niedziela, 7 września 2008

Mali Detektywi, czyli z wizytą na dnie dziennikarstwa śledczego

Niedługo minie rok od czasu, jak na fali obietnic oczyszczenia Polski z PiS-owskiej zarazy, Donald Tusk i jego drużyna objęli władzę. Minie za parę miesięcy rok, jak Julia Pitera zabrała się do kompletowania dokumentów mających społeczeństwu wykazać zbrodnie ustanowionego przez braci Kaczyńskich aparatu represji. Jeszcze parę miesięcy, a minie rok od dnia, w którym poseł Graś, człowiek jak najbardziej dobry i uczciwy, wypowiedział swoje słynne dziś słowa o Stasi i Securitate.
Co mamy po tym niespełna roku? Czym możemy się pochwalić? Minister Jasiński idzie pod Trybunał Stanu za doprowadzenie do ruiny Stoczni Gdańskiej, a Anna Marszałek, dziennikarka śledcza Dziennika, wraz z Michałem Majewskim, w tym samym stopniu śledczym, co Marszałek, dziennikarzem Dziennika, odkrywają tajemnice więzień CIA w miejscowości o nazwie Stare Kiejkuty. Niemal rok, po tym, jak Donald Tusk zapowiedział głosującym na niego i jego partię Polakom, że nie dość, że z więzień zostaną uwolnieni wszyscy represjonowani przez kaczystowski reżim przedstawiciele demokratycznej opozycji, to jeszcze oni wszyscy zostaną tam zastąpieni przez swoich prześladowców, takich jak Zbigniew Ziobro, Zbigniew Wassermann i Mariusz Kamiński, pojawia się szansa, że Jarosław Kaczyński pójdzie siedzieć nie za głupie podtruwanie pielęgniarek falami radiowymi, ale – hurrrra! – za torturowanie arabskich bojowników o wiarę.
Czytam dzisiejszą relację działu śledczego Dziennika, wprawdzie bez udziału samego szefa, Pawła Reszki, który tym razem przyjął funkcję specjalisty od refleksji, ale z zastępującą go godnie Anną Marszałek, damą, której prawdziwej wielkości słowa człowieka nie są w stanie wyrazić.
Ja tu się w swojej – przyznaję – kompletnej bezsilności, wyzłośliwiam, a sprawa jest poważna, jak cholera. Od kilku dni po naszej Polsce krąży widmo więzień CIA i choć nikt, dosłownie nikt, nie wie na ten temat absolutnie nic, pierwszy szereg naszych dziennikarzy, na zmianę z pierwszym szeregiem naszych polityków, zapowiadają apokalipsę, która ostatecznie, już za chwilkę, zmiecie z powierzchni ziemi całe PiS-owskie zło.
Do red. Marszałek i red. Majewskiego wrócę za chwilę, na razie jednak słówko od autora wstępniaka w sobotnim Dzienniku. Pisze Reszka: „Jesteśmy bliżej rozwikłania najgłębiej skrywanej tajemnicy ostatnich lat”, „Powoli pęka zmowa milczenia”, „Nie można posuwać się do barbarzyńskich metod”, „Czas poznać kulisy podejmowania decyzji i osoby, które za to odpowiadają”.
To jest ten język. A jaka jest treść? Treść jest taka, do jakiej nas przyzwyczajono od pewnego już czasu. Treść jest wypełniona przez dziesiątki zdań, zaczynających się od dwóch słów; „jeśli” i „czy”. Wszystko więc w normie. No ale Reszka, jak już wspomniałem, to dziś pan od refleksji. Mięso przypadło dziś innym detektywom z Dziennika.
Przyjrzyjmy się więc konkretom. Wprawdzie znów nie mogę się powstrzymać od refleksji i muszę ostrzec tych, którzy spodziewają się fajerwerków, że fajerwerków nie będzie. Nie będzie, bo być nie może. Dziennikarze, z którymi mamy do czynienia, gwarantują jedynie tzw. porzyganie się z nudów. I wie o tym każdy, kto pamięta choćby, jak Anna Marszałek odkrywała przed opinią publiczną narkomanię Marka Kuchcińskiego i jego przestępczą działalność na Podkarpaciu, albo też, jak rzeczony Majewski, ze swoim pryncypałem Reszką, zapoznawali opinię publiczną z kompromitującymi smakołykami z małżeńskiego życia prezydenta Kaczyńskiego.
No ale konkrety, choćby dla zwykłej rzetelności, omówić wypada.
Pierwsza strona Dziennika zapowiada wyniki dziennikarskiej pracy Anny Marszałek i tego Majewskiego, wielkim tytułem: „Amerykańskie służby miały tajną bazę na Mazurach”. Na stronie trzeciej, wywiadowcy Axela Sprintera kontynuują swoje dzieło pod jeszcze mocniejszym hasłem: „W pułapce więzień CIA”.
A zatem czytajmy.
„Do zamkniętych dla dziennikarzy pomieszczeń komisji służb specjalnych wchodzą...”
„Delikatnie mówiąc nie przepadają za SLD i ekipą Kwaśniewskiego...”
„Sprawa robi się paląca”.
„Posiedzenie sejmowej komisji z 21 grudnia jest nietypowe”
„Ze względu na ochronę źródła informacji, nie możemy napisać...”
„Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą”.
„Ziobro ma bowiem prawo podejrzewać, że Wassermann wciąga go w niejasną grę”.
„W kontekście tego spotkania zastanawiająco brzmią słowa Wassermanna, który ostatnio publicznie powiedział: ‘W tej sprawie zrobiłem wszystko, co do mnie należało’”...
I tak dalej, w tym samym kretyńskim stylu, stylu jakby wyjętym z włoskich parodii Ojca Chrzestnego, Marszałek z Majewskim udają poważnych dziennikarzy pochylonych nad jeszcze poważniejszym zadaniem. Nie ma tu ani potrzeby, ani miejsca, żeby cytować wszystkie te idiotyczne kawałki wystękane przez śledczych Dziennika. Nie ma potrzeby, bo tam naprawdę nic więcej nie ma. Jest tylko Marszałek i Majewski i ich chore, niczym nie podparte ambicje bycia kimś, do kogo ludzie się będą zwracać per „redaktorze”. I kto dla sąsiadów i znajomych z „Naszej Klasy” będzie kimś więcej, niż jeszcze jednym zapomnianym nazwiskiem.
Jest jednak fragment tych pseudodziennikarskich wybryków, który warto zacytować w dłuższym trochę fragmencie, częściowo już wspomnianym, bo ten właśnie fragment dobitnie pokazuje poziom, o którym dziś chciałem napisać. Piszą tzw. dziennikarze:
„Wassermann prosi, żeby przyjechał do niego prokurator generalny Zbigniew Ziobro, Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą. Ambitny i młody minister nie widzi więc powodu, żeby stawiać się u swojego krakowskiego konkurenta. Jednak ze strony Wassermanna pada argument, wobec którego Ziobro jest bezradny:-Chodzi o sprawę, z którą ja nie mogę wyjść ze swojego gabinetu”. Nie trzeba być w ogóle inteligentnym. Można wręcz być kompletnym idiotą, żeby mimo to zadać sobie pytanie, skąd Marszałek i Majewski znają treść rozmowy Wassermanna z Ziobrą. Nie trzeba być też szczególnie przenikliwym, żeby umieć sobie od razu odpowiedzieć, że Marszałek z Majewskim treści tej rozmowy znać nie mogą i wszystko, co piszą, to sobie wymyślają, najprawdopodobniej w oparciu o swoje dawne jeszcze przeżycia z lektury książki ‘Kapelusz za sto tysięcy’.
Bo taka jest intelektualna i merytoryczna wielkość pracy detektywistycznej redaktorów Dziennika. Mam na myśli coś takiego, co kiedyś jeszcze było parodiowane przez satyryków wczesnego PRL-u. Gdzieś ktoś we wsi napisał na płocie zdanie „rusek jest głupi”, a lokalny redaktor lokalnej gazetki prowadził swoje lokalne śledztwo, mające na celu ustalenie sprawcy tej szczególnej zbrodni.
eby jakoś poprowadzićć tę moją dzisiejszą refleksję do sensownego końca, chciałbym zaznaczyć, że osobiście nie mam pojęcia, czy w Polsce Amerykanie mieli tajne więzienia. Nie wiem, czy trzymali w nich islamskich terrorystów, a jeśli ich trzymali, to czy ich przy tym torturowali, czy może tylko ktoś jednego z drugim zwyczajnie kopnął w tyłek. Natomiast wiem jedno. Choćby nawet te więzienia istniały, to jeśli polska władza zażyczy sobie tej informacji nie ujawnić, ani Marszałek, ani Majewski, ani żaden inny dziennikarz dokładnie nic się na ten temat nie dowie.
Bo poziom polskiego dziennikarstwa jest tak dramatycznie niski, że jedyne na co tych amatorów stać to skutecznie podjudzić najbardziej ogłupiałą część społeczeństwa przeciwko nielubianemu politykowi, albo zacząć jakąś większą akcję, która będzie udana tylko wtedy, kiedy politycy sobie tego zażyczą.
Proszę się zastanowić, co byśmy zobaczyli, gdybyśmy tak któregoś dnia zebrali caą pracę śledczą Majewskiego, Reszki i Marszałek z ubiegłych dwóch, czy trzech lat? Jakie konkretne dziennikarskie sukcesy tych trzech wybitnych żurnalistów moglibyćmy podziwiać? Zero. Całe to ich pisanie sprowadza się wyłącznie do albo plotkowania, albo do zwykłego podjudzania społecznych emocji. Czy to mamy do czynienia z opisywaniem przestępstw CBA, czy plotkowaniem na temat relacji między Lechem Kaczyńskim, a jego żoną, czy, tak jak dziś, spekulowaniem na temat jakichś najbardziej tajnych rozmów, co do których nawet nie wiadomo, czy miały miejsce, efekt jest zawsze dokładnie taki sam. Zapisane kolumny jednej gazety codziennej.
Może mi dziś Reszka z Majewskim powiedzieć: "Ale za to zmusiliśmy do dymisji jeden rząd. Tylko co z tego, skoro dokładnie tym samym sukcesem może się pochwalić tefauenowski pajac Wojewódzki i producenci prypinek z napisem Radio Ma Ryja.
I to mnie oczywiście cieszy. To kompletne amatorstwo dziennkarzy jest mi wybitnie miłe. Przynajmniej jeśli idzie o te Kiejkuty. Bo mam nadzieję, że Amerykanie korzystali z naszej pomocy i że ta pomoc była bardzo skuteczna. I że dzięki tej pomocy pary terrorystów oberwało. I że ci, którzy mają wobec amerykańskiej walki z terroryzmem niedobre zamiary, o tym, czego się mają nie dowiedzieć, to się nie dowiedzą.
I już na sam koniec, chciałbym podkreślić rzecz oczywistą. Chodzi o to mianowicie, że w gruncie rzeczy problemem nie jest ani Reszka, ani Marszałek, ani Majewski, ani nawet ten dogorywający już powoli Dziennik. Oni zawsze byli tylko grupką aspirujących amatorów. Jeszcze parę lat i pamięć o nich przeminie, bo po prostu nie ma o czym pamiętać. Chodzi o to jednak, że raz po raz wraca temat jakości polskiego dziennikarstwa, jakości polskich mediów i w ogóle stan relacji między politykami, a opinią publiczną.
Ostatnio nawet, pojawił się problem relacji jakościowej między tzw. publicystyką internetową, a dziennikarstwem mainstreamowym. Redaktor Janecki – osobiście na szczęście nie czytałem, ale opowiadano mi – wyraził podobno opinię, że blogi polityczne przy dziennikarstwie ‘prawdziwym’, to mizeria.
Mam dziś dla pana redaktora Janeckiego informację. Jest Pan w ciężkim błędzie. Jeśli gdziekolwiek, w polskiej publicystyce można znaleźć choćby minimalną jakość, to na pewno nie tam, gdzie Pan by chciał jej szukać. Oczywiście, są wyjątki i nawet w Dzienniku czasem można trafić na odrobinę sensu. Natomiast, jeśli ktoś nie chce nadmiernie ryzykować, to raczej powinien zajrzeć choćby tu do Salonu, a nie marnować pieniądze na tandetne popisy pańskich kolegów dziennikarzy.
Ja oczywiście wiem, że te moje dzisiejsze słowa mogą zabrzmieć dla Was jako bardzo niesprawiedliwe, ale raz, że są absolutnie uprawnione, a dwa – i to akurat jest dla Was informacja naprawdę niemiła – kiedy się czyta teksty takie, jak dziś tu przeze mnie omawiany, można dojść tylko do jednego wniosku – ten cały interes pod nazwą ‘dziennikarstwo’ powinien zostać jak najprędzej zamknięty, a słowo ‘dziennikarz’ powinno zostać umieszczone w słownikach języka polskiego z adnotacją „wulg”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz