sobota, 7 stycznia 2012

Donald Tusk - pierwszy rock'n'roller w kosmosie

Właśnie dotarła do nas wiadomość, że oto została wydana okolicznościowa moneta dwuzłotowa ku czci Jerzego Owsiaka i jego słynnego geszeftu pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Poinformowany o tym wyróżnieniu Jerzy Owsiak, najpierw wyraził odpowiedni zachwyt, a następnie ogłosił, że wspomniana moneta jest „najbardziej rockandrollową monetą na świecie”. Przyznać muszę, że, choć wydawałoby się, że przez lata swojej kariery Jerzy Owsiak powiedział już praktycznie wszystko, co mogłoby nas zszokować, fragment o „rockandrollowej monecie”, z jakiegoś powodu, utkwił mi w pamięci. I wydaje mi się, że stało się tak nawet nie dlatego, że pojęcie „rockandrollowej monety” jest tak idealnie puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu, że, przedstawiając je publicznie, Owsiak przebił samego siebie. Zwróciłem na ten szczególny bon mot uwagę prawdopodobnie dlatego, że dzięki niemu nagle sobie uświadomiłem, na czym polega propagandowy sukces tego czegoś, co nazywamy „rządami Donalda Tuska”. Nagle zrozumiałem, że to właśnie Jerzy Owsiak stworzył Donalda Tuska takiego, jakim go znamy, i takiego, który – jak prorokują nam przeróżni eksperci – nie da nam o sobie zapomnieć, przynajmniej do czasu gdy się wreszcie nam usunie z drogi w sposób naturalny.
Usłyszałem te słowa o „rockandrollowej monecie”, i nagle pojąłem, że to jest właśnie Polska, którą nam szykowano przez minione dwadzieścia lat i która dziś właśnie święci swój trumf. Polska wypełniająca galerie handlowe, Polska wpatrzona w kolorowe zdjęcia w kolorowej prasie, Polska płacząca ze wzruszenia przed ekranami telewizorów podczas kolejnej edycji „Tańca z Gwiazdami”, czy konkursu o nazwie „Top Model”. Polska, wreszcie, rok w rok kupująca od Jerzego Owsiaka nalepki z tym tak dramatycznie zafałszowanym serduszkiem, i Polska głosująca przy każdej możliwej okazji na Donalda Tuska i wskazanych przez niego ludzi, wyłącznie dlatego, że dziś już tylko Donald Tusk – dokładnie taki jakim go znamy – może zagwarantować, że ta cała pustka już do końca świata będzie naszym udziałem. Polska ciężkiej pracy i niedzielnych zakupów. W pełnym halogenowym świetle. Przy dźwiękach najnowszych przebojów. Polska pęczniejąca z dumy, że oto Narodowy Bank Polski wpuścił do obiegu „najbardziej rockandrollową monetę na świecie”. Nasza Polska.
Jerzy Owsiak wypowiedział te swoje czarne słowa o „rockandrollowej monecie”, a mnie się przypomniało, jak jeszcze przed laty, kiedy prezydent Kaczyński i pani Maria Kaczyńska jeszcze byli wśród nas, a dobrzy ludzie wciąż mieli nadzieję, że ten projekt, to zaledwie jakiś psikus złośliwego losu, Donald Tusk właśnie urządził jakąś prasową konferencje i w jej trakcie poinformował, że ci, którzy patrzą inaczej na rzeczywistość, niż on, „dostali hopla”. Tak właśnie powiedział – „hopla”.
Ja znałem oczywiście wcześniej to wyrażenie. Znałem je podobnie, jak serię innych powiedzonek zasłyszanych w dzieciństwie i w latach nieco późniejszych, na przykład w szkole. Wiedziałem choćby, że, zamiast mówić, że ktoś dostał "hopla", można powiedzieć, że ten ktoś ma "fioła", albo, że komuś "odbiło". Z innych wyrażeń, mogę nawet dziś zaproponować na przykład "kibel", zamiast "toaleta", albo zwrócić uwagę na to, że w niektórych środowiskach, zamiast mówić, że ktoś się źle czuje, używa się powiedzenia, że komuś "chce się rzygać". Można by tak dłużej, ale ponieważ mam wrażenie, że w ramach ciągłej, wbrew pozorom, zmiany polityki, a może i wizerunku naszej obecnej władzy, będziemy mogli coraz częściej słyszeć najróżniejsze, barwne manifestacje tej bardziej egzotycznej części języka polskiego, poprzestanę na tych kilku przykładach. Zwłaszcza że, jest przecież całkiem prawdopodobne, że nagle ujawnią się dotychczas wciąż niespenetrowane przestrzenie, których owa owsiakowa „moneta rockandrollowa” może stanowić zaledwie skromną zapowiedź.
Jak już wcześniej zauważyłem, greps z „rockandrollową monetą” dość mnie zaskoczył, natomiast muszę przyznać, że kiedy Donald Tusk mówił o „hoplu” właściwie wzruszyłem ramionami. Dlaczego? Otóż pamiętałem reakcję zarówno Donald Tuska, jak i jego wyborców, na zarzut Jarosława Kaczyńskiego, że politycy Platformy Obywatelskiej prezentują mentalność uliczników. Powszechny rwetes, jaki się wówczas podniósł, ogólnie rzecz biorąc ograniczający się do powszechnego przyznania: „Tak, jesteśmy dziećmi ulicy, i jesteśmy z tego dumni”, kazał mi podejrzewać, że oto, po raz pierwszy od wielu, wielu lat – czyli może i nawet od czasów Władysława Gomułki – mamy do czynienia z prawdziwą władzą ludu, ludu prostego i ludu spontanicznego. Władzą, która weszła na szczyty dzięki poparciu ulicy i podwórka.
Ryszard Legutko, w swoim eseju zatytułowanym „We władzy prostaka”, pisał tak:
Wraz z upadkiem PRL-u, znikły rządy chama i zbira.[...] Zniknął cham i zbir, lecz w ich miejsce wszedł prostak. [...] Złe maniery, złe słownictwo, marny język, prymitywność myślowa - uważane przez długi czas za rzeczy wstydliwe - stały się akceptowalne przez samą masowość swojego występowania i przez odrzucenie myślenia hierarchizującego”.
Otóż to. Dnia 22 października 2007 roku – czy ktoś ten dzień jeszcze pamięta? – w Polsce zwyciężyła demokracja w najbardziej jednoznacznym wydaniu. Podobnie jak w czasach, gdy Afryka wyrywała się z więzów kolonializmu, a rozradowany lud wnosił lokalnych liderów do pustych nagle pałaców, by ci mogli zasiąść w miękkich fotelach, przy wielkich biurkach, tak w tamten niedzielny, październikowy wieczór rozpoczął się proces nowego, prawdziwie demokratycznego zaciągu. Już w czasie słynnego expose Donalda Tuska, co bardziej uważni obserwatorzy mogli obserwować w rządowych ławach minister Fedak, gdy klaszcze swojemu premierowi. Wyglądała przy tym – a ja tego widoku nie zapomnę do końca zycia – tak nieprawdopodobnie idiotycznie, że człowiek mógł się tylko dziwić, że ma przed sobą panią minister Fedak, a nie na przykład prezydenta Mugabe. Albo jeszcze lepiej – małpę. Normalną małpę.
Pamiętamy też być może wciąż moment, gdy Bronisław Komorowski został wybrany przez większość sejmową Marszałkiem Sejmu, a posłowie i posłanki Platformy zaczęli skandować: "Bronek, Bronek!" A przecież to były tylko same początki. Polska to nie Afryka, a Donald Tusk to, cokolwiek by mówić, jednak przynajmniej magister historii, a zatem pewne standardy obowiązują. Więc przez całe pół roku jakoś szło. Najpierw jednak rozległ się ten słynny już wrzask protestu przeciwko rzucaniu oszczerstw na prostego ulicznika, potem nastąpiła tamta ruska wyprawa do Peru z całą serią tzw. zdarzeń niefortunnych, mijały kolejne lata, no i wreszcie dziś, staje Donald Tusk przed społeczeństwem, z całym tym swoim bagażem kulturowym.
Od tamtego czasu minęła cała epoka. Nie dość że władza pokazała, że choć oni są zwykłymi chamami, nie przeszkadza im to na przykład mordować, gdy konieczność nastąpi, a okazja się nadarzy, to w dodatku jeszcze, oni wszyscy, jak gdyby nigdy nic, całkowicie zgodnie z wytyczonym przez tamtego „hopla” kierunkiem, coraz bardziej zaczynają się przekształcać w coś, co musi się skończyć czymś na kształt Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tyle że w wydaniu turbo. Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, by Donald Tusk wszystkie swoje konferencje prasowe zaczynał i kończył zawołaniem: „Rockandroll!!!”, bo w końcu, jak wiemy, większość jego wyborców nie wie, co to słowo oznacza, natomiast zawsze będzie mógł znaleźć coś, co wprawdzie nie będzie oznaczać dosłownie nic, ale za to zabrzmi jakoś tak „fajnie” i „po ludzku”.
Następnym etapem będzie już tylko to, że sale, na których Donald Tusk będzie się prezentował, ozdobi się z jednej strony rysunkami zdobiącymi owsiakową Orkiestrę przed laty, a z drugiej światłem dokładnie takim, jakie dziś mamy w hipermarketach, Donald Tusk będzie wchodził na mównicę w blasku tych świateł i na tle tych obrazków, w pięknie skrojonym garniturze, z tą swoją woskową twarzą… i tak stał. Bez słowa. W całkowitym milczeniu. I tylko na nas patrzył. I albo się uśmiechał, albo srożył. Na zmianę. A my będziemy na niego patrzeć i mruczeć sobie pod nosem: „O tak, na pewno, niewątpliwie, inaczej przecież być nie może, kto by pomyślał”.
I tak to właśnie będzie. I nie może już być inaczej. To jest bowiem ten dokładnie kierunek, z takim dokładnie wynikiem. I nic nas przed nim nie uratuje… o ile nie wydarzy się coś zupełnie niezwykłego. Co? Nie mam pojęcia. Ale jest szansa, że, tak jak to nie raz się już działo w historii, nagle jeden skromny, nieoczekiwany podmuch zmieni wszystko. Na ich zniszczenie, a nasze zbawienie.

Ten tekst jest dziś również dostępny w najświeższym wydaniu "Warszawskiej Gazety" - moim zdaniem - mogę się mylić - jedynego obecnie prawdziwie wolnego pisma. Trzeba też zauważyć, że jego pewna część została powtórzona za dość starym tekstem, jaki swego czasu ukazał się na tym blogu. Jednak z czystym całkowicie sumieniem. Przypominam przy okazji wszystkim potencjalnie zainteresowanym, że książka o siedmiokilogramowym liściu, oprócz tego, że jest wciąż dostępna w księgarni Coryllusa, to można ją też sobie kupić w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja. Niezmiennie też proszę o wspieranie tego bloga wpłatami na konto, którego numer podany jest tuż obok. Dziękuję.

16 komentarzy:

  1. Ty się nigdy nie mylisz. No bo jak inaczej nazwać, niż nie zniewolonymi, całą resztę (99,999%) pism, w których nie publikuje jedyny pozostały nam jeszcze prawdziwie wolny i polski Prawdziwek?

    OdpowiedzUsuń
  2. @RLeszczyński
    Czy to możliwe, ze nawet w sobotę Pan jest samotny? Jakież to smutne!

    OdpowiedzUsuń
  3. Toyah, ten kolega RLeszczynski to ma coś wspólnego z tym obywatelem Robertem Leszczyńskim tym?

    OdpowiedzUsuń
  4. @tayfal
    No widzisz? A mówiłeś, że Ty tu bywasz. To on. On jest od pewnego czasu naszym stałym kumplem. Pocieszamy go w samotności.

    OdpowiedzUsuń
  5. No bywam, ale chyba to przeoczyłem. Co się czepiasz.
    Ale czego on tu pisze? Oddelegowali go, czy jakiś wstrząs osobowościowy przeżył?
    Ciekawe, swoją drogą, jak to jest być taką pałą medialną, takim funkcjonariuszem na odcinku, jak ten tu kolega Leszczyński. Zaleciłbym mu pisanie dzienników - Tyrmanda niech by se poczytał, czy Kisiela - to by się wydało jako "Nosiłem dredy za osiem dziewięćset. Rokendrol usłużny". Nawet swojego Grydzewskiego by nie potrzebował.

    OdpowiedzUsuń
  6. @tayfal
    Nie wiem, czego. To jest dla mnie jedna z większych zagadek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Co do apropos tematu, to ten esbecki fiut owsik nie zauważył by rokendrola, nawet gdyby w niego wdepnął.

    To my wiemy, o co chodzi. Krzysiek. No sam powiedz.

    OdpowiedzUsuń
  8. @tayfal
    Ależ to zawsze tak było. Od samego początku. Najdalej jak oni doszli, to do stwierdzenia faktu, że to zdaje się jest warte zainteresowania.

    OdpowiedzUsuń
  9. Napisałeś jeden z najbardziej przygnębiających tekstów. Po tym (prawdziwym niestety) opisie po prostu odechciewa się wszystkiego. Co gorsza - dla mnie - nie ma nadziei. Przynajmniej na razie, w przewidywalnej przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah
    "rządy prostaków" - cóż dodać ?
    Proponuję: Finansjera obraziła się na Orbána - tym razem to nie do mnie ale do samego źródła. Proszę przeczytajcie całość, naprawdę warto !
    Ten dowód to dowód, że w Europie są ludzie, którzy potrafią być prawdziwymi przywódcami, ludźmi którzy - przy odpowiedniej mobilizacji narodu - potrafią przedstawić projekt oparty o podstawowe wartości.
    Miejmy nadzieję, ze dla nas nie wszystko stracone, najgorsze to to, że ludzie nie zostali jeszcze do końca upodleni tak jak ci na Węgrzech.
    Tam - wynik demokratyczny po 8 latach rządów komuchów i prostaków.
    Najgorsze to to, że lewacka i masońska UE już się do nich, łapami bankierów i agencji ratingowych, dobiera...
    Czy my tyle będziemy musieli czekać?
    Czy może zmiecie ich pył budzącego się podobno wulkanu pod jeziorem w Niemczech?

    PS. Odleciałeś z tą Warszawską Gazetą - pamiętam jak przeleciałeś się po jej właścicielu.. ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  11. @Jan
    Na szczęście, w naszej sytuacji, przewidywalna przyszłość, to jakieś 12 godzin.

    OdpowiedzUsuń
  12. @raven59
    Źle pamiętasz. I źle, że tę swoją złą pamięć eksploatujesz. Ja nigdy nie przejechałem się po jej właścicielu. Nie mogłem tego zrobić choćby z tego względów, bo on mi pozwala żyć, i ja jestem zawsze tego świadomy.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah
    pewnie źle pamiętam - pewnie to było o Gazecie Polskiej... ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  14. @raven59
    Nie. To było o Warszawskiej Gazecie i jej kąciku humoru. Ale nie o Bachurskim. Bachurskiego zawsze chwaliłem za to, że robi gazetę offową.
    Tu napisałeś, że ja się przejechałem po jej właścicielu.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Toyah
    fakt - rzeczywiście to było o tych rysunkach.
    Zwracam honor !
    Muszę lepiej gospodarować pamięcią...

    OdpowiedzUsuń
  16. @raven59
    W dodatku ja Bachurskiemu to powiedziałem też prosto w oczy. Że te obrazki to kompromitacja. Inna sprawa, że się ze mną nie zgodził.

    OdpowiedzUsuń