sobota, 14 stycznia 2012

A jeśli nie napiszą, czyli o samotności ostatecznej

Oczywiście, jak niedawno zauważył to choćby nasz kolega, Orjan, kino stanowi jedną z moich podstawowych pasji, jednak, jeśli idzie o ten blog, to, poza drobnymi wzmiankami, jedynie „Ojciec Chrzestny” Coppoli znalazł tu swoje zasłużone miejsce, w tym sensie, w jakim gdzieniegdzie funkcjonuje Biblia. Chodzi o to, że ten „Ojciec Chrzestny”, moim zdaniem, zawiera tak strasznie dużo, i tak bardzo uniwersalnych i pouczających, wątków, że właściwie nie ma tematu, którego nie można by było, w ten czy inny sposób, przy pomocy tej historii skomentować. I oto nagle wychodzi na to, że prawdopodobnie „Ojciec Chrzestny” zostanie tu zdetronizowany, a to dzięki czemuś, co ja oglądałem wiele razy, jednak już bardzo dawno temu, a dziś zostało mi przypomniane własnie przez Orjana – a mam tu na myśli film „Trzy dni Kondora”. Obejrzałem go sobie wczoraj ponownie i wydaje mi się, że, mimo iż z każdym rokiem on się robi coraz starszy i tym samym irytująco teatralny, nigdy dotąd nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Tam oczywiście jest całe mnóstwo scen, które warto by było przypominać, niemniej w naszej sytuacji chyba szczególnie by się przydało opowiedzieć scenę finałową. Zanim jednak to zrobię, parę słów krótkiego bardzo streszczenia. Otóż Robert Redford, z grupą sześciu innych osób, pracuje w czymś co się nazywa Amerykańskim Towarzystwem Literackim, czy jakoś tak, a w rzeczywistości jest ukrytą komórką CIA. Pewnego dnia, z całkowicie nieznanych przyczyn, do biura wchodzi paru bardzo zawodowych zabójców i wszystkich kolejno mordują. To znaczy, wszystkich, z wyjątkiem Redforda, który akurat na chwilę wyszedł. Wraca więc Redford na miejsce, widzi, co się stało i od tego czasu musi, z jednej strony, uważać, by i jego nie sprzątnięto, a z drugiej bardzo się stara odgadnąć przyczynę tej masakry, no i, jak najbardziej, przechytrzyć złych ludzi. Myślę że tego już nie muszę dodawać, ale tak jak to często się dzieje w amerykańskim kinie, wrogiem nie jest już jakaś marna grupka przestępców, ale państwo, a może nawet i coś więcej – mianowicie System.
I teraz opowiem, jak wygląda ta końcówka. Kiedy wreszcie Redfordowi udaje się wykręcić od nieuchronnej wydawałoby się śmierci, ale też odkryć tajemnicę tego, co się faktycznie stało – tajemnicę, należy dodać, całkowicie kompromitującą właśnie państwo – stoi on sobie na jednej z nowojorskich ulic z głównym winowajcą całego zamieszania, obok nich przechodzi zajęty sobą tłum, i informuje go tryumfalnie, że o wszystkim właśnie został poinformowany „New York Times”, a więc – sorry Winnetou. Ten zły najpierw wpada w czarną rozpacz, wyrywa sobie włosy z głowy i krzyczy do Redforda, że coś ty idioto zrobił najlepszego, wszystko zniszczyłeś itd. itp., jednak już po chwili się uspokaja i chytrze pyta Redforda: „A co zrobisz jeśli tego nie wydrukują?” Redford kamienieje, jednak zaraz mówi: „Spokojna głowa, wydrukują”. Na co zły: „A jeśli nie?” I dodaje: „Wówczas będziesz najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. I tak się ten film kończy. Jeśli ktoś ma do mnie pretensje o spoilerowanie, niech je kieruje tylko do siebie. Trzeba oglądać klasykę, a nie Harrego Pottera.
Przez parę ostatnich dni rozmawialiśmy tu sobie o tym przedziwnym wydarzeniu, kiedy to pułkownik Wojska Polskiego, wojskowy prokurator, Mikołaj Przybył publicznie wsadził sobie w usta pistolet, przestrzelił sobie policzek, a kiedy go zabierano do szpitala, by mu tę dziurę oporządzić, poinformował media, że on tak naprawdę chciał się zastrzelić, ale mu nie wyszło. W trakcie tej naszej internetowej rozmowy, w pewnym momencie pojawiło się pytanie, czy istnieje jeszcze coś tak oburzającego, kompromitującego, szokującego, zawstydzającego – można wymieniać – by opinia publiczna w Polsce postanowiła się tym czymś zainteresować na dłużej, niż na parę godzin, i dość zgodna odpowiedź brzmiała, że nie. Nic takiego nie ma. I ja chciałem tu parę słów na ten temat, trochę oczywiście powtarzając to, co już zostało i tak powiedziane, ale wydaje mi się, że nigdy zbyt dużo prostych prawd.
Myślę sobie bowiem, że kiedy w grudniu roku 1981 specjalny oddział ZOMO, na rozkaz ówczesnych władz partyjno-państwowych – tak się to wtedy nazywało – zamordował 9 górników niemal na miejscu, a jeszcze kilka osób z pewnym opóźnieniem, pamięć o nich trwa w ten czy inny sposób do dziś. I nawet jeśli ktoś – i to wcale niekoniecznie przede wszystkim młodzież – ma tych górników na co dzień w nosie, to jednak, wspominając tamten dzień, potrafi choć na moment skłonić głowę. Myślę, że w gruncie rzeczy każdy – nawet prezydent Komorowski. Tymczasem, odnoszę coraz częściej wrażenie, że gdyby dziś doszło do podobnego wydarzenia, a więc, gdyby oddziały policji, czy jacyś specjaliści z ABW, przeprowadzili akcję przeciwko dowolnej grupie powszechnie traktowanej jako opozycja, pies z kulawą nogą by się tym wydarzeniem nie zbulwersował. Gdyby dziś policja lub jakiekolwiek służby na zimno zamordowały – no niech będzie, że dziewięciu protestujących górników – na początku oczywiście na dole ekranu telewizora pojawiłby się żółty napis, że oto doszło do tragedii, następnie w telewizji wystąpiłby minister Cichocki, powiedziałby, że doszło do tragedii i że sprawa będzie wyjaśniana z pełną starannością, następnie Justyna Pochanke zaprosiłaby do studia Leszka Millera i Jerzego Dziewulskiego, którzy by potwierdzili, że doszło do tragedii i że sprawę powinna wyjaśnić niezależna komisja, no a w związku z żałobą narodową, którą właśnie ogłosił prezydent Komorowski, w dniu dzisiejszym nie będzie „Szkła kontaktowego”.
W tym momencie do głosu doszłaby opinia publiczna, i ta sprzed telewizorów, ale również komentująca w mediach – zarówno mainstreamowych, jak i tak zwanych obywatelskich. Przede wszystkim, rozdzwoniłyby się telefony do TVN-u, że nie ma najmniejszego powodu, by zawieszać nadawanie codziennej audycji, zwłaszcza że każdy wie, że prawdziwą żałobę można obchodzić w milczeniu, a nie tak demonstracyjnie. No ale wiadomo, że PiS nawet śmierć musi wykorzystać. Na drugi dzień dyskusja stałaby się już nieco bardziej demokratyczna, a więc pojawiliby się politycy Platformy Obywatelskiej, którzy by – najpierw dość nieśmiało, a następnie już zupełnie otwarcie – przypomnieli, że to za rządów PiS-u doszło do pierwszych przypadków nadużycia władzy, a więc, żeby może niektórzy w tej sytuacji siedzieli cicho. Oczywiście, dyskusja by już sunęła pełną parą na blogach, a tam, jak to na blogach. Głos ludu. A więc, na poziomie bardziej intelektualnie zaawansowanym, dowiedzielibyśmy się, że dobrze tak skurwysynom i nierobom, bo niech się nikomu nie wydaje, że można bez końca okradać polskie państwo, natomiast najbardziej schamiała blogerska drobnica by już tylko w swoim zwykłym stylu informowała, że trzeba było przy okazji ustrzelić Jarusiowi kota, lub że ciekawe kto i za czyje pieniądze zapłaci za te pogrzeby. Po tygodniu, z tej tragedii nie pozostałby najdrobniejszy ślad, a jeśli kiedykolwiek by o niej wspominał, to oczywiście tylko my, niestety ku coraz większemu społecznemu zniecierpliwieniu, że jak długo można wałkować wciąż ten sam temat.
Jak to się stało, że pamięć o Dziewięciu z Wujka jednak przetrwała? Przecież z całą pewnością nie jest tak, że w tamtych latach, media bardziej niż dziś, czuły obowiązek wobec społeczeństwa. Że tamci dziennikarze bardziej niż ci dzisiejsi wiedzieli, czym jest ten ich jakiś etos. Oczywiście, że nie! Wtedy jednak my wszyscy z jednej strony mieliśmy Kościół, a z drugiej jednak dostęp do tak zwanego drugiego obiegu – głównie w postaci radia Wolna Europa i Głos Ameryki. Co jednak może jeszcze ważniejsze, nie byliśmy tak okropnie zabiegani, tak tragicznie zaplątani w tę nieustanną konsumpcję i tak fatalnie zniewoleni na poziomie duchowym. A więc zdecydowanie mieliśmy czas na to, by sobie niekiedy bardziej niż zwykle pomyśleć. Dziś ta możliwość została nam ograniczona do minimum. Dziś ów „drugi obieg” w rzeczywistości nie istnieje, a więc nie istnieje też dostęp do alternatywnej informacji. Wtedy, Wolnej Europy mogła słuchać niemal cała Polska; dziś – czy to media toruńskie, czy blogi – stanowią czystą niszę. Zresztą, prawdę powiedziawszy, media w ogóle stanowią niszę, tyle że System ma szereg innych bardzo skutecznych sposobów docierania do społeczeństwa. Wielokrotnie zresztą o nich na tym blogu wspominaliśmy.
Właśnie – media. Ciekawa sprawa z tymi naszymi mediami. Z wszelkich dostępnych informacji wynika, że zdecydowana większość aktywnego – a więc tego, które nie musi zajmować się wyłącznie walką o przetrwanie – społeczeństwa, poza kolorowymi magazynami i bezpłatnymi dziennikami, gazet praktycznie nie czyta, w radiu słucha wyłącznie muzyki, a jak idzie o telewizję, ogląda tylko pierwszy program TVP. Reszta pije, śpi i trzeźwieje. A zatem, zastanówmy się, w jaki sposób ci właśnie obywatele mieliby zareagować na informacje o dziewięciu zamordowanych górnikach, zwłaszcza w sytuacji, gdy cały System jest gotów użyć wszelkich dostępnych sposobów, by do niech na ten temat docierała maksymalnie chaotyczna informacja, a – jak już powiedzieliśmy – reszta to nisza? A co z tymi, co są bardziej aktywni? Oni akurat swoje wiedzą i nowych wyjaśnień słuchać nie zamierzają. Im nawet już media do zdobywania wiedzy są niepotrzebne. W filmie „Trzy dni Kondora” Robert Redford wie, że choćby System nie wiadomo jak był potężny, od niego potężniejsze są wolne media, a więc kiedy pojawia się zapowiedź – czy może tylko zła wróżba – że to wcale nie jest takie pewne, czy te media są faktycznie takie wolne, ona brzmi tam jak autentyczna apokalipsa. Dlaczego? No właśnie dlatego, że dla Redforda ten „New York Times” to prawdziwa opoka. To coś, czego bramy piekielne nie przemogą. On wie, że to wszystko jest tak ułożone, że tam System się nie przedostanie… i w tym momencie nagle sobie uświadamia, że może to akurat już nie jest takie pewne. Widzimy ten piękny, nowoczesny budynek redakcji, ten przepyszny napis „New York Times”, tę fantastycznie nowoczesną nowojorską ulicę, ten piękny i fantastycznie prosperujący tłum i tego biednego Redforda, nagle uświadamiającego sobie, że jest całkiem możliwe, że on już niedługo zostanie „najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. Przepraszam, czy w tym kontekście ktoś chciałby się mnie jeszcze pytać o Polskę?
Jest w filmie „Trzy dni Kondora” jeszcze jedna wstrząsająca scena. Po tym jak Robert Redford dowiaduje się, że zlecenie na niego zostało cofnięte, razem ze swym niedoszłym zabójcą, wychodzą przed dom, w którym miał zginąć, i sobie, już bez żadnego napięcia, rozmawiają. I wtedy Von Sydow – to on gra tę straszną postać – uśmiecha się łagodnie i mówi, że on właściwie lubi swoją pracę. Tam wszystko jest jasno określone, człowiek wie, co do niego należy, no a poza tym, wyjątkowo komfortowa jest sytuacja, kiedy nie trzeba się opowiadać za żadną ze stron. Właśnie tak. Że nie trzeba się deklarować po żadnej ze stron. A później Von Sydow pyta: „Podrzucić pana?”, na co Redford mówi „Bardzo proszę”. A ja sobie myślę, że gdyby ten film skończył się w tym miejscu, można by to wszystko uznać wręcz za kino familijne. Nie? No, przepraszam, ale faktyczny koniec to, że mam rację, zdecydowanie potwierdza.

Jeśli komuś się ten tekst spodobał, a stać go jeszcze na pewne finansowe fanaberie, bardzo proszę kupować książkę o liściu, lub wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

11 komentarzy:

  1. Od tamtych czasów wiele się zmieniło, dziś można napisać w zasadzie wszystko. Nawet w NYT. I nic.

    OdpowiedzUsuń
  2. @redpill
    Wiadoma sprawa! Właśnie tak. Chciałem nawet jakoś tę kwestię w tym tekście poruszyć, ale względy narracyjne nie pozwoliły. Gdyby ta moja notka była filmem na DVD, ten fragment znalazłby się w scenach odrzuconych.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    Jest mnóstwo filmów i książek typu political fiction, gdzie całe rządy są zbrodnicze, rządzą niezwyciężone tajne służby i bohater, który właśnie posiadł najważniejszą tajemnicę, czuje się osaczony i nie wie co robić. Wie, że go wkrótce dopadną, to tylko kwestia czasu, a on jest bezradny.
    Pozostaje wtedy tylko jeden schemat, jedyne szczęśliwe rozwiązanie - pójść z tym do prasy.
    Sto kopii ważnych, tajnych dokumentów już rozesłanych do gazet i telewizji. Albo inaczej, kopie ukryte w tajnym miejscu z zastrzeżeniem, aby wysłać do NYT, jak coś mi się stanie.

    Ta kalka jest bardzo mocno utrwalona w literaturze i filmie. Chyba mocno się temu przysłużyła afera Watergate, gdzie dwóch żurnalistów zmiotło prezydenta USA.

    Czy coś podobnego jest możliwe w Polsce? Chyba nie. My media mamy w dupie i jedno co się tylko udało, to Michnikowi wsadzić Rywina za kraty.
    Pozatym nic, całkiem nic.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja myślę, że warto odwołać się do klasyków za pomocą:

    http://donpaddington.salon24.pl/348964,toyah-do-rechoczacych-ironicznych-medrcow

    Repetitio est mater studiorum.

    OdpowiedzUsuń
  5. @jazgdyni
    Wydaje się, że dziś są takie czasy, że i w Stanach to już nie działa. Oni spodziewali się, że to pójdzie w tym kierunku, że NYT nie będzie publikował, tymczasem stało się coś znacznie gorszego. NYT publikuje jak najbardziej, tyle że na ludziach to już nie robi wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. @orjan
    Nie bardzo wiem, czy mi wypada, bo tam jest jednak trochę o mnie, ale nie mam wyjścia. To jest tak dobre, że będę musiał ten tekst Księdza tu wkleić. Jeszcze dziś.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Toyah

    Niestety.
    Staczają nas do motłochu - piwo, grill, tefałen!

    OdpowiedzUsuń
  8. @toyah

    Co znaczy: "nie wypada". Każdy, kto tu zagląda przecież wie, jaka jest ocena księdza dla Twojej postawy i wynikającego pisania.

    Zatem, bez niepotrzebnej skromności, proszę. Suknia księdza, z całym należnym jej szacunkiem, nie powinna ograniczać dostępu do wiedzy i mądrości człowieka w nią odzianego.

    Zatem: Alleluja i do przodu!

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah
    Z tą notką w pewnym sensie koresponduje notka, z którą zapoznałem się wczoraj:
    http://cyprianpolak.nowyekran.pl/post/48000,rozbicie-sie-tu154-w-smolensku-jako-fakt-medialny

    Nie wiem czy czytałeś, myślę że w sumie warto.

    OdpowiedzUsuń
  10. @raven59
    Nie gniewaj się, ale nie warto.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Toyah
    Pozwolisz, że jednak będę z Tobą polemizował.

    Zapomnij o tym wokół czego jakiego temat skonstruowana jest tamta notka.
    Nie chodzi przecież o to czy samolot wyleciał czy nie wyleciał, uległ katastrofie na skutek zamachu czy głupoty pilotów czy kontrolerów lotu, pod Smoleńskiem czy Pietrozawodskiem.

    Chodzi o to czy dane wydarzenie jest faktem czy faktem medialnym, jak przytoczona tam wypowiedź Geremka, "że interesuje go wyłącznie fakt prasowy".

    Czy jest coś w NYT czy nie, co zostaje zakodowane z pamięci ludzi? Fakty czy fakty medialne.

    Co zostanie w głowach ludzi ? To co przekaże GW, TVN24 czy coś innego ?

    Czy jest szansa dotarcia do prawdy o danym wydarzeniu czy jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na to co zostanie nam przekazane.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.