środa, 3 września 2008

Ile kosztuje zwariować na punkcie Lecha Wałęsy

Czy trzeba pisać o Lechu Wałęsie i jego reaktywatorach, kiedy jest tyle innych tematów, a problem byłego prezydenta wydaje się być już solidnie wyczerpany? Wydawać by się mogło, że wszelkie kwestie związane z wielkością i z upadkiem pana, jak go niektórzy nazywają, Bolesława, są już tak wyślizgane, że naprawdę głupio jest się po nich poruszać. Fakt jednak pozostaje faktem, że znów, po chwili przerwy, problem wraca. I, jak zwykle, wraca za sprawą ludzi, którzy nie chcą dopuścić do tego, by nazwisko Wałęsa przepadło w bardziej ciemnych czeluściach naszej historii.
Dlaczego, mimo, wydawałoby się sprawy do końca wyjaśnionej i czytelnej nawet ponad miarę, wciąż, to ten, to kto nagle inny, próbuje z uporem maniaka, tworzyć z Wałęsy bohatera? Co ja mówię! Nie bohatera. Pomnika, symbolu i faktyczny sensu dalszego trwania naszego narodu. Powiem szczerze, że nie wiem. Owszem, z każdej strony słyszę najróżniejsze objaśnienia tego dziwnego zjawiska, jednak każde z nich, tak czy inaczej, koncentruje się wokół znanej nam od lat histerii na punkcie tzw. autorytetów. Chodzi o to, że z bardzo niejasnych przyczyn, pewne środowiska, niestety środowiska często najbardziej wpływowe, bardzo potrzebują na każdym etapie naszej historii utrzymywać w publicznej świadomości stała liczbę postaci, które pozostają poza wszelką krytyką. Są to tak zwane właśnie ‘autorytety’. ‘Autorytetem’ zostaje się nie przez naturalne zasługi, czy naturalną wielkość, lecz przez dokooptowanie. ‘Autorytetem’ jednak też przestaje się być, z dnia na dzień, nie przez naturalny indywidualny kryzys, czy intelektualną zapaść, ale przez środowiskowe odwołanie.
W ciągu najnowszej, osiemnastoletniej historii naszego Kraju, mieliśmy wielokrotnie okazję obserwować narodziny i upadki najprzeróżniejszych ‘autorytetów’. Może niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale osoby starsze i bardziej zainteresowane, dokładnie pamiętają, jak w roku 1992, w okresie najbardziej rozbuchanego antyklerykalizmu i w gruncie rzeczy państwowego szczucia na Kościół, był taki moment, kiedy autorytetem przestał być Jana Paweł II. Ci którzy mogą pamiętać i pamiętać chcą, wciąż mają przed oczami te elaboraty choćby Adama Michnika tłumaczące, że Jan Paweł II, tak naprawdę, stracił panowanie nad sobą w cywilizowanym świecie.
Oczywiście dziś nikt z tych, jak to mówią Anglicy ‘manoeuvring swines’, się do tego nie przyzna, albo, nawet jak się przyzna, będzie szukał najbardziej idiotycznych wymówek, ale był okres, kiedy nawet 'Tygodnik Powszechny' do tego stopnia niszczył Jana Pawła II, że został on zmuszony do opublikowania na ten temat listu. Jak kto chce, niech sobie poszuka w Internecie.
Więc, jak mówię, z autorytetami, zarówno autentycznymi, jak i wykreowanymi na potrzeby bieżącej polityki, bywało różnie. Nigdy jednak, walka o utrzymanie publicznej pozycji jednego człowieka, na dodatek człowieka w stopniu absolutnie najwyższym skompromitowanego, nie była aż tak histeryczna, jak to się dzieje w przypadku Lecha Wałęsy. Bywało, że trzeba było ratować Jacka Kuronia. Bywało, że trzeba było reanimować Leszka Balcerowicza. Pamiętamy kampanie medialne mające na celu pucowanie dobrego imienia osób tak nawet obrzydliwych, jak doktor Garlicki. Tego, co przeżywa cała Polska przy okazji wskrzeszania dobrego wizerunku Lecha Wałęsy nie mieliśmy nigdy. A sytuacja jest i bez tego wyjątkowa. Bo o ile zarówno Balcerowicz, Kuroń, czy doktor G. mieli w końcu jakieś zasługi i właściwie nigdy w czasie całej swojej obecności publicznej nie zrobili czegoś takiego, co by ich jakoś szczególnie dyskwalifikowało, to Lech Wałęsa, nie dość, że ciągnie za sobą swój śmierdzący ogon, to na dodatek w każdym swoim publicznym, wystąpieniu udowadnia, że wszystkie – dosłownie wszystkie – do niego pretensje są i tak bardzo stonowane.
Niedawno, tu w Salonie, pisałem o tym, jak Lech Wałęsa wykończył psychicznie Monikę Olejnik w trakcie jej pierwszego po wakacjach programu ‘Kropka nad i’. I w tym, co pisałem, nie było cienia przesady. Wałęsa, gadając przez 25 minut w TVN-ie, robił z siebie tak niewyobrażalnego głupka, że Monika Olejnik niemal się nie zadławiła ze strachu, co to się dzieje. A to przecież nie stanowiło jakiegoś wyjątku. Lech Wałęsa autentycznie taki jest i naprawdę trudno jest uwierzyć, że ktoś tego nie widzi. Czy zawsze był taki? Na ten temat opinie są rozbieżne. Ja przyznaję ze wstydem, że kiedyś byłem przekonany, że jakkolwiek Wałęsa byłby głupi i prymitywny, to jednocześnie bardzo mocno wierzyłem w to, że przez swoją pozycję i determinację i swój patriotyzm, przy pomocy ludzi mądrych i równie jak on zdeterminowanych, poprowadzi Polskę do wielkości. Kiedy od samego początku swojej prezydentury, jedyne co Wałęsa udowadniał to to, że moje nadzieje z nim związane były nieprawdopodobną naiwnością, uznałem, że się pomyliłem i zacząłem na niego patrzeć już bez tych wszystkich, jakoby ‘ukrytych’, elementów.
Wałęsę wielu ludzi, obecnych w polskiej polityce na początku lat dziewięćdziesiątych, szczerze nienawidziło. Paradoksalnie, oni go nienawidzili dokładnie z tego samego powodu, dla którego i ja i wielu innych ludzi, Wałęsę kochaliśmy. Ci wszyscy politycy, komentatorzy i wielu obywateli nienawidziło Wałęsy, ponieważ byli szczerze przekonani, że Wałęsa, w momencie jak zostanie prezydentem, weźmie za pysk całą komunę i zrobi im, jak to zupełnie gdzie indziej pięknie określił pewien człowiek nazwiskiem Mr Wallace, ‘jesień średniowiecza’.
Był wśród nich, jeden z dzisiejszych promotorów reaktywowania tego trupa, Jarosław Kurski. W swojej książce „Wódz’, wydanej w roku 1991, opisując swój konflikt z Wałęsą i swoje od Wałęsy odejście, pisał:
„Postanowiłem się zwolnić. Nie do przyjęcia stawał się fakt, że przez opinię publiczną postrzegany jestem, jako jedna z najbliższych osób Lecha, odpowiedzialna w dużej mierze za to, co Lech mówi i robi. Nie mogłem już więcej wykrzesać z siebie wiary w Lecha Wałęsę”.
Dlaczego Jarosław Kurski tak fatalnie się poczuł w związku z osobą Wałęsy? Cała książka jest o tym, ale przytoczę jeden fragment, który bardzo precyzyjnie może nam pomóc zrozumieć emocje Kurskiego:
„Szczególnie przygnębiające wrażenie zrobiło na mnie spotkanie Wałęsy z prezydentem Niemiec, Richardem Von Weizsackerem. Trwało około czterdziestu minut. Przez pierwsze pięć, prezydent wykazywał zainteresowanie monologiem Lecha. Potem zobojętnienie. Zaczął rozglądać się po gabinecie. Końcówka była wyraźnym lekceważeniem Wałęsy. Lech przez cały czas podsuwał się do prezydenta, zsuwając się na brzeg swojego fotela. Weizsacker przebierał palcami wyciągniętej na kanapie ręki. Patrzył w sufit. Lech tokował”.
Więc był czas, kiedy wielu Wałęsie wierzyło, ale też wielu nim gardziło. Ja pamiętam tę pogardę.
Stałem w roku 1990 na katowickim rynku i w imieniu Komitetu Wyborczego Lecha Wałęsy rozdawałem wyborcze materiały, kiedy nagle dostrzegła mnie moja koleżanka z liceum, stanęła jak wryta i wystękała tylko: „Tego się po tobie nie spodziewałam”.
Pamiętam też, jak pojechaliśmy na wakacje i kuzynka żony zapytała, na kogo głosowałem. Kiedy jej powiedziałem, że na Wałęsę, myślała, że żartuję i nie było sposobu, żeby przyjęła do wiadomości, że mówię serio. Co się stało, że zmieniłem zdanie? Pisałem o tym wielokrotnie. Dlaczego jednak zdanie zmienił Jarosław Kurski na przykład? No właśnie tego do końca nie wiem. Nie sądzę jednak, wbrew sugestiom wielu komentatorów – dziś choćby Piotra Semki w Rzeczpospolitej – że to jest tradycyjne wykuwanie pomnika dla celów symbolicznych i propagandowych. Że Wałęsa jest teraz po naszej stronie, więc zasłużył na dobre słowa. Podobnie jak Chrzanowski, który, ponieważ nie jest po naszej stronie, na dobre słowa nie zasłużył. Może Chrzanowski, może, wspomniany już wcześniej Kuroń, albo parę miesięcy temu Geremek. Ale Wałęsa? Przecież to nie jest gra warta świeczki.
Semka jednak, pod sam koniec swojej analizy, parafrazuje Orwella: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”. I ja osobiście uważam, że to jest jednak bardzo dobry trop. Wypadałoby jednak powiedzieć, o jaką to przeszłość chodzi. Czy to chodzi o Solidarność, czy może o Okrągły stół, czy w ogóle o pierwsze lata po odzyskaniu demokracji? Czy to może chodzi o chronienie agentów, czy może o prostą walkę z Kaczyńskimi, których Wałęsa nie lubi? A może Jarosław Kurski i jego koledzy boją się, że jak poleci Wałęsa, to poleci Wachowski, a jak Wachowski, to polecą i oni? Jak mówię, trop wydaje mi się dobry. Jednak, jeśli tu chodzi o pamięć, to musi to być pamięć nie symboliczna, ale pamięć warta ciężkie miliardy.
Sięgam więc do słynnej książki Jacka Kurskiego i Piotra Semki Lewy Czerwcowy. W środku jest wywiad z Adamem Glapińskim. Glapiński opowiada, jak to od roku 1989 grupa osób związanych z jednej strony z komunistyczną nomenklaturą i agenturą, a z drugiej strony z nowymi instytucjami finansowymi, przy pomocy urzędników z wszystkich szczebli nowej, solidarnościowej władzy okradała Polskę na skalę dotychczas nieznaną. Chętnie bym zacytował coś z tej rozmowy, ale słowo daję, że nie widzę sposobu, żeby znaleźć fragment, od którego nie da się natychmiast znaleźć coś bardziej interesującego. Kto chce, niech sobie zajrzy. Myślę sobie więc, że jeśli to, co mówi Glapiński to choćby tylko troszkę prawdy, pojawienie się Lecha Wałęsy w Belwederze musiało stanowić widok tak przerażający, jak nadejście śmierci z kosą, na dodatek kosą bardzo stępioną i powyginaną. Jeśli choć 5% tego, co mówi Glapiński to prawda, to ja sobie wyobrażam tę panikę, jaka się pojawiła w całej komunistycznej agenturze od najniższego do najwyższego piętra tej struktury. Jeśli Wałęsie udało się przekonać 40% głosujących na niego w pierwszej turze wyborców, że on te czerwone pająki powybija, to nie widzę powodu, dla którego same pająki miały sobie myśleć, że to tylko strachy na lachy. Ale też mogę sobie przypuszczać, że kiedy oni wszyscy już wkrótce się przekonali, że to faktycznie jest nasz Lesiu i kiedy osobiście o tym zapewnił ich Mietek, a duchową opiekę zapewnił ich ksiądz Cybula, to musieli poczuć taką ulgę, że trzyma ich ona do dziś. Wałęsa dał im gwarancję nietykalności, a oni mu obiecali, że mogą go za to nawet polubić. No i teraz, jak się zdaje, może się okazać, że dzięki IPN-owi i jego pracy na rzecz odkrywania zakamarków naszej historii, może też się ukazać część z tych wszystkich złodziejstw, oszustw, a może i zabójstw, które dzięki tak serdecznej umowie między Lechem Wałęsą, a gangami, miały pozostać niejawne. To by wyjaśniało to, co jedni nazywają histerią, inni szaleństwem, a jeszcze inni sentymentem do dawnej solidarnościowej Polski. Bo można oczywiście kochać. Można z tej miłości zwariować. No ale nie aż tak i nie zupełnie za darmo. Powiedzmy za kilkaset miliardów dolarów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz