sobota, 30 sierpnia 2008

Przepraszam bardzo raz jeszcze, czy znów ktoś powiedział do mnie 'hanys'?

Któregoś lata, w czasie przemyskich wakacji, poszedłem z moją żoną do miejscowej restauracji sobie pojeść. W pewnym momencie, przysiedli się do nas dwaj lokalni pijaczkowie, więc siedzieliśmy we czwórkę i miło sobie gawędziliśmy. Kiedy zeszło na tematy bardziej szczegółowe, jeden z naszych nowych znajomych zapytał, skąd jesteśmy. Powiedzieliśmy, że z Katowic, na co dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ‘hanysy’. Powiedziałem, że to jest dokładnie tak samo, jak bym ja powiedział, że oni są Ukraińcami i kiedy wydawało się, że śmierć nadeszła, kolega eksperta od nacjonalizmów uspokoił sytuację pięknym, śpiewnym zdaniem: „Daj spokój, frajer ma rację”.
Muszę od razu zaznaczyć, że jestem bardzo słaby w rozprawianiu na tematy narodowe. Cała moja mądrość zaczyna się i kończy na tym, że jestem Polakiem i bardzo mi z tym dobrze. Mam do Polski przeogromny sentyment i jak słyszę, że ktoś lubi Polskę i Polaków, czuję satysfakcję. Mam bardzo bliskiego kolegę, który urodził się, wychował i wykształcił w Anglii, a w pewnym momencie swojego życia przeniósł się z rodziną do Polski i powtarza, że dzień, w którym podjął tę decyzję, to bardzo dobry dzień w jego życiu. Ile razy o tym myślę, to się wzruszam. Więc taki ten mój nacjonalizm. Kiedy chodzę ulicami Katowic, nie zastanawiam się, kto z ludzi, których mijam jest Ślązakiem, kto przyjechał tu spoza Śląska, kto się tu urodził, a kto tu wychował dzieci.
Czytam dziś w Rzeczpospolitej najpierw komentarz pana Igora Janke i jego apel do Ślązaków, a następnie artykuł, który sprowokował pana Igora do działania. O co chodzi? Okazuje się mianowicie, że gdzieś tu na moim Śląsku, może w Katowicach, a może gdzieś dalej, w Opolu, czy w Gogolinie, mieszka człowiek nazwiskiem Roczniok. Kto to jest ten Roczniok. Jest to człowiek, który szefuje związkowi grupującemu ludzi, którzy chcą – zdaje się – oderwania Śląska od Polski. Ja wiedziałem już wcześniej, że coś takiego jest, ale jakoś sobie tę wiedzę zlekceważyłem i w sumie dalej chodziłem po ulicach mojego ukochanego miasta, jak gdyby obywatel Roczniok był tylko żartem.
Szczerze powiedziawszy, sądziłem raczej, że kierownikiem w tej chorej firmie o nazwie Związek Ludności Narodowości Śląskiej jest Kazimierz Kutz, albo może taki jeden Michał Smolorz, który chyba też coś tam w tych sprawach ma do powiedzenia, no a tu się okazało, że oni są tylko mózgiem tego przedsięwzięcia, a Roczniok jest tylko u nich na pensji. Tak czy inaczej, ostatni raz, kiedy myślałem o Kutzu – a raczej o tym dziwnym kółku – to było przy okazji uznania przez nasz rząd niepodległości Kosowa. Byłem bardzo przeciwko tej decyzji i kiedy moje dzieci pytały mnie, dlaczego, powiedziałem, że jestem tak samo przeciwko tworzeniu z Kosowa nowego państwa, jak byłbym przeciw odłączeniu od Polski Śląska, czy Kaszub.
Argumentowałem, że tak jak jest, jest zupełnie nienajgorzej, natomiast łatwo sobie wyobrazić, jak by się zmieniło nasze życie, gdyby nagle okazało się, że nie mieszkamy już w Polsce, tylko w jakiejś nowej demokracji o nazwie Śląsk. Mówiłem im, że na sto procent, mimo całego gadania o tym, jak nowe śląskie władze szanowałyby nie-śląskich mieszkańców tego rejonu, mimo wszystkich zapewnień o tym, że każdy, kto nie chce mówić po śląsku i nie ma śląskiej historii miałby dokładnie te same prawa, co reszta obywateli, odczulibyśmy zmianę natychmiast. A to by było bardzo źle. I nie byłoby tak, że przynajmniej uciemiężeni dotychczas rdzeni Ślązacy odetchnęliby wolnością. Ich sytuacja poprawiłaby się tylko o tyle, że poczuliby się wreszcie kimś znacznie lepszym od reszty mieszkańców Śląska. Natomiast my – ludzie nie mówiący po śląsku – dostalibyśmy po prostu po głowach.
I myślałem sobie o ludziach, którzy mieszkając w Kosowie, poczują się już niedługo obcy. O ludziach, dla których ta wolność nie będzie żadną wolnością, a jedynie początkiem życia w charakterze osób drugiej i trzeciej kategorii.
Tyle sobie myślałem wówczas, kiedy wolny świat uznawał Kosowo, jako nowe, niezależne państwo. Dziś wiem jeszcze więcej i jeszcze więcej sobie mogę wyobrażać. Wiem na przykład, jak to się stało, że dwie gruzińskie prowincje zostały faktycznie odłączone od Gruzji i wpadły pod rosyjski but. Procedura była taka, jak to na ogół w tych wypadkach bywa. Pojawiła się grupa lokalnych patriotów, którzy – wszystko jedno z jakich przyczyn – zapragnęli niepodległości dla swojego... no właśnie, czego? Miasta, wioski, dzielnicy, okolicy? Nieważne. Zapragnęli i wyrazili tę gotowość oficjalnie. W tej sytuacji, wszystko poszło już szybko. Pojawił się ktoś, kto im tę niepodległość dał. I teraz jest tak, że jedni się cieszą, a inni – niestety znacznie większa grupa – w najlepszym wypadku mają to wszystko w nosie, a jeszcze inni – w tym cały cywilizowany świat – po prostu mają kłopot.
Kto się cieszy? Na pewno cieszy się Putin i jego agenci w Gruzji. Cieszy się podobno Łukaszenka. Możliwe że cieszy się Andrzej Lepper. Chyba cieszy się poseł Wenderlich i posłanka Szymanek-Deresz. No i jak się właśnie okazało – cieszy się obywatel Roczniok. Roczniok jest szczęśliwy, bo, jak twierdzi, dzięki szybkiej i zdecydowanej akcji Rosji, nie doszło w Gruzji do rozlewu krwi, no a przede wszystkim dlatego, że zwyciężają aspiracje wolnościowe.
A ja się zastanawiam, co Roczniok kombinuje. Czy to możliwe, że on sobie wyobraża, że można doprowadzić do podobnego rozwoju wypadków, jak w Gruzji? Razem z Kutzem i jeszcze paroma wariatami zaczną codziennie podnosić rejwach, że dzieje im się krzywda, że Polacy mają w stosunku do niech jakieś bardzo niedobre zamiary, że oni się czują osaczeni i prześladowani, aż ktoś w końcu któregoś dnia spotka Rocznioka i nakładzie mu po pysku i wtedy się zacznie. W Gazecie Wyborczej wystąpi Kazimierz Kutz i ogłosi, że na Śląsku dochodzi do pogromów i że trzeba coś z tym zrobić. No i będziemy czekać na rozwój wypadków.
Czy to możliwe, że Roczniok tak sobie to wszystko zaplanował? No ale no kogo on liczy? Na Niemców? Że Erika Steinbach zadzwoni do Kanclerz Merkel i powie jej, że trzeba pomóc prześladowanej mniejszości na Śląsku? I że już niedługo będzie mógł Roczniok z satysfakcją ogłosić, że na Śląsku „tylko dzięki szybkiej akcji wojsk niemieckich nie doszło do ponownych czystek etnicznych, a awanturnictwo Polski zostało powstrzymane?” No nie. Ten człowiek jest chory. Ale chyba jednak nie tak chory, żeby wyobrażać sobie, że Niemcy zachorują razem z nim. A mimo to, na coś liczy. Więc może on nie liczy na Niemców, tylko na kogoś innego? Ciekawe tylko na kogo? Wydaje mi się, że od odpowiedzi na to pytanie dużo zależy. Bo dzięki odpowiedzi na to właśnie pytanie będziemy wiedzieć, czy Roczniok, kiedy zajmuje się tym, czym się zajmuje, to się tak tylko zabawia, jak te dzieci, co biegają po podwórku z pistoletami-zabawkami i robią: „eeeeeeeeeeeeeeeeeee”? Czy może on jest troszkę bardziej poważny. A to troszkę może robić dużą różnicę.
Może byłoby dobrze, żebyś ktoś kompetentny przyszedł jednak do Rocznioka i się go spytał, czy on tak naprawdę, czy dla tak zwanego na Śląsku ‘jaja’. Może byłoby lepiej, żeby Roczniokiem nie zajmował się ani Igor Janke, ani ja, tylko powiedzmy Urząd Ochrony Państwa, który przecież powinien powinien słuchać, co w trawie piszczy.
Na koniec, jeśli już mam pozostać przy samym Igorze Janke, to mam też i do Pana, Panie Redaktorze, parę słów. Nie wiem, czy Pan kiedykolwiek był na Śłąsku. To bardzo ładne miejsce. Mieszkają tu zwykli, często bardzo mili ludzie. Tak na marginesie, uważam, że w swojej większości znacznie milsi, niż ludzie w Warszawie. Kiedy piszę ten tekst, jest przepiękny wieczór; obok w restauracji odbywa się wesele. Akurat nie śląskie wesele. Zwykłe polskie wesele. Za oknem jeżdżą samochody, słychać przechodzących ludzi. Jest piękny, sierpniowy wieczór.
Nie musi Pan w ogóle apelować, Panie Igorze, do ludzi na Śląsku w sprawie Rocznioka. Ani do tych, którzy mówią po śląsku, ani do tych, którzy mówią normalnie po polsku, ani do tych, którzy zaciągają z lwowska, ani nawet do tych, którzy z jakiegoś powodu wciąż czują się lepiej, kiedy między sobą mówią po niemiecku. A jak Pan już do nas mówi, to też nie musi Pan używać śląskiej gwary, bo raz, że tą gwarą wcale się tu aż tak gęsto nie posługujemy, dwa, że ci, którzy rozmawiają nią na co dzień, potrafią też bardzo ładnie mówić po polsku i tak też często mówią, a trzy, że nawet ci, którzy najszczęśliwsi są kiedy mówią po śląsku i ten język kochają i oniego dbają, Rocznioka, jego towarzystwo i jego zarówno fobie, jak i autentyczne plany mają – tym razem, korzystając z zalecenia administracji Salonu, nie użyję brzydkiego słowa – mają w dużej pogardzie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.