, a ojcu Krężołek. Czemu? Jak? Dlaczego? Diabeł jeden wie.
Podobnie, dobrze byłoby się dowiedzieć, jak to się stało, że Łuczak i Krężołek – przypomnijmy tylko, że dwoje ewidentnych narkomanów – byli tak niezwykle cwani, że przez naprawdę długi okres nikt nie zwrócił uwagi na to, że Daniel umiera. Zwyczajnie umiera. Jak to w ogóle było możliwe, że Łuczak i Kręciołek – przypomnijmy, że dwoje idiotów, którzy nie wiadomo po co wyjechali do Anglii w roku 2006 – potrafili tak manipulować odpowiednimi służbami, że nikt się nie zorientował, co się z tym dzieckiem dzieje. Tych pytań jest wiele, i nie bardzo jest miejsce i czas, by odpowiedzi na nie egzekwować. Mnie jednak najbardziej interesuje ów moment, kiedy ciężko uzależniona od marihuany (i podobno alkoholu) Łuczak wraz ze swoim kumplem Krężołkiem błagającemu z głodu o litość dziecku podają sól. Ja bym chciał wiedzieć, czy opisana wyżej sytuacja jest w stanie komuś wbić do głowy ten zupełnie oczywisty fakt, że owa eksponowana przez najbardziej prominentnych polskich polityków, i dyskretnie tolerowana przez ogólnopolskie media marihuana, to jest dokładnie ta sama śmierć, o której chciałem wyżej opowiedzieć.
I proszę mnie nie podejrzewać o to, że ja komuś tak wybitnemu, jak Kamil Sipowicz, który z marihuaną jest za pan brat od 40 lat, zarzucam, że on wraz z piosenkarką Korą Ostrowską morduje małe, bezbronne dzieci. Oczywiście że nie. Sipowicz to człowiek o wybitnie łagodnym usposobieniu. On tylko płynie. Ewentualnie, od czasu do czasu się wyrzyga i płynie dalej. Ci, co z nim rozmawiają w różnego rodzaju mediach – podobnie. To wszystko są dzieci Boba Marleya. A więc mamy tu jedynie „love, peace and harmony”.
Na to gówno już nic nie poradzimy. To już będzie z nami do naszej zasmarkanej śmierci. Mnie tu jednak chodzi o coś innego. I to już jest sprawa tak poważna, jak najczarniejszy, niezgłębiony grób. Ja bym chciał wiedzieć, jak to się stało, że owa Magda i Mariusz wyjechali do Anglii w roku 2006 i już nigdy nie wrócili. A nie dość, że nie wrócili, to wybrali sobie sami, że zostaną tam na zawsze. I to w tak niezwykle poruszających okolicznościach.
No i jeszcze coś. Być może o wiele ważniejszego, niż wszystko to co zostało powiedziane wyżej. Czy ktoś za to wszystko kiedyś odpowie? I Bóg mi świadkiem, że nie mam tu na myśli tych dwojga zaćpanych bałwanów.

Przyszedł sierpień, a ja już wiem, że to będzie najgorszy z miesięcy w tym roku. Najpierw wczoraj, ale i również przed chwilą, dowiedziałem się, że w sierpniu będę praktycznie bez pracy. W związku z tym, bardzo proszę szczególnie mocno o mnie i o tym blogu pamiętać. Dziękuję.

wtorek, 29 marca 2011

A wyglądał tak niegroźnie...

Pierwszy, i co ciekawe, jedyny raz, jak usłyszałem o Piotrze Wolwowiczu spod Sanoka, to było paręnaście dni temu na blogu. Ktoś w komentarzu wrzucił tę informację jako off-topic, pisząc jednocześnie, że wszelkie ślady, które mogłyby stanowić dowód w sprawie, są już skutecznie zatarte. Wczoraj Paweł (ten Paweł) przysłał mi parę linków i tym razem wszystko odżyło ze zwielokrotnionym napięciem.
O co chodzi? Biorę pod uwagę, że to może tylko ja tak fatalnie zostałem z tyłu, a większość sprawę już skutecznie przeżyła, jednak na wszelki wypadek króciutko powiem, o co chodzi. Otóż Piotr Wolwowicz jest uczniem średniej szkoły muzycznej z Sanoka, który wystąpił w programie o przedziwnej nazwie ‘Must Be The Music’ w telewizji Polsat, zaśpiewał tam – właściwie zawodowo – piosenkę o tym, ze Polska jest naszą ojczyzną, że jest piękna i nie warto z niej uciekać, po czym został przez jury do spodu wyszydzony. Kiedy śpiewał, jury siedziało z demonstracyjnie spuszczonymi ze wstydu głowami, lub zasłoniętymi twarzami, a na koniec kobieta o nazwisku Zapendowska powiedziała mu, że ta ‘bogoojczyźniana tematyka”, to „coś strasznego”, piosenkarka Kora z zażenowaniem oświadczyła, że ona „prawie umarła”, wszyscy zarechotali długo i przeciągle, dowcipnie poradzili Piotrowi, żeby „nie szedł tą drogą” i wysłali go do Polski.
Dlaczego uznałem, że warto o tym napisać? Z dwóch powodów, i żaden z nich nie związany jest z zachowaniem jury. Tego człowieka, który opowiedział Piotrowi, żeby „nie szedł tą drogą”, nawet nie znam. Kto to jest Zapendowska – nie mam pojęcia, poza tym, że wygląda jak Nina Terentiew, a to mnie od razu zniechęca do jakichkolwiek komentarzy, Znam natomiast Korę, ale o niej już raz tu pisałem i to z całą pewnością wystarczy. Poza tym, jeśli Zapendowska wygląda jak Terentiew, i to uznałem za wystarczający powód do pełnego elegancji milczenia, to co powiedzieć o Korze w jej najnowszym kształcie, nawet jeśli akurat nie była zatruta halucynogennymi grzybami i nie maila ze sobą swojego pieska?
Chodzi mi o co innego. Mianowicie o zachowanie tego Piotra. Sytuacja w jakiej on się znalazł dzięki postawie tych trojga dziwnych osób, była w pewnym bardzo określonym sensie ekstremalna w sposób nieporównywalny z niczym innym. To nie było tak, jak to się dzieje w wielu tego typu sytuacjach, gdy jakiś piosenkarz-amator przychodzi do telewizyjnego programu, śpiewa i dowiaduje się, że jest beznadziejny. I w dodatku dowiaduje się, że jest beznadziejny w ramach pewnej konwencji telewizyjnej, która polega na tym, że jemu to trzeba powiedzieć brutalnie i prosto w oczy. Dlaczego tak myślę? Przede wszystkim dlatego, że po pierwsze, najczęściej ci, którzy zostają tak potraktowani, są rzeczywiście słabi, no i też wiedzą, że to wszystko jest tylko własnie konwencją. Poza tym, ci którzy mu to mówią, oczywiście się z niego śmieją, ale nie jest w żaden sposób tak, że go nienawidzą. No i przede wszystkim starają się unikać osobistych uwag.
Ludzie wynajęci przez Polsat do tego, by spróbować zniszczyć Piotra Wolwowicz, już w pierwszych sekundach jego występu go nienawidzili. Oni go tak nienawidzili, że dla nich nie miało znaczenia, czy on śpiewa dobrze, czy źle, czy jest grzeczny, czy nie, czy wygląda ładnie, czy brzydko. Oni go nienawidzili wyłącznie dlatego, że on postanowili im zaśpiewać piosenkę o Polsce, którą można i trzeba kochać. Oni go za to tak znienawidzili, że gdyby mogli, to by mu podstawili nogę, żeby się przewrócił, albo wylali mu na głowę jakieś gówno, tak jak to zrobiły koleżanki pewnej Carrie w książce Stephena Kinga. Właśnie tak. Gdyby oni mogli, to w tej swojej do niego nienawiści, za to, że on miał czelność zaśpiewać taką piosenkę, potraktowaliby go właśnie tak. Ponieważ jednak tego zrobić nie mogli, wspięli się na szczyty swojego zezwierzęcenia i go spróbowali zabić w inny sposób. Najbardziej okrutnym – również przez to, że całkowicie niezasłużonym – szyderstwem. I on to zniósł idealnie. Stał, z podniesioną twarzą słuchał tego ich rechotu, a na końcu, kiedy oni już swoje wszystkie czarne naboje wystrzelali, powiedział, że i tak uważa, że był najlepszy, bo zaśpiewał o sprawach najważniejszych.
I to jest powód pierwszy. Chciałem opowiedzieć o jego postawie. To była postawa, która buduje gmach tak solidny, że on starczy za tysiące innych. Patrzeć na tego Piotra spod Sanoka, jak wręcz po norwidowsku spogląda w twarz temu nieszczęściu, to była czysta i niczym nie zmącona satysfakcja. Ale jest też powód drugi, dla którego dziś piszę o Piotrze Wolwowiczu. Otóż kiedy Paweł przysyłał mi link do strony, na której można zobaczyć całość tego zdarzenia, sądził, że jest jakiś zapis na ten film. Że on jest dostępny jeszcze tylko tam. Okazuje się jednak, że Internet jest silniejszy i dziś widzę, że, po pierwszych zawirowaniach, można to również obejrzeć w wielu innych miejscach, choćby na youtubie. Jednak strona, którą otrzymałem od Pawła zawiera coś jeszcze poza tym filmem. Jest tam mianowicie apel wystosowany przez jakiegoś może i kolegę tego Piotra o zbieranie podpisów na liście protestacyjnym do Polsatu. Procedura jest prosta jak tylko prosta może być. Trzeba tam wpisać swoje dane, kliknąć guziczek, następnie potwierdzić otrzymanie maila z linkiem i tyle. Minuta najwyżej. No, może dwie. Warto to zrobić. Autor tego listu liczy na 500 podpisów. Nie mam pojęcia, ile już zebrał, może już wszystkie, ale sądzę, że nie zaszkodzi mu jeszcze dorzucić nasze. Bardzo proszę o to świadectwo.
A tu odpowiedni link.
A teraz zapraszam na rutube:
A skoro Polsat usuwa z youtuba kompromitujące ich filmy, musimy się zdać na braci Rosjan. A w tej sytuacji, postaramy się, by było jeszcze weselej. Proszę bardzo:

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...