środa, 30 listopada 2016

O tym jak organista Gruber i ksiądz Mohr zwiastowali narodzenie Gwiazdora

      Niedawno wspominałem tu swój dawny tekst, w pewnej swojej części dotyczący tego, co przywykliśmy określać słowem „Glamour”, i tak jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, zostałem zarzucony uwagami w rodzaju: „Że też Ci się chce zajmować takimi idiotyzmami?” Oczywiście, ja bym autorów tego typu komentarzy najchętniej z tego bloga wyrzucał, ale ponieważ mam dobre serce, jakoś ich toleruję, a jakby tego było mało, postanowiłem im specjalnie zadedykować dzisiejszą notkę.
      Otóż, jak pewnie część z nas zauważyła, skutkiem pewnej charakterystycznej dla tego typu środowisk dezynwoltury, redakcja magazynu „Skarb”, wydawanego przez niemiecką sieć drogeryjną „Rossmann”, zmuszona została do przemielenia całego nakładu, z jednoczesnym wyrzuceniem na zbity pysk redaktorki naczelnej Agaty Młynarskiej i w pewnym sensie rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Ponieważ ów magazyn wciskany jest za darmo przy kasie wszystkim klientom „Rossmanna”, siłą rzeczy jego najnowsze, świąteczne wydanie trafiło i pod naszą strzechę, a ja nie mogę się powstrzymać, by napisać w tym temacie kilka słów. Otóż, co stwierdzam z autentyczną satysfakcją, numer z atakiem na program 500+ dokonał u Niemców takiego spustoszenia moralnego, że to co zostało z tego projektu, to już tylko ten błyszczący papier i ów wysiłek by go zadrukować czymkolwiek, z granicą wyznaczoną przez to, co się jest w stanie urodzić w przeciętnym niemieckim łbie, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, którego się nie spodziewało. Aktualny numer „Skarbu” jest numerem specjalnym, bo świątecznym, co zostaje zapowiedziane już we wstępniaku w następujących słowach: „CICHA NOC. Niedługo minie dwieście lat, gdy w maleńkiej wiosce Oberndorf w zaśnieżonych Alpach narodził się Jezus”… Ups! Przepraszam, poniosło mnie. O Jezusie akurat tam mowy nie ma. Ten tekst leci inaczej: „Niedługo minie dwieście lat, gdy w maleńkiej wiosce Oberndorf w zaśnieżonych Alpach po raz pierwszy zabrzmiała kolęda ‘Cicha noc’. Organista Franz Xaver Gruber oraz ksiądz poeta Joseph Mohr śpiewali o pokoju, miłości, Świętej Rodzinie, Dzieciątku i Pannie uśmiechniętej”, a pokój, miłość, telewizja TVN i Jerzy Owsiak pozostają leitmotivem całego wydania. W roli wodzirejów obsadzone zostały trzy osoby, a mianowicie modelka Katarzyna Sokołowska, aktor i tancerz Kuba Wesołowski, oraz siostrzeniec kucharki Magdy Gessler Mateusz Gessler. Ktoś być może będzie ciekawy, co ci państwo mają wspólnego z miłością, a ja już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż sieć „Rossmann” wraz z fundacją „Nie jesteś sam” zainicjowały dobroczynny projekt polegający na handlowaniu pluszowymi misiami, z czego dochód ma być oczywiście przeznaczony na pomoc chorym dzieciom, a wspomniane gwiazdy zgodziły się wystąpić jako naganiacze. Proszę popatrzeć, na jakim poziomie się poruszamy. Mówi Kasia:
      „Łączą nas misie, ale ponad nimi jest nadrzędny cel, w którym kryje się myśl, że warto pomagać. Do tego wykorzystujemy nasz wizerunek. Nasza rozpoznawalność, nasz przykład, mam nadzieję, zachęca innych do włączenia się w akcję”.
      Na to Mateusz:
      „I dobroć”.
      Co znaczy być dobrym człowiekiem? – pyta herr Rossmann, a wyjaśnia Kuba:
      „Moim zdaniem to człowiek bezinteresowny, który nie pyta: za ile, lecz gdy trzeba, dużo z siebie daje”.
     „Dobry to znaczy pomocny i świadomy tego, co robi […] ktoś, kto rozumie potrzeby innych. Zresztą pod tym określeniem kryje się wiele cech charakteru, ale najważniejsze chyba są empatia, wrażliwość na drugiego człowieka”, uzupełnia Kasia.
     Kuba:
     „Pomaganie jest formą egoizmu. Robimy to dla innych, ale też dla siebie. Dzięki temu we własnych oczach stajemy się lepsi. Taka satysfakcja to nic zdrożnego”.
    „To taki zdrowy egoizm, pożyteczny, którego punktem wyjścia jest właśnie empatia”, dodaje Kasia.
    Mateusz, jak się okazuje, też przeżywa zdrowy egoizm:
    „Wieczorem, kiedy kładę się spać i podsumowuję dzień, to fajnie się czuję, że mogłem komuś pomóc”.
    Świetnie rozumie to Kuba:
    „Ale przyznasz, że fajnym momentem jest, gdy ktoś się do ciebie uśmiecha, jakieś dziecko, któremu mama powiedziała: ‘To jest ten pan, który dał ci to drogie lekarstwo, bo dzięki niemu szpital mógł je dla ciebie kupić”.
    Żeby nie było zbyt głupio, kolej na Kasię i jej bardziej już pogłębioną refleksję:
    „Od lat obserwuję, że marzeniem wielu dzieci, zarówno zdrowych, jak i chorych, jest udział w pokazie mody, wyjście na wybieg, oklaski. Widzę uśmiechnięte buźki tych dzieciaków, ich emocje, gdy idą po wybiegu, zapominając o swojej chorobie, a mnie cieszy, że na chwilę mogę im dać pozory normalnego życia […] A obdarowany tym misiem dostaje przesłanie, że to nie jest zwykła zabawka, tylko taki pluszak, który istnieje w imię dobrego celu”.
     Wreszcie pojawia się też motyw Bożego Narodzenia i Wigilii. Mówi Mateusz:
     „Nie stawiałem talerza dla wędrowca, ale kiedyś w Wigilię oddałem sąsiadowi sól, bo mu zabrakło do łazanek. To tak, jakbym obdarował przypadkowego gościa, prawda?
     Kuba:
     „A my pożyczyliśmy jednej pani nici. Mija rok i jeszcze nam nie oddała”.
     I tak sobie gawędzą nasi dobroczyńcy. A ja sobie myślę, że jeśli to coś odzwierciedla jakąś tendencję, to przed nami piękna przyszłość. Nie ma bowiem takiej możliwości, żeby wśród tych 800 tysięcy klientów Rossmanna, którzy dostali szansę zapoznania się z ową eksplozją skretynienia i z niej w ogóle skorzystali, znalazło się choćby dziesięciu, których to coś poruszyło w sposób inny, niż ten, który ja tu dziś prezentuję. A skoro tak, to ta hucpa musi się skończyć i to skończyć fajerwerkami, jakich świat nie widział. Już słyszę ten huk.

Już jutro we Wrocławiu rozpoczynają się targi książki. Coryllus tradycyjnie ma oko na interes od samego początku, a ja się pojawię na miejscu w sobotę i zostanę już do końca. Wrocław, Hala Ludowa, stoisko nr 95. Szczerze polecam.
    

      

wtorek, 29 listopada 2016

O języku małego Clarksona i osach księcia Filipa, czyli powrót nad rzekę Dee

       Już w najbliższych dniach ukaże się kolejny – tym razem „holenderski” – numer wydawanego przez Klinikę Języka kwartalnika „Szkoła Nawigatorów”, ja natomiast przypomniałem sobie swój dawny tekst, zamieszczony jeszcze w numerze „brytyjskim”, a poświęcony projektowi zapisanemu w najbardziej czarnej historii Brytyjskiego Imperium, pod nazwą Workhouse. Tekst ów zaczynał się w następujący sposób:
      „Gdy parę lat temu ujawniono listę osób, które odmówiły przyjęcia od brytyjskiej królowej Orderu Brytyjskiego Imperium, okazało się, że wśród wielu zasłużonych dla Imperium, jest też autor Roald Dahl. Oczywiście natychmiast pojawiły się komentarze, że Dahl zlekceważył ów honor, bo tak naprawdę w swojej niewyobrażalnej pysze, liczył na tytuł kawalerski, tak by jego żona mogła być tytułowana Lady Dahl, my jednak mamy bardzo mocne podstawy, by twierdzić, że przyczyny tego gestu mogą być znacznie głębsze i sięgają czasów dawniejszych, niż koniec XX wieku.
      Roald Dahl pisał głównie książki dla dzieci, jednak obok tego wydał dziesiątki krótkich opowiadań dla dorosłych i dwie książki ze wspomnieniami – z dzieciństwa i z wczesnej młodości. I to właśnie w pierwszym z owych dwóch zbiorów wspomnień, opisując swoje życie szkolne, Dahl tworzy obraz tak straszny, że żadne słowa nie są w stanie powtórzyć tego wrażenia i nie pozostaje nam nic innego, jak zacytować odpowiedni fragment z jego książki zatytułowanej po prostu ‘Boy’:
      ‘Nie ma nic złego w kilku szybkich klapsach na pupę. Niegrzeczne dziecko będzie z nich prawdopodobnie miało same korzyści. Jednak nasz dyrektor nie dawał nam klapsów, kiedy wyciągał swój kij, by nas ukarać. Bogu dzięki, nigdy nie uderzył mnie, jednak pewien mój bliski kolega imieniem Michael opisał mi bardzo dokładnie, jak ów proceder się odbywał. Najpierw dyrektor kazał Michaelowi zdjąć spodnie i uklęknąć na kanapie w taki sposób, by jego głowa i ręce zwisały poza kanapę. Następnie bardzo mocno uderzył Michaela laską w pupę. Potem, w oczekiwaniu aż ból osiągnie najwyższy poziom, nastąpiła pauza, dyrektor odłożył laskę i zajął się nabijaniem fajki tytoniem. W tym samym momencie rozpoczął swój wykład na temat grzechu i występku. Kiedy uznał, że moment jest dobry, znów uniósł laskę i znów na drżące pośladki Michaela spadł straszny cios. I wtedy znowu dyrektor zrobił przerwę i wrócił do swojej fajki. Po jakichś trzydziestu sekundach na pupę Michaela spadło trzecie straszne uderzenie. I po raz kolejny laska wróciła na miejsce, natomiast dyrektor wyjął zapałki, spróbował zapalić fajkę, lecz zanim tytoń się zapalił, zapałka zgasła. A więc znów uderzenie i znów wykład na temat grzechu. Owa powolna i straszna ceremonia trwała aż na pupę Michaela spadło dziesięć kolejnych uderzeń i przez cały ten czas dyrektor bawił się swoją fajką i zapałkami, i bez chwili przerwy prowadził swój wykład na temat zła i występku i grzechu i nieposłuszeństwa i złego zachowania. Nie zamilkł nawet wtedy, gdy bił.   Na zakończenie, dyrektor dał Michaelowi miskę z wodą, gąbkę i ręcznik i przed założeniem spodni, kazał mu się obmyć z krwi’.
      W nieco innym miejscu zapisuje Dahl takie słowa:
      ‘To jednak, co, gdy chodzi o tego dyrektora, wydaje się być najbardziej interesujące, to fakt, że on w kolejnych latach stał się osobą bardzo znaną. Kiedy kończyłem trzecią klasę, ni stąd ni z owąd powołano go na stanowisko Biskupa Chester i musiał się on wyprowadzić do pałacu nad rzeką Dee. Pamiętam bardzo dobrze, jak w tamtym czasie zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że ktoś kto dotychczas był zaledwie nauczycielem, jednym gwałtownym skokiem zostaje biskupem. Jednak przede mną wznosiły się wciąż większe zagadki.
Z Chester już wkrótce mój dyrektor został awansowany na Biskupa Londynu, a po następnych kilku latach wspiął się na najwyższy szczebel owej drabiny i został samym Biskupem Canterbury! I to nie kto inny jak on, dostał zadanie, by w Westminster Abbey nakładać koronę na głowę naszej obecnej królowej, z połową świata przed telewizorami. I popatrzcie tylko – oto on, człowiek, który w moich latach szkolnych w najbardziej okrutny sposób dręczył dzieci będące pod jego opieką’”.
     W tych dniach wielu z nas to tu to tam ogląda kolejne odcinki autentycznie znakomitego brytyjskiego serialu pod tytułem „The Crown” i tam w pewnym momencie pojawia się postać owego pobożnego męża – dziś już wiem, że nazwiskiem Fisher – kiedy to, w jak najbardziej kluczowej scenie, młodziutkiej królowej zakłada koronę na łeb, a ja oczywiście wracam pamięcią do tamtych relacji, no i zastanawiam się, w jaki sposób brytyjska propaganda poradziła sobie z owym zdecydowanie niewygodnym dla chwały Imperium świadectwem. No i oczywiście w pierwszym odruchu zaglądam do Wikipedii i do biogramu wielebnego Geoffrey Fishera, tak, by się przynajmniej dowiedzieć, czy oni mają w tym temacie jakiekolwiek refleksje. I oto, proszę posłuchać:
      „Wśród jego uczniów był też Roald Dahl, w przyszłości wybitny autor powieści dziecięcych. W swojej autobiografii pod tytułem ‘Boy’, Dahl zarzucił Fisherowi sadystyczne okrucieństwo w stosunku do będących pod jego opieką dzieci. Okazuje się jednak, że zanim Dahl w ogóle wstąpił do Repton, dyrektorem była już inna osoba”.
Ponieważ informacja ta, jak pewnie wszyscy rozumiemy, brzmi interesująco, nawet jeśli mamy problem z tym, że nie bardzo wiadomo, w jaki sposób Dahl mógł być uczniem Fishera, skoro jego już tam rzekomo nie było, zaglądam do notki dotyczącej już samego Dahla, i tam, owszem, jest równie ciekawie:
      „Według biografa Dahla, Jeremy’ego Treglowna, pobicie miało miejsce w maju 1933 roku, czyli rok po tym, jak Fisher opuścił Repton, a dyrektorem był J.T. Christie”.
      A zatem dowiadujemy się, że za Fishera, chłosta, nawet jeśli była stosowana, to nie z aż takim okrucieństwem, jak to fantazjuje Dahl, no a poza tym Dahl na ten temat nie mógł nic wiedzieć, bo Fishera siłą rzeczy nawet nie widział na oczy, a jeśli nawet widział, to ten mu się pomylił z J.T. Christie, który może i był sadystycznym pedofilem, ale przynajmniej nie Arcybiskupem Canterbury. Ja tymczasem od jednego z czytelników otrzymałem właśnie w prezencie biografię Roalda Dahla, gdzie jak byk widzimy zdjęcie Geoffreya Fishera, a pod nim podpis: „Geoffrey Fisher, dyrektor Repton, sfotografowany przez Roalda Dahla”. Zaglądam więc wreszcie na stronę poświęconą samej szkole, a tam pojawia się informacja, że wśród wybitnych absolwentów Repton znajdował się też znany dziennikarz Jeremy Clarkson, a niżej następująca relacja: „W szkole starsi uczniowie zmuszali mnie, bym wylizywał toalety do czysta, robili kupę do mojego pudełka na śniadanie, cięli na kawałki moje ubrania. To wszystko sprawiło, że pod koniec byłem już bliski samobójstwa”.
     Nie trzeba się szczególnie interesować tematem, wystarczą popularne filmy, czy literatura, by wiedzieć, że organizacja systemu szkolnictwa w Wielkiej Brytanii niesie ze sobą wiele tego typu historii i jest to coś, z czym nawet Brytyjczycy zdążyli się już pogodzić. I pewnie nawet bym do tego tematu nie wracał – w końcu tekst o owych obozach koncentracyjnych sprawę w znacznym stopniu zamknął – gdyby nie to, że oto właśnie zobaczyłem, jak oni wiele energii poświęcają temu, by bronić zaledwie jednego z tych parudziesięciu biskupów Canterbury, których Kościół Anglikański wydał na świat. Jak już tu mieliśmy okazję wspominać, Korona niejednokrotnie pokazała, że jest w stanie przyznać się do wielu swoich, niekiedy nawet najstraszniejszych, win. Wśród nich mieliśmy nawet owe wspomniane już workhouse’y, a więc autentyczny zwiastun tak zwanego ‘ostatecznego rozwiązania”. I oto nagle okazuje się, że pojawiają się coraz to nowsze rewelacje. Po tym jak się dowiedzieliśmy, że owo kosmiczne wynaturzenie pod nazwą Wielki Indyjski Żywopłot nigdy nie istniało (polecam listy od Zyty), nagle pojawia się kolejne święte zapewnienie, że Kościół Anglikański pozostaje jak Matka Przenajświętsza – bez skazy. A o czym to ma świadczyć? Tylko o dwóch rzeczach: po pierwsze, Brytyjskie Imperium to przywódca tak zwanego Wolnego Świata, a po drugie, nie ma Narodu Wybranego ponad poddanych Królowej. Gdy chodzi o Imperium, możemy mówić i wierzyć we wszystko, w to, że Jeremy Clarkson był szkolony na rycerza Korony przez czyszczenie kibli językiem i zjadanie gówna, że legendarny Kuba Rozpruwacz stanowił pierwszej klasy produkt wiktoriańskiego satanizmu, a nawet i to, że ów tajemniczy słoik z osami z czasów ministra Profumo należał do samego księcia Filipa. Dwie rzeczy muszą pozostać nietknięte – angielski kapitalizm i angielski kościół. Warto byśmy mieli tego świadomość w dniach, gdy tak bardzo jesteśmy wszyscy poruszeni sukcesem polskiej wyprawy na 10 Downing Street.


Już w czwartek rozpoczynają się kolejne targi książki, tym razem we Wrocławiu, na których pojawi się najnowszy, czyli holenderski numer Szkoły Nawigatorów, z moimi dwoma tekstami o przyjaźni brytyjsko-holenderskiej. Ja sam przyjeżdżam do Wrocławia w sobotę rano i jestem już do końca. Zapraszam.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Gdy scena się zatrzęsła

      Ponieważ, jak mam prawo podejrzewać, wielu z czytelników tego bloga, chciałoby wiedzieć, jak się udały warszawskie targi, śpieszę donieść, że udały się znakomicie i z tego, co pamiętam, tak jak teraz nigdy dotychczas nie było. Nie umiem powiedzieć, który to już jest rok, nie pamiętam nawet które to już Targi Książki Historycznej, na których Coryllus i ja spotykamy się z Czytelnikami, natomiast, mimo że bywało już naprawdę dobrze, to co przeżyliśmy tym razem, przebija skalę. Po prostu.
      Nie będę tu przytaczał żadnych związanych z wydarzeniem anegdot, w ogóle nie zamierzam wchodzić w szczegóły, choćby nie wiadomo jak pikantne – mam nadzieję zresztą, że Coryllus zrobi to lepiej za mnie –chciałbym natomiast się zastanowić nad przyczyną tego, co się wydarzyło w tym roku. Otóż wydaje mi się, a mam wrażenie, że tu się z Coryllusem zgadzamy, że to jest jednak tendencja i że ona jest już nie do powstrzymania. I jeśli ktoś mi ma ochotę zarzucić, że znów mnie pokonało moje ego, podzielę się może pewną refleksją, którą w tych właśnie dniach usłyszałem od człowieka w pewnym bardzo szczególnym sensie reprezentującego Branżę i którego uważam za z całą pewnością zorientowanego. Otóż rozmawialiśmy sobie trochę w sobotę na temat tak zwanego „rynku idei” i kiedy ja zasugerowałem, że najwyraźniej dobiega końca projekt pod nazwą „Gazeta Wyborcza”, znajomy mój poinformował mnie, że „Wyborcza” jest wyłącznie symbolem zmiany systemowej. Jego zdaniem mianowicie, nadchodzi kres nie tylko „Wyborczej”, nie tylko wielkich mediów, ale również największych portali internetowych, takich jak Onet, czy Wirtualna Polska, a to z tego powodu, że ludzie coraz częściej mają ich wszystkich dość i decydują się na kontakt bezpośredni. Zdaniem mojego znajomego, już za kilka lat będą tylko Facebook, Google i my. Ja tu oczywiście tylko cytuję jego słowa: „Facebook, Onet i ty z Gabrielem”, ale wiemy oczywiście wszyscy, że za tym stoi duży skrót, a sens owej prognozy zamyka się w tym, o czym też już tu wspomniałem, czyli w kontakcie bezpośrednim i w wolnym wyborze. Przepraszam za porównanie, ale wydaje się, że historia zatoczyła koło i znów zza rogu wychodzi ta baba ze wsi, niosąca kosz z serem, śmietaną i jajkami.
     Czy mój znajomy ma rację, czy się myli, tego oczywiście z całą pewnością powiedzieć nie potrafię, natomiast to co się wydarzyło w ciągu minionych dwóch dni, które przeżyłem osobiście, ale tak naprawdę mówimy o całych targach, każą mi mocno podejrzewać, że faktycznie zaczęło wiać i przyczyna tego wiatru leży zupełnie gdzie indziej, niż nasze dotychczasowe doświadczenie kazałyby nam podejrzewać. Wydaje mi się, że przez te dwa dni, kiedy spotykałem się z Czytelnikami i podpisywałem swoje książki, nigdy wcześniej nie miałem tak silnego przekonania, że nawet gdyby o nas mówiono we wszystkich mediach, gdybyśmy otrzymywali najwyższe literackie nagrody, magazyn „Książki” dawał na zmianę nasze twarze na swoje okładki, nawet gdyby sam Igor Janke zarządził, by ta notka od dziś przez tydzień zajmowała pierwsze miejsce na głównej stronie Salonu24, wreszcie nawet gdyby ów natarczywy głos informujący, że oto właśnie na stoisku nr 11 Krzysztof Osiejuk i Gabriel Maciejewski podpisują swoje książki, powracał w sposób jeszcze bardziej zdecydowany, nic by to nie zmieniło. Wszystko by zostało tak jak jest dziś.

     Jak mówię, tego, czy moja intuicja się tym razem sprawdzi, nie wiem. Przed nami, już w czwartek, targi wrocławskie. Może się okazać, że warszawski fenomen trzeba nam będzie potraktować, jako nigdy niewyjaśniony kaprys losu. Czekam z napięciem. Jak zwykle będę do dyspozycji w najbliższą sobotę i niedzielę.

sobota, 26 listopada 2016

Kto się boi Bożego Miłosierdzia?

      Przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” i do zobaczenia po powrocie z Warszawy.

      Zakończył się oficjalnie Rok Miłosierdzia i papież Franciszek, jak najbardziej konsekwentnie i w sposób dla siebie charakterystyczny, ogłosił, że „potrzebni są kapłani, którzy poświęcają swoje życie posłudze jednania, tak aby wszyscy mieli możliwość doświadczenia wyzwalającej mocy przebaczenia, jako że nikomu szczerze skruszonemu nie zabrania się dostępu do miłości Ojca, który czeka jego powrotu”. A gdyby jakiemuś idiocie przyszło do głowy uznać, że tym samym, aborcja przestała być grzechem, doprecyzował swą myśl, pisząc dalej: „Z powodu tego wymagania, aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie, a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji”. Choć dla każdego z nas sprawa wydawałaby się cudownie prosta, okazało się, że nie ma takiej oczywistości, która dla niektórych nie okazałaby się zagadką nie do przejścia, i dziś już oczywiście ze strony pro-choice słyszymy okrzyki radości, że wreszcie Kościół zezwolił na aborcję, a ze strony pro-life jęk rozpaczy w dokładnie tej samej sprawie.
      I to jest coś, z czym się osobiście męczę od lat. Nie jestem bowiem w stanie zrozumieć, jak z jednej strony ludzie, którzy nie wierzą ani w niebo, ani w piekło, ani w Boga, ani w diabła, ani w grzech, ani w życie wieczne, mogą się aż tak przejmować tym, jak ich postępowanie oceni Kościół, w który również wierzyć im ani w głowie, a z drugiej strony, ci, którym wydawałoby się, że owa niezgłębiona tajemnica Boga jednocześnie nieskończenie miłosiernego, oraz, równie nieskończenie sprawiedliwego, powinna nie pozwalać spokojnie spać, tak bardzo proszą, by On może jednak był trochę bardziej sprawiedliwy, niż miłosierny.
    I powiem szczerze, że tu już bardziej rozumiem tych wszystkich bezbożników, dla których, mimo że dla nich oczywiście Boga jak nie było tak nie ma, a Kościół to nic więcej, jak pedofilska grupa przestępcza, wiadomość, że oto papież zlikwidował instytucję grzechu, to wiadomość w sumie dobra. Po pierwsze, diabli wiedzą, jak to ostatecznie jest z tą religią i nie zaszkodzi mieć jakąś ścieżkę ucieczki, no a po drugie, skoro grzech nie istnieje, świat się stanie bardziej wesoły i będzie się żyło przyjemniej. A zatem, czy papież ma rację, czy jej nie ma, dla nich owe złudzenia to czysty zysk. Inaczej jest z „naszymi”. Oto powstaje pytanie, dlaczego tylu z nas, teraz, gdy Franciszek mocą swojej władzy proklamuje Bożą Miłość, która ogarnia wszystkich, co jej szczerze pragną, robi wrażenie tak pewnych siebie, że na samą myśl o tym, że jakiś grzesznik dostanie to, na co ich zdaniem nie zasłużył, zaczynają zgrzytać zębami?
    Bardzo to ciekawe, bo jeśli faktycznie papież się myli, to marny nasz los, a jeśli mówi prawdę, to popełniamy grzech przeciwko Duchowi Świętemu i lepiej też dla nas byśmy się nie narodzili.

Za chwilę wsiadam w największy sukces ośmiu lat władzy Platformy Obywatelskiej, czyli express Pendolino, i pędzę do Warszawy, by w Arkadach Kubickiego przez dwa dni spotykać się z Czytelnikami. Wszystkich serdecznie zapraszam. Dziś i jutro od 10 do 18, stoisko nr 11.



piątek, 25 listopada 2016

Czy Leszek Miller ma jeszcze szansę dostać robotę w Kancelarii Prezydenta?

  Dziwnie się czuję zabierając się do tej notki, a to z tego mianowicie powodu, że niemal wszystko, o czym tu mam zamiar pisać, jest oparte z jednej strony na zasłyszanych plotkach, a z drugiej, na mojej intuicji. Zostaliśmy jednak w tych dniach postawieni w takiej sytuacji, że nie widzę innej możliwości, jak tylko zdać się na to, co albo podejrzewam, albo ktoś, komu wierzę, mi opowiedział.
Otóż jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z pewnym niższej rangi działaczem Prawa i Sprawiedliwości, który dostąpił tego zaszczytu, że od czasu do czasu ma okazję przebywać w najbliższym towarzystwie Prezesa. Przy którejś z okazji zapytałem mojego znajomego, czy Prezes go na co dzień rozpoznaje, na co „mój” działacz opowiedział mi, że co do tego on nie ma pewności, ale faktycznie raz się zdarzyło, że ten w przelocie wykonał w stosunku do niego gest, świadczący o tym, że może jednak tak. Przy okazji, znajomy mój opowiedział mi, jak to zdarzyło mu się brać udział w tak zwanym „grillu z prezesem Kaczyńskim” zorganizowanym przez Kluby „Gazety Polskiej” i układ był taki, że przy samym grillu siedział Prezes z Tomaszem Sakiewiczem i z paroma najważniejszymi członkami Redakcji, natomiast wokół organizowały się odpowiednio większe lub mniejsze kręgi złożone z tych, co mieli nadzieję na to, że przyjdzie taki moment, że uda się do prezesa podejść i zagadać. Najczęściej bez rezultatu.
Zapytałem więc znajomego, czy to znaczy, że Sakiewicz należy do najbardziej zaufanych znajomych Prezesa i na to usłyszałem odpowiedź, której się w sumie spodziewałem, a mianowicie, że Prezes nie ufa nikomu. Nikomu. Jest dla wszystkich uprzejmy, z każdym jest gotów pogadać, a nawet współpracować, natomiast nikt nie może liczyć na to, że potrafi go sobie na zawsze zdobyć. Włącznie z Sakiewiczem, który, jeśli nawet przeżywa aktualnie swój dobry okres, to wcale nie ze względu na swoje osobiste walory, lecz na polityczny interes, który Jarosław Kaczyński zawsze znakomicie rozpoznaje.
Ponieważ znam jeszcze parę osób, które są zdecydowanie lepiej poinformowane od każdego z nas, przy innej okazji dowiedziałem się, że Jarosław Kaczyński jest odgrodzony od świata przy pomocy pewnej pani, która jeszcze w głębokim PRL-u była sekretarką u samego Przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego, a dziś pozostaje w stosunku do Prezesa osobą bezgranicznie oddaną i lojalną. Jeśli ktokolwiek z nas zapragnie kontaktu z Prezesem, nie może nie przejść wcześniej przez barierę w osobie tej kobiety. To ona bowiem i nikt inny decyduje o tym, kto dostanie upragniony karnet. Ona, podobnie jak Prezes, jest osobą niezwykle uprzejmą, kontaktową, inteligentną, jednak przez to, że ten ją obdarzył pełnymi kompetencjami odnośnie organizacji jego spotkań, dzierżącą władzę całkowitą.
      Słuchałem owej historii i jednocześnie myślałem sobie, że przede mną wiadomość wręcz fantastyczna. Oto, z jednej strony, Jarosław Kaczyński, a więc człowiek, który w swoim ręku trzyma wszystkie klucze do przyszłości Polski, na osobę sobie najbliższą wybrał nie któregoś z bohaterów tak zwanej „rewolucji Solidarności”, a więc z towarzystwa wręcz przesiąkniętego różnorakimi zobowiązaniami, a tym samym niemal z automatu agenturą, lecz kogoś, kto poza lojalnością wobec swojego szefa nie ma nic, a na tym, jak działa System zna się, jak nikt inny. I to jest coś niezwykle pięknego. Z drugiej natomiast strony, owa historia potwierdziła moje podejrzenia i nadzieje, że nawet jeśli System przejrzy na wylot wszystkie nasze przedsięwzięcia, to do Jarosława Kaczyńskiego nie zbliży się nawet na centymetr. Z tego powodu, że on, jak już wspomnieliśmy, nie jest niczyim przyjacielem, a w ten sposób całą odpowiedzialność za wynik swojej misji bierze na siebie i tylko na siebie. A to, jak oni szydzą choćby z jego kota, słuszność mojej tezy jedynie potwierdza.
      Skoro już plotkujemy, to chciałbym wspomnieć rozmowę z człowiekiem, który od wielu lat mieszka poza Polską, ale swego czasu miał okazję znać wszystkich bardziej wyróżniających się członków trójmiejskiej socjety i wedle jego relacji śp. Lech Kaczyński od pierwszego dnia, jak stał się postacią wystarczająco publiczną, by budzić zainteresowanie Systemu, został objęty pełną inwigilacją w postaci całej sieci towarzyskich relacji, z których przyjaźń ze znanym nam aż nazbyt dobrze Januszem Kaczmarkiem była zaledwie drobnym elementem. Z opowieści, jaką usłyszałem od mojego znajomego, wynika, że ponieważ Lech Kaczyński, w odróżnieniu od swego brata, był osobą bardzo towarzyską, miał do ludzi większe zaufanie, znacznie łatwiej przechodził z ludźmi na ty, no i oczywiście miał też znacznie więcej przyjaciół, System nie miał najmniejszego problemu, by zbliżyć się do niego na wyciągnięcie choćby i noża. To wszystko są oczywiście niepotwierdzone plotki, ale ja osobiście jestem bardzo chętny, by je traktować poważnie, pamiętając choćby czas, kiedy to w różnych latach jednymi z najważniejszych ludzi przy Lechu Kaczyńskim były tak fantastyczne osoby, jak Michał Kamiński, Elżbieta Jakubiak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Piotr Kownacki, czy Ewa Ziomecka.
      Dziś Lech Kaczyński, przygnieciony smoleńską mgłą, oczywiście już nie żyje, natomiast my znów mamy swojego prezydenta, cudownego wręcz Andrzeja Dudę i, jak niestety wiele na to wskazuje, stoimy wobec dokładnie tego samego problemu, co przed laty. A ja go mogę opisać tylko w jeden sposób. Otóż od paru dni mam bardzo silne wrażenie, że pierwszy błąd, jaki Prezydent popełnił kompletując swój gabinet, był taki, że, skoro już tak trudno było mu zawieść przyjaciół i musiał im dać im po stanowisku, osobą sobie najbliższą nie uczynił Leszka Millera. Jestem pewien, że Miller, jako aktualnie na bezrobociu, byłby po pierwsze lojalny, po drugie wybitnie kompetentny, no a przede wszystkim zadbałby o to, by do jego szefa nie miała dostępu post-solidarnościowa agentura. I jeśli ktoś myśli, że to żart, niech się puknie w czoło.


Jutro jadę do Warszawy, gdzie od wczoraj trwają targi książki Historycznej. Od godziny 10 rano będę obecny na stoisku nr 11, podpisując książki i służąc rozmową na każdy temat, może z wyjątkiem ponadczasowych wartości współczesnej polskiej powieści. Jeśli ktoś nie jest w stanie przjść, zapraszam na mój blog www.toyah.pl, gdzie znajdują się linki do moich wszystkich książek. Dziękuję.

czwartek, 24 listopada 2016

Przejmujemy ZPR-y, czyli zmiana jeszcze lepsza

      Oto niemal niepostrzeżenie najstarsze dziecko III RP, popularna bulwarówka „Super Express” ukończyła 25 lat i pewnie pies z kulawą nogą by na to wydarzenie nie zwrócił uwagi, gdyby nie to, że przy tej okazji w Teatrze Polskim doszło do wielkiej fety, którą swoją obecnością zdecydowali się zaszczycić prezydent Andrzej Duda z Małżonką. Ktoś powie, że z tym psem to nieprawda. Przede wszystkim, „Super Express” to bardzo poważne przedsięwzięcie, w dodatku, przez osobę swojego naczelnego, przedsięwzięcie niezwykle zasłużone dla Dobrej Zmiany, no a poza tym cóż tam taki prezydent choćby i z małżonką jest w stanie zmienić, kiedy tam bawią się tak zasłużone nie tylko dla III RP osoby, jak Maryla Rodowicz, Katarzyna Cichopek, Cezary Pazura z żoną, Monika Olejnik, detektyw Rutkowski, Beata Tadla, Jan Pietrzak, Andrzej Gołota, Leszek Miller, a nawet piosenkarka Doda? Czy naprawdę trzeba tam było ściągać prezydenta Dudę, żeby te urodziny rozbrzmiały szerokim echem po całym kraju, zwłaszcza że całość transmitowała państwowa telewizja?
      A to przecież nie koniec atrakcji. Jak się dowiadujemy z najlepszego źródła, bo od samego jubilata: „wielką galę rozpoczęło oczywiście odśpiewanie ‘Sto lat’, a właściwie Happy Birthday w wykonaniu Dody wystylizowanej na Marliyn Monroe. Redaktor naczelny "Super Expressu" podziękował wszystkim Czytelnikom gazety - Jesteśmy dumni z naszych czytelników, którzy mają wielkie serca i za te serca chciałem podziękować. Dziękuję państwu za te 25 lat i ‎mamy nadzieję że przed nami kolejne 25.Jakby tego było mało, podczas uroczystości ogłoszono wyniki jubileuszowego plebiscytu. I tak oto sportowcem 25-lecia został Andrzej Gołota, filmem 25-lecia „Dzień świra”, aktorem 25-lecia Cezary Pazura, przedsiębiorcą 25-lecia Roman Kluska, osobowością 25-lecia Ilona Łepkowska, artystą 25-lecia Zenon (nie mylić z Wacławem) Martyniuk, natomiast nagroda specjalna 25-lecia przypadła piosenkarce Dodzie, która z tej okazji wraz ze swoją grupą muzyczną Virgin wykonała premierowo piosenkę „Kopiuj wklej”. Przepraszam bardzo, ale czy naprawdę do pełni sukcesu tego przedsięwzięcia potrzebny był tam jeszcze prezydent Duda z panią Agatą?
      Otóż okazuje się, że tak. Oni tam też się pojawili. Dziś jest tak, że część z nas zastygła w krępującym milczeniu, część się zastanawia, czy w związku z obecnością pary prezydenckiej, strój jaki na sobie miała Doda był odpowiedni do sytuacji, a jeszcze inni się cieszą, że to świetnie, że Prezydent tam zawitał, bo należy wspierać polski biznes, a jak wiemy „Super Express”, to biznes jak najbardziej polski, bo utrzymywany przez jak najbardziej polskie Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe i ich szefa, człowieka nazwiskiem Benbenek – Polaka, pełną, że się tak wyrażę, gębą. Właśnie tak. A zatem, to my. Co ciekawe, tamta strona milczy jak grób. Kiedy moglibyśmy się spodziewać fali okrutnego szyderstwa, oni akurat zatopili się w uprzejmej dyskrecji. Ciekawe, prawda?
       W tym momencie, z tak zwanej ostrożności procesowej, będę musiał swoją dzisiejszą notkę zakończyć i tylko powiem, że głupio jest patrzeć, jak mój prezydent jest pięknie rozprowadzany przez swoje otoczenie. Bo nie oszukujmy się. To nie jest tak, że on już od paru tygodni chodził podniecony i wszystkim powtarzał, by mu nie zapomniano przypomnieć o urodzinach „Super Expressu”. To tak nie działa. Kiedy się jest prezydentem, chodzi się w różne miejsca, a więc tu, tam i jeszcze gdzie indziej, a niekiedy jest i tak, że dla podniesienia rangi wydarzenia, wraz z żoną. A gdzie, to akurat sam prezydent do tego już głowy nie ma.
       A więc, jak mówię, to już jest koniec. A ja tylko chciałbym powiedzieć mojemu prezydentowi, że jeśli tak bardzo lubi brać udział w imprezach urodzinowych, to następnym razem niech wpadnie na urodziny mojego psa. Tak będzie dla niego i dla nas wszystkich zdecydowanie lepiej. A jak ktoś mi powie, że ja się tak nakręciłem ze względu na pupę piosenkarki Dody, to go stąd wyrzucę.

W Warszawie w Arkadach Kubickiego rozpoczynają się dziś Targi Książki Historycznej, gdzie oczywiście jesteśmy też my z naszymi książkami. Interesu pilnuje sam szef, czyli Gabriel Maciejewski, ja natomiast obiecuję się pojawić w sobotę z samego rana i zostać z Wami do samego końca. Arkady Kubickiego, stoisko nr 11. Zapraszam.

środa, 23 listopada 2016

Dezynwoltura drobiu, czyli intelektualiści nadzieją wolnego świata

Powiem szczerze, że ani o Donaldzie Trumpie, ani o jego niezwykłe spektakularnym zwycięstwie w amerykańskich wyborach pisać nie miałem zamiaru i, o ile pamiętam, jedyne dwa razy, kiedy o sprawie wspomniałem, to zaledwie przy okazji wydarzeń, które z mojego punktu widzenia były ważniejsze, no a przede wszystkim ciekawsze. Pierwszy z nich to klip, jaki na rzecz kampanii Hillary nakręcił aktor Robert De Niro i w którym zarzucił Trumpowi, że jest świnią i szmatą. Drugi, to wtedy, gdy opowiedziałem historię słowa „presumptuous”, którego Hillary Clinton użyła przeciwko Trumpowi. Tu może przypomnę, w czym rzecz. Otóż, jak powszechnie wiadomo, w pewnym momencie swojej kampanii Trump wymyślił ów niezwykły bon mot „crooked Hillary”, który można by przetłumaczyć na język polski, jako „Hillary krętacz”. Owo przezwisko natychmiast podbiło wyobraźnię milionów Amerykanów i w pewnym sensie stworzyło podstawę do ostatecznej porażki Clinton. Zanim jednak do niej doszło, ta z kolei postanowiła odpłacić się Trumpowi pięknym za nadobne i spróbowała puścić w obieg frazę „presumptuous Trump”, co oznacza „bezczelnego Trumpa”, i pewnie odniosłaby jakiś sukces, gdyby nie fakt, że o ile słowo „crooked” jest w społeczeństwie amerykańskim znane nawet z piosenek, to już owo nieszczęsne „presumtuous” mniej więcej tak samo, jak jego polskie tłumaczenie, czyli w ogóle. To jest trochę tak, jakby u nas KOD wyszedł na ulice z transparentami: "Precz z dezynwolturą drobiu". Efektem tego zagrania było więc jedynie powszechne wzruszenie ramion.
Spodobała mi się bardzo ta historia, bo pokazuje ona idealnie oderwanie elit od realnego świata, ich kompletną alienację, całkowite niezrozumienie tego, czym i w jaki sposób żyją zwykli ludzie, czego pragną i czym można poruszyć ich serca. Usłyszałem ową anegdotę i w jednej chwili zrozumiałem, skąd to się bierze, że oni wszyscy – i tu myślę już nie tylko o Amerykanach, ale i o Francuzach, Brytyjczykach, Niemcach i oczywiście o nas, Polakach – raz na jakiś czas okazują się być aż tak dramatycznie nieprzygotowani na tę straszną wiadomość, że po raz nie wiadomo który, zostali wystrychnięci na dudka. A i wtedy nawet, zamiast palnąć się w ten tępy łeb i spróbować odzyskać przytomność, zaczynają rwać włosy z głowy i albo ogłaszają, że będą emigrować do Kanady, Rosji, czy Szwecji, bo „tu już życia nie ma”, albo apelują do tak zwanego „wolnego świata”, by im pomógł odmienić swój straszny los, albo od rana do wieczora łażą po ulicach i drą mordy.
Dziś znów wracam do sprawy zwycięstwa Trumpa, a jednocześnie do tego zidiocenia, jakie od 9 listopada mamy okazję obserwować, bo oto zwrócono mi uwagę na klip, jaki na rzecz kampanii Clinton nakręciła grupa słynnych amerykańskich aktorów, w którym – i to nie jest żart – zaapelowali oni do Amerykanów by głosowali przeciwko Trumpowi, a jako główny argument podali to, że są oni „słynnymi aktorami”, których słowo należy traktować szczególnie serio. W dodatku, maniera, z jaką oni przekazali ów apel, była tak kuriozalna, że u widzów mógł budzić wyłącznie poirytowanie. Proszę zresztą spojrzeć:



Nie ma się więc co dziwić, że niemal w jednej chwili zwolennicy Trumpa postanowili skorzystać z okazji i nakręcili bardzo zabawną parodię tego dziwnego występu, w której ów nieszczęsny Hollywood okrutnie wyszydzili,a jednocześnie niezwykle dźwięczne wzywając do głosowania na Trumpa, tym samym tę część kampanii Clinton gruntownie unieważniając. Popatrzmy:



A ja nie potrafię przestać myśleć o jednym i tym samym, a mianowicie o tym, że oni są tacy sami, tak samo głupi, aroganccy i nieprzystosowani wszędzie na świecie. Tam i tu u nas. Na szczęście też jednak, faktycznie nie ma większej różnicy między tymi z nas, którzy to oszustwo rozpoznają, niezależnie od tego skąd ono przychodzi, czy z Francji, czy z Ameryki, Rosji, czy Niemiec. I to jest wiadomość bardzo dobra, bo dająca nadzieję, że ten świat póki co nie upadnie.

Już jutro w Warszawie w Arkadach Kubickiego rozpoczynają się doroczne Targi Książki Historycznej. Nasze stoisko oznaczone jest numerem 11, Coryllus dyżuruje od początku do końca, ja natomiast będę na miejscu w sobotę i w niedzielę. Zapraszam.



wtorek, 22 listopada 2016

Co może dać Kościół tym, którzy go nie potrzebują

      Mimo że wydawało się, iż rozmowa na temat prowokacji, jaką wobec papieża Franciszka zorganizowało czterech kardynałów – prowokacji, co warto podkreślić, której Franciszek bardzo zgrabnie uniknął – doprowadziła nas do w miarę zgodnych konkluzji, wciąż to tu to tam pojawiają się głosy ze strony tak zwanej „lepszej” części Kościoła, która ze świętym uporem wzywa do tego, by ów Kościół wobec części swoich wiernych powstrzymał się od jakichkolwiek gestów litości.
      W dodatku, niejako zamykając ów Rok Miłosierdzia, Franciszek zwrócił się do szeregowych księży, by w swojej mądrości udzielali rozgrzeszenia tym wszystkim, którzy popełnili w swoim życiu grzech aborcji, a dziś szczerze swego grzechu żałują i proszą Pana Boga o przebaczenie, który to gest niemal natychmiast uruchomił falę niespotykanego entuzjazmu po stronie tradycyjnie określanej, jako bezbożna. Oto w jednej chwili pojawiły się dziesiątki komentarzy proklamujących ostateczny koniec grzechu i powszechne odpuszczenie wszystkiego, czym świat zgrzeszył wobec Boga i człowieka, a ja już się tylko zastanawiam, co to za cholera sprawiła, że to akurat towarzystwo aż tak bardzo przejęło się rozstrzygnięciami na linii papież – konfesjonał. A co ich to nagle obchodzi, że, jak oni sami lubią powtarzać, „banda pedofilów” będzie im odpuszczać tak zwane grzechy?
     W tej sytuacji pomyślałem sobie, że wrócę może do swojego, bardzo już starego, bo jeszcze z roku 2008, tekstu, w którym najlepiej jak tylko potrafiłem, trochę na przykładzie pogrzebu Bronisława Geremka, pokazałem, w jaki sposób Kościół Katolicki może zaspokoić potrzeby tych, co go zwyczajnie nie potrzebują. Zapraszam.
 
 
 
      Niedawno miałem okazję wziąć udział w spotkaniu towarzyskim, na którym, wśród wielu najróżniejszych osób, pojawili się pan i pani z planami małżeńskimi. Rozmowa kręciła się więc przez pewien czas wokół tematów zwykle pojawiających się w podobnych sytuacjach, czyli domu, pieniędzy, dzieci, przystojnych mężczyzn i ładnych kobiet, kiedy nagle pani z planami wyraziła zaniepokojenie sytuacją, w której będzie musiała pójść do spowiedzi.
      W tym momencie, dotychczas lekka wymiana lekkich myśli, zamieniła się w dość jednostronną ideologicznie debatę na temat niezrozumiałych represji, z jakimi kochający się ludzie muszą się potykać na drodze do szczęścia. Generalnie, wszyscy zabierający głos uczestnicy spotkania, bardzo współczuli pani prawie młodej i prawie młodemu panu, że będą musieli się zmierzyć z tak dramatyczną sytuacją.
      Nagle, któryś z uczestników spotkania, poinformował zainteresowaną parę, że on słyszał o księdzu, który jest księdzem bardzo porządnym i za drobną łapówką jest skłonny podpisać „karteczkę”, która, jak kolec w sercu, nie dawała spać zakochanej parze. Więc spróbuje się ten ktoś popytać i uzyskać odpowiednie namiary.
      Ponieważ to, co słyszałem stanowiło dla mnie absolutnie fascynująca egzotykę, zwróciłem się do przyszłej małżonki z pytaniem, dlaczego ona w ogóle pragnie wziąć ślub w kościele. Dlaczego nie zarejestruje po prostu małżeństwa w urzędzie i w ten sposób pozbędzie się kłopotu z bezwzględnym klerem, a przy tym zaoszczędzi na ewentualnym haraczu dla księdza o dobrym sercu.
      Zakochana pani była bardzo zdziwiona moim pytaniem, a ponieważ nie chciałem drążyć tematu, przyjąłem tylko uprzejmie wyjaśnienie, że przecież ślub musi być w kościele. Zaproponowałem tylko, żeby może poprosiła swojego tatę, albo kolegę, żeby złożył jakikolwiek podpis na karteczce, która stanowiła dla niej taki problem i dołączyła do innych dokumentów, ale to już było zdecydowanie za dużo, a ponieważ moja znajoma zaczęła węszyć prowokację, zamilkłem i temat zamknąłem.
      Pozostał problem. Po co ludzie, dla których kwestie wiary, religii, Kościoła są kompletnie obce, tracą czas na takie drobiazgi, jak to, czy ślub ma być kościelny, czy nie-kościelny?
      Od razu muszę też się przyznać, że to, co mnie spotkało podczas omawianego spotkania, owszem - było intrygujące, niemniej nie stanowiło jakiegoś bardzo dużego szoku. Niejednokrotnie w moim życiu, spotykałem się z ludźmi, którzy sprawy religii traktowali - że tak powiem - specyficznie. Koleżanka mojej córki, na przykład, kiedy ma mieć egzamin, zakłada na szyję łańcuszek z Matką Boską, a kiedy już się dowie, że zdała (a jak nie zdała, to tym bardziej), zdejmuje ten swój medalik, bo „to głupio wygląda”.
      Jestem też pewien, że choćby ta młoda osóbka, czy to przy okazji chrztu swojego dziecka, czy to jego Pierwszej Komunii, czy, wcześniej, przy okazji swojego ślubu, czy za wiele, wiele lat, widząc nadchodzącą śmierć, będzie się nieustannie zmagać z kwestią, jak tu poradzić sobie z kaprysami Kościoła.
      Umiera człowiek, który w życiu nie chodził do kościoła. Ba, człowiek, którego rodzina, od ślubu, właśnie, czy może wręcz od Pierwszej Komunii, nie miała z kościołem, zarówno z dużej, jak i małej litery, żadnego kontaktu. Człowiek, który niejednokrotnie Kościół i księży traktował wyłącznie, jako obiekt żartów i szyderstwa. Umiera ów człowiek, a ci z jego otoczenia, co jeszcze przez jakiś czas muszą tu pozostać, zaczynają podejmować zabiegi na rzecz zorganizowania dla zmarłego kościelnego pochówku.
      I dobrzy ludzie dręczą się myślą, po co? Gdyby chodziło o zwykły strach przed piekłem, to jeszcze rozumiem. Ale najczęściej wszystko wskazuje na to, że o piekle nikt nie myśli. Problem sprowadza się wyłącznie do żądania pięknej uroczystości i do pomstowania na bezdusznego księdza-służbisty.
      Myślałem więc sobie o tej dziwnej kwestii wielokrotnie. Ostatni raz podczas pogrzebu, jak się właśnie niespodziewanie okazało, świętej pamięci profesora Bronisława Geremka. I właśnie w trakcie minionych dni przypomniał mi się wywiad, który jeszcze przed laty opublikowała „Gazeta Wyborcza” z którymś z wyższych rangą polskich masonów.
      Mistrz ów, w wywiadzie, na pytanie, co przyciąga tak wielu wybitnych ludzi do Loży, wśród kilku powodów, wymienił coś, co, według mojej pamięci, brzmiało, jak „stara, ponad dwustuletnia tradycja wolnomularstwa”.
      Wówczas, kiedy jeszcze czytałem te słowa, czułem oczywiste rozbawienie, ale w miarę upływu lat, problemu tej - a przecież nie tylko tej - nędznej i żałosnej tradycji, mogłem doświadczać już wielokrotnie na własne oczy.
      Akurat nie trzeba być masonem, żeby raz na jakiś czas stanąć twarzą twarz z własną nędzą. Z mojego punktu widzenia, żeby poczuć tę samotność, wystarczy w ogóle oderwać się od czegoś, co bez narażania się na łatwe kpiny, można nazwać tradycją i historią. Z tego punktu widzenia, w którym się szczęśliwie znalazłem, sprawy się mają tak, że jeśli stracimy ten szczególny drogowskaz w postaci tego, co daleko za nami, stajemy się nikim.
      I wcale tym drogowskazem nie musi być religia rzymsko-katolicka. Wystarczy, żebyśmy w naszej świadomości mieli cokolwiek, na co będziemy się mogli powołać i do czego się odwołać, a co jednak będzie sięgało nieco dalej, niż marne dwieście lat wstecz. I to nam też powinno zdecydowanie wystarczyć.
      Pragnę jednak wrócić do kwestii tych wszystkich uroczystości na styku religii i życia codziennego. Chodzi o to mianowicie, że jakkolwiek by na to nie patrzeć, w kulturze, w której wszyscy żyjemy, jeśli chcemy prawdziwego święta i prawdziwej uroczystości, to musimy zawsze zwrócić się do Kościoła. Czy to jest Boże Narodzenie, czy to są Święta Wielkanocne, czy zwykła „powszednia” niedziela, za tym wszystkim zawsze stoi Kościół.
      Pamiętam, jak kiedyś, bardzo już dawno temu, któryś z działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Gdańska - może to był nawet Donald Tusk - przechwalał się, że oni w niedzielę nie chodzą do kościoła, ale idą pograć w piłkę. I ani mu do głowy nie przyszło do głowy, że po to, żeby pograć w piłkę, też musi poczekać do niedzieli, która na przykład w języku rosyjskim do dziś oznacza Zmartwychwstanie.
      Więc nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli chcemy liczyć na prawdziwie uroczysty pogrzeb, czy ślub, czy jakąkolwiek inną okazję, musimy zwrócić się o pomoc do Kościoła. Bo tylko Kościół może się wykazać odpowiednio długą tradycją, a dzięki niej właśnie, odpowiednio bogatymi środkami, żeby nadać jakiemukolwiek wydarzeniu prawdziwie piękną oprawę. Bez tego, co może nam zapewnić tylko Kościół, możemy się co najwyżej najeść i napić wódki. A jeśli mamy trochę więcej pieniędzy, to jeszcze zamówić sobie występ piosenkarki.
      Właśnie dlatego, kiedy zapragniemy zawrzeć związek małżeński, a chcemy, by ten dzień zapisał się w naszej pamięci, jako dzień szczególny i kiedy chcemy, żeby był i welon i żeby była biała suknia i żeby sypano na nas czy to kwiaty, czy to ryż, czy zwykłe grosiki i kiedy chcemy, żeby nam grały prawdziwe organy, a nie tandetny keyboard, musimy zwrócić się do Kościoła.
      I właśnie dlatego też, kiedy umrze nam osoba bliska, albo kiedy umrze człowiek wybitny, godny wielkiego gestu i wielkich słów, wiemy, że ten gest i te słowa mogą paść tylko z ust księdza.
      Wielu moich znajomych zadawało sobie i mi pytanie, dlaczego rodzina i przyjaciele zmarłego tragicznie Bronisława Geremka, człowieka, który zdawał się stać bardzo, bardzo daleko od Kościoła Rzymskokatolickiego, człowieka, który najprawdopodobniej absolutnie nie uważał za konieczne uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, po jego śmierci poprosili o najbardziej uroczystą mszę w warszawskiej katedrze, z udziałem trzech wybitnych katolickich biskupów, z odpowiednimi pieśniami, z odpowiednimi modlitwami i z pełną oprawą eucharystyczną.
      Czy dlatego, że ktoś, kto zmarłego Profesora kochał, wystraszył się nagle, że bez tego wszystkiego pan Profesor nie zostanie zbawiony?
Ależ co za bzdura! Chodziło dokładnie o to samo, o co chodziło podczas organizacji pogrzebowych uroczystości księżnej Diany i tylu innych zmarłych osób, masonów, ateistów, gangsterów, ale również najzwyklejszych, bardzo porządnych ludzi, których jedynym grzechem było to, że nie zaznali łaski wiary. Ludzi. dla których niedziela nigdy nie stanowiła pretekstu do udania się na Mszę Świętą, ale którzy zawsze pragnęli mieć piękny pogrzeb.
      Zastanówmy się, jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
      Dlatego więc, kiedy słyszę tu i tam różne głosy sprzeciwu, czy wręcz oburzenia, a choćby tylko zwykłego zdziwienia, odpowiadam: A jakże inaczej?
      I niech już tak będzie. Po tych wszystkich latach, kiedy nikt z nich od Kościoła nie chciał nic, to o to jedno mogą się zwrócić.
      A my szczodrą ręką możemy im to dać.
      A modlitwę możemy dorzucić nawet i bez proszenia.
 
Przypominam, że mam u siebie jeszcze kilkanaście egzemplarzy kończącego się już nakładu mojej drugiej książki „Twój pierwszy elementarz”. Jeśli ktoś reflektuje, a zapewniam, że zdecydowanie warto, proszę o kontakt mailowy pod adresem 
toyah@toyah.pl. Cena egzemplarza razem z wysyłką 25 zł. Dedykacja w cenie.
 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dawnych wspomnień czar, czyli o sztuce zamilczania

Mój wczorajszy apel o kupowanie „Elementarza” spotkał się z odzewem, którego nawet moje rozdęte do nieprzytomności ego się nie spodziewało. Jakby tego było mało, okazało się, że są też wśród nas i tacy, którzy po obejrzeniu filmu ze spotkania jakie miało miejsce w miniony czwartek w Opolu, postanowiły odszukać w Internecie moje i Coryllusa występy jeszcze sprzed lat, a ja nagle sobie uświadomiłem, że osiem lat od czasu, gdy wspólnie, choć całkowicie od siebie niezależnie, zaczęliśmy udzielać się publicznie, to szmat czasu na tyle wielki, że dziś wszyscy ci, którzy są z nami od początku tej przygody, są w zdecydowanej mniejszości, a wielu z tych, którzy dołączali tu do nas przez te wszystkie lata, często nawet nie rozpoznają owego, kiedyś jedynego przecież, imienia Toyah.
A przecież nie tylko to się zmieniło. Wraz z poszerzaniem się tego niezwykłego kręgu, wraz z kolejnymi książkami, wraz z – co tu dużo mówić – oczywistym sukcesem Kliniki Języka, a przy tym i naszym, nastąpiło coś, co można nazwać swoistym wyrokiem śmierci, jaki na nas wydały przeróżne środowiska skupione po wszystkich kątach publicznej sceny. Jeśli sobie przypomnimy pierwsze lata naszej na niej obecności, aż trudno uwierzyć w siłę tego ataku i determinację, by nas z niej zepchnąć i przykryć dziesięcioma warstwami milczenia. Aż trudno uwierzyć w wielkość tej fali i jej nieprawdopodobny wręcz zasięg. Jeśli porównamy to, co się wokół nas działo przed laty, z tym choćby, co możemy obserwować dziś tu w Salonie24, można się zacząć obawiać, że następnym krokiem będzie już tylko będzie zakaz pokazywania się publicznie.
Skąd te refleksje? Tak jak mówię, wzięło mnie na wspomnienia, kiedy jeden z czytelników po obejrzeniu filmu ze spotkania w Opolu, zaczął grzebać w Internecie i znalazł nasz dawny bardzo występ w Klubie Ronina i napisał: „Chyba się trochę od tego czasu zmieniło, a na pewno goście w klubie Ronina...”. Przeczytałem to zdanie i przypomniałem sobie, jak to wówczas, kiedy Józek Orzeł jeszcze miał te swoje ambicje, by nas umieścić gdzieś choćby i na peryferiach owego obiegu, upychał nas to tu to tam i któregoś dnia w chwili szczerości wyznał, ile go to kosztuje nerwów i użerania się z tymi, co sobie nas oglądać i słuchać zwyczajnie nie życzą. Nigdy i nigdzie.
Przypomniałem też sobie, jak to z myślą o nas „Gazeta Polska” zgodziła się stworzyć cykl zatytułowany „Blogerzy na wizji”, tylko po to, by po wyemitowaniu trzech odcinków interes zwinąć, a sam Józek Orzeł ostatecznie przestał nas zauważać. Pomyślałem sobie, że spróbuję odnaleźć na youtubie jedną z tych rozmów, gdzie Kamiuszek, Coryllus i ja rozmawiamy o obecności Szatana w naszym świecie, i proszę sobie wyobrazić, że choć trwało to zdecydowanie dłużej, niż zwykle to ma miejsce, ostatecznie osiągnąłem sukces i stwierdzam z satysfakcją, że jeszcze tego nie usunęli. Ponieważ czuję niezmienny sentyment do tamtego akurat występu, chciałbym go przypomnieć wszystkim, którzy albo o nim zapomnieli, albo w ogóle nie mieli okazji go obejrzeć. Póki jeszcze wolno. Przy okazji zapraszam wszystkich mieszkających w okolicach Warszawy i Wrocławia do odwiedzenia naszego stoiska najpierw w najbliższą sobotę i niedzielę w Arkadach Kubickiego w Warszawie, a potem w kolejny weekend we Wrocławiu, w tej okropnej Hali Stulecia. Będzie fajnie.




niedziela, 20 listopada 2016

Opole, czyli pamiętajmy o Zycie Gilowskiej

Tym razem niemal już na drugi dzień do sieci trafiło nagranie ze spotkania, jakie w miniony czwartek miałem w Opolu. Ja oczywiście nie będę tego oglądał, bo nie jestem w stanie ani na siebie patrzeć, ani tym bardziej siebie słuchać, ale jeśli ktoś ma ochotę, to oczywiście bardzo proszę. Ponieważ nagranie trwa ponad godzinę, a nie sądzę, by ktoś chciał mi poświęcać więcej czasu, kolejny tekst będzie dopiero jutro. Dziękuję za obecność. Przypominam, że mam tu u siebie jeszcze kilkanaście egzemplarze „Elementarza” plus trzy naprawdę już ostatnie egzemplarze „Siedmiokilogramowego liścia”. Proszę się kontaktować mailowo na toyah@toyah.pl.

sobota, 19 listopada 2016

Twój pierwszy elementarz, czyli reformujemy edukację

            Spotkanie opolskie mamy za sobą, jeśli ktoś będzie miał ochotę, może sobie obejrzeć na youtubie. Tu. A ja już myślę o dwóch kolejnych weekendach, a więc najpierw o Targach Książki Historycznej w Warszawie, oraz, tydzień później, targach we Wrocławiu – obu zawsze dla nas bardzo, bardzo dobrych. Gdy chodzi o Opole, jednym z efektów owej wizyty jest to, że postanowiłem wrócić do bardziej starannego eksponowania drugiej mojej książki, podpisanej jeszcze imieniem Toyah, a mianowicie tak zwanego „Elementarza”, który zarówno w mojej świadomości, jak i świadomości czytelników, troszkę i bardzo niesłusznie się zatarł. A było tak, że przygotowując się do spotkania, przeglądałem sobie listy od śp. Zyty Gilowskiej i trafiłem na uwagę, jaką ona zechciała poczynić na temat owego właśnie „Elementarza” pisząc co następuje: „’Elementarz’ fantastyczny, słowo. Świetna lektura”. Ponieważ ja do niego od lat już nie zaglądałem i, jak już wspomniałem, niemal już o nim nie pamiętałem, pomyślałem sobie, że wezmę go ze sobą do pociągu i sprawdzę, jak się go czyta po latach.
      I proszę sobie wyobrazić, że, mimo iż zabierałem się do tego z ciężkim sercem, bojąc się, że dziś może być już tylko gorzej, owa konfrontacja wypadła wręcz znakomicie. To wciąż jest moim zdaniem jedna z moich lepszych książek, a gdy chodzi o tak zwaną „przyjemność czytania” pewnie najlepsza. Ja zdaję sobie sprawę z tego, jak fatalnie tego typu słowa mogą brzmieć w ustach autora, a więc kogoś, kto jednak powinien ocenę zostawić czytelnikom, fakt jest jednak taki, że te teksty naprawdę dobrze się czytają, a daję słowo, że o żadnej innej z tych siedmiu pozostałych książek – może poza „Markami, dolarami…” tego bym nie odważył się powiedzieć. Powiem zupełnie szczerze, że nawet moje uwagi o postaciach kompletnie dziś nieważnych i dla wielu czytelników w sposób zupełnie naturalny nieznanych, są napisane ciekawie i często naprawdę zabawnie.
      No i wreszcie pojawia się pytanie bardzo ważne – czy ja, gdybym dziś ją pisał jeszcze raz, cokolwiek bym w niej zmienił? No więc, znów powiem zupełnie szczerze, że właściwie nie. Może jeszcze raz napisałbym ów jeden czy dwa portrety, wyłącznie dlatego, że zwyczajnie odstają od reszty, która, jak mówię, jest napisana tak, że ja lepiej bym ani nie potrafił, ani też nie chciał. A trzeba pamiętać, że ich tam jest niemal pół tysiąca, a to naprawdę nie w kij dmuchał.
     Wracałem do Katowic z Opola, czytałem książkę, którą napisałem już niemal pięć lat temu i pomyślałem sobie, że z miłą chęcią przedstawię tu tym z nas, którzy jej jeszcze nie mieli okazji mieć w ręku, przede wszystkim tekst przedmowy, jaką do niej zgodził się napisać nasz drogi ksiądz Rafał Krakowiak, ale też może parę z tych miniaturek – wybrałem raczej te krótsze – z których jestem naprawdę dumny. Proszę posłuchać najpierw Księdza:

      Żył kiedyś w Polsce człowiek, który się nazywał Józef Zaremba. Dzisiaj jest postacią całkowicie zapomnianą, choć swego czasu był słynnym konfederatem barskim, o którym nawet pieśni układano:

      Drewiczowe oczy
      Drewiczowe oczy
      Już nie będą poglądować,
      Skąd Zaremba kroczy.

      Ów Zaremba był marszałkiem konfederacji w Wielkopolsce i jako rzetelny żołnierz, porządnie zalazł za skórę wojskom rosyjskim (którymi dowodził wspomniany w piosence, osławiony dla swego okrucieństwa pułkownik Iwan Drewicz), oraz koronnym (pod wodzą wówczas generała, późniejszego hetmana i targowiczanina Franciszka Ksawerego Branickiego). Dzielny ten szlachcic, kochając żarliwie Pana Boga, wolność i Ojczyznę, gotów był w ich obronie krew przelewać, a będąc – w odróżnieniu od choćby Kazimierza Pułaskiego –  przeciwnikiem pomysłu detronizacji Stanisława Augusta, do końca miał nadzieję, że król opamięta się i ruską kuratelę odrzuciwszy, do Barskiej Konfederacji przystanie.
      Konfederacja, jak wiadomo poniosła klęskę, konfederackie majątki zostały ograbione, sami zaś konfederaci albo uciekli za granicę, albo zostali zesłani na Syberię, albo też – w nadziei zachowania wolności i środków do życia – poprosili króla o przebaczenie. W gronie tych, którzy o łaskę suplikowali, był też Józef Zaremba i część jego ludzi. Gołębiego serca monarcha, prośbę byłego marszałka wdzięcznie przyjął, przebaczenia nie odmówił, chętnych konfederatów z jego oddziału do służby swojej przyjął, bądź u innych Panów protegował, a samego pana Józefa intratnym starostwem, oraz generalskim patentem uposażył, tudzież w czasie licznych audiencji rękę królewską do ucałowania łaskawie był mu podawał. Był to też czas, kiedy pan Zaremba – zapewne w ramach cywilizowania siebie samego – zdjął kontusz i przywdział frak, zgolił sumiaste wąsy, a podgoloną czuprynę przykrył fikuśną peruką. Minusem całej tej sytuacji było tylko to, że pospólstwo – zwłaszcza pospólstwo warszawskie, dziwnie w owym czasie pro konfederackie – przeklinało Zarembę i nawkładało mu od zdrajców. Oczywiście, od pospólstwa rozsądniejsi, a dużo znaczący stołeczni Panowie, panu Józefowi – jak to ładnie ujął Jędrzej Kitowicz – „winszowali, iż z honorem i ocaleniem partyi swojej, zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające.”
      Czy Zaremba był zdrajcą? Oczywiście, że nie! On był tylko zmęczonym żołnierzem, który w pewnym momencie dostrzegł, że dłużej nie można „fanatycznie” opowiadać się, za tzw. imponderabiliami, bo po pierwsze nic to nie daje samym imponderabiliom, a po drugie, jest to osobiście groźne dla niego i dla jego rodziny. Można więc domniemywać, że rozsądkiem powodowany, pan Józef powiedział sobie mniej więcej coś takiego: „Pieprzyć to wszystko! Niech tam nawet diabeł rządzi, byleby było dobrze!” – a potem ucałował królewską rękę i obstalował pudrowaną perukę.
      Napisany przez Toyaha „Twój pierwszy elementarz”, jest książką napisaną właśnie o tym, co się dzieje z krajem i ludźmi ten kraj zasiedlającymi, gdy na sposób Zaremby myśli już nie jeden człowiek, a nawet tysiąc, czy milion spośród tych ludzi, ale po prostu większość z nich. Uprzedzam, że nie dowiemy się tego z poszczególnych, quasi encyklopedycznych haseł, z których ta książka się składa. Dopiero, kiedy przeczytamy całość poczujemy – właśnie tak: poczujemy, a nie zrozumiemy – że jest coś takiego w glebie i powietrzu co sprawia, że jesteśmy jak oblepieni jakąś wstrętną mazią. Toyah mówi o tej mazi jako o tzw. Systemie, t.j. „plazmie niemożliwej do określenia, opisania, a tym bardziej do dotknięcia”.
      Ów System, to efekt, emanacja działania diabła, któremu – powodowani pragnieniem jakiegoś dobra – jak Zaremba pozwoliliśmy i pozwalamy rządzić: bo jesteśmy bezradni, albo leniwi, albo lekkomyślni, albo chciwi, albo... Oczywiście, sposób rozumienia owego dobra może być różny u różnych ludzi, zawsze jednak sednem tego układu jest to, iż władzę sprawuje TenKtóryNigdyNieOpuszczaPodobnychOkazji.
      A my jesteśmy nim zauroczeni: bo taki nowoczesny; i sprawny; i pragmatyczny. Owo zauroczenie powoduje, że w pewnym momencie przestajemy mówić o personaliach, bo ważniejsze wydaje się nam rozwiązywanie problemów (zapominając, że nie da się rozwiązać jakiegokolwiek złożonego problemu, w oderwaniu od personaliów), albo wstydzimy się odwołać do wartości uniwersalnych, bo skuteczniejsze i nowocześniejsze wydaje nam się zastosowanie tzw. standardów demokratycznych bądź europejskich. I ciągle się łudzimy (a Toyah owo złudzenie w niniejszej książce skutecznie rozwiewa), że diabeł i jego emanacja nam coś – jakieś dobro – dają, w postaci np.: świętego spokoju, życiowego komfortu, zawodowego, lub towarzyskiego sukcesu, skutecznej organizacji, czy jeszcze skuteczniejszych procedur. Tak naprawdę, System może nam tylko zabrać, a za to, co nam się wydaje, że nam dał i tak trzeba będzie drogo zapłacić.
      A propos zapłaty: Józef Zaremba, korzystając – dzięki królewskiej łasce – ze spokojnego i dostatniego życia, zapragnął któregoś dnia zażyć kąpieli. A tak się akurat złożyło, że stolarz z jego majątku w Rozprzy, znając upodobania swego pana, wykonał dla niego będącą wówczas w wyższych sferach swego rodzaju przebojem, specjalną wannę, służącą do tzw. kąpieli termicznych. Pan Józef rozradowany, że jest tak bardzo cool, nie zwlekając, kazał sobie w tym olśniewającym wynalazku tęże termiczną przyjemność przygotować. Niestety, albo wanna owa miała jakąś konstrukcyjną wadę, albo – co bardziej prawdopodobne – nieumiejętnie się z nią obchodzono, dość, że pan Zaremba poparzył się w tej kąpieli do tego stopnia, że nawet księdza dobrodzieja z sakramentami nie doczekał i zmarł w wielkich mękach.
      Był to Rok Pański 1774. Jak donosi nieoceniony Jędrzej Kitowicz, król Stanisław August dowiedziawszy się o śmierci Zaremby żałował go bardzo i miał powiedzieć co następuje: „O Boże! Jak niedościgły jesteś w wyrokach swoich; jak wiele masz rodzajów śmierci dla człowieka!”
      Co zrobił król wypowiedziawszy powyższe poruszające zdanie? Wszystko wskazuje na to, że poszedł podziwiać wdzięki jednej ze swych licznych metres – słowem: nie przejął się zbytnio.
      Książka Toyaha jest zaś świadectwem wielkiego przejęcia i równie wielkiego pragnienia, byśmy wiedzieli, przeciwko czemu należy występować i byśmy za nasze błędy nie musieli zbyt drogo płacić.

      No a na koniec parę wybranych fragmentów:

      Agora – Wedle relacji byłego dziennikarza Gazety Wyborczej, Michała Cichego, medialny koncern reprezentujący w Polsce interesy Diaspory. A ja się już tylko zastanawiam, cóż takiego szczególnego jest w Polsce, że oni się postanowili zgłosić właśnie tu. Kościół?

     Borowski, Marek – Człowiek-nikt w większym jeszcze stopniu niż… ja wiem? Pianista z zespołu Mötley Crüe? W roku 2011, w wyborach do Senatu w Warszawie, System wystawił go przeciwko Zbigniewowi Romaszewskiemu. Tylko po to, by pokazać Polakom, że są gównem, a nie narodem. Z pełnym sukcesem.

      Dominikanie – Kiedyś jeden z tradycyjnych katolickich męskich zakonów, dość nawet popularny wśród pobożnej młodzieży z duchowymi ambicjami. Niestety w pewnym momencie, pewna grupa polskich Dominikanów poznała słowo glamour, ktoś im powiedział, że glamour to boskość i, jak to mówi młodzież, odjechali. Najbardziej znanym polskim Dominikaninem jest tak zwany ojciec Zięba. Podobno bardzo fajny facet. Jak każdy zresztą pijak.

      Englaro, Eluana – W roku 2009, decyzją włoskiego sądu została poddana procedurze zagłodzenia ze skutkiem śmiertelnym. Zanim udało się skutecznie doprowadzić do głodowej śmierci, pani Englaro pękło z rozpaczy serce. Osobiście uważam, że gdyby Boże Miłosierdzie nie było nieskończone, świat przestałby istnieć w roku 1999.

      Humanizm – kiedy okazało się, że ateizm słabo się sprzedaje, jako towar na dłużej, na jego miejsce wprowadzono humanizm. Znacznie lepiej. Znacznie lepiej. Choćby przez to, że kompletnie nie wiadomo, co to takiego. Tyle że cuchnie miłością.

      Kopalnia Wujek – Mieszkam zaledwie dwadzieścia minut piechotą od tego świętego miejsca. I uważam to za zaszczyt. Nie każdy tak ma. Chodzę tam czasami, siadam na pobliskim murku i patrzę. I, jak to mawiał sam Lech Wałęsa, ładuję akumulatory.

      Kurski, Jacek – Polityk. Zawsze zastanawiałem się, jak on i jego brat – wicenaczelny Gazety Wyborczej – mogą się ze sobą spotykać przy rodzinnych okazjach. Dziś już wiem. Dla nich to nie musi być jakikolwiek problem. Z Kurskim miałem jedną sytuację. Otóż dowiedział się, że prowadzę blog, i zwrócił się do mnie z prośbą, bym mu zechciał pisać teksty, które on następnie będzie zamieszczał jako swoje na jakimś portalu. Zgodziłem się chętnie, napisałem bardzo porządny tekst, wysłałem mu, wysłuchałem parę jego uwag… i wszystko się skończyło równie interesująco jak zaczęło. Tyle jak idzie o Kurskiego. Ktoś pewnie może być ciekawy, czy to miły człowiek. Taki sobie. Ani miły, ani niemiły. Konkretny.

      Nałęcz, Tomasz – Możliwe, że coś źle zapamiętałem, ale chyba w Szwejku jest postać pewnej dziewczyny, która poszła do spowiedzi i wyznała, że wygrzebuje sobie bród spomiędzy palców u nóg i go wącha. Myślę, że Tomasz Nałęcz też ma taki zwyczaj. Tyle że, jako osoba niereligijna, się z tego nie spowiada. I tyle o nim.

      Oponenci – Nazwa, jakiej Donald Tusk używa w stosunku do politycznej opozycji. Ile razy, któryś z przedstawicieli reżimu powie, ze PiS to banda tępych wieśniaków, durnie, lub faszyści, których  należy bezwzględnie tępić, na to zjawia się Donald Tusk i nieodmiennie ogłasza, by tak nie mówić, bo to jest język „naszych oponentów”. Wszystko oczywiście w ramach polityki miłości.

      Polityka miłości – propagandowy termin ukuty przez System, oznaczający polityczny projekt, mający na celu wzbudzenie w polskim społeczeństwie takiej fali nienawiści, by można było zarządzać państwem obok choćby największych kryzysów. Najbardziej znaczącym sukcesem polityki miłości była Katastrofa Smoleńska.

      Ruch Autonomii Śląska – Ciekawe jest to, że jeśli powiedzieć o nich, że to Ślązacy, obrażą się na nas Ślązacy. Jeśli nazwać ich Niemcami, Ślązacy obrażają się jeszcze bardziej.

      Sowa, Kazimierz – Ksiądz katolicki na usługach reżimu. Kumpel Terlikowskiego. Razem tworzą tandem, dostarczający odpowiedniej rozrywki widowni stacji TVN24. Historia uczy, że skoro na usługach reżimu, to nie można mieć do końca pewności, czy ksiądz, a tym bardziej, czy katolicki. W końcu taki Szymon Niemiec też już jest księdzem. A nawet biskupem. Prawda?

      No i to tyle. Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, a, jak mówię, tych notek jest tam niemal 500, polecam. Nakład jest już bliski wyczerpania, natomiast tak się jakoś stało, że kilkanaście egzemplarzy mam tu u siebie. Gdyby ktoś reflektował, to bardzo polecam, również jako bardzo dobry prezent pod choinkę. Cena wraz z przesyłką wynosi zaledwie 25 zł. Dedykacja w cenie. Proszę pisać na adres toyah@toyah.pl.

czwartek, 17 listopada 2016

O czarnym libido raz jeszcze


Jak to już zapowiadam od kilku dni, dziś w Opolu na Uniwersytecie będę opowiadał o swojej najnowszej książce „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”. Każdego kto może przyjść, serdecznie zapraszam, natomiast tych, którzy mieszkają zbyt daleko, by się pokazać, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ponieważ w Opolu zostaję do piątku, jutro kolejnego tekstu nie będzie. Jednym i drugim jednak chciałem dziś przedstawić jeden z zamieszczonych w książce tekstów, który Zycie Gilowskiej bardzo się spodobał i o którym napisała w następujący sposób: „Pana wpis o "Vivie" i obywatelce Katarzynie Glince zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej”. Tekst jest długi, więc można go sobie rozłożyć na raty, a my się spotykamy w sobotę.

Pisałem już o tym w poprzedniej notce, ale ponieważ, jak wiemy, pewne spostrzeżenia są tak intensywne, że nie sposób ich potraktować z lekceważeniem, wychodzi na to, że trzeba będzie się powtórzyć. Otóż, gdy idzie o mnie, odkryłem właśnie, że jeśli mój plan odcięcia się od świata opanowanego przez System zostanie zrealizowany w taki sposób, w jaki sobie to zaplanowałem, ten blog będzie musiał przestać istnieć. A to z tego powodu, że zwyczajnie nie będę miał o czym pisać. I pomyśleć, że tak niewiele trzeba było, by odkryć ten fakt, jak jedno głupie wydanie tygodnika „Wprost”, a konkretnie osoby niejakiego Lejba Fogelmana – Żyda i aspirującego celebryty.
Ciekawa w sumie sprawa z tym Fogelmanem. Rozmawiałem dziś o nim trochę z naszym kolegą Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że ów Fogelman prawdopodobnie już niedługo otrzyma w TVN-ie swój talk-show, gdzie będzie rozmawiał ze znanymi gwiazdami – jak powiedzmy Katarzyna Glinka, o której tu jeszcze będzie mowa – w kontekście polskiego antysemityzmu, lub tego, jak to Polska jest widziana z Nowego Jorku, czy z Londynu. Program będzie się nazywał na przykład „Nie-koszerny talk-show”, a Lejb Fogelman będzie popijał sok pomarańczowy i zabawiał publiczność. Ale może być też jeszcze inaczej. Lejb Fogelman nie będzie miał swojego autorskiego programu, natomiast razem z Tomaszem Terlikowskim będą rozmawiać o polskim katolicyzmie lub o aborcji, a wszystko pod tytułem „Żyd i Talib w jednym stali domu”, czy coś w tym kierunku. Wszystko jedno. Obojętne. Ważne jest to, że za swoje najświeższe zasługi dla III RP, Fogelman dostanie tę robotę, a jeśli ktoś jeszcze przy okazji coś zarobi, to tym lepiej.
Pozwoliłem sobie na dygresję, jednak nie da się ukryć, że choć prawdziwy temat dzisiejszej notki nie jest w żaden sposób związany z Fogelmanem, to jest on w pewnym sensie kontynuacją moich refleksji będących bezpośrednim skutkiem owego gwiazdkowego prezentu w postaci paru kolorowych magazynów. Nie będę dłużej utrzymywał czytelników tego bloga w ich niepewnym zawieszeniu i przejdę od razu do Glinki. Jednak najpierw – znów, niestety, dygresja – mały wstęp. Oprócz ostatniego wydania magazynu „Wprost”, w naszym domu pojawił się dwutygodnik „Viva”. Pisałem niedawno dość o „Vivie” a propos bardzo dobrego filmu „Social Network” o Facebooku, w bardzo porządnym dwudyskowym wydaniu, który niespodziewanie dołączony został do owej „Vivy” za zaledwie 30 zł. Wspomniałem o tym filmie, bo w żaden sposób nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób wydawcy „Vivy” znajdują interes w tym, by rozdawać tę swoją gazetę niemal za darmo. Obiecał mi to wytłumaczyć nasz kolega Lemming, ale ponieważ ostatnio jest bardzo zajęty, wciąż na to objaśnienie cierpliwie czekam. Tym razem „Viva” pojawiła się pod naszą choinką bez filmu, ale za to za jedyne 99 groszy – „Specjalnie na Święta! 0.99 zł.” I problem tej szczególnej dobroczynności odżył na nowo.
Patrzę na tę śliczną kolorową okładkę, a tam jakaś czarnowłosa lalunia w ciąży, w czerwonej sukni i z uwodzicielskim spojrzeniem i tekst: „Synek już w drodze! Katarzyna Glinka o ciąży, macierzyństwie, małżeństwie. I co dalej z jej karierą?” Przyznaję, że nie mam pojęcia, kim jest Katarzyna Glinka. Co jeszcze ciekawsze, kim jest ta Glinka, nie wie nawet moja żona, która wie wszystko, natomiast moja starsza córka, którą mam tu w tej chwili pod ręką, najpierw powiedziała, że ją zna, bo to jest wybitna polska siatkarka, ale następnie zmieniła zdanie, bo sobie przypomniała, że „jej” Glinka ma na imię Małgorzata, a nie Katarzyna, i zostaliśmy z tą okładką i naszymi bardzo już indywidualnymi refleksjami. Gdy chodzi o mnie, patrzę na tę Glinkę, zastanawiam się, kim ona jest – czy piosenkarką, a może aktorką, czy ewentualnie żoną jakiegoś Glinki, a może wnuczką niegdysiejszego Mariana Glinki – a przede wszystkim zastanawiam się nad tą złotówką bez jednego grosza. Co to za biznes? Co to za geszeft? Kto zna odpowiedź? Może Lejb Fogelman?
Pozostaje więc już tylko poszukać jakiegoś bardziej stałego gruntu. Obok mamy zatem Jarosława Wałęsę i Ewelinę, a wyżej Roberta Kozyrę – postać zajmująca swoje zaszczytne miejsce na tym blogu – i jego refleksje na temat Georga Michaela i stanu jego zdrowia. Ponieważ Jarosław Wałęsa jest dla mnie dokładnie tak samo ważny jak jego Ewelina, natomiast Georga Michaela uważam za wielkiego artystę, a jego piosenkę „Last Christmas” za jeden z tak zwanych evergreens, i to w dodatku niemal najbardziej ‘ever’, postanawiam zajrzeć do Kozyry. I proszę uprzejmie. Okazuje się, że George Michael, jako histerycznie nieumiarkowany homoseksualista, zapadł na AIDS, a w ramach tego AIDS na ciężkie zapalenie płuc. Robert Kozyra poświęca temu nieszczęśnikowi cały długi tekst, a w nim informuje, że „nie jest tajemnicą, że George ma duże libido i lubi przygodny seks”. „Nie należy też jednak zapominać”, że George Michael to człowiek, który nawet kiedy się snuje po publicznych ubikacjach, „bez żadnych zahamowań” mówi, co myśli o sprawach ogólnych, w tym również o politykach. „O Margaret Thatcher powiedział: ‘Głupia krowa, która wielu zniszczyła życie’. Tony’ego Blaira sparodiował w teledysku do ‘Shoot The Dog’ jako pieska Busha, który robi wszystko, co każe jego pan. Busha z kolei przedstawił jako idiotę”. Dobra wiadomość jest taka, że mimo ciężkiej choroby George jednak dojdzie do siebie i, na poziomie czysto ludzkim, będzie Kozyrze dalej prezentował swoje libido, a w wymiarze intelektualnym nam wszystkim swoje opinie na temat polityków.
Jeśli jednak ktoś myśli, że za te 99 groszy nic więcej poza Glinką, młodym Wałęsą, Kozyrą i Georgem Michaelem nie dostaliśmy, jest w dużym błędzie. Otóż okazuje się, że 24 listopada w Warszawie odbył się pokaz kolekcji La Mania. Osobiście, podobnie jak nie wiem, kim jest Glinka, nie wiem też, co to jest kolekcja La Mania, ale ze zdjęć zamieszczonych w najnowszej „Vivie” wynika niezbicie, że to jest nie byle co. Przynajmniej jak na polsko-ukraińskie standardy. Proszę posłuchać:
Galeria Zachęta, Arkady Kubickiego. Joanna Przetakiewicz zawsze wybiera ekskluzywne miejsca na pokazy. Teraz właścicielka marki La Mania zaprosiła gości do Sali Marmurowej w Pałacu Kultury i Nauki. ‘Czwarty element’, bo taki tytuł miała kolekcja inspirowana filmem Luca Bensona ‘Piąty element’, oglądały nie tylko panie. W pierwszym rzędzie zasiedli: partner Joanny Przetakiewicz Jan Kulczyk, Jan A.P. Kaczmarek, Waldemar Dąbrowski. Zaśpiewała światowej sławy śpiewaczka Aleksandra Kurzak, a wirtualnym gościem jak zwykle był Karl Lagerfeld. Właścicielka marki Las Mania przyjaźni się z projektantem i na każdym pokazie podkreśla, jak bardzo ją wspiera. Na La Manię – w zwracającym uwagę naszyjniku – przyszła Monika Olejnik, szefowa modowej marki Deni Cler Milano Katarzyna Niezgoda wystąpiła w niezwykle twarzowej krwistej czerwieni, a w beżach, jak zawsze stylowa, Małgorzata Socha. Joanna Przetakiewicz pokazała się w oryginalnym, mocno nasuniętym na oczy toczku – widać właścicielka La Manii lansuje modę a la Philip Treacy. Toczek, tyle że z długimi piórami, włożyła również śpiewająca gwiazda Aleksandra Kurzak. Co do nowej kolekcji – zachwycała feerią barw, zwiewnością i, jak twierdzi Agnieszka Szulim, prezentowana była przez wyjątkowo ładne modelki. A po pokazie goście delektowali się… mrożonymi jogurtami”.
A więc Glinka, Kurzak, Niezgoda, Socha, Szulim, a oprócz nich jeszcze: Eric Stępniewski, Halina Mlynkova, Paulina Sykut, Ada Fijał, Marta Krupa, Marta Grycan i Bogna Sworowska – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Proszę słuchać uważnie. Obok pokazu La Mania odbyła się w Warszawie inna impreza, zatytułowana Spotkanie Swisslove:
Szczęśliwi czasu nie liczą. Ale ci którzy przyszli na trzecie spotkanie SwissLove, chętnie by go policzyli… na najlepszych zegarkach na świecie. Butiki Swiss mają w portfolio prestiżowe zegarkowe marki. Okazało się, że w nadchodzącym sezonie najmodniejsze będą te w kolorach czekolady i wanilii. Na spotkanie przybyły między innymi projektantka i ambasadorka marki Bulova Izabela Łapińska oraz Justyna Steczkowska (w sukni od Łapińskiej i w zegarku marki Bering na ręce). Goście pospieszyli oglądać jesienno-zimową kolekcję i delektować się waniliowymi i czekoladowymi przysmakami”.
I proszę. Oto przed nami: Agata Załęska, która „zastąpiła Katarzynę Pakosińską w Kabarecie Moralnego Niepokoju”, Waldemar Dąbrowski „z Diageo”, Jolanta Raszyńska, „fanka sukienek od Łapińskiej”, Katarzyna Grochola, która „pracuje nad nowym wizerunkiem”, Jolanta Borowiec z Polsat Cafe i Jarosław Szado – choreograf mody.
I to wszystko za marne 99 groszy!
Ktoś mi powie, że to przede wszystkim nic ciekawego, a poza tym się powtarzam, bo tekst o folklorze polsko-ukraińskim już tu był i sprawa jest zakończona. Otóż możliwe, że to wszystko nie jest zbyt ciekawe, natomiast nie zgadzam się, że sprawa jest zakończona. Nie jest zakończona choćby z tego względu, że wszystko jest w ruchu i wszystko trwa. I wcale niekoniecznie musi chodzić o to, że od czasu, gdy ostatni raz zajmowaliśmy się tym wieśniactwem, pojawił się drugi Waldemar Dąbrowski i jest ich tam teraz dwóch. Chodzi o to, że ostatnio bardzo przyspieszył również świat zewnętrzny i oba te światy zaczynają błyskawicznie odjeżdżać. Jeden reprezentowany przez bandę tych kretynów z jednej strony szyby, a drugi przez tę nędzę, która została z tej strony i z przylepionymi do szkła nosami wpatruje się w te światła. Jak ci Świadkowie Jehowy, co wiedzą, że są i tak poza zbawieniem, ale liczą, że przez tę wiarę przynajmniej zostaną w pamięci owego szczególnego Absolutu.
Czytałem dziś gdzieś pełne radości doniesienie, że jednak kryzys nas nie rusza, bo Polacy jeszcze nigdy nie kupowali tak dużo jak kupują w ostatnich tygodniach. Że produkcja leci pełną parą, sklepy pękają w szwach, pieniądz przechodzi rąk do rąk, i że – jakie to śmieszne! – to pewnie dlatego, że nikt nas nie uprzedził, że jest kryzys i że trzeba oszczędzać. Szczególnie dobrze, jak słyszę, idą telewizory. Nawet brytyjski „The Economist” nie może się nadziwić, jacy my Polacy jesteśmy hardzi. Ale obok tej informacji pojawia się następna – największe sukcesy odnotowują banki. Żaden sektor gospodarki nie dokonał takiego przyspieszenia. W 2010 roku banki zarobiły na nas prawie18 procent więcej niż w roku poprzednim, natomiast w tym roku już niemal 40 procent więcej niż w roku 2010. I to mnie nie dziwi. Wystarczyć rzucić okiem na te kolejki w samych bankach, a później w sklepach. To prawda – Polacy nie dali się zwieść alarmistycznym nastrojom wysyłanym przez głupią opozycję. Nas kryzys nie dotyczy. I bardzo dobrze. Bo, jak wiemy, najgorsza jest panika.
Przepraszam bardzo, ale zanim dostanę cholery i zacznę złorzeczyć, znów spróbuję się poratować cytatem. Tym razem jednak już nie „Viva”, lecz tvn24.pl. I nim też zakończę ten dziwny tekst. I już tylko mam nadzieję, że ktoś kiedyś za to odpowie:
Kryzys - to słowo w mijającym roku odmieniano przez wszystkie przypadki. Jedni twierdzą, że dopiero stuka do naszych drzwi od Zachodu, drudzy, że już u nas jest i w przyszłym roku się zadomowi na dobre. Jest też wielu takich, którzy twierdzą, że Polski się on w ogóle nie ima.
Dowodów na to, że kryzysu w Polsce – przynajmniej na razie – nie ma, jest wiele. Firmy należące do znanego inwestora, Zbigniewa Jakubasa, w ubiegłym roku osiągnęły prawie miliard złotych przychodu i ponad 700 mln. zł zysku. Przez ostatnie dwa kryzysowe lata Jakubas awansował o 23 miejsca w rankingu najbogatszych Polaków, lądując na 15. miejscu.
- Był to rok na pewno bardzo udany i jeden z lepszych w mojej historii biznesu. Ja jestem optymistą co do polskiej gospodarki i na najbliższe dwa lata też przewiduję duże wzrosty w swoich firmach - mówi miliarder. Na potwierdzenie dodaje, że w sytuacji, gdy branża deweloperska zniżkuje - kupił za kilkaset milionów złotych tereny inwestycyjne nad Wisłą za gotówkę, bez kredytu.
Marek Goliszewski z Business Center Club: - Rok 2011 był rokiem dobrym dla przedsiębiorców. Świadczy o tym wzrost gospodarczy i to jest w dużej mierze zasługa zwiększonych obrotów firm, wychodziliśmy też z eksportem na zewnątrz. W sumie był to rok dużo lepszy, niż się spodziewaliśmy.
Jest branża, która wydaje się zyskiwać najwięcej. - Wielkim wygranym w Polsce jest sektor bankowy. Wyniki finansowe banków w 2011 roku są fenomenalne - mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. Potwierdza to Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. - Mamy bardzo dobre wyniki banków. W sumie 15 mld zł to rekordowe zyski. Jeśli chodzi o branżę ubezpieczeniową, to również sytuacja jest bardzo korzystna ponieważ nie mieliśmy żadnych większych klęsk żywiołowych - tłumaczy.
- Kryzys europejski nie jest tak głęboki i straszny, jak ludzie sądzą. Są też inne dowody, że Polacy mantrą, w której jedynym członem jest słowo ‘kryzys’, mocno się nie przejęli. - Kryzysu nie ma tak naprawdę. Podoba mi się komentarz ‘The Economist’ sprzed jakiegoś czasu, że znowu Polakom zapomniano powiedzieć, że jest kryzys i w związku z tym konsumują, produkują i dobrze się bawią. To zjawisko bardziej psychologiczne i socjologiczne niż ekonomiczne - mówi Kazimierz Krupa, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu ‘Forbes’.
Prof. Stanisław Flejterski, ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego dodaje: - Jesteśmy jako Polska beneficjantami ‘kryzysu’. Ten nasz optymizm może wziął się z tego, że pamiętamy, jak to było ponad 20 lat temu, a było znacznie gorzej”.
I tak to właśnie się nam plecie. Stępniewski, Goliszewski, Młynkova, Flejterski, Jakubas, Sykut, Fijał, Arendarski, Sroka, Krupa, Grycan, Sworowska. No i sprawa najważniejsza, zapowiedziana na samym początku: dziecko Katarzyny Glinki już w drodze!