sobota, 30 sierpnia 2008

Przepraszam bardzo raz jeszcze, czy znów ktoś powiedział do mnie 'hanys'?

Któregoś lata, w czasie przemyskich wakacji, poszedłem z moją żoną do miejscowej restauracji sobie pojeść. W pewnym momencie, przysiedli się do nas dwaj lokalni pijaczkowie, więc siedzieliśmy we czwórkę i miło sobie gawędziliśmy. Kiedy zeszło na tematy bardziej szczegółowe, jeden z naszych nowych znajomych zapytał, skąd jesteśmy. Powiedzieliśmy, że z Katowic, na co dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ‘hanysy’. Powiedziałem, że to jest dokładnie tak samo, jak bym ja powiedział, że oni są Ukraińcami i kiedy wydawało się, że śmierć nadeszła, kolega eksperta od nacjonalizmów uspokoił sytuację pięknym, śpiewnym zdaniem: „Daj spokój, frajer ma rację”.
Muszę od razu zaznaczyć, że jestem bardzo słaby w rozprawianiu na tematy narodowe. Cała moja mądrość zaczyna się i kończy na tym, że jestem Polakiem i bardzo mi z tym dobrze. Mam do Polski przeogromny sentyment i jak słyszę, że ktoś lubi Polskę i Polaków, czuję satysfakcję. Mam bardzo bliskiego kolegę, który urodził się, wychował i wykształcił w Anglii, a w pewnym momencie swojego życia przeniósł się z rodziną do Polski i powtarza, że dzień, w którym podjął tę decyzję, to bardzo dobry dzień w jego życiu. Ile razy o tym myślę, to się wzruszam. Więc taki ten mój nacjonalizm. Kiedy chodzę ulicami Katowic, nie zastanawiam się, kto z ludzi, których mijam jest Ślązakiem, kto przyjechał tu spoza Śląska, kto się tu urodził, a kto tu wychował dzieci.
Czytam dziś w Rzeczpospolitej najpierw komentarz pana Igora Janke i jego apel do Ślązaków, a następnie artykuł, który sprowokował pana Igora do działania. O co chodzi? Okazuje się mianowicie, że gdzieś tu na moim Śląsku, może w Katowicach, a może gdzieś dalej, w Opolu, czy w Gogolinie, mieszka człowiek nazwiskiem Roczniok. Kto to jest ten Roczniok. Jest to człowiek, który szefuje związkowi grupującemu ludzi, którzy chcą – zdaje się – oderwania Śląska od Polski. Ja wiedziałem już wcześniej, że coś takiego jest, ale jakoś sobie tę wiedzę zlekceważyłem i w sumie dalej chodziłem po ulicach mojego ukochanego miasta, jak gdyby obywatel Roczniok był tylko żartem.
Szczerze powiedziawszy, sądziłem raczej, że kierownikiem w tej chorej firmie o nazwie Związek Ludności Narodowości Śląskiej jest Kazimierz Kutz, albo może taki jeden Michał Smolorz, który chyba też coś tam w tych sprawach ma do powiedzenia, no a tu się okazało, że oni są tylko mózgiem tego przedsięwzięcia, a Roczniok jest tylko u nich na pensji. Tak czy inaczej, ostatni raz, kiedy myślałem o Kutzu – a raczej o tym dziwnym kółku – to było przy okazji uznania przez nasz rząd niepodległości Kosowa. Byłem bardzo przeciwko tej decyzji i kiedy moje dzieci pytały mnie, dlaczego, powiedziałem, że jestem tak samo przeciwko tworzeniu z Kosowa nowego państwa, jak byłbym przeciw odłączeniu od Polski Śląska, czy Kaszub.
Argumentowałem, że tak jak jest, jest zupełnie nienajgorzej, natomiast łatwo sobie wyobrazić, jak by się zmieniło nasze życie, gdyby nagle okazało się, że nie mieszkamy już w Polsce, tylko w jakiejś nowej demokracji o nazwie Śląsk. Mówiłem im, że na sto procent, mimo całego gadania o tym, jak nowe śląskie władze szanowałyby nie-śląskich mieszkańców tego rejonu, mimo wszystkich zapewnień o tym, że każdy, kto nie chce mówić po śląsku i nie ma śląskiej historii miałby dokładnie te same prawa, co reszta obywateli, odczulibyśmy zmianę natychmiast. A to by było bardzo źle. I nie byłoby tak, że przynajmniej uciemiężeni dotychczas rdzeni Ślązacy odetchnęliby wolnością. Ich sytuacja poprawiłaby się tylko o tyle, że poczuliby się wreszcie kimś znacznie lepszym od reszty mieszkańców Śląska. Natomiast my – ludzie nie mówiący po śląsku – dostalibyśmy po prostu po głowach.
I myślałem sobie o ludziach, którzy mieszkając w Kosowie, poczują się już niedługo obcy. O ludziach, dla których ta wolność nie będzie żadną wolnością, a jedynie początkiem życia w charakterze osób drugiej i trzeciej kategorii.
Tyle sobie myślałem wówczas, kiedy wolny świat uznawał Kosowo, jako nowe, niezależne państwo. Dziś wiem jeszcze więcej i jeszcze więcej sobie mogę wyobrażać. Wiem na przykład, jak to się stało, że dwie gruzińskie prowincje zostały faktycznie odłączone od Gruzji i wpadły pod rosyjski but. Procedura była taka, jak to na ogół w tych wypadkach bywa. Pojawiła się grupa lokalnych patriotów, którzy – wszystko jedno z jakich przyczyn – zapragnęli niepodległości dla swojego... no właśnie, czego? Miasta, wioski, dzielnicy, okolicy? Nieważne. Zapragnęli i wyrazili tę gotowość oficjalnie. W tej sytuacji, wszystko poszło już szybko. Pojawił się ktoś, kto im tę niepodległość dał. I teraz jest tak, że jedni się cieszą, a inni – niestety znacznie większa grupa – w najlepszym wypadku mają to wszystko w nosie, a jeszcze inni – w tym cały cywilizowany świat – po prostu mają kłopot.
Kto się cieszy? Na pewno cieszy się Putin i jego agenci w Gruzji. Cieszy się podobno Łukaszenka. Możliwe że cieszy się Andrzej Lepper. Chyba cieszy się poseł Wenderlich i posłanka Szymanek-Deresz. No i jak się właśnie okazało – cieszy się obywatel Roczniok. Roczniok jest szczęśliwy, bo, jak twierdzi, dzięki szybkiej i zdecydowanej akcji Rosji, nie doszło w Gruzji do rozlewu krwi, no a przede wszystkim dlatego, że zwyciężają aspiracje wolnościowe.
A ja się zastanawiam, co Roczniok kombinuje. Czy to możliwe, że on sobie wyobraża, że można doprowadzić do podobnego rozwoju wypadków, jak w Gruzji? Razem z Kutzem i jeszcze paroma wariatami zaczną codziennie podnosić rejwach, że dzieje im się krzywda, że Polacy mają w stosunku do niech jakieś bardzo niedobre zamiary, że oni się czują osaczeni i prześladowani, aż ktoś w końcu któregoś dnia spotka Rocznioka i nakładzie mu po pysku i wtedy się zacznie. W Gazecie Wyborczej wystąpi Kazimierz Kutz i ogłosi, że na Śląsku dochodzi do pogromów i że trzeba coś z tym zrobić. No i będziemy czekać na rozwój wypadków.
Czy to możliwe, że Roczniok tak sobie to wszystko zaplanował? No ale no kogo on liczy? Na Niemców? Że Erika Steinbach zadzwoni do Kanclerz Merkel i powie jej, że trzeba pomóc prześladowanej mniejszości na Śląsku? I że już niedługo będzie mógł Roczniok z satysfakcją ogłosić, że na Śląsku „tylko dzięki szybkiej akcji wojsk niemieckich nie doszło do ponownych czystek etnicznych, a awanturnictwo Polski zostało powstrzymane?” No nie. Ten człowiek jest chory. Ale chyba jednak nie tak chory, żeby wyobrażać sobie, że Niemcy zachorują razem z nim. A mimo to, na coś liczy. Więc może on nie liczy na Niemców, tylko na kogoś innego? Ciekawe tylko na kogo? Wydaje mi się, że od odpowiedzi na to pytanie dużo zależy. Bo dzięki odpowiedzi na to właśnie pytanie będziemy wiedzieć, czy Roczniok, kiedy zajmuje się tym, czym się zajmuje, to się tak tylko zabawia, jak te dzieci, co biegają po podwórku z pistoletami-zabawkami i robią: „eeeeeeeeeeeeeeeeeee”? Czy może on jest troszkę bardziej poważny. A to troszkę może robić dużą różnicę.
Może byłoby dobrze, żebyś ktoś kompetentny przyszedł jednak do Rocznioka i się go spytał, czy on tak naprawdę, czy dla tak zwanego na Śląsku ‘jaja’. Może byłoby lepiej, żeby Roczniokiem nie zajmował się ani Igor Janke, ani ja, tylko powiedzmy Urząd Ochrony Państwa, który przecież powinien powinien słuchać, co w trawie piszczy.
Na koniec, jeśli już mam pozostać przy samym Igorze Janke, to mam też i do Pana, Panie Redaktorze, parę słów. Nie wiem, czy Pan kiedykolwiek był na Śłąsku. To bardzo ładne miejsce. Mieszkają tu zwykli, często bardzo mili ludzie. Tak na marginesie, uważam, że w swojej większości znacznie milsi, niż ludzie w Warszawie. Kiedy piszę ten tekst, jest przepiękny wieczór; obok w restauracji odbywa się wesele. Akurat nie śląskie wesele. Zwykłe polskie wesele. Za oknem jeżdżą samochody, słychać przechodzących ludzi. Jest piękny, sierpniowy wieczór.
Nie musi Pan w ogóle apelować, Panie Igorze, do ludzi na Śląsku w sprawie Rocznioka. Ani do tych, którzy mówią po śląsku, ani do tych, którzy mówią normalnie po polsku, ani do tych, którzy zaciągają z lwowska, ani nawet do tych, którzy z jakiegoś powodu wciąż czują się lepiej, kiedy między sobą mówią po niemiecku. A jak Pan już do nas mówi, to też nie musi Pan używać śląskiej gwary, bo raz, że tą gwarą wcale się tu aż tak gęsto nie posługujemy, dwa, że ci, którzy rozmawiają nią na co dzień, potrafią też bardzo ładnie mówić po polsku i tak też często mówią, a trzy, że nawet ci, którzy najszczęśliwsi są kiedy mówią po śląsku i ten język kochają i oniego dbają, Rocznioka, jego towarzystwo i jego zarówno fobie, jak i autentyczne plany mają – tym razem, korzystając z zalecenia administracji Salonu, nie użyję brzydkiego słowa – mają w dużej pogardzie.

piątek, 29 sierpnia 2008

Adam Michnik, czyli człowiek bez właściwości raz jeszcze

Pisząc dzisiejszy tekst, czuję i wyrzuty sumienia i spory niepokój. Wyrzuty sumienia, ponieważ - co na pewno zauważyli czytelnicy mojego bloga - osobą o nazwisku Adam Michnik, podobnie, jak Michnika kolegą, Jerzym Urbanem, programowo się nie zajmuję, a niepokój, bo - przynajmniej z mojego punktu widzenia - dwa dni obcowania ze zjawiskiem pod nazwą Adam Michnik, musi być zajęciem męczącym i podtrzymując wczorajszy temat, mogę się narazić tym, którym narazić bym się nie chciał.
Nie mam jednak wyjścia, bo z Michnikiem - okazuje się - jest jak z chipsami; niezdrowe, ohydne, absolutnie niepożywne, a mimo to, po pierwszej paczuszce, człowiek sięga po drugą, bo bez tej drugiej pierwsza nie ma sensu.
We wczorajszej refleksji, postawiłem - przyznaję, przewrotne pytanie - na jakiej plaży wypoczywa Adam Michnik. Oczywiście, nie chodziło mi tak naprawdę ani o plażę, ani o wypoczynek, ani w ogóle o to, czym zajmuje się Adam Michnik na co dzień i w czasie urlopu, bo to akurat nie ma znaczenia.
Zadając to pytanie, odniosłem się do świetnego artykułu red. Rybińskiego w Rzepie, w którym sugerował, że polityk Platformy Zbigniew Chlebowski, na przykład, może zostać odnaleziony każdego dnia wśród swoich wyborców, wśród półek w supermarkecie, w kawiarni, czy na piasku dowolnej plaży. Jako zwykły codzienny konsument.
Siadając do pisania tych słów, wychodziłem z założenia, że nad ogólną sytuacją w naszym Kraju, nie sprawuje kontroli, ani najbardziej zwykłej pieczy, ani Zbigniew Chlebowski, ani jego ogłupiali wyborcy, ale jeszcze ktoś. Ktoś o wiele ważniejszy, ktoś kto może przyjść na pogrzeb Bronisława Geremka i wygłosić przemówienie, nie w imieniu Parlamentu, nie w imieniu Państwa, nie w imieniu Kościoła, ale też nie w imieniu Rodziny, czy Przyjaciół, lecz w imieniu swoim własnym, czyli w tym wypadku w imieniu Adama Michnika.
I moje pytanie, mój problem, dotyczył tego, czy Adam Michnik, występując gdziekolwiek, bo przecież pogrzeb prof. Geremka był tu tylko pretekstem, występuje w swoim imieniu, czy w imieniu kogoś jeszcze. A jeśli w imieniu kogoś jeszcze, to kogo?
Na pytanie, postawione explicite - kim jest Adam Michnik - odpowiedział wyczerpująco blogger frau pranajtis w punktach:
1.Michnik chodzi do ulubionej warszawskiej restauracji tajskiej Jerzego Urbana.
2.Lubi czerwone wino (pił z Urbanem)
3.Lubi wódkę (pił z Kiszczakiem)
4.Nie lubi Berezy Kartuskiej.
5.Lubi nagrywać znajomych.
6.Nie lubi konkurencji i nie odpuszcza sobie nawet na imprezach pogrzebowych.
7.Jako jeden z niewielu internowanych zawdzięcza ludziom honoru wczasy i możliwość napisania kilku książek.
8.Nie lubi lustracji i dekomunizacji.
9.Lubi wysyłać sprośne smsy paniom z agencji... turystycznych Jedna skutecznie molestował.
10.Ma gruźlice.
11.Pali dalej papierosy.
12.Spedza wakacje na Kanarach.
13.Wstydzi się swojej rodziny - rzadko wspomina dokonania dydaktyczne matki Heleny Michnik, brata czyli stalinowskiego kata - Stefana i bojownika - komunisty o wolność Ukrainy - ojca Ozjasza Szechtera.
Kiedy, jednak nie usatysfakcjonowany wyjaśnieniami, dopytałem, frau pranajtis uzupełnił swoje wyjaśnienie dodatkowymi punktami:
14.Jest spod znaku wagi.
15.Nosi okulary i sztuczna szczękę.
A sytuacja dalej dla mnie jest nieklarowna. W ostatnim Wproście, Jacek Kurski, mówiąc o swoich relacjach z bratem, Jarosławem, wyjaśnia, że dla niego wzorem i bohaterem był zawsze Jarosław Kaczyński, podczas gdy dla jego brata, Adam Michnik "jeden z największych intelektów i pomysłów na Polskę ostatniego dwudziestolecia."
I ja oczywiście do pewnego momentu wiem, o co chodzi. Jest Jarosław Kaczyński - polityk, prezes Porozumienia Centrum, poseł, premier, jeden z animatorów życia politycznego w Polsce.
Ale Adam Michnik? Intelekt i pomysł na Polskę? Przecież według bardzo wiarygodnych informacji, on nawet nie jest już redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej. Ba! Mówią osoby poinformowane, że w rzeczywistości nigdy nie był. On był tylko nazwą, on zawsze był jedynie głosem, informacją, wskazówką, fotografią.
Weźmy Jerzego Urbana, człowieka którego nazwisko wypowiadam tu po raz pierwszy i ostatni. Kim jest Jerzy Urban. Najprościej by było powiedzieć, że jest to człowiek na zdjęciu, do którego link wczoraj przesłał mi blogger cheshirecat75. No ale można też powiedzieć, że to żyd, komunista, ateista, milioner, wydawca. Jak ktoś chce poezji, to cham, swołocz, bydle, etc. etc. Ktoś to jest i ja mniej więcej wiem, kto to taki.
Ale kim jest Adam Michnik? Człowiek, który podobno, jako jedyny zrezygnował z udziału w sprzedaży akcji Agory i w ten sposób nie został miliarderem. Człowiek, który nie występuje w telewizji. Człowiek, który niechętnie udziela wywiadów. Człowiek, o którym nie wiadomo nic. Człowiek bez rodziny, bez życia prywatnego, bez miejsca zamieszkania. Człowiek z dwoma przyjaciółmi - z Wojciechem Jaruzelskim i wspomnianym już Jerzym Urbanem. Człowiek, który, wydaje się, nie chce brać udziału w polityce. Człowiek, który wycofał się z praktycznego redagowania gazety, którą współtworzył. Człowiek, który kiedyś był autorytetem dla wielu, a dziś - wszystko wskazuje na to, że z własnego wyboru - autorytetem tylko dla kilku najbardziej ogłupiałych obywateli.
Człowiek, który dziś spędza głównie czas, skarżąc w procesach sądowych wolną opinię publiczną i od czasu do czasu pisząc jakiś artykuł w Gazecie Wyborczej.
Człowiek, który staje nad świeżym grobem Bronisława Geremka i wygłasza czterdziestominutowe przemówienie, które właściwie jednogłośnie zostaje uznane za nieprzyzwoite, a które jednocześnie jest komentowane z taką uwagą, jakby wygłosił je ktoś, kto pojawia się tylko czasami, zabierze głos i odejdzie, z jednoczesną zapowiedzią, że kiedyś znów wróci.
Kim Pan jest, Panie Redaktorze? Czy Pan coś zamierza? Czy mam się bać?

Donald, odpicuj mi brykę

Chyba wczoraj, a może przedwczoraj, w telewizorze mignęły mi obrazki z konwencji amerykańskich Demokratów w Denver, gdzie senator Obama uzyskał oficjalną już nominację do startu w wyborach prezydenckich. Widok był zwyczajny, czyli tłumy, balony, tabliczki z napisami, no i oczywiście mnóstwo łez. Dziś w Rzeczpospolitej czytam komentarz Piotra Gillerta, w którym ceremonia w Denver została skutecznie wyśmiana i zapowiedziana kolejna już, tym razem w wydaniu republikańskim. Red. Gillert, oczywiście jak najsłuszniej, sugeruje, że wszystko, co stanowi oprawę takich widowisk i ich faktyczny sens, jak konwencja w Denver, jest głupie, tandetne i w gruncie rzeczy nawet nie warte tych wszystkich łez. Niestety jednak, po raz kolejny okazuje się, że problemy poruszane przez polskie, a pewnie i nie tylko polskie, mainstreamowe media, kończą się tam, gdzie prawdziwe problemy się zaczynają. Więc dziś ja o tym właśnie, gdzie się zaczyna mój, w tym wypadku, problem.
Widziałem więc fragmenty tej konwencji i to co mnie uderzyło, to przede wszystkim więcej łez, niż w latach poprzednich. Oczywiście biorę pod uwagę, że beczeli ci, co beczeć mieli, a kamera pokazywały akurat też te łzy, które pokazywać należało. Myślę jednak, że łzy były autentyczne, ale nawet jeśli się mylę, nie zmienia to faktu, że łzy były i były bardzo eksponowane. Dlaczego? W tym właśnie tkwi to, co nazwałem prawdziwym problemem. Otóż znaczna część tego, co nazywamy tradycyjnie kulturą popularną, było zawsze mocno związane ze wzruszeniem. Czy mieliśmy do czynienia z książką, czy z piosenką, czy z filmem, czy z przedstawieniem teatralnym – zawsze wartość danej oferty podskakiwała automatycznie wraz z pojawieniem się łez.
Popatrzmy na relacje z minionych igrzysk w Pekinie. Najbardziej ulubionymi obrazkami serwowanymi nam przez media był ten beczący wioślarz, becząca Otylia i bęcząca Monika Pyrek. W momencie więc, gdy wszystko staje się powoli towarem, gdy powoli otacza nas coraz mniej rzeczy, które są nie na sprzedaż, powoli też coraz większa część całego naszego świata, siłą rzeczy musi przechodzić na stronę kultury pop. Bywa też groźnie.
Na przykład parę dni temu, też w Rzepie, pojawiła się bardzo oczywiście przejmująca informacja, że ordynariusz siedlecki, biskup Kiernikowski jest ciężko chory na raka i że wiadomo to, bo on sam napisał o tym na swoim blogu. Oczywiście informacja podana przez Rzepę jest bardzo przejmująca, wzruszająca, a przez to oczywiście staje się wiadomością wartą omawiania i dyskutowania. Zwróćmy uwagę na pewien fakt. To że biskup Kiernikowski – jak mi akurat wiadomo, biskup szczególny, bardzo lubiany i szanowany przez wiernych – jest ciężko chory, jest wiadomością bardzo smutną. Jest też właściwie wiadomością jedyną. Informacja o tym, że biskup Kiernikowski może umrzeć jest wiadomością samą w sobie porażającą i nie wymagającą ani dodatkowych słów, ani obrazów.
Artykuł w Rzeczpospolitej nie jest jednak o tym. On jest o tym, że chory biskup ogłosił swoją chorobę publicznie i w ten sposób dołączył do całej rzeszy ciężko chorych artystów, aktorów, dziennikarzy, polityków – jednym słowem gwiazd. Obawiam się, że jeśli parcie opinii publicznej na pop jeszcze się troszkę zwiększy, to o biskupie Kiernikowski niedługo przeczytamy w Gali, albo w jakim innym piśmie dla kobiet, a może nawet obejrzymy jakieś migawki w MTV.
Skoro mowa o MTV, popatrzmy więc i na to coś. Każdy kto się choć trochę interesuje socjologią kultury popularnej, pamięta czym było MTV na początku swojego istnienia. Była to stacja telewizyjna puszczająca teledyski. Jeśli ktoś chciał posłuchać piosenek, a jednocześnie mieć i obraz, włączał MTV i było ‘cool’. Oczywiście, każdy z nas, który miał bardziej rozwinięte ambicje muzyczne, lekceważył MTV, no ale, tak czy inaczej, była to kiedyś zwykła muzyczna telewizja. Obecnie, MTV już dawno odeszło od kształtu, który Jello Biafra opluwał z takim przejęciem. MTV już nie gra piosenek. MTV rozdaje ciuchy, ‘odpicowuje ci brykę’, albo odmalowuje mieszkanie, ewentualnie pokazuje, jak jacyś kretyni rzucają się z czegoś wysokiego na swoje durne pały. MTV wybiera sobie jakiegoś idiotę, lub idiotkę, ciągnie ich do Croppa, kupuje mu ciuchy za 1000 zł., albo 5000 zł. – wszystko jedno – a później pokazuje w telewizorze łzy szczęścia i puszcza odpowiednio nagłośnione wrzaski czystej histerii.
Co to wszystko ma wspólnego z konwencją demokratów w Denver i w ogóle z polityką? Otóż ma wspólnego bardzo wiele. Bowiem jest tak, że od pewnego czasu polityka też się stała towarem. Kiedy niektórzy komentatorzy wykpiwają Donalda Tuska, porównując go do proszku do prania, to za tym nie stoi czysta złośliwość. Jest to przede wszystkim bardzo trafny opis rzeczywistości. Pisał nawet o tym nawet czołowy propagandzista naszej obecnej władzy, Eryk Mistewicz, kiedy ględził coś na temat 'story', którą się opowiada ku uciesze ogłupiałych pożeraczy kolorowych magazynów. A nie ma wątpliwości, że 'story' będzie najlepsza, jeśli przy okazji poleje się trochę łez. Niestety, obok tych łez, jest jeszcze coś, mianowicie absolutnie najwyższe emocje. Emocje takie, jakie obserwowaliśmy na zdjęciach z Denver, ale też emocje, z którymi mamy do czynienia na co dzień tu w Polsce. Mówię o emocjach, którym na imię miłość i nienawiść. W momencie, jak polityka została zakwalifikowana do kultury pop, los polityków, ich życie osobiste, ich miny, ich stroje, ich samochody i ich kochanki stały się naszą sprawą i to sprawą na poziomie absolutnie podstawowym. Jeśli więc Obama w jesiennych wyborach przegra, wszystkie emocje, które cały ten system supermarketu stworzył, będą musiały znaleźć jakieś ujście. A wtedy obok miłości musi się pojawić nienawiść. I wtedy zaczną się samobójstwa, emigracje, a może i zabójstwa. Stanie się tak, ponieważ każda porażka takiej naszej miłości i takiej naszej nadziei, to jednocześnie porażka naszego człowieczeństwa zanurzonego po uszy w fikcji o nazwie pop.
Tak samo, jak mówię, mamy w Polsce. Niektórzy twierdzą, że to jest tak zwana post-polityka. Znów sięgam do dzisiejszej Rzeczpospolitej. W środku wywiad z Piotrem Naimskim. Naimski opowiada o nadziejach i zagrożeniach związanych z sytuacją na Kaukazie. Zwraca uwagę na fakt, że Rosja właściwie nie zajmuje się krajami bałtyckimi. Litwa, Łotwa, Estonia – wydaje się – mają z Rosją całkowity spokój. Całe strategiczne myślenie Rosji jest nakierowane na rejon Morza Kaspijskiego, w tym oczywiście ostatnio, na Gruzję. Dlaczego? Ze względu na kwestie energetyczne. Jeśli Kaukaz stanie się niezależnym od Rosji dostawcą energii na zachód, Rosja odczuje to, jako osłabienie, więc do tego stara się nie dopuścić. Wysiłki prezydenta Kaczyńskiego w związku z tym są skupione na tym, by Gruzja jak najszybciej stała się członkiem NATO i żeby w ten sposób ten rejon uzyskał jakieś gwarancje ze strony Zachodu.
Czy kogokolwiek, poza oczywiście osobami szczególnie zainteresowanymi, to co mówi Naimski, w ogóle obchodzi? Jeśli ktokolwiek się dowie o wywiadzie Naimskiego, pierwsze, co będzie chciał wiedzieć to, dlaczego ten Naimski taki brzydki, no i czy przypadkiem nie jest on z PiS-u. Jeśli z kolei komuś innemu będzie zależało na bardziej pogłębionej informacji, to otrzyma ją może od Krzysztofa Daukszewicza, który, jeśli idzie o poziom intelektualny i świadomościowy nie różni się absolutnie niczym od przeciętnego idioty. Tyle, że jest trochę znany, występuje w telewizji i nie ma przy tym tremy.
Po co więc ludziom polityka? Czyżbyśmy się mogli bez niej zupełnie odbyć? Oczywiście, że dla wielu ludzi o wiele ważniejsze jest kontemplowanie nowych dzieci Brada Pitta, czy nosa Michaela Jacksona, czy nawet – dla tych bardziej odchamionych – osobiste uczestnictwo w projekcji filmu Testosteron, niż zastanawianie się na losami jakiejś ustawy i jej autorów. Ale na tym właśnie polega post-polityka, że nawet z premiera rządu można wycisnąć parę bardzo kolorowych i mięsistych ujęć. Mieliśmy już Rokitę z niejaką Kasią Cerekwicką i Tuska z Dodą. Oto właściwy kierunek. Następnym razem może będzie ten sam układ, tyle że wszyscy będą beczeć. A jeśli się to uda przeprowadzić kilka razy, to może się okazać, że i minister może się stać postacią na miarę gwiazd Bollywood. Tylko patrzeć, jak w TVN-ie pojawi się poseł Nowak, a zgromadzona przed telwizorami publicność będzie chlipać z miłości. A później, kiedy Nowaka na jego stanowisku zastąpi jakiś Karpiniuk, też będą chlipać, tyle że z rozpaczy. Wtedy też wybory przestaną być potrzebne. Politycy będą dostawali telekamery, a ten, kto dostanie ich najwięcej zostanie prezydentem.

środa, 27 sierpnia 2008

Przepraszam bardzo, ale czy ktoś mi może kazał "wypierdalać"?

Przyznam, że trochę zdopingowany krytycznymi głosami, które znalazły się pod moim poprzednim wpisem, szczególnie ze strony osób, które zawsze uważałem za swoich sojuszników, postanowiłem zajrzeć do wieczornego programu telewizji TVN24 i ewentualnie zweryfikować swoje poglądy na temat bojkotu i utrącania tego bojkotu przez prawicowych polityków, kiedyś w PiS-ie, obecnie już poza. Akurat dziś w studio TVN24 nie pojawił się ani Artur Zawisza, ani Marek Jurek, a tym bardziej Jerzy R. Nowak, ale za to do starcia z Olejniczakiem i Stefanem Niesiołowskim, Mariusz Walter, czy kto tam się tym zajmuje, desygnował Jarosława Sellina.
Wszystko odbywało się dokładnie tak, jak to bywało w ciągu poprzednich wielu, wielu miesięcy, czyli Stefan Niesiołowski jeździł po Prezydencie, tak jak tylko on potrafi, Olejniczak potwierdził wszystko, co wcześniej przedstawił Niesiołowski, tyle, że jeszcze dodał swoje trzy grosze na temat Platformy i Donalda Tuska, a Jarosław Sellin w tej interesującej wymianie poglądów dopełnił tak zwanego parytetu, o którym też już pisałem. Niestety nie mogę nic więcej powiedzieć na temat tego, co tam się między panami działo, bo – szczerze powiem – dalej już nie oglądałem, tylko siadłem do komputera i zacząłem pisać ten oto tekst. Nie sądzę jednak, żebym przegapił jakieś szczególne momenty, które pomogłyby mi przemyśleć na nowo moje dotychczasowe poglądy.
Teraz jednym uchem słyszę z za ściany miękki głos Ujazdowskiego na przemian z szorstkim, męskim tonem Leszka Millera, i też wydaje mi się, że co mam wiedzieć, to już i tak wiem. Czego więc nie przegapiłem? Tego mianowicie, że w studio TVN24 propagandową ofertę stacji pomagali realizować ważny działacz SLD, bardzo ważny polityk rządzącej partii... i pewien pan poseł, reprezentujący w tym wypadku głównie siebie i swojego niezłomnego ducha. Oto układ sił, oraz stojący za tym układ argumentów, z jakim mieliśmy do czynienia akurat dzisiejszego wieczora.
Moi uprzejmi polemiści w Salonie twierdzą, że dobrym prawem Sellina i jego wielce honorowych przyjaciół, jest występować ze swoimi poglądami, gdzie dusza zapragnie, i walczyć o swoje polityczne cele na ile tylko potrafią. I tu nie mam absolutnie argumentów. Tak jest – Jarosław Sellin robi, co chce, a jego sędzią będzie tylko jego sumienie i jego ewentualny polityczny sukces. Ewentualnie porażka. Choć, tak już zupełnie na marginesie sądzę, że Jarosław Sellin akurat nie poniesie porażki. Tacy jak on zawsze wygrywają. Na tej samej jednak zasadzie, nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń i pretensji do postępowania właścicieli TVN-u. Robią, co chcą. Mają takie plany, jakie im pasują. I realizują je dokładnie według swoich własnych kalkulacji. Trudno im w tym przeszkadzać. Trudno im się dziwić. I trudno się tu akurat w jakikolwiek sposób mądrzyć. Oni też zresztą zawsze wygrywają.
Po co więc piszę ten tekst? Oczywiście powód jest zawsze ten sam. Człowieka coś gryzie, więc pisze z nadzieją, że ktoś inny to przeczyta i być może go wesprze w jego emocjach, czy to radosnych, czy może czasami bardziej refleksyjnych. Ewentualnie go poprawi w błędzie. Ale dziś mam jeszcze jeden powód, a właściwie dwa. Parę dni temu odbył się festiwal w Sopocie, na którym – według doniesień – Szymon Majewski wypatrzył wśród publiczności posła Jacka Kurskiego i wezwał swoich fanów do wyszydzenia polityka PiS. Według tych samych relacji, przynajmniej znaczna część publiczności podjęła wezwanie ważnego tefauenowskiego pajaca i wygwizdała Kurskiego. Domyślam się jednak, że na publiczności musiała siedzieć również pewna część zwolenników Prawa i Sprawiedliwości i oni musieli poczuć pewien dyskomfort. Oni musieli tam być. Nawet jeśli założyć, że z jakiegoś powodu na imprezach typu Sopot Festival znajduje się znaczna nadreprezentacja ludzi, którzy nienawidzą Jacka Kurskiego, to nie ulega wątpliwości, że jakaś polityczna i kulturowa przede wszystkim mniejszość też tam była. Sam Jacek Kurski, na przykład, przyznał, że on bardzo zawsze lubił zespół Modern Talking. Chodzi o to, że tych kilkunastu być może tylko ludzi, dla których Jacek Kurski pozostaje po prostu miłym, inteligentnym i sympatycznym panem z polityki, kupili bilety, przyszli na koncert po to, żeby miło spędzić wieczór, mieli pewnie jakieś tam związane z tym wydarzeniem oczekiwania i nadzieję i w pewnym momencie, na życzenie przedstawiciela telewizji TVN, czyli organizatora festiwalu, zostali wraz z Jackiem Kurskim wybuczeni.
Jakie można mieć w tym momencie refleksje? Różne. Ja mam swoje. Wy, Moi Drodzy, macie pewnie swoje. Ale jest jeszcze jedna historia, na temat podobny. Niedawno, czytałem w Rzeczpospolitej, że artysta popularny Maciej Maleńczuk, podczas jednego ze swoich występów zawołał do zgromadzonej publiczności, domyślam się, głównie ludzi, którzy zapłacili za bilety, bo lubią piosenki Maleńczuka i – podobnie zresztą, jak publiczność sopocka – chcieli spędzić miły wieczór, żeby ci, którzy głosowali na PiS „wypierdalali”.
Nie wiem, ilu z tych, którzy lubią Maleńczuka, jako artystę – ja na przykład bardzo lubię – akurat na sali było i nie wiem też, czy Maleńczuk planował tym osobom, które wyprosił z sali zwrócić za bilety. Myślę jednak, że ani Szymon Majewski, ani Maciej Maleńczuk w ogóle nie patrzą na ten problem, jako na problem. Oni, reprezentując wyłącznie swoje osobiste emocje – bo nawet niekoniecznie emocje cudze – je sobie swobodnie wyrażają, raz dlatego, że im wolno, a dwa, że im wolno szczególnie. Dlaczego im wolno szczególnie? Dlatego mianowicie, że oni tymi swoimi emocjami wyrażają nadzieje i pragnienia tej części społeczeństwa, która wypełnia całą popularną domenę i dla której to wszystko, co w kulturze popularnej się dzieje, dzieje się właśnie dla nich. I tam nie ma miejsca ani dla mnie, ani dla Piotra Strzembosza, ani dla Maryli, ani dla Pawła Milcarka, czy Jana Pospieszalskiego, ani dla wielu, wielu innych osób, którzy po prostu mają zniknąć.
I teraz, proszę mi pozwolić, że określę stan tej rozgrywki, a przy okazji spróbuję przestawić faktycznego - a nie urojonego - wroga. Z jednej strony jest Szymon Majewski, a z drugiej Jacek Kurski. Z jednej Jarosław Sellin, a z drugiej Stefan Niesiołowski. Z jednej Maciej Maleńczuk – z drugiej jestem ja. Niestety mam jeszcze jedną parę. Z jednej strony jest Jarosław Kaczyński, a po przeciwnej stronie Marek Jurek. Dlaczego ta ostatnia potyczka martwi mnie szczególnie? Dlatego, że – i proszę się na mnie nie gniewać – jestem pełen obaw, że doprowadził do niej Marek Jurek w głębokim przekonaniu, że tak mu rozkazał Duch.

Z TVN-em i z Duchem Świętym do lepszej Polski!

Kiedy w kwietniu jeszcze 2007 roku, Marek Jurek, w odruchu szczerego patriotyzmu i niezwyciężonej wiary, wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości i opuścił fotel marszałka Sejmu, natychmiast, z Arturem Zawiszą, Marianem Piłką i jeszcze paroma wybitnymi Polakami, założył nowe ugrupowanie prawicowe. Zrobił to oczywiście tylko po to, by jego gest nie poszedł na marne, żeby za gestem poszedł czyn i żeby wszyscy zainteresowani, a zwłaszcza ludzie marnego ducha, gdzie droga, gdzie prawda i gdzie duch.
Rozbity tym kompletnie bezsensownym aktem wandalizmu i zniszczenia, napisałem do Dziennika króciutki list, który zatytułowałem Głupstwo w imię Ducha Świętego, a który redaktorzy postanowili opublikować. Oto te kilka smutnych słów z kwietnia zeszłego roku:
"Chciałbym podzielić się wspomnieniem, jak po nieudanej pierwszej kadencji prezydenta Wałęsy, pragmatyczni politycy chcieli wystawić kandydaturę prof. Adama Strzembosza, by ten powstrzymał Kwaśniewskiego. Strzembosz był kandydatem idealnym. Miał duże poparcie, był lubiany i szanowany przez wiele środowisk i gdyby kampania przebiegała bez histerii ze strony patrzących na świat ‘z niebiesiech’ naszych specjalistów od Pana Boga, Kwaśniewski nie zostałby prezydentem, a Polska byłaby dziś może inna. Niestety politycy z ZChN i okolic, natychmiast wysunęli kandydaturę generała Wileckiego (sic!), później Hanny Gronkiewicz Waltz, a w międzyczasie kilku kolejnych przedziwnych postaci, które nad Strzemboszem miały tę przewagę, że podobno były bardziej pobożne, patriotyczne, czy polskie. Z całej pracy wyszło tyle, że prof. Strzemboszowi spadło poparcie i obraził się na Kaczyńskich, Wilecki odmówił, Gronkiewicz poparła Wałęsę, Wałęsa przegrał z komunistą. W tamtym czasie, po raz pierwszy ujrzałem tak wyraźnie, jak w imię Ducha Świętego można popełnić tak okropne głupstwo. Ostatnie dni pokazały ten ponury mechanizm równie mocno i równie bezwzględnie".
Zarówno sam problem, z którym musieliśmy się przecież parę razy w naszej wspólnej historii zmierzyć, jak niejednokrotnie bardzo przykre konsekwencje opisanego przez mnie procederu, sprawiają, że oczywiście się powtarzam. Pisałem o tym ponad rok temu do Dziennika, wspominałem o tym już tu, w tym roku, w naszym Salonie i znów się – jakby to niektórzy pewnie określili – głupio podniecam. Na ale, jak tu się nie emocjonować, skoro wystarczy odrobinę otworzyć oczy i nastawić troszeczkę uszy, żeby nie przegapić ani jednego dnia dudniącego echem tych pełnych rozmodlenia czynów i słów sprzed lat.
Dopiero co, po raz kolejny w ciągu paru ostatnich miesięcy, mieliśmy okazję się rumienić ze wstydu, będąc świadkami tej żenady pod tytułem Bolesław mówi, i przyglądając się bezradnie, jak najgorsze szumowiny bezlitośnie wykorzystują kompletny psychiczny upadek, było nie było, ale jednak bohatera naszej wspólnej historii. Widzimy te najbardziej obrzydliwe zabiegi wokół totalnie już odjechanego Lecha Wałęsy, mające jeden jedyny cel - zniszczyć do samego już końca wszelką nadzieję na odrodzenie tego, co zwiemy popularnie duchem narodu, i wiemy aż za dobrze, że ta porażka ma wyjątkowo wielu ojców.
Ale przecież nie chodzi tu tylko o Lecha Wałęsę. Wczoraj w Rzeczpospolitej dwa teksty zajmujące niemal całą jedną stronę, teksty w pewnym sensie niezwykłe. Pierwszy z nich opisuje kwestię związaną z faktem, że, jak się okazuje, część opinii publicznej ma dylemat pod tytułem „Kto zyskał na bojkocie TVN”. Jakby ktoś, najsłuszniej zresztą, zapomniał, o co chodzi, przypominam, że politycy PiS-u w ramach odruchu protestu wciąż nie przychodzą do studia TVN i TVN24 i zdaje się, że niektórym ta sytuacja jest wybitnie nie w smak. Rzeczpospolita informuje jednak, że tylko niektórym. Bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy są – a jakże by inaczej – Artur Zawisza i Marek Jurek. To oni podobno zyskali najbardziej na tym, że TVN tak długo niszczył ich byłych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości, że ci w końcu nie wytrzymali i postanowili się na TVN wypiąć.
Mówi Artur Zawisza: „Dostaliśmy prezent od losu, a może od Jarosława Kaczyńskiego”. O jaki prezent chodzi Zawiszy? Otóż telewizja rodziny Walterów, od czasu, jak do jej studia przestali przychodzić politycy PiS-u, wpadła w bardzo ciężki kłopot z powodu tzw. braku parytetu. Poważny kanał informacyjny, pozbawiony nagle całego politycznego skrzydła, przestaje być kanałem poważnym, a staje się zwykłym, nudnym, propagandowym śmietnikiem. Jaki jest sens dla człowieka w przeciętny sposób interesującego się życiem politycznym naszego kraju, gapić się w dzień w dzień na tępe potyczki między ministrem Schetyną, a przewodniczącym Napieralskim? Doskonale to wiedzieli przywódcy PiS-u, podejmując decyzję o bojkocie. Wiedzieli, że bez przedstawicieli tej części opinii publicznej, które reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, TVN może po prostu zacząć wyłącznie puszczać powtórki. Oczywiście, przy znanym poziomie nieobiektywizmu i agresji dziennikarzy i przyjaciół TVN-u, nawet gdyby w ich programach występowali tylko Jacek Kurski na zmianę ze Zbigniewem Ziobro, główna strategia stacji i tak nie uległaby zmianie ani na jotę. Niemniej bez pewnego zachowania pozorów, nawet tak wyrafinowana maszyna propagandowa, jaką jest TVN, musiałaby się w końcu zatrzeć i całe te pieniądze, tak pieczołowicie zbierane przez ostatnie lata, mogłyby bez tych właśnie pozorów pójść mocno na marne. Chyba jednak nie byli liderzy PiS-u na tyle przenikliwi, żeby pamiętać o istnieniu tej zawsze czujnej grupy, zawsze gotowej do działania na rzecz Narodu i jego zdrajców.
Bo w tym samym właśnie momencie, kiedy PiS ogłosił bojkot, na pomoc panu Pieczyńskiemu, Wejchertowi i spółce przybiegli najlepsi z najlepszych, czyli byli posłowie Zawisza i Jurek. Zrobili to dla siebie? Ależ skąd! Oni wszystko, co robią, robią dla Boga i Ojczyzny. Przecież nie jest tak, że Zawisza z Jurkiem, kiedy pomagają TVN-owi złamać bojkot zorganizowany przeciwko kłamstwu i zdradzie, sami kłamią i w jakikolwiek sposób występują przeciwko swoim odwiecznym ideałom. Przecież nie jest tak, że oni nagle znależli się w sytuacji tzw. łamistrajków. Jakże tak! Ależ nigdy! Oni tylko skorzystali z okazji, żeby dorzucić swoje trzy grosiki na rzecz uciemiężonej Ojczyzny.
Każde słowo, jakie tych dwóch zacnych mężów, wypowiada, co drugi dzień na zmianę, do uszka któregoś z dziennikarzy TVN-u, to najszczersze słowa wiary, nadziei i miłości. No a poza tym Zawisza z Jurkiem grają. Oni grają tak, jak najlepsi synowie tej ziemi grali przed laty ze Służba Bezpieczeństwa. Oni rozgrywają Wejcherta tak, jak kiedyś rozgrywał Kiszczaka Adam Michnik, a Jaruzelskiego nieoceniony pan Bolesław. Oni są jak przyczajone tygrysy, ukryte smoki i jak cała Świątynia Szaolin. Oni pojawiają się w studio TVN24 i zaczyna się historyczny stare-out competition. A zwycięzca będzie tylko jeden – ten, który idzie w imię Naszego Pana.
Artur Zawisza wyjaśnia ten konflikt między prawdą, a kłamstwem tak, jak tylko on potrafi. W swojej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej podkreśla, że właściwie bojkot jest usprawiedliwiony i PiS faktycznie miał powody, żeby się obrazić na stację Walterów. Jednak zaznacza jednocześnie, że Kaczory są przy tym, w tym swoim proteście, bardzo zakłamani, bo „gdyby PiS na serio traktował swoje zastrzeżenia, to jego członkowie nigdy by się nie pokazywali w tej telewizji”. Co innego sam Zawisza. Ten się – owszem - pokazuje nieustannie. No ale on przecież tam się wcale nie pchał. On się o miejsce w studio nie prosił. On tylko skorzystał z okazji. Na a poza tym, każdy dobrze wie, że on akurat ma tylko jeden cel – ochronę życia poczętego. Gdyby Zawisza mógł wybierać tematy swoich pogadanek w wieczornych programach w TVN24, on by mówił wyłącznie o aborcji, a to przecież nie jego wina, że właściciele TVN-u to tacy sami bezbożnicy, jak Gosiewski z Kuchcińskim.
Dobry człowiek ten Artur Zawisza. Dobry jak Marek Jurek, jak Marian Piłka i jak... no ten, jak mu tam... no Wojtyła... Karol.. Natomiast żaden z nich na pewno nie jest tak dobry i tak mądry, jak Jerzy R. Nowak, któremu Rzepa oddaje znaczną część tej wczorajszej strony. No ale Nowak to nie byle kto. To nie zwykły polityk. To jedyny, prawdziwy, pełny strateg. To prawdziwy przywódca, to nasze wybawienie, to ostateczne rozwiązanie. To ostatnia ucieczka tego znękanego narodu. On do TVN-u nie chodzi. Na razie nie musi. On ma od tego swoich rycerzy. Sam czeka w odwodzie. Ale już wypowiedział pierwsze ostrzeżenie. Jeśli PiS się nie opamięta – to koniec z poparciem, koniec z miłosierdziem. Ruch Przełomu Narodowego już pali ogniska. A potem, jako sygnał do natarcia i ostatecznego zwycięstwa, wizyta Jerzego Roberta Nowaka u Moniki Olejnik. Albo... co tam u Olejnik! Niedługo wrzesień; wraca Kuba Wojewódzki. Będzie można walnąć z grubej rury.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Ostatnie wejście pana Bolesława

Nie wiem na ile jest to kwestia przypadku, ale wraz z naszymi dziesięcioma medalistami, plus pijany działacz, plus minister Drzewiecki, wczoraj w telewizorach pokazała się Monika Olejnik z Lechem Wałęsą, a jeszcze wcześniej, w niedzielne przedpołudnie red. Wroński z red. Zarembą. Mało tego. Tydzień zaczął się do tego stopnia burzliwie, że znów wszyscy mieliśmy marną przyjemność oglądać twarz niejakiego dr G. Może nie w ujęciach najnowszych, bo zdaje się pan doktor ponownie bardzo zajęty przy pacjentach, ale zdjęcia i filmy archiwalne jakoś nie pogniły, więc efekt wciąż piorunujący. Tyle z tego radości, że teraz już nie tylko Lech Kaczyński musi decyzją naszych super-sędziów przepraszać Wachowskiego, ale teraz kolejną już swołocz będzie przepraszał min. Ziobro, a wszyscy wiemy, że we dwójkę zawsze raźniej. Wszystko to świadczy o tym, że wraz z igrzyskami chyba też się już ostatecznie zakończyły wakacje i trzeba chyba nam będzie się zacząć na nowo przyzwyczajać do tego wszystkiego, co tak nam codziennie dokucza, a co jest w tak idealny sposób symbolizowane przez choćby wspomnianego już Lech Wałęsę. Niektórzy nazywają to obłędem.
Dlaczego pierwszy dzień roku powszedniego nasze media postanowiły uczcić akurat wyciągnięciem sprzed gadu-gadu byłego prezydenta? Wydawało się, że po ukazaniu się książki Gontarczyka i Cenckiewicza, przynajmniej przez kilka dłuższych miesięcy, zdziwaczały już kompletnie Lech Wałęsa nie będzie szczególnie eksploatowana. No bo oczywiście ja na przykład bym się nad nim chętnie poznęcał, ale jaki interes w kompromitowaniu Wałęsy ma zaprzyjaźnione z nim towarzystwo z TVN-u? Stało się jednak tak, że IPN opublikował pierwszą część listy osób prześladowanych przez komunę i – o zgrozo – na liście zabrakło, jak to pięknie w swoim czasie określili Mazurek z Zalewskim, pana Bolesława. TVN uznał to w sumie kompletnie nieistotne wydarzenie za newsa i postanowił przeprowadzić kolejną akcję mitologizacji pana B. I znów – w końcu na Wałęsę posypało się już tak dużo niezwykle przykrych oskarżeń ze strony właśnie IPN-u, że można było mu tę lukę po prostu darować. TVN nie darował, a jakby tego było mało, wypuścił na biednego Lecha wyposzczoną i wygłodniałą red. Olejnik.
Efektów jednak nie przewidziała ani telewizja, ani jej wybitna dziennikarka, ani skołowani widzowie, ani – być może – nawet sam nasz bohater. Jak kto nie widział i nie słyszał tego, co się wczoraj w telewizji TVN24 wieczorem wyprawiało, niech żałuje, a jak sobie życzy, niech poszuka na youtubie. Mam wrażenie, ze to akurat wydanie programu Moniki Olejnik będzie tam hitem co najmniej przez najbliższy tydzień. Dlaczego? Czy ze względu na to, co mówił Lech Wałęsa? Ze względu na jego wyborne żarty, albo może przez jeszcze bardziej wyborne wybuchy złośliwości? Czy może chodzi o jego wypowiedź, że nie ma przyjaciół, bo jego format jest zbyt potężny, bu gdziekolwiek, ktokolwiek mógł mu być przyjacielem? Czy hitowym fragmentem jego paplaniny był ten kawałek o tym, że jego przeciwnicy to antysemici? A może sądzicie, moi mili, że pan B. tak bardzo zasłużył się dla najnowszej historii polskiego wariactwa, że oskarżył arcybiskupa Nycza o współpracę z komunistycznymi służbami? Nic z tego. Ci, którzy Wałęsę znają choć troszeczkę, wiedzą, że tej główce już się nic nowego nie przydarzy i że, nawet jeśli poszczególne słowa dzisiejszego Wałęsy zawsze mają tę szczególną, z niczym nie porównywalną moc, to jedyne, co może się stać faktycznie podziać nowego, to tylko tyle, że tych, którzy sądzą, że były prezydent jest chory, zdziwi jego żwawość, a ci, którzy myśleli, że Wałęsa jest zdrowy jak Tusk, zobaczą, że Pan Prezydent coś jakby ostatnio słabo przytomny.
Powód, dla którego warto było popatrzeć na wczorajszą Kropkę na i, to sama Monika Olejnik. Uważam, że nie ma ceny, jakiej nie warto by było zapłacić za to by na twarzy Moniki Olejnik zobaczyć wyraz najprawdziwszego osłupienia. Znamy red. Olejnik dobrze, czasem aż zbyt dobrze, i wiemy co potrafi ona robić ze swoją twarzą. Znamy jej autentyczną wściekłość, mniej autentyczne oburzenie, kompletnie nieautentyczną uprzejmość. Znamy jej buciki, jej usteczka i jej oczka tak dokładnie, że cóż nam trzeba więcej? Jednak zobaczyć Monikę Olejnik w stanie najbardziej autentycznego porażenia, nie dlatego, że ktoś jej szepnął do słuchawki: „Pani Moniko – prosimy o porażenie”, ale dlatego, że pani Monika odpadła faktycznie, i to nie raz, czy dwa, czy trzy razy w ciągu 25 minut, ale praktycznie przez cały ten czas, to prawdziwa przyjemność i absolutnie wyjątkowy fakt historyczny.
Teraz, kiedy program się już dawno skończył i kiedy pierwszy szok w polskich domach już minął, zastanawiam się już zupełnie na spokojnie, z jakimi oczekiwaniami, czy nadziejami zasiadała Monika Olejnik do rozmowy z Lechem Wałęsą. Czego się spodziewała? Czy myślała, że Wałęsa powie coś nowego, czy może raczej liczyła na to, że uda się jej Wałęsę sprowokować do jakiegoś bardzo szczególnego wybuchu wściekłości? A może wierzyła, że po wakacjach Lech Wałęsa przyjdzie odświeżony i zrelaksowany i tak sobie spokojnie pogadają, żeby sobie telewidzowie pomyśleli, że ten nasz Lech to jednak super gość. Jakiś plan sama pani Monika i jej medialni mocodawcy musieli jednak mieć, o czym świadczy cały wczorajszy układ newsów, cały ton tefauemnowskich komentarzy, cała ta typowo kretyńska akcja propagandowa, którą wczoraj Brygida Grysiak i jej koledzy z uporem lepszej sprawy od rana prowadzili, narażając swoich wiernych fanów na tak zwany ciężki dysonans poznawczy. IPN opublikował swoją listę. Mistrzowie świata w rzucaniu schorowaną głową Lecha Wałęsy do tarczy, natychmiast ruszyli do swoich specjalnych zajęć, a tu tymczasem sam Pan Prezydent wyciął im psikusa, z którym nijak nie było już co zrobić i który już musiał pozostać, jak klasyczna medialna wtopa.
Więc po co TVN-owi było zapraszać Wałęsę? Nie można było wziąć jakiegoś Borowczaka, albo Henryka Wujca, czy nawet Jaruzelskiego przez telefon? Wstydu by nie było, a znaczna część publiczności mogłaby dalej z czystym sumieniem uważać Lecha Wałęsę za swojego bohatera. A tak wszystko w ciągu głupiej pół godzinki szlag trafił.
Teraz jednak to już jest zupełnie bez znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście urzec nas miał szczerze wyrelaksowany wizerunek pana B. Ponieważ Wałęsa – owszem – wyglądał na bardzo wypoczętego. Tyle że mniej więcej na tak wypoczętego, jak wypoczęty może się wydawać człowiek, któremu w szpitalu po kolejnym, bardzo już szczególnym, ataku szału, podano potrójną dawkę środków uspokajających na zmianę z rozweselającymi. A już niedługo, prawdopodobnie jedynym wspomnieniem po tym niezwykłym występie, oprócz oczywiście kompletnie rozbitej twarzy Moniki Olejnik w serwisach youtubie, będą te tysiące walających się znaczków z wąsatą głową, które Gazeta Wyborcza postanowiła wypuścić, by dać zarobić swojemu, od pewnego czasu, kumplowi - Jackowi Fedorowiczowi.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Statek o nazwie 'Cywilizacja', czyli witamy w Biurze Obslugi Klienta

Ostatnie dni mojego pobytu na wsi, w pewnym sensie stały pod znakiem zepsutej komórki. Musicie wiedzieć, że mam bardzo czadową komórkę, Sony Ericsson 850i, dzięki której, jak trzeba, mogę wchodzić do Internetu, czytać Wasze komentarze, odpisywać na nie, a nawet napisać jakiś krótszy tekst. Niestety, moja wypasiona komórka ma to do siebie, że się nieustannie psuje. Od stycznia, jak ją kupiłem, zepsuła się trzy razy, za każdym razem inaczej, dostarczając mi przy tym tyle najróżniejszych doznań, że trudno je tu opisać. Ponieważ kupiłem ją w salonie Orange, za każdym razem, jak mi nawali, zgłaszam się najpierw do specjalnego urządzenia, które wyda mi odpowiedni bilecik z moim numerkiem w kolejce, następnie siadam w krzesełku i czekam, aż dziewczyna lub chłopak, którzy pracują w obsłudze klienta firmy Orange sprzedadzą kolejny abonament i będą mogli przyjąć moją komórkę do tzw. naprawy serwisowej.
Nikomu z Was, którzy korzystali z jakiegokolwiek punktu tzw. obsługi klienta, gdziekolwiek i kiedykolwiek, nie muszę przypominać, na czym ‘obsługa klienta’ polega. Jest to zwykle chłopak lub dziewczyna siedzący przed ekranem komputera z podstawowym przygotowaniem do znalezienia najbardziej podstawowych informacji i wykonania najbardziej podstawowych czynności, w ramach tego, co na ekranie zdołają wyklikać. Jak mówię, nie ma znaczenia, gdzie dana ‘obsługa klienta’ się znajduje i jaką wielką współczesną firmę reprezentuje. Kompetencja osoby obsługującej jest zawsze taka sama i sprowadza się do szybkiego stukania w klawiaturę i rozpoznawania podstawowych informacji na monitorze. Oddaję więc moją psującą się notorycznie komórkę do naprawy i jedyne, co mogę uzyskać ponad zwyczajową wymianę zdań na temat, jaki to fajny telefonik i jaka szkoda, że tak często się psuje, to ‘potwierdzenie zdania sprzętu’.
Ponieważ przy okazji mojej pierwszej naprawy otrzymałem piękną wizytówkę Sonego Ericssona z numerem telefonu do – a jakże – biura obsługi klienta, postanowiłem zadzwonić do jaskini lwa i dowiedzieć się czegoś na temat taki mianowicie, ile razy musi być telefon zepsuty, żebym mógł dostać nowy i dlaczego specjaliści od naprawiania zepsutych komórek nie potrafią ich naprawiać. Niestety, jak już zgadliście zapewne, miła pani powiedziała mi, że, o ile ona się orientuje, to ograniczeń nie ma, a co się dzieje u mechaników, to ona nie wie.
W zeszłym roku, tak około stycznia, zadzwoniła do mnie pani z Telekomunikacji i zaproponowała usługę o nazwie Videostrada TP. Głupi, się zgodziłem. Poszedłem do Telepunktu w moim mieście, odebrałem dekoder, zadzwoniłem do tzw. Działu Obsługi Technicznej Neostrady TP i przy pomocy miłego chłopaka, po godzinnych staraniach, odpowiednio skonfigurowaliśmy modem, ja się pięknie zalogowałem, zobaczyłem, że oferta tepsy jest wyjątkowo nędzna, po kilku dniach odłączyłem dekoder, schowałem go do szafy i zapomniałem o sprawie. W lutym tego roku otrzymałem od tepsy rachunek na 1150 złotych z informacją, że mam im dać te pieniądze, bo rok temu nie zalogowałem się do usługi Videostrada TP. Zadzwoniłem do Obsługi Technicznej Neostrady i spytałem, co się k… dzieje. Chłopak będący na dyżurze sprawdził system i powiedział, że logowanie jest okay i żebym zadzwonił do Błękitnej Linii i złożył reklamacje, powołując się na niego. Zadzwoniłem, złożyłem skargę, a po tygodniu otrzymałem pismo, że logowania nie było i mam płacić, a jak nie chcę, to do sądu. Zadzwoniłem do Obsługi Technicznej raz jeszcze i inny tym razem pracownik Telekomunikacji Polskiej SA, poinformował mnie, że, owszem, on widzi, że kolega logowanie potwierdził, ale dziś on już nic nie widzi i, Bóg mu świadkiem, nie wie dlaczego.
Przez następne miesiące wymieniałem korespondencję z tepsą, gdzie ja mówiłem swoje, a oni swoje, gdy w pewnym momencie zadzwonił do mnie ktoś z Telekomunikacji i powiedział, że logowanie było, ale nieskuteczne, więc jeśli oddam dekoder, to będę miał do zapłacenia tylko 1150 zł, a nie 1800.
Ja nie żartuję. Wszystko, co tu pisze, jest jak najbardziej serio. Obecnie mam wyłączony Internet i telefon i pisząc ten tekst na laptopie mojej żony, czekam na dalszy rozwój wypadków.
Pamiętam, jak bardzo dawno temu, jeszcze za starej gierkowej komuny, nie dostałem się na studia i poszedłem do pracy sprzedawać telewizory w domu towarowym o pięknej nazwie Zenit w moim mieście. Może niektórzy mi nie uwierzą, ale były to takie czasy, że niemal wszystko, co sprzedawaliśmy, było albo zepsute od razu, albo po kilku dniach. W związku z tym, że tak strasznie dużo telewizorów było zepsutych i nie było już miejsca, żeby je składować, a nie można tez było nadążyć z wysyłaniem sprzętu do Warszawy, kierownictwo Zenitu podjęło decyzję, żeby usunąć dekoracje z całego piętra i składać zepsute telewizory na środku tzw. sali sprzedażowej, gdzie dwóch umyślnych mechaników z Unitry (jakby ktoś nie wiedział, była to komunistyczna fabryka telewizorów) będzie je na bieżąco naprawiać i wystawiać do sprzedaży z pieczątką ‘naprawa przedsprzedażowa’.
Tak to kiedyś było, a dziś, jak wszyscy wiemy tak już nie jest. Siedzę sobie więc przy tym laptopie mojej żony i myślę, że całe szczęście, że w latach siedemdziesiątych nie było w Polsce komputerów, Biur Obsługi Klienta i numerów telefonów zaczynających się od liczby 801. Gdyby bowiem w tamtych nieszczęsnych czasach nie było tych dwóch mechaników, którzy naprawiali w katowickim Zenicie telewizory, ale za to z Unitrą można by się było kontaktować tylko przez numer 801 1111 na przykład, to na rynku telewizorów nastąpiłby faktyczny koniec świata. A tak, dzięki temu, że w tym całym syfie można było znaleźć człowieka, wszystko wprawdzie od czasu do czasu nawalało, ale też wszystko, od czasu do czasu można było naprawić. A nawet jeśli nie, to przynajmniej było z kim pogadać i ponarzekać na komunę, ryzykując od czasu do czasu pałą po plecach od milicjanta.
Dziś już za narzekanie, od policjanta, ani od nikogo nie dostaniemy nawet kopa w dupę, z tej prostej przyczyny, że zarówno system, jak i to wszystko, co system stworzył ma nas własnie prezyzyjnie w tej wspomnianej już dupie.
Powie mi ktoś, że jestem demagogiem, bo nie ma absolutnie porównania między komunistyczną nędzą, a dzisiejszym rozwojem, postępem i nowoczesnością. Może i tak. Może jestem już starym dziadem, który żyje sentymentami. Jednak proszę mi powiedzieć, o co chodzi w powiedzeniu, "zamienił stryjek siekierką na kijek” i proszę mi powiedzieć, czy przypadkiem kijkiem nie jest to, co wielu by sobie nawet nie wyobrażało? Proszę mi bowiem powiedzieć, jaki jest pożytek z czasów, w których tak naprawdę, kiedy jakakolwiek zagraniczna firma wykupuje polską tradycyjną tepsę, czy Wizję TV, czy Ideę, czy polską energetykę, czy cokolwiek innego, pierwsze co robi, to uruchamia fikcyjne, kompletnie niewydajne, Biuro Obsługi Klienta i absolutnie nie-fikcyjny, w pełni sprofesjonalizowany dział windykacyjny? Jaki jest pożytek z czasów, gdzie, wszystko na to wskazuje, już niedługo dojdzie do pełnej, praktycznej realizacji, wizji Franza Kafki z Procesu, czy z Brazil Gilliama, tyle że tak zwane papiery nie będą wyskakiwały z biurek, ale będą z dyskretnym szmerkiem wypływały z drukarek i kserokopiarek?
No i z jeszcze jedną różnicą. Jeśli spotkamy w tym wszystkim gdzieś jakiegoś człowieka, nawet jeśli będzie równie mądry, czy miły, jak my, to system na sto procent zadba o to, by tych swoich dobrych cech nie mógł ani na moment ujawnić.

wtorek, 19 sierpnia 2008

Kilka uwag o wpływie komputerów na mózg człowieka

Kupiłem 'Newsweeka'. Na dodatek, zrobiłem to po raz drugi z rzędu. Pierwszy raz przed tygodniem, ze względu na wywiad z min. Waszczykowskim, a dziś, ponieważ sądziłem, że w środku znajdę rozmowę z prof. Wieczorkiewiczem, która w niedzielę zdominowała doniesienia Onetu.
Wprawdzie, jak się okazało, 'Newsweek' był odważny aż na tyle, by z Wieczorkiewiczem porozmawiać, ale tylko na tyle, by go ograniczyć do ram sieci, za to zamiast Wieczorkiewicza puścił rozmowę z Prezydentem.
Wywiad jest zapowiadany już na okładce, pięknym kolorowym zdjęciem Lecha Kaczyńskiego i dużym tytułem „Z Rosją trzeba ostro”. Przyznam, że początkowo myślałem, że redakcja 'Newsweeka' popełniła błąd. Nie ma bowiem takiej możliwości, żeby prezydent Kaczyński zasugerował, że z Rosją trzeba ostro. Natomiast ponieważ na tej samej okładce, tyle że w innym miejscu stoi informacja, że „Internet nas ogłupia”, sądziłem, że raczej to jest właściwy tytuł rozmowy z Prezydentem.
Wyszło jednak na to, że wszystko jest na swoim miejscu. Informacja, że Prezydent zasugerował, iż z Rosją trzeba ostro, okazała się tradycyjną, bezczelną newsweekową manipulacją słowami Prezydenta, że w stosunku do Rosji należy używać ostrego języka, natomiast, jeśli idzie o Internet, który ogłupia, sprawa pokazała się jeszcze ciekawsza.
Wszyscy pamiętamy, jak jeszcze przed paroma miesiącami Jarosław Kaczyński został nieomal ukrzyżowany przez to szemrane towarzystwo tak dzielnie reprezentowane również przez redakcję 'Newsweeka' za to tylko, że wyraził opinię, iż Internet jest jednak na tyle mało poważnym medium, że nie wypada go używać przy okazji wydarzenia tak doniosłego, jak akt wyborczy.
Wszyscy pamiętamy ten tygodniowy popis szyderstwa i nienawiści, tę akcję roznieconą wśród klienteli Onetu pod tytułem: 'Prześlij swoje zdjęcie', wszyscy wreszcie pamiętamy, jak po tygodniu histerii, Jarosław Kaczyński musiał przepraszać rozdygotaną z oburzenia masę za jedno zdanie z trzystronicowego wywiadu.
Dziś, możemy się tylko domyślać, co by to się działo, gdyby Jarosław Kaczyński zechciał wtedy zauważyć, że na przykład: „Internet sprawia, że jesteśmy mniej inteligentni”, albo że u miłośników Internetu „można zaobserwować trwałe zmiany w mózgu”. To byśmy dopiero mieli fajerwerki! Wyobraźni jednak mi nie starcza, żeby je tu w miarę barwnie opisać.
No ale Kaczyński to nie pracownicy grupy Axela Springera. Kaczyńscy, jak wiemy to głupie kartofle, a nie wysocy blondyni, panowie o wysokich czołach i pięknych nordyckich profilach. Jak się wygląda, to gadać można, a jak się nie wygląda, to trzeba siedzieć cicho i czekać na instrukcje.
Co za ohyda! Co za dół!
Kupiłem jednak 'Newsweeka', żeby przeczytać wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim. I oto druga już z kolei wypowiedź Prezydenta, obszerna, piękna, wielka wypowiedź na aktualne tematy. Już w sobotę w Rzeczpospolitej prezydent Kaczyński pokazał wszystkim, na czym polega przywództwo i co znaczy być mężem stanu. Już wtedy pokazał się, jako człowiek inteligentny, odważny, o bardzo przemyślanej filozofii uprawiania polityki.
Dziś, w 'Newsweeku' czytam słowa człowieka, który szczęśliwie został prezydentem naszego kraju po tylu ciężkich i trudnych latach, po tych trzech, poprzednich jakże fatalnych prezydenturach. Człowieka, do którego niechęć mogą już czuć chyba tylko umysły tak zatrute, że jedyny wysiłek intelektualny, na jaki ich stać, to oglądanie zdjęcia na okładce 'Newsweeka' i zastanawianie się, „ileż to centymetrów wzrostu ma to straszydło”.
Nie mam ani chęci, ani powodu omawiać samego wywiadu. Z tego choćby względu, że lepiej ode mnie uczynił to już Łukasz Warzecha w swoim wczorajszym wpisie. Lepiej, a przede wszystkim bardziej wiarygodnie. W końcu ja jestem znanym kaczystą, a Warzechę o sprzyjanie Prezydentowi mogą podejrzewać jedynie tacy analitycy sceny politycznej jak niejaki van.bc, albo herr pazifik.
A to się nie liczy.
Na sam już więc koniec zajrzę na drugą stronę tego samego wydania 'Newsweeka', gdzie w artykule redakcyjnym, pierwszy zastępca redaktora naczelnego, Wojciech Maziarski, wyjaśnia skołowanym czytelnikom swojego magazynu, jak mają rozumieć wywiad z Prezydentem. Okazuje się bowiem, że kiedy trzech dzielnych wywiadowców Axela Springera przepytuje Lecha Kaczyńskiego na tematy istotne, a on i, niekiedy jak dzieciom, tłumaczy to, co tłumaczenia nie wymaga; kiedy robią te swoje mądre miny i kiwają w zrozumieniu głowami i odmieniają na wszystkie sposoby frazę „panie Prezydencie', to wszystko jest na niby. To jest taka gra w kartofla, z której Prezydent i tak nie może wyjść zwycięsko.
ięc red. Maziarski tłumaczy wszystkim niekumatym, że nie ma się czym ekscytować, bo Prezydent to, oczywiście, pomyłka, a jego działania w sprawie Gruzji, to błąd.
Jednak nie byłoby się tu na czym skupiać, gdyby Maziarski po prostu napisał, że Kaczyński jest oczywiście złym i głupim prezydentem. W końcu tekstów na tym poziomie jest wystarczająco dużo i tu w Salonie. Powiem więcej, tu w Salonie jest dużo tekstów profesjonalnie na poziomie dużo wyższym niż pisanie Maziarskiego.
Przecież, czy to Woodya, czy Infidel, czy marek.dumle, którym owszem, na punkcie Kaczyńskich zupełnie poprzestawiało się w głowach, to oni przynajmniej piszą lepiej, niż Maziarski.
Maziarski jednak w jednym punkcie przebił wszystkich. On mianowicie – uwaga! uwaga! - napisał dla Prezydenta nowe przemówienie, które, jego zdaniem, Lech Kaczyński miał wygłosić w Tbilisi.
Ja nie żartuję. Do swojego wstępniaka, Maziarski napisał i wkleił przemówienie, które Maziarski by wygłosił, gdyby to on był prezydentem Polski.
I to już koniec. Pozostaje tylko jedno pytanie. Czyżby red. Wojciech Maziarski za dużo czau spędzał przed komputerem?

piątek, 15 sierpnia 2008

Czas patriotów - o miłości do Ojczyzny która pali jak słońce Peru

Postawa Lecha Kaczyńskiego przy okazji kryzysu gruzińskiego, wyjątkowy międzynarodowy sukces jego prezydentury, zrobił wrażenie na wszystkich, pomijając chyba już tylko umysły najbardziej zatrute nienawiścią do „kurduplowatych kaczorów". Nawet ci z komentatorów, którzy dotychczas o prezydencie Kaczyńskim mieli zdanie jak najgorsze, potrafili spojrzeć trzeźwym okiem na ten tłum, do którego przemawiał Prezydent, tłum skandujący słowo „Polska", i przyznać, że oto objawił się mąż stanu.
A ja sobie przypominam, jak jeszcze niedawno, niespełna miesiąc temu, nawet ci, co swoimi głosami Lecha Kaczyńskiego wybrali, gremialnie wycofywali swoje poparcie i stawiali go w gronie zdrajców Ojczyzny. Pamiętam, jak najwięksi polscy patrioci, kipiąc rozczarowaniem, że Prezydent okazał się zwykłym politykierem i tchórzem, odwracali się od niego, mówiąc o nim już nie „prezydent", lecz zwykły „pan". Nie krytykowali, nie prosili. Mówili: „Nigdy więcej" i odchodzili.
Napisałem tu parę na ten temat tekstów, wzywając do opamiętania.
Wszystko na nic.
Dziś znów jesteśmy tu wszyscy razem, polscy patrioci, znów dumni ze swojego prezydenta. Jak gdyby nigdy nic.
Myślę więc dziś sobie o naszym patriotyzmie. Oto, jak wygląda nasza miłość do Ojczyzny. Miłość tak gorąca, że - jeśli na szali postawimy z jednej strony tę miłość, a drugiej umiłowaną Ojczyznę - gotowa jest spalić nawet i tę Ojczyznę.
Dlaczego jestem taki niemiły? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby nasz patriotyzm miał taką siłę sprawczą, że każdy jego wybuch czyniłby cuda, i gdyby w dniu rocznicy wołyńskich mordów nasza miłość do Polski i nasz gniew na zaprzaństwo Lecha Kaczyńskiego, swoją niezwykłą mocą, doprowadziły do natychmiastowego usunięcia prezydenta nie-Polaka ze stanowiska, to nie mielibyśmy powodu dyskutować o polskim przywództwie.
A ja nie musiałbym już pisać tego tekstu.

środa, 13 sierpnia 2008

Z dziejów patriotyzmu - wesoła komedia o kartoflu rozdeptanym przez niedźwiedzia Miszę

Od momentu, gdy w telewizorze pokazali wiec z udziałem prezydentów, premierów, ministrów i entuzjastycznie przyjęte przemówienie prezydenta Kaczyńskiego, wiadomo było, że Prezydentowi, to co zrobił, nie ujdzie płazem. Prezydencki gest wobec Gruzji i jego słowa skierowane do władz w Moskwie, wywołały trzy rodzaje reakcji. Część opinii publicznej zachwyciła się tym, że Polska, przez gest Lecha Kaczyńskiego, podkreśliła swoje przywództwo w regionie i zademonstrowała coś, czego w polityce, wydawałoby się, już od dawna nie ma, czyli moralność. Część, podkreślając wartość zaprezentowanej przez polską prezydencję solidarność, wyraziła zaniepokojenie tym, że niedyplomatyczność słów Kaczyńskiego była nierozsądna i może nam zaszkodzić. Znacząca jednak część opinii publicznej, zabierająca głos przede wszystkim w prywatnych telewizjach, w prywatnych radiach i, częściowo, tu w Salonie, zareagowała na słowa prezydenta Kaczyńskiego gniewem, szyderstwem, kpinami, a – jeśli idzie o merytoryczną część tego szczególnego przekazu – informacją, streszczającą się w słowach: ‘A cóż to taka malutka Polska ma do gadania na tak wielkiej scenie’.
Pamiętam jak, jeszcze w zamierzchłych czasach pierwszych lat III RP, kiedy walka nie toczyła się między tymi, co chcą dobrze, a tymi co chcą jeszcze lepiej, lecz między ciężką agenturą sowiecką, a polskimi patriotami, i kiedy nie wiadomo było jeszcze, czy bolszewickie wojska wyjdą z Polski, czy nie, i czy Polska będzie w NATO, czy nie, a dziennik Rzeczpospolita nie był zwykłym polskim dziennikiem tylko tzw. ekspozyturą, był sobie w Rzeczpospolitej taki dziennikarz, nazwiskiem Jan Ordyński. Któregoś wieczoru, w późnowieczornej radiowej audycji w Trójce, gdzie, po zwyczajnych informacjach, dyskutowano bieżące sprawy, red. Ordyński wykpił wszelkie pomysły związane z ideą Polski silnej i bezpiecznej, tłumacząc, że Polska to jest takie nic, że trzeba być głupkiem, żeby w ogóle zajmować się sprawami polskiej obronności. Mówił Ordyński Jan w polskim radio, że wielka Rosja zetrze Polskę w pył zanim Polska zdąży wyszeptać słowo. Mówił dziennikarz Ordyński, że gadanie o obronności, o NATO, w sytuacji czegoś takiego, jak Polska, świadczy wyłącznie o Polski tej kompleksach.
Pamiętam red. Jana Ordyńskiego do dziś. Ordyńskiego już nie ma. Odszedł z domeny publicznej, tak jak wielu innych ludzi o tego typu autoramencie, pewnie do jakiejś spółki, albo wszystko jedno gdzie. Jednak myśl Ordyńskiego pozostała. Obudziła się dziś w Salonie. Na stronie głównej, ukazał się wpis jednej pani Kalinowskiej zatytułowany „Gryzienie sztuczną szczęką w dupę rosyjskiego niedźwiedzia”. Przyznaję, że nie przeczytałem całego tekstu pani K. Pozostałem przy tytule, z dwóch względów – po pierwsze znam emocje, jakie ta przedziwna osoba demonstruje od czasu, gdy okazało się, że nie jest aż tak łatwo wsadzić Kaczorów do paki, a po drugie, bałem się, że dalej będzie równie źle, jeśli nie gorzej.
Zatrzymałem się na tytule, ale tytuł w zupełności wystarczy. Oto beczka śmiechu! Kartofel z gebisem, naprzeciwko wielkiego, pięknego, szlachetnego niedźwiedzia. Oto Polska w wydaniu Lecha Kaczyńskiego! Kartofel wobec tradycji, historycznej godności, no a przede wszystkim – militarnej potęgi. Pani K. ogląda wystąpienie Lecha Kaczyńskiego na placu w Tbilisi, przed wielotysięcznym tłumem Gruzinów, którzy poczuli powiew wolności, płynący między innymi z Polski, i ma ubaw po pachy. Patrzy na Lecha Kaczyńskiego, jak przemawia do wlepiających w niego wzrok tysięcy Gruzinów, krzyczących: „Polska, Polska, Polska”, i aż się dusi ze śmiechu na stworzoną przez siebie wizję. Oto komedia sama w sobie, czyli Lech Kaczyński ze sztuczną szczęką.
Niby nic nowego. Mieliśmy jeszcze stosunkowo hecę na sto fajerek w postaci Prezydenta z ciężką chorobą psychiczną, który biega co chwilę do ubikacji. Ale wyobraźnia czarnych umysłów nie zna granic. Więc bawmy się wesoło, tym razem już jednak nie na poziomie zwykłej prywatności. Teraz do naszych jajcarskich zagrywek można zaprosić Rosję. Próbuje prezydent Kaczyński tą swoją sztuczną szczęką, która mu się przewala w tej głupiej kartoflanej gębie, „gryźć w dupę niedźwiedzia”, a na to ten rosyjski niedźwiedź, jednym uderzeniem swojej boskiej łapy rozgniata kartofla na miazgę. Pięknie! Nie potrafiła Pitera, możemy się zwrócić o pomoc szczebelek wyżej.
Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby na zabiegi gabinetu Donalda Tuska, zmierzające do uzyskania jak najlepszej pozycji negocjacyjnej w sprawie tarczy, któraś z osób niesprzyjających Premierowi, napisała tu w Salonie tekst pt. Gryzienie sztuczną szczęką amerykańskiego orła. Więc tego się wyobrazić nie da. Z jednego prostego powodu. Otóż ten rodzaj zidiocenia nie jest aż tak powszechny. W pewnych środowiskach, istnieje coś takiego, jak poczucie honoru i poczucie wstydu. Jedni rozumieją, o czym piszę inni nie. Ja jednak piszę tylko do jednej z tych grup.

wtorek, 12 sierpnia 2008

Kogo podkarmia Wojciech Sadurski?

W tygodniku Newsweek, wywiad z Witoldem Waszczykowskim, wiceministrem u Sikorskiego, odpowiedzialnym za negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej. O rozmowie Newsweeka dowiedziałem się tu w Salonie od Igora Janke, a ponieważ sprawa, już na pierwszy rzut oka, wyglądała na, jak to zresztą określił sam pan Igor, "wstrząsającą", kupiłem sobie ten wywiad za 4,50.
Informacje podane przez Waszczykowskiego są do tego stopnia powalające, że komentarzu odredakcyjnym, Newsweek czuł się w obowiązku zaznaczyć, że "Waszczykowski z trudem ukrywa frustrację". I słusznie. Gdyby miało się okazać, że on nie mówi tego co mówi w związku ze swoją frustracją, tylko z tego powodu, że pewne rzeczy powiedzieć było trzeba, to mielibyśmy tzw. wtopę. Teraz też wprawdzie mamy wtopę, tyle że przyprószoną frustracją.
Ponieważ Igor Janke, snując swoje refleksje na temat wywiadu, pożalił się bardzo, że fakty ujawnione przez Waszczykiewicza fatalnie recenzują całą prawą stronę polskiej sceny politycznej. Pisze pan Igor tak:
"To, co ujawnił Waszczykowski, jeśli jest prawdą, fatalnie świadczy o rządzie. I choć obraz prezydenta w tej całej historii też nie jest niestety budujący, to były już wiceminister przede wszystkim bardzo poważnie oskarżył ekipę Donalda Tuska. Smutne to, co z tego wynika.
Polska centroprawica jest jak z Wyspiańskiego. Miałeś chamie złoty róg..."
Już w komentarzach na blogu red. Janke, znaleźć możemy cale mnóstwo skarg i żalów, że ponieważ w swoim wywiadzie dla Newsweeka, Waszczykowski pod adresem strony prezydenckiej nie mówi marnego słowa, sugestie pana Igora, jakoby wywiad uderzal w obie strony, są nieuprawnione.
Przeczytałem więc sam całą rozmowę i potwierdzam. Wszystko - dosłownie wszystko - co mówi Waszczykowski dotyczy wyłącznie rządu Donalda Tuska, jego ministrów i samego premiera. Ani jeden fragment, ani jedno zdanie ze "sfrustrowanych" zwierzeń byłego już wiceministra, nie wskazuje na Prezydenta, jako osobę w najmniejszym stopniu odpowiedzialną za kryzys.
Oczywiście możemy wszyscy, nie tylko Igor Janke, sobie całą sytuację komentować. Możemy wyciągać najróżniejsze wnioski z tego, co mówi Waszczykowski Newsweekowi; możemy nawet sobie wyobrazić, że tak naprawdę całą winę za to, co się stało ponosi Prezydent, ponieważ jest on osobiście tak przykrą osobą, że samą swoją obecnością wpływa destrukcyjnie na ruchy, które z natury swojej są pozytywne i służą wyłącznie pożytkowi ogólnemu.
Tego jednak u Waszczykowskiego nie ma. On mówi wyłącznie o tym, jak rząd Donalda Tuska niszczy Państwo. Tylko o tym.
Czytam więc komentarze pod wpisem Igora Janke i znajduję tekst podpisany przez Wojciecha Sadurskiego, w którym oto jest taki fragment:
"...więc dramatyczny ton Twojego wpisu uważam za nieproporcjonalny do wydarzeń. Natomiast podkarmiłeś trochę towarzystwo, mające obecny rząd za sprzedawczyków i zdrajców (na co oczywiście nie masz już wpływu)".
I, wbrew temu, co mogłoby się niektórym wydawać, ten fragment komentarza Wojciecha Sadurskiego jest prawdziwą przyczyną i główną treścią mojego dzisiejszego wpisu.
tóż, mimo że sam skrytykowałem wcześniej pana Igora, za - bardzo niesprawiedliwe moim zdaniem - potraktowanie roli Prezydenta w omawianym kryzysie, po przeczytaniu komentarza Wojciecha Sadurskiego, poczułem w stosunku do pana redaktora Janke współczucie. Bo faktem jest, że pan Igor Janke, razem ze swoimi przecież dobrymi intencjami został przez niemal wszystkich komentatorów potraktowany niezwykle nieuprzejmie. Ci, którzy nie lubią Tuska, ale za to lubią Prezydenta (tak jak ja) obrazili się na pana Igora za to, że jest niesprawiedliwy. Ci, którzy nienawidzą Kaczorów, a Tuska albo lubią, albo nie - nieważne - obrazili się na Waszczykowskiego, że jest kapusiem, a na red. Janke, że nie widzi, jakim to kapusiem jest Waszczykowski. Inni jeszcze, którzy pewnie nie lubią ani Tuska ani Kaczorów, tylko Tadeusza Mazowieckiego - jak właśnie Sadurski - zarzucili Jankemu, że się wysługuje pisiorom.
Osobiście uważam, że najwięcej jest takich, jak Wojciech Sadurski. Ludzi, dla których Igor Janke - ale przecież nie tylko on, bo jeszcze Igor Zalewski, Robert Mazurek, bracia Karnowscy, Piotr Zaręba, Joanna Lichocka - będzie zawsze wstrętnym kaczystą. I nie ma znaczenia, jak bardzo zarówno on sam, jak i inni dziennikarze, tak bardzo starający się o zachowanie w swoje publicystyce równowagi, będą wskazywać na winnych po obu stronach konfliktu. Tak czy inaczej, w oczach takich ekspertów od prawdy, jak Wojciech Sadurski, Jacek Maziarski, Jacek Żakowski, czy Janina Paradowska... czy całe legiony innych, będzie on zawsze podłym, niskim, głupim pisowskim sługusem.
la nich, to co ujawnił Waszczykowski nie ma najmniejszego znaczenia. Sadurski zresztą uczciwie informuje Jankego, że ta cała historia to drobiazg. Poważne rzeczy dzieją się gdzie indziej. Na dramatyczny ton przyjdzie czas, jak ktoś z PiS-u znowu komuś kupi dwa wieśmaki, albo pobrudzi laptop. Jakaś tarcza? Do widzenia z państwem!
Proszę zwrócić uwagę na to, co pisze Wojciech Sadurski. Zaczyna jak najuprzejmiej, bo od słowa "Igor". Wiemy już, że Wojtek to miły człowiek, absolutnie nie zawzięty, nie żywiący się niechęcią do swoich przeciwników. On pisze do "Igora". I cóż on pisze do "Igora": "podkarmiłeś trochę towarzystwo". Proszę zauważyć, co robi, według Sadurskiego Igor Janke? On "podkarmia towarzystwo" uważające obecny rząd za "sprzedawczyków i zdrajców". Sadurski nikogo nie podkarmia. On tylko dzieli się swoimi spostrzeżeniami, wyraża troskę, zaniepokojenie, przekazuje refleksje, ale żeby kogoś "podkarmiał" - to nigdy! Od podkarmiania jest "Igor" i jego politycznie zorientowani kumple, jak red. Wildstein.
A biedny Igor Janke podkarmia ‘pisowską hołotę', za co od tej ‘pisowskiej hołoty' natychmiast dostaje po głowie. Za co? Za to, że chciał wyciągnąć rękę do przeciwników, do ludzi myślących inaczej, bo chciał pokazać, że on widzi świat nie tylko w czerni i bieli, że z nim da się rozmawiać.
Ja mam więc dziś do pana Igora Janke apel. Niech Pan, panie Igorze, nie wyciąga do nich ręki. Oni Pańskiej ręki nie potrzebują. Dla nich Pańska ręka cuchnie PiS-em. Ja oczywiście wiem, że Pan do PiS-u ma stosunek różny. Pańskie prawo, ale to prawo ma Pan ode mnie i od wielu innych Pańskich przyjaciół w Salonie. Natomiast tego prawa nie dał Panu ani Sadurski, ani nikt z tych, dla których na wszystkie kłopoty odpowiedź jest jedna - niszcz PiS!
W Newsweeku, Witold Waszczykowski w sposób absolutnie genialny opisuje swoją rozmowę w cztery oczy z Donaldem Tuskiem, kiedy to Waszczykowski mówi, mówi, mówi, a Tusk przez cały czas milczy, bo prawdopodobnie niczego z tego, co mu tłumaczy Waszczykowski, po prostu nie rozumie. Dopiero później przychodzą Arabski z Nowakiem i opowiadają Tuskowi o sondażach... i to dopiero dla Tuska jest message.
Ale w tym samym numerze Newsweeka, na ostatniej stronie, znajduję felieton Tomasza Jastruna, człowieka który zasłynął tym, że jako pierwszy po śmierci Zbigniewa Herberta poinformował wszystkich, którzy by czuli ból z powodu utraty Poety, że Herbert był chory psychicznie. Jastrun był do tego stopnia dokładny, że nawet podał nazwę choroby. Czytam tylko lid: "Wolna Polska, zwana IIIRP, chciała mieszać to, co dobre i to, co złe - oświadcza nad grobem Powstania Warszawskiego prezydent. Czy należy rozumieć, że IV Rzeczpospolita mieszała tylko to, co dobre?"
Oto intelekt na miarę nowych czasów. Oto logika i spryt, który otworzy nam drzwi do czasów, o których nam się nie śniło.
Panie Igorze, ja się domyślam, że ten Jastrun to dla Pana "Tomek". Ja jednak bym się zanim nie zadawał. Już lepiej zostać pisowskim ratlerkiem, bez szans na uzdrowienie. Jak ja.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Witamy w szpitalu "Euro..." (skrót od "Europa")

Kiedy pobierałem nauki na poziomie podstawowym, na ścianie nad tablicą wisiał portret Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza. W czasach, gdy kształciłem się na poziomie licealnym, zamiast Gomułki i Cyrankiewicza, wisieli Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz (żona moja twierdzi, że Gierka nie było, ale ona jest młoda, więc ja się będę upierał) . Nie wiem niestety, czy w latach 80-tych wisiały nad tablicami portrety Jaruzelskiego, Kani, Kiszczaka, Rakowskiego i kogo tam jeszcze komunistyczna ziemia urodziła, bo do szkoły już nie chodziłem, ani też - wtedy jeszcze - w szkole nie pracowałem.
Po ukończeniu szkoły średniej, poszedłem jeszcze na dwa miesiące uczyć się w jakiejś kompletnie nieznanej mi szkole pomaturalnej, bo nie dostałem się na studia, a bardzo się bałem pójść do wojska. I tam też wisiał Gierek i Jaroszewicz.
Stosunkowo niedawno uczyłem w jednej prywatnej szkole w Sosnowcu, i w korytarzu między sekretariatem, a pokojem nauczycielskim, wisiał portret Lenina, więc wiem, że bywa egzotycznie nawet w czasach schyłkowej III RP, ale to chyba cała moja wiedza, jeśli idzie o portrety.
Wracam jednak do czasów pełnej, wzorowej komuny, gdzie nie wolno było pyskować, natomiast należało od czasu do czasu wypełniać ankietę na temat tego, czyj tatuś lub mamusia należą do partii i kto z nich chodzi do kościoła. Siedzieliśmy więc grzecznie w ławkach, a jak było trzeba, to szliśmy na pierwszomajowe pochody i raz na jakiś czas chodziliśmy wszyscy na szczepienia do gabinetu higienistki i na kontrolę paszczy do szkolnego dentysty.
To, co przed chwilą napisałem, może być dla niektórych uczestników Salonu ciężkim szokiem, ale mogę powtórzyć: raz na jakiś czas, wszyscy uczniowie chodzili regularnie na badania i szczepienia do pani higienistki i do pań dentystek (ciekawe, że zawsze były dwie). Powiem więcej, za zaplombowanie zęba, nawet na poziomie najbardziej zaawansowanej sztuki dentystycznej, nikt nam nie potrącał z książeczek SKO (były takie książeczki; ci co nie wiedzą, niech zapytają dziadków).
I tu właśnie doszedłem do tak zwanego meritum. Dziś moją starszą córkę rozbolał ząb. Ząb, na który wcześniej wydaliśmy kupę pieniędzy, żeby był piękny i zdrowy, a z którego najzwyczajniej w świecie wypadła plomba. W pewnym momencie bolał ją już tak bardzo, że około godziny 19, postanowiliśmy ruszyć w miasto w poszukiwaniu tzw. pogotowia dentystycznego. Domyślam się, że pewnie, gdybyśmy byli bardziej przezorni, to odpowiednio wcześniej uzyskalibyśmy wszystkie namiary na dentystów obsługujących na okrągło. Jednak w związku z tym, że jesteśmy sobie takie ptaki, okazało się, że mamy kłopot.
Wiedząc jednak, że w najnowszej Polsce, cała służba stomatologiczna jest sprywatyzowana, byliśmy pewni, że coś znajdziemy. W końcu nawet dentyści muszą żyć. Zaopatrzeni w gotówkę i, jak przystało na nowoczesnych Europejczyków, kartę bankomatową, ruszyliśmy na poszukiwanie dentysty. Około godziny 19.30, znaleźliśmy dwa gabinety, jeden obok drugiego, otwarte do godziny 20, niestety i z jednego i z drugiego nas pogonili, bo państwo dentyści już poszli do domu. Trafiliśmy jeszcze jeden, też otwarty do 20, jednak ze względu na okres urlopowy, okazało się, że dentyści zarobili już wystarczająco dużo, żeby się udać na wakacje.
Posnuliśmy się więc po mieście i wróciliśmy do domu. Moja córka teraz siedzi sobie w pokoju i cieszy się, że ząb, jakby trochę ulżył, a ja piszę te refleksję.
czywiście ja wiem, że ona zawaliła sprawę. Trzeba było wcześniej zabrać się za ten ząb i znaleźć dentystę, który nie jest na tyle jeszcze zepsuty, żeby chcieć coś zarobić. Ale wiem też, że od czasu, jak ze szkól zniknęły portrety przywódców, zniknęli też lekarze i dentyści, którzy dbali o to, żeby dzieci i młodzież byli zdrowi i mieli zdrowe zęby.
Wiem też, że od czasu, gdy do naszego kraju zawitała transformacja, pierwsza grupa medyków, która faktycznie skorzystała na zmianach, to byli dentyści. Powszechnie dostępne gabinety dentystyczne zaczęły znikać wraz z ostatecznym odejściem złych komunistycznych czasów, a zamiast tego pojawiły się gabinety równie powszechnie dostępne, tyle że prywatne.
Na początku można było tam przychodzić i liczyć na opiekę stomatologiczną na pełnym poziomie, finansowaną z pieniędzy, które regularnie, co miesiąc ZUS odprowadza z naszych zarobków, jednak już po krótkim czasie okazało się, że bez pieniędzy w kieszeni, można co najwyżej wyrwać sobie zęba, albo wstawić najbardziej byle jaką plombę. Pamiętam też moment, kiedy wyrwanie zęba zaczęło kosztować 15 zł., a dentyści zaczęli już zupełnie otwartym tekstem tłumaczyć, że absolutnie nie ma sensu brać plomby za friko, bo one są po prostu do niczego.
Pamiętam też mniej więcej czas - ma się to potomstwo, więc się wie - kiedy okazało się, że właściwie normalny, prościutki zabieg plombowania zęba kosztuje 60 zł.
W moim mieście jest mnóstwo gabinetów dentystycznych. Oferta jest prawie, jak w MTV, albo w TVN24. Nie ma absolutnie ulicy w mieście, gdzie nie stoi, jak byk napis STOMATOLOG. Wkroczyliśmy w fazę dobrobytu idealnego.
Ale wkroczyliśmy również w coś, co zaobserwowałem dziś, a mianowicie w fazę, gdzie stomatolodzy, grupa społeczna, która, jak się okazuje, jako jedna z pierwszych dostała ciasteczko w postaci Polski w Europie, poczuli, że właściwie więcej nie muszą. O co mi chodzi? Gdyby ktoś w tej chwili do mnie przyszedł i powiedział, że za pół godziny pracy i zapowiedź kolejnych trzech setów, które nie wiadomo czy mi nie przyniosą kolejnych korzyści, da mi teraz 60 zł., to ja bym rzucił to pisanie i wziął się za zarabianie.
Czy ja mam pretensję do dentystów? Absolutnie! I to chcę podkreślić z całą stanowczością. Uważam, że dentyści w obu prywatnych ośrodkach, do których dziś zajrzałem o godzinie 19.30 poszli sobie do domu jak najbardziej słusznie. Oni byliby kompletnie nieprzytomni, gdyby siedzieli i marnowali swój cenny wieczór dla jakichś głupich parudziesięciu złotych.
Ja myślę o czymś kompletnie innym. Myślę o planach, bardziej lub mniej skrywanych przez obecnie nam miłościwie panującą Platformę Obywatelską, a polegających na zapowiedzi sprywatyzowania całej opieki medycznej.
Zapowiada się nam, że w momencie, jak cała opieka medyczna (specjalnie nie używam określenia służba zdrowia, bo wiem, że lekarze dostają istnej cholery na samą myśl, że mieliby komuś służyć) zostanie sprywatyzowana, wszyscy będziemy mieli po stokroć lepiej, a przede wszystkim wcale nie będziemy musieli lekarzom płacić. Nasze dziecko dostanie ciężkiej gorączki, a my o dowolnej porze dnia lub nocy, będziemy mogli zajść do profesjonalnego gabinetu lekarskiego, gdzie uśmiechnięty i dobrze zarabiający lekarz się nami profesjonalnie zajmie. A NFZ pokryje za nas wszystkie koszta z naszych zusowskich składek.
A ja już dziś wiem, że tak ten cały eksperyment się nie skończy. Skończy się on tak, że moje dziecko dostanie gorączki, a ja pojadę do szpitala na którym będzie widniał piękny, choć aktualnie zepsuty, neon z napisem " SZPITAL < EURO...> PRZYJMUJE CHORYCH OD 6.00 DO 21.00", i jeśli nie będzie jeszcze godziny 19, to owszem, zostanę, obsłużony, ale przez lekarza, który przede wszystkim będzie wściekły, że musi siedzieć bez sensu cały wieczór za głupią stówę, podczas, gdy do domu przywieźli nową plazmę.
Dziwny trochę ten mój dzisiejszy wpis. Praktycznie cały stanowi tylko szczątkowy wstęp, rozwinięcia brakuje, a reszta, to zakończenie.
Ale taka to historia. Ona ma tylko zakończenie.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Rozmyślania przy żelazku

O tym, że telewizja TVN nadaje w odcinkach historię sowieckiego szpiega Mariana Zacharskiego, słyszałem oczywiście od pewnego czasu, ale ze wstydem przyznaję, że jakoś ta informacja mnie nie porwała. Może, myślę sobie, dlatego, że cała formuła telewizji państwa Walterów, ten ich bulwarowy sznyt, te wszędzie wbijane paski z informacjami i okienka dzielące ekran na kilka części, te klipy autoreklamujące stację, którymi TVN nieustannie przerywa swoje programy, twarze prowadzących, które są już tak strasznie wyzute z wszelkiego człowieczeństwa, że to wszystko działa na mnie do tego stopnia omdlewająco, że nawet napis: ROSJANIE ZAJĘLI STOLICĘ, nie jest w stanie przykuć mojej uwagi, a co dopiero zapowiedź filmu o Zacharskim.
Tak się jednak złożyło, że żona kazała mi dziś prasować, a że jest to zajęcie zajmujące czas i przy tym mało pasjonujące, postanowiłem do prasowania oglądać telewizję TVN24 i... piąty odcinek filmu o szpiegu Zacharskim.
Od razu muszę zaznaczyć, że ponieważ dotychczas sprawa Zacharskiego i filmu, który nakręcił o nim TVN, mnie w ogóle nie interesowała, nie mam najmniejszego pojęcia o tym, co było w poprzednich czterech odcinkach. Niestety również nie znam żadnych komentarzy na temat tego dzieła sztuki dokumentalnej, a nawet nie wiem, czy sprawa tu w Salonie była w jakimkolwiek stopniu poruszana. Pewien jednak aspekt tego, co mi się zdarzyło obejrzeć, zrobił na mnie takie wrażenie, że jemu właśnie chciałem poświęcić ten mój dzisiejszy wpis.
Cała sprawa tego filmu i jej emisji w TVN-ie jest dla mnie na tyle tajemnicza, że nawet nie zamierzam nad jej przyczynami i intencjami za nią stojącymi się zastanawiać. Jednego jestem pewien: nie ma absolutnie takiej możliwości, że w pewnym momencie swojego życia Zacharski został wesołym staruszkiem, przeszedł na rentę i postanowił sobie szczerze o swoim życiu i pracy zawodowej z red. Rymanowskim pogadać. Nie widzę również szans, by cała ta banda komunistycznych agentów, która towarzyszy Zacharskiemu w pracy nad filmem, w ten czy inny sposób, w pewnym momencie sobie pomyślała, że ten TVN to jednak fajna stacja i warto by było sobie z nimi strzelić ciekawy dokument.
Uważam, że to, że Marian Zacharski zgodził się, by razem z red. Rymanowskim powłóczyć się po parku, posiedzieć na ławeczce i w międzyczasie powlewać mu do uszka swoje najbardziej słodkie tajemnice, jest częścią jakieś planu. Jakiego? Nie mam pojęcia i, szczerze powiem, nawet się nie zastanawiam, bo i tak nic nie wymyślę. Jedyne, co się może stać, to to, że kiedyś, albo samo, albo za sprawą działań jakiejś zdeterminowanej władzy, się to okaże.
Nie chcę też się za bardzo zajmować samym red. Rymanowskim, bo, szczerze powiedziawszy, myślę, że prywatnie może on być bardzo miłym człowiekiem i na tak ciężkie złośliwości, jakie na niego szykuję, może i sobie nie zasłużył. Muszę tylko zauważyć, że takiego poziomu lizusostwa, by nie powiedzieć liżydupstwa ze strony dziennikarza w stosunku do kogokolwiek, nie mieliśmy okazji obserwować od czasu, jak ten sam Rymanowski gawędził w studio z Radziem Majdanem.
Zajmę się tu jedynie samym Zacharskim i jego promotorem w wolnej Polsce, Andrzejem Milczanowskim. Kim jest Marian Zacharski? Bardzo krótko mówiąc, był on jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym szpiegiem, jakie sowieckie służby komunistyczne kiedykolwiek wydały do walki z wolnym światem. O sile i wyjątkowym znaczeniu Zacharskiego świadczyć może choćby to, że kiedy został zdekonspirowany przez służby amerykańskie, przez kilkanaście następnych lat, cała agentura bloku komunistycznego i całe komunistyczne kierownictwo Bloku, były postawiona na baczność w jednym tylko celu - żeby Zacharskiego odzyskać.
Ostatecznie, Zacharski został przez Amerykanów wypuszczony w zamian za ponad dwudziestu swoich szpiegów, co tylko potwierdza pozycję samego Zacharskiego. Osobiście pamiętam to wydarzenie, czyli słynną, największą w historii wymianę szpiegów między Wolnym Światem, a bolszewią. Pamiętam to dlatego, że wypuszczenie Zacharskiego było wydarzeniem, które przyćmiło wszystko, co na tym poziomie się zdarzyło wcześniej i później.
W filmie, który oglądałem przy prasowaniu, Zacharski opowiada, jak wrócił do Polski z imperialistycznej niewoli, odebrał wszystkie medale od szefów Stasi, KGB, Securitate, no i oczywiście na koniec od sowieckich rezydentów w Warszawie i wtedy zwrócił się do gen. Kiszczaka, czy nie mógłby mu dać coś do roboty. Kiszczak spytał, co by mu się marzyło, na co Zacharski powiedział, że on by chciał być albo dyrektorem LOT-u, albo dyrektorem Peweksu, Kiszczak się wesoło zaśmiał i zrobił Zacharskiego dyrektorem Peweksu.
Żył sobie więc Zacharski w schyłkowej komunie spokojnie, oczywiście z dala od wszelkich służb - a jakże! - jako dyrektor i skromny mąż i ojciec, gdy nagle przyszła nowa Polska i trzeba było się poddać weryfikacji.
Tu Zacharski w swoim bogatym i pełnym patriotycznego poświęcenia życiu napotkał Andrzeja Milczanowskiego. Milczanowski, jako bohaterski działacz opozycji solidarnościowej, ofiara komunistycznych represji i osobisty sługa i giermek prezydenta Wałęsy, nawet słyszeć nie chciał o tym, żeby ktoś taki, jak Zacharski mógł pracować dla wolnej Polski. Ale gen. Jasik załatwił mu spotkanie z Zacharskim i po kilkugodzinnej rozmowie, Milczanowski - wybitny psycholog, strateg, szef najbardziej tajnych służb państwowych, człowiek o nieludzkiej wręcz przenikliwości - wykonał natychmiast precyzyjny portret psychologiczny szpiega Zacharskiego, uznał, że Zacharski to prawdziwy patriota i bohater i, podobnie jak Kiszczak wcześniej, zatrudnił go w służbie dla państwa.
Milczanowski, komplementując Zacharskiego, opowiada, jak to na własne oczy widział, kiedy wszyscy - dosłownie wszyscy - najbardziej wysoko postawieni funkcjonariusze partii i służb sowieckiego państwa, na widok Zacharskiego pokrywali się rumieńcem wstydu. Taki to był ten Zacharski i takiego to lwa wywiadu, na swojej solidarnościowej smyczy prowadzał Milczanowski.
Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości i zadał sobie pytanie, czy w tej superinteligentnej grze między niepodległym polskim państwem z jego wybitnym funkcjonariuszami, sam Zacharski miał coś do powiedzenia, to lepiej niech się tych wątpliwości szybko wyzbędzie. Każdy kto widział Andrzeja Milczanowskiego raz, wie, że jest to człowiek, którego nie zwiedzie nikt. Człowiek - oko i człowiek - miecz. Marian Zacharski mógł sobie imponować szefom KGB, albo Stasi. U Milczanowskiego on był na gwizdnięcie. Jedno "waruj", załatwiało sprawę.
Więc był sobie Zacharski przez lata na służbie w nowej polskiej władzy... i czym się zajmował? Różnie. Spotykał się z ludźmi, chodził pograć z Kwaśniewskim w tenisa, ale częściej z Ałganowem, bo Kwaśniewski grał nie za dobrze. No i zajmował się sprawami. Prowadził też jakieś interesy, nawet w pewnym momencie coś nabroił, więc na pół minuty wpadł w kłopoty, ale szybko wolna Polska go z tarapatów wybawiła. Co jeszcze? Nie wiem. O tym będzie kolejny odcinek. Obawiam się jednak, że jego emisja nie zbiegnie się z kolejnym prasowaniem, więc już się nie dowiem.
Inna sprawa, że i tak nie uważam, bym się czegokolwiek dowiedział i dziś. A przede wszystkim nie dowiedziałem się, co wyprawia TVN.
Bo w to, że zajmuje się tym, czym zajmuje się normalna telewizja, nie uwierzą nawet najbardziej naiwni wielbiciele dziennikarskiej sztuki red. Grzegorza Miecugowa.
Więcej powiem. W taką bujdę nie uwierzą nawet te członkinie Związku Nauczycielstwa Polskiego, które ze łazami wzruszenia śledziły emisję dzisiejszego odcinka historii o poranionych kajdanami kostkach Mariana Zacharskiego i o jego prawdziwie ludzkiej rozpaczy na widok córeczek, ktore po latach nie rozpoznały tatusia.

sobota, 9 sierpnia 2008

Borubar - tajemniczy człowiek z Ministerstwa Prawdy

W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania.
Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek, zresztą absolutnie niepotrzebnie, bo ze względu na dużą ilość skarg, on i tak byłby kasowany, a przez to, że w sposób rażący łamał regulamin Salonu - jak mi się zdaje - został ostatecznie zablokowany przez administrację.
A z tego co pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie - choć same epitety zmieniały się nieustannie - niezmiennie mówił "Borubar". Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną - destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu - potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął stan, w którym jego ekscesy zostały uznane w Salonie 24 za nielegalne.
On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł - razem ze swoim stwórcą - budować nowe czasy.
Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na ‘Borubarze'.
Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany Pan Prezydent o meczu z Austrią ... "Roker Perejro" i Artur "Borubar" http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE.
Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna - zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu.
Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa:
"ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO".
Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego "bardzo" pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba "bar...".
W opowiadaniu J.D.Salingera Just Before The War With Eskimos, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ten ‘lunch', Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał, jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: "Idź juśsie myć!", a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: "Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego."
W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi autentycznie powiedział "Perreiro" zamiast "Guerreiro". Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro - co akurat mnie nie dziwi - zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego "Perreiro", media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka - właśnie przez to, że się zdarzyła - była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale - na Boga! - nie w Borubara.
I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora, miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał; a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego "borubara" by nawet nie usłyszał.
Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo -"bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora.
No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek - niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny - zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu w Salonie, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast ",mądrość", napisałem "mądroś" i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem.
Na to, otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa "mądrość" ostatniej literki, świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne - w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę - gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego.
Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem: "NIENAWIŚĆ". I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią - nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często - i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać ją, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
Ich samych też nie oszczędzi.