Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unsound. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unsound. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2019

O tym jak ksiądz Isakowicz-Zaleski zrobił się w trąbę


      O księdzu Isakowiczu Zaleskim pisałem tu jak sądzę zaledwie dwa razy, w dawnych jeszcze czasach, najpierw gdy ten zaapelował do wszystkich polskich patriotów, by nigdy przenigdy więcej nie głosowali na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten chwilę potem został przez złych ludzi zamordowany w Smoleńsku, a drugi raz kiedy zaprotestował przeciwko przyjęciu przez proboszcza kościoła św. Katarzyny w Krakowie międzynarodowego festiwalu piosenki żeglarskiej.  Od tego czasu unikałem tego dziwnego człowieka jak ognia i oto wczoraj trafiłem na wywiad, jakiego ów święty mąż udzielił portalowi onet.pl na temat upadku Kościoła Powszechnego, i na jego następujące wyznanie:

       „Przez 20 lat uważałem, że Kościół sam się oczyści, ale dziś widzę, że to się nie dzieje. To jest grzech zaniechania. Napisałem na ten temat kilka książek i bardzo wiele artykułów. I co? Nic się nie zmieniło. To jest moja osobista porażka”.
       Jak większość czytelników z pewnością widzi i bez mojej pomocy, te kilka prostych zdań można by komentować bardzo długo, ja jednak zwróciłbym uwagę na ostatnie, a mianowicie to w którym ksiądz Isakowicz-Zaleski ogłasza, że dzisiejszy rzekomy kryzys w Kościele to jego osobista porażka. Miał ksiądz Isakowicz zadanie ochronić Kościół przed upadkiem, wydał w związku z tym „kilka książek”, napisał „bardzo wiele artykułów”, niestety „nic się nie zmieniło”. Pedofilia wygrała. No niestety, to wszystko co Ksiądz przedsięwziął nie wystarczyło. Rzekomo obiecaną skałę moce piekielne przemogły i Ksiądz pluje sobie w brodę, że nie chciało mu się wydać jeszcze jednej książki i napisać kilka dodatkowych artykułów.
        W tej sytuacji, ja mam na dziś zaledwie jedno krótkie wspomnienie, oraz jedno równie krótkie oświadczenie. Otóż, nawiązując do wcześniej wspomnianego incydentu z piosenką żeglarską w Krakowie, osobom niezorientowanym chciałbym przypomnieć jeszcze wcześniejszy, ugoszczony przez proboszcza wspomnianej parafii św. Katarzyny, jak najbardziej satanistyczny festiwal Unsound, swego czasu odpowiednio obnażony na tym blogu i skutecznie zdeptany. Kiedy to się stało, ale też i wiele lat wcześniej, kiedy we wspomnianej parafii systematycznie i całkowicie bezkarnie dochodziło do profanacji Najświętszego Sakramentu, ksiądz Zaleski, jak się dziś dowiadujemy, wraz z Tomaszem Terlikowskim zajęty był pisaniem kolejnej książki na temat księży pedofilów. Gdy cały świat od Londynu po Los Angeles pisał o zamachu, jakiego katolicko-pisowska swołocz dokonała na wolność sztuki, ksiądz Zaleski nawet się na ten temat nie zająknął. Dlaczego? Przepraszam bardzo, ale diabli go wiedzą. Z mojego punktu widzenia za tym stała zwykła, pospolita gnuśność. I dopiero ktoś mu musiał nagle podpowiedzieć, że w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny śpiewają szanty, by ten się nagle obudził i zaprotestował: „W kościele pod wezwaniem św. Katarzyny w Krakowie organizują jakieś szanty i co na to Kuria?
       Minęły lata i ksiądz Isakowicz-Zaleski informuje nas, czym on był wówczas, poza walką z piosenką żeglarską, zajęty, kiedy w jego Krakowie Szatan bezcześcił Najświętszy Sakrament. On pisał książki i artykuły o pedofilii w Kościele. I oto, jak się okazuje, coś nie wyszło i dziś pozostaje już tylko przepraszać. Biedny ksiądz Zaleski ciężaru owej odpowiedzialności nie uniósł.
        Pora na oświadczenie. Moim zdaniem nie ma nic bardziej groźnego dla Kościoła w Polsce, jak ludzie tacy jak ksiądz Isakowicz-Zaleski i ich medialna aktywność. Na moje oko, już znacznie bezpieczniej wygląda niesławny red. Jażdżewski. Z tego nieszczęśnika przynajmniej cały świat się śmieje. Isakowicz jest wciąż przez wielu traktowany z najwyższą estymą. W tej sytuacji ja bym był za tym, by Kościół, zamiast się uganiać za jakimiś księżmi oskarżanymi przez bandę cwaniaków o pedofilię, wziął się raczej za tych tutaj. Przynajmniej ma ich pod ręką.

     


Jak zawsze polecam moje książki. W ofercie jest już ich dziś zaledwie pięć, ale wcale nie dlatego, że były gorsze od innych. Wystarczy kliknąć w obrazek tuż obok i wejść na stronę księgarni basnjakniedzwiedz.pl.







czwartek, 21 czerwca 2018

Idą nasi, a przed nimi moralność socjalistyczna


       Wczoraj na Facebooku pewien nasz wspólny kolega zamieścił nadzwyczaj głęboką refleksję, której ze względu na brak miejsca, no i tak naprawdę potrzeby, nie będę tu powtarzał, natomiast powiem, że spotkała się ona z tak dramatycznym niezrozumieniem, że jedyne, co mi pozostało, to złożyć mu wyrazy współczucia, a jednocześnie pocieszenia, że ja tu na moim blogu mam znacznie gorzej.
       Skąd tak niedobre myśli? Otóż, jak mi się zdaje, mimo że ja od dziesięciu już ponad lat trzymam właściwie wciąż tę samą postawę, chyba nigdy wcześniej tak jak ostatnio nie zostałem zbanowany przez tyle osób, które, wydawałoby się, pochodzą z bliskich mi ideologicznych stron, a mimo to uznały mnie nawet nie tyle za wroga, bo, jak wiemy, z wrogami każdy z nas sobie radzi znakomicie, ale za kogoś, na kogo się nawet nie podnosi wzroku.
       Bezpośrednim powodem do pisania mojej dzisiejszej notki jest zachowanie blogera podpisującego się imieniem „Genezy”, który – co nadzwyczaj ciekawe – najpierw uniemożliwił mi komentowanie swoich wypowiedzi, a następnie zaadresował do mnie następujące, swoją drogą wyciągnięte kompletnie z tak zwanej „dupy”, pytanie:
      Jak to się stało, że wszyscy uwierzyli w to, że to ty zatrzymałeś festiwal unsound w kościołach? Przecież ani nie ty zauważyłeś ten festiwal jako pierwszy, ani nie ty zadzwoniłeś do księdza z tą informacją i to właśnie ten ksiądz zatrzymał te wygłupy, a nie ty. Jak to się robi że oni wszyscy w to kłamstwo uwierzyli?
       Oczywiście najprościej byłoby udzielić odpowiedniej odpowiedzi bezpośrednio na blogu Genezego, ponieważ jednak, jak mówię, nie mam takiej możliwości, natomiast, owszem, mam świadomość, że za słowo nie trzeba płacić zbyt wiele, by ono zafunkcjonowało publicznie, jestem zmuszony do przypomnienia, że dnia 6 października 2015 roku dowiedziałem się od mojej córki o organizowanym od lat w Krakowie muzycznym festiwalu Unsound i o tym, że parę z koncertow kolejnej edycji festiwalu już w najbliższym czasie będzie miało miejsce w krakowskich kościołach. Był to wtorek, czyli czas, kiedy co tydzień wysyłam swój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”, tak by zdążył się on ukazać w piątek, a już w niedzielę rozpoczynał się ów festiwal, a zatem natychmiast napisałem i wysłałem do Piotra Bachurskiego następujący tekst:

      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników ‘Gazety Warszawskiej’ kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
       Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie ‘Unsound’, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem ‘jesteśmy źli’. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
       A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
       Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
       Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji”.

      W piątek, wiedząc, że został nam zaledwie tydzień, opublikowałem ten tekst również na blogu, no i z tego co wiem, część Czytelników postanowiła zareagować, po czym ostatecznie wszystkie kościelne występy zostały przez Kurię odwołane, moje nazwisko w setkach artykułów prasowych na całym świecie, włącznie z „Guardianem”, „New York Timesem”, czy kalifornijskim „Los Angeles Times”, zostało zrównane z ziemią, a organizatorzy Festiwalu zagrozili mi, powtarzając swoje pretensje jeszcze parokrotnie, pozwem, w zwiazku z tym, że moje religijne obsesje naraziły ich na oczywiste straty finansowe.
      Sprawa przez te wszystkie lata powoli trafiła to piwnic Internetu, zwłaszcza że polskie media, kiedy był jeszcze na to czas, albo sprawę zamilczały, albo wykorzystywały do wyszydzania mojego nazwiska, kiedy to dziś bloger Genezy ni stąd ni z owąd zadaje mi pytanie, jak to się stało, że głupi ludzie uwierzyli w to, że to ja zatrzymałem festiwal Unsound, a w momencie gdy ja na to kłamstwo chcę odpowiedzieć, informuje mnie, ze moich wyjasnień on słyszeć nie ma ochoty. I, przypominam, że nie mówimy o którymś z redaktorów tygodnika „Newswek”, czy ze stacji TVN24, ale o jednym z nas, blogerów udzielających się na portalu szkolanawigatorow.pl.
      Jakby tego było mało, w którymś z kolejnych swoich komentarzy ów Genezy dzieli się ze swoimi czytelnikami kolejną dotycząca mnie uwagą: „Zwróć uwagę, że on nie argumentuje, to są tylko insynuacje”.
       Nie planowałem tego robić, ale ostatecznie zmieniłem zdanie. Otóż wspomniany na początku kolega zamieścił na Facebooku historię, w której opowiedział o pewnym staruszku, prostym, zwykłym, z pozoru byle jakim człowieku, który bezskutecznie próbował załatwić jakąś sprawę w oddziale firmy ubezpieczeniowej Daewoo. Ponieważ jednak pracownicy firmy, sugerując się najwidoczniej jego prezencją, traktowali go jak szmatę, on w pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział: „Przecież wy jesteście od tego jak dupa od srania”. W tym momencie nasz kolega otrzymał kilka bardzo interesujących komentarzy, z których ja akurat szczególnie zapamiętałem jeden: „Zawsze uważałem, że robienie kupy to jedna z niewielu analnych przyjemności, które może mieć heteroseksualny mężczyzna”.
       I dziś, z przykrością, ale bardzo szczerze, muszę się podzielić tą ponurą refleksją. Poruszamy się naprawdę na granicy i trzeba bardzo uważać, by nie wpaść w to, co ktoś nam zwyczajnie nasrał.
      Na zakończenie link do jednego z naprawdę nielicznych tekstów na ten temat jakie się ukazały w polskich mediach: https://www.antyradio.pl/Muzyka/Rock-News/Kuria-odwolala-koncert-w-Krakowie-bo-mial-promowac-satanizm-4569

Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania również moich książek. Jeśli ktoś sobie życzy dedykację, zapraszam do siebie przez kontakt mailowy na adres k.osiejuk@gmail.com. Dziękuję.


niedziela, 18 lutego 2018

Urodziny, czyli czemu Diabeł chodzi do kościoła

      Mija luty 2018 roku, a więc miesiąc, kiedy będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę prowadzenia przeze mnie tego bloga, siłą rzeczy więc wpadam w nastrój bardziej refleksyjny niż zwykle i próbuje sobie wszystko, co już za nami, poukładać w jakimś porządku. Parę dni temu wpadłem w dość ponury nastrój, zdając sobie nagle sprawę z tego, że tak naprawdę dwa największe publiczne sukcesy, jakie przez te lata udało mi się odnieść, były związane z wytropieniem podstępnej obecności Diabła, najpierw na krakowskim festiwalu Unsound, a następnie w internetowym projekcie pod tytułem Kraina Grzybów. Dziś jeszcze sobie przypominam tak zwaną „Rozmowę z Pawłem”, gdzie opowiedzieliśmy o tym, jak ówczesny sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego z oczywistym rozmysłem i pełna konsekwencją niszczył jego kampanię roku 2010, a tekst zrobił takie wrażenie, ze został wręcz w całości opublikowany na oficjalnej stronie Prawa i Sprawiedliwości. No ale przede wszystkim, to jednak była sprawa wybitnie lokalna, a poza tym ewidentnie wpleciona w akcję niszczenia wszystkiego co pozostało po Kluzik, Migalskim, Poncyliuszu i całym tym szemranym towarzystwie, podczas gdy o festiwalu Unsound w kontekście mojej notki pisano i w „New York Timesie”, „Guardianie”, czy „Los Angeles Timesie”, gdzie autor osobną część swojego tekstu poświęcił mojej osobie
      Przypomniała mi się tamta historia, a z nią coś, na co chyba wcześniej nie  zwracałem tu uwagi, a co dziś, z perspektywy tych 10 lat, sprawia, że mam powód do pewnej satysfakcji. Otóż rzecz polega na tym, że tekst, który wywołał tamtą burzę nie był napisany z myślą o tym blogu, ale stanowił mój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”. Poczatkowo wprawdzie zastanawiałem się, czy nie warto by było dać go tu, ale uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że „Warszawska Gazeta” zapewni mu szerszy odbiór, a ja go tu i tak powtórzę, no i on ukazał się najpierw w „Warszawskiej Gazecie”. Kiedy wybuchła pamiętna afera, pamiętam że od razu poinformowałem o tym Piotra Bachurskiego, a on, proszę sobie wyobrazić, zamruczał z satysfakcją i powiedział, że to jest zrozumiałe, bo „Warszawska” ma bardzo dużo czytelników i bardzo duży zasięg.
       Dziś, po latach, ja tę prawdę świetnie znam, czytając choćby rankingi najpopularniejszych tygodników ukazujących się w Polsce, gdzie „Warszawska Gazeta” zajmuje piąte miejsce tuż za „Sieciami” braci Karnowskich, ale też – po latach właśnie – widzę wyraźnie, że sprawa owego ponurego festiwalu, tak jak ją przedstawiłem, zyskała wymiat globalny nie dzięki artykułowi w „jednym z polskich prawicowych tygodników”, lecz dzięki donosowi „jednego z prawicowych blogerów”. To bowiem nie nazwa „Warszawskiej Gazety” była powtarzana w tych wszystkich gazetach od Nowego Yorku po Helsinki, lecz moje nazwisko, i to nie wydawcy „Warszawskiej Gazety” grożono procesem za rozbicie festiwalu, ale prawicowemu i ultrakatolickiemu blogerowi.
      Oto więc tekst, który ukazał 9 października 2015 roku w „Warszawskiej Gazecie” i najwidoczniej ani pies z kulawą nogą, ani diabeł ze złamanym rogiem, nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi, co – chciałbym to stanowczo podkreślić – w żadnym wypadku nie tyle świadczy o „Warszawskiej Gazecie”, co o tych 10 latach, o których tu będę wspominał w najbliższym czasie z prawdziwą satysfakcją.


      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
      Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
      A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż można by się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
      Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
      Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki i przypominam, że być może najlepszą z nich „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można kupićbezpośrednio u mnie, wraz z dedykacją. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


poniedziałek, 24 października 2016

Unsound zaznacza teren, a Kraków płonie

Głowy nie dam, bo w tym roku akurat zbyt uważnie się tym czarnym łbom nie przyglądałem, ale wygląda na to, że krakowska edycja festiwalu Unsound się odbyła, co by świadczyło o tym, że jednak miasto Kraków i tym razem sypnęło kasą, no ale też, jak się wydaje, zakończyła się spokojnie i bez większych ekscesów. A więc ani nie doszło do rytualnych mordów, ani do bezczeszczenia miejsc świętych, ani nawet, jak się zdaje, do zniszczenia choćby jednego nagrobka. Pełna kultura. Wygląda też i na to, że podjęta w zeszłym roku na tym blogu akcja przeciwko profanowaniu przez satanistów dwóch krakowskich kościołów przyniosła ten przynajmniej efekt, że faktycznie w tym roku zaproszeni przez organizatorów festiwalu artyści prezentowali swoją sztukę z dala od Najświętszego Sakramentu. Z tego co słyszę tegoroczna edycja festiwalu, po raz pierwszy od ośmiu lat, musiała się obyć bez życzliwości paru naiwnych proboszczów. I to, bardzo nieskromnie, uważam, jako swój osobisty sukces i zasługę.
Oczywiście, z prawdziwą przykrością nie mogę też nie zauważyć, że jedyna formalna reakcja na moje działanie sprzed roku nadeszła ze strony samych organizatorów festiwalu, którzy najpierw zagrozili mi sprawą sądową, a później chcieli ode mnie wyłudzić 10 tysięcy złotych. Od przedstawicieli obu kościołów, które przez całe lata były bezkarnie i bezczelnie profanowane przez najbardziej czarne pogaństwo i pewnie byłyby w ten sposób traktowane przez lata kolejne, gdyby nie przeprowadzona na tym blogu kampania, nie usłyszałem jednego słowa podziękowania. Od wiernych, również gromadzących się w tych kościołach, owszem – od księży, nie.
Oczywiście świetnie zdaję sprawę z tego, jakie nastroje panują w dzisiejszej sztuce popularnej i wiem też, że owa czarna fala jest już nie do powstrzymania. Dlatego też nie zamierzam się oburzać ani na to co się dzieje na festiwalu Unsound, czy jakichkolwiek innych festiwalach. W zeszłym roku wprawdzie pisałem o naszym katowickim Offie i jego czołowej gwieździe, amerykańskiej grupie Sun O))), ale ten mój tekst stanowił bardziej niż protest przeciwko owemu warczeniu, które na moment opanowało moje miasto, apel do Artura Rojka, żeby się może opamiętał. Ale przecież nie oszukujmy się, tu wcale nie chodzi przede wszystkim o muzykę. Ten atak możemy, może w jeszcze większym natężeniu, obserwować też na deskach niezliczonych teatrów i w galeriach sztuki, ale, jak lubię to powtarzać, moje słowa są i tak bez znaczenia wobec świata, który i tak nieuchronnie zmierza ku końcowi.
A mimo to, jak wszyscy widzimy, wracam do festiwalu Unsound po raz kolejny. O co zatem mi tym razem poszło. Otóż wczoraj moja trafiłem na Facebooku na dwa niezwykle ciekawe zdjęcia, a konkretnie jedno zdjęcie i jeden krótki filmik. Oba ujęcia zostały zrobione w tych właśnie dniach w Krakowie a pierwsze z nich przedstawia jeden ze znanych nam wszystkim, ostatnio zakładanych w autobusach i tramwajach w całym kraju, elektroniczny kasownik, wyświetlający na swoim ekranie tajemniczy napis: „I’ve Seen Footage”. I oczywiście można by było pomyśleć, że może tu ktoś zrobił jakiś, zrozumiały tylko dla wybranych, żart, jakich wiele w Internecie, gdyby nie fakt, że w innym miejscu Facebooka pojawił się z kolei filmik, również z krakowskiego tramwaju – i to już wygląda na autentyk – gdzie na zawieszonych pod sufitem ekranach przesuwa się powoli napis „I’ve Seen Fotage”. Zwykle, jak wiemy na tych ekranach są wyświetlane jakieś informacje, czy to dotyczące sytuacji w kraju, czy w mieście; tym razem jedyna przekaz, jaki był emitowany, to było owo zdanie: „I’ve Seen Footage” i nic ponad to. Żadnego komentarza, żadnego objaśnienia. Tylko ów przesuwający się kuriozalny tekst: „I’ve Seen Footage”.
Ponieważ ja nie tylko wiem, kto to taki Natalia Przybysz, ale mam też pojęcie o całej kupie innych rzeczy, wiem, że „I’ve Seen Footage” to tytuł utworu zespołu o jakże adekwatnej nazwie Death Grips, który był jedną z pierwszych gwiazd tegorocznego festiwalu Unsound. Może zanim przejdę do sedna, obejrzyjmy odpowiedni clip:



Od razu muszę powiedzieć, że na mnie to co zobaczyliśmy robi wrażenie o tyle o ile. Ja naprawdę ów rynek obserwuję z uwagą i od dawna, i na mnie byle co wrażenia nie zrobi. Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno dźwięk jak i obraz jak najbardziej kwalifikują zespół Death Grips do tego, by występować właśnie na festiwalu Unsound. Jestem również pewien, że bardzo dobrze postąpiłem, kiedy w zeszłym roku uprzedziłem proboszczów z obu współpracujących z festiwalem krakowskich kościołów, że są wykorzystywani przez ludzi złych i występnych, bo gdyby w tym roku piosenka „I’ve Seen Footage” ku uciesze publiczności była wykonywana przed Najświętszym Sakramentem, byłoby trzeba by nam było któregoś dnia urządzić tam nabożeństwo ekspiacyjne. To jednak, co mnie tym razem martwi najbardziej, to właśnie fakt, że kiedy oni zostali wyproszeni z kościołów, pozwolono im opanować miasto, i to w sposób absolutnie najgorszy z możliwych, bo charakteryzujący organizacje tajne i ezoteryczne, które posługują się głownie nie słowem, lecz znakiem. Kiedy nad Katowicami w zeszłym roku rozległo się owo warczenie, to przynajmniej ten kto chciał, wiedział, że jest festiwal, grają zespoły, więc to pewnie stąd. Tu w Krakowie, Bogu ducha winni ludzie jechali tramwajem, widzieli ten idiotyczny nic im nie mówiący tekst, myśleli pewnie, że to jakaś reklama, albo żart, a tu tymczasem działy się rzeczy naprawdę poważne. No ale jest jeszcze coś. Ktoś im na ten numer pozwolił i to, jak podejrzewam, pozwolił z prawdziwą satysfakcją. Ktoś z Krakowa. Ktoś kto ma tam i wolę i moc, by decyzje na tym poziomie podejmować.
A ja już się tylko myślę o ludziach, którzy tam w Krakowie żyją, uczą się, pracują, z których wielu, to moi dobrzy znajomi, i zastanawiam się, jak oni mogli oddać swoje sprawy w ręce osób tak strasznych, tak upiornych.

Zapraszam wszystkich, może przede wszystkim mieszkańców Krakowa, do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Na targach w Krakowie nas tym razem nie będzie, więc nie ma co czekać.






czwartek, 19 maja 2016

Czy Zuzia M. lubiła piosenki Black Sabbath?

Na fali nastrojów związanych ze skierowaniem do mnie przez panią Małgorzatę Płysę przedsądowego, jak rozumiem, pisma w związku z oskarżeniem przeze mnie jesienią zeszłego roku krakowskiego festiwalu Unsound o propagowanie satanizmu, wiele osób pyta mnie, czemu ja się aż tak bardzo uparłem, by dręczyć jakąś grupę wyznawców przedchrześcijańskich kultur pogańskich. Czy ja nie mam innych zmartwień? Czy naprawdę uważam, że jeśli jacyś durnie zaczną przekazywać sobie z rąk do rąk ściągnięte z Internetu wiktoriańskie kartki świąteczne, w przekonaniu, że dzięki temu świat poczuje dreszcz, to ja akurat muszę koniecznie zareagować? Otóż sprawa polega na tym, że ów wspomniany festiwal Unsound i stan umysłu jakiejś parki satanistów nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o poziom znacznie bardziej głęboki i znacznie bardziej uniwersalny.
Pisałem już o tym parokrotnie, jednak ponieważ rzeczywistość z każdym kolejnym dniem potwierdza moje oryginalne oceny, uważam, że nie zaszkodzi sprawę jeszcze raz przedstawić, wraz z ewentualnymi nowymi refleksjami. Jak wiemy, przez całe lata, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiało się słowo „satanizm”, nasze pierwsze skojarzenia szły najpierw w kierunku zespołu Black Sabbath, a następnie, w kontekstach bardziej już wyszukanych, niejakiego Nergala i jego muzycznego projektu pod nazwą Behemoth. Przez praktycznie dziesięciolecia, satanizm jako taki kojarzony był albo ze wspomnianym Black Sabbath, albo z projektami określanymi przy pomocy nazwy „black metal”. I tyle. Poza tym, satanizm zwyczajnie nie istniał. Owszem, byli wśród nas tacy, którzy wiedzieli jeszcze, że gitarzysta zespołu Led Zeppelin był zauroczony pismami Alistaira Crowleya, który z kolei od zawsze uchodził za „papieża” współczesnego satanizmu, ale ogólnie rzecz biorąc, problem był, że tak to ujmę, ugłaskany i poskromiony.
I oto od pewnego czasu – i nie dajmy sobie wmówić, że wszystko zaczęło się od rytualnego zabójstwa pod Białą Podlaską – okazuje się, że ten cały Ozzy Osbourne, ten Nergal, ten wreszcie sam Alistair Crowley, to są stare dziady, którzy już dawno zostali z tego interesu wymiksowani, a Diabeł – bo to o nim dziś mówimy – korzysta z całkowicie innych mediów.
A więc mamy tę nieszczęsną Zuzię Maksymiuk, która dziś wraz ze swoim kolegą Kamilem odbywa karę wieloletniego więzienia i wszystko to, co ją tam zaprowadziło. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to moje odwoływanie się tu do satanizmu jest jak psu na budę, niemniej jednak będę powtarzał z uporem maniaka: Zuzia i jej chłopak mają dziś zmarnowane życie nie dlatego, że słuchali zespołu ACDC. Oni znaleźli się na krawędzi wyłącznie przez to, że dali się uwieść czemuś, co ja nazywam za Janem Pawłem II „kulturą śmierci”, a co w moim głębokim przekonaniu stanowi współczesną formę realnego satanizmu.
Po tym jak doszło do wspomnianej zbrodni pod Białą Podlaską, wystarczyło doprawdy kilka chwil spędzonych w Internecie, by zdobyć pewność, że za tym, co się stało, nie stoją ani błędy wychowawcze, ani szkolne kłopoty, ani nawet zawiedziona miłość, ale zwykłe zanurzenie we wspomnianej kulturze śmierci, którą być może najlepiej symbolizują owe tysiące czarnobiałych zdjęć, w tysiącu pozornie odległych miejsc, prezentujących nieodmiennie twarze z wydrapanymi oczami. I niech nikt nie myśli, że to jest jakaś lokalna gra, w której zaangażowała się niewielka grupa pogubionych dzieci. Z tego, co można naprawdę bez większego wysiłku zaobserwować, wynika, że za tym stoi cała bardzo ściśle zdefiniowana cywilizacja i nie dajmy sobie wmówić, że tam Ozzy Osbourne śpiewa „Sweet Leaf”. Tam słychać jedynie wycie wiatru i trzask łamanych gałęzi. To jest projekt na taką skalę, że my nie jesteśmy go w stanie choćby w przybliżeniu ogarnąć. I jeśli dalej będziemy go lekceważyć, to przez to, że on jest po wielokroć utajniony, nie ogarniemy go nigdy.
Te wydrapane oczy wracają ze szczególną mocą, kiedy w grafice Googla wyszukamy obrazy związane z festiwalem Unsound. I to one właśnie prowadzą nas krok po kroku krętymi ścieżkami tego labiryntu do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia, a więc choćby do, jak się okazuje bardzo popularnych w wiktoriańskiej Anglii kartek świątecznych, gdzie też nie mieliśmy ani Diabła z rogami, ani haseł typu „Ave Satan”, ale wręcz odwrotnie, nieodmienne „Merry Christmas”, tyle że zanurzone nie w świetle Narodzin, lecz w triumfie śmierci. I znów, tam też nie znajdziemy nigdzie słowa „satanizm”. Ale nie znajdziemy też słowa „satanizm”, kiedy pójdziemy dalej ową drogą, na którą się już wcześniej zapuściliśmy i dotrzemy do czegoś, co funkcjonuje już w całkiem nowoczesnej nomenklaturze, jako albo „humanistyka okultystyczna”, albo po prostu „folk”. I tam też nie usłyszymy ani Nergala, ani Ozziego Osbourna, ani nawet Alistaira Crowleya. No dobra, zgoda. Jeśli się przyjrzymy uważniej, to znajdziemy gdzieś tam ukryte trzy szóstki, lub maleńki odwrócony do góry nogami pentagram, ale kto by się przejmował takimi głupstwami, gdy ma do czynienia ze zwykłą sztuką nawiązującą do czasów jeszcze przedchrześcijańskich, a więc ideologicznie nieskażonych.
Ale i tak nie o to tu chodzi. Nie to jest naszym największym zmartwieniem, że banda pogan postanowiła urządzić sobie nigdy nie kończące się święta. Problem polega na tym, że tym wszystkim, którzy się z zainteresowaniem wokół tego ogniska kręcą, chodzą po głowie najróżniejsze dziwne myśli, a wszystkie podporządkowane temu jednemu, podstawowemu pragnieniu, by się zakwalifikować do bezpośredniego uczestnictwa w owym Czarnym Kręgu. No i to już naprawdę nie jest najbardziej ich wina, kiedy on czy ona dojdą do wniosku, że bez tego jednego mocnego gestu się nie obejdzie; że aby zostać przyjętym, trzeba się wykazać czymś naprawdę dużym. I to wtedy właśnie dochodzi do zdarzeń takich, jak owa masakra pod Białą Podlaską.
Powiedziałem, że to tak naprawdę nie jest ich wina. Kto zatem jest za te ponure przypadki odpowiedzialny? Najprościej by było odpowiedzieć, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, no ale to by było zbyt proste. On, o czym świadczy jego imię, wyłącznie korzysta z okazji. Stoi, czeka i korzysta. A naszym psim obowiązkiem jest pokazać palcem tych, którzy mu otwierają wciąż to nowe perspektywy.



Dziś rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem ma tam swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście wszystkie książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 17 maja 2016

Czemu Diabeł chodzi do kościoła, czyli skąd ten zgiełk

Od kilku dni żyjemy tu – jedni bardziej, inni mniej – pismem, jakie do mnie skierowała nieznana mi osoba o nazwisku Małgorzata Płysa reprezentująca organizatorów niesławnego krakowskiego festiwalu pod nazwą Unsound, czyli Fundację Tone. Jak niektórzy wiedzą, a inni mogą sobie bardzo łatwo sprawdzić u źródła, rzecz jest w tym, że uznawszy festiwal Unsound za projekt ściśle satanistyczny, a w dodatku próbujący do realizacji swoich czarnych planów wykorzystać parę krakowskich kościołów, opisałem gdzie tylko mogłem ów proceder, no i uruchomiwszy lawinę, doprowadziłem do tego, że dalsze losy owego festiwalu, a przy okazji osób go organizujących, zawisły na przysłowiowym włosku. Dziś, stojąc przed groźbą procesu, pragnę przypomnieć fakt dziś już niemal całkowicie zapomniany, a więc to, że na samym początku owej eksplozji, mam nadzieję, że rozbijającej wspomniany Unsound w drobny mak, nie stoi ani ten blog, ani grono jego najznakomitszych czytelników, ale mój skromny, na zaledwie 444 słowa, felieton dla tygodnika Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”. Dziś aż trudno uwierzyć, że to tak się zaczęło. To tam właśnie po raz pierwszy ukazał się ów tekst, a jeśli dziś okazuje się, że wszyscy i tak wciąż mówią o tym blogu, przepraszam bardzo, ale przy całej mojej skromności, to nie jest moja wina. Spójrzmy więc na sam początek.

Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem [już po publikacji tego tekstu, sam David Tibet, lider zespołu zwrócił mi uwagę, że to nie pentagram, lecz krzyż papieski z gwiazdą Alistaira Crowleya]. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 14 maja 2016

Czego się boi TenKtóryNiePrzepuszczaŻadenOkazji

Oryginalnie planowałem dziś zamieścić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” o nienawiści, gdy oto otrzymałem drogą elektroniczną to. Uwaga, uwaga!


„Szanowny Panie,
W związku z naruszeniem przez Pana dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki wzywam Pana do podjęcia następujących działań:

1. trwałego usunięcia z bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ następujących wpisów:
a. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czemu-diabe-chodzi-do-koscioa.html
b. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czy-rodzice-puszczali-marysie-goniewicz.html
c. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/dlaczego-diabe-nie-lubi-wolnosci-sowa.html
d. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/zy-napada-u-nas-wieczna-licytacja.html
e. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/o-hejcie-spod-znaku-zelaznego-krzyza.html
f. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/11/o-tym-jak-david-tibet-zepsu-latarke.html

oraz niezamieszczania wpisów o tej treści pod zmienionymi tytułami bądź w innych lokalizacjach bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/;
2. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.” oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako bannera wyświetlającego się na stronie głównej (http://www.toyah1.blogspot.com/) przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na tym blogu w sposób nieograniczający swobodnego dostępu w każdym czasie przez dowolnych użytkowników sieci Internet. Banner ten ma mieć rozmiar 930 x 300 pikseli i być usytuowany pomiędzy górną krawędzią strony tego bloga, a logiem bloga, jego tytułem i częścią bloga zawierającą posty. Tekst przeprosin powinien być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Banner ten powinien być widoczny z poziomu użytkowników sieci Internet bezpośrednio po wejściu na stronę bloga, nie może mieć formy animowanej, formy pop-up ani formy pop-under. Banner ten nie może być zakryty innym bannerem lub grafiką o charakterze pop-up, pop-under, interstitial lub watermark;
3. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://osiejuk.salon24.pl/ oświadczenia o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’ oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako posta o tytule ‘PRZEPROSINY’ przypiętego jako pierwszy (najbardziej aktualny) post na tym blogu przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na blogu. Tekst przeprosin ma być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 24 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Treść posta ma być napisana na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5;
4. złożenia podpisanego przez siebie oświadczenia sporządzonego czcionką Arial (rozmiar 12 pkt) o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’, a następnie wysłania tego oświadczenie listem poleconym na adres Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki;
5. zaniechania dalszego naruszania dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki poprzez nierozpowszechnianie w jakichkolwiek formach informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.
6. wpłaty kwoty 10.000,00 zł (słownie: dziesięć tysięcy złotych 00/100) na rzecz Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci Imienia Księdza Józefa Tischera [tak jest w oryginale – przyp. mój], KRS 0000203313, ul. Różana 11/1, 30-505 Kraków;
w terminie 3 dni od otrzymania niniejszego wezwania.

Małgorzata Płysa Prezes Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki

Ponieważ nie jest grzecznie nie zareagować w sytuacji, gdy ktoś ma do nas sprawę, zareagowałem natychmiast i z pełnym zaangażowaniem, odpowiadając na mail tego nieszczęsnego dziecka w jedyny, jaki mi przyszedł do głowy sensowny sposób:

Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio; contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Imperet illi Deus; supplices deprecamur: tuque, Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude. Amen”.

I już na koniec – niech będzie, że jako komentarz – gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, z kim mamy do czynienia. Oto, aby sprawdzić, czym oni się dziś zabawiają między jednym a drugim festiwalem, kiedy zostali sami w domu, a David Tybet jest gdzieś daleko za oceanem, przeprowadziłem szybką kwerendę i oto, co znalazłem. Mocne, prawda?



Więcej tutaj: http://tincanforest.tumblr.com/

A gdyby ktoś był zainteresowany, przypominam, że moja książka o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji jest do nabycia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. To jest lektura obowiązkowa.

niedziela, 28 lutego 2016

O gnuśności bez retuszu

Stali czytelnicy tego bloga sprawę znają, ponieważ jednak podejrzewam, że są też tu ostatnio i tacy, którzy do nas dołączyli dopiero w ostatnich tygodniach, króciutko przedstawię temat. Otóż jeszcze jesienią zeszłego roku dotarła do mnie informacja, że w dwóch krakowskich kościołach, pod wezwaniem świętej Katarzyny oraz świętych apostołów Piotra i Pawła ma się odbyć kolejna edycja międzynarodowego muzycznego festiwalu o nazwie Unsound. Ponieważ sprawa mnie zainteresowała, przeprowadziłem krótką kwerendę, w wyniku której okazało się, że ów festiwal stanowi przedsięwzięcie jednoznacznie satanistyczne, którego główny pomysł od wielu już lat sprowadza się do przejmowania sakralnych przestrzeni i ich nadzwyczaj skutecznego bezczeszczenia. Przedstawiłem swoje obserwacje na tym blogu, a tym samym spowodowałem natychmiastową reakcję krakowskiej Kurii i wyrzucenie satanistów z krakowskich kościołów, rozbicie głównej idei festiwalu, oczywiście sądowe groźby wobec mnie ze strony organizatorów, ale przede wszystkim atak światowych mediów, jakiego ani ja sam się nie spodziewałem, ani też cywilizowany świat nie widział. Jeśli ktoś ma dziś ochotę sprawdzić, jak wielką furię wywołało odwołanie występów w krakowskich kościołach, wystarczy że wpisze w googlu hasło „unsound accused of satanism”, żeby zobaczyć, do czego tam doszło.
To co w tym jednak jest najciekawsze, to fakt, że chociaż takie medialne ośrodki jak „Los Angeles Times” czy „Guardian” uznały wiadomość o tym, że gdzieś w Polsce skromna notka na blogu powstrzymała atak najbardziej czarnego zła na Przenajświętszy Sakrament, za przebój dnia, polskie media – a to co nas akurat powinno interesować najbardziej, media prawicowe i katolickie szczególnie – sprawę kompletnie zlekceważyły. Do tego stopnia, że podczas gdy o odwołaniu koncertów pisała „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” oraz „Tygodnik Powszechny”, prawicowe i patriotyczne media nabrały wody w usta. I można by było oczywiście zastanowić się, dlaczego, to jednak jest już temat na osobną refleksje.
A teraz proszę sobie wyobrazić, że wczoraj na Twitterze słynny ksiądz Isakowicz-Zaleski zamieścił informację, że we wspomnianym kościele pod wezwaniem św. Katarzyny ma się w tych dniach odbyć międzynarodowy festiwal piosenki żeglarskiej, a obok owej informacji pełen oburzenia apel do miejscowej Kurii, by się sprawą zajęła i realizację owego bezbożnego aktu powstrzymała. Tak to właśnie ksiądz Isakowicz-Zaleski sformułował: w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny w Krakowie organizują jakieś shanty i co na to Kuria?
Od czasu gdy ksiądz Isakowicz-Zalewski jeszcze za dobrych, przedsmoleńskich czasów zapowiedział, że on, za jego postawę wobec kwestii ukraińskiej, na Lecha Kaczyńskiego nigdy w życiu więcej nie odda głosu, mam do niego stosunek, powiedzmy… ostrożny. Tu jednak chciałbym Księdza tą droga poinformować, że fakt iż on, w czasie który został mu dany, nie raczył zauważyć, że w jego Krakowie najbardziej brutalny satanizm szydzi z tego, co dla każdego z nas najcenniejsze, a dziś napina mięśnie swojej pobożności z powodu tak zwanej piosenki żeglarskiej, świadczy o nim jak najgorzej. I świadczy o gnuśności, za którą przyjdzie mu prędzej czy później odpowiedzieć.
I przyjmijmy, że jedyny sens tej krótkiej notki był taki, by wreszcie sformułować tę prostą prawdę.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Polecam szczerze.

poniedziałek, 2 listopada 2015

O tym jak David Tibet zepsuł latarkę

Jak się okazuje, wśród wielu różnych tytułów prasowych, zarówno tu u nas, jak i na świecie, podjęta przez nas akcja przeciwko próbie profanowania Najświętszego Sakramentu przez bandę satanistów, wywołała również reakcję brytyjskiego „Guardiana”, który zechciał zrecenzować występ zespołu Current 93, już wprawdzie nie w kościele św. Katarzyny, lecz w jakiejś krakowskiej ruderze, której nazwa nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Proszę poczytać, co tam się dzieje:
Występ Current 93, który wyszedł na scenę w atmosferze skandalu, po tym, jak jeden z krakowskich kościołów, oskarżając muzyków o propagowanie satanizmu, odmówił współudziału w organizacji koncertu, okazał się wielkim rozczarowaniem. Można odnieść wrażenie, że jeśli Current 93 faktycznie sprzedał duszę Diabłu, zdecydowanie powinien był zachować rachunki, ponieważ to co można było usłyszeć, robiło wrażenie, jakby oni wszyscy zwyczajnie popuszczali ze strachu. Koncert Davida Tibeta w swojej znaczniej części brzmiał jak występ zespołu zajmującego się graniem popularnych przebojów na weselach, którego muzycy w dodatku, tuż przed wyjściem na scenie, doznali nagłego ataku amnezji”.
Przyznać muszę, że w ostatnich dniach dużo myślę zarówno o owym festiwalu, jak i o tym, co wspólnie udało nam się osiągnąć, ale też o tym jak główne polskie prawicowe media, czyli przede wszystkim „Gazeta Polska” z przyległościami, tygodniki „W Sieci” i „Do Rzeczy”, „Telewizja Republika” i „Nasz Dziennik”, ale także nasz Salon24 i inne rzekomo niezależne portale, przez czystą zawiść, postanowiły ocenzurować temat, o którym już rozmawia cały świat. Myślę też oczywiście o tym, co zapowiedziała dopiero co „Gazeta Wyborcza”, czyli że organizatorzy festiwalu Unsound szykują przeciwko mnie sądowy pozew o… no właśnie nie wiadomo do końca o co, ale domyślam się, że nie o to, że oskarżając ich o propagowanie satanizmu naraziłem ich na jakieś straty. Bo jakie by to miały być straty? Tego nie wiem. Z pewnością nie finansowe, bo, jak słyszę, bilety, szczególnie po naszej akcji, sprzedały się znakomicie. Rozumiem też że nie moralne, bo jeśli oni chcą udowodnić, że nie są satanistami, a szczerymi dziećmi Jezusa, to tym samym kopią sobie komercyjny grób, bo na taką wiadomość oni od przyszłego roku stracą połowę klientów. Oczywiście może chodzić też o to, że przez naszą zawziętość, oni od dziś nie będą mieli wstępu do żadnego krakowskiego kościoła, a to im psuje interes, który na tym się głownie zasadzał, by grać właśnie w kościołach. Nie w licznych krakowskich klubach, ale w wybranych krakowskich kościołach. I to ja jestem gotów zrozumieć, tyle że wydaje mi się, że jeśli oni napiszą w tym pozwie, że Krzysztof Osiejuk, zarzucając organizatorom festiwalu propagowanie satanizmu i bezczeszczenie świątyń, uniemożliwił im dalsze bezczeszczenie świątyń, czym jednocześnie naraził na straty moralne i finansowe, zabrzmi to trochę mało przekonująco.
I pewnie bym się tak tym dylematem zadręczał do czasu aż oni rzeczywiście dojdą do jakichś rozstrzygnięć, gdyby nie wyżej zacytowany fragment recenzji z „Guardiana”. Otóż wygląda na to, że jedyne co im pozostaje, to napisać w tym pozwie, że Krzysztof Osiejuk wraz ze zorganizowaną katolicką sektą doprowadzili do utraty przez Davida Tibeta zaufania ze strony swojego biznesowego partnera Louisa Cyphera, a tym samym narazili go na kryzys twórczy, co przy braku rachunków, stanowi zagrożenie dla przyszłości jednej z licznych inicjatyw kulturalnych miasta Krakowa. Bardzo dziwne.

Pani, która mnie poprosiła o wypowiedź dla „Gazety Wyborczej” zapytała w pewnym momencie, czy ja nie rozpętałem tej awantury specjalnie po to, by wypromować swoja nową książkę. Gdyby ktoś jeszcze miał ochotę iść w tym kierunku, zapewniam go, że książka o 39 wyprawach na dziewiąty krąg, nie jest ani o Diable, ani o muzyce, ani nawet o Krakowie, lecz o najbogatszych rodzinach na świecie, od Ferrero po Rotschildów. I jak ktoś ma ochotę, może ją kupić w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 17 października 2015

Zły napada, a u nas wieczna licytacja

Oto mój najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Bardzo proszę:

Kiedy w zeszłym tygodniu wysyłałem do „Warszawskiej Gazety” felieton o tym, jak to w Krakowie sataniści organizują muzyczny festiwal, którego podstawowy pomysł sprowadza się do tego, by poszczególnym artystom udało się sprofanować jak najwięcej kościołów, nie planowałem organizowania sprzeciwu przeciwko Złu. Pragnąłem jedynie wskazać zło palcem i ewentualnie zwrócić uwagę na to, jak niebezpieczna może być dla nas ignorancja proboszczów, którzy zamiast chronić znajdujący się pod ich opieką Przenajświętszy Sakrament, przez czystą bezmyślność pozwalają na to, by owo Zło rozpanoszyło się tam, gdzie akurat nie powinno go być nigdy.
I oto ów tekst ukazał się najpierw w „Warszawskiej” następnie na moim blogu w Salonie24 i okazało się, że obaj proboszczowie w jednej chwili zostali zasypani apelami ze strony wiernych, by nie dopuścili do tego, by w ich kościołach występowali muzycy uzbrojeni w pogańskie, okultystyczne, czy wręcz satanistyczne symbole. Kiedy wieść o proteście się rozniosła, portal Salon24 otrzymał pismo od organizatorów festiwalu, skutecznie żądające natychmiastowego usunięcia „oszczerczego” tekstu. Na szczęście, fala już ruszyła, w efekcie czego, wszystkie zaplanowane w kościołach koncerty zostały odwołane, z jednej strony stawiając organizatorów festiwalu w sytuacji niezwykle trudnej, by nie powiedzieć beznadziejnej, a z drugiej, uruchamiając przeciwko Kościołowi, krakowskiej Kurii, obu proboszczom, ale być może głównie przeciwko blogerowi, seans nienawiści o zasięgu międzynarodowym. A kiedy piszę „międzynarodowym”, w żadnym wypadku nie przesadzam – wiadomość o tym, że przez donos jednego „religijnego fanatyka”, Kościół w Polsce zakazał organizacji popularnego muzycznego festiwalu, została podana przez największe światowe agencje, wraz z informacją, że organizatorzy owego sabatu zamierzają skierować przeciwko oszczercy, który określił ich mianem „satanistów”, sprawę do sądu.
W Polsce, jak się można było spodziewać, atak poszedł w „Gazecie Wyborczej”, „Onecie”, oczywiście w krakowskim „Tygodniku Powszechnym”, a także w innych reżimowych, zarówno papierowych, jak i elektronicznych, mediach, i kiedy wydawało się, że w sytuacji tego typu agresji, za człowiekiem, który jako pierwszy podniósł alarm, wstawią się tak zwane „nasze” media, okazało się, że z tej strony nastąpiła przejmująca cisza, której nie zakłóca nic nawet teraz, kiedy piszę ten felieton. Ani takie prawicowe portale, jak niezależna.pl, czy wpolityce.pl, ani „Gazeta Polska Codziennie”, ani TV Republika nie uznały za stosowne poinformować o zdarzeniu podwójnie przecież znaczącym. Oto z jednej strony, po raz pierwszy jak sięgnę pamięcią, praktycznie w ciągu jednego dnia, przez publiczną aktywność ludzi wiernych i pobożnych, udało się tak bardzo skutecznie powstrzymać atak agresywnego pogaństwa i obronić Kościół przed profanacją, a z drugiej strony skromny bloger, który postanowił bronić Kościoła przed profanacją, dziś jest straszony sądem. Przy powszechnej nagonce ze strony Systemu i milczeniu tych, po których można by się było spodziewać przynajmniej jednego solidarnego słowa komentarza.
I myślę że to też zostanie przez wielu zapamiętane. Jako świadectwo pewnej małości, której nic nie usprawiedliwi.

Przypominam wszystkim, że już w najbliższy czwartek w Krakowie rozpoczynają się doroczne targi książki, na których będziemy obecni ja i Gabriel i gdzie też będziemy debiutować z moja kolejną, siódmą już książką. Zapraszam wszystkich bardzo uprzejmie. Jednocześnie zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam też jest z czego wybierać.

czwartek, 15 października 2015

O hejcie spod znaku żelaznego krzyża

Jak już część z nas wie, dziennik „Los Angeles Times”, w swoim wydaniu z dnia 13 października dziennika, piórem niejakiego Sashy Frere-Jonesa wyszydził naszą walkę o wyprowadzenie z krakowskich kościołów grupy… no właśnie – podobno pobożnych chrześcijan. Tekst jest dość długi, więc nie będę go tu tłumaczył na polski, chciałbym tylko wyrazić przypuszczenie, że nadspodziewanie duża ilość zawartych w tekście bardzo szczegółowych informacji na mój temat i na temat politycznej sytuacji w Polsce, w sposób oczywisty wskazuje na udział w owym przedsięwzięciu lokalnych przyjaciół Frere-Jonesa z branży. Jak kto chce to czytać, podaję link:
http://www.latimes.com/entertainment/music/posts/la-et-ms-unsound-festival-internet-troll-satanism-20151012-story.html
Ponieważ tekst z „Los Angeles Times” jest fałszywy jak pięciozłotowy banknot i stanowi jedno wielkie pomówienie, uznałem za stosowne wysłać zarówno do Autora jak i Redakcji odpowiednie wyjaśnienie. Oto jego treść:

Szanowni Państwo!
Dowiedziałem się właśnie, że we wczorajszym wydaniu Los Angeles Times opublikowali Państwo cały artykuł pod tytułem „Jak oskarżenia o satanizm oraz kultura internetowych trolli zablokowały krakowski Unsound Festival” mojej osobie, oraz blogowej notce, którą opublikowałem w zeszłym tygodniu, i którą poświęciłem tak zwanemu Unsound Festival w Krakowie.
Mimo że przez znaczną część artykułu zajmują się Państwo polityczną sytuacją w Polsce i moim do niej stosunkiem, nie mam zamiaru odnosić się do tych kwestii, jako że w mojej opinii nie mają one jakiegokolwiek znaczenia dla sprawy, która dziś nas interesuje.
A sprawa polega na tym, że jako osoba religijna poczułem się urażony tym, że w paru krakowskich kościołach planowane są muzyczne wydarzenia, które z samej swojej zasady stoją w opozycji do tego, co znaczna część Polaków uznaje jako święte i byłem zmuszony zareagować. I proszę mi wierzyć, że tak naprawdę, nie chodziło o żaden satanizm. Ja się znakomicie orientuję w kulturze popularnej, o Davidzie Tibecie i jego muzycznych projektach słyszałem od lat, podobnie jak słyszałem o innych muzycznych realizacjach, w które był on zaangażowany, i doskonale wiem, na czym ów interes polega.
Wiem również o jego bardzo aktywnej współpracy z zespołem o nazwie Death in June, którego płyty i występy zostały swego czasu zakazane w Niemczech, Szwajcarii i w Chicago z powodu oskarżeń o nazistowskie sympatie – i kiedy mówię ZAKAZANE, mam właśnie to na myśli; ZAKAZANE. I jestem pewien, że kto jak kto, ale Państwo akurat o tym słyszeli. A zatem, w sytuacji, kiedy David Tibet ni stąd ni z owąd zjawia się w Krakowie i wyposażony w swoje okultystyczne i czarodziejskie sprzęty czuje potrzebę występowania akurat pod Najświętszym Sakramentem, jest oczywiste, że ja nie mogę stać z boku.
I nic mnie nie obchodzi, co David Tibet i jego towarzysze myślą na temat Boga i Szatana, oraz jak spędzają czas w swoich domach i na trasach koncertowych, bo nie jest to w żadnym wypadku moja sprawa, ale mogę Państwa zapewnić, że będę zawsze protestował, jeśli którykolwiek z nich ośmieli się zjawić w miejscach, które są ważne dla ludzi wiary.
I proszę mi wierzyć, że jeśli któregoś dnia dowiem się, że któryś z nich zamierza wejść do synagogi, by tam odprawiać swoje ponure rytuały, a ci którzy są powołani do tego, by strzec owego świętego miejsca, z jakiegoś powodu przegapią sens tego, co się tam dzieje, zrobię wszystko, by bić na alarm.
I powtarzam: proszę nie wmawiać nikomu, że tu chodzi o politykę. Polityka nie ma tu nic do rzeczy.
I jeszcze coś. Otóż możecie mieć Państwo pewność, że gdy idzie o Breivika, jego czyn wyrasta z korzeni znacznie bliższych idei propagowanych przez Davida Tibeta, niż te, które wyznaję ja.
Z poważaniem,
Krzysztof Osiejuk

Jak dotychczas – i przypuszczam, że tak już zostanie – od Redakcji nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, natomiast Autor na swoim twitterowym profilu napisał co następuje: „Facet który przestraszył się Szatana przysłał mi właśnie maila. Robi się ciekawie. On nie ufa naszemu kumplowi Tibetowi”, i tym samym uruchomił pełną szyderstw dyskusję.
Oczywiście będę informował o wszystkim na bieżąco.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, natomiast już w przyszłym tygodniu na targach w Krakowie będziemy debiutować z najnowszą książką o pięknym tytule „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Zapraszam wszystkich.

poniedziałek, 12 października 2015

Dlaczego Diabeł nie lubi wolności słowa?

Jak z całą pewnością wszyscy wiemy, jeśli przyjrzymy się mu z perspektywy tego bloga, miniony weekend okazuje się czymś absolutnie cudownym. Dzięki zaangażowaniu osób, które się tu spotykają, udało się powstrzymać atak, jaki na parę krakowskich kościołów przeprowadziła zorganizowana grupa satanistów w celu sprofanowania Najświętszego Sakramentu, i dziś możemy powiedzieć, że Jezus jest Panem.
Gdyby ktoś nie do końca wiedział, w czym rzecz, krótko może przypomnę sekwencję zdarzeń. Oto na, przyznaję, że bardzo spóźnioną, wiadomość, że od wielu lat w Krakowie organizowany jest całkowicie bezkarnie festiwal muzyczny o jednoznacznie pogańskim, a więc moim zdaniem, z jedynego dostępnego punktu widzenia, satanistycznym charakterze, którego podstawowa idea sprowadza się do profanowania kościołów – kościołów oczywiście rzymsko-katolickich – napisałem tekst, w którym z jednej strony upomniałem wyjątkowo naiwnych proboszczów, a z drugiej, wezwałem czytelników do odpowiedniej aktywności. Mój apel przede wszystkim sprowokował czyn, a następnie przyniósł sukces, który historia zapamięta. Dzięki zaangażowaniu ludzi wiernych i pobożnych, ów czarny projekt został nieodwołalnie i ostatecznie zniszczony.
Pozostaje jedna kwestia, która wymaga wyjaśnienia. Oto w momencie, kiedy tu w Salonie24 ukazała się moja notka i wiadomość o tym, co się dzieje dotarła do krakowskiego Kościoła, zareagował jeden z nich i do administracji portalu wysłał pismo z żądaniem, by informacja o satanistycznym charakterze festiwalu została usunięta, które to żądanie zostało przez Administrację niezwłocznie i skutecznie wypełnione. Żeby grzesznie nie błądzić, zwróciłem się do Administracji z pytaniem, czy rzeczywiście poszło o to, że ja twórczość zespołu Current 93 określiłem jako satanistyczną, i okazało się, że tak – sataniści nie życzą sobie, by ich określać mianem satanistów, bo oni tak naprawdę są zaledwie takimi jak my chrześcijanami.
W tej sytuacji pomyślałem sobie, że skoro portal, na którym od wielu już lat realizuję się jako tak zwany „dziennikarz społeczny”, prowadzi politykę, gdzie wolność słowa jest praktykowana o tyle, o ile nie pojawi się ktoś, kto praktykowania jej zakaże pod groźbą sądu, dobrze by było przeprowadzić bardzo prosty eksperyment, dzięki któremu sprawdzimy, czy ów system działa uczciwie i w obie strony. Czy jest bowiem możliwe, że polityka prowadzona przez właścicieli Salonu24 jest taka, że wolność słowa jest tu faktem realnym dopóki ktoś – i to najprawdopodobniej ktokolwiek – nie każe się nam zamknąć? Czy wreszcie jest możliwe, że wystarczy, ktokolwiek napisał do Administracji list żądający usunięcia dowolnej notki z jedynym argumentem w postaci frazy: „…w przeciwnym wypadku będą się kontaktowali z Państwem nasi prawnicy w sprawie zniesławienia”, by administracja portalu zgodziła się w jednej chwili zapomnieć o podstawowych demokratycznych wartościach i uznać, że każdy może głosić, co mu leży na sercu, do czasu, gdy komuś innemu to się nie spodoba.
Okazja do tego pojawiła się niemal natychmiast. Oto bloger o nicku Nerwica Eklezjogenna, którym osobiście gardzę i z którym nie życzę sobie mieć nic wspólnego, napisał poświęconą mojej osobie notkę, w której, oraz pod którą, pojawiły się opinie sugerujące, że jestem „katolickim kibolem, szkodzącym Kościołowi dupkiem i donosicielem, który zamiast mózgu ma zawartość kibla, jest zbyt nawet tępy na milicjanta, co jest podkreślane nawet przez jego fizyczność”.
Przyznam uczciwie, że ów zestaw obelg pozostawił mnie w nastroju całkowicie obojętnym. To co o mnie sądzi bloger Nerwica Eklezjogenna i jego fani, w najmniejszym stopniu mnie nie rusza i, jeśli oni mają życzenie nazwać mnie małym Hitlerem, ubekiem i pisowską szmatą – proszę uprzejmie. Ja się w swoim ciele nie czuję się na tyle słabo, by pierwszy lepszy bałwan był w stanie mnie poruszyć. A więc oświadczając z jednej strony, że sugestie zawarte w notce Nerwicy Eklezjogennnej spłynęły po mnie, jak po kaczce, pragnę poinformować, że uznałem za bardzo dobry pomysł, by ją użyć do mojego eksperymentu i skierowałem do administracji Salonu24 wiadomość o niemal identycznej treści, jaką oni parę dni wcześniej otrzymali od organizatorów krakowskiego festiwalu, włącznie z tym głupim „pozdrawiam” na końcu:
Na łamach państwa portalu ukazał się dzisiaj wypełniony oszczerstwami i pomówieniami artykuł popełniony przez blogera podpisującego się Nerwica Eklezjogenna. Domagam się usunięcia tego tekstu w trybie natychmiastowym, w przeciwnym wypadku będą się kontaktowali z Państwem moi prawnicy w sprawie zniesławienia w stosunku do mojej osoby”.
Powiem uczciwie, że byłem absolutnie i do końca pewien, że oni mnie zlekceważą i że jeśli nawet uznają za stosowne się jakoś odezwać, powiedzą, żebym spieprzał, bo jestem niepoważny; że najprawdopodobniej albo od razu rozpoznają prowokację, albo, jeśli będą zbyt zajęci sobą, uznają, że ja jestem zbyt mały, żeby im grozić. Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, oni notkę Nerwicy Eklezjogennej natychmiast wysadzili w powietrze.
I ja się teraz już tylko zastanawiam, co tam u niech się dzieje? Jak ten system pracuje? Czy to możliwe, że oni uwierzyli, że ja ich faktycznie podam do sądu za to, że publikują teksty jakiegoś nieboraczka, w których on mówi o mnie brzydko? Nie. To zwyczajnie nie wchodzi w grę. Moim zdaniem właściciele Salonu24 doszli do tego momentu, gdzie reagują już tylko na tupnięcie i krótki rozkaz. A niewykluczone, że i przy pomocy owych niezwykle sprytnych algorytmów do obsługi Salonu, tych samych, które na przykład automatycznie nie pozwalają w tytule notki użyć słowa „kretyn”, czy „erekcja”, również automatycznie usuwane są notki, gdy ktoś wypowie słowa „sąd”, „prawnicy”, „pomówienie”, lub fraza „w trybie natychmiastowym”.
I moim zdaniem, to by nam naprawdę wiele wyjaśniało, gdy chodzi o działanie systemu.
Na sam koniec, chciałem przeprosić mojego kumpla-blogera Nerwicę Eklezjogenną, że go użyłem do swoich paskudnych gierek, i notka, z której on był z pewnością szalenie zadowolony wyleciała w kosmos. Przepraszam Cię, stary, no ale sam rozumiesz. Każdy ma swoje miejsce na tym świecie. Tak to już jest, że aby jedni korzystali, drudzy muszą być wykorzystywani.

Wszystkich zainteresowanych informuję, że w dniach 22-25 października organizowane są w Krakowie targi książki, na których będę podpisywał swoją najnowszą książkę o ludziach z dziewiątego kręgu. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie. Jako, że hala Expo w Nowej Hucie nie jest budynkiem sakralnym, sataniści, okultyści, magowie i poganie, są jak najbardziej mile widziani. W międzyczasie zachęcam do kupowania moich książek w księgarni na stronie www.coryllus.pl.







niedziela, 11 października 2015

Czy rodzice puszczali Marysię Goniewicz na Unsound Music Festival?

W reakcji na mój tekst ujawniający zamiar sprofanowania przez grupę satanistów dwóch krakowskich kościołów, oraz kaplicy w kopalni soli w Wieliczce, organizatorzy owego przedsięwzięcia najpierw skutecznie zażądali usunięcia mojego tekstu z Salonu24, a następnie wydali specjalne oświadczenie, w którym – utrzymując oczywiście w najgłębszej tajemnicy moje nazwisko i adres bloga – poinformowali, że ani sami nie są satanistami, ani satanizmu nie propagują, ani oczywiście organizowana przez nich atrakcja nie ma nic wspólnego z satanizmem. Zapewne po to, by przydać owemu oświadczeniu właściwej powagi, uzupełnili je oświadczeniem dodatkowym, autorstwa głównej gwiazdy wspomnianego zdarzenia, niejakiego Davida Tibeta, w którym ten zapewnia, że satanizmu osobiście nienawidzi, a sam jest gorliwym chrześcijaninem. Przeczytajmy sobie fragment owego wyznania:
Wiele razy deklarowałem, że jestem chrześcijaninem. Prawie wszystkie moje dokonania wywodzą się z wiary, zarówno moja muzyka, jak i obrazy – moje przekonania są prawdziwe, nawet jeśli w mojej sztuce obecny jest czarny humor. Przejawiają się również w moich studiach języka koptyjskiego, którego nauczyłem się, by zgłębiać apokryficzne teksty Nowego Testamentu.
Moja książka z tekstami SING OMEGA jest zadedykowana ‘Yesu the Aleph, the Secret Lion’, a jej tytuł pochodzi z homilii koptyjskiego mnicha Shenoute, który cytuje innego koptyjskiego mnicha – Pachomiusa. Moja twórczość może czasem być nieortodoksyjna i niezrozumiana przez tych, którzy nie podzielają moich poglądów, ale, jak wielokrotnie, podkreślałem – jestem chrześcijaninem”.
Nie mam pojęcia, w jakim towarzystwie obracają się zarówno ten nieszczęśnik, jak i wspominani przez niego w innym miejscu tego oświadczenia „Mat i Gosia”, którzy tu w Polsce próbują lansować jego przemyślenia, natomiast mam bardzo poważne podejrzenia, że są to wszystko ludzie jeszcze głupsi od nich, wśród których – i stwierdzam to z prawdziwym bólem – są niektórzy krakowscy proboszczowie i organiści. Jest dla mnie bowiem czymś całkowicie oczywistym, że gdyby było inaczej, im by nawet do głowy nie przyszło, by przychodzić tu do nas z tego typu bezczelnym cwaniactwem. Oni prawdopodobnie, przez zbyt długie przebywanie wśród ludzi głupszych od siebie, doszli do przekonania, że głupsi od nich są wszyscy, a już na pewno nędzni blogerzy, którzy słysząc o jakichś koptyjskich mnichach o cudacznych imionach jakby żywcem wyjętych z najtańszej literatury o czarodziejach, zlęknieni wtulą się w kąt.
Ja oczywiście nie wierzę, by ten jakiś Tibet w ogóle był zainteresowany tym, co ja mu mam do powiedzenia, ale skoro już w swoim oświadczeniu użył wobec prowadzonego przeze mnie bloga słowa „scurrilous”, chciałbym mu wyjaśnić, że my tu z takimi jak on mieliśmy do czynienia niejednokrotnie i doskonale się orientujemy w ich ścieżkach. Niedługo minie rocznica od dnia, kiedy w małej wiosce w pobliżu Białej Podlaskiej, pewna ambitna intelektualistka i obiecująca poetka – jestem pewien, że na swojej play liście mająca dzieła zespołu Current 93 – występująca w sieci pod nazwiskiem Maria Goniewicz, wraz ze swoim szkolnym kolegą, w sposób tak brutalny, że dający wręcz pewność rytualnego, zamordowała rodziców chłopca. Owa Goniewicz miała oczywiście własną stronę na Facebooku, wokół której zgromadziło się bardzo szczególne i, zarówno pod intelektualnym, jak i estetycznym względem, charakterystyczne towarzystwo. I powiem panu, panie Tibet, że wystarczyła mi godzina, by to odkryć i opisać w na tyle wyczerpujący sposób, byśmy tu wszyscy dziś potrafili Was rozpoznać choćby tylko po sposobie, w jaki oddychacie. I niech się Panu nie wydaje, że my przestaniemy ten Wasz oddech słyszeć, bo ktoś nam puścił piosenkę zespołu Black Sabbath, albo pokazał zdjęcie wysmarowanej pastą do zębów twarzy jakiegoś pajaca podpisującego się imieniem Nergal.
Aby wiedzieć, z kim mamy do czynienia, nam – w odróżnieniu od tych biednych proboszczów, których tak łatwo się Wam udało zbałamucić – my nie potrzebujemy ani smrodu kadzidełek, ani odwróconych krzyży, ani trzech szóstek, ani łba Lucyfera wpisanego w gwiazdę, ani nawet owego charczenia, które nazywacie „growlingiem”. Nam wystarczy zajrzeć do Internetu, odnaleźć miejsca, które podpisaliście swoją czarną estetyką, i to co Was podnieca porównać z tym, czym wciąż żyją duchowi przyjaciele wspomnianej wcześniej Marii Goniewicz. I nawet jeśli tam będziecie nas próbowali oślepiać figurkami Matki Boskiej, portretami św. Jana Pawła II, a nawet obrazami twarzy Jezusa Umęczonego, będziemy Was mieli na oku nawet w czasie najgłębszego snu.
No i jeszcze jedno już na sam koniec. Pozwijcie mnie. Koniecznie. Spotkamy się w sądzie, ja Was tam popryskam wodą święconą i to dopiero będzie spektakl, kiedy zaczniecie wszyscy skwierczeć.


Więcej na ten i podobne tematy w mojej książce pod tytułem „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 9 października 2015

Czemu Diabeł chodzi do kościoła?



Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników tego bloga kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...