Przedstawiam dziś swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o aktorach niezłomnych.
Mogę się mylić, ale mam wrażenie przez te
już kilka dobrych lat, jak publikuję swoje cotygodniowe refleksje w
„Warszawskiej”, konsekwentnie trzymałem się tematów krajowych i chyba ani razu
nie wyszedłem poza granice zakreślone przez nasze polskie „awantury”. Wygląda
więc dziś na to, że po raz pierwszy opowiem o czymś, co się własnie zdarzyło
daleko od nas a konkretnie w Wielkiej Brytanii. Jednocześnie jednak zapewniam,
że temat ów wybrałem wcale nie w oderwaniu od spraw, którymi żyjemy, a wręcz przez
wzgląd na nie właśnie.
Otóż, jak wiemy, w Wielkiej Brytanii
miały właśnie miejsce przyspieszone wybory parlamentarne, w wyniku których
konserwatyści odnieśli zwycięstwo, którego wielkość można porównać jedynie do
osiągnięć niezapomnianej Margaret Thatcher. To jednak co w owym brytyjskim
wydarzeniu zwraca naszą szczególną uwagę, to fakt, że histeria, jaka już na
drugi dzień po wyborach ogarnęła tamtejsze środowiska liberalno-lewicowe była
tylko minimalnie mniejsza od tej, z jaką w tygodniach poprzedzających
ostatecznie ową sromotną porażkę głosiły one swój rzekomo pewny przyszły
sukces.
Aby dać przykład owych kompletnie
obłąkanych zachowań, a tym samym pokazać, jak to z czym my tu w Polsce musimy
się użerać, stanowi zaledwie marną parodię tego, czym oni tam żyją na co dzień,
opowiem o tym, co wykonał, słynny również u nas, aktor Hugh Grant. Otóż proszę
sobie wyobrazić, że ulegając przekonaniu, że
tylko on, wybitny artysta i człowiek, przed którym klęka świat, jest w
stanie sprawić, że „faszyzm nie przejdzie”, postanowił osobiście chodzić od
domu do domu i namawiać mieszkańców do tego, by zagłosowali przeciwko partii
Borysa Johnsona. Mało tego. Ponieważ on bardzo w swoim mniemaniu sprytnie
uznał, że labourzyści mają małe szanse, by zagrozić Johnsonowi, postanowił
zachęcić wyborców, by zrobili coś, czego wielu z nich nie robiło nigdy
wcześniej, czyli zagłosowali na liberalnych demokratów. Byle tylko odebrać
władzę – powtórzmy to raz jeszcze – faszystom.
Ktoś powie, że przesadzam, a więc oddajmy
głos samemu Grantowi:
„Wybory,
które przed nami, nie są wyborami takimi jak inne. Dziś znaleźliśmy się na skraju
upadku, jakiego brytyjska historia nigdy
wcześniej nie doświadczyła. Partia konserwatywna została przejęta przez
prawicowych ekstremistów, a ponieważ nie jesteśmy w stanie zmienić
obowiązującej ordynacji, nie wolno nam głosować, jak nam mówi serce, bo
doprowadzimy do prawdziwej katastrofy”.
Do czego zmierzam? Otóż już za chwilę tu
u nas rusza kampania przed majowymi wyborami prezydenckimi, no i niewykluczone,
że oni się prędzej czy później zorientują, że Kidawa-Błońska to kompletne
nieporozumienie i też nie zdziwię się, jeśli ktoś tam, korzystając z
brytyjskiego przykładu, postanowi zatrudnić choćby Daniela Olbrychskiego, by
ten chodził po domach i wzywał Bogu ducha winnych obywateli do taktycznego głosowania na Szymona Hołownię, który potrafi przynajmniej wypowiedzieć trzy
kolejne zdania bez jakiejś kompromitującej wpadki. Taktycznie oczywiście, no bo
serce sercem, ale faszyzmowi trzeba powiedzieć „dość”.
