środa, 31 sierpnia 2016

Dla Anny Walentynowicz, z podziękowaniem i modlitwą

W niemal całkowitej ciszy nadszedł dzień 31 sierpnia, a z nim rocznica podpisania tak zwanych Porozumień Gdańskich, a ja sobie nagle uświadomiłem, że to nie tylko jest pierwszy raz, kiedy ten dzień mija praktycznie niezauważony, ale też pierwszy raz od roku 1989, kiedy kończy się lato, a sytuacja polityczna w kraju jest tak spokojna, ja ten piękny, letni dzień. Rządzą ludzie, którzy – przynajmniej deklaratywnie – troszczą się o Polskę i Polaków, rząd ma w Sejmie bezpieczną i samodzielną większość, premier nie musi się użerać z jakimiś podrzuconymi mu koalicjantami, opozycja jest w praktycznej rozsypce, a wszystkie sondaże wskazują na to, że może być już tylko lepiej. Staram się przypomnieć sobie wszystkie sierpnie od roku 1989 i wydaje się, że nie ma w tym całym szeregu takiego, gdzie ja przynajmniej nie czułbym tego okropnego napięcia, że oni się zaraz za nas wezmą i to wezmą tak, że się nie pozbieramy. Rok 1990 to coś co zostało zapamiętane, jako „wojna na górze”, rok kolejny, 1991, to rządy liberałów i owe straszne wybory do parlamentu bez progu wyborczego, w wyniku których do Sejmu dostało się 29 ugrupowań, z czego 11 z zaledwie jednym posłem, a rząd tworzyło Porozumienie Centrum, które uzyskało wynik 9 procent. Rok 1992 to upadek rządu Olszewskiego i koalicja z premierem Pawlakiem. Kolejny rok to rozwiązanie Sejmu, nowe wybory i zwycięstwo komunistów i wydawało się, że najbardziej spektakularne zwycięstwo III RP ze wszystkimi jej występkami. W 1995 roku Aleksander Kwaśniewski zostaje na kolejne 10 lat prezydentem przez kolejne lata, każdy kolejny sierpień pozostaje w cieniu tej prezydentury i tej całej szarości pod nią podczepionej. W wyniku wyborów roku 1997 władzę w Polsce przejęła koalicja AWS z Unią Wolności i nastąpił ostateczny upadek jedynej realnej opozycji, czyli Porozumienia Centrum. Kolejne wybory w roku 2001 to ponowne, tym razem bezwzględne zwycięstwo komuny i atak służb, który doprowadził do powstania Platformy Obywatelskiej. I tu też kolejne sierpnie, mimo że przez dwa lata z Jarosławem Kaczyńskim, jako premierem i tak naznaczone były ciężką walką o przetrwanie. I tak do roku jesieni 2015 roku i do dzisiejszej rocznicy.
Wczoraj TVP Info nadała najpierw rozmowę z Andrzejem Gwiazdą, a następnie awanturę między Andrzejem Rozpłochowskim i Janem Rulewskim, w pewnym sensie na temat tego wszystkiego, o czym wyżej starałem się opowiedzieć. Choć sam oczywiście raczej trzymam stronę tych, którzy twierdzą, że zarówno gdy chodzi sierpień 80, jak i tym bardziej czerwiec 89, nie ma za bardzo się czym emocjonować, wciąż mam w głowie osobę, która w ów niezbadany sposób w pewnym momencie weszła w moje życie, a następnie, pozostawiając mi jedynie swój numer telefonu, pewnego sobotniego poranka została przez złych ludzi rozerwana na strzępy. Mam na myśli Annę Walentynowicz. Dziś, aby jednak jakoś uczcić tę rocznicę, proponuję, byśmy jeszcze raz przeczytali sobie mój tekst sprzed lat, zatytułowany oczywiście „Walentynowicz”.


W „Rzeczpospolitej” na dzisiejszy weekend, artykuł o Annie Walentynowicz. Przeciętny zwyczajny artykuł przedstawiający sylwetkę historycznej postaci. Żadnych rewelacji, suche fakty, parę opinii. Standard.
Jest jednak zdjęcie. Duże, kolorowe zdjęcie pani Walentynowicz. Nie znam się na fotografii, a przynajmniej nie na tyle, żeby autorytatywnie stwierdzić, że to zdjęcie jest wybitne, a inne już nie tak wybitne, a na dodatek jeszcze powiedzieć, co sprawia, że któreś z nich jest udane, a inne już nie tak udane. Patrzę jednak na to zdjęcie od dzisiejszego ranka i nie mogę oderwać od niego oczu.


I zastanawiam się, czy gdyby na nim nie stała Anna Walentynowicz, tylko ktoś inny, czy byłbym wciąż pod takim wrażeniem. Czy siła tego zdjęcia leży w postaci, którą przedstawia, czy w kunszcie Michała Szlagi, który je wykonał? Ciekawy też jestem, czy Walentynowicz pozowała do tego zdjęcia, czy po prostu tak sobie stanęła przed kamerą, a ten pan Szlaga zrobił to jedno zdjęcie.
Tak czy inaczej, efekt jest taki, że na zdjęciu jest ten smutny, szary teren Stoczni, sfotografowany w prostej perspektywie, a na pierwszym planie, w samym środku stoi Anna Walentynowicz, siwa, w okularach, w skromnym płaszczu, podparta na jednej inwalidzkiej kuli. Ani smutna, a nie wesoła, ani zamyślona. Stoi i patrzy prosto w oko kamery.
A może jednak chodzi o to miejsce? Czy możliwe, że to ten fragment Stoczni Gdańskiej, nędzny, zapomniany, byle jaki, nadaje mu ten niezwykły charakter? Nie wiem.
Faktem jest, że patrzę na to zdjęcie, jak na obraz i myślę sobie, że gdyby ktoś postanowił zrobić z niego plakat i sprzedawać go razem z plakatami, które są do kupienia w empikach, by je następnie ludzie oprawiali w antyramy i wieszali na ścianach swoich mieszkań, to ja bym sobie takie zdjęcie kupił. Kupiłbym sobie to zdjęcie, bo ono na mnie robi takie wrażenie, jak zdjęcia starych już Rolling Stonesów, albo jak video Boba Dylana Subterranean Homesick Blues. Najpiękniejszy pop świata.
No ale tu jest jeszcze coś. To nie jest Bob Dylan, ani nawet piękny Mick Jagger. Tu jest Anna Walentynowicz - nie część pop-kultury, lecz część historii. I to najbardziej dramatyczna część historii.
Historii najbardziej dramatycznej z możliwych. I jeszcze ten życiorys.
Pisze Małgorzata Subotić, autorka artykułu o Annie Walentynowicz, a ja nie mam powodu, żeby te informacje kwestionować:
Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z ‘państwem’ nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.
Co było dalej, wiemy wszyscy, mimo wszelkich prób i tych wszystkich usiłowań, byśmy nie wiedzieli. Wiemy, albo powinniśmy wiedzieć, ponieważ to, co było dalej, to taka sama część naszej historii, jak ta, o której i ja, jako dziecko i moje dzieci uczyły się, lub uczą na lekcjach historii Polski. Więc wiemy (lub powinniśmy wiedzieć), że któregoś dnia po Mszy Świętej podeszła do Bogdana Borusewicza i tak zaczęła ten nowy okres swojego życia, który ją wyniósł do pozycji pierwszego bohatera Sierpnia, by po latach sprowadzić ją do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Biedna, opuszczona, wykpiona, a przede wszystkim znienawidzona przez tych, którzy w tej grze rozdają karty.
Wiele już napisano, zwłaszcza ostatnio tutaj, w Salonie, na temat, dlaczego historia tak niesprawiedliwie potraktowała ludzi, bez których nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Borusewicz jest dziś marszałkiem Senatu i jednym z najbardziej hołubionych polskich polityków, Wałęsa, jak się już zapowiada, niedługo będzie bohaterem serii uroczystości z okazji rocznicy otrzymania nagrody Nobla, na które to uroczystości zjechać mają najwięksi i najbardziej znakomici z całego świata. Nawet Bogdan Lis, obecnie przybolszewicki polityk, chodzi w glorii jednego z najważniejszych bohaterów sierpnia.
Państwo Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Kazimierz Świtoń, by nie wspomnieć innych, zupełnie już zapomnianych działaczy, takich jak zmarły niedawno Henryk Lenarciak, zostali skutecznie ze zbiorowej świadomości wyrzuceni. Prawdopodobnie, gdyby nie te już niemal trzy lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego i działalność IPN-u, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ci, co jeszcze nie umarli, w ogóle gdzieś jeszcze żyją. Raz do roku tylko byśmy oglądali w telewizji kolejkę lokalnych biznesmenów i polityków, kręcących się po wałęsowym ogródku, żeby przypomnieć się łaskawej pamięci jego i jego żony. A cała reszta obsługi historycznych aspiracji społeczeństwa pozostawałaby już tylko w rękach polityczno-biznesowo-medialnych trójek, wyznaczonych przez „sam pan wiesz, kogo", które by informowały, że, odwrotnie do tego, co nam się dotychczas wydawało, to nie Bulc nie wiedział w 1980 roku, kim jest Borowczak, a - wręcz przeciwnie - to Borowczak nie wiedział, kim jest Bulc.
Wróćmy jednak do pierwszej bohaterki mojego dzisiejszego tekstu, pani Anny Walentynowicz. Przyjechała więc ta młoda wtedy jeszcze kobieta do Gdańska, podjęła pracę w tej fabryce margaryny, skończyła kurs spawacza, poszła pracować do Stoczni, a później, po latach, któregoś dnia uznała, że trzeba tępić czerwoną hołotę i rzuciła się w ten ogień.
W „Dzienniku”, również dzisiejszym, Robert Mazurek rozmawia ze Sławomirem Cenckiewiczem, który przypomina swoją rozmowę z Adamem Hodyszem - kolejnym bezlitośnie zapomnianym bohaterem lat Solidarności, który mu miał kiedyś powiedzieć:
„To bzdura, że najłatwiej było zwerbować robotników. Robotnik myślał tak: ‘Stoję przy imadle tutaj, to jak mnie wypieprzą ze stoczni, to będę stał przy imadle gdziekolwiek'. Natomiast naukowiec, literat, jak usłyszał od SB, że koniec z jego wspaniałą pracą, czy wydawaniem książek, miękł łatwiej.”
Ktoś powie, że to nieprawda. Bo na przykład, raz to Wałęsa był Bolkiem, innym razem Maleszka - Ketmanem. Raz bohaterem była Anna Walentynowicz, innym razem tym, który się nie ugiął był Zbigniew Herbert. No wiec, pozostaje nam w takim razie ustalić, kto stanowił regułę, a kto był od tej reguły wyjątkiem. Historycy w IPN-ie mają odpowiednie klucze, więc mogą nam coś na ten temat powiedzieć. Ja mogę tylko polegać na swojej ograniczonej wiedzy i intuicji. A zarówno moja wiedza, jak i intuicja, mówią mi, że Walentynowicz nie była wyjątkiem. Wyjątkiem był Wałęsa i Herbert. Tak na marginesie, ciekawe to bardzo i paradoksalne, że to akurat jedyne miejsce, gdzie ci dwaj słynni Polacy są w stanie się zejść.
Ale, niezależnie od tego, jak się te wyjątki z regułami układać będą, nie mówimy o nich. Tych dwóch, a już zwłaszcza Wałęsę, jestem w stanie zrozumieć. Mówimy o Annie Walentynowicz. Ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że ona skoczyła w pewnym momencie w ten ogień i nie było takiej mocy, żeby choć przez krótką chwilkę pomyślała, że to jest zbyt bolesne, albo nieopłacalne, albo po prostu za trudne. Jak to się stało, że nie skorzystała z tylu ciekawszych ofert? A musiała ich mieć bez liku.
Chciałbym, żeby ktoś się ją o to zapytał, żeby o tym opowiedziała, żeby ogólnopolskie media pozwoliły nam usłyszeć historię kogoś właśnie takiego. Ale pewne nie usłyszymy. Już Bogdan Borusewicz wyraźnie powiedział, że on sobie nie życzy, żeby można było opowiadać jego historię i historię tych, którymi on gardzi, na tych samych zasadach. Że albo on, albo oni. A w tej sytuacji, nawet gdyby ktoś się nad wyborem zastanawiał, wybór jest jasny.
No więc pewnie nie usłyszę już opowieści Anny Walentynowicz. Trudno. Ale sobie jakoś poradzę. Będę patrzył na zdjęcia. Na zdjęcie Wolszczana, zdjęcie Herberta, zdjęcia Wałęsy, i wreszcie na to dzisiejsze zdjęcie Walentynowicz. Będę patrzył na nią, jak stoi w tym swoim płaszczu, z siwymi włosami i z tą kulą, na tym smutnym i pustym placu. I będę już wiedział.

Powyższy tekst o Annie Walentynowicz ukazał się w mojej pierwszej książce „O siedmiokilogramowym liściu”, której nakład niestety jest już wyczerpany. Można natomiast w księgarni pod adresem www.coryllus.pl wciąż kupować książki pozostałe, w tym „Kto się boi angielskiego listonosza”, której jeszcze jedną paczkę Coryllus niedawno gdzieś znalazł.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

A my stawiamy kościół...

Jestem pewien, że niektórzy z nas pamiętają jeszcze notkę, którą tu zamieściłem w lutym zeszłego roku, zatytułowaną „O kościele bez Pana Jezusa, czyli sztuka życia”, tu. . Były to refleksje, jakie przyszły mi do głowy po wizycie u samozwańczego kapelana tego bloga i przyjaciela, księdza Rafała Krakowiaka w Kiekrzu pod Poznaniem. Poszło o to, że ksiądz Krakowiak zawiózł mnie do podpoznańskiej wioski o nazwie Ludomy i pokazał kościół, który kiedyś służył Niemcom, a dziś, ponieważ tuż obok jest zwykły kościół parafialny, służący miejscowym wiernym, stoi pusty, zrujnowany i nikomu niepotrzebny. Pamiętam, że był to koniec lutego, sobota, piękny, słoneczny, niemal wiosenny dzień, pierwszy dzień szkolnych ferii, a ja wszedłem do tego kościoła i znalazłem tam grupę miejscowych dzieci, które na czworaka szorowały posadzkę tego kościoła, próbując ją doprowadzić do stanu względnej czystości. Jak mnie poinformowano, widząc, jak ten piękny – to jest naprawdę piękny – kościół niszczeje, pewien pobożny człowiek zebrał te dzieci, które, zamiast, korzystać z pięknej pogody i ferii i udać się do Poznania, by się posnuć po tak zwanym „mieście”, postanowiły przyjść tam i bez sensu – bo to w istocie rzeczy była robota bez sensu – szorować tę posadzkę.
Od tego czasu, jak się właśnie dowiedziałem, zmieniło się dużo. Proszę sobie wyobrazić, że wiadomość o tym, co tam się dzieje, dotarła do arcybiskupa Gądeckiego i ten pobłogosławił to przedsięwzięcie, podejmując odpowiednie, już bardziej formalne, decyzje i wszystko się zaczęło. Dziś tam już wprawdzie stoją rusztowania, jednak nie ma co ukrywać, że przed nimi oczywiście całe lata pracy, niemniej jednak byłem tam w miniony piątek, wziąłem udział w zorganizowanym tam, w tych autentycznie spartańskich warunkach, Apelu Jasnogórskim i powiem szczerze, że poczułem moc.
W sobotę przyjechałem tam znowu i na miejscowym stadionie wziąłem udział w pikniku zorganizowanym przez powstały z tej okazji Ośrodek Duchowości Pomocników Matki Kościoła, a mającym na celu zbieranie funduszy na remont kościoła – tak jak się to zwykle robi, a więc przez sprzedaż samodzielnie wykonanych pięknych różańców, słoiczków z dżemem z truskawek, czy woreczków z lawendą.
Skoro już tak sobie wspominamy, chciałbym przypomnieć swoje refleksje z moich zeszłorocznych wakacji na Węgrzech, w miejscowości Szentendre pod Budapesztem, gdzie po niedzielnej mszy spotkaliśmy ludzi, którzy swoją niezwykłą urodą wręcz nas zaczarowali. Patrzyłem na tych ludzi, tak pięknych i szlachetnych, jak wychodzili z kościoła i nie mogłem myśleć o niczym innym jak o tym, że oto przed nami roztacza się owo piękno Kościoła, nieporównywalne z niczym innym. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało mi się, że czegoś takiego już nigdy nie zobaczę, zobaczyłem to samo właśnie tam w wiosce Ludomy, najpierw tym kościele na wieczornym nabożeństwie, a potem na pikniku na miejscowym stadionie.


Opowiedziałem im to co czuję, ale nie jestem pewien, czy wiedzieli, o czym do nich mówię. Dla nich to był zaledwie jeszcze jeden dzień w ich życiu.
Nieważne. Rzecz bowiem przede wszystkim w tym, że oni tam są i każdego dnia podnoszą ten kościół z ruin. Jeśli ktoś ma ochotę, bardzo proszę, niech im pomoże i prześle co ma tam pod ręką na adres specjalnie na ten cel powstałej fundacji o nazwie Soli Deo, na numer konta: PKO BP Oddział 1 w Poznaniu 79 1020 4027 0000 1102 0483 1014. W przypadku ewentualnych pytań można dzwonić pod numer 512 250 415.

A gdyby ktoś chciał sobie kupić którąś z moich książek, zapraszam do księgarni na stronę www.coryllus.pl.


piątek, 26 sierpnia 2016

Być jak Ewa Kłobukowska

Znów wyjeżdżam na weekend, za to tym razem do Poznania, a więc ten tekst, najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, zostanie tu do poniedziałku. Zachęcam. 

      Igrzyska w Rio dobiegły końca i choć jest oczywiste, że impreza tej rangi i trwająca tyle dni, musi obfitować w liczne wydarzenia, z których każde zasługuje na osobny komentarz, mam wrażenie, że wszystko co zapamiętamy na dłużej, miało miejsce pod sam jej koniec, a mianowicie podczas biegu kobiet na 800 metrów. Myślę, że większość z nas widziała owo dziś już słynne zdjęcie przedstawiające trzech potężnych Murzynów, którzy, jak się nagle okazuje, z formalnego punktu widzenia, są jak najbardziej kobietami, a na metę owego wyścigu dobiegli na pierwszym, drugim i trzecim miejscu. Byliśmy też zapewne świadkami niezwykłej, jak na nowe, wspaniałe czasy, wypowiedzi naszej biegaczki Joanny Jóźwik, która zająwszy w tym biegu miejsce piąte, bez fałszywych i zbędnych uników oświadczyła, że ponieważ nie ma zwyczaju rywalizować z mężczyznami, czuje się olimpijskim wicemistrzem.
       A zatem wszystko to już wiemy i ja akurat nie mam tu nic interesującego do dodania, poza ewentualną zachętą, byśmy może rzucili okiem na jeszcze jedno zdjęcie – również dość popularne w Internecie – na którym widać jak wspomniani Murzyni prezentują się na tle Jóźwik. Konsekwentnie też, wbrew temu, co niektórzy zapewne ode mnie oczekują, nie będę się pastwił nad owymi, znanymi nam z innych zupełnie, pozasportowych rejonów, androidami. Chciałbym raczej przy tej okazji wspomnieć osobę dziś już niemal kompletnie zapomnianą, a mianowicie naszą wybitną niegdyś mistrzynię, Ewę Kłobukowską. Starsi z nas z pewnością ją pamiętają, w latach 60. najszybszą kobietę świata, mistrzynię olimpijską, mistrzynią świata oraz Europy, a skoro ją, to pewnie też i rok 1967, kiedy to skutkiem donosu skierowanego do Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych przez związki sportowe NRD i ZSRS, Kłobukowska została uznana za mężczyznę i zmuszona do rezygnacji ze sportu. Jej rekordy zostały wymazane, tytuły odebrane, tyle wszystkiego, że pozwolono jej zachować medale. Miała wówczas zaledwie 21 lat.
     Był to czas, kiedy kwestie tego typu publicznie nie były dyskutowane, a więc o Ewie Kłobukowskiej rozmawialiśmy, dość lekko niestety, wyłącznie w rodzinach, ewentualnie ze znajomymi. No ale jak mówię, czasy były szczególne, a wszystko co wiedzieliśmy, to wyłącznie dzięki naszemu osobistemu zaangażowaniu. Jest natomiast czymś wstrząsającym, że dziś, kiedy wiemy już oficjalnie, że to co spotkało Ewę Kłobukowską było niczym więcej jak wynikiem zmowy zawiązanej między dwiema wrogimi Polsce federacjami, by wyeliminować nas z konkurencji, jej nazwisko w bieżącej debacie nie pojawiło się ani razu. Z tego co wiem, nikt publicznie nie wspomniał ani jej historii, ani nazwiska. Te trzy androidy zupełnie bezkarnie świętują swój sukces, światowa opinia publiczna każe nam się zamknąć i zaprzestać dyskryminowania biednych dziewcząt, a myśmy nie znaleźli w sobie serca na tyle, by wymruczeć chociaż to „przepraszam”.
  Szkoda, że prezydent Duda jest tak młody. Jestem pewien, że gdyby znał sprawę, to by przynajmniej zechciał wspomnieć jej nazwisko.


Moje książki są, jak zawsze, dostępne w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Naprawdę warto.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Skoro nikt nie chce, to ja zostaję socjalistą

        Przedwczoraj zamieściłem na tym blogu tekst w najmniejszym stopniu nie polityczny, lecz zaledwie pokazujący dramatyczną sytuację tych polskich artystów, którzy dostrzegłszy u siebie jakiś talent, zapragnęli z nim wyjść publicznie i w jednej chwili zostali zniszczeni przez system, dla którego ostatnią rzeczą, na jakiej mu zależy to jakość i prawda. Tak się też złożyło, że kończąc swoje refleksje przedstawiłem muzyczny clip duetu Kopyt/Kowalski z piosenką zatytułowaną „Kto zabił Jolantę Brzeską?”, moim zdaniem naprawdę świetną pod każdym możliwym względem, znacznie lepszą od wszystkiego, czym jesteśmy od lat karmieni przez naszą współczesną scenę poprockową.  Jak mówię, kiedy zaczynałem pisać ten tekst, a i nawet już skończywszy go, politykę w głowie miałem zaledwie o tyle o ile tam pojawiła się postać okrutnie zamordowanej Jolanty Brzeskiej, a przy okazji, w domyśle, cienie jej odzianych w garnitury zabójców. Chodziło przede wszystkim o piosenki.
       I oto na notkę zareagował mój kolega Coryllus, który najpierw w doraźnym komentarzu, a następnie w osobnej, swoją drogą kapitalnej, notce, zwrócił uwagę na fragment tekstu Kopyta i Kowalskiego, w którym oni winę za śmierć Brzeskiej, obok policji i samych morderców, zrzucają na „Kościół i naród”, jak najbardziej słusznie sugerując, że oto mamy do czynienia ze starym typowo lewicowym zagraniem, gdzie najpierw uderza się w najwyższe tony, pokazując jednym palcem jakiś szczególnie rażący przejaw społecznej niesprawiedliwości, a potem, drugim palcem, winnych, a więc albo naród, albo Kościół. Stary, nudny do porzygania, numer: chodzi o to, by najpierw ludzi doprowadzić do wzruszeń graniczących z histerią, a potem już tylko realizować swoje brudne obsesje.
      Pisze Coryllus tak:
      „Widzimy tu wyraźnie pułapkę zastawioną na nasze biedne umysły i serca, które uwielbiają poddawać się fali świętego oburzenia, w tych szczególnie przypadkach, kiedy ofiara jest niewinna i szlachetna. Sport ten ma swoje odmiany, a do najbardziej lubianych należy ekscytacja grupowa. Tej zaś nie ma bez piosenek, filmów, programów i publicystyki. Czyli bez całej machiny propagandowej, którą programuje się jak maszyny w drukarni – na wielkie nakłady zestandaryzowanych produktów. Dlatego właśnie jak ktoś wpadnie w taką pułapkę już najprawdopodobniej z niej nie wyjdzie. Będzie siedział i lamentował nad tym, jak źle jest a świecie, że muszą umierać ludzie. Monopol na tę narrację ma lewica, która zawsze jest pierwsza jeśli idzie o wyrażanie współczucia w mowie wiązanej, ma do tego dobre tradycje warsztatowe i na podorędziu ludzi, którzy za propagandę zabierają się fachowo i nazywają ją potem sztuką”. A ja tylko powtórzę: „propagandę, którą nazywają sztuką”. Właśnie tak.
      I pewnie nie miałbym najmniejszej potrzeby poruszać tej kwestii, a tym bardziej jej kontynuować, gdyby nie to, że w refleksji Coryllusa brakuje mi pewnej dla mnie bardzo istotnej obserwacji. Otóż prawdziwy problem nie polega na tym, że socjaliści uznali za stosowne załatwiać swoje sprawy wywołując w nas wzruszenia z powodu nieszczęść, do których tak naprawdę sami doprowadzili. W końcu, cóż to komu szkodzi? Skoro to oni mają budzić w nas tę czysto ludzką wrażliwość i zwracać naszą uwagę na kolejne nieszczęścia tego świata, cóż to komu szkodzi? Skoro tak wypadło, że to akurat taki Bob Dylan przez lata musiał nas informować o samotnej śmierci Hattie Cartoll, zadawał te podstawowe jak najbardziej pytanie, kto zabił Davey Moore’a, wymyślał siedem przekleństw dla występnego sędziego, czy wreszcie opisywał ponury los Hollisa Browna, to niech będzie Bob Dylan, zwłaszcza, że on akurat potrafił robić to najlepiej ze wszystkich. To co w tym jednak najgorsze, to nie te piosenki i cała owa wspomniana przez Coryllusa propaganda. Naszym problemem nie są te piosenki, lecz fakt, że nikt z tej strony, z którą my się identyfikujemy, nie potrafił na to wszystko odpowiedzieć czymś równie mocnym, a jednocześnie prawdziwym. Nagle się okazało, że ci wszyscy, którzy mogli tu się wykazać czymś wartościowym, najpierw na te wszystkie historie z pogardą wzruszyli ramionami, a następnie uznali, że prawdziwa sztuka to nie jakieś tanie wzruszenia, lecz poważne narodowe dylematy.
      To, jeśli idzie o pop, a co z tymi, ktoś zapyta, którzy owe idee mają za zadanie podeprzeć jakąś porządną teorią? Otóż ci również, już na samym początku, zadeklarowali, że gdy chodzi o tak zwaną „wrażliwość społeczną”, to niech się nią zajmują pryszczaci – my tutaj mamy inne priorytety, a więc Kościół, rodzinę, własność, prawo, ewentualnie jeszcze strzelnicę.
      Myślę o tym po raz nie wiadomo już który, ale tym razem szczególnie intensywnie i nie mogę się nadziwić, jak można było coś tak cennego, jak zwykłe ludzkie wzruszenie  oddać tej bandzie oszustów? Popatrzmy jeszcze raz na sprawę Jolanty Brzeskiej i w ogóle cały ten przekręt z warszawskimi kamienicami. Wystarczy poszperać w Internecie, by zobaczyć jak na dłoni, że przy tym temacie od początku kręcili się wyłącznie Ikonowicz z kumplami. To oni ostatecznie tak naprawdę doprowadzili – razem z „Gazetą Wyborczą” – że dziś dalsza kariera polityczna Hanny Gronkiewicz-Waltz wisi na cienkim włosku. Proszę spojrzeć, kto dziś jest głównym emisariuszem owego ruchu protestu przeciwko owej strasznej niesprawiedliwości, której pierwszym symbolem stała się śmierć Jolanty Brzeskiej. Oto warszawski radny, Jan Śpiewak, syn Pawła, Żyd i komunista. Proszę spojrzeć na duet Kopyto/Kowalski, którzy napisali i zaśpiewali piosenkę „Kto zabił Jolantę Brzeską” w taki sposób i z takim przejęciem, którego ani Hołdys, ani Panasewicz, ani Kukiz, ani tym bardziej nikt z tych mądrali uczepionych dziś owego patriotyczno-religijnego sznytu, nigdy nie będzie w stanie osiągnąć. Przecież to są najprawdopodobniej kumple Śpiewaka i Ikonowicza, a kto wie, czy nie siostrzeńcy i bratankowie i wnukowie tych, którzy na Jolantę Brzeską w pierwszej kolejności wydali wyrok. W końcu to nie jest tak, że ten Kościół i naród w tej piosence znalazły się od tak od czapy.
      A zatem co przed nami? Wróćmy więc już na sam koniec do notki Coryllusa:
      „Będzie jak na lekcji polskiego w czasie omawiania lektur pozytywistycznych – winne jest społeczeństwo, bo się nie zreformowało. Przez to pieprzone społeczeństwo umarł Janko Muzykant, a Antek musiał iść w świat. Żaden z nich nie dostał swojej szansy.
      Przepraszam bardzo, ale odpieprzcie się wszyscy od Sienkiewicza, Prusa, a nawet od Boba Dylana. Przynajmniej do czasu, gdy, również wspominany niedawno przez Coryllusa, Wojciech Wencel nie napisze wiersza, po przeczytaniu którego przynajmniej ja się pobeczę ze wzruszenia. A zapewniam, że mi akurat naprawdę niewiele trzeba. Ja się potrafię wzruszyć nawet na koncercie Black Sabbath. Póki co, idę sobie obejrzeć komunistyczny film o pewnym bardzo ładnym i wrażliwym, niestety nieodwracalnie sparaliżowanym, chłopaku, któremu złe społeczeństwo odmawiało prawa do eutanazji, ale on się szczęśliwie uparł i wszystko się dobrze zakończyło.

Jak zawsze polecam księgarnię pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam z całego serca. Tam poza wzruszeniami nie ma nic. Czysty socjalizm.


      

środa, 24 sierpnia 2016

Czy za zrobienie zdjęcia można pójść do piekła?

Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.
No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:


Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.
I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:
Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Ukazuje ona tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło jego życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki. Szczerze zachęcam.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Cały ten pop, czyli kto zabił Jolantę Brzeską

Stali czytelnicy tego bloga z pewnością wiedzą, jaki jest mój stosunek do współczesnej polskiej kinematografii, literatury, muzyki, polskiego aktorstwa, polskiej rozrywki, teatru, sztuki, polskiego dziennikarstwa i w ogóle całego tego systemu, który decyduje o tym, kogo należy przepuścić przez bramki, komu kazać czekać w poczekalni, a komu powiedzieć, żeby szedł w cholerę i więcej nie wracał. Dla kogoś, kto z jednej strony praktycznie przez całe życie był zanurzony w chłonięcie tego wszystko, co autoryzowane jest wyłącznie przez unikalny ludzki talent, a z drugiej czuł się na zawsze związany z poczuciem dumnej przynależności do jednego narodu i jednej ojczyzny, ów ból doświadczania tej nędzy, bywa naprawdę trudny do zniesienia. Tym bardziej więc, ile razy słyszę, że ktoś nakręcił naprawdę świetny film, nagrał znakomitą piosenkę, czy wydał wspaniałą książkę, w pierwszej chwili ogarnia mnie autentyczna wiara, że może faktycznie tym razem stanie się coś, co tę klątwę odczaruje. No i zawsze odchodzę jeszcze bardziej rozczarowany, niż poprzednim razem.
Od czasu jak prowadzę tego bloga, dwa razy zdarzyło mi się trafić na polskiego wykonawcę, który mnie autentycznie zachwycił, a który zdecydowanie należy do trzeciej z wymienionych przez mnie grup aspirujących artystów, czyli jest tym kimś, komu w pewnym momencie powiedziano, żeby spieprzał i się więcej nie pokazywał. Pierwszym z nich był człowiek występujący pod ksywą Schmaletz z piosenką pod tytułem „Rewolucyjne NSZ”.



Wysłuchałem tej piosenki i tego głosu i byłem pod takim wrażeniem, że napisałem specjalną, poświęconą owemu Schmaltzowi notkę. Schmaletz jakimś cudem notkę przeczytał, napisał do mnie krótki mail z podziękowaniem, zapewniając mnie jednocześnie, że on już jest zarówno poza branżą, jak też nawet poza jakimikolwiek planami, by się tam próbować ponownie dobijać. Zapytałem go, czy można gdzieś kupić jego płyty, których, jak się zdaje wydał kilka, jednak odpowiedział mi, że nic o tym mu nie wiadomo. I tyle.
Drugi raz, jak trafiłem na artystę moim zdaniem wyjątkowego, to był, również opisany przez mnie na blogu, przypadek kobiety o imieniu Jadźka. Jadźka to dziewczyna trochę z gór, trochę stąd, czyli ze Śląska, wówczas pracująca jako początkujący lekarz w Siedlcach, a jednocześnie muzyk, kompozytor, autor tekstów, piosenkarka i lider zespołu o nazwie Kidbrown. No i też oczywiście ktoś, komu podobnie jak wcześniej Schmaletzowi, powiedziano, żeby na nic nie liczył. Oto jedna z tych piosenek:



I oto nagle, na fali świeżego bardzo powrotu, wydawałoby się ostatecznie zamkniętej i przysypanej kurzem, sprawy zabójstwa Jolanty Brzeskiej, przypomniałem sobie piosenkę muzycznego duetu pod nazwą Kopyt/Kowalski, którą już kiedyś miałem okazję się zachwycić, a która jednak jakoś zatarła się w mojej pamięci. Z tego co nam wiadomo, ów Kopyt/Kowalski to tandem ideologicznie zbliżony do owych neo-komunistycznych warszawskich środowisk spod znaku Krytyki Politycznej, a zatem ktoś może mi powiedzieć, że ja, jako stary punk, demonstruję swoje stare kompleksy, nie zmienia to jednak faktu, że ja autentycznie uważam, że Kopyt/Kowalski to coś, czego w na tej biednej scenie jeszcze nie było. Ich piosenka zatytułowana „Kto zabił Jolantę Brzeską”, to zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej, jak i czysto wykonawczej, prawdziwa rewelacja. No ale i tu, podobnie jak w wypadku Schmaltza, czy zespołu Kidbrown, mamy do czynienia z kompletną blokadą. Ja nie wiem oczywiście, jak to się stało, że oni na swoim koncie mają zaledwie parę piosenek, ani też w jakim stopniu to, że z tego nic nie wyszło, to wina systemu, a w jakim ich ewentualnej gnuśności, ale doświadczenie mi mówi, że oni tu akurat nie mieli nic do gadania. Chcę wierzyć, że oni w pewnym momencie autentycznie zrobili wszystko, co trzeba, a co jest etycznie dopuszczalne, by odnieść sukces, jednak zwyczajnie nie zostali za te bramki wpuszczeni.
Słuchałem wczoraj tej piosenki o zabójstwie Jolanty Brzeskiej, wsłuchiwałem się w naprawdę świetny tekst, oglądałem naprawdę porządnie i z prawdziwym smakiem zrobiony clip, raz, drugi, trzeci, i za każdym razem nie opuszczała mnie ta smutna myśl, że cokolwiek by oni zrobili, na samym szczycie i tak będzie Monika Brodka ze swoją najnowszą płytą i ten idiota Devendra Banhart, na którym ona zrobiła takie wrażenie, że on się przy niej poczuł… taki malutki.
Posłuchajmy więc na koniec Kopyta i Kowalskiego i miejmy przynajmniej tę satysfakcję, że zanim umrzemy, zobaczymy to ludzkie ścierwo, jak w tych swoich garniturach i krawatach wysiadają z radiowozu, a grzeczny pan policjant przytrzymuje im łby, by sobie przypadkiem nie nabili guza. Przynajmniej to.



Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Marszałek Piłsudski kontra ksiądz Tischner, czyli zapraszamy na kisiel

Mijają dni od kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała fikcyjny wywiad ze zmarłym przed laty księdzem Józefem Tischnerem, a tak zwani „nasi”, zamiast się zreflektować i dyskretnie zamknąć, zdają się rechotać coraz głośniej. Wystarczy rzucić okiem na blogi, czy, szczególnie może, na Twittera, by zobaczyć, że my się tam już tylko prześcigamy w wymyślaniu kolejnych kpin pod adresem „Wyborczej”. W Salonie24 popularny bloger Siukum Balala opublikował parodię – inna sprawa, że bardzo zręczną i dowcipną – rzekomego wywiadu, jakiego Adamowi Michnikowi udzielił Władysław Gomułka, a pod spodem wysyp komentarzy, z których niemal wszystkie ze złośliwą satysfakcją szydzą z kompromitacji towarzystwa z ulicy Czerskiej.
Są też analizy bardziej poważne, a przez to też dla „Wyborczej” surowsze. Oto „Wiadomości” TVP poinformowały o wydarzeniu, oznaczając ów news paskiem „Kolejna kompromitacja ‘Wyborczej’” i prosząc o komentarz paru ekspertów, z których najbardziej chyba uznany, prof. Kazimierz Kik, ocenił postępowanie „Wyborczej” jako wybitnie nieetyczne. Jest bowiem, jak wszyscy wiemy, czymś podłym wykorzystywanie osób zmarłych do bieżącej walki politycznej.
Dlaczego twierdzę, że byłoby dobrze, żebyśmy się zamknęli i zabrali wreszcie za siebie? Przede wszystkim, jeśli chodzi o ks. Tischnera, to moim zdaniem, Adam Michnik ma wszelkie prawa, by go traktować jak swoją własność intelektualną i robić z jego pamięcią, co mu się żywnie podoba. Akurat ks. Tischner, kiedy jeszcze żył, zrobił wszystko co zrobić mógł, by „Wyborcza” mogła dziś z czystym sumieniem publikować z nim kolejne wywiady od poniedziałku do soboty. Poza tym, tak się akurat składa, że to nie „Wyborcza” jako pierwsza wpadła na pomysł, by pamięć ludzi zmarłych wykorzystywać do własnych interesów. Oczywiście, oni zawsze lubili się powoływać na wszelkiego rodzaju autorytety, niezależnie od tego, czy żywe, czy już zmarłe, i budować z nich kolejne barykady. Niektórzy z nas pamiętaj choćby, jak podczas którejś z kolejnych edycji festiwalu Woodstock, Jerzy Owsiak krzyczał do tego ogłupiałego tłumu swoich wyznawców, że oto „mali powstańcy Warszawy” patrzą z nieba na ten zapijaczony syf i przesyłają z nieba płomyki swojej solidarności, czy jakoś tak. Jednak to ani nie Owsiak ani nawet „Wyborcza” nie wpadli jako pierwsi na pomysł, by z owymi powstańcami, czy kimkolwiek innym robić tak zwany wywiad. To czasopismo „Fronda” jeszcze podczas kampanii prezydenckiej w roku 2015 opublikowało rozmowę z Józefem Piłsudskim na temat dzisiejszej polityki, a ów pomysł redaktorowi Grzegorzowi Górnemu tak się spodobał, że do tej roboty wynajął samego aktora Zelnika, który przebrany za Piłsudskiego udawał jego głos i deklamował to, co mu wcześniej Górny napisał. A wszystko pod hasłem: „Halo Rodacy, tu mówi Marszałek”. To w końcu nie kto inny jak bracia Karnowscy jeszcze jesienią 2013 wypuścili numer tygodnika „W Sieci” z okładką przedstawiającą prymasa Wyszyńskiego, Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego i Lecha Kaczyńskiego i krzyczącym tytułem: „Co dziś powiedzieliby nam wielcy rodacy? Pilnujcie Polski”. „Nie ma ich dzisiaj z nami, choć BARDZO byliby nam dziś potrzebni. Ich mądrość, odwaga, patriotyzm, wizja Polski, ich siła duchowa. Ale przecież są z nami. Przecież możemy zastanawiać się, co powiedzieliby nam dzisiaj…”, pisał redaktor Maciej Pawlicki i z tego co pamiętam wszyscyśmy wtedy byli bardzo z siebie zadowoleni. Nikt z nas ani słowem nie wspomniał o tym, że coś tu jest nie tak. Czy może się mylę?
A nie oszukujmy się. Pomijając prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wprawdzie, jak wszyscy, którzy już od nas odeszli, patrząc na nas z góry, ma perspektywę, której my akurat pojąć nie możemy, jednak jakoś tam czujemy, że jest wciąż z nami, to jednak idzie o tych dwóch, a nawet o prymasa Wyszyńskiego, mamy do czynienia z czystą uzurpacją. No i co? Nagle się okazuje, że tak nie wolno? Nagle wszyscy się okropnie oburzamy na to, że „Gazeta Wyborcza” macha nam przed nosem swoim kumplem ks. Tischnerem, bo wcale nie wiadomo, co ks. Tischner by dziś myślał o sporze rządu z sędzią Rzeplińskim? Rozumiem, że kiedy wykorkuje ks. Sowa, to on też nagle się stanie wspólną własnością i wara TVN-owi od niego?
Ja, jak wiemy, mam oko na to co wyprawiają „nasi” niemal od pierwszego dnia, kiedy zacząłem prowadzić tego bloga. Mam oko zarówno na tych, co nam organizują ów straszny coaching, jak i na nas samych, którzy z własnej nieprzymuszonej woli zgodziliśmy się w tych kursach uczestniczyć. Stoimy tu jak stado baranów i jak zaklęci wpatrujemy się w ten brudny palec. Co za nędza. Macie tu coś, co wam się z pewnością spodoba. Jestem pewien, że się spodoba:



Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl można kupować moje książki. Zachęcam.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Pożegnanie z Ciemną Doliną (repryza)

Kiedy przyszła pierwsza wiadomość o tym, że potężne trzęsienie zrównało z ziemią Katmandu i jego okolice, powiem szczerze, że poczułem bardzo szczególny dreszcz emocji. Czy to przez to, że mam już swoje lata i dorastałem w czasach, gdy każde dziecko nie tylko wiedziało, co to takiego Katmandu, ale nawet i to, że stolicą Albanii jest Tirana, Islandii Rejkiawik, Irak i Iran to nie to samo, a nawet i to, że przywódca tego drugiego nazywa się Reza Pahlavi, czy może z tego względu, że dla mnie sama nazwa Katmandu była czymś znacznie więcej, niż nazwą jeszcze jednego miejsca na kuli ziemskiej, a i to też niekoniecznie dlatego, że Cat Stevens swego czasu nagrał bardzo piękną piosenkę pod takim właśnie tytułem, kiedy się dowiedziałem, że tego miasta już być może nie ma, ogarnęły mnie refleksje znacznie głębsze, niż dzieje się to zwykle, gdy się dowiaduję, że kolejny rejon na ziemi nawiedził kolejny kataklizm.
Otóż dla mnie, i jak sądzę dla wielu moich znajomych z czasów młodości, Katmandu to było coś naprawdę szczególnego, a więc też i dziś, to co Katmandu spotkało, jest dla mnie zdarzeniem szczególnym; powiedziałbym, że wręcz symbolicznym. Koniec tego miasta to Gest, dla którego ja zwyczajnie nie znajduję słów i jedyne co mi przychodzi do głowy, to użycie wobec niego wielkiej litery.
Popatrzmy więc już może tylko na serię zdjęć, tak by każdy z nas, kiedy tylko przyjdzie mu do głowy się zadumać, jaka to kultura, jaka cywilizacja i jak niezwykłej urody i magii miejsce właśnie oberwały, będzie wiedział, o czym mówi.




Oczywiście, serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować książkę o paleniu licha. Polecam serdecznie.

sobota, 20 sierpnia 2016

Brunatny stan rzeczy, czyli touches pas à mon chapelet

Nie wiem, ilu z nas to wie, ale sprawy mają się tak, że nasz, słynny przez owe symboliczne 15 minut, trybun ludowy, Mateusz Kijowski, to nie jest, jak głosi popularna wieść, jakiś tam przypadkowy alimenciarz, który aby uchronić się przed organami ścigana, postanowił wejść na tak zwanego ‘bezczela” w politykę i mu się udało. Otóż Mateusz Kijowski, pierwsza twarz Komitetu Obrony Demokracji i, zdaniem niektórych, faktyczny przywódca opozycji w Polsce, to wnuk Jerzego, w głębokim PRL-u wiceprzewodniczącego zarządu wojewódzkiego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej w Olsztynie, syn wybitnego fizyka Jerzego, oraz bratanek trzeciorzędnego reżysera filmowego Janusza. A więc, gdyby ktoś tak sobie życzył, to jest „ten Kijowski”.
Wspomniałem o owych warholowskich 15 minutach, bo jak wszystko na to wskazuje, ta chwila, w pewnym momencie sięgającej nawet za ocean, sławy, to faktycznie zaledwie 15 minut, które właśnie się kończą. I oto nagle, kiedy wydawało się, że wraz z dźwiękiem dzwonka kończącego ten żałosny występ, będziemy mogli również zapomnieć samo nazwisko Kijowski, widząc, co się dzieje, odezwał się nie kto inny, jak stryjek Macieja, Janusz i wygłosił na Facebooku następujące oświadczenie:
Będzie trudno! Biedni ludzie, słabo wykształceni, o niewybrednych gustach, obarczeni rodziną, pozbawieni ciekawości świata i języków, pracujący za marne grosze albo pobierający głodowe zasiłki – nie chcą bronić Konstytucji, Trybunału czy Demokracji liberalnej. Wolą to co daje im PiS: obietnice i przyzwolenie dla pogardy. Gardzą więc nami. Nienawidzą nas: żydów, cyklistów, bezbożników, jajogłowych inteligencików, bankierów, komediantów i imigrantów... Bez socjalno-demokratycznej alternatywy taki brunatny stan rzeczy może się tylko utrwalać. A nam zostaną marsze KOD-u i wspomnienia 25-lat Wolności! Będzie bardzo trudno... Taki dziś mam dzień, do dupy!
Informacja o wystąpieniu reżysera Kijowskiego pojawiła się na Twitterze i wywołała dość duże i jak najbardziej zrozumiałe poruszenie, a jednocześnie – co też oczywiście zrozumiałe –bolesne uczucie bezradności. No bo przyjrzyjmy się tej szczególnej wypowiedzi jeszcze raz. Przecież tam nie ma jednego punktu, w który można by włożyć choćby szpilkę. Nawet jeśli ktoś wyciągnie Kijowskiemu owo „obarczenie rodziną”, zawsze przyjdzie ktoś inny, kto zwróci uwagę na „pozbawienie języków”, no a wtedy ktoś jeszcze powie, że to wszystko nic przy tej pogardzie dla „biednych, pracujących za marne grosze i pobierających głodowe zasiłki” chamów. No a przecież zostają jeszcze ci „żydzi, cykliści, jajogłowe inteligenciki, komedianci”. A „brunatny stan rzeczy”, to co? A liberalna demokracja pisana z wielkiej litery?
A zatem, jak widzimy, tego faktycznie nie da się choćby wziąć w palce. Intensywność owego zidiocenia jest wstrząsająca tak, że ja osobiście sposobu na nią znaleźć nie mogę. Podczas wspomnianej wymiany uwag na Twitterze mój kumpel Rafał Pajor zwrócił się do mnie z osobistą prośbą o takiej oto treści: „Może napisz taki tekst jak Ty potrafisz. Przy tym jarzmie aż dostałem gęsiej skórki na łydkach...” Otóż, mój drogi Rafale, tym razem nic z tego. Tu akurat jestem bezradny. Oświadczam publicznie, że reżyser Janusz Kijowski mnie pokonał. Kiedy on wypiął klatę, ze mnie zeszło całe powietrze. A daję słowo, że próbowałem. W pewnym momencie nawet pomyślałem, że może zajrzę do Wikipedii, sprawdzę zawodowy dorobek Kijowskiego i go zaczepię od tej strony. Zajrzałem i proszę sobie wyobrazić, że on nakręcił równo 10 kompletnie nieznaczących filmów, z czego osiem w komunie, a od 15 lat żadnego. No i tu pojawiło się pytanie: skoro on od 15 lat jest najwidoczniej bez pracy, jak to się dzieje, że z taką swobodą szydzi z tych, którym przyszło „pracować za marne grosze”.
No i, owszem, okazuje się, że od tych15 lat on jednak kręci się to tu to tam, czy to wiceprezesując czemuś, co nosi nazwę Europejskiej Federacji Reżyserów Filmowych, czy to wykładając na Uniwersytecie Warmińsko Mazurskim w Olsztynie, czy też dyrektorując olsztyńskiemu Teatrowi im. Jaracza, oraz Koszalińskiemu Festiwalowi Debiutów Filmowych "Młodzi i Film", no a jeszcze, niemal rzutem na taśmę, od prezydenta Komorowskiego otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. No i jest jeszcze coś. Okazuje się, że ten nieszczęśnik nie jest nawet jakimś ledwo żywym staruszkiem, jak Wajda, czy Kutz, którym może być już wszystko jedno. On ma dziś zaledwie 68 lat, a przed sobą, kto wie, czy nawet nie 30 lat życia, przy których owe „głodowe zasiłki”, o których wspomina w swoim wystąpieniu, mogą się już niedługo stać prawdziwym delikatesem. A więc, jak widzimy, tu naprawdę nie ma z kim toczyć pojedynku. Przed nami stoi jakieś ponure nieszczęście i świszczącym głosem dyszy: „Będzie bardzo trudno… jest do dupy”.
Przykro mi więc, ale dziś nic z tego. Proszę może mi wrzucić coś z Daniela Olbrychskiego, a ja zobaczę, co się da zrobić. A zanim to nastąpi, to przeżyjmy wspólnie wydarzenie, które miało miejsce podczas modlitewnego czuwania pod kościołem św. Rity w Paryżu, którego nie przemogą. Oglądamy do samego końca. Z podziękowaniem dla naszego człowieka w Leeds.



Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa i do kupowania naszych książek. Na mijające letnie dni polecam swoje „Marki dolary banany i biustonosz marki Triumph”. Tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph



piątek, 19 sierpnia 2016

Skąd Superniania zna brzydkie słowo "kurwa"?

       Dziś, nieco wcześniej niż zawsze, proponuję moje felietonowe refleksje z „Warszawskiej Gazety”. Jednocześnie szczerze zachęcam do czytania całego numeru. Od dziś w kioskach.

      Sam siebie nienawidzę, jednak napięcie zrobiło się tak duże, że zaszedłem do tutejszej „Żabki” i kupiłem egzemplarz „Newsweeka” ze słynnym reportażem zatytułowanym „Najazd Hunów” autorstwa niejakiej Anny Szulc – swoją drogą, proszę zwrócić uwagę na ową dyskrecję: Szulc, a nie Schultz – o białej, polskiej nędzy obsrywającej nadmorskie wydmy za głupie 500 złotych otrzymane od rządu Beaty Szydło. Przeczytałem ów tekst sześć razy i wiem, że jest całkiem możliwe, że kiedy przeczytam go po raz siódmy, udam się do sklepu „IKEA”, kupię antyramę i osobiście to coś oprawię, by służyło moim wnukom, jako znak czasów.
      Pisałem o owym ekscesie parokrotnie, w oparciu o relacje opisujące beneficjentów programu 500 +, jak srają na wydmach, obrzygują łóżka, kradną, a nawet – o zgrozo! –  łażą po ścieżkach rowerowych, natomiast dziś czytam, że jest jeszcze gorzej, bo, proszę sobie wyobrazić, oni najzwyczajniej w świecie klną i to klną tak strasznie, że słowo „kurwa” to standard. I to przy dzieciach! Jak opowiada gwiazda telewizji TVN, Dorota Zawadzka, znana światu, jako „Superniania”, doszło do tego, że kiedy zwróciła uwagę takiemu w koszulce z napisem „Wołyń pamiętamy”, by nie klął przy dziecku, ten ją zapytał, czy „chce w ryj”. Tak było.
      Wspominałem tu już Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Być może najbardziej poruszył mnie tam fakt, że zgromadzony tłum miłośników książek charakteryzował z jednej strony pewien rozdęty do karykaturalnych wręcz rozmiarów „intelektualny sznyt”, a z drugiej… tatuaże. To co mną autentycznie wstrząsnęło, to owe tłumy rozkochanych w literaturze intelektualistów, w najbardziej wymyślny sposób wytatuowanych.
       W pewnym momencie na naszym stoisku pojawiła się niezwykle elegancka pani z dyskretnym motylkiem na ramieniu, wzięła do ręki moją książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” i zaczęła ją przeglądać. Nagle trafiła na rozdział zatytułowany „Czy Niebiesko-Czarni znali brzydkie słowo ‘kurwa’?”, gdzie opowiadałem, jak to w latach 60. miałem okazję, jeszcze jako dziecko, jeździć na koncerty z zespołem Niebiesko-Czarni i nie przypominam sobie, by któremukolwiek z nich kiedykolwiek w mojej obecności zdarzyło się zakląć. Zatrzymała się zatem owa dama nad wspomnianym tytułem i przemówiła do mnie w taki oto sposób: „A dlaczego pan uważa, że słowo ‘kurwa’ to słowo brzydkie? Przecież to jest normalne, zaczerpnięte z języka łacińskiego, słowo i nie ma powodu, by się tu szczególnie oburzać”. Ja jej oczywiście próbowałem tłumaczyć, że wiem, czym jest tak zwana „łacina” i że ja już jako dziecko byłem upominany, by jej publicznie nie używać – bez rezultatu. Pani z wyższością się odwróciła i odeszła wolnym krokiem.
       Przeczytałem refleksje „Newsweeka” na temat owego „gorszego sortu” Polaków i się tylko zastanawiam, czy przypadkiem ów byczek, który zagroził, że da w ryj Superniani, to nie był mąż… przepraszam, partner… owej czytelniczki ze Stadionu Narodowego. Nie zdziwiłbym się.

Przypominam, że moje książki, w tym ostatnie już egzemplarze wspomnianego wyżej „biustonosza”, można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

       

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czy stan Texas karze śmiercią za zbyt niskie IQ?

       Mam oczywiście świadomość, że ze względu na podstawową naturę tego bloga, wypadałoby mi w końcu jakoś skomentować stan spraw między panią poseł Joanną Lichocką, a prezesem Jackiem Kurskim, czy może jeszcze bardziej między rządem Beaty Szydło, a sędzią Rzeplińskim, ale tak się niefortunnie składa, że albo gdzieś ktoś kogoś zastrzeli, albo ktoś inny podniesienie dwustukilogramową sztangę i ja już nie potrafię się skupić ani na Rzeplińskim, ani na Kurskim, by już nie wspomnieć o Lichockiej i jej samochodach. Oto przeczytałem na przykład wczoraj na portalu tvn24.pl wiadomość, że już za parę dni w Teksasie zostanie wykonany wyrok śmierci na człowieku nazwiskiem Jeffrey Lee Wood. Wydawałoby się, że my akurat nie mamy jakiegokolwiek powodu, by się zajmować tym, że stan Teksas dokona egzekucji na kolejnym mordercy, jednak szefowie TVN24 uznali, że warto nam trochę głowę pozawracać, a zrobili to tak sprawnie, że nie dali nam innego wyjścia, jak się sprawą zainteresować. Mamy więc przed sobą ogromne studio, w tle dwie wielkie flagi Stanów Zjednoczonych, między flagi wkomponowane zdjęcie owego Wooda podpisane bardzo zabawnie „Jeffery Lee Wood”, a na tle owej dekoracji niejaki Michał Sznajder, opowiadający nam w owym komicznym stylu Maxa Kolonki, historię owego nieszczęśnika.
       Czego zatem się dowiadujemy? Przede wszystkim już sam tytuł artykułu robi wrażenie: „Nie zabił, został skazany na karę śmierci. Matka: to dziecko w ciele dorosłego”.
      Reszty dowiadujemy się już od samego Sznajdera słowo w słowo:
      „Jeffrey [przepraszam – Jeffery] Lee Wood zostanie stracony, mimo że sam nikogo nie zabił, nie ma nikogo na sumieniu”.
      „Doszło do śmierci sprzedawcy w sklepie, ale to nie Jeffrey [przepraszam – Jeffery] Lee Wood pociągnął za spust. Nie. To jego znajomy, albo, mówiąc dokładnie, współlokator. Oni razem mieszkali i nawet umówili się, że dokonają napadu, ale Wood się rozmyślił i nawet nie znajdował się w tym samym budynku, gdzie doszło do zbrodni”.
      „Niestety amerykańskie prawo stosując zasadę pod nazwą ‘law of parties’ zakłada, że prokuratura nie musi udowodnić, że oskarżony miał jakikolwiek udział w popełnieniu przestępstwa lub że miał zamiar je popełnić. Przysięgli muszą tylko uznać, że miał miejsce plan by popełnić przestępstwo i że oskarżony powinien był przewidzieć, że przestępstwo nastąpi. Jeffrey [przepraszam – Jeffery] został skazany na karę śmierci, bo ewidentnie nie przewidział. Ale powstaje pytanie, jak on w ogóle mógł przewidzieć? W takiej sytuacji, powiedzmy zwyczajniej, trudno się było tego spodziewać. Dodatkowo, Jeffrey [przepraszam – Jeffery] był w sytuacji o tyle trudnej, że stan jego intelektu jest taki jaki jest: IQ – 80, na pograniczu niesprawności intelektualnej, a teraz zostanie stracony, mimo że do cudzej śmierci się nie przyczynił”.
     No, no! Ciekawe rzeczy dzieją się w tej Ameryce. Policjanci mordują Bogu ducha winnych Murzynów, prawo skazuje na karę śmierci osoby niewinne, w dodatku o współczynniku inteligencji na poziomie 80 punktów, no i jeszcze ten Trump, cholera jasna. Sprawdziłem więc tego Jeffreya i co się okazuje? Otóż z powszechnie dostępnych informacji wynika, że oni dwaj, Jeffrey i jego dziś już słusznie nieżyjący kumpel Daniel Earl Reneau, zanim dokonali swojego ostatniego w życiu skoku, byli zwykłymi bandytami. W mieszkaniu, w który wspólnie mieszkali, przechowywali całą kupę różnego rodzaju broni, zarówno pochodzącej z kolejnych napadów, jak i do owych napadów wykorzystywanej. A sprawa, która nas dziś zajmuje wyglądała tak, że dnia 2 stycznia 1996 podjechali obaj na stację benzynową Texaco, Wood został w samochodzie, podczas gdy Reneau wszedł do środka i zażądał od sprzedawcy, 31-letniego  Krisa Lee Keerana pieniędzy. Kiedy Keeran się na moment zawahał, Reneau strzelił mu prosto między oczy, zabijając go na miejscu. Wtedy do środka wszedł Wood, obaj zabrali kasetkę z pieniędzmi plus kamerę wideo i odjechali. Obaj zostali aresztowani następnego dnia, postawieni przed sądem, skazani solidarnie na karę śmierci, a Renaau pewnego letniego poranka roku 2002 został stracony.
       Taka jest ta historia, jak się zdaje, nie kwestionowana nawet przez samego Wooda, jego mamę i całą rodzinę. Wygląda na to, że dziś już tylko TVN24 i red. Michał Sznader utrzymują, że biedny „Jeffery” ze swoim 80-punktowym IQ nie mógł ani niczego przewidzieć, ani się spodziewać. Oczywiście, ponieważ termin egzekucji Wooda zbliża się wielkimi krokami, i wszystko wskazuje na to, że on jednak po tych dwudziestu latach wreszcie za to co zrobił odpowie, cały tak zwany „cywilizowany” świat wstrzymał oddech i próbuje moment egzekucji po raz nie wiadomo który odwlec. I ja to oczywiście rozumiem. Rozumiem ludzi, którzy poświęcili całe swoje życie na walkę o delegalizację kary śmierci. Ja nawet staram się zrozumieć te ich pokręcone ścieżki moralne, które każą im chronić ludzkie życie, pod warunkiem, że jest to życie człowieka, któremu da się zmierzyć poziom IQ. Nie jestem natomiast w stanie w ogóle zrozumieć kogoś, kto słysząc, że jakichś dwóch zbirów bez kropli litości zamordowało biednego pracownika stacji benzynowej, w pierwszym odruchu zaczyna coś ględzić o 80-punktowym IQ, które rzekomo jednemu z nich uniemożliwiło zrozumienie, że pistolety strzelają, a jeśli strzelają do kogoś, to się tego kogoś zabija.
      W tej sytuacji, ja bardzo potrzebuje podzielić się pewną refleksją. Otóż niedawno rozmawialiśmy sobie z Coryllusem na temat wszelkiego rodzaju testów sprawdzających różnego rodzaju umiejętności i Coryllus przyznał, że on jakiś czas temu dostał do rozwiązania test określający jego poziom inteligencji i uzyskał 90 punktów. Ośmielony tym wyznaniem, ja Coryllusa przebiłem i przyznałem, że ja też kiedyś próbowałem rozwiązać ów tekst i zdobyłem zaledwie 70 punktów. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że przede wszystkim, ja w większości wypadków nie rozumiałem poleceń, a poza tym testu nie ukończyłem skutkiem zmęczenia, niemniej fakt jest faktem. Mój iloraz inteligencji wynosi 70 punktów.
      Gdyby ktoś w tym momencie zaczął się obawiać, że ja się w związku z tym zamierzam na kogoś zasadzić i tworzę sobie alibi, już teraz proszę o najwyższy wymiar kary.

Przypominam, że na youtubie można oglądać wypowiedź, jakiej udzieliłem organizatorom Bytomskich Targów Książki. A jeśli ktoś będzie zainteresowany to zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

      

     

środa, 17 sierpnia 2016

Być jak Alison Cerutti

Oglądałem wczoraj trochę w telewizji olimpiadę w Rio i akurat trafiłem na coś, co nosi nazwę siatkówki plażowej, a konkretnie na półfinałowy mecz między Brazylią i Holandią. Przyznaję, że choć mam wrażenie, że o istnieniu owej dyscypliny już kiedyś słyszałem, to nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej miał okazję to coś świadomie oglądać. Gdyby ktoś nie wiedział, chodzi o to, że mamy piasek, na piasku wyznaczony odpowiedni prostokąt, nad prostokątem siatka, dwóch zawodników z jednej strony, dwóch z drugiej, no a dalej normalnie, jak to w siatkówce.
Ktoś powie, kogo to obchodzi? Jakie znaczenie w świecie, w którym rządzi piłka nożna, baseball, golf, snooker, boks, koszykówka, czy choćby wyścigi formuły 1, by już nie wspominać o wielu mniej ważnych, choć jakoś tam popularnych tu i ówdzie, dyscyplin, może mieć coś tak wręcz symbolicznie bez znaczenia, jak plażowa siatkówka? I ja naturalnie podzielam tę myśl: jakie może mieć znaczenie w świecie coś tak małego, jak plażowa piłka siatkowa? Ale ja mam jeszcze więcej pytań. Otóż, jakie mogą mieć dla kogokolwiek znaczenie wyczyny ludzi, którzy grają w badmintona, skaczą do wody z trampoliny, jeżdżą na rowerze po okrągłym torze, pojedynkują się na szable, czy pojedynkują się w ping ponga? A jednak zdecydowanie mamy powód, by o tym rozmawiać. Otóż ja oglądałem ów półfinał męskiej siatkówki plażowej między Holandią a Brazylią i na własne oczy widziałem, jak w bardzo zaciętej końcówce wygrali Brazylijczycy i jeden z nich najzwyczajniej w świecie się rozpłakał ze szczęścia. Nawet nie dlatego, że zdobył swój złoty medal olimpijski, ale zaledwie awansował do finału. Patrzę na tego Brazylijczyka jak leży z nosem w tym piasku i beczy jak dziecko i myślę sobie, że ten cały sport – zupełnie jak cały ów pamiętny jazz – to jest jednak coś.
Niedawno w telewizorze wysłuchałem rozmowy z nieznanym mi sportowym ekspertem, który powiedział coś moim zdaniem szalenie interesującego. Otóż zwrócił on uwagę na fakt, że Igrzyska Olimpijskie to jest jedyny rodzaj zawodów sportowych, gdzie jedyna różnica między takim Usainem Boltem, a… no niech będzie, że owym beczącym Brazylijczykiem, którego całym życiem jest ta śmieszna siatkówka plażowa, jest taka, że Brazylijczyk Bolta zna, a Bolt jego nie. Poza tym, każdy z nich zajmuje pozycję absolutnie identyczną, przyjeżdżając tam w jednym jedynym celu, tym mianowicie, by zdobyć złoty medal olimpijski. Mówił jeszcze ów nieznany mi ekspert, że to jest niezwykle zabawny widok, kiedy ci kompletnie nieznani sportowcy strzelają sobie selfies z największymi gwiazdami, no ale w ostatecznym rozrachunku, oni wciąż są sobie absolutnie równi. Każdy z nich przyjechał tu z jednego jedynego powodu i dla każdego z nich owa wyprawa ma absolutnie jednakową wartość.
Patrzyłem więc na tego Brazylijczyka szlochającego ze szczęścia na piasku na plaży Copacabana i nagle sobie uświadomiłem, że na poziomie, na którym to wszystko ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie, a więc tym nie wyznaczanym przez pieniądze, mamy do czynienia z dokładnie tym samym czysto ludzkim wyczynem. A niewykluczone, że tu może chodzić o coś znacznie, znacznie większego. No bo nie oszukujmy się. Co taka olimpiada może znaczyć dla Bolta, czy Andy Murraya. Zaledwie jeszcze jeden medal olimpijski do kolekcji. Tu natomiast mamy coś znacznie większego.
Ale to już jest temat na osobny, i to znacznie poważniejszy temat, więc skończmy może na jeszcze ostatniej refleksji.
Oglądamy z moją córką tę olimpiadę i z autentycznym, zdziwieniem stwierdzamy, że cokolwiek oni tam pokazują, tam zawsze chodzi o to samo, a ów cel jest niezmiennie tak ważny, że nawet jeśli przyjdzie nam się gapić na podnoszącego sztangę jakiegoś Behdada Salimi Kordasiabiego, to nie będziemy w stanie od niego oderwać oczu.


Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Czy prezydent Obama nosi t-shirt z napisem CHWDP?

Chciałem dziś zaproponować tekst, który napisałem do pierwszego numeru zupełnie nowego, wydawanego przez Piotra Bachurskiego, miesięcznika pod tytułem „Polska bez cenzury”. O tak zwanych „good guys” and „bad guys”. Tu jeszcze w wersji oryginalnej, przed edycją.

Jeśli ktoś widział słynny film akcji pod tytułem „Speed”, być może zwrócił uwagę na pewien drobny, ale moim zdaniem niezwykle ciekawy szczegół. Oto grający policjanta Keanu Reeves wskakuje do pędzącego i wypełnionego ładunkiem wybuchowym autobusu, próbuje uspokoić sytuację i zorganizować obronę, i ile razy zwraca się do któregoś z pasażerów, niezmiennie używa formy „sir”, względnie „ma’am”. Oni wszyscy tytułują go normalnie, jak każdą inną napotkaną obcą osobę, podczas gdy on niezmiennie do nich wali tym swoim „sir”, lub „ma’am”. Ciekawe jest też to, że ponieważ on tam występuje w cywilu, nie ma też mowy, by ktoś się do niego zwrócił per „officer”. Jeśli o niego jednak idzie, niezależnie od tego, co on ma na sobie, ów kod pozostaje bez zmian.
Jestem pewien, że zaobserwowaliśmy go wielokrotnie w innych tak zwanych „policyjnych” filmach. Policjant wolnym krokiem podchodzi do stojącego na poboczu samochodu i zwraca się do kierowcy „Will you step out of the vehicle, please, sir?”, ewentualnie „Put your left hand on the wheel, sir, and with your right hand slowly…”. Pamiętam, że sytuacje te robiły na mnie wrażenie wielokrotnie i to już od dziecka, jednak żadna z nich mnie tak nie poruszyła, jak informacja, że ów kod, taki właśnie, a nie inny, ma tak naprawdę na celu jedno – dostarczyć policjantowi alibi na wypadek, gdyby mu przyszło do głowy danego osobnika zastrzelić. Jeśli dojdzie do zabójstwa, oficer Novak, oficer Peterson, czy oficer Suares, zawsze będą mogli powiedzieć, że po pierwsze podejrzanego ostrzegli, a po drugie nie dali mu żadnego powodu, by się poczuł potraktowany w sposób niepotrzebnie agresywny.
Jest nam tu dziś oczywiście bardzo trudno powiedzieć, czy 5 sierpnia 2014 roku, zanim policjanci z miejscowości Beavercreek w stanie Ohio zastrzelili niejakiego Johna Crawforda III, poprosili go grzecznie, żeby przestał machać bronią i spokojnie ją odłożył, no i czy zwracali się do niego „sir”, ale moim zdaniem wszystko odbyło się zgodnie z zasadami. Raz, że oni chyba jednak owe reguły mają we krwi, a dwa, że przecież to naprawdę nic nie kosztuje wyrecytować jedną czy drugą formułkę, a dopiero później strzelać, choćby i prosto w głowę. Mało tego. Jak się dowiadujemy, było tak, że kiedy Crawford jedną ręką machał bez sensu tym karabinem, to w drugiej trzymał telefon komórkowy, przez który akurat rozmawiał ze swoim synkiem, któremu to właśnie kupił ów piękny prezent w postaci fantastycznej imitacji prawdziwej broni. Zakładając więc, że skoro, zanim go zastrzelili, policjanci Crawforda ostrzegli, to już przed sądem naprawdę mogli przysiąc, że żadnego telefonu nie zauważyli i że ich cała uwaga skupiona była tylko i wyłącznie na broni.
Crawford zginął w roku 2014 i to stanowi wiadomość nawet jeśli nie istotną, to z pewnością ciekawą. Otóż, jak informują amerykańskie statystyki, gdy chodzi o przypadki śmiertelnych postrzeleń podczas próby aresztowania, lata 2012 i 2014 wysuwają się zdecydowanie na pierwsze miejsce. W roku 2012 z rąk policji w Stanach Zjednoczonych zginęły 602 osoby, natomiast w owym fatalnym roku 2014 ofiar było aż 627. Wszystkie pozostałe lata, wcześniejsze i późniejsze nawet nie są w stanie się zbliżyć do tego, co się stało w latach 2012 i 2014. Czemu tak? Tego nie wiemy. Jest oczywiście pewne, że amerykańscy socjologowie jakieś odpowiedzi na ten temat mają, jednak my ich ani nie znamy, ani też nie koniecznie musimy im wierzyć. No i powiedzmy sobie szczerze, cóż nas one mogą obchodzić?
Ciekawe jest natomiast coś innego. Oto, jeśli prześledzimy te same statystyki, oprócz tego, że faktycznie 2012 i 2014 to lata szczególne, a sierpień roku 2014, a więc miesiąc, w którym zginął John Crawford III, to też swoisty rekordzista z liczbą 107 zabitych, wypadałoby się może zastanowić, jak to się stało, że autentyczny wzrost przypadków zabójstw z rąk amerykańskiej policji nastąpił po roku 2009. Jak informują oficjalne dane, w latach poprzednich policjanci praktycznie nie strzelali. W latach 2006-2008 zarejestrowano zaledwie niespełna 30 przypadków śmiertelnych postrzeleń rocznie, a w roku 2005 amerykańscy policjanci zabili zaledwie 11 osób, z czego jeden, Brandon Williams, zanim umarł zdążył położyć jednego policjanta, a więc przynajmniej tutaj bilans wychodzi na zero. I to jest faktycznie ciekawe. Co takiego się stało, że od roku 2009 amerykańska policja zaczęła strzelać i to strzelać bez litości?
Czy to możliwe, że wszystko do tego zmierzało od wielu już lat? Wróćmy może na chwilę do dnia 18 stycznia roku 1982, kiedy to z samego rana do małego sklepu z odzieżą w Chicago, prowadzonego przez koreańskie małżeństwo nazwiskiem Kim, weszło dwóch czarnych, dziewiętnastoletni LeRoy Carter Jr. i Earvin Newsome, lat 21. Najpierw przymierzyli parę kurtek, a po chwili zmusili państwa Kim, żeby ci udali się na zaplecze i położyli na podłodze, twarzami do ziemi. Pan i pani Kim nie stawiali oporu, robili to, co im kazano, nie próbowali wzywać policji. Napastnicy przeszli z powrotem do sklepu, zabrali z kasy $100 i jakieś ciuchy, a na koniec wrócili jeszcze na zaplecze, gdzie Carter wyciągnął rewolwer i strzelił leżącej grzecznie na podłodze pani Kim w głowę. I teraz zastanówmy się, co by było, gdyby jakimś cudem do sklepu wszedł uzbrojony policjant i widząc, co się dzieje, wyciągnął broń i krzyknął do Cartera: „Drop the gun, sir, and raise your arms slowly over your head”, a ten nie zareagował w jednej chwili. Myślę, że odpowiedź jest jasna. Ale zastanówmy się też, jak na owo zabójstwo biednego, młodego, w końcu zaledwie 19-letniego chłopca zareagowałaby czarna społeczność Chicago i oczywiście intelektualne środowiska uniwersyteckie. Tu, jak sądzę, odpowiedź jest też jasna. Na co ich stać, mieliśmy okazję obserwować przy okazji znanej nam dobrze sprawy pobitego przez policję Rodneya Kinga, kiedy to ostatecznym kosztem miliarda dolarów czarni mieszkańcy Los Angeles urządzili tak zwane „powstanie Rodneya Kinga”, osiągając w ciągu niespełna tygodnia wynik ponad 2 tysięcy ofiar, w tym ponad 50 śmiertelnych i puszczając z dymem znaczną część miasta.
I tu wróćmy do roku 2009, kiedy to wbrew wszelkim rozsądnym prognozom, Amerykanie zamiast powiedzieć policjantom, żeby może trochę się opanowali i zrozumieli, że człowiek, nawet jeśli jest czarny i uzbrojony, pozostaje tylko człowiekiem, a służba, jak to mówią bracia za wielką wodą, nie drużba, najwyraźniej postanowili dać policji jeszcze większe uprawnienia. Oto wspomniane już wcześniej statystyki. O ile w roku 2008 amerykańscy policjanci zastrzelili zaledwie 25 osób, w roku 2009 liczba ta wzrosła do 64, by w roku 2010 raptownie podskoczyć do 288. Swoją drogą, to co się stało, musiało dla amerykańskiego społeczeństwa stanowić taki szok, że w roku 2011 zginęło zaledwie 166 osób, co najwyraźniej z kolei tak rozochociło niektórych z nich, że już w roku 2012 policjanci musieli zastrzelić aż 602 osoby.
I oto pojawia się kwestia podstawowa: czy rzeczywiście musieli? Czy naprawdę nie było innego sposobu, no i przede wszystkim, czy ten system, który oni tam sobie zbudowali musi działać tak, a nie inaczej? No ale tu też musimy wrócić do roku 2009 i pytania, co się wtedy stało? Czy jest możliwe, że któregoś dnia przedstawiciele tych wszystkich „law enforcement agencies” siedli przy stole i uznali, że skoro już wiemy, ilu Amerykanów ginie rok w rok z rąk policji, dobrze by było też sprawdzić, ilu to ostatecznie ginie rocznie w Stanach Zjednoczonych policjantów, tylko przez to, że chcieli solidnie wypełniać swoje obowiązki? Usiedli, posprawdzali w papierach i się przerazili? A może na nich zrobiła wrażenie informacja, że jedną z głównych przyczyn śmierci amerykańskich policjantów na służbie stał się atak serca? Czy mogło tak być? Mogło. To na pewno robi wrażenie. No ale my tego nie wiemy, bo wszystkie dostępne wyliczenia raczej koncentrują się na tych, których zabili policjanci, a gdy chodzi o lata 2000-2009 dowiadujemy się tylko tyle, że wtedy rocznie z rąk „bad guys” ginęło średnio 160 „good guys”.
No ale jest coś jeszcze. Otóż jak wszystkim nam wiadomo, to właśnie w styczniu roku 2009 Barack Obama został prezydentem Stanów Zjednoczonych. To wiemy wszyscy, a część z nas z pewnością pamięta autentyczną histerię, jaka w wyniku owego wydarzenia ogarnęła czarną społeczność na całym świecie. Czy jest więc możliwe, że to w odpowiedzi na ową histerię policja w Ameryce została zmuszona do takiej a nie innej reakcji. Czy jest możliwe, że niektórzy z nich, wiedząc, że mają wreszcie swojego prezydenta, na hasło „Please, step out of the vehicle, sir” w jednej sekundzie zaczęli sięgać po broń? Uważam, że na to pytanie musimy akurat sobie wszyscy odpowiedzieć już samodzielnie.
Ktoś być może zapyta skąd nagle ten temat. Otóż, jak wiemy z pewnością wszyscy, bo to jest temat tych dni, niedawno w Dallas doszło do bardzo poważnych zamieszek związanych ze śmiercią z rąk policji dwóch kolejnych osób. Przyjrzyjmy się pierwszemu zdarzeniu. 5 lipca tego roku, policja z miejscowości Baton Rouge w stanie Louisiana, otrzymała informację, że Murzyn nazwiskiem Alton Sterling, znany lokalnie jako „CD man”, grozi przechodniom bronią i ludzie się boją. Ponieważ ów CD man znany był władzom, jako notoryczny przestępca, policjanci zjawili się na miejscu w jednej chwili i próbując obezwładnić Sterlinga, śmiertelnie go postrzelili. Drugie wydarzenie miało miejsce następnego dnia w miejscowości St. Anthony w stanie Minnesota, kiedy to miejscowi policjanci zatrzymali do rutynowej kontroli niejakiego Philando Castile, jak wyraźnie wskazuje imię i nazwisko, z pewnością nie potomka lokalnych członków Ku-Klux-Klanu, i poprosili go o prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Jednak zamiast się policjantom wylegitymować, Castile poinformował ich, że ma przy sobie broń. W tym momencie sprawy poszły bardzo szybko. Policjant krzyknął „Don’t move!”, Castillo nie posłuchał rozkazu, sięgnął ręką za plecy, no i zginął.
7 lipca w Dallas doszło do wielkiej demonstracji zorganizowanej przez organizację pod nazwą Black Lives Matter, co się tłumaczy na polski jako „Życie Czarnych ma znaczenie”, z takim zamiarem, by zaprotestować przeciwko obu zabójstwom, no i w ogóle brutalności amerykańskiej policji. I pewnie nie byłoby o czym mówić, gdyby do demonstracji nie podłączył się człowiek nazwiskiem Micah Xavier Johnson – po nazwisku poznajemy, że też nie mamy do czynienia z wnukiem szefa miejscowego Ku-Klux-Klanu – i zanim sam został zlikwidowany przy pomocy policyjnego robota, zdążył zastrzelić pięciu i ranić ośmiu, wyłącznie białych, co należy podkreślić, policjantów. A więc, to jest temat ostatnich dni, ale też powód, dla którego wspomniany wcześniej prezydent Obama zmuszony został do skrócenia swojej wizyty w Europie.
I w tym momencie przeszliśmy do podsumowania tych refleksji i ostatecznego wyjaśnienia, skąd w ogóle dziś ten temat. Otóż, jak wiemy, prezydent Obama podczas wystąpienia dla prasy po spotkaniu z prezydentem Andrzejem Dudą uznał za stosowne wyrazić troskę w związku z politycznym kryzysem, jak w ostatnich miesiącach Polska przeżywa, a który przez niektórych nazywany jest kryzysem konstytucyjnym. Wbrew doniesieniom liberalnych mediów, wystąpienie prezydenta Obamy było dość łagodne i ograniczało się praktycznie do stwierdzenia, że Ameryce bardzo zależy na tym, by Polska tak jak dotychczas z sukcesem rozwiązywała wszelkie demokratyczne wyzwania i że on osobiście wierzy, że te oczekiwania zostaną w pełnie zrealizowane. Część obserwatorów postanowiła z satysfakcją ocenić wystąpienie Obamy, jako lekcję, jakiej amerykański prezydent udzielił naszemu krajowi, podczas gdy inni zwrócili się do Obamy, by się od Polski odczepił i zajął sobą. Gdy chodzi o mnie, uważam, że my i oni mamy wszelkie prawo, by komentować to, co się dzieje i tu i tam, i co nas, czy to niepokoi, czy wręcz oburza. Jednej rzeczy wszak nie wolno nam lekceważyć, mianowicie tego, w jaki sposób demokratycznie wybrana i kontrolowana przez społeczeństwo władza – i tu i tam – uznaje za stosowne budować system, dzięki któremu swoim obywatelom zapewnia komfort, bezpieczeństwo i codzienne powodzenie, a sobie polityczny sukces. A zatem, mam naprawdę nadzieję – ale i pewność – że akurat Andrzej Duda nigdy się nie zdecyduje, by publicznie oświadczać, że on z wielką troską patrzy na to, jak amerykańska policja radzi sobie z egzekwowaniem prawa. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że nie ma nic gorszego, niż komentowanie spraw, o których tak naprawdę nie ma się bladego pojęcia.

Kto jeszcze nie miał okazji, przypominam, że na youtubie można obejrzeć rozmowę, jaką przeprowadzili ze mną organizatorzy czerwcowych trafów książki w Bytomiu. Polecam serdecznie.



niedziela, 14 sierpnia 2016

Co lemingi robią na drzewach?

      Zanim zaczniemy, pragnę poinformować, że skutkiem niedawnej awarii salonu24, mój adres osiejuk.salon24.pl przestał działać. W związku z tym zostałem zmuszony do zmiany tej tzw. subdomeny na kosiejuk.salon24.pl. A teraz do roboty.

     Jestem pewien, że nawet gdybym swego czasu tu na tym blogu o tym nie wspomniał, większość z nas i tak by sprawę znała. Opublikowany w „Newsweeku” tekst niejakiej Anny Szulc na temat rzekomego najazdu beneficjentów programu 500+ na nadmorskie plaże, a niezwykle inteligentnie zatytułowany „Najazd Hunów”, zyskał rozgłos, który prawdopodobnie uczyni z niego wydarzenie historyczne w skali dotychczas chyba nieznanej. Pisałem o tym, ale dla porządku wspomnę o tym raz jeszcze. Każdy z nas, a w tym się spokojnie zmieszczą nawet i ci, co nie znają piosenki Wojciecha Młynarskiego „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia”, doskonale zdaje sobie sprawę z tak zwanego kulturowego wymiaru tak zwanego „nad morza”, niezmiennego od dziesięcioleci. I oto nagle, w związku z tym, że rząd premier Szydło, chcąc cywilizacyjnie wesprzeć pewną część Polaków, wprowadził program o nazwie 500+, a program ów odniósł wielki sukces, wspomniana wcześniej Anna Szulc opublikowała w „Newsweeku” tekst, w którym się pożaliła, że przez populistyczną politykę rządu Prawa i Sprawiedliwości, plaża we Władysławowie jest tak zatłoczona, że przeciętny człowiek nie ma najmniejszych szans, by się tam wepchać, o ile nie ustawi się z ręcznikiem w kolejce o godzinie 3 nad ranem. A i to wyłącznie ku swemu wielkiemu rozczarowaniu, dlatego że, jak się okazuje, owa biała nędza, nie dość, że bezczelnie zajmuje przestrzeń, to głównie zarzyguje deptaki i sra na wydmach, a jeśli jeszcze trafi się jakiś patriota, to doprowadza wszystkich do cholery koszulką z napisem „Wołyń pamiętamy”.
      Taki to był ów słynny tekst opublikowany przez „Newsweek”, kto miał okazję, to się z tym przekazem zapoznał i sprawa na pewien czas została ostatecznie wyparta przez kolejne, bardziej doraźne, tematy.
       I oto, jak się okazuje, my tu nie mamy do czynienia z przemyślaną propagandą skierowaną przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości, lecz z autentycznym szaleństwem. Wbrew temu, co mogło by się wydawać, nie jest tak, że ktoś tak w Niemczech nagle wpadł na pomysł, by zaapelować do tych resztek zwolenników starego reżimu przy pomocy takiego przekazu, że jeśli oni się nie zmobilizują, to ten cały syf, dotychczas poukrywany w czterech ścianach obwieszonych portretami Jana Pawła II mieszkań, wypełznie na zewnątrz i porządny obywatel nie będzie miał się gdzie ruszyć. To by było zbyt głupie, nawet gdyby punktem odniesienia miałaby być tradycyjna niemiecka wrażliwość. Więc otóż nie. Jestem pewien, że nawet najgłupszy Niemiec nie wymyśliłby, że uda się obalić rząd Prawa i Sprawiedliwości sącząc w umysły Polaków wiadomość, że jeśli oni się nie obudzą, już niedługo wszystkie plaże nad polskim morzem będą opanowane przez klasyczny „untermensch”. Wygląda na to, że za pomysłem, by uderzyć w rząd Prawa i Sprawiedliwości, wykorzystując do tego ową starą do porzygania legendę o hołocie, która zanieczyszcza świat ludzi wykształconych, porządnych i kulturalnych, nie stoi żadna poważna organizacja, ale zwykłe emocje zwykłych ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie nie wytrzymali napięcia związanego ze zmianą władzy w Polsce i z tego wszystkiego zwyczajnie oszaleli. Widząc, jak sytuacja się z każdym dniem robi coraz bardziej beznadziejna, oni zatracili wszelką zdolność racjonalnego myślenia, zdali się na swoje najstarsze i najbardziej naturalne instynkty, ściśle naznaczone  pogardą dla człowieka, i uznali, że skoro to tak pięknie działało przez osiem lat, to i zadziała dziś.
Oto bowiem, kiedy wydawało się, że kompromitacja tekstu Anny Szulc zamknie ów problem ostatecznie, na portalu natemat.pl ukazał się tekst niejakiego Włodzimierza Szczepańskiego, który, jak gdyby nigdy nic wali prosto między oczy:
      „Parawaning, kolejki do gofra, przaśność oraz Janusze z baterią piwa w jednej dłoni i z dmuchaną orką w drugiej. Podobno ‘dobra zmiana’ wyległa na plaże nad polskim morzem. Są tacy, którym to nie odpowiada. Millenialsi, bo o nich mowa, na nowo odkryli ciche zakątki w polskich górach.
       – Było wspaniale! – opowiada Marta, warszawianka, miłośniczka jogi i kotów, oczywiście też weganka. Od niedawna z nowym partnerem odkrywa uroki wspinaczki skałkowej. Tydzień spędzili w Górach Sokolich i Rudawach Janowickich. Zrobili wypad również w Śnieżne Kotły.
      Przed wakacjami zastanawiała się, gdzie spędzić tegoroczny urlop. Miała do wyboru wyjazd nad morze albo w góry. Cieszy się, że pojechała na skałki.
      – Byłam już nad polskim morzem i mi się nie podobało. Tłok i niewiele więcej niż leżenie na plaży. A teraz jeszcze czytałam, że beneficjenci ‘
500 plus’ zjechali nad morze. Wyobrażam sobie te biegające z gołymi tyłkami maluchy. Nie, to nie dla mnie – komentuje.
       Jaki typ ludzi wyjeżdża w polskie góry, można określić po postach na profilach turystycznych. Chociażby osób, które oceniły schronisko ‘Nad Łomniczką’. Wpadają np. w zachwyt z powodu braku elektryczności w placówce. No i spędzają czas aktywnie. Chociażby na rowerach. Omijają uczęszczane szlaki, bo 
Zakopane kojarzy im się z Władysławowem czy Mielnem w niedzielę. Wypisz wymaluj millenialsi i Marta nie jest jedyna....
      Oczywiście całość poraża, natomiast ja bym prosił, byśmy zwrócili uwagę na jeden zaledwie fragment:
      „Było wspaniale! – opowiada Marta, warszawianka, miłośniczka jogi i kotów, oczywiście też weganka. Od niedawna z nowym partnerem odkrywa uroki wspinaczki skałkowej”.
      Intensywność owego obłędu od pierwszej chwili poraża do tego stopnia, że możemy pomyśleć, iż mamy do czynienia ze zwykłą kpiną. Tymczasem nic podobnego. To jest poważny tekst poważnego publicysty i tu nie ma chwili na żarty. Ta „warszawianka”, te „koty”, ta „joga” i wreszcie „weganka” i „partner”, to się dzieje jak najbardziej naprawdę i z pełna powagą. A skoro tak, to uważam, że my też powinniśmy się przestać śmiać i sprawę potraktować poważnie. Oni, jak się okazuje, będą się przenosić w góry. I to jest wiadomość z jednej strony dobra, a z drugiej zła. Dobra, bo jest szansa, że wreszcie na pięknym polskim morzem zrobi się trochę luźniej. My wprawdzie mamy swoją Kuźnicę, ale Jastarnia, też potrafi być piękna, by nie wspomnieć o reszcie wybrzeża. Z drugiej jednak strony, my tu z Katowic mamy blisko do gór i jeśli to wszystko ma się tak skończyć, że oni zaczną się kręcić po tych ścieżkach, to ja to widzę naprawdę czarno. I nawet nie chodzi mi o to, że nagle ta banda nudystów z Chałup przeniesie się pod Babią Górę, ale że człowiek pojedzie do Rycerki, zapragnie zwiedzić okolicę, a tam nie dość że wszędzie będzie nasrane, to wciąż trzeba będzie uczestniczyć w jakichś gejowsko-lesbijskich ekscesach.
      Jest jednak coś, co pozwala mieć nadzieję, że jakoś z tego wyjdziemy. Otóż wspomniany Szczepański tak sam o sobie pisze na portalu natemat.pl:
      „Mam szczęście, bo robię to, co kocham. Mało jest miejsc w Polsce, w których nie byłem jako reporter. Ciekawość ludzi i dobrych tematów wciąż mnie nakręca. Rozmówcy potrafią mnie zaskoczyć i zmusić do zadania sobie pytań, o co w tym życiu chodzi. Z tego też powodu prowadzę zajęcia z imigrantami. I Ty opowiedz mi swoją historię! W chwilach wolnych miłośnik aktywności sportowej, wspinania się na drzewa, uzależniony od roweru i kawy”.
       A ja proponuję, byśmy zwrócili uwagę na to „wspinanie się na drzewa”. Kto wie, czy to nie zapowiada jakiejś nowej, obok biegania, rowerów i sushi, mody i kiedy oni już wreszcie się zjadą do naszych gór, to będą w większości siedzieć goło na drzewach, a my będziemy mogli dla rozrywki rzucać w nich kamyczkami, których, jak wiemy, tam jest cała masa.


Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresemwww.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki. Naprawdę warto.


sobota, 13 sierpnia 2016

Czy ktoś nam chce zmienić barwy narodowe?

       Mój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety” trochę powtarza to, o czym na naszym blogu niedawno wspominaliśmy, jednak ponieważ perspektywa tego spojrzenia jest mocno inna, przedstawiam owe refleksje również i tutaj.
      Jak niedawno sobie powiedzieliśmy, wiele wskazuje na to, że tym razem Prawo i Sprawiedliwość utrzyma władzę na dłuższy czas, a każdy dzień dobitnie potwierdza naszą intuicję, ostatnio choćby przez, jak się zdaje, ostateczne już tąpnięcie w Platformie Obywatelskiej, które nawet dla jej prominentnych polityków musiało być takim szokiem, że aż poseł Szejnfeld oświadczył, że Platforma „nigdy nie popierała pomysłu przyjmowania uchodźców”. W tej więc sytuacji, jak się zdaje, stara prawda, że są chwile, kiedy naszym największym wrogiem jesteśmy my sami, zaczyna przybierać kształt bardzo realny i pojawia się obawa, że skoro nie poradzi ani Platforma, ani Nowoczesna, ani sam Mateusz Kijowski, my sami będziemy musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Już dziś to tu to tam możemy obserwować, jak się niektórzy z nas starają. Nie zamilkło jeszcze echo akcji, jaką Joanna Lichocka wspólnie z, jak się możemy domyślać, Tomaszem Sakiewiczem, zawiązała przeciwko Jackowi Kurskiemu, a tym samym przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, by przejąć władzę w TVP, gdy do działania przystąpił sam Sakiewicz i zaatakował już osobiście.
      Mając więc pełną świadomość, że skoro oni uznali, że nadszedł czas rozstrzygnięć, przed nami w najbliższych dniach wiele jeszcze ciekawych wydarzeń, zachęcam, by mieć ich wszystkich na oku i tym razem patrzeć czujnie na ręce przede wszystkim tak zwanym „naszym”. W międzyczasie jednak, tak byśmy sobie przypomnieli, jak może wyglądać porządna dywersja i jaka potrafi być skuteczna, przypomnę fragment wspomnienia członka sztabu wyborczego Jarosława Kaczyński w wyborach roku 2010, które opublikowałem jeszcze wtedy na swoim blogu, a które dziś stanowić może bardzo okrutne ostrzeżenie.     
      „Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie… Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy. Była tuż przed jakimś telewizyjnym występem, a ja nie mam wątpliwości, że na pewno bardzo ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media. Wtedy to zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam”.
      Ktoś mi właśnie zwrócił uwagę, że biało niebieska jest flaga Izraela. Co za zabawna koincydencja, prawda?

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.