niedziela, 14 września 2008

Na lodach z Leonciem, czyli miłość w czasach pop-kultury

Od zeszłego tygodnia, Dziennik, usiłując desperacko utrzymać równowagę i się nie przewrócić, swoje weekendowe wydanie ubarwia czymś, co się nazywa Magazyn i co ma chyba za zadanie uatrakcyjnić ofertę gazety. Nie wykluczam, że skutecznie, ponieważ wczoraj, na przykład, widząc, że w rzeczonym Magazynie, oprócz wywiadu Mazurka z Bogdanem Porębą, dużego artykułu o tryumfalnym powrocie Mickey’ego Rourke, krytycznego artykułu o polskim kinie historycznym, wywiadu Michała Karnowskiego (a więc może i bardziej inspirującego, niż to jest na ogół) z Jerzym Owsiakiem, ja osobiście Dziennik kupiłem.
Oczywiście wszystkie teksty, które mnie zainteresowały, mogły stanowić zbyt małą pokusę dla całej rzeszy potencjalnych czytelników Dziennika, by gwarantować sukces komercyjny. Prawdopodobnie więc z tego względu, wśród tych wszystkich tematów, niechybnie zaakceptowanych intelektualnie przez samego Cezarego Michalskiego, znalazł się jeden rodzynek szczególny, mianowicie tekst zatytułowany: „Operacja ‘Słonecznik’, czyli życie seksualne tajnych agentów”. To akurat musiało być już zagranie na poziomie samego szefostwa Dziennika w Bonn, Monachium, czy gdzie tam znajduje się centrum decyzyjne Springera.
Wbrew pozorom tekst, o którym piszę, nie traktuje o życiu seksualnym tajnych agentów. Tytuł artykułu ma jedynie zachęcić do kupna Dziennika i ewentualnie zasugerowania po raz kolejny czytelnikom gazety takiej oto możliwości, że teza redaktorów śledczych Reszki i Majewskiego sprzed niemal roku o tym, że po CBA nie ma co płakać, miała jednak swoje głębokie uzasadnienie.
Artykuł stanowi zapis wybranych fragmentów zeznań byłej posłanki Platformy Obywatelskiej Beaty Sawickiej, oskarżonej, jak wiemy, o ciężką korupcję. Nie chodzi więc ani o życie seksualne agentów, tylko o życie seksualne jednego agenta i jednej posłanki, na dodatek nie w relacji Dziennika, lecz w zeznaniach osoby oskarżonej o poważne bardzo przestępstwo.
Jeśli weźmiemy pod uwagę osobiste walory intelektualne pani Sawickiej, jej i jej obrońców osobiste interesy, oraz rynkowe interesy Dziennika i te wszystkie trzy elementy złożymy do kupy, możemy bez czytania domyśleć się zawartości artykułu o „operacji ‘Słonecznik’”. To nie może być nic innego, jak tylko coś takiego, co kiedyś było określane mianem ‘Harlekin’, albo ‘brazylijska opera mydlana’.
Opowiada więc pani Beata Sawicka śledczym swoje erotyczne przygody, a redaktor Leszek Kraskowski przytacza jej słowa, które najpewniej Dziennik, jak to się pięknie mówi, „uzyskał” odpowiednio wcześniej. Oto treść i styl relacji Dziennika:
„Kiedy staliśmy przy oknie, obserwując wschód słońca, Tomasz wielokrotnie muskał mnie swoją twarzą po włosach, twarzy, wymieniliśmy kilka pocałunków (przerwa, żeby zdanie mogła zanotować stenotypistka)”.
„Choć wiem, że wystarczyłby gest z mojej strony, by skonsumować tę wielomiesięczną znajomość w tak sprzyjających okolicznościach i stworzonej przez niego atmosferze (znów przerwa)”.
„Kiedyś podczas tańca, zaczął całować mnie w szyje, usta, włosy. Zawsze podkreślał, że bardzo lubi, kiedy są kręcone”.
„Obwieszony był złotą biżuterią, bransoletka i łańcuch na szyi, pachniał drogimi wodami. Kiedy czekał na mnie pod Sejmem, rozpinał kilka guzików koszuli. Rozmawialiśmy o zapachu naszych ciał”.
„Początkowo czesał włosy do tyłu, włosy wyżelowane, były to loki”.
I tak to dokładnie leci przez cały tekst Dziennika o „życiu seksualnym agentów”.
Oczywiście, ten ktoś, podpisujący się nazwiskiem Leszek Kraskowski, uczciwie zaznacza, ze to tylko słowa osoby oskarżonej o korupcję i że prokuratura na przykład twierdzi, że to wszystko to typowa paplanina obrony, nie zmienia to jednak faktu, że cały sens artykułu Dziennika sprowadza się do tematu seksu wśród agentów.
Co możemy wobec tego zrobić my, czytelnicy i obserwatorzy wszystkiego, co się wokół tej sprawy od roku wyprawia? Otóż, wbrew pozorom, możemy bardzo dużo. Na przykład możemy myśleć. Myślmy więc.
Z jednej strony mamy podejrzaną o korupcję posłankę, a z drugiej agenta, który, w ramach prowokacji służb, próbuje podejrzaną osobę, że tak powiem, odstrzelić. To jest fakt. Reszta to już same zagadki. Dziś w programie TVN-u Kawa na ławę, Stefan Niesiołowski zadał bardzo czujne pytanie, dlaczego CBA na Sawicką nie nasłała agenta grubego i łysego. Na to są trzy możliwe odpowiedzi: albo CBA grubego i łysego nie posiada, albo posiada, tylko padło na Tomka, ewentualnie na Sawicką można było tylko wysłać taką karykaturę, jak ten Tomek. Ja osobiście przychylam się do sugestia marszałka Niesiołowskiego, że na Sawicką wysłano Tomka, bo wiedzieli, że Sawicka to typ, któremu ktoś taki, jak Tomek się spodoba.
Wczoraj rozmawiałem o sprawie z panią Toyahową i ona powiedziała, że gdyby ona miała możliwości i ochotę dać się skorumpować na poziomie szpitali i służby zdrowia w ogóle i przyjechałby do niej z ofertą czarnym mercedesem jakiś obwieszony łańcuchami południowiec i zaczął jej opowiadać o tym, jak to pani Toyahowa go podnieca w wąskich spódnicach, to ona by uznała, że to jest stuprocentowa prowokacja i by tego Leoncia po prostu wyrzuciła za drzwi.
Natomiast, gdyby, jak mówi, podesłali jej jakiegoś nieprzytomnego intelektualistę z petem w ustach, o urodzie Ryszarda Bugaja, który by cały czas gadał o książkach i życiu, i jeszcze na dodatek ze skupieniem wsłuchiwał się w jej każde słowo i z każdym tym jej słowem popadał w coraz większe roztargnienie, to ona by mu sprzedała wszystkie szpitale, jakie by miała w zasięgu swoich możliwości.
I ja oczywiście tę argumentację rozumiem. Nawet nie dlatego, że mam wszelkie powody być zazdrosny o Ryszarda Bugaja, ale sam doskonale wiem, że gdybym to ja chciał ‘kręcić lody’ ze szpitalami i któregoś dnia przyszła do mnie jakaś kobieta o urodzie Sharon Stone, zaczęła się o mnie ocierać i tłumaczyć, że moje loki na nią działają podniecająco i, czy nie mógłbym założyć obcisłych spodni, bo ona tak woli, to ja bym zmiatał gdzie pieprz rośnie.
Tak więc ten akurat fragment opowieści Beaty Sawickiej świadczy oczywiście o jej nieprawdopodobnie wyjątkowych talentach intelektualnych, ale przede wszystkim o bardzo dużej profesjonalności psychologów i agentów pracujących dla Mariusza Kamińskiego. I tylko o tym.
Pozostaje jeszcze kwestia, na ile jest możliwe, że ten niby Tomek, albo faktycznie się zakochał w Sawickiej, albo istotnie uznał, że trzeba Sawicką polizać po uszku i podmuchać w jej loczki, żeby ona – absolutnie oczywiście wbrew sobie – zaproponowała mu sprzedaż iluś tam szpitali. Na ile jest prawdopodobne to, że Sawicka, taka sobie skromna nauczycielka, jeśli sex bomba, to być może kiedyś i też tylko bardzo lokalnie, żyjąca na peryferiach życia politycznego gdzieś w Zielonej Górze, czy innego skromnego miasteczka, której ani w głowie jakieś wielkomiejskie korupcje, nagle na swej drodze napotyka mężczyznę swoich najbardziej skrytych marzeń, który od pierwszego widoku jej pięknych nóżek i zgrabnych usteczek zupełnie traci rozum i już dalej jedyne co potrafi, to „przyciskać ją dość mocno do siebie” i prosić, żeby mu sprzedała szpital.
Więc, to akurat jest możliwe tylko pod trzema równocześnie spełionymi warunkami:. CBA po pierwsze musiałoby mieć bardzo wielką ochotę skorumpować kogoś z Platformy, po drugie musiałoby się okazać, że ponieważ w Platformie nie ma osób nieuczciwych, musieli trafić kogoś zwyczajnie uczciwego, a – po trzecie – ponieważ nie każdy zwyczajnie uczciwy jest tak głupi, żeby się dać skorumpować tylko dlatego, że ktoś ma jakieś wobec niego zamiary, musieli znaleźć kogoś głupiego w sposób tak absolutnie wyjątkowy, że z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że takich głuptasów po prostu nie ma.
Wynika z tego, moim zdaniem niezbicie, że cala historia opisana przez Dziennik tak, jak to opowiedziała śledczym Beata Sawicka ,jest funta kłaków warta.
Ktoś jednak teraz może mi powiedzieć: „A po jasną cholerę o tym piszesz? Przecież każdy normalnie myślący człowiek wie, że to wszystko jest głupstwo nie warte splunięcia?” I miałby ten ktoś rację, gdyby sprawa zeznań Beaty Sawickiej i sprawa rachunków u Axela Springera była początkiem i końcem tej mojej dzisiejszej refleksji. Tak jednak nie jest. Tak naprawdę chodzi o rzecz daleko bardziej poważną.
Dziennik, publikując opowieści Beaty Sawickiej i jej obrony, jak już wspomniałem, uczciwie zaznacza, że istnieje jeszcze druga wersja tej całej historii. Taka mianowicie, że tam nie ma mowy o żadnej Historia de Amor, ale mowa jest jedynie o – owszem głupiej – ale przede wszystkim pazernej i wpływowej kobiecie, która w imieniu swojej partii kręciła tak zwanego loda.
I gdyby na tym się zamknął artykuł we wczorajszym magazynie Dzennika, pisałbym dziś pewnie o czymś innym. Artykuł ten jednak tak się nie kończy. Na końcu jest zdanie szczególne:
„Bez względu na to, czy wersja Sawickiej o gorącym romansie z agentem jest prawdziwa, czy jest mistyfikacją, z akt sprawy wynika czarno na białym: posłankę PO z funkcjonariuszem CBA łączyło coś więcej niż przyjaźń.”
Wcześniej Dziennik podaje trzy informacje: 1) CBA uwiodło Sawicką nasyłając na nią wyżelowanego Leoncia w mercedesie; 2) „nie znamy jeszcze pełnej wersji CBA, jest w tajnych aktach śledztwa”; 3) „prokuratura uznała, że romansu nie było”.
A kończy swój raport informacją, że bez względu na to, czy romans był, czy go nie było, to i tak jest oczywiste, że był.
I oto właśnie chodzi. Oto jest rzeczywistość społeczna, polityczna i medialna, w której przyszło nam żyć. Jest to rzeczywistość, z którą mamy do czynienia na co dzień od lat. Rzeczywistość, która determinuje dokładnie wszystko, co nas otacza. Rzeczywistość, którą można skutecznie wyrazić tym jednym zdaniem: „Może jest tak, jak mówisz; może to ja się mylę, może jest zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Nie zmienia to faktu, że racja jest po naszej stronie.”
No to mamy problem. Tyle że to już jest zupełnie inna historia.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.