poniedziałek, 15 września 2008

Post-dziennikarstwo we wspaniałym świecie post-polityki

W weekendowej Rzepie pani redaktor Joanna Lichocka rozmawia z Małgorzatą Bochenek z Kancelarii Prezydenta i, jak najbardziej słusznie, bierze na siebie rolę adwokata diabła. Kim jest pani red. Lichocka? To wiemy świetnie. Jest wybitną dziennikarką polityczną. Kim jest zatem diabeł? Odpowiedź jest tylko pozornie paradoksalna – diabłem też akurat są dziennikarze.
Red. Lichocka rozmawia z Małgorzatą Bochenek i właściwie od początku do końca wywiadu, zajmuje się wyjaśnianiem wszystkich tak zwanych faktów medialnych, którymi byliśmy przez ostatnie lata karmieni, jeśli idzie o panią Bochenek, o osoby z nią współpracujące przy obsłudze Prezydenta i jeśli idzie o samego Pana Prezydenta.
Pani redaktor Lichocka zadaje pytanie, pani Bochenek odpowiada, że sugestia zawarta w pytaniu jest wynikiem kłamstw i plotek, red. Lichocka prosi o wyjaśnienie kolejnej kwestii, która „jest powszechnie dyskutowana”, pani Bochenek tłumaczy, że powszechność wspomnianej dyskusji jest efektem kłamstw i plotek… i tak toczy się ta rozmowa.
Gdybym nie mieszkał w Polsce i nie obserwował od lat tego, co się dzieje na naszej scenie politycznej i jednocześnie nie śledził roli, jaką na tym naszym politycznym krajobrazie pełnią dziennikarze, uznałbym pewnie, że pani minister Bochenek po prostu kręci i się plącze, a biedna pani redaktor męczy się z bezczelnym kłamstwem.
Ja jednak nie spadłem na tę piękną ziemię z K-Paxa i znam realia. Wiem zatem, że to z czym mamy do czynienia to nie pozory absurdu. To prawdziwy i czysty absurd. Red. Lichocka, jako osoba inteligentna i doświadczona, doskonale zdaje sobie sprawę, że wszystkie zaczepki, które ona kieruje pod adresem pani Bochenek, to plotki rozpuszczane dzień w dzień przez jej kolegów dziennikarzy, albo ze złej woli, albo z nieustannej potrzeby tworzenia newsów.
Z kolei minister Bochenek, jeśli na każdy zarzut odpowiada, że to nieprawda, to też tylko pozornie zachowuje się, jak zwykły, zakłamany polityk. Ona tkwi po same uszy w fikcji, którą dla niej, dla Prezydenta i dla całego społeczeństwa zgotowały media, być może właśnie trochę w nadziei, że uda się najpierw stworzyć piramidę kłamstwa, a potem pokazywać palcem na ofiary tego kłamstwa i krzyczeć: „Patrzcie, jak się wykręcają!”
Od kilku dobrych lat, każdy w miarę uważny obserwator sceny politycznej i pożeracz oferty medialnej wie, że takiej ilości wiadomości niesprawdzonych, wymyślonych, zakłamanych, wręcz manipulowanych, z jakimi mamy do czynienia obecnie, w całej historii dziennikarstwa dotychczas po prostu nie było. Liczba informacji zaczynających się od słów: „według niepotwierdzonych informacji”, albo „jak się dowiadują nasi dziennikarze”, albo „jak się dowiadujemy z anonimowego źródła”; tych wszystkich „podobno”, „jak się zdaje”, „jest bardzo prawdopodobne”, jest tak wielka, że tak naprawdę praca dziennikarza już dawno przestała w Polsce polegać na informowaniu, natomiast stała się wyłącznie spekulowaniem i tworzeniem plotkarskiej fikcji, której kształt już wyłącznie zależy od osobistych politycznych sympatii i politycznych dmuchnięć.
Dziennikarstwo informacyjne od lat nie istnieje. I nie jest to opinia, lecz fakt. Nawet jeśli w telewizji słyszymy, czy czytamy w gazecie, że ktoś umarł, czy gdzieś kogoś zabili, czy, że policja kogoś złapała – informacje na pozór jak najdalsze od sfery spekulacji – to też może się bardzo łatwo okazać, że wcale nikt nie umarł, tylko jest ranny, nikogo nie zabili, tylko ktoś wypadł po pijanemu z pociągu, a policja wcale nikogo nie złapała, tylko dopiero szuka.
A to, wydawałoby się, to czyste fakty. Co się dopiero dzieje na poziomie ocen, czy przypuszczeń! Tam, każdy już może absolutnie robić, na co ma ochotę. Jeśli dziennikarz dotrze do informatora, który mu w ścisłej konfidencji powie, że Pani Prezydentowa codziennie z rana leje Prezydenta papciem po głowie, a córka Prezydenta ze swoim mężem ubowcem wyjechali na zawsze z kraju, a wicepremier Pawlak ma podobno wystąpić w Tańcu z Gwiazdami z młodą Kwaśniewską, która, jak słychać na mieście, jest w ciąży z Przemysławem Gosiewskim, a od jutra dolar ma kosztować 3,50, bo Skrzypek ma wylecieć na pysk, to znaczy tylko tyle, że może tak, a może nie i jedyne, co jest pewne to to, że za tydzień kolejna kulminacja w totolotku.
Dlaczego tak się dzieje? Z bardzo prostej przyczyny. Skoro skończyli się prawdziwi dziennikarze, skończyło się też prawdziwe dziennikarstwo. Odeszło pokolenie prawdziwych dziennikarzy, którzy nawet jeśli w swojej przygniatającej większości byli komunistycznymi agentami, to przynajmniej jakoś tam znali swój fach. Na ich miejsce weszli wprawdzie już nie komunistyczni agenci, ale agenci innych, nowych, służb, tyle, że młodsi i kompletnie przypadkowi.
No, bo w czym lepsi od Daniela Passenta, Krzysztofa Toeplitza, czy Jerzego Urbana są Eliza Michalik, Wojciech Mazowiecki, Mariusz Ziomecki, czy – że sięgnę na pólkę wyżej – Marek Beylin, Mikołaj Lizut, czy Dominika Wielowiejska? W niczym. Wręcz przeciwnie – są dużo gorsi, a co gorsza, o wiele głupsi.
Przesadzam? U nas w Salonie, w czerwonym kąciku, operuje „dziennikarz od siedemnastu lat w Sejmie”, Jan Osiecki, który popełnia nieustanne błędy ortograficzne, a jak mu się zwróci uwagę, to mówi, żeby się odczepić, bo jest dyslektykiem.
Dziennikarz, który tworzy zdania typu:, „Choć przywilejem polityków jest możliwość podpuszczania media. Ale dziennikarze powinni uważać.” I nie uważa, że to w ogóle jest jakiś problem. Ja bardzo przepraszam. Wiesław Górnicki może i był bandytą, ale umiał pisać, bo był z wykształcenia i z pasji dziennikarzem. A więc, będąc dziennikarzem, jeśli kłamał, to dlatego, że takie miał zadanie, albo taką miał ochotę, a jeśli informował, to dlatego, że też albo miał zadanie, albo miał ochotę o czymś poinformować.
Piotr Najsztub, albo Łukasz Warzecha ani nie kłamią, ani nie informują. Oni tylko powtarzają to, co ktoś im już jakiś czas temu powiedział i co im się udało zapamiętać. Oni nie mają ani umiejętności, ani pasji, ani nawet prostych dziennikarskich zainteresowań. Red. Warzecha nawet przyznał mi się tutaj, że w ostatnich wyborach on po prostu nie głosował. I to mnie nie dziwi. Co go w ogóle to wszystko obchodzi? Dla niego polityka jest ciekawa tylko o tyle, o ile jakoś może dać upust swoim emocjom. Normalnie. Jak każdy mieszkaniec Łomży, czy Zielonej Góry.
Wspomniałem red. Warzechę. W dzisiejszej Rzeczpospolitej, denerwuje się on, że PiS i komuniści chcą wziąć dziennikarzy troszeczkę za pysk i zmusić ich do minimalnej odpowiedzialności za słowo. Martwi się Łukasz Warzecha, że jak wejdzie w życie prawo uchwalone przez PiS, według którego dziennikarz, który kłamie, będzie musiał liczyć się z tym, że za te kłamstwa trzeba będzie odpowiedzieć, to skończy się demokracja.
Pisze dowcipnie Warzecha:, „Jeśli publicysta w swoim komentarzu napisze, że prezes PiS nosi źle dobrany krawat, polityk tej partii będzie mógł zażądać miejsca na opublikowanie opinii, iż krawat Jarosława Kaczyńskiego jest najpiękniejszy na Wiejskiej?”
Czy Warzecha nie wie naprawdę, o co się toczy gra? Więc, owszem, może nie wiedzieć. Bolszewickiej pamięci Wiesław Górnicki by wiedział. I to jest różnica.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.